Dlaczego ojciec Anne Frank nie ujawnił nazwiska człowieka, przez którego córka trafiła do Auschwitz?

Anne Frank (Archiwum)


Dlaczego ojciec Anne Frank nie ujawnił nazwiska człowieka, przez którego córka trafiła do Auschwitz?

Marta Grzywacz


Zespół Vince’a Pankoke’a pokazał kluczowy list wnuczce człowieka, który wydał Anne Frank i jej rodzinę: – To dla mnie bardzo trudne, ale rozumiem, że tę historię trzeba opowiedzieć światu.

.

Nazwisko osoby, która zdradziła Niemcom, gdzie ukryły się holenderska Żydówka Anne Frank i jej rodzina, przez blisko 80 lat pozostawało tajemnicą. Teraz badacze twierdzą, że wiedzą, kto ją wydał. Najdziwniejsze jest jednak to, że prawdopodobnie tożsamość zdrajcy znał również ojciec Anne, Otto Frank. I nigdy jej nie ujawnił.

Dwa policyjne śledztwa w 1948 i w 1963 r., a także badania prowadzone przez zastępy historyków latami snujących własne teorie nie przyniosły żadnych rezultatów. Dopiero gdy do sprawy wrócił nowy zespół śledczych, z emerytowanym agentem FBI na czele, można było ogłosić sukces. W dużej mierze za sprawą nowoczesnych technik kryminalistycznych i technologii, które pozwoliły lepiej przyjrzeć się najsłynniejszej tajemnicy holenderskiego Archiwum X.

Pożegnanie z plażą

Vince Pankoke był już od dwóch lat na emeryturze i miło spędzał czas na Florydzie, gdy pewnego dnia, wiosną 2016 r., odebrał telefon. Dzwonił kolega z Niderlandów. – Jeśli masz już dość leżenia na plaży, jest dla ciebie sprawa – powiedział. Pankoke był agentem specjalnym FBI z 30-letnim stażem, specjalizował się w walce z kolumbijskimi kartelami narkotykowymi. Jedno ze śledztw zaprowadziło go kiedyś do Holandii, gdzie jego metody dochodzeniowe zrobiły duże wrażenie, więc niderlandzcy koledzy go zapamiętali. – Czy byłby zainteresowany pracą nad śledztwem, kto zdradził autorkę jednego z najsłynniejszych dzienników na świecie? – padło pytanie. Tak. Vince był zainteresowany.

Anne FrankAnne Frank (Wikipedia)

Do sprawy postanowił wrócić Thijs Bayens, niderlandzki reżyser i dokumentalista, gdy pewnego dnia zobaczył długą kolejkę przed domem – Muzeum Anne Frank w Amsterdamie. „Zastanowiło mnie – mówił w jednym z wywiadów – kogo bronimy w czasach ucisku. Kogo odrzucamy? Te pytania dziś znów są aktualne. Martwię się tym, co widzę wokół mnie, wykluczeniem całych grup, brakiem tolerancji. Opowieść o zdradzie Anne Frank wydała mi się najlepszym sposobem na zwrócenie na to uwagi”.

Bayens szukał doświadczonego detektywa, który chciałby popracować nie tylko nad rozwikłaniem zagadki, kto zdradził Anne Frank, ale przede wszystkim nad odpowiedzią na pytanie dlaczego. „Dzielnica, w której mieszkała Anne, była normalna, spokojna, ciepła – mówił.

– To było miejsce, gdzie pracowali obok siebie rzeźnik, lekarz, policjant. Lubili się nawzajem, żyli obok siebie. I nagle zaczęli się zdradzać. Co się stało?

Ta historia jest tym bardziej poruszająca, że ta zdrada dotknęła młodej, niewinnej, ślicznej, zabawnej i zdolnej dziewczynki, która była światełkiem w ciemności. I nagle sami sobie pokazaliśmy, jacy naprawdę jesteśmy”.

Pankoke stanął na czele zespołu złożonego z kilkudziesięciu osób, w tym z psychologa dochodzeniowego, detektywa z wydziału zabójstw, historyków, kryminologów i archiwistów. Mając świadomość, że materiału będzie więcej, niż jego zespół zdoła przerobić, od razu zdecydował, że posłuży się sztuczną inteligencją.

Z Achterhuis do Auschwitz

Otto Frank, żołnierz niemieckiej armii w I wojnie światowej, z zawodu bankier, opuścił Niemcy w 1933 r. po dojściu Hitlera do władzy. Razem z rodziną przeniósł się do do Amsterdamu, gdzie założył własne przedsiębiorstwo. Po ataku Niemców na Holandię zaczął załatwiać dla siebie i rodziny przeniesienie do Ameryki albo na Kubę. I rzeczywiście, dostał wizę kubańską, jednak zaledwie dziesięć dni później, 11 grudnia 1941 r., Niemcy wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym i Hawana anulowała Frankom pozwolenie na wjazd. Kryjówkę dla rodziny postanowił przygotować po tym, jak jego starsza córka, 16-letnia Margot, została wezwana do „obozu pracy”. List przyszedł 5 lipca 1942 r., a już następnego dnia rodzina Franków ukryła się w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu, w domu zwanym Achterhuis, który był przybudówką biura Ottona. Dom stał na tyłach kamienic przy jednym z głównych amsterdamskich kanałów Prinsengracht 263. Do rodziny wkrótce dołączyła czwórka znajomych Żydów. Jedzenie donosili im współpracownicy Ottona.

Dom, w którym ukrywała się rodzina Anne Frank, stał na tyłach kamienic przy jednym z głównych amsterdamskich kanałów Prinsengracht 263Dom, w którym ukrywała się rodzina Anne Frank, stał na tyłach kamienic przy jednym z głównych amsterdamskich kanałów Prinsengracht 263 Fot. Wikimedia Commons

Osiem osób mieszkało w ukryciu, w pokoju, do którego wchodziło się przez drzwi przesłonięte biblioteczką z książkami, ponad dwa lata. W ciągu dnia wszyscy musieli zachowywać absolutną ciszę, ale nocami rozmawiali i słuchali radia. Doniesienia z lata 1944 r. dały im nadzieję, że wojna niedługo się skończy – na plażach Normandii wylądowali alianci, Anne zanotowała tę informację w swoim dzienniku. Ostatni wpis datowany jest na 1 sierpnia 1944 r. Anne miała 15 lat. Trzy dni później około 10.30 do budynku weszło kilku holenderskich policjantów współpracujących z nazistami. Dowodził nimi oficer o nazwisku Silberbauer. Kazali się oprowadzić po domu. Stanęli przed biblioteczką. Wiedzieli, gdzie szukać, bo znali amsterdamskie domy, wcześniej sprawdzili już wiele z nich. Silverbauer wziął teczkę, w której znajdowały się zapiski Anne, wytrząsnął zawartość, zapakował znalezione w domu pieniądze i złoto i wyszedł. Jeszcze tego samego wieczoru do Achterhuis zakradła się Miep Gies, przyjaciółka rodziny, i pozbierała walające się po podłodze zeszyty i kartki z nadzieją, że przekaże je Anne, gdy ta wróci.

Cała ósemka ukrywających się została wywieziona do obozu przejściowego w Westerbork, a 3 września 1944 r. ostatnim transportem do Auschwitz. Margot, Anne i ich matka trafiły stamtąd do Bergen-Belsen. Wiadomo z zeznań świadka, że siostry zmarły na tyfus na przełomie lutego i marca 1945 r.

Sztuczna inteligencja

Ich ojciec, jako jedyny z całej grupy ukrywających się w oficynie, przeżył Auschwitz, wrócił do Amsterdamu, a w 1947 r., zgodnie z życzeniem Anne, opublikował jej dziennik.

I niemal od razu zaczął szukać tego, kto ich zdradził. Jednak po kilku latach nagle przestał.

Vince Pankoke był tym bardzo zdziwiony. To także była zagadka, którą chciał rozwikłać.

Pankoke i jego zespół postanowili sprawdzić wszystkie tropy i wszystkie wskazówki, nawet te najmniej prawdopodobne. Przebadali raz jeszcze nie tylko wnętrze domu, ale także jego otoczenie, do dziś prawie niezmienione. Podwórko nadal pozostaje zamknięte, otoczone sąsiednimi budynkami – wystarczy kaszlnięcie czy wychylenie głowy, żeby zostać dostrzeżonym. Dlatego początkowo śledczy przypuszczali, że ktoś usłyszał albo zobaczył ukrywających się ludzi. W starych policyjnych aktach odnaleźli więc zeznania sąsiadów Franków i mieszkańców okolicznych ulic przepytywanych przez policję w 1948 r. i jeszcze raz je przeanalizowali. Na podwórku sąsiadującym z kryjówką Franków odnaleźli na przykład mieszkanie członków NSDAP, a także kilku znanych policyjnych informatorów. Pojawiło się więc pytanie, jak to się stało, że rodzina była w stanie ukrywać się tak długo. Przy okazji Pankoke doszedł do wniosku, że oba śledztwa z 1948 i z 1963 r. spartaczono. Akta były niepełne, brakowało raportów, a dowody zostały rozrzucone po różnych archiwach. Zespół Pankoke’a zebrał to wszystko w całość, a także spędził kilka lat, przeszukując amsterdamskie archiwum miejskie, gdzie swego czasu skrupulatnie prowadzone przez Holendrów rejestry wiodły nazistów prosto pod adresy żydowskich domów. Przejrzano wszystko – listy, mapy, zdjęcia, nawet książki, a zebrane dane wprowadzono do specjalnie przygotowanego na potrzeby śledztwa programu komputerowego, który miał za zadanie łączyć fakty, ludzi, daty i miejsca.

Anne Frank. Powiem ci, kto zdradził

Szczególną uwagę grupa zwracała na rejestry aresztowań. W 1942 r. rodzina Franków znalazła się wśród 25 tysięcy Żydów holenderskich, którzy mieli zostać „wysiedleni” z Holandii w ramach ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Każde aresztowanie zaczynało się od przesłuchania, na którym padało pytanie: „Czy wiesz, gdzie ukrywają się Żydzi?”. Zespół archiwistów prześledził więc wszystkie dostępne zeznania sprzed aresztowania Franków i tuż po nim, w nadziei, że te informacje jedna po drugiej doprowadzą do tego, kto zdradził kryjówkę w Achterhuis.

Prace Pankoke’a i jego ludzi przyniosły efekty. Bardzo szybko powstała długa lista podejrzanych, z Willemem van Maarenem, pracownikiem Ottona Franka, na czele. Van Maaren był kombinatorem i złodziejem, dlatego podejrzenia padły na niego już po wojnie, jednak zarówno wtedy, jak i dziś został wykluczony. Wiedział, że jeśli Frank zostanie aresztowany, on straci pracę. Zrobiłby krzywdę sam sobie. Ans van Dijk, Żydówka skazana po wojnie za współpracę z nazistami, także została wykluczona z grona podejrzanych, bo przebywała wówczas w Zeist w centrum kraju. Grupa szukała dalej. Przede wszystkim osoby, która miałaby wiedzę i motyw. Mogły nimi być antysemityzm, pieniądze, inne korzyści. Bram van der Meer, policyjny psycholog, przeanalizował zachowanie podejrzanych, których życie także często wisiało na włosku, i uznał, że w takim kontekście zdrajcą mógł być każdy, więc śledczy zmienili kierunek – zaczęli szukać osoby, która nie budziła podejrzeń. Mogła nie mieszkać w okolicy, nie pracować u Franka, nawet go nie znać. Instynkt nie zawiódł Pankoke’a.

Arnold van den Bergh był notariuszem, miał żonę i dzieci, a podczas okupacji Holandii przewodził Radzie Żydowskiej w Amsterdamie, która na polecenie Niemców zarządzała sprawami gminy żydowskiej (w Polsce tę funkcję pełniły Judenraty).

Vince Pankoke dla CBS News: – Wiemy, że Rada Żydowska została rozwiązana w końcu września 1943 r. i wszyscy jej pracownicy zostali wysłani do obozów. Zaczęliśmy więc szukać Arnolda van den Bergha w różnych obozach, ale nigdzie go nie było. Ani nikogo z jego rodziny. A skoro nie trafił do obozu, to co się z nim stało? Gdzie był? Okazało się, że mieszkał do końca wojny w samym centrum Amsterdamu, przez nikogo nieniepokojony. To mogło oznaczać, że był człowiekiem wpływowym.

Jego nazwisko wypłynęło w aktach policyjnych w śledztwie z 1963 r., ale policja nie poszła tym tropem. Może dlatego, że van den Bergh nie żył od 1950 r. Na jego temat napisano dosłownie jedno zdanie, że podczas przesłuchania Otto Frank powiedział policji, że wkrótce po wyzwoleniu dostał anonimowy list, w którym ktoś napisał, że kryjówkę jego rodziny zdradził właśnie Arnold van den Bergh. List był dla Franka takim szokiem, że sporządził jego kopię, a oryginał ukrył u przyjaciela w sejfie.

Pankoke postanowił odszukać ten list. W 2018 r. trafił do syna nieżyjącego już policjanta Arenda van Heldena, który badał sprawę. Amerykański agent miał niebywałe szczęście, bo syn przechował papiery ojca. Wśród wielu pożółkłych kart znajdowała się kopia listu, który otrzymał Frank: „O twojej kryjówce w Amsterdamie poinformował Jüdische Auswanderung w Amsterdamie, Euterpestraat, A. van den Bergh, który mieszkał wówczas w pobliżu Vondelpark, O. Nassaulaan”.

Motyw, wiedza i możliwości

Vince Pankoke powiedział w wywiadzie dla CBS News, że nie był to może „dymiący pistolet”, ale jeszcze ciepła broń z leżącą nieopodal kulą. I że to był jedyny scenariusz, w którym zdrajca miał motyw, wiedzę i możliwości – trzy filary każdego śledztwa.

Technicy kryminalistyczni potwierdzili, że notatka jest autentyczna. Arnold van den Bergh prawdopodobnie za ratunek dla własnej rodziny nie tylko zdradził Niemcom kryjówkę Franków, ale też przekazał im całą listę adresów, pod którymi ukrywali się Żydzi. Przypuszczalnie nie wiedział, kto mieszka pod jakim adresem, znał tylko kryjówki, które Żydzi sami przekazywali Radzie Żydowskiej.

Przed zespołem Pankoke’a stanęło kolejne pytanie – dlaczego Frank, który umarł w 1980 r., nie wyjawił nazwiska zdrajcy, dlaczego nie prowadził dalej dochodzenia? Pankoke doszedł do wniosku, że nie chciał budzić jeszcze większego antysemityzmu niż ten, którego po wojnie wciąż doświadczano. Wyszedł być może z założenia, że gdyby ludzie dowiedzieli się, że Anne Frank i jej rodzinę zdradził pobratymiec, członek tego samego narodu, spowodowałoby to jeszcze większą nienawiść do Żydów.

Zespół Pankoke’a znaleziony list pokazał wnuczce van den Bergha. Zanim zareagowała, minęło parę tygodni, ale w końcu się odezwała: – Jeśli mój dziadek faktycznie przekazał nazistom adresy ukrywających się Żydów, mógł mieć tylko jeden cel – uratować własną rodzinę. To dla mnie bardzo trudne – powiedziała Pankoke’owi – ale rozumiem, że tę historię trzeba opowiedzieć światu.

Rezultaty badań zainicjowanych przez Thijsa Bayensa zostały właśnie opublikowane w książce wydanej w kilkudziesięciu krajach „The Betrayal of Anne Frank”. Jej autorką jest kanadyjska pisarka Rosemary Sullivan.


Źródła: Ellen Visser: Het was één klein briefje dat de onderzoekers op een spoor zette, Volkskrant, 18 stycznia 2022, Jon Wertheim: Investigating who betrayed Anne Frank and her family to the Nazis, CBS News, 16 stycznia 2022


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Saving Democracy From the Pandemic

Saving Democracy From the Pandemic

JOHN P.A. IOANNIDIS
and MICHAÉLA C. SCHIPPERS


Three years of crisis were used to justify the concentration of powers and suppression of freedoms that must be clawed back

DAVID MCNEW/GETTY IMAGES

COVID-19 has killed millions and threatened the prospects of democracy for billions more. Since early 2020, the world has witnessed a marked expansion of governmental decision-making regarding health. Lockdowns and curfews were instated in many countries, and many freedoms were taken away under the justification of a major health threat. Health authorities and politicians alluding to or exploiting health authorities acquired extraordinary power to regulate society at large, including the application of mandates. A Freedom House report found that democracy grew weaker in 80 countries during COVID-19, and that in 2020 the number of free countries reached the lowest level in 15 years. Countries that regressed included ones you’d expect like China and Belarus, but also democratic bulwarks like the United States, France, Denmark, and the Netherlands. The United States was listed as one of the 25 countries that witnessed the steepest declines in freedom. Even if the pandemic enters a less threatening endemic phase (as may already be the case in several countries), the legacy of authoritarian measures and mandates may leave behind a more enduring threat to democracy.

Several governments responded to the lethal pandemic by undermining the very systems that were in place to ensure accountability and to protect public health and well-being. No single individual can be blamed for this—it was a systemic problem, as decisions taken by one government or government agency instantaneously affected the decisions of others. But the result was the restriction of basic freedoms and the normalization of scapegoating and exclusion, both historically a prelude to atrocities. While some extreme actions were justified as efforts to achieve otherwise laudable goals (like increasing rates of vaccination), the attempt to isolate vast numbers of people while whipping the general population into agreement on aggressive public health policies probably damaged even these goals.

Some people, organizations, corporations, and lobbyists (or combinations thereof) saw this crisis as an opportunity to establish some version of a desired ideological utopia, which, in reality, benefited only a zealous minority confident in their “truth”, “science,” or whatever name they used to legitimate blind dogmas. In the end, half of the world’s working population suffered financially under lockdowns, creating massive ripple effects. Most people thrive when they can make their own decisions within the boundaries of the law, even during a crisis. But the loss of these basic freedoms was celebrated as a victory for public health, even as the loss of basic freedoms probably made public health outcomes worse in several countries. Many citizens of the United States and other democracies saw their businesses shutter, their life’s work disappear, and were not allowed to visit sick and dying loved ones or to even attend their burials. Younger generations were probably affected most, as students saw their schools close and their social lives thwarted with consequences we won’t fully understand for many years.

A critical mass of people, especially among those hit hardest by the crisis or whose concerns were marginalized by political and health authorities, may eventually conclude that their governments and leaders have failed them. Frustration may be expressed through peaceful, democratic means (voting officials out of office, for example), or through riots and revolution. Across the world, we have already seen instances of both. The outcomes of such social explosions are by nature chaotic and unpredictable.

The worst way to address such circumstances is to double down on trying to replace concrete values like freedom and equality with goals like safety and health under the guise of “science” and the greater good. No reasonable person would question that all of these values and goals are worthy of our efforts. But when they clash (or are portrayed as clashing), democratic societies must make decisions on priorities. Once individual freedom has been downgraded as a priority, it is difficult to ever get back.

In navigating such difficult circumstances, we need to ask ourselves: What kind of society do we want to have, and what legacy do we want to leave behind to our descendants? To stay healthy and thrive, human beings need positive reinforcement, engagement, close relationships, meaning, and a sense of accomplishment. Even if run by benign “experts” or agencies, top-down societies in which decision-making power is concentrated in the hands of a small group of people make it harder, not easier, for people to live these types of lives. It becomes still more difficult when small groups of people also preside over the concentration of wealth and information.

Many billionaires enjoyed a big expansion of not only their wealth but their influence over public decision-making during the pandemic. Some of them are no doubt brilliant human beings, well-intentioned benefactors, and generous philanthropists. But a big part of society’s increasing distrust of authorities has been the sense that elected representatives and health authorities have become too dependent on or susceptible to the lobbying and influence of tech and financial magnates.

Concern about the manipulation of power and influence has also been exacerbated by the performance of media and social media. It is critical in free, democratic societies that media never become a vessel for a single, state-sanctioned, official narrative at the expense of public debate and freedom of speech. The same applies for social media: Removing content considered “fake” or “false” in order to limit the ability of ordinary people to judge information for themselves only inflames polarization and distrust of the public sphere.

This is especially important in the realm of scientific debate. Anyone who believes that it’s possible to cleanse “science” of error through brute force censorship has no understanding of how science works or how accurate, unbiased evidence is accumulated in the first place. The idea of arbitrators who select what is correct and dismiss what is incorrect is the most alien possible concept to science. Without the ability to make errors or make (and improve on) inaccurate hypotheses, there is no science. The irony is that scientists understand (or at least should understand) and embrace (or at least should embrace) the fact that we all float in a sea of nonsense; it is the opportunist influencers and pundits, lacking in any understanding of the scientific method, who believe in the possibility of pure, unconflicted “truth.”

The population at large would benefit more from scientific skepticism (which doesn’t require a Ph.D.) than from the purging of “bias” by spurious information purifiers. Teaching free citizens about the risk of multifarious biases and how to prevent, detect, and avoid them is a job for educational institutions like schools and universities, not for tech companies, billionaires, federal bureaucrats, or online mobs. Being sensitized about bias has nothing to do with conspiracy theories, and may be the best way to diminish the alarming number of followers of conspiracy theorists. Willingness to acknowledge what we don’t know creates space for respect and dignity; pseudoscientific dogmatism only leads to bullying, violence, and repression. This is as true during times of crisis and emergency as it is during periods of peace and prosperity.

Many governments have demonstrated in the past three years that they can summarily impose decisions on free people without their consent, and can even whitewash their actions if they backfire. A balancing force is needed in a well-informed democracy to promote thoughtful discussion and the adoption of cautious and moderate policies, rather than conflicted agendas based on the proclamations of manipulated mobs. Intolerance and humiliation may seem like expedients, but tolerance and scientific humility may achieve even more.

As the pandemic ebbs, the years ahead will help determine whether we as democratic citizens and free people are still capable of making our own decisions, pursuing happiness, and refraining from harm, without falling prey to the authoritarian temptations that have felled democracies in the past.


John P.A. Ioannidis is Professor of Medicine and Professor of Epidemiology and Population Health, as well as Professor (by courtesy) of Biomedical Data Science and Statistics, at Stanford University. His complete COVID-19-related publications can be found here.


Michaéla C. Schippers is Professor of Behavior and Performance Management at the Rotterdam School of Management, Erasmus University, and Director of the Erasmus Centre for Study and Career Success.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- January 23, 2022

News From Israel- January 23, 2022

ILTV Israel News


Two earthquakes hit northern Israel in the span of less than 24 hours

Shas party leader Aryeh Deri resigns from Knesset as part of a plea deal…is prime minister Netanyahu any closer to reaching a deal?

The diaspora affairs ministry releases a grim report on antisemitism – incidents around the world skyrocketed in 2021


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Komunizm zawiesił się w Nowym Sączu. Efekty były za dobre

Premier Józef Cyrankiewicz przy rządowej limuzynie na odnowionym rynku w Nowym Sączu r. ‘Rynek-cudo, Rynek-bajka, wypieszczone i wychuchane, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, kolorowe cacko’ – zachwycał się ‘Dziennik Polski’ (FOT. WOJTEK ŁASKI/EAST NEWS, DOMENA PUBLICZNA)


Komunizm zawiesił się w Nowym Sączu. Efekty były za dobre

Leszek Kostrzewski


Tuż po Październiku ’56 partia pozwoliła władzom Nowego Sącza na samodzielność i przyznała specjalne przywileje. Eksperyment sądecki podważył sens gospodarki planowej.

.

21 października 1956 r., Dom Kultury Kolejarz w Nowym Sączu, sesja Miejskiej Rady Narodowej (MRN). Na sali 300 mieszkańców. Wrze, ludziom puściły hamulce, wykrzykują do włodarzy: „Złodzieje, bandyci, kłamcy”. Obrady trwają 12 godzin – od 11 do 23, w kolejnym dniu kończą się o 1.30 w nocy.

– Ile wzięliście łapówek za przydziały lokali? To, co się wyprawia w kwaterunku, woła o pomstę do nieba! – słychać głos z sali.

– Poobsadzaliście co lepsze posady rodzinami. A człowiek z wykształceniem i wiedzą, na pracę nie ma co liczyć!

– Wierchuszka rozbija się po pracy służbowymi samochodami, jeżdżą do wód, na zakupy. I to ma być Polska Ludowa? To ma być socjalizm?

– Patrzycie tylko, jak się nachapać, siedzicie przy korycie i za nic macie rolnika i robotnika. Wasz czas się skończył. Albo sami odejdziecie, albo was wywieziemy.

Mieszkańcy żądają zmian. Cel osiągają. Całe Prezydium MRN zostaje odwołane, ze składu Rady wylatuje I sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR. Dr Felicja Groniowa na nowego przewodniczącego prezydium zgłasza Janusza Pieczkowskiego. Ten odmawia. Ale ludzie nie ustępują: „Stary, zgódź się, kto jak nie ty”.

Zgadza się, jednak już na starcie przypłaca to zdrowiem. Z domu karetka zabiera go w stanie przedzawałowym. Ale po dwóch miesiącach wychodzi ze szpitala pełen energii do pracy.

Lotnik u steru miasta

We wspomnieniach Pieczkowski pisał: „Brudne, odrapane, z odpadającymi tynkami i dziurawymi rynnami budynki, ogromne wysypisko śmieci niemal w centrum miasta (…). U podnóża zniszczonego zamku Jagiellonów sterczały resztki rozwalonego budynku starej łaźni, cały plac zamkowy przypominał księżycowy krajobraz. Plac przed ratuszem służył, choć tylko umownie, jako »dworzec autobusowy«. Większość lokali sklepowych w północnej i zachodniej pierzei Rynku była pozamykana na głucho, jako że mieściły się tam najrozmaitsze magazyny PZGS i GS. Opłakany był stan nawierzchni ulic, przeważały tłuczniowe i gruntowe, co latem powodowało ogromne zapylenie. Równie opłakany był stan zieleni miejskiej, chwastami i wysoką trawą porastał zapomniany Park Strzelecki”.

Pieczkowski był członkiem Stronnictwa Demokratycznego (satelicka partia PZPR), z wykształcenia prawnikiem, z zamiłowania lotnikiem. Ukończył Szkołę Pilotów i Obserwatorów w Stanisławowie, a po wojnie był dwukrotnym prezesem Aeroklubu Podhalańskiego. Pracował w wydziale przemysłu krakowskiego magistratu, ale gdy jego stanowisko zlikwidowano, przeprowadził się do Nowego Sącza.

Jako przewodniczący MRN zaczął od przewietrzenia kadr. Z pracy wyleciał kierownik wydziału budżetowo-gospodarczego, który później za defraudację dostał trzy lata. A kolejny zwolniony dyrektor zbudował sobie dom z „publicznych” cegieł, wykorzystując „publicznych” budowlańców. W ich miejsca zatrudnił fachowców – speca od wodociągów inż. Walentego Cyłę, a także architektów – Wojciecha Szczygła i Jerzego Kumora. Dyrektorem Nowosądeckich Zakładów Gastronomicznych został Józef Nodzyński.

Nowy Sącz, 1976 r. Zabytkowe kamienice przy Rynku. Z prawej samochód syrena 105, obok motorower Komar i pośrodku samochód gaz-24 wołgaNowy Sącz, 1976 r. Zabytkowe kamienice przy Rynku. Z prawej samochód syrena 105, obok motorower Komar i pośrodku samochód gaz-24 wołga Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pieczkowski rozdzielał podwładnym pracę, ale lubił sprawdzać, czy i jak jest wykonywana. Jego córka Zofia Pieczkowska w książce „Miasto Archipelag” wspomina: „Miał fisia na punkcie punktualności. Dzień pracy zaczynał o siódmej od obchodu miasta razem z kierownikami wydziałów. Na nikogo nie czekał, jak ktoś się spóźnił, musiał ich na miejscu szukać. A nigdy nie było wiadomo, dokąd pójdą. Więc czasem można było zobaczyć kierownika jednego czy drugiego wydziału, jak biega przerażony po rynku i próbuje ich znaleźć”.

Pieczkowski szybko dostrzegł, że choćby tyrał 24 godziny na dobę, to bez zmiany prawa wielu rzeczy nie zmieni.

Dla przeforsowania nowego programu dla miasta i regionu postanowił wykorzystać popaździernikową odwilż i zmiany na szczytach władzy, gdzie ster przejął Władysław Gomułka. Poszukał też sprzymierzeńców – do pracy nad programem wciągnął licznych specjalistów i zainteresował nim dziennikarzy związanych z Nowym Sączem. Zasłużył się zwłaszcza Władysław Godek, który jeszcze w 1955 r. w tygodniku „Po Prostu” opublikował artykuł „Sądecki tor przeszkód”. Napisał, że sądeczanie mają znikomy wpływ na sprawy lokalne, bo o wszystkim decyduje Warszawa i przywiezieni w teczkach partyjni aparatczycy. Nic się nie zmienia, a zamiast rozwoju jest apatia.

Wariacki plan

Wkrótce do Pieczkowskiego dołączył Kazimierz Węglarski, przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej (w innej wersji to Węglarski znalazł Pieczkowskiego).

Węglarski też nie potrafił siedzieć bezczynnie, chciał zmieniać, ulepszać, poprawiać. Przed wojną ukończył seminarium nauczycielskie, uczył geografii, fizyki i rachunków w szkole w Stróży k. Dobrej, a później w Tymbarku. We wrześniu 1939 r. służył w 1. Pułku Strzelców Podhalańskich. Po wojnie został instruktorem do spraw oświaty, w ramach walki z analfabetyzmem uczył po chałupach pisać i czytać dorosłych. W 1948 r. został szefem Inspektoratu Szkolnego w Nowym Sączu.

Pieczkowski i Węglarski wpadli na wariacki plan – postanowili wywalczyć dla regionu trochę niezależności. Wsparł ich Witold Adamuszek, I sekretarz Komitetu Powiatowego PZPR. Ale jak do pomysłu przekonać Warszawę? Petycja z urzędową pieczątką: „My, niżej podpisani, prosimy o więcej swobody w gospodarowaniu regionem”, nic by nie dała. A jeszcze mogłaby ściągnąć kary za rozbijanie socjalizmu i szerzenie kapitalistycznych błędów i wypaczeń.

Trzeba było działać półoficjalnie. Pierwsza okazja nadarzyła się w marcu 1957 r., gdy do nieodległej Krynicy na leczenie przyjechał Gomułka. Kiedy Pieczkowski i Węglarski spotkali się z nim, nie przekazali żadnych szczegółów, na to jeszcze było za wcześnie, wystarczyła im deklaracja, że „pierwszy” rozwojowi regionu się nie sprzeciwia.

Premier Józef Cyrankiewicz, który pod Grabowem koło Nowego Sącza często odwiedzał babcię, w drodze powrotnej lubił wpaść do sądeckiego lokalu Stryszek. A że nie gardził dobrym jedzeniem i alkoholem, zabrali ze sobą kilka butelek łąckiej śliwowicy. Jak już popili z premierem, wyłożyli karty na stół i przedstawili mu trzy cele. Po pierwsze, podstawą rozkwitu ziemi sądeckiej powinien być rozwój uzdrowiskowo-letniskowy i turystyczny. Po drugie, ważne jest pobudzenie przemysłu i rzemiosła z wykorzystaniem miejscowych rezerw surowcowych i ludzkich z naciskiem na powiązany z turystyką przemysł ludowo-artystyczny. Po trzecie, trzeba polepszyć warunki do rozwoju sadownictwa i przetwórstwa owocowo-warzywnego.

Dziś takie postulaty to coś normalnego dla każdego samorządu. Jednak w warunkach gospodarki centralnie planowanej, nieuwzględniającej specyfiki regionów to była rewolucja. W środku komunizmu jeden region miałby uzyskać niezależność. Mógłby bez oglądania się na partyjnych biurokratów decydować, co dla niego jest dobre, a co złe.

To był niesamowity czas

3 listopada 1957 r. ukazał się w „Trybunie Ludu” apel „Do Sejmu PRL i wszystkich, którzy chcą odważnie myśleć i zdecydowanie działać”, pod którym podpisało się 18 inicjatorów sądeckiego eksperymentu. A 3 stycznia 1958 r. dwóch jego głównych inicjatorów spotkało się w Warszawie z Cyrankiewiczem, któremu pokazali szczegółowe plany. Przewidywał on przyznanie znacznej samodzielności władzom powiatu.

Od lewej stoją: Józef Cyrankiewicz, Piotr Jaroszewicz i Władysław Gomułka (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Od lewej stoją: Józef Cyrankiewicz, Piotr Jaroszewicz i Władysław Gomułka (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Pieczkowski: „Obecny przy rozmowach prof. Kazimierz Secomski stwierdził, że Komisja Planowania pozytywnie oceniła sądeckie propozycje i że jej zdaniem inicjatorów nie należy zbyt krępować w dalszych decyzjach i planach”.

Również Cyrankiewicz zgodził się, że konieczne jest większe usamodzielnienie władz powiatu. Rada Ministrów zatwierdziła eksperyment uchwałą z 9 maja 1958 r.

Krzysztof Pawłowski, twórca Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu, ocenia, że nastąpiło czasowe zawieszenie komunizmu w powiecie: – To był niesamowity czas. W mieście i okolicach (Nowy Sącz nie miał wtedy więcej niż 30 tys. mieszkańców) nagle można było bez problemów zakładać stowarzyszenia, spółdzielnie. Lokalne władze mocno postawiły na turystykę i rzemiosło, bo coś turystom trzeba było sprzedawać. No i sadownictwo, żeby ich nakarmić.

Państwo dało na to kredyty. Ludzie poczuli się gospodarzami na swoim terenie, rozwinęła się prywatna inicjatywa.

Sukces tego przedsięwzięcia był tak duży że władza musiała się z tego projektu rakiem wycofywać.

– Bo?

– Bo podważał sens gospodarki planowej. Ale ludzie dalej robili swoje. W tym samym czasie, podczas wyborów doszło do tego, że mieszkańcy Sądecczyzny jako jedyni nie wybrali oficjalnego kandydata do Sejmu wystawionego przez władze – oddawali nieważne głosy. Co więcej, nie można było sfałszować wyborów, bo członkowie komisji wyborczej powiedzieli „dość!”. Wybory trzeba było powtórzyć i pozwolono w nich na wystawienie niezależnego kandydata. Nazywał się Hodakowski i był dyrektorem liceum ekonomicznego. Pamiętam taki napis, wysmarowany smołą: „Chcesz poprawić Nowego Sącza los, oddaj na Hodakowskiego głos”. Hodakowski wybory wygrał. W całym świecie socjalistycznym, aż do Władywostoku nie było powtórzonych wyborów. Poza tymi w Nowym Sączu.

– Dlaczego akurat Sądecczyznę wybrano na miejsce tego eksperymentu?

– Bo w Nowym Sączu dobrało się kilka osób, które liczyły się w ówczesnych czasach i chciały coś zmienić. To jest ich osobisty sukces – mówi Pawłowski.

Turystyczne eldorado

Dzięki kredytom i utworzeniu Funduszu Rozwoju Ziemi Sądeckiej region rozkwitł. W kilka lat powstało kilkadziesiąt mostów, remiz i domów kultury, a także stadion lodowy w Krynicy, ośrodki zdrowia w Paszynie i Jazowsku. Jak grzyby po deszczu wyrastały gospodarstwa z pokojami gościnnymi. Powstało aż 156 tzw. dobrych wsi turystycznych, przypominających dzisiejsze gospodarstwa agroturystyczne.

Właściciele miejsc noclegowych dostawali pożyczki, aby dostosować dom do wymogów turystów, i przechodzili obowiązkowe szkolenia, jak czysto i zdrowo żywić turystę. Rozwinęła się gastronomia, której obroty w ciągu trzech lat wzrosły z 1 mln do 180 mln złotych. Powstały kultowe restauracje: Relaks w Gródku nad Dunajcem, Kaskada w Grybowie, Pod Jodłami w Kosarzyskach, Hawana w Krynicy.

Pieczkowski wspominał: „Ministrem handlu wewnętrznego był wtedy Edward Sznajder, nader życzliwie nastawiony do tego, co działo się w Sączu. Nasza prośba o ewentualną pomoc w powiększeniu sieci gastronomicznej została przyjęta przychylnie. Nowosądeckie Zakłady Gastronomiczne otrzymały część koniecznych pieniędzy z Centralnego Funduszu Rozwoju Turystyki i resztę ze Zjednoczenia Przedsiębiorstw Gastronomicznych. Stanęły za nie Bar Turystyczny i Węgierski oraz druga w Nowym Sączu reprezentacyjna restauracja i kawiarnia Panorama. Przebudowano i zmodernizowano zakład Stylowa przy ul. Jagiellońskiej 6. Dało to łącznie 400 dodatkowych miejsc konsumpcyjnych i poprawiło (…) obsługę ruchu turystycznego. Nic też dziwnego, że Nowosądeckie Zakłady Gastronomiczne szły od sukcesu do sukcesu, zdobywając aż siedmiokrotnie pierwsze miejsce w kraju. Sądecka gastronomia stała się słynna, bijąc na głowę konkurencję wyśmienitą kuchnią, grzeczną i szybką obsługą oraz estetycznym wystrojem wnętrz wszystkich swoich zakładów. W dodatku zakłady te dysponowały ewidencją prywatnych kwater noclegowych i pełną informacją turystyczną, były w stałym kontakcie z biurami obsługi turystycznej”.

Modernizacja po sądecku

To nie koniec sukcesów. Spółdzielnia Ogrodnicza Ziemi Sądeckiej stawiana była za wzór w kraju. Skup warzyw wyniósł tu astronomiczne 6,5 tys. ton rocznie. Zdecydowano też, że w gospodarstwach rolnych trzeba wymienić rasę bydła na mięsną i bardziej wydajną, żeby dobrze żywić turystów.

W Nowym Sączu przebudowano główne ulice, zbudowano hotel Orbis-Beskid, zlikwidowano baraki mieszkalne, a ludzi przeniesiono do nowych osiedli. W latach 1956-70 w mieście powstało ponad 35 km wodociągów, 49 km sieci kanalizacyjnych i 22,5 km gazowych. A także 58 km trwałych nawierzchni ulic oraz 1122 punktów oświetlenia ulicznego.

Tradycyjny warsztat tkacki prezentowany podczas nowosądeckiej wystawy rolniczej podczas festynu 22 lipca 1968 r. z okazji święta odrodzenia Polski. Pobudzenie rzemiosła, w tym ludowego rękodzieła, było ważnym elementem planu reformatorówTradycyjny warsztat tkacki prezentowany podczas nowosądeckiej wystawy rolniczej podczas festynu 22 lipca 1968 r. z okazji święta odrodzenia Polski. Pobudzenie rzemiosła, w tym ludowego rękodzieła, było ważnym elementem planu reformatorów Fot. Wojtek Laski/East News

Pieczkowski postawił też na młodych wykwalifikowanych ludzi w kulejącym Miejskim Przedsiębiorstwie Robót Budowlanych, którego szefem został Józef Kazuba. Sytuacja szybko się poprawiła. Już w 1961 r. przedsiębiorstwo zajęło pierwsze miejsce w kraju, powtarzając ten sukces w następnych latach jeszcze trzykrotnie.

„Utworzono przyzakładową szkołę rzemiosł budowlanych, co w połączeniu z licznymi kursami kwalifikacyjnymi pokrywało potrzeby kadrowe. Moc przerobowa wzrosła z 17 mln złotych w 1959 r. do 59 mln w 1969 r. Dzięki zapobiegliwości Kazuby rozbudowano zaplecze magazynowe, produkcyjne i socjalne. Pojawił się nowoczesny sprzęt – od koparek mechanicznych i spychaczy po ładowarki, różnego typu betoniarki i taśmociągi. (…) Załoga otrzymała szatnie, natryski, bufet i świetlicę” – wspominał Pieczkowski.

Co ciekawe, mnóstwo prac wykonywali prywatni rzemieślnicy, ponieważ byli dużo tańsi i solidniejsi od państwowych zakładów remontowo-budowlanych.

Rynek cudo i zbocza sadów

„To był prawdziwy big-beat, uderzenie dostatecznie mocne, by słychać było o nim w całym województwie. W przeddzień lipcowego święta Nowy Sącz otrzymał Rynek cudo, Rynek bajkę, wypieszczone i wychuchane, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach kolorowe cacko, w którym doskonale połączone zostały estetyka i mądra funkcjonalność. Nawierzchnia z płyt równie wspaniałych i trwałych jak te spod Sukiennic, fontanna symbolizująca naturalne bogactwo Sądecczyzny – zdroje wód mineralnych, pięknie odnowiony ratusz i wszystkie kamieniczki oraz – rzecz bardzo ważna – sklepy, wszystkie jasne, czyste. O dużych, ba, nawet bardzo dużych oknach wystawowych, dobrze zaopatrzone i zaprojektowane z myślą o turystach i wczasowiczach” – pisał 25 czerwca 1967 r. „Dziennik Polski”.

Jerzy Zieliński z „Życia i Nowoczesności” też się zachwycał: „Już od lat po przekroczeniu granicy widać było, że jest to trochę inny powiat. W Tęgoborzu nad Zalewem Rożnowskim całe zbocza sadów porządnie utrzymanych; czystsze wody i niebo, czystsze ulice. Turyści łatwiej tam znajdowali miejsca nie tylko na campingach czy w schroniskach, ale we wsiach, lepiej też zagospodarowanych niż w wielu podobnych powiatach; więcej kwiatów na rynkach miast, które w konkursach mistrza gospodarności nieraz osiągały sukcesy; więcej warzyw, mniej dymów kominowych. Tak by najkrócej można streścić Nowosądeckie, jedyny region, który ma nawet swój neon w centrum Warszawy”.

O eksperymencie mówił Jan Nowak Jeziorański w Radiu Wolna Europa, pisał o nim Jerzy Giedroyc w paryskiej „Kulturze”.

Cyrankiewicz chętnie odwiedzał sądeckie restauracje, gdzie kazał sobie podawać ulubione gołąbki z mięsem i pieczarkami oraz placek po sądecku z cielęciną. Gdy miejscowi zapytali go raz, dlaczego nie jada w bardziej wytwornych restauracjach np. w Zakopanem, premier miał odpowiedzieć, że najlepsze jedzenie jest w Nowym Sączu.

Powiat ekologiczny

Kazimierz Węglarski w 1974 r. opowiedział o szczegółach eksperymentu Jerzemu Zielińskiemu. Twierdził jednak, że wielkie przywileje dla powiatu to legenda. „Otrzymaliśmy jeden, jedyny szczególny przywilej: tzw. Fundusz Rozwoju Ziemi Sądeckiej, ale mieliśmy go sami wygospodarować, bo wedle paragrafu 23 uchwały Rady Ministrów miały się na ten fundusz składać ponadplanowe dochody budżetu powiatu nowosądeckiego i miasta Nowy Sącz z przedsiębiorstw terenowych; dobrowolne wpłaty spółdzielni pracy i spółdzielni handlowych (…), dopłaty do rachunków w wysokości 10 proc. za spożyte napoje alkoholowe w lokalach gastronomicznych (…) oraz dobrowolne dopłaty do biletów kinowych i teatralnych i przesyłek listowych; wreszcie – środki przydzielone z Prezydium WRN w Krakowie do dyspozycji Prezydium PRN i MRN w Nowym Sączu na aktywizację miast i miasteczek wykazujących nadwyżki siły roboczej; no i środki finansowe przeznaczone przez zakłady i przedsiębiorstwa z funduszu zakładowego na zbiorowe inwestycje w zakresie budowy pensjonatów, domów wypoczynkowych, letniskowych i innych oraz na budowę wspólnych obiektów usługowych, takich jak łaźnie, pralnie, centralne kotłownie itp. w ośrodkach uzdrowiskowych. Ponadto w 1958 r. otrzymaliśmy 5 mln zł kredytów bankowych, a w latach 1959 i 1960 po 10 mln na rozwój przemysłu terenowego, sadownictwa, warzywnictwa, hodowli i zagospodarowania terenów rolniczych w powiecie. Jak wiadomo, kredyty to nie darowizna: trzeba spłacać… Spłacaliśmy” – opowiadał Węglarski.

Eksperyment opierał się na rozwoju „przemysłu bez kominów”, a więc nie budujemy kolejnych dymiących fabryk, lecz wykorzystujemy potencjał regionu. Władze stawiały na ekologię.

Dziś na taki pomysły można dostać miliony euro z Unii, w PRL-u nastawionym na zakłady molochy to była aberracja, dziwactwo, idée fixe.

Trzeba wyrzucić złodziei

Węglarski szczególnie dumny był z rozwoju gastronomii. W 1957 r. wykazała ona ponad milion deficytu, a jej dyrektor twierdził, że nic się nie da zrobić. W jego miejsce przyszedł nowy – Józef Nodzyński. „Ale postawił warunki: po pierwsze, trzeba wyrzucić złodziei, po drugie: trzeba szkolić młodzież. Wymienił połowę kadry, rwetes był, bo niejeden miał dobrze ustawionych pociotków. A szkolenie młodych? U nas do technikum gastronomicznego tłok jak na wyższe studia, sześciu kandydatów na jedno miejsce. Jest w czym wybrać” – chwalił Węglarski.

Opowiadał o nietuzinkowych ludziach, np. Marianie Zielińskim, dyrektorze przemysłu terenowego, który, jak się wyraził „z g… przemysł zrobił”: „Jakieś prywatne warsztaciki były, to wszystko. W 1951 r. miał 880 tys. zł przerobu, a teraz zgadnijcie ile? 180 mln zł. Jak to zrobił? Dużo, trzeba przyznać, chytrością. Planowaliśmy przebudowę, unowocześnienie zakładów, ale kto da 60 mln zł? Więc Zieliński, byle tylko na teren wejść, szopę postawił, ale słupy konstrukcyjne już jak pod regularną halę przemysłową. I tak po kawałku. Rozglądał się też za produkcją poszukiwaną: nie było ceglarek, złapali wzór użytkowy i – na cały kraj. No i tu też – stałe podnoszenie kwalifikacji; jeżeli już w latach 1965-1966 mogli wykonać pełne wyposażenie dla Akademii Górniczo-Hutniczej, to coś się tu zmieniło” – wspominał Węglarski.

Twierdził jednak, że to nie pieniądze były najważniejsze, tylko to, że inicjatywa była oddolna: „To od nas samych wyszło i wszyscy ludzie czuli – na stanowiskach, nie na stanowiskach, aż do pojedynczego gospodarza na wsi, że od nas samych zależy, czy to się uda. Nie dyrygowała tym grupka ludzi, wszyscy byli wciągnięci”.

Nowy Sącz, 1976 r. Blok mieszkalny i skwerNowy Sącz, 1976 r. Blok mieszkalny i skwer Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wprowadzono też zwyczaj rozliczania się przed ludźmi. Co roku władza – od powiatowej do sołtysa – spotykała się z mieszkańcami i dyskutowała o tym, co we wsi, w gminie, w powiecie się zrobiło i co jest do zrobienia.

Trwoga przed kapitalizmem

Uchwała Rady Ministrów wprowadzająca eksperyment obowiązywała formalnie do 1975 r., czyli do wprowadzenia reformy administracyjnej, w ramach której powstało m.in. województwo nowosądeckie. Tak naprawdę jednak program był realizowany w pełni tylko przez siedem lat (1958-64). Później stopniowo przywileje regionowi odbierano.

Bano się, że „duch kapitalizmu” rozleje się po kraju, lud przejrzy na oczy i zacznie zadawać pytania, do czego jest mu potrzebna partia.

Spadkobiercą eksperymentu była Sądecka Miejska Strefa Usług Publicznych. Powstała 1 stycznia 1997 r. jako zlepek 14 sądeckich gmin. Warszawa szykowała się wtedy do reformy administracyjną kraju, zmniejszenia liczby województw z 49 do 16. Nowością były powiaty, żeby sprawdzić, jak będą się funkcjonować w praktyce, do pilotażu wybrano właśnie Sądecczyznę, ponieważ już wcześniej miała podobną autonomię, która się sprawdziła.

Nowy Sącz, 1976 r. Hotel Orbisu - BeskidNowy Sącz, 1976 r. Hotel Orbisu – Beskid Narodowe Archiwum Cyfrowe

Janusz Pieczkowski w międzyczasie zaocznie skończył administrację na Uniwersytecie Jagiellońskim (w 1966 r.), pisał pracę magisterską o źródłach finansowania eksperymentu sądeckiego. Po reformie administracyjnej w 1975 r. przez osiem lat był wicewojewodą nowosądeckim. To nie był jego żywioł, dawano mu odczuć, że nie jest od decydowania, ale od realizowania tego co góra wymyśli.

W 1992 r., w czasie jubileuszu 700-lecia Nowego Sącza, Pieczkowskiego pominięto wśród gości honorowych. Nie było go na uroczystościach w rynku i na mszy koncelebrowanej przez czterech biskupów, w obecności prezydenta Lecha Wałęsy. Zmarł w 1997. Jego córka Zofia Pieczkowska również była społeczniczką, wieloletnią radną, a w latach 2002-06 wiceprezydentką Nowego Sącza. Nie udało mi się z nią porozmawiać, zmarła 14 stycznia 2021 r.

Kazimierz Węglarski przewodniczył Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Sączu od 1958 do 1975 r., w latach 1973-75 był naczelnikiem powiatu nowosądeckiego. Zmarł w 1990 r.


Korzystałem z: Maciej Dulak „Eksperyment nowosądecki. Rozwój Polski nie musi się kręcić wokół Warszawy”,  4 stycznia 2018, Klubjagieloński.pl; Jerzy Leśniak „Eksperyment sądecki – pół wieku temu, Nowy Sącz, 2006; J. Leśniak „Encyklopedia sądecka”, Nowy Sącz, 2000; „Roczniki sądeckie” 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Our mission to remember the Holocaust – opinion

Our mission to remember the Holocaust – opinion

ALYSSA ANNIS


Anti-lockdown protesters proudly wearing swastikas along with those who are wearing a yellow star on their chest showing they refuse to get vaccinated display the persistence of antisemitism.

A Nazi-themed anti-vaccination placard is displayed during a demonstration this past week in Brussels against the Belgian government’s restrictions to contain the pandemic. / (photo credit: JOHANNA GERON/REUTERS)

Lately, not a week goes by without the tragic news of another Holocaust survivor passing away. To name a few: Henry Orenstein, Freda Wineman and Jack Feldman. Each of these examples spent many years educating on the dark times of the past. Not only did they spread their story but they made sure their voice was heard.

It’s been more than 75 years since the physical devastation of the Holocaust ended and, although the last 40+ years brought the advancement of Holocaust education, and with it, the sharing of the tragic stories of both the survivors and the victims, the question of whether the world has learned from this tragic past still lingers. Even now, every week there is some form of blatant antisemitism and recent statistics by the BBC show in the first six months of 2021 there was a record amount of antisemitism in Britain. In addition, a report by the American Jewish Committee (one of the oldest Jewish advocacy organizations in America) concluded that in 2021 one in four Jewish people in America faced antisemitism. Social media is full of hatred toward the Jewish people and posts endorsing Holocaust denial. Despite the great achievements by many to help eradicate this hatred, it reappears and spreads faster than can currently be contained.

It is the 21st century and the development of technology has transformed our lives, with the Internet now mandatory in most households and social media being used by millions worldwide. So, how is it that with all these steps to improve our way of life, hatred still finds ways to invade? If we look at the events of the past year, I would say that despite mass technological advancements we are indeed regressing back in time.

Over the past year, there have been anti-lockdown protests with protesters proudly wearing swastikas along with those who are wearing a yellow star on their chest showing they refuse to vaccinate themselves. As well, Texas decided to teach “opposing views” of the Holocaust. Harmful antisemitism spreads online. Isn’t this proof that despite the greatest efforts of many, our future may not be brighter than our past?

Well, it is indeed modernization that has caused the greater spread of hateful messages and even encouraged Holocaust denial conspiracy theories. By using social media, one can spread messages online to thousands of people, instead of just the people with whom they surround themselves. Additionally, a benefit of globalization is that it has enabled people to make contacts around the world; this is a way for messages to not only spread online, but spread rapidly to a global audience.

THE HALL of Names at the Yad Vashem World Holocaust Remembrance Center in Jerusalem, April 20, 2020. (credit: RONEN ZVULUN/REUTERS)

It is not enough for those who have a personal connection to the Holocaust to speak out. It is not enough to rely on a one-week trip to Poland. It is not enough to read books on the Holocaust. We need to be active. By learning about those dark times together, we can pave the way for a safer future, but we need to do more and find ways which work for our 21st century way of life.

In the words of Simon Wiesenthal, “For evil to flourish, it only requires good men to do nothing.” Therefore, I invite you to join Instagram @mymissiontoremember and ensure you are not only educated on the Holocaust, but that you reach out: You can find yourself a survivor to share their story with you, discover a great Holocaust Museum close by and do all you can to help society in its fight to not let history repeat itself. By educating ourselves about the Holocaust, you can ensure a safer future in which we can be proud to raise Jewish children knowing it will be an accepting society, and a society where a person can walk to a mosque without fear and simply walk down a street proud to represent themselves, their uniqueness and their religion.

Together, let’s make sure that we embrace the responsibility to remember those dark days, and when all the witnesses can no longer share their stories, that we are ready to embrace our role and improve society.


The writer is a second-year government and diplomacy student at Reichman University in Herzliya and an online Holocaust educator on Instagram @mymissiontoremember.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com