Wędrówka idei na Bliskim Wschodzie

Wędrówka idei na Bliskim Wschodzie

Hussein Abubakr Mansour
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Hussein Aboubakr Mansour, egipski dysydent mieszkający w Stanach Zjednoczonych, przypomniał na swojej stronie Facebooka postać Fayeza Sayegha, pochodzącego z Libanu arabskiego chrześcijanina, który mieszkając od 1947 roku w USA, był pracownikiem naukowym, pracował w ambasadzie libańskiej w Waszyngtonie oraz w ONZ. Jak pisze Hussain Aboubakr, niewielu ludzi miało tak wielki jednostkowy wkład w delegitymizowanie żydowskiego państwa i tworzenie antysemickiej teorii, która pozwoliła zachodniej lewicy uznać sprawę Palestyny za globalny problem i wciągnąć ją na sztandary swojej walki o pokój i sprawiedliwość na świecie.         

Współcześnie w arabskich mediach i publikacjach książkowych obserwujemy zdumiewającą mieszaninę wpływów propagandy radzieckiej i nazistowskiej. Islamistyczne milicje, takie jak Hezbollah, Hamas lub Huti mają obyczaj pozdrawiania się nazistowskim salutem, przy równoczesnym oskarżaniu Izraela o nazizm. W krajach arabskich obserwujemy trwającą popularność arabskich wydań Mein Kampf, równocześnie niemal równie wielką popularnością cieszą się wyprodukowane jeszcze przez carską Ochranę Protokoły mędrców Syjonu. Na Bliskim Wschodzie zlewają się idee starego chrześcijańskiego antyjudaizmu, tradycyjnego islamskiego antyjudaizmu, nazistowskiego antysemityzmu, radzieckiego antysyjonizmu, postmodernistycznego antykapitalizmu i islamistycznego antydemokratycznego suprematyzmu. Ten worek różności wymaga spojrzenia wstecz, a Hussein Abubakr pokazuje jednego z budowniczych mostów między tym, co najgorsze na Zachodzie, a tymi, którzy szukają nadziei na odzyskanie świetności na Bliskim Wschodzie.                         

Poniżej wpis na FB Huseina Aboubakra Mansoura.

* * *

Być może żaden człowiek nigdy nie prześcignął Fayeza_Sayegha (1922-1980) w swoim wkładzie do globalnej wojny i delegitymizowania żydowskiego państwa. Sayegh jako pierwszy zastosował wobec Izraela teorię Sartre’a dotyczącą rasizmu i neokolonializmu i argumentował, że to, co dotyczyło Algierii i Wietnamu, dotyczyło również Izraela. Był też głównym autorem rezolucji ONZ uznającej syjonizm za formę rasizmu z 1975 r.

Sayegh, urodzony w Syrii jako syn prezbiteriańskiego duchownego, rozpoczął aktywne życie polityczne od dołączenia do Syryjskiej Partii Socjal-Narodowej, inspirowanej przez  pansyryjski ruch nacjonalistyczny, który został utworzony w 1932 roku przez Antouna Sa’ada, libańskiego prawosławnego chrześcijanina, który żądał, aby zwracać się do niego per Al Za’iem, co jest arabskim odpowiednikiem niemieckiego słowa Führer. Daniel Pipes w swojej książce Wielka Syria pisał, że Sa’ada był idolem wszystkich ruchów nacjonalistycznych całego Levantu. Biegle posługiwał się niemieckim i żywił głęboki podziw dla Niemiec, a jego ruch, w tym flaga, w dużej mierze imitował niemiecki nazizm, wraz z koszulami, sloganami i milicjami. Intelektualna podstawa tego ruchu oparta była na organicznej jedności między ziemią i narodem, którą cofnął do przedislamskich  pogańskich korzeni, podobnych do nazistowskiego pogaństwa, uwięzionego w wiecznej walce w heglowskim, pełnym przemocy marszu historii.

Partia Sa’ada (SSNP) gloryfikowała przemoc jako siłę motoryczną w służbie mistycznego nacjonalizmu. Jego antysemickie teorie w dużej mierze były echem nurtów europejskich, z nieustannymi odniesieniami do mitologicznych podstaw Tory i Talmudu, dla podparcia twierdzeń o żydowskiej podłości, będącej istotą żydowskiej rasy, która zawsze jest oddzielona od reszty ludzkości i nie może stać się niczym innym.     

Fayez Sayegh zakochał się w SSNP, wstąpił do niej w 1938 roku i został jej przedstawicielem na Amerykańskim Uniwersytecie w Bejrucie. Niebawem Sa’ad wyjechał do Brazylii, co dało Sayeghowi możliwość zabłyśnięcia i w 1943 roku stał się jedną z najgłośniejszych postaci w nowoutworzonym Libanie. W 1944 roku został w SSNP szefem  ds. kultury i mediów. Niebawem stał się człowiekiem, który określał linię intelektualną, przesłanie i doktrynę SNNP.

20 lipca 1946 roku opublikował notatkę o „niebezpieczeństwie syjonizmu dla cywilizacji i duszy”, w której wyjaśnił swoje typowo antysemickie koncepcje, że „naród żydowski wierzy, że jest wybrany.. by żyć w wyższości, wierzy, że Żydzi są siłą wszelkiego postępu i że inne narody są tylko środkiem, aby zapewnić im dobrobyt.. . to jest psychika żydowska: poczucie przeznaczenia, poczucie wyższości… i zniewolenie świata dla celów Żydów. Ta psychika tworzy pewną więź żydowską, mieszankę brutalnej więzi rasowej i religijnej.. . to czarna i złożona psychika…”

W 1947 r. Sa’ada wrócił do Libanu i wyrzucił Sayegha z partii z powodu jego „odchylenia” w kierunku egzystencjalizmu, filozofii jednostki, a nie narodu. Sayegh wyjechał do USA i stał się  głównym egzystencjalistą i największym arabskim autorytetem tej szkoły filozoficznej. W latach 50. wraz z masowym zwrotem międzynarodowej lewicy przeciwko USA, Sayegh stał się jedną z głównych postaci, które wiązały nowy panarabski radykalizm z międzynarodową lewicą i pomogły przekształcić inspirowaną nazizmem „gloryfikowaną przemoc jako siłę motoryczną w służbie mistycznego nacjonalizmu” w „odkupiającą przemoc wyzwolenia Frantza Fanona”. W 1950 roku uzyskał doktorat w Georgetown, a później wykładał w Yale, Princeton i Stanford. Pracował również dla ONZ, w której był odpowiedzialny za rezolucję z 1975 r. zrównującą syjonizm z rasizmem. Ale być może najbardziej trwałym wpływem Sayegha była jego broszura o syjonistycznym kolonializmie w Palestynie (1965), którą napisał podczas pracy na uniwersytecie w Stanford.

Ta broszura (którą można znaleźć w Internecie), wydana przez OWP, przetłumaczona następnie na kilkanaście języków i rozpowszechniana w wielu krajach przez Afroazjatycką Organizację Solidarności Ludowej (AAPSO), była momentem narodzin sprawy palestyńskiej jako światowego ruchu lewicy. Książeczka uderzała we wszystkie struny lewicowej retoryki: rasowa supremacja, segregacja, wykluczenie, prawa obywatelskie, emancypacja, samoobrona, prawa człowieka, antykapitalizm, opór. Sayegh przywołał w niej Algierię, Afroamerykanów, Kongo i Wietnam i wykorzystał sartrowskie idee inności. To właśnie Sayegh ucharakteryzował Palestynę intelektualnym makijażem i ubrał w antyzachodni kanon międzynarodowej lewicy. Główne postaci zachodniej lewicy, takie jak Maxime Rhodinson, zaledwie kontynuowały pracę Sayegha.

Życiorys Fayeza Sayegha jest tylko jednym z przykładów z historii Bliskiego Wschodu, o których rzadko się mówi. Najbardziej brutalne i patologiczne reakcje europejskie na Oświecenie stanowiły podstawę współczesnego intelektualnego makijażu Bliskiego Wschodu, ogromny wkład mieli tu chrześcijanie Lewantu. Nazistowski i faszystowski fundament zmienił się w arabską lewicę, która zdobyła hegemonię kulturową w latach 50-tych i 60-tych rozpoczynając długi marsz po arabskie instytucje, ze wsparciem międzynarodowej lewicy, patologicznej zachodniej rewolucji kulturalnej, zanim zmieniła się w formę islamską. Do dziś słowo “kultura” dla większości Arabów oznacza lewicę. Lewicowa hegemonia była także tym, co ukształtowało arabskie rządy absolutystyczne. (To wyjaśnia, dlaczego arabskie monarchie, te które przetrwały, wydają się mieć jakąś przyszłość.)

Wielu arabskich intelektualistów z pokolenia Sayegha przeszło pod koniec lat 70. z lewicy arabskiej na islamizm. To jest również historia zachodnich instytucji, które to wszystko finansowały, i intelektualistów, którzy to wspierali i pomagali. To historia o dżihadzie przed dżihadem. To, co zaczęło się w Europie w XIX wieku nie skończyło się, jest z nami do dziś, fale patologii i szaleństwa, które bardzo wcześnie stały się światowymi trendami.

Dziś idzie fala postępowców, antysyjonizm, absurdy gender, to tylko najnowsze werble wzywające na barykady. I śmiem twierdzić, że ta historia jest ważna nie tylko dlatego, że jest o Arabach, Izraelu i antysemityzmie, ale dlatego, że chodzi o światową wojnę. Czy globalna ofensywa Palestyny w latach 60-tych nie była częścią globalnej ofensywy międzynarodówki? Czy to, co widzimy dziś nie jest teraz częścią globalnej ofensywy?

PS: Pominąłem tu wiele szczegółów. Był kontekst II wojny światowej, a potem zimna wojna. Szczegóły dotyczące tego, jak idee wpływały na światową wojnę, która trwa do dzisiaj i wypełniłyby wiele stron.

Ta historia sięga związku między XIX-wiecznym niemieckim romantyzmem a islamem. Nie bez powodu Niemcy były najbardziej prestiżowym domem studiów islamskich na Zachodzie. I możecie sobie wyobrazić, ile wymagało, wymaga i będzie wymagało pracy, aby złożyć to w spójną narrację, aby spróbować przeorientować cały sposób, w jaki współczesna historia Bliskiego Wschodu jest postrzegana. Konieczne jest głębokie zanurzenie się w intelektualną historię idei od XVIII wieku aż do dzisiaj.


Od Redakcji „Listów z naszego sadu”

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w formie ciągu tweetów, na które pochodząca z ZSRR amerykańska historyczka, Izabella Tabarovsky zareagowała, pisząc, że jest to znakomity wątek, pokazujący połączenie radzieckiej globalnej propagandy antysyjonistycznej z antyizraelską propagandą arabską i wzajemnie korzystne relacje między nimi.
.
Hussein Aboubakr Mansour – Urodzony w 1989 roku w Kairze i wychowany w antysemickiej muzułmańskiej rodzinie, jako zradykalizowany student chciał się nauczyć języka wroga i dowiedzieć czegoś więcej o Żydach. Zaczął studiować hebrajską literaturę, co go natychmiast naraziło na przykre doświadczenia z egipską policją. Kiedy zamienił swoje poglądy na Żydów i Izrael został wyklęty przez rodzinę, był aresztowany i torturowany. Brał potem udział w „arabskiej wiośnie” i po kolejnym aresztowaniu uciekł za granicę. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych. Wykłada w Kalifornii na wydziale hebraistyki i walczy z obłędem antysemityzmu.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Znałam Janka Lityńskiego. Tym bardziej poruszyły mnie nieprawdziwe informacje w jego autobiografii

Znałam Janka Lityńskiego. Tym bardziej poruszyły mnie nieprawdziwe informacje w jego autobiografii

Zofia Gromiec


Jan Lityński w dniu odtajnienia archiwum MON ws. Marca ’68. Warszawa, 8 marca 2001 (Fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

Najważniejsze przekłamanie dotyczy rzekomego członkostwa Włodka w partii. Otóż tu burzy się krew, ponieważ mój Mąż nigdy do partii nie należał.

.

W autobiografii Jana Lityńskiego znalazła się wzmianka o moim nieżyjącym już Mężu Włodzimierzu Gromcu. Z Jankiem Lityńskim znaliśmy się, w latach 70. kontakty były bliskie, po roku 1989 – tylko okazjonalne. Tym bardziej poruszyły mnie nieprawdziwe informacje zawarte na niewielu w końcu linijkach tekstu. Wymagają one sprostowania, gdyż budują nieprawdziwy obraz Włodka jako człowieka, nauczyciela, opozycjonisty. Po kolei, poczynając od mniej ważnych:

Nieprawdziwa jest informacja, jakoby Włodek był „schorowany” i pełen pesymizmu – to on podtrzymywał nas na duchu i kreślił jaśniejsze perspektywy.

To nie Jacek (Bierezin) wprowadzał Włodka do opozycji – był on tylko jego wdzięcznym uczniem, z czasem bardzo zaprzyjaźnionym, a Włodek, który tak jak ja przyjechał do Łodzi z Warszawy, tam miał swoje środowisko i wcześniejsze kontakty, które z czasem stały się opozycją.

Ale najważniejsze, fundamentalne przekłamanie dotyczy rzekomego członkostwa Włodka w partii, z której to partii miał wystąpić po podpisaniu listu w obronie robotników w 1976 r. Otóż tu burzy się krew, ponieważ Włodek nigdy do partii nie należał. Przeciwnie – za swoje niezależne poglądy, za niekwestionowany autorytet wśród studentów, których poglądy i postawy kształtował, stał się obiektem zainteresowania służb SB i uczelnianych partyjnych prominentów. Skutkowało to najpierw (w 1975 r.) odsunięciem od zajęć ze studentami (bo „miał na nich zły wpływ”) , a rok później wyrzuceniem z pracy na Uniwersytecie Łódzkim. (Nb. na Uniwersytet powrócił po długotrwałej interwencji miejscowej i uczelnianej „Solidarności” wiosną 1981 r.). To, a następnie współpraca z KOR sprawiły, że już wieczorem 12 grudnia 1981 r. został internowany, i kolejne dziesięć miesięcy spędził w więzieniach Łęczycy, Łowicza i Kwidzyna.

Warto też wspomnieć o trwających aż do połowy lat 80. szykanach ze strony SB – inwigilacja, podsłuchy, torpedowanie starań o pracę, rozsyłanie tzw. fałszywek nas dotyczących, do bliższych i dalszych znajomych, przechwytywanie korespondencji itp. W świetle tego, co powyżej, skwitowanie postawy Włodka nieprawdziwym „wystąpił z partii” jest szczególnie krzywdzące i bolesne, tym bardziej że znalazło się to w tekście Janka i aż trudno mi uwierzyć, że tak napisał on, a nie redagujący książkę.

Jeszcze kilka słów dotyczących mojej osoby. Prawdą jest, że po studiach pracowałam w cenzurze, z której zostałam wyrzucona w 1975 r., podobnie jak kilka lat później z Wydawnictwa Łódzkiego (tu, tak jak Włodka, przywrócono mnie po interwencji „Solidarności” w 1981 r.) A za swoją postawę i działalność przed i po grudniu 1981 r. zostałam internowana i osadzona w Gołdapi.

Podkreślam jednak, że najważniejszą dla mnie kwestią jest sprostowanie nieprawdziwej informacji o rzekomej partyjnej przynależności Włodka. I tego oczekuję, i o to usilnie proszę.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israelis’ Loss of Trust in State Institutions Is ‘Deeply Troubling,’ Says President Herzog

Israelis’ Loss of Trust in State Institutions Is ‘Deeply Troubling,’ Says President Herzog

Sharon Wrobel


Israeli President Isaac Herzog speaks as he meets with British Prime Minister Boris Johnson (not seen) in London, Britain, November 23, 2021. Justin Tallis/Pool via REUTERS

The recent drop in Israeli public’s trust in state institutions is “deeply troubling” and “keeps me awake at night,” Israeli President Isaac Herzog declared Thursday, citing the findings of an annual survey published by the Israel Democracy Institute.

Herzog said that the prolonged decline in public confidence revealed in the Israel Democracy Index represented a “warning light.”

“There is no substitute for Israel’s democracy, and there is no substitute for its state institutions, and therefore the loss of confidence keeps me awake at night,” Herzog said. “I believe that the growing tension and distrust between authorities — the executive, the legislature, and the judiciary — have brought about a decline in the public’s confidence, seeing and hearing all these brawls and words of criticism; some to-the-point, some less so.”

The 19th annual Democracy Index “reveals a complex picture regarding the level of public trust in key institutions and officials, confidence in the country’s civil service and the overall strength of Israeli democracy,” the IDI stated. The poll was conducted during a year which marked the end of the Benjamin Netanyahu era and the arrival of a new coalition government, after four elections in two years, led by new Prime Minister Naftali Bennett and which included an Arab party for the first time in decades. Meanwhile, opposition leader Netanyahu faced an ongoing trial for corruption charges.

The IDF, as in previous years, was found to be the most trusted institution among Jewish Israelis. But the level saw a notable decline, to the lowest point since 2008 — with 78 percent surveyed replying that they trusted the military, down from 90 percent in 2020.

Confidence in Israel’s Supreme Court, which has shown a steady downturn in recent years, declined to 41 percent from 42 percent. Trust in Israel Police fell to 33.5 percent from 41 percent; and at the bottom of the list ranked trust in political parties, with 10 percent, and the Knesset, with 21 percent. Against this, trust in the government rose slightly to 27 percent from 25 percent.

The survey revealed that three-quarters of Arab Israelis and 44 percent of Jewish Israelis believe that democratic rule in Israel is in jeopardy.

Overall, the IDI research showed that among Arab Israelis, the levels of trust in the government and the Knesset increased compared with the previous year. Their confidence in the Supreme Court rose to 49 percent from 40 percent; trust in the IDF increased to 36 percent from 32 percent; and in political parties, it rose to 22 percent, from 14 percent. Arab Israelis’ trust in the Knesset rose to 25 percent from 17.5 percent, and confidence in the government was up at 28 percent versus 14 percent last year. However, they reported lower trust in the police and media, the survey showed.

Yohanan Plesner, president of the Jerusalem-based IDI, recommended that the Israeli government internalize the “worrying” trend in the reputation in public institutions of Israeli democracy, and draw lessons from the data when planning public policy.

“Despite the many challenges we face as a country, it is inspiring to see that a vast majority of Israelis believe that their country is a good place to live,” Plasner said.

According to the survey, 76 percent of Jewish Israelis and 66 percent of Arab Israelis said that Israel is a good place to live; and 70 percent and 81 percent, respectively, said they would prefer to stay and live in Israel even if they were promised citizenship in another Western country.

The Israel Democracy Index study is based on a poll conducted on the internet and by telephone in June and October of last year, among a sample of 1,004 men and women surveyed in Hebrew and 184 in Arabic.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


75 lat temu komuniści sfałszowali wybory. Dlaczego ludzie przyczepiali sobie trójkę do ubrań?

75 lat temu komuniści sfałszowali wybory. Dlaczego ludzie przyczepiali sobie trójkę do ubrań?

Adam Leszczyński


Jawne głosowanie we wsi Bąków koło Łowicza. Wyborcy przychodzili do lokali z przyczepionymi numerami (Fot. Stanisław Urbanowicz / PAP)
.

Żeby w wyborach do Sejmu z 19 stycznia 1947 r. pokonać cieszące się większym poparciem Polskie Stronnictwo Ludowe, komuniści zastosowali wszelkie możliwe środki: terror, propagandę i oszustwa na masową skalę. Rozmowa z prof. Andrzejem Paczkowskim.
.

Według oficjalnych wyników wybory do Sejmu przeprowadzone 19 stycznia 1947 r. wygrał z ponad 80-procentowym poparciem (dało to 394 miejsca w 444-osobowym Sejmie) Blok Demokratyczny, który tworzyła komunistyczna Polska Partia Robotnicza (PPR) oraz satelickie – Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Stronnictwo Ludowe (SL) i Stronnictwo Demokratyczne (SD).

Jedyne ugrupowanie opozycyjne i prawdopodobny faktyczny zwycięzca – Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL) Stanisława Mikołajczyka – wywalczył jedynie 28 miejsc (10,3 proc. poparcia). Wybory do Sejmu okazały się jednym z najważniejszych kroków do zaprowadzenia w Polsce brutalnej dyktatury na wzór stalinowski.

Adam Leszczyński: Dlaczego komuniści sfałszowali wybory do Sejmu w 1947 r.?

Prof. Andrzej Paczkowski*: Musieli, bo obawiali się – słusznie – że je przegrają. Nie ma oczywiście sondaży z tamtych czasów, ale opierając się na wynikach Referendum Ludowego z 30 czerwca 1946 r. [patrz ramka pod tekstem], można stwierdzić, że komuniści byli w mniejszości. Z wyborów z 1947 r. nie mamy tego rodzaju danych, a poza wynikami ogłoszonymi oficjalnie znamy jedynie obliczenia mężów zaufania z PSL, którzy byli jednak tylko w blisko 20 proc. obwodów (1,3 tys. na 6 tys.), i to takich, w których ludowcy byli silni. Wynikało z nich, że ich lista uzyskała średnio 69 proc. głosów. Władze zdawały sobie z tego sprawę, jednak nie było im na rękę całkowite zlikwidowanie PSL przed wyborami, wystarczało dać mu tak mało głosów, by nie odegrało żadnej roli w Sejmie.

Po co tyle zachodu? Nie można było po prostu nie przeprowadzać wyborów?

– Mocarstwa zobowiązały w Jałcie Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej do przeprowadzenia demokratycznych wyborów „tak szybko, jak to będzie możliwe”. W innych krajach, które były w podobnej sytuacji, wybory odbyły się nawet wcześniej: na Węgrzech w listopadzie 1945 r., w Czechosłowacji i w Bułgarii w 1946 r., w Jugosławii pod koniec 1945 r., tyle że tam już pod dyktando komunistów Josipa Broza-Tity, dzięki czemu uzyskano wyniki charakterystyczne dla państw dyktatorskich – frekwencja 94 proc., na jedną listę 96 proc. głosów.

Referendum 1946Referendum 1946 Archiwum Narodowe w Krakowie

Referendum Ludowe było uważane za wybieg w celu odłożenia wyborów. Komuniści potraktowali je też jako próbę rozeznania terenu, ustalenia stopnia poparcia dla władzy i regionów, w których Blok Demokratyczny ma większe wpływy. Okazało się np., że na terenach poniemieckich referendum wypadło dla władzy lepiej niż na ziemiach dawnych.

Zrozumiałe: ludzie bali się powrotu Niemców, więc głosowali, jak chciała władza.

– Nie tylko z tego powodu. Społeczeństwo było tam zatomizowane, zróżnicowane pod względem pochodzenia geograficznego, jeszcze nieokrzepłe. Znając już wyniki referendum, podzielono Polskę na obszary: „silnie zagrożone”, „średnio zagrożone”, „słabo zagrożone” oraz „spokojne”, i w zależności od tego stosowano odmienne środki. Kampania wyborcza zaczęła się de facto już latem 1946 r., ale rozpętała się w listopadzie. Wysłano w teren grupy ochronno-propagandowe, w których uczestniczyło około 160 tys. osób, blisko połowę stanowili żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego, które cieszyło się autorytetem. Grupy te organizowały wiece, spotkania, rozlepiały plakaty, starały się np. doprowadzić do „samorozwiązywania się” kół PSL, no i zdobywały informacje o tym, co się dzieje w terenie.

Działaczy PSL nawet mordowano.

– Skrytobójczo, w niektórych powiatach działały „szwadrony śmierci”. Zastraszano w ten sposób nie tylko działaczy PSL, ale też inne grupy społeczne. Ponadto wsadzano masowo do więzień.

Przed samymi wyborami nastąpiła fala prewencyjnych aresztów – na kilka czy kilkanaście dni zamknięto zapewne kilkadziesiąt tysięcy aktywistów lokalnych, ale też 149 kandydatów z list PSL.

Władze zastosowały również serię prawnych wybiegów. Przepisy np. dawały podstawę do odbierania prawa głosu podejrzanym o kolaborację z Niemcami czy „niegodne zachowanie” w czasie okupacji. Przy odrobinie wysiłku prawie każdego można było o to oskarżyć, a jeśli zarzut się nie potwierdził, i tak było już po wyborach.

Ilu wyborców pozbawiono prawa głosu?

– Ponad 409 tys., z różnych powodów, nieliczni zapewne rzeczywiście kolaborowali. Wiele osób dopiero przy urnie się dowiadywało, że są skreślone z listy wyborczej. W 10 z 52 okręgów unieważniono listy PSL pod różnymi pretekstami – np. dlatego, że kiedy je zgłaszano, podpisane zostały przez osoby, które utraciły prawo głosu. Oznaczało to, że około 5 mln Polaków nie mogło głosować na PSL, bo w ich komisjach nie było listy tej partii. Stosowano też techniczne kruczki, żeby utrudnić głosowanie na ludowców, np. lista Bloku Demokratycznego miała w całej Polsce numer 3, natomiast PSL w okręgach dostawało różne numery, żeby utrudnić scentralizowany kolportaż materiałów wyborczych i mieszać ludziom w głowach. „Gazeta Ludowa” – dziennik PSL – drukowała te numery, ale i tak zamieszanie było ogromne. Kampania propagandowa miała bezprecedensową skalę, a jej głównym wykonawcą były Ministerstwo Informacji i Propagandy oraz Główny Zarząd Polityczny WP.

Władze dążyły do tego, aby głosowano jawnie i zbiorowo: człowiek wchodził do komisji, pokazywał trójkę, wkładał do koperty i dawał przewodniczącemu komisji, a on wrzucał do urny.

W niektórych lokalach stały dwie kolejki – ta dla głosujących jawnie i zbiorowo posuwała się szybko, w drugiej, dla głosujących niejawnie, stało się dwie-trzy godziny.

Przygotowano też matematyczną instrukcję, jak fałszować wyniki. Być może była dla większości wykonawców trudna, ale jakoś dali sobie radę.

Styczeń 1947 r. Ulicą Piotrkowską w Łodzi jadą samochody agitujące za głosowaniem na Blok Demokratyczny, lewicową koalicję kontrolowaną przez komunistówStyczeń 1947 r. Ulicą Piotrkowską w Łodzi jadą samochody agitujące za głosowaniem na Blok Demokratyczny, lewicową koalicję kontrolowaną przez komunistów FOT. KAROL SZCZECINSKI

Związek Radziecki przysłał swoich fachowców?

– Przyjechała ekipa płk. Arona Pałkina z NKWD, który zarządzał też fałszowaniem referendum, ale chyba nie miała wiele do roboty. Zjawiła się na wszelki wypadek. Liczyli i fałszowali lokalsi.

W tej rozległej i sprawnie przeprowadzonej operacji zdarzały się jednak komplikacje. Np. gdy w Lublinie Mikołajczyk – w ramach czasu wyborczego – przemawiał przez radio i wyłączono uliczne głośniki, doszło do zamieszek. Po raz pierwszy użyto armatek wodnych (a raczej sikawek strażackich), kilkanaście osób – głównie licealistów – wywieziono za miasto i rzucono w śnieg.

Komuniści zdawali sobie sprawę, jak są niepopularni?

– W referendum ponieśli porażkę, choć dysponowali wszystkimi instrumentami propagandowymi i mogli wywierać nacisk poprzez organizacje społeczne, których już sporo kontrolowali (np. związki zawodowe). W rozmowie ze Stalinem premier Edward Osóbka-Morawski mówił, że sama kampania – nawet ostra – nie wystarczy i konieczne będzie fałszowanie.

Postarano się o właściwy skład komisji wyborczych.

Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego zwerbowały 23 tys. członków komisji obwodowych (48 proc.), ale np. w województwie szczecińskim – ponad 80 proc.

Zwerbowano też 1,1 tys. wójtów, 6 tys. sołtysów, a nawet 347 duchownych katolickich. Także kandydatów na posłów, którzy musieli złożyć – przechowywane w MBP – oświadczenia o rezygnacji z mandatu poselskiego. Stosowano najróżniejsze metody – od brutalnego zastraszania do łagodnego wymuszania. Po wsiach chodziły trójki Bloku, które nieraz przy udziale księdza czy sołtysa naciskały, aby ludzie jechali jawnie głosować na listę nr 3. Podobnie w miastach, gdzie działały komitety obywatelskie, np. w kamienicy czy na ulicy.

Blok Demokratyczny zdominowali komuniści z PPR?

– Byli największą siłą i kontrolowali pozostałe partie. Niektóre, jak SD czy SL, bardziej, a inne, jak PPS, mniej. Chociaż w tym czasie i tę partię zaczynali opanowywać, m.in. przez podstawionych działaczy jak Tadeusz Ćwik, komunista oddelegowany po wojnie do PPS, oraz konformistycznie nastawionych działaczy takich jak Józef Cyrankiewicz.

Natomiast w PSL po referendum zorganizowano przy pomocy UB secesję, a nowo powstała partia – PSL „Nowe Wyzwolenie” – zgłosiła listę i weszła do Sejmu. Pieniądze na kampanię dostawała z potężnego (ponad 600 mln zł) funduszu dyspozycyjnego premiera Osóbki, z którego korzystały też inne partie Bloku, ale nie PSL, choć Mikołajczyk był wciąż jeszcze wicepremierem.

Na co właściwie liczył Mikołajczyk?

– Nie wiem, czy zimą 1947 r. na coś jeszcze liczył poza tym, że przegra z honorem. Przylatując do Polski, zakładał, że poprą go alianci zachodni, że wybory będą demokratyczne, że będzie miał możliwości działania. Ponieważ już w 1945 r. PSL zmonopolizowało legalną opozycję – bo Stronnictwo Pracy zostało unieruchomione przez część prorządowych działaczy – Mikołajczyk liczył na to, że zdobędzie większość, a przynajmniej bardzo dużo głosów.

Wybory 1947Wybory 1947 Archiwum Narodowe w Krakowie

Antykomunistyczne organizacje partyzanckie bojkotowały wybory?

– W większości tak. To był już okres, gdy nie było jednolitych, scentralizowanych struktur, oddziały działały na własną rękę. „Wyklęci” słusznie uważali, że wybory będą sfałszowane. Natomiast podziemie polityczne zajęło stanowisko neutralne lub popierało Mikołajczyka. Np. Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” uznało, że wybory są elementem walki politycznej, którą należy prowadzić. Wprawdzie wymuszenie uznania sfałszowanych wyników referendum rozwiało nadzieje wielu, że taka walka ma sens, a PSL przeżywało kryzys, ale trudno było nagle wycofać się czy skapitulować.

A co myślała o wyborach emigracja?

– Przede wszystkim nie nawoływała do zbrojnego oporu. Dowództwo Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie uważało, że konspiracja powinna mieć charakter polityczny i wywiadowczy, a nie zbrojny. Oddziaływanie emigracji na społeczeństwo było jednak ograniczone przez brak odpowiednich środków komunikacji. Warto pamiętać, że w rzeczywistości wielu przyjmowało do wiadomości, że Polska znalazła się w bloku sowieckim: w latach 1946-47 ponad 100 tys. żołnierzy PSZ wróciło do kraju, wiedząc z grubsza, co się w nim dzieje. Decyzje niektórych do dziś zastanawiają, np. gen. Stanisława Tatara, w czasie wojny wysokiego oficera sztabu Komendy Głównej Armii Krajowej, a potem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Początkowo był on promikołajczykowski, ale po 1947 r. oddał złoto Funduszu Obrony Narodowej władzom w Warszawie, przyjechał do Polski i dostał order od Bolesława Bieruta. W 1949 r., kiedy już stalinizm zaczął się na dobre, komuniści wsadzili go jednak do więzienia.

Naprawdę wierzył, że się z nimi dogada?

– Miał wynegocjowane jakieś stanowisko, chciał założyć fundację im. gen. Stefana Grota-Roweckiego, dom opieki nad sierotami po akowcach. Wyobrażał sobie, że tak będzie funkcjonował.

Styczeń 1947 r., apogeum kampanii wyborczej w Łodzi. Na samochodach jadących Piotrkowską można było przeczytać, że 'każdy uczciwy obywatel' głosuje tylko na listę nr 3, czyli kontrolowany przez komunistów Blok DemokratycznyStyczeń 1947 r., apogeum kampanii wyborczej w Łodzi. Na samochodach jadących Piotrkowską można było przeczytać, że ‘każdy uczciwy obywatel’ głosuje tylko na listę nr 3, czyli kontrolowany przez komunistów Blok Demokratyczny Fot. Stanisław Urbanowicz / PAP

Fala powrotów skończyła się w 1948 r. Wrócili przede wszystkim zwykli żołnierze, a emigracyjne elity zostały na Zachodzie. Na emigracji większość środowisk sprzeciwiała się udziałowi w wyborach. Przecież napiętnowano samą decyzję Mikołajczyka o powrocie do kraju i wejściu do rządu: „Mikołaj Mikołajewicz Mikołajczyk”, „kawaler jałtański” – takie epitety krążyły.

Jak wyglądała kampania komunistów?

– Mieli ułatwione zadanie, bo „Gazeta Ludowa”, organ PSL, nie dość, że była cenzurowana, to jeszcze ograniczono jej przydział papieru. Dochodziło też do ataków na lokale PSL. Wykorzystywano przemówienie amerykańskiego sekretarza stanu Jamesa Francisa Byrnesa z września 1946 r., które zostało zinterpretowane w taki sposób, że Stany Zjednoczone nie godzą się na polskie granice zachodnie, i bojówki PPR zdemolowały siedzibę władz PSL.

Ale Blok miał też kampanię pozytywną?

– Komuniści przekonywali, że odbudowują kraj, przeprowadzili reformę rolną, nacjonalizację przemysłu, zagospodarowują Ziemie Odzyskane. PSL miało trochę inne poglądy na te reformy, uważało, że trzeba tworzyć większe gospodarstwa, a nie dwu-trzyhektarowe, sprzeciwiało się własności państwowej w rolnictwie, ale generalny kierunek reform akceptowało. Większość z nich znalazła się zresztą także w programie Polskiego Państwa Podziemnego z 1943 r.

A jak zachowywał się Kościół?

– We wrześniu 1946 r. Konferencja Episkopatu przyjęła orędzie wzywające do udziału w wyborach i głosowania na osoby i listy, które „nie sprzeciwiają się katolickiej nauce”, ale prymas August Hlond nie zgodził się na stworzenie stronnictwa katolickiego.

W czasie wyborów księża zachowywali się raczej pasywnie.

Później Kościół zgłosił postulaty konstytucyjne, ale już po wyborach, i komuniści mogli je całkowicie zlekceważyć.

Odezwa Bloku Demokratycznego 'Do Narodu Polskiego'Odezwa Bloku Demokratycznego ‘Do Narodu Polskiego’ Fot. Laski Diffusion

Trzeba pamiętać, że w styczniu 1947 r. wybierano Sejm Ustawodawczy, który miał uchwalić konstytucję, co zajęło mu aż pięć lat, i Polska była jednym z ostatnich państw bloku, które ją uchwaliło. Byliśmy w stosunku do innych spóźnieni, nawet zjednoczenie ruchu robotniczego, czyli wchłonięcie partii socjalistycznych przez komunistyczne, w Polsce odbyło się jako ostatnie – dopiero w grudniu 1948 r.

Może u nas było po prostu najtrudniej.

– Zapewne. To był jednak duży kraj, jednolity etnicznie i wyznaniowo. Na Węgrzech katolicy i kalwini, w Czechosłowacji – Słowacy i Czesi. A u nas po Holocauście i wyrzuceniu Niemców prawie sami Polacy, 24 mln, największy kraj w regionie, kluczowy strategicznie – „drzwi do Niemiec”. W dodatku jego mieszkańcy mieli rozbudzone poczucie osobności i wyjątkowości – Grunwald, Cecora, Wiedeń, chwała oręża, powstania narodowe… Dlatego komuniści tak chętnie wykorzystywali wojsko.

Po ogłoszeniu wyników PSL wiedziało, że to koniec?

– Ludowcy składali protesty, ale je odrzucono. Mocarstwa zachodnie wyraziły dezaprobatę, obaj anglosascy ambasadorzy zbojkotowali inaugurację Sejmu, ale instrumentów skutecznego protestu nie miano. Sankcje nie były jeszcze w modzie.

Jedynie amerykański ambasador Bliss Lane zachował się honorowo: złożył dymisję, uznawszy, że brał udział w oszukiwaniu Polaków, podtrzymując przekonanie, że Ameryka im pomoże.

PSL próbowało działać w Sejmie, miało kilka dobrych przemówień. Stefan Korboński, ostatni delegat rządu na kraj, poseł PSL, proponował, żeby rozwiązać partię, bo uważał, że jej dni są policzone, a bezpieczeństwo działaczy zagrożone. Nadchodziły mocne sygnały: w sierpniu w Bułgarii został aresztowany i prawie natychmiast powieszony lider ludowców Nikoła Petkow, w Rumunii dożywocie dostał przywódca partii chłopskiej Iuliu Maniu. Ich partie zostały rozwiązane albo zglajchszaltowane. Zaczęła rządzić brutalna siła. Stawało się oczywiste, że także w Polsce nastąpi rozprawa z opozycją, PSL weszło właściwie w fazę samolikwidacji, rozwiązywały się całe koła, działacze przenosili się do SL.

20 października 1947 r. Brytyjczycy wywieźli Mikołajczyka z Warszawy. Władze wiedziały o tej akcji?

– Nie ma na to dowodów, ale krążyły takie pogłoski – według mnie świadomie rozpuszczane przez UB. Bo jeśli bezpieka chciała uchodzić za wszechmocną i wszechpotężną, to nie miała prawa o tym nie wiedzieć. Mikołajczyk czuł się zagrożony, a Winston Churchill w 1945 r., przed jego powrotem do Polski, obiecał, że będzie go chronił.

Nie wykluczam, że bezpieka mogła coś wiedzieć o przygotowaniach, ale prawdopodobieństwo jest niewielkie. Komuniści mogli też dojść do wniosku, że wyjazd Mikołajczyka opłaca się bardziej niż robienie mu pokazowego procesu, kreowanie na heroiczną ofiarę. Ale przecież w Bułgarii czy Rumunii tracono przywódców opozycji i mało kto się za nimi ujął.


*Prof. Andrzej Paczkowski – historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, były członek Rady IPN, autor m.in.: „Pół wieku dziejów Polski 1939-1989″ (1998), „Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty (zarys biografii politycznej)” (1991), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999)

***

REFERENDUM LUDOWE

W Referendum Ludowym przeprowadzonym 30 czerwca 1946 r. obywatele odpowiadali na trzy pytania: 1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu? 2. Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej? 3. Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic Polski na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?

Według oficjalnych wyników zdecydowana większość obywateli na wszystkie pytania odpowiedziała „tak” (do czego nawoływał Blok Demokratyczny). Jednak według ustaleń dokonanych na podstawie dokumentacji z tzw. archiwum Bieruta większość głosujących na dwa pierwsze pytania odpowiedziała „nie” – odpowiednio 71,3 i 58 proc. Jedynie w przypadku trzeciego 66,9 proc. głosowało na „tak”.


Wywiad opublikowany 16 stycznia 2017 r.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Swedish report shows over 1 in 4 hate crimes target tiny Jewish minority

Swedish report shows over 1 in 4 hate crimes target tiny Jewish minority

CNAAN LIPHSHIZ


Absolute number of incidents included is lower than 2018 study, but National Council for Crime Prevention says figure may be misrepresentation due to changes in reporting structure
.

Illustrative: Supporters of the neo-Nazi Nordic Resistance Movement hold flags during a demonstration at the Kungsholmstorg square in Stockholm, Sweden on August 25, 2018. (Fredrik Persson/Getty Images/AFP)

Kungsholmstorg square in Stockholm, Sweden on August 25, 2018. (Fredrik Persson/Getty Images/AFP)

JTA — Antisemitic incidents accounted for 27 percent of all religious hate crimes in 2020 in Sweden, where Jews make up 0.1% of the population.

Hate crimes against Muslims, who make up at least 8% of the population, accounted for 51% of the hate crimes against religious groups documented by police in 2020, according to a  Swedish National Council for Crime Prevention report published last month. Anti-Christian hate crimes accounted for 11% of hate crimes targeting religious groups.

In absolute numbers, 170 antisemitic hate crimes and 328 anti-Muslim crimes were documented in 2020.

The remaining 12% of hate crimes involving religion were either against members of other religions, or within the same religion, the report said.

The Swedish National Council for Crime Prevention publishes a hate crime report every other year. Although antisemitism figures in the 2020 report are significantly lower than the 280 incidents reported in 2018, the Council cautioned about structural changes in the latest report and warned that there that may not be any decrease in the actual prevalence of antisemitic crimes.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com