Mam 99 lat i muszę opowiedzieć, jak ja, żydowska dziewczyna, weszłam do hitlerowskiej kwatery głównej w Paryżu

Mam 99 lat i muszę opowiedzieć, jak ja, żydowska dziewczyna, weszłam do hitlerowskiej kwatery głównej w Paryżu

Ewa Winnicka


Fot. Archiwum prywatne / Selma van de Perre wkrótce po przybyciu do Londynu, 1945 r.

Podróżowałam po całej okupowanej Holandii rozwożąc podziemne gazety, pieniądze, fałszywe dokumenty plany przerzutu ludzi. Najbardziej bałam się zasnąć.

Z SELMĄ VAN DE PERRE, HOLENDERSKĄ DZIENNIKARKĄ ŻYDOWSKIEGO POCHODZENIA, ROZMAWIA EWA WINNICKA

Pani ojciec sam zgłosił się na wyjazd do – jak mu powiedziano – obozu pracy…

– Niemcy przekonywali, że jeśli głowa rodziny się zgłosi, żona i dzieci nie zostaną wywiezione. Ale zamiast do obozu pracy ojciec trafił do obozu przejściowego i do Auschwitz. Mama i siostra ukrywały się u holenderskiej rodziny, ale wydał je mąż gospodyni. Deportowano je do obozu przejściowego, a potem do Sobiboru i natychmiast zgładzono…

Kiedy kończy się żałoba po rodzinie, która zginęła w taki sposób?

– Nigdy. Moja żałoba się nie skończyła. Mam 99 lat i odkąd poznałam prawdę o losie ojca, mamy, młodszej siostry, kuzynostwa i dalszej rodziny, każdego dnia, gdy się budzę i kiedy idę spać, myślę o nich, o ostatnich godzinach ich życia, i o tym, czy mogli się uratować. Całe dekady zmagałam się z bezsennością. Zaraz po wojnie było najgorzej, miałam problemy z żołądkiem, zaczynałam płakać nagle, w środku dnia, w środku rozmowy….

Czy leczyło się wtedy taką traumę u lekarzy?

– W 1945 roku mieszkałam już w Londynie, zaczęłam pracę w BBC, w Bush House w centrum miasta. Zajmowałam się transkrypcją i tłumaczeniem wiadomości w holenderskiej sekcji tego radia. Zapisałam się do London School of Economics, kilka kroków od redakcji. Koleżanka ze studiów, Angielka, zobaczyła, co się ze mną dzieje, i powiedziała, że powinnam pójść do lekarza, który był związany z uczelnią. Umówiłam się z nim i to była porażka.

Dlaczego?

– Opowiedziałam mu moją historię. Że całe lata żyłam z cudzą tożsamością, że straciłam rodzinę w obozie zagłady. A on zaczął dopytywać o rodzaj mojej relacji z ojcem, czy była szczególna.

Nie wiedziałam, o co mu chodzi, dopóki ktoś mi nie powiedział, że jest zafascynowany Freudem. Po sześciu spotkaniach dałam sobie spokój.

Rozmowy ze starszym z moich braci też nie pomogły mi. Przeżył wojnę w Wielkiej Brytanii, w holenderskim wojsku, które było częścią armii brytyjskiej. Tłumaczył, że nasza sytuacja nie jest szczególna. Ludzie tracą rodziców, mówił, tak się dzieje.

Wtedy krzyczałam: tracą, ale nie w tak bestialski sposób! Ale potem zrozumiałam, że mężczyźni nie mogli sobie pozwolić na słabość i okazywanie uczuć. Tak byli wychowani, tego nauczyła ich wojna.

Myślę, że uratowała mnie praca i małżeństwo. Wyszłam za mąż w 1947 roku, za Holendra mieszkającego w Anglii. Mąż też był dziennikarzem, a przy tym oazą spokoju i cierpliwości.

Do Londynu wyemigrowało wielu ocalonych z Zagłady. Nie szukała pani grupy wsparcia?

– Mieszkałam w zachodnim Londynie, dojeżdżałam do centrum do pracy. Żydowska społeczność osiedliła się przede wszystkim w północnej części miasta, daleko. Wokół mnie nie było nikogo z podobnym doświadczeniem. Albo nikt o tym nie rozmawiał.

Jak wyglądało życie pani rodziny w Amsterdamie przed 1939 rokiem?

– Byliśmy kochającą się mieszczańską rodziną. Tata był aktorem, prezenterem i śpiewakiem, występował w rewiach. Mama zajmowała się domem. Mieliśmy kłopoty, jak wszyscy. Były momenty, kiedy brakowało nam pieniędzy, ale byliśmy ze sobą związani, moi rodzice byli szanowanymi i lubianymi ludźmi. Zdarzało się, że ojciec, artystyczna dusza, przychodził do domu pijany. Ale był do szaleństwa zakochany w mojej mamie i nigdy jej nie zdradził.

Byliście religijną rodziną żydowską?

– Nie, nie chodziliśmy do synagogi. Oczywiście wiedzieliśmy, że jesteśmy Żydami, ale nie miało to dla nas większego znaczenia. Mówiliśmy po holendersku, choć pamiętam, że moi bracia próbowali uczyć się języka jidysz. Moimi przyjaciółkami były chrześcijanki, bywałam u nich na kolacjach wigilijnych, lubiłam to. Tata był bardzo postępowy. Pamiętam, że kiedyś siedzieliśmy przy stole i jeden z moich dwóch starszych braci polecił mi przynieść szklankę wody. Tata zabronił mi wstawać. Powiedział, że nie jestem służącą brata, że sam może sobie przynieść tę wodę.

Doświadczyła pani antysemityzmu?

– Nie. Może raz, kiedy byłam dzieckiem. Mieszkaliśmy wtedy pod Amsterdamem, nad samym morzem. Bawiłam się z chłopcem, synem sprzedawcy lodów, z pochodzenia Włochem. Mieliśmy po kilka lat, udawaliśmy ojca i matkę. Następnego dnia chłopiec przyszedł na plażę i powiedział, że to niemożliwe, żebyśmy byli ojcem i matką w zabawie. Spytałam dlaczego, powiedział, że tata zabronił mu. „Selma jest żydówką, my katolikami, to niemożliwe”. To był ten jeden raz. Aż do wybuchu wojny.

Byliśmy nią zaskoczeni.

Zaskoczeni?

– Wiem, że to naiwne, ale bardzo wiele osób było przekonanych, że Holandia utrzyma neutralność, tak jak utrzymała ją w czasie pierwszej wojny światowej.

Selma van de Perre w szpitalu z nowo narodzonym synem Joceline.Selma van de Perre w szpitalu z nowo narodzonym synem Joceline. Fot. Archiwum prywatne

Żadnych wiadomości z Niemiec i wschodniej Europy?

– Gazety nas uspokajały. Nie odczuwałam grozy, moi rodzice też długo nie. Po 1936 roku do Holandii zaczęli przyjeżdżać żydowscy emigranci z Niemiec. Opowiadali przygnębiające historie. Nie dopuszczaliśmy ich do siebie. Mój 24-letni brat i jego kolega pojechali nawet do Austrii już po tym, gdy została anektowana przez Hitlera w marcu 1938 roku. Obywatelom Holandii płacono wtedy nawet, żeby się żenili z młodymi Żydówkami z Austrii. Holenderski paszport miał je chronić. David został papierowym mężem i dostał 200 guldenów. To była bardzo duża suma. Były potem formalne problemy z rozwodem, ale jego „żona” przeżyła Holocaust.

Ja jeszcze w 1939 roku byłam na wycieczce szkolnej w Wielkiej Brytanii. Te historie pokazują, jak lekkomyślnie podchodziliśmy do tego, co dzieje się w Europie.

Pierwszy moment grozy nastąpił w 1939 roku?

– Dopiero w 1940, kiedy wojska niemieckie wkroczyły do Holandii i po czterech dniach Holandia skapitulowała. Martwiliśmy się o moich braci, których nie było w kraju – nie wiedzieliśmy, co się z nimi dzieje. Po wojnie odnaleźliśmy się. David, który służył w wojsku, razem ze swoją brygadą wycofał się do Belgii, a potem do Londynu, gdzie pracował w biurze dywizji medycznej. Młodszy, Louis, pracował w marynarce handlowej.

Któregoś dnia w 1941 roku tata zebrał nas przy stole i powiedział, że musimy kupić sobie opaski z gwiazdą Dawida.

Zaczęłam się buntować, że nie chcę żadnej opaski, ale tata powtórzył, że muszę i że nie ma wyboru, bo takie jest rozporządzenie władz. Wtedy zrozumiałam, że jesteśmy naznaczeni.

Potem zaczęły się kolejne restrykcje; nakazano nam oddać odbiorniki radiowe, wycofano ze szkół żydowskich uczniów, a nauczycieli żydowskiego pochodzenia zwolniono z pracy. Przestałam chodzić do liceum i zaczęłam szukać zatrudnienia, co nie było łatwe, bo Żydzi mogli pracować tylko u żydowskich pracodawców. Znajdowałam dorywcze prace, które traciłam, kiedy okazywało się, że właściciel został deportowany.

Następnie zakazano Aryjczykom składania wizyt w żydowskich domach i odwrotnie.

Straciła pani swoje chrześcijańskie koleżanki?

– Kiedy zaczął obowiązywać zakaz, mój tata powiedział: „Nie przejmuj się, twoja Greet nie przestanie do ciebie przychodzić”. I miał rację: moja najlepsza przyjaciółka przekradała się do mnie po kryjomu. Kiedy odebrano nam radioodbiornik, sąsiedzi z góry przeciągnęli antenę, żebyśmy mogli słuchać BBC. Ale trwało to krótko, było zbyt niebezpieczne.

W kolejnych miesiącach zabroniono nam korzystania z transportu publicznego, teatru, kina… Potem rozciągnięto drut kolczasty wokół żydowskiej dzielnicy w Amsterdamie. Na końcu kazano oddać kosztowności i pieniądze do banku, który przejęli Niemcy.

Aż w 1942 roku zaczęły się wywózki, mówiono, że do obozów pracy. Ale czy myśmy się domyślali, czym to się skończy? Wtedy jeszcze nie, wciąż nie było żadnych wieści z Europy Wschodniej…

Czy holenderskie gazety nie informowały o prześladowaniach ludności, zwłaszcza Żydów, na wschodzie Europy?

– Przecież zostały przejęte przez Niemców i publikowały niemiecką propagandę.

Kto w nich pracował, ci sami przedwojenni holenderscy dziennikarze?

– W dużej mierze tak. Musieli podpisać lojalkę, żeby nie stracić pracy.

I podpisywali: jedni dlatego, że musieli utrzymać rodziny, a drudzy, bo sympatyzowali z Niemcami. Podobał im się nowy porządek.

Mieliśmy bardzo miłego sąsiada, podwoził przed wojną moją siostrę do szkoły, przyjaźniliśmy się. Wstąpił do policji, bo potrzebował pracy, ale wciąż był dla nas miły. Nie potrafię go potępić.

Po wojnie wiele osób było sądzonych za współpracę, ale też mnóstwo osób wstąpiło do ruchu oporu. Groziła im wywózka do obozów. Zaczęły ukazywać się podziemne gazety „De Waarheid” i „De Vonk”. Nawoływały do sprzeciwu wobec prześladowania Żydów. Miały na początku swoje sukcesy, w lutym 1941 doszło do strajku przeciw prześladowaniom. Stanął port, kolej, tramwaje, od maszyn odeszli robotnicy. Strajk stłumiono, ale to był ważny gest.

Czy wiedzieliście, co to są za obozy, do których wywożą Żydów?

– Państwo holenderskie było dobrze zorganizowane. Mieliśmy duże zaufanie do obowiązującego porządku i do instytucji. Plotki ze wschodu krążyły, ale wydawały się nieprawdopodobne. Dlatego kiedy ogłaszano kolejne listy Żydów, którzy mają się zgłaszać z walizką w celu wyjazdu do obozu pracy – ludzie się zgłaszali. Nie chcieli robić zamieszania, nie chcieli szkodzić rodzinom. Liczyli, że obóz pracy to nie tragedia, być może jakaś pomyłka, a zresztą wojna wkrótce się skończy i wszystko będzie w porządku.

Zresztą pierwsze relacje nie były przerażające. Zwłaszcza tych, którzy trafili do obozu przejściowego Westerbork w Holandii. Wie pani, że ten obóz został założony w 1939 roku w celach humanitarnych? Tam trafiali żydowscy uchodźcy z Niemiec. Taka ironia losu.

Pisze pani w swojej książce, że warunki tam były hotelowe, uznawano zażalenia więźniów, którzy nie dostali zapowiedzianych paczek żywnościowych. Hitlerowcy dochowywali jakichś standardów.

– Ale tylko dlatego, że przetrzymywano tam nie tylko Żydów. I by uśpić czujność, by osadzeni się nie buntowali. Prawie 107 tysięcy holenderskich Żydów trafiło stamtąd do Oświęcimia, Sobiboru i innych obozów śmierci.

Tata trafił do Westerbork w 1942 roku. Sam się zgłosił, poszedł z walizką na policję. To był 2 października 1942 roku. Chyba wtedy zrozumieliśmy, że trzeba się ukrywać. Mama z moją młodszą siostrą zapłaciły za kryjówkę u aryjskiej rodziny. Wyjechały do Eindhoven. Beze mnie, bo ta rodzina miała tylko dwa wolne miejsca. Miałam 20 lat i zostałam sama w Amsterdamie. Ojca już nie zobaczyłam. Zginął. Mamę i siostrę zdążyłam jeszcze odwiedzić cztery razy. W czerwcu 1943 roku zostały aresztowane.

To wtedy zdecydowała się pani zmienić tożsamość?

– Tułałam się po znajomych i rodzinie, zmieniałam prace, które coraz trudniej było dostać. Z rodzinnego domu trafiłam do rodziny koleżanki. Spałam z nimi w jednym pokoju. Zdziwiło mnie, że śpią w bieliźnie, nie noszą piżam. Odebrałam to jako rzecz poniżej standardu. Moi rodzice, niezależnie od tego, w jakiej sytuacji finansowej byliśmy, zawsze dbali o pewien poziom życia. To, że zwracałam wtedy uwagę na brak piżamy, świadczy, że tkwiłam jeszcze w innym świecie. Swoją drogą ta rodzina wykorzystała zapasy węgla na opał, które zgromadził tata, i kazała mi się po kilkunastu dniach wyprowadzić. Poszłam wtedy do wujka, którego syn został już wywieziony, spytałam, czy mogę u niego zostać. Zgodził się. Spałam w łóżku kuzyna, jeszcze nie wiedziałam, jaki los go spotkał. Ale wkrótce żona wujka, Aryjka, też uznała, że moja obecność jest dla rodziny groźna. Wujka w tym czasie wezwano na sterylizację, to było standardowe postępowanie wobec mieszanych małżeństw. Musiałam szukać znowu nowego lokum.

Kiedy została pani Wilhelminą Buter?

– Kiedy wyniosłam się z domu, zrozumiałam, że muszę zapomnieć o tym, kim jestem. Miałam dobry wygląd, rozjaśniłam włosy. Kilka miesięcy później poznałam ludzi z ruchu oporu. Najważniejszy był doktor Wim Storm. Pracował w szpitalu, znajdował kryjówki Żydom i innym poszukiwanym, przerzucał zagrożonych do Francji. Znalazł dla mnie pokój w Lejdzie i wkrótce zostałam jego kurierką. Prawdziwa Wilhelmina była amerykańską studentką, która wynajmowała pokój przede mną. Wiedziałam, że wróciła do Ameryki przed wojną, ja miałam jej dokumenty, podrobione oczywiście.

Ocaleni z Zagłady, którzy ukrywali się po aryjskiej stronie w Warszawie, opowiadali, że najtrudniej było chodzić po ulicach z podniesionym czołem, bez strachu w oczach. Ten strach zdradzał i gubił.

– Zgadzam się. Ja tego wszystkiego musiałam się nauczyć. Nie mogłam siedzieć w kryjówce: trzeba było odbierać kartki na żywność, chodzić do garkuchni, do urzędu. Poruszać się pewnym krokiem, nie myśleć o niebezpieczeństwie. Żeby zacierać ślady, Wilhelmina Buter zmieniła się wkrótce w Margaretę van der Kuit. Z nowymi dokumentami.

Czy pani znajomi w ruchu oporu wiedzieli, że jest pani Żydówką?

– Tylko ci, którzy znali mnie sprzed wojny. Dwie, trzy osoby. Dowódca zdecydował, żeby nie mówić innym. Bardzo wielu Żydów działało w ruchu oporu pod aryjskimi pseudonimami. Na wszelki wypadek.

Jakie były pani zadania jako kurierki?

– Podróżowałam po całej Holandii rozwożąc podziemne gazety, książki, pieniądze i dokumenty, fałszywe dowody tożsamości, plany przerzutu ludzi. Te czynności stały się dla mnie rutyną. Zaskakujące było właściwie to, że przeważnie nie dbałam o własne bezpieczeństwo. Chciałam za wszelką cenę pomóc – to była silna motywacja. Poza tym nie da się żyć w ciągłym strachu.

Wyjeżdżałam też do Belgii i Francji. Miejscowi chłopi przeprowadzali mnie przez granicę, Raz mój przełożony, Bob, wysłał mnie do Paryża. Miałam dostarczyć kopertę do jakiegoś niemieckiego ważnego urzędu i odebrać stamtąd dokumenty. Paraliżował mnie strach, ale zaczęłam flirtować ze strażnikami pod tym budynkiem, trzepotałam rzęsami i wpuścili mnie do środka. Człowiek, który był kontaktem i też ryzykował, zniósł kopertę. Kiedy wyszłam z tego budynku, biegłam, ale kolana się pode mną uginały. Kiedy umówiony chłop przeprowadzał mnie przez granicę francusko-belgijską, kiedy jechałam tramwajem, kiedy kilometrami szłam do Holandii, brzuch mnie bolał ze strachu. Ale udało się. Żydowska dziewczyna weszła do hitlerowskiej kwatery głównej w Paryżu.

Aresztowano nas, mnie, Boba i jeszcze kilka osób, dopiero w czerwcu 1944 roku. Okazało się, że Niemcy śledzili mojego przełożonego, ktoś musiał na niego donieść.

Pamiętam, że miła strażniczka w areszcie w Utrechcie poradziła mi podrzeć i spuścić w ubikacji wszystkie, nawet nieważne notatki. Potem zawieziono mnie do obozu przejściowego w Vught, potem do Ravensbrück. Ta miła strażniczka z Utrechtu też tam trafiła, jako więźniarka. Okazało się, że pomogła komuś uciec z więzienia. Straciła tam życie.

Co pani pamięta z czasu aresztowania?

– Że bałam się zasnąć, żeby nie zacząć mówić przez sen i nie zdradzić mojej prawdziwej tożsamości. Niemcy wiele obiecywali za donoszenie na współwięźniów. Ale areszt i obóz przejściowy w Vught, w którym przecież wiele osób umarło, to było sanatorium w porównaniu z Ravensbrück.

A jakie były pierwsze dni w obozie?

– Psy ubrane w szare okrycia z odznakami SS. Opowieści współwięźniarek o tym, że kobietom po porodzie odbiera się noworodki, topi je lub wrzuca do bunkra, by umarły. Starsze dzieci się truje lub chowa żywcem.

Okropne historie. Kiedy prowadzono nas do baraków, wstrząsnęło mną to, że przy obozie, w domu z ogródkiem, mieszka komendant z rodziną i prowadzi normalne życie. A w obozie działało krematorium i kobieta, która była chora lub miała więcej niż 52 lata, była skazana na śmierć. W porównaniu z obozem w Vught strażniczki w Ravensbrück, Niemki, były wobec nas znacznie bardziej okrutne. Niektóre były sadystkami.

Kim były, zanim podjęły się pracy w obozie?

– Nie rekrutowano ich ze względu na skłonność do okrucieństwa, to były zwykłe kobiety: urzędniczki, gospodynie domowe, robotnice. W bardzo patriarchalnych Niemczech praca w obozie dawała władzę i one z niej korzystały. Jestem pewna, że to mogło się zdarzyć nie tylko w Niemczech, mogło się zdarzyć wszędzie. Wystarczyło przyzwolenie.

Czytałam o polskich więźniarkach, które po wojnie pomogły Johannie Langefeld, nadzorczyni, uniknąć więzienia, obroniły ją. Zupełnie nie mogę zrozumieć, jak mogły być wdzięczne tej osobie.

Zapewne traktowała je w Ravensbrück lepiej niż inne strażniczki, to wystarczyło. Spotkała pani Langefeld osobiście?

– Tylko raz. Podobnie jak inne więźniarki pracowałam w fabryce Siemensa, wtedy na nocną zmianę. Byłam chora, wygłodzona, miałam dyfteryt, ale wizyta u lekarza oznaczała transport do Auschwitz.

Miałam ludzkiego szefa zmiany, który być może nie wiedział, jak żyjemy w obozie. Zobaczył, że zaraz zemdleję, i pozwolił mi się położyć na łóżku polowym w biurze. Niestety moja nieobecność natychmiast została zauważona w baraku. Przyszła strażniczka, a potem Langefeld, wywlokły mnie z fabryki. Byłam pewna, że stracę życie. Wstawił się za mną szef zmiany. Powiedział, że jestem mu potrzebna. Uważam, że Langefeld mnie oszczędziła, bo incydent, że więźniarka zawieruszyła się w fabryce, mógł wpłynąć źle na jej karierę. Więc go zatuszowała.

Choć nikt w obozie nie odkrył, że jestem Żydówką, liczyłam się ze śmiercią w każdej chwili. Kiedy kilka tygodni później przyjechali Szwedzi z Czerwonego Krzyża, żeby nam powiedzieć, że Niemcy nie mają już nad nami władzy i że wojna prawie skończona, myślałam, że przyjechali nas zastrzelić.

Kiedy się pani dowiedziała, że rodzina nie żyje?

– Kiedy opuściłyśmy obóz i zamknęły się za nami bramy Ravensbrück, ja i moje holenderskie współwięźniarki obiecałyśmy sobie, że zaczniemy nowe życie, nie będziemy opowiadać o potwornościach, które przeżyłyśmy. Z Niemiec popłynęliśmy do Szwecji, ludzie traktowali nas z szacunkiem, współczuli nam, dokarmiali i ubierali. Dziewczyny zaczęły umawiać się z miejscowymi chłopakami.

Ale trudno było o beztroskę bez wiedzy, czy moi rodzice żyją i gdzie są.

Wieści dotarły do mnie, kiedy byłam już w Londynie, wiele miesięcy po wyzwoleniu, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Pojechałam do mojego brata Davida, który tam spędził wojnę, i postanowiłam zostać. Dostałam pismo z informacją, że ojciec został deportowany do Auschwitz i zamordowany. Kolejne, że mama z siostrą zginęły w Sobiborze 2 lipca 1943 roku. Do tego czasu miałam nadzieję: mój ojciec miał wielką wolę życia, mama i siostra były łagodnymi, dobrymi osobami, siostra miała 15 lat. Wciąż liczyłam na to, że się odnajdą. Potem zadręczałam się myślami: jakie były ich ostatnie godziny?

Kiedy odważyła się pani wrócić do swojego własnego imienia?

– Kiedy szwedzki Czerwony Krzyż spisywał nasze dane. Mogłam już powiedzieć: „Mam na imię Selma, jestem Żydówką”.

Rozmawiamy w pani domu w Londynie, ale wczoraj wróciła pani z Amsterdamu. Razem z ekipą filmową odwiedziliście wszystkie pani okupacyjne kryjówki.

– I więzienie, do którego trafiłam. W budynku mieści się teraz szkoła brytyjska, w dawnych celach urządzono klasy, siedzą w nich chłopcy w mundurkach, bardzo eleganccy. Ale po dwóch dniach chodzenia jestem bardzo zmęczona. W przyszłym roku skończę sto lat.

Swój pamiętnik z czasów okupacji napisała pani i wydała w wieku 97 lat. Dlaczego dopiero teraz?

– Mieszkam w Anglii od 1945 roku, mój syn ma 67 lat i czuje się Anglikiem, to jest już mój kraj. Ale wciąż czuję, że niewiele osób zna prawdę o tym, czego doświadczali Żydzi w Holandii, i o ich uczestnictwie ruchu oporu. Media brytyjskie zajmują się bitwą o Anglię, może trochę Francją.

Muszę zdążyć im tę historię opowiedzieć.

Była pani w Oświęcimiu lub Sobiborze?

– Nigdy. To są groby mojej rodziny, nie przeżyłabym tej wizyty.

'Mam na imię Selma. Wspomnienia ocalonej z Ravensbruck'. Selma van de Perre
‘Mam na imię Selma. Wspomnienia ocalonej z Ravensbruck’. Selma van de Perre wyd. Wielka Litera


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Modern Festival of Lights

The Modern Festival of Lights


JENNA WEISSMAN JOSELIT


Hanukkah’s increasing popularity in the 20th century coincided with a new look for the holiday’s menorahs

Hanukkah Lamp, 1950s. Copper alloy: cast and patinatedTHE JEWISH MUSEUM, NEW YORK. GIFT OF MANFRED AND JUDITH ANSON

O fall the glorious objects on display at the Jewish Museum in New York or resting in its storerooms, awaiting their turn in the limelight, my favorite happens to be a constellation of eight tiny, bowlegged chairs somewhat the worse for wear. Fashioned inexpensively out of lead and tin and bearing the dents of time and the scars of use, the chairs, when combined, turn into a Hanukkah lamp. Back in the late 1880s, in Belarus, whence they came, all anyone had to do was to arrange the chairs in a row; lift up their lids, or erstwhile cushions; pour in a glug of oil; affix a wick to the little hole in the center of each chair; light a match and, voilà, furniture that glowed in the dark, illuminating the Festival of Lights.

My affinity for these miniatures runs deep. It’s not just that I’m beguiled by their diminutive, dollhouse characteristics, which I am, or that I have a thing for chairs of any size, which I do. It’s that these ritual artifacts speak to me of portability and movement, of adaptability and resilience—qualities in which the festival of Hanukkah, especially in its modern iteration, abounds.

Once a backwater of a holiday, whose appearance on the Jewish calendar was greeted with a modicum of fanfare, Hanukkah in the New World loomed ever larger and larger, an occasion for gift-giving, family gatherings, public spectacle, and Jewishly themed expressions of mirth. (Yes, mirth.) Where so many Jewish ritual practices either contracted or languished in 20th-century America, a consequence of modernity, this ancient holiday expanded its hold, giving rise to a panoply of newfangled ritual devices, practices, and even foods, among them bite-size tuna fish sandwiches molded in the shape of mini-Maccabees, and a dish known as menorah salad, whose ingredients—cottage cheese, bananas, and maraschino cherries—came together to form a menorah. Yum!

Those of us who study these things draw on a number of explanations to account for Hanukkah’s mighty surge in popularity. The Jewish holiday’s calendrical proximity to Christmas, whose celebration over time also became increasingly more pronounced, moving from the sanctuary and the domestic hearth into the marketplace and the civic square, is one explanation. When seen from this external perspective, Hanukkah benefited from its timing as well as its embrace of consumerism. Another interpretation, shifting its point of reference, holds accountable the rise of the State of Israel and its latter-day Maccabees, those who fought in the War of Independence and in subsequent battles. Heightening the connection between ancient times and our own, Zionism supplied those who hungered for an organic rather than a manufactured rationale with one that rang true and ever so timely.

A third perspective relates Hanukkah’s appeal to the growing child-centeredness of postwar America, that era of the baby boom, and with it, parental as well as communal attempts to render Judaism more kid-friendly, less austere and restrained, and much more lighthearted and perhaps even fun. Whatever explanation you prefer, it all “goes to show that if you work away at it, you can revive a holiday,” concluded one American rabbi in 1949, bemused by the enthusiasm his otherwise inattentive congregants brought to their celebration of the winter holiday.

Hanukkah Lamp, Stolin (Belarus), c. 1885, Lead: cast; tinTHE JEWISH MUSEUM, NEW YORK. GIFT OF THE CHERNICK FAMILY

Hanukkah menorahs were at the ready. Gone were the days when American Jewish families made do either by melting a wax candle onto a wooden ruler, or relying on their children’s Hebrew school arts and crafts projects, which invariably generated a hanukiah distinguished more by lumpishness than elegance. By the 1950s, the marketplace—suburban synagogue gift shops, especially—were awash in product, much of it state-of-the-art and proudly modern. Two distinctive kinds of menorahs stood out above the rest.

Many popular postwar Hanukkah menorahs were imported from the Holy Land. Bearing a stamp that proudly read “Made in Israel” and brandishing a distinctive, blueish-greenish finish akin to verdigris, those fashioned out of patinated metalware, or greenware, flew off the shelves. A canny admixture of modernity—of chemistry and mass production—and antiquity, these tarnished copper-toned ritual objects were nothing if not versatile. Lightweight, affordable, and easy to clean—no bothersome polishing necessary—they took shape as shields and as soldiers, olive branches and jugs. At once a salute to the present and an homage to the past, these “artistic artifacts” also tidily summed up many of the impressions postwar American Jews had of Israel: ancient, yet modern; rooted in history, but forward-looking; a latter-day miracle.

For all their appeal, imported Israeli Hanukkah menorahs stopped short of cornering the American market. Fierce competition came in the form of a homegrown alternative: menorahs with a chromium finish. When, in the form of an alloy, chromium was added to iron and steel, the metal not only prevented, or, in the lingo of its day, “resisted” corrosion and rust, it also gave rise to a host of contemporary appliances, decorative elements, and household implements, from the wire that “toasts your bread at breakfast” to bathroom fixtures, elevator doors, “automobile jewelry,” and, increasingly throughout the 1940s and into the postwar years, to cocktail sets and serving trays as well. By then, chromium had become a “byword for a pleasing, bright, non-tarnishing finish of great durability.”

Some of the uses to which chromium is now being put, rhapsodized Colin G. Fink, a Columbia University professor of electrochemistry, in the pages of The Scientific Monthly in 1937, “were not even dreamed of a few years ago.” Even he, one of its most ardent fans, would never have envisioned chromium Hanukkah menorahs, but there they were, a decade or so later, manufactured by the Cromwell Silver Manufacturing Co., and all the rage among American Jewish consumers who patronized the suburban synagogue gift shop.

A dead ringer for silver but considerably less expensive and much easier to clean, requiring little muss or fuss, a chromium menorah appealed to the budget-conscious, practically minded Jewish housewife of the 1950s who found its lightweight body easy to carry from room to room or from window ledge to window ledge. Besides, this novel gift item never loses its sheen and always “gleams.”

That chromium menorahs, much like their newfangled Israeli cousins, married innovation with tradition, chemistry with history, deepened their allure. By uniting an ancient ritual object with a modern substance, they rendered Hanukkah as up-to-date, relevant, and shiny as the chromium-inflected bikes in the driveway, the cars in the garage, and the household appliances in the postwar kitchen.

Surely it’s no coincidence, then, that the patinated copper hanukiah and its chromium cousin, both the beneficiaries of modern technology, presided over the postwar Hanukkah marketplace. Together they stoked the American Jewish imagination, lighting a way forward.


Jenna Weissman Joselit, the Charles E. Smith Professor of Judaic Studies & Professor of History at the George Washington University, is currently at work on a biography of Mordecai M. Kaplan.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Jewish Sound in Soviet Music

Open Secret: The Jewish Sound in Soviet Music (Sidney Krum Young Artists Concert Series)

YIVO Institute for Jewish Research YIVO Institute for Jewish Research



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Syjonizm humanistyczny, czyli dlaczego warto dostrzegać łajdactwo antysyjonizmu

George Deek (Nwanne di Namba) w środku.


Syjonizm humanistyczny, czyli dlaczego warto dostrzegać łajdactwo antysyjonizmu

Andrzej Koraszewski


Hasło informujące, że antysyjonizm nie jest antysemityzmem, jest dość oczywistym kłamstwem, które w Warszawie powinno być łatwiejsze do przygwożdżenia niż w innych miejscach świata. Jedni widzieli to hasło na ulicach w młodości, inni w dzieciństwie, jeszcze inni wiedzą od rodziców, jak to wyglądało nieco ponad pół wieku temu. Wypracowana w Moskwie nowa odmiana wściekłego antysemityzmu staje się z każdym rokiem coraz bardziej zjadliwa, a ludobójczy antysyjonizm staje się coraz bardziej akceptowany w „dobrym towarzystwie”. Jest go pełno w Organizacji Narodów Zjednoczonych, w szacownych niegdyś organizacjach obrony praw człowieka, takich jak Human Rights Watch lub Amnesty International, w mediach głównego nurtu przyjmuje zatroskaną twarz rzekomych obrońców praw Palestyńczyków.

Brytyjski prawnik, badacz i dziennikarz, David Litman pisze, że przez blisko pięć lat informował i badał działalność ONZ i kiedy tylko zajmowano się Izraelem, zawsze wyłaniał się ten sam wzór – w charakterze głosu Izraela wyciągano jakieś marginalne postaci, które dzielnie śpiewały w tym samym chórze, co zakłamani oskarżyciele. Jako przykład Litman opisuje zorganizowane przez ONZ „Międzynarodowe Seminarium dziennikarskie na temat pokoju na Bliskim Wschodzie”. W panelu głos Izraela reprezentował niegdyś przewodniczący komunistycznej partii Meretz, a obecnie tylko czołowy działacz tej partii, Yossi Beilin. Brytyjski dziennikarz pisze, że obserwując od lat tego rodzaju imprezy, ani razu nie spotkał się z przypadkiem zaproszenia rzeczywistego przedstawiciela izraelskiego społeczeństwa. Nieodmiennie są to albo izraelscy antysyjoniości, albo diasporowi „krytycy Izraela” (o których można powiedzieć, że tak bardzo obawiają się oskarżenia o podwójną lojalność, że na wszelki wypadek unikają podejrzeń o uczciwość).

Dawniej mówiło się, że każdy antysemita ma swojego Żyda. Nic się nie zmieniło, dziś każdy wściekły antysyjonista, mniej lub bardziej otwarcie domagający się likwidacji Izraela wraz z jego ludnością, ma swojego żydowskiego „krytyka syjonizmu”, który swoją żydowskość wywleka jako dowód, że antysyjonizm nie może być antysemityzmem.   

Niewielką pociechą jest fakt, że istnieją również nieżydowscy syjoniści, świadomi, że ta nowa    odmiana antysemityzmu jest równie nieludzka i równie niebezpieczna jak wszystkie stare warianty tej zarazy. Jestem syjonistą, bo uznaję prawo Żydów do życia, prawo Żydów do posiadania własnego państwa, prawo Żydów do obrony swojego państwa przed armiami i przed terrorystami, jak również prawo do obrony przed kłamcami powielającymi w nieskończoność informacje całkowicie fałszywe, groteskowo zniekształcone lub „zaledwie” tak niejasne, że odbiorca ma wrażenie, że Żydzi znowu popełnili zbrodnię, a dziennikarz ma wrażenie, że był uczciwy.    

Jak się to robi? W niedzielę 21 listopada palestyński terrorysta w Jerozolimie jednego Izraelczyka zabił, czterech innych ranił. CNN informowała: „Jeden zabity, czterech rannych w wyniku strzelaniny w Jerozolimie, napastnik również zabity.”

BBC donosiła: „Strzelanina w Jerozolimie: napastnik zabił jedną osobę i ranił trzy dalsze”. 

Media palestyńskie ujmują to jeszcze inaczej. O tym samym zamachu terrorystycznym  czytamy: “Izraelskie siły okupacyjne otworzyły dziś ogień i zabiły Palestyńczyka na Starym Mieście w okupowanej Jerozolimie”.  

Jaką rolę w tym zalewie „antysyjonizmu” pełnią nieżydowscy syjoniści? Jeśli powiem, że skromną, to właściwie nic nie powiem. Są, a nawet są ich tysiące, co przy milionach aktywnych antysyjonistów jest niemal symboliczną reakcją na zarazę.

W Stanach Zjednoczonych ci nieżydowscy syjoniści to najczęściej chrześcijanie (wśród laickiej lewicy jest ich tyle co kot napłakał, a i to znacznie częściej są to byli muzułmanie niż byli chrześcijanie). Zwyczajna uczciwość w stosunku do Żydów i Izraela w mediach po prostu nie wchodzi w rachubę, coś trzeba wybrać, więc większość dziennikarzy wybiera moralność hybrydową.

A co z młodymi ludźmi na uniwersytecie? W Europie Zachodnie i Stanach Zjednoczonych na uniwersytetach wszelkie próby przeciwstawiania się kampaniom kłamstw o Izraelu karane są szybko i bezlitośnie. Młoda Amerykanka na pytanie, dlaczego naraża się na barbarzyńskie ataki kolegów studentów, odpowiada, że ma poczucie więzi z Izraelem jako chrześcijanka i jako człowiek. Mówi, że poparcie dla jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie nie powinno być milczące i z poczuciem winy.

Obrona prawa Izraela do istnienia jest podstawą walki z antysemityzmem tak często przebranym za antysyjonizm. Rabin Sacks mówił, że ‘wirus antysemityzmu mutował’ od nienawiści opartej na religii, przez nienawiść rasową, do nienawiści świata do żydowskiego państwa.

Jej rodzice odkryli koszmar chrześcijańskiego antysemityzmu, kiedy miała dziewięć lat. Byli zdumieni, że nikt im tego nie pokazał wcześniej, że nie uczono w kościele o stuleciach antysemickiej teologii. Mówi jak rodzice odkrywali judaistyczne korzenie chrześcijaństwa i tak ważny w judaizmie indywidualizm.  

Ta dziewczyna, będąca na drugim roku studiów, patrzyła ze zdumieniem, jak w maju po napaści Hamasu na Izrael, media społecznościowe zalała fala fałszywych oskarżeń o kradzież ziemi, apartheid i ludobójstwo. Patrzyła z niedowierzaniem na swoich kolegów z roku twierdzących, że Żelazna Kopuła, obrona przeciwrakietowa, daje Izraelowi nieuczciwą przewagę. Jest głęboko przekonana, że większość jej kolegów po prostu nigdy nie słyszała, nie zetknęła się z izraelskim głosem, z informacją o tym, jak ten konflikt wygląda z drugiej strony. Nie zastanawia się, dlaczego ci jej rówieśnicy nigdy nie mieli takiej okazji, podobnie jak jej rodzice, którzy póki sami nie dotarli do książek o historii, nie mieli okazji dowiedzenia się o pełnej nienawiści teologii własnej religii. 

Czytając rozmowę z tą młodą kobietą zastanawiałem się, czy starczy jej sił, żeby bronić swojego człowieczeństwa, walcząc całymi latami nie tyle z wiatrakami, co z oblepiającą mazią poglądów ludzi ochoczo oddających się nienawiści w świecie fantazji.

Izraelski dziennikarz, Craig Dershowitz, pisze o fali nienawiści, jaka wylała się na brytyjskiego
aktora Eddiego Marsana, który zagrał rolę Żyda w brytyjskiej telewizji. To nieważne, że ten aktor nie jest Żydem, że grał rolę żydowskiego antyfaszysty, ważne, żeby wykrzyczeć swoją szlachetną nienawiść, żeby poinformować innych, że świat będzie sprawiedliwy, kiedy zabije się ostatniego Żyda. W dzisiejszym świecie, w którym  wirtualne obrazy mieszają się z rzeczywistością, fikcyjny Żyd jest nawet lepszy niż żywy. Pojawia się w umysłach w swojej karykaturalnej postaci i żadna konfrontacja z rzeczywistością mu nie zagraża. 

Żydzi, których jest na świecie około 15 milionów nie mogą być mniejszością. Pojawiają się w tej fikcji jako jakaś straszliwa panująca nad wszystkim masa. Nie tylko w Polsce słyszymy pełen przerażenia wrzask „Żydzi nas nie zastąpią”, „Żydzi nie odbiorą nam naszego kraju”.

Czy nieżydowscy syjoniści mogą się temu przeciwstawić? Zapewne nie zdołają odwrócić fali, nie przekonają dziennikarzy głównego nurtu, że warto przerwać to nieustanne powielanie fikcji. Mogą zaledwie pokazywać, że można inaczej, mogą próbować przekonywać tych, którzy gotowi są podjąć próbę wyrwania się z wirtualnego świata tak podniecającej nienawiści.

Gdzie są nieżydowscy syjoniści, którzy są naprawdę skuteczni?  Wszystko zależy od definicji pojęcia „skuteczność”, jeśli wiesz, że nie zmienisz świata, możesz mieć poczucie sukcesu, kiedy skłonisz do refleksji sąsiada. Warto również spojrzeć na działania tych, którym udaje się stosunkowo najwięcej.

George Deek jest ambasadorem Izraela w Azerbejdżanie. Często szokuje, ale jego samego raczej trudno zbić z tropu. W niedawno opublikowanym  wywiadzie opowiada z rozbawieniem jak po przyjeździe do Baku tamtejszy polityk zaczął rozmowę od dumnego zapewnienia, że Azerowie i Żydzi od stuleci żyją pokojowo obok siebie. Izraelski dyplomata odpowiedział, że to piękne, dodając, że on akurat jest Arabem. Azerbejdżański polityk zmienił front i kolejne zdanie rozpoczął od „między nami muzułmanami…”.  „Och, nie – przerwał Izraelczyk – jestem chrześcijaninem”.

Z Georgiem Deekiem kłopot, bo wszystko w jego życiu rozbija ukochaną przez antysyjonistów wirtualną wizję żydowskiego państwa. Na pytanie, kim jest, Deek musi wrócić do historii swojego dziadka, który przed powstaniem Izraela mieszkał w Jaffie, pracował w elektrowni i miał żydowskich przyjaciół. Dziadek (po którym trzydziestosiedmioletni dyplomata otrzymał imię), uciekł do Libanu na początku wojny o niepodległość, ale po kilku miesiącach doszedł do wniosku, że dał się oszukać arabskiej propagandzie i dzięki swoim znajomościom zdołał nie tylko wrócić do Izraela, ale odzyskał również pracę w elektrowni. 

Nie wiem, czy Deek miał na myśli izraelskich Arabów chrześcijan, czy arabskich syjonistów, ale mówi o sobie, że jak najmniejsza matrioszka, należy do mniejszości w mniejszości, w kraju, który jest mniejszością. Jego własna historia jest spleciona z historią rodzinną, z której bodaj najbardziej charakterystycznym epizodem była rozmowa z ojcem, który był znanym działaczem arabskiej partii nacjonalistycznej. Kiedy George Deek już po studiach prawniczych i dodatkowych studiach w USA,  powiedział ojcu, że zastanawia się nad karierą dyplomaty, ale boi się, że może to ojcu zaszkodzić, więc pyta o radę, usłyszał odpowiedź: „Ja bym na twoim miejscu tego nie zrobił, a ty zrób co uważasz za słuszne. Moim zadaniem było nauczyć cię jak myśleć, a nie co masz myśleć”.                          

Mimo młodego wieku Deek ma już spore doświadczenie w kontaktach z antysyjonistami. W 2014 roku był zastępcą ambasadora w Norwegii. Wywołana przez Hamas wojna spowodowała tsunami nienawiści do Izraela w Oslo. „Może was to zaszokuje – mówił do dyszącej nienawiścią norweskiej publiczności George Deek – ale istnienie Izraela jest dla mnie, arabskiego chrześcijanina, przynajmniej równie ważne jak dla izraelskich Żydów. A to dlatego, że jeśli na Bliskim Wschodzie nie ma miejsca na żydowskie państwo, to na Bliskim Wschodzie nie ma miejsca dla nikogo, kto jest inny.”        

Być może temu akurat syjoniście nieco łatwiej wyjaśnić ludziom jak tak zwana nakba, będąca rzeczywiście dla kilkuset tysięcy Arabów humanitarną katastrofą, została zamieniona w broń polityczną. Sama data Dnia Nakby – 15 maja – pokazuje, że jako katastrofę traktuje się powstanie Izraela. „Innymi słowy – mówi George Deek –  ta data pokazuje, że nie opłakuje się tego, iż moi kuzyni są Jordańczykami, a to, że ja jestem Izraelczykiem.”  

Ten arabski syjonista jest niesamowity i to nie tylko dlatego, że potrafi zapanować nad wyjącą publicznością niezależnie czy jest w Norwegii, czy w sali pełnej amerykańskich studentów, że nigdy nie traci panowania nad sobą, ale również dlatego, że nieodmiennie odsłania prawdziwą twarz zarówno tych rozwrzeszczanych, jak i tych niezwykle kulturalnych antysyjonistów.

Deek jest również dyplomatą w każdym calu. Na samym początku swojej kariery dyplomatycznej wylądował w Nigerii. Kiedyś w rozmowie z wodzem jednego z plemion Igbo słuchał jego skarg na tragedię, jaką stało się dla ludzi straszliwe zanieczyszczenie rzeki Niger. Początkujący dyplomata skontaktował się z izraelskim firmami i namówił je na projekt humanitarny. W ciągu kilku tygodni udało się wykopać szereg głębinowych studni i systemy irygacyjne dostarczające wodę do picia i wodę dla rolnictwa. Deek zarobił tytuł Nwanne di Namba (brata za granicą), a tego, że ta współpraca izraelskich firm irygacyjnych z krajami afrykańskimi trwa do dziś, nie zamierza wpisywać na swoje prywatne konto.     

A jednak droga arabskiego syjonisty to samotność długodystansowca. Jak mówi, „nie wszyscy lubią, że robię to, co robię”. To bardzo delikatnie powiedziane, bowiem po żydowskiej stronie wielu patrzy na niego podejrzliwie, a po arabskiej wielu uważa go za zdrajcę. On sam stwierdza spokojnie, że zupełnie dobrze się czuje na ścieżce, którą sobie wybrał.

Nieżydowski syjonizm ma bardzo wiele twarzy. Tu, nad Wisłą jest silnie spleciony z pamięcią 1967 i 1968 roku. Isabella Tabarovsky jest rosyjską Żydówką, zajmuje się w Wilson Center historią ZSRR i Rosji. Przyjechała do Ameryki trzydzieści lat temu i mając niespełna dwadzieścia lat zetknęła się po raz pierwszy z zachodnim antysyjonizmem. Po latach badań pisze, że nigdy nie spotkała na Zachodzie żadnego antysyjonistycznego argumentu, którego nie widziałaby wcześniej w literaturze radzieckiej lub rosyjskiej. To prawda, nieżydowski syjonista nad Wisłą, czy to czytając artykuły w gazetach, czy patrząc na wrzaski w mediach społecznościowych, nie ma kłopotów z zauważeniem, że już to widział. (Młodsi mogą nie pamiętać, a niektórzy starsi wolą nie pamiętać z innych ważnych względów państwowych.) Pamiętający nie ma również kłopotów ze zrozumieniem, że antysyjonizm to antysemityzm, ani z tym, że podobnie jak wszystkie wcześniejsze formy antysemityzmu antysyjonizm jest chorobą niszcząca człowieczeństwo swoich nosicieli. 

Tak, syjonizm jest niezbywalną częścią humanizmu i jeśli dla tak wielu jest to trudne do pojęcia, to tym bardziej warto się przy nim upierać, pamiętając, że świata się nie zmieni, ale sąsiad może coś zrozumieć.     


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Revealed: How Radical Fringe Groups Manipulate Westerners Against Israel

Revealed: How Radical Fringe Groups Manipulate Westerners Against Israel

Emanuel Miller


Ultra-Orthodox Jewish men are seen through a panel as they pray at the Western Wall in Jerusalem’s Old City while Israel observes a day of mourning after dozens were crushed to death in a stampede at a religious festival on the slopes of Israel’s Mount Meron, May 2, 2021. Photo: REUTERS/Ammar Awad.


Jamaal Bowman

Had the honor of meeting with children today in the occupied West Bank city Hebron. There are streets they cannot walk and places they cannot go, simply because they are Palestinian. When I asked about their dreams, their answer was simple: freedom. The occupation must end.

Image


Bowman is the latest in a long line of people to have visited Hebron over the years — as guests of radical fringe groups — and to have come away repeating false talking points to the media.

The same messaging has been repeatedly transmitted by foreign dignitaries, novelists, film stars, and other celebrities, who have been shown select parts of the city by members of groups such as Breaking the Silence and B’Tselem.

Breaking the Silence in particular is a highly controversial group, with a history of spreading false and misleading allegations against the Israel Defense Forces, many of them given anonymously. Its tours are a notable source of misinformation regarding Hebron specifically, and the relationship between Israel and the Palestinians in general.

Unsurprisingly, this strategy has resulted in a trove of quotes slamming Israel being reproduced in prominent English-language media outlets.

Israel Vilified While Palestinian Terrorism Overlooked

In 1967, Israel defeated numerous Arab states openly threatening it with extermination in a stunning six-day victory. As a result of that war, Israel tripled in size, with eastern Jerusalem, the Gaza Strip, the Sinai Peninsula, the West Bank, and the Golan Heights coming under its control. Although Israel forged peace deals with Jordan and Egypt, surrendering parcels of land in the process, it has still not reached final agreements with Syria and the Palestinians.

In 2017, to mark 50 years since the war, Breaking the Silence organized a VIP tour of Israel together with Pulitzer Prize-winner Michael Chabon and his wife Ayelet Waldman, herself a well-known writer, resulting in an anthology of essays about the life of Palestinians.

The ensuing Associated Press report detailed how the resultant book included essays that “describe the segregated city of Hebron,” and identified Breaking the Silence as the driving force behind the project. Omitted is the fact that Hebron was divided in accordance with an agreement between Israel and the Palestinian Authority (PA) whereby Israeli citizens, including Arab Israelis, can access only 20% of the city and not the other 80%.

By comparison, Palestinians in Hebron are able to wander approximately 97% of the city. They were banned from entering the remaining 3% following rampant terrorism, including countless shootings and sniper attacks in which even a three-month-old baby was targeted; suicide bombings; rock-throwings; Molotov cocktail attacks; and stabbings of Israeli soldiers protecting Hebron’s minuscule Jewish community and Judaism’s second-holiest site, the Cave of the Patriarchs.

The book was also reviewed by The New York Times, which wrote of a work detailing “a status quo of chronic entwinement, choking the Palestinians.” The Irish Times headlined its piece, “Indignation and horror: 26 writers visit Palestine”; and a Financial Times article about the book described the conflict as one “which doles out small injustices and humili­ations to Palestinians more often than it does rank brutality,” and names the writers “as guests of Breaking the Silence, a pro-peace non-governmental organisation.”

Even though the New York Times’ Gal Beckerman saw through the charade, describing Chabon and Waldman as having “gathered their friends, most of whom, they admit, had never given the occupation more than a glancing consideration,” and panned the book as “fairly superficial, full of unearned authority and exhibitionist empathy,” it still accepted the basic premise.

Beckerman slammed “Israel’s occupation of large swaths of Arab land to which it had no legitimate right besides brute force,” and spoke of “deeply etched marks of subjugation.”

The book received yet more exposure in the Los Angeles Review of Books, in which co-editor Ayelet Waldman is quoted as describing Hebron thus: “It is absolutely reminiscent of apartheid South Africa. It’s reminiscent of the areas of German cities from which Jews were barred.”

That same year, “Pretty Woman” actor Richard Gere visited the city, and was shown around by Breaking the Silence. The Hollywood star’s visit caught the attention of Israeli television and the international media alike, with reports citing Gere as having described Hebron as a place reminiscent of the Jim Crow-era US South, where black Americans were subjected to apartheid-like structural discrimination. An Associated Press article reported how “During the visit, Gere said ‘it’s exactly what the Old South was in America.’

This exploitation of “human rights” rhetoric led to Breaking the Silence being selected by the European Parliament as a finalist for the 2010 Sakharov Prize for Freedom of Thought — an award intended for defenders of human rights and other freedoms.

Core Messages Spread by Willing Foreigners

As The Jerusalem Post noted, “Bowman’s inclusion [on the recent congressional mission to Israel] is particularly noteworthy, given the New York Democrat’s alliance with a prominent group of legislators that includes some who openly back the boycott-Israel movement. The Squad comprised the most outspoken critics of Israel during the May conflict.”

It remains unclear whether Congressman Bowman came to really listen, learn, and work together with his Israeli counterparts, or whether he used the opportunity to raise his profile by leveraging the highly contentious Israeli-Palestinian conflict.

A review of his Twitter feed reveals that his posts typically garner in the range of 50-200 likes. But when he tweeted about the inability of Palestinians to walk around certain areas in Hebron, the message received over 3,500 likes.

Whatever Bowman’s true intentions, it is clear that he left having spread a misleading message about Israel’s relationship with the Palestinians. And he’s not the only one.

The message is one of a number of core narratives propagated by the likes of B’Tselem and Breaking the Silence.

A search of the Internet shows that the term “Ghost Town” has been in use by B’Tselem in relation to Hebron as far back as 2007. But the reality is that Hebron is far from a ghost town. While it is true that the old center is now mostly depopulated, the PA-administered part of the city is home to close to 200,000 Palestinians, an eight-story shopping complex, one of the largest in the Middle East, and boasts numerous factories and distributorships, accounting for a significant portion of the PA’s economy.

In short, when people, including reporters, refer to Hebron as a ghost town, it’s almost certain that they have only visited a small part of the city at most, under the auspices of NGOs bent on defaming Israel.

For example, Roger Cohen of The New York Times described visiting Hebron in a 2018 column in which he saw “biological metaphors of classic racism that accompanied [the Jews’] persecution over centuries.” Cohen depicted a soldier as “clearly uncomfortable with his mission, enforcing segregation.”

The claim is not backed up with any evidence, and ignores the reality that soldiers are not allowed to speak to the media unless given express permission from their commanders.

In the very first paragraph, he identifies the old center of Hebron as having “been a ghost town for many years.” A few paragraphs later, Cohen writes that he visited the city “with Yehuda Shaul, who served in the infantry in Hebron and later became a founder of Breaking the Silence.”

Shaul is no stranger to the media. In 2019, after Jason Greenblatt, then-US president Donald Trump’s Middle East peace envoy shared a tweet describing an iftar celebration in Hebron attended by Israelis and Palestinians as “laying the groundwork for peace,” Shaul penned an opinion piece published in the Guardian that slammed the city as “not a model of coexistence, but rather of segregation.”

As HonestReporting noted at the time in a column published by the Jerusalem Post, Shaul’s piece contained 780 words. Only two, “Second Intifada,” referred to Palestinian violence against Israelis. While Shaul obsessed over Palestinian suffering, literally not one word was devoted to describing the carnage wreaked by Palestinian terrorists.

The media campaign has also involved dozens of op-eds, interviews, and exposure in some of the world’s most-read and most well-known news outlets, including the BBCCNN, The Daily Beast,  The Washington PostForeign PolicyThe New Yorker, and many more.

It has also led to the production of a documentary film based on Breaking the Silence testimonies, which was then shared by The New York Times in November 2021. However, the Times failed to note the connection to Breaking the Silence, instead allowing filmmaker Rona Segal to cast herself simply as an “independent director” looking to “offer a view that has rarely been seen by the public.”

Partnering With Fringe Groups

Tourists visiting with Breaking the Silence are taken on a highly selective tour of a small fraction of the city of Hebron, and meet with members of an organization called Youth Against Settlements, headed by Issa Amro, a man who professes “non-violence” and whose business cards call him a “Human Rights Defender.”

In reality, his group has been documented as repeatedly glorifying Palestinian rock-throwing attacks on Israelis and sharing blatantly antisemitic smears.

In 2014, Youth Against Settlements awarded a prize to the governor of Hebron for supporting the “popular resistance” against Israel, a codename for widescale violence including the frequent throwing of Molotov cocktails and stones, and sporadic stabbing and vehicular attacks.

In 2016, Breaking the Silence partnered with a T’ruah: The Rabbinic Call for Human Rights, to sponsor “Go and See” trips for Jewish groups visiting Israel. And in 2018, the organization partnered with another radical group, IfNotNow, to organize a “walk-out protest” by five participants on Birthright trips who claimed that the tour did not adequately address Israel’s relationship with the Palestinians. The live-streamed stunt culminated with the five embarking on a visit of Hebron with Breaking the Silence.

And just this month, a New York Times article, “Inside the Unraveling of American Zionism,” named Breaking the Silence as partly responsible for “A reliable subcurrent in American students’ conversions away from the ardent Zionism of their youth is firsthand confrontation with reality in the West Bank.” The article was widely panned on Twitter by many Jews for showing a highly unrepresentative subsection of American Jewry.

Influencing Foreign Dignitaries

In 2012, Martin Indyk, former US ambassador to Israel, said that Breaking the Silence was trying to “sensitize” Israelis to the effect of the occupation. This stands in stark contrast to the group’s activities, which include delivering lectures at leading American universities, taking high-profile foreign visitors on its one-sided tours, and releasing several highly tendentious books translated into numerous European languages. These books have repeatedly been criticized as premised on predetermined “analyses” that falsely portray Israeli actions as “terrorizing the civilian population.”

Meanwhile, Breaking the Silence has repeatedly posted to social media about meeting diplomats from the European Union and other countries. In 2017, then-German foreign minister Sigmar Gabriel met with Breaking the Silence and B’Tselem, despite then-Israeli prime minister Benjamin Netanyahu saying that their scheduled meeting would be canceled if the top German diplomat insisted on meeting the groups first.

In 2019, British consulate staffers reportedly chauffeured Breaking the Silence’s co-founder, Yehuda Shaul, as he gave them a tour of a settlement near Jerusalem. Such meetings have become standard for many diplomats, and consequently serve to undermine the positions of the Israeli government.

Notably, in October 2021, Breaking the Silence CEO Avner Gvaryahu met with Ilhan Omar, a Democratic Congresswoman with a history of antisemitic and offensive anti-Israel statements.

While room for fair, measured criticism is a hallmark of democracy, Breaking the Silence’s modus operandi of targeting foreign politicians, diplomats, and news outlets — many of whom are already hostile to the Jewish state — constitutes a relentless campaign to delegitimize and smear Israel.

And the media are all-too-often willing partners in Breaking the Silence’s obsessing over Israel, while ludicrously claiming to be showing something rarely seen or talked about.


The author is a writer-researcher for HonestReporting, a Jerusalem-based media watchdog with a focus on antisemitism and anti-Israel bias, where a version of this article first appeared.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com