Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: gen. Anders i jego armia przez komunistów byli postrzegani jako wrogowie

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: gen. Anders i jego armia przez komunistów byli postrzegani jako wrogowie

Anna Kruszyńska


Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski. Fot. PAP/A. Zawada

Sowieci, a także tzw. polski rząd w Warszawie zaczęli bardzo szybko postrzegać 2. Korpus jako zagrożenie nie tylko polityczne, ale również militarne. Bano się też gen. Andersa, który był postacią niezwykle charyzmatyczną i zdecydowanym antykomunistą – mówi PAP dr hab. Tadeusz Paweł Rutkowski, historyk z UW.

Polska Agencja Prasowa: 24 marca mija 80. rocznica ewakuacji Polskiej Armii ze Związku Sowieckiego na Bliski Wschód. Jak na polskich żołnierzy patrzyli zachodni alianci i jak w czasie zmieniał się obraz Amii Andersa?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Ocena Armii Andersa dokonywana przez aliantów zmieniała się w trakcie wojny. Pamiętajmy o tym, że polscy żołnierze wyszli ze Związku Sowieckiego bez uzbrojenia, w fatalnym stanie zdrowia, a także w pewnym stopniu zdemoralizowani, co było wywołane przejściami obozowymi. Wobec tego proces stawania się profesjonalną armią, czyli ciałem złożonym z ludzi zmotywowanych i poddanych dyscyplinie wojskowej, był rozłożony w czasie.

To w trakcie tego procesu pojawiały się oceny krytyczne, choć były one jednak jednostkowe i niedyskredytujące tej armii jako całości. Natomiast te późniejsze, bardzo pozytywne, oceny Armii Andersa wiązały się z jej działalnością bojową, czyli przede wszystkim z udziałem w bitwie pod Monte Cassino, następnie z przełamaniem linii Gotów, zdobyciem Ankony i bitwą o Bolonię.

PAP: Mimo szacunku ze strony państw alianckich polska powojenna rzeczywistość polityczna nie była przychylna Polskim Siłom Zbrojnym na Zachodzie. Z jakimi dylematami musieli mierzyć się zarówno dowódcy, jak i żołnierze Armii Andresa?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Musimy mieć na uwadze fakt, że była to jednak armia bardzo specyficzna, dlatego że w ogromnym stopniu wywodziła się z ludzi pochodzących z Kresów wschodnich, którzy doznali prześladowań, bardzo często brutalnych i dotkliwych, ze strony Związku Sowieckiego, a także przeszli przez zesłania i sowieckie łagry. Podobny los spotkał ich rodziny. Część z nich została w Związku Sowieckim, część zmarła, a część w bardzo ciężkich warunkach zdrowotnych i psychicznych wyszła z wojskiem.

Była to zatem armia, która doświadczyła realnie, czym był Związek Sowiecki i komunizm. W związku z tym Armia Andersa w znacznie większym stopniu niż pozostałe części Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie kontestowała postanowienia konferencji w Jałcie. Żołnierze 2. Korpusu mieli także poczucie niemożliwości powrotu do swoich rodzinnych stron, które znalazły się w wyniku ustaleń konferencji w Jałcie w Związku Sowieckim.

Większość kadry oficerskiej i podoficerskiej, a także żołnierzy i ich rodzin zdecydowała się zatem pozostać na emigracji. Oczywiście część zdecydowała się jednak wrócić do swoich rodzin i domów. Dopiero po upadku Związku Sowieckiego okazało się nawet, że kilkuset z nich powróciło po prostu do Związku Sowieckiego, do swoich rodzin i gospodarstw – tam zostali ponownie poddani represjom.

PAP: Czy represje spotkały też żołnierzy, którzy wrócili do Polski?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Dla komunistów polskich, w tym zwłaszcza organów bezpieczeństwa stalinowskiej Polski, wszyscy żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, ale andersowcy w pierwszym rzędzie, byli traktowani z definicji jako grupa osób podejrzanych.

Oczywiście nie wszyscy z nich trafili do więzień czy byli bezpośrednio represjonowani, natomiast byli pod czujną obserwacją i traktowani byli jak podejrzani, jak ludzie co najmniej drugiej, jak nie trzeciej kategorii. Przynajmniej do połowy lat pięćdziesiątych nie mogli znaleźć pracy, zwłaszcza w swoim zawodzie, mieli trudności z funkcjonowaniem w stalinowskiej rzeczywistości. Różne osoby dotknęło to w różnym stopniu, na pewno bardziej oficerów niż szeregowych żołnierzy. Władze komunistyczne jeszcze długo po okresie stalinizmu, walkę w Armii Andersa, podobnie jak udział w Armii Krajowej, uważały za plamę na życiorysie.

PAP: Jak wcześnie polscy komuniści zaczęli postrzegać Armię Andersa jako zagrożenie?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Zarówno Sowieci, a także tzw. polski rząd w Warszawie zaczęli bardzo szybko postrzegać 2. Korpus jako zagrożenie nie tylko polityczne, ale również militarne. Wynikało to po pierwsze z tego, że 2. Korpus gen. Andersa szybko się rozrastał. W ostatnich miesiącach wojny rekrutowano Polaków, którzy byli jeńcami z armii niemieckiej. Z kolei tuż po zakończeniu wojny do Armii Andersa wcielono polskich żołnierzy, którzy znaleźli się pod władzą aliantów. Widzimy zatem, że liczebność 2. Korpusu pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu nadal wzrastała, co nie mogło nie budzić obaw komunistów. Obawy budziło również to, że 2. Korpus stacjonował we Włoszech, które graniczyły z komunistyczną Jugosławią. Sowieci obawiali się, że tak blisko innego komunistycznego kraju znajduje się wojsko tak jednoznacznie nastawione antykomunistycznie. Obawiano się możliwości ingerencji Korpusu na Bałkanach, zarówno w Jugosławii, jak i w zaczynającej się w 1946 r. wojnie domowej w Grecji.

Ponadto 2. Korpus utrzymywał także kontakt z krajem, prowadził działalność, która wspierała antykomunistyczne podziemie w Polsce. W związku z tym przez komunistów od razu niemal zaczął być postrzegany jako wróg. Bardzo szybko rozpoczęła się akcja propagandowa, która miała na celu doprowadzenie do jego rozwiązania. To właśnie w jej wyniku w 1946 r. nastąpiło przeniesienie się 2. Korpusu do Wielkiej Brytanii, a następnie jego demobilizacja.

Komuniści bali się jednak samego Andersa, który w swoich poglądach był zdecydowanym antykomunistą, a do tego był człowiekiem charyzmatycznym. Od śmierci gen. Władysława Sikorskiego był najbardziej znanym polskim dowódcą. Miał za sobą głośny szlak bojowy, a także zaplecze w postaci wiernych mu zarówno oficerów, jak i żołnierzy – był otoczony osobistym uwielbieniem i kultem. Gen. Stanisława Maczka oczywiście ceniono, lubiano i ufano mu, jednak nie miał on takiej charyzmy, jaką miał Anders. Żołnierze Andersa w swojej masie stali za nim murem, mogli zatem w ocenie komunistów stanowić narzędzie działań militarnych, a także politycznych.

PAP: Wspomniał pan o propagandzie. Jaki obraz Armii Andersa był przez nią kreowany?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Argumenty stosowane przez komunistów były stosunkowo proste i do dziś pojawiają się w różnego rodzaju dyskursach. O żołnierzach 2. Korpusu mówiono, że to faszyści, reakcjoniści, a nawet wytykano im rzekome związki z hitlerowcami i chronienie Ukraińców z SS-Galizien.

Były to więc różnego typu zarzuty, które swoim charakterem miały dyskredytować politycznie, ale także moralnie. Gen. Anders i jego najbliżsi współpracownicy oraz dowódcy stali się przedmiotem kampanii nienawiści. Ukoronowaniem tej kampanii było w 1946 r. pozbawienie polskiego obywatelstwa przez tzw. polski rząd gen. Andersa, ale także kilkudziesięciu innych polskich dowódców.

PAP: Czy z czasem ten obraz w komunistycznej propagandzie się zmieniał?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Najbardziej intensywnym okresem tej propagandy były lata czterdzieste i pięćdziesiąte, czyli okres stalinowski. Wówczas widziano szczególne zagrożenie dla komunistów ze strony samego Andersa w związku z dalszym istnieniem 2. Korpusu, a następnie Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia w Wielkiej Brytanii, który stanowił zaplecze emigracyjne.

Anders był postacią wyklętą, rzucano w niego największymi i najgorszymi wyzwiskami. W ocenie komunistów był on symbolem reakcji, zła, faszyzmu, zbrodni i w ogóle tego wszystkie, co najgorsze. Po 1956 r. obraz Andersa kreowany w propagandzie zaczął się stopniowo zmieniać, aczkolwiek do końca PRL nie ukazała się ani biografia gen. Andersa, ani bardziej dokładne opracowanie dotyczące samego 2. Korpusu.

Wyjątek stanowiło wydane w latach pięćdziesiątych, a następnie wznawiane „Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza, choć z bardzo ładnym niuansem. Mianowicie w oryginalnym wydaniu z 1945 r. na pierwszej stronie książki widniało duże zdjęcie gen. Andersa. W Polsce Ludowej pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1959 r., także z dużym zdjęciem, ale Wańkowicza. Książka ponadto również podlegała cenzurze, chociażby ocenzurowano nie tylko część samego tekstu, lecz i zdjęcia przedstawiające żołnierzy, którzy wyszli z łagrów, które do dziś robią bardzo duże wrażenie. Również w 1959 r. została wydana książka byłego adiutanta gen. Andersa, rtm. Jerzego Klimkowskiego, pt. „Byłem adiutantem gen. Andersa” (Warszawa 1959), w której zarzucał on swojemu byłemu dowódcy czyny wątpliwe moralne i stawiał go w złym świetle jako człowieka.

Z czasem zaczęto także pisać nieco więcej o armii na Wschodzie oraz o wyjściu ze Związku Sowieckiego. Jednak nadal w pracach tych podkreślano, że antysowiecko nastawiony Andres nie chciał walczyć o wolność Polski najkrótszą drogą, a wszystkie jego dokonania były przyćmione przez jego irracjonalny antysowietyzm. Stopniowo ta krytyka gen. Andersa przestała być tak ostra i publicystyczna, jednak nadal pisano o nim zazwyczaj bardzo źle, albo źle, przedstawiając jego działania zgodnie z interpretacjami sowieckiej historiografii, mniej lub bardziej zbilansowanymi. Od lat osiemdziesiątych można już było publikować wspomnienia żołnierzy Korpusu, opisy jego bitew, ale bez uwzględniania roli Andersa.

PAP: A jak obraz gen. Andersa i jego armii wyglądał w pamięci zbiorowej Polaków okresu PRL?

Dr hab. Tadeusz P. Rutkowski: Wśród żołnierzy i oficerów, którzy otaczali gen. Anders kultem, o którym już mówiłem, było wielu ludzi pióra – literatów, artystów, dziennikarzy. Zauważmy, że przecież Jerzy Giedroyc i środowisko paryskiej „Kultury” wywodziło się ze środowiska 2. Korpusu. W związku z tym na Zachodzie piśmiennictwo dotyczące pobytu i prześladowań Armii w Związku Sowieckim, a następnie działań militarnych Korpusu było bardzo duże i obszerne. Powstało wiele prac wspomnieniowych i historycznych, a także o charakterze publicystycznym.

Kiedy w Polsce w połowie lat siedemdziesiątych powstał drugi obieg wydawniczy, część z tych publikacji była przedrukowywana właśnie w drugim obiegu. To wówczas zaczął przebijać się mit gen. Andersa i jego żołnierzy. Ten obraz zaczął przenikać do szeroko pojętych elit, osób kontestujących komunistyczną rzeczywistość.

Polacy ten kult Andersa poznali także poprzez wyjazdy zagraniczne czy częściową emigrację. Nie można, zatem powiedzieć że do 1990 r., czyli do zmian ustrojowych w Polsce, postać gen. Andersa była wyjęta czy wręcz wycięta z polskiej pamięci zbiorowej, był w niej choćby dzięki przekazowi rodzinnemu, a następnie drugiemu obiegowi wydawniczemu i działalności emigracji polskiej. Na pewno jednak nie był w niej obecny w takim stopniu, na jaki zasługiwał, bo do tego byłby potrzebny normalny, niepodległy kraj.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Breaking the Chains

Breaking the Chains

NOMI KALTMANN


Different legal strategies emerge to help Jewish women whose husbands won’t grant them a religious divorce

Gary Lesin-Davis is an experienced English criminal lawyer whose cases typically revolve around complex fraud and international money laundering. But in recent years, he has picked up a new area of expertise: He has become known for using English law to prosecute recalcitrant Orthodox Jewish husbands who render their wives agunot—“chained women”—by refusing to grant them a get, a Jewish bill of divorce.

Historically, the term agunot referred to Jewish women whose husbands had disappeared during war or travel, leaving it unclear whether their missing husbands were alive or dead, and rendering the women “anchored” to their marriages, unable to move on and remarry while the fate of the husbands was unknown. In the modern era, the term generally refers to women who have become “chained” to marriages because their husband refuse to grant them a get.

There are many reasons why men withhold gets from their ex-wives. Often gets are used as leverage in custody and financial disputes, or are used as a controlling mechanism, where withholding the religious divorce prevents ex-wives from having the option to remarry in their community.

Agunot are a global issue, with rabbis, lawyers, and advocates using a mix of creative halachic thinking and innovative legal approaches to try and solve this longstanding problem.

“The side of things you see in domestic abuse cases—domestic violence, domestic control, financial control, emotional and psychological pressure—in all these instances there is pressure put on the victim. Get abuse is a form of that,” said Lesin-Davis. “It is not just physical assault. There was always legislation to deal with that. But there was never any legislation to deal with the stuff that goes on in relationships that falls short of physical violence, and sometimes that’s longer lasting than a punch or bruise.”

In a widely reported case recently, Lesin-Davis successfully argued that withholding the get was a form of coercive control that should be prosecuted under England’s Serious Crimes Act, a piece of English criminal legislation that was not specifically drafted for agunot. Using such legislation was not without difficulty.

“One of the key elements of this law is that the parties have to be personally connected, in an intimate relationship or living together,” he said. “The difficulty with this legislation is when a couple have divorced civilly and haven’t lived or slept together in years. It can be difficult for non-Jews to understand Jewish relationships, where even in such a case, in [Orthodox] Judaism, the wife would not be permitted to [be in a relationship] anyone else, even if she has had nothing to do with her husband for years.”

The fight to free agunot utilizing the secular court system rather than through the rabbinate is not without controversy. Some dayanim, or religious judges, are loath to advance the use of secular law on behalf of agunot, arguing that court-ordered punishments would invalidate any religious divorce given, as gets must be given freely and without pressure.

Rabbanit Ellyse Borghi, an Australian family lawyer who is also on the board of Unchain My Heart, an Australian get-advocacy organization that collaborates with other international get advocacy groups, empathizes with women who turn to solutions outside of a traditional Beth Din, or religious court.

“I think it is a really shameful that our religious courts and religious leaders are not able to resolve this issue themselves and have delegated this responsibility to the secular courts,” she said. “There is an enormous scope within Halacha to deal with these issues directly and I think we will get much better outcomes using halacha to address these issues rather than civil law.”

But with women often languishing, and creative and reliable halachic solutions not yet foolproof, scores of women are drawn to solutions, even outside of a Beth Din, that will allow them to be free.

“Batei Din in the diaspora do not have enforceability when it comes to sanctions in the same way Batei Din do in Israel,” said Joanne Greenaway, a lawyer and chief executive of the London School of Jewish Studies who previously worked on resolving get cases. “The secular courts are an additional tool that can be helpful to the Beth Din. It sends a really clear message that get refusal is abusive and is not OK. And that can help the Beth Din from preventing new cases from arising.”

Greenaway’s role has included helping resolve longstanding cases involving agunot, as well as advising other British family law lawyers working on resolving cases.

When asked how many agunot she estimates are currently in England, Greenaway was considered in her response: “It is so hard to quantify because there is no standard, uniform definition of agunot and there are always many cases open at varying stages and with a whole range of different complexities,” she said. “It is hard to put a quantity on someone’s pain when you just measure the numbers.”

While the English cases have set a precedent for how get cases may be prosecuted in the future by secular courts in the U.K., similar outcomes are less certain in other jurisdictions.

Michael A. Helfand, an expert on religious law and religious liberty as well as vice dean for faculty and research at Pepperdine University in California, understands the difficulties involved in bringing such a case in the United States. “In the context of religion, there are very strong First Amendment reasons why [replicating a similar case in the United States] would be difficult,” he said, while also noting, “It’s not to say those hurdles are insurmountable.”

recent case in California seems to indicate that under certain circumstances there may, on occasion, be some appetite for American courts to deal with coercive control in the context of agunot. “The recent California decision is an example of using the husband’s refusal to grant a get as one piece of evidence—among others—supporting a finding of abuse,” said Helfand. “In that way, it deftly avoids the kind of decision that runs into First Amendment problems, focusing instead on the coercive control inquiry.”

In the U.S., the First Amendment provides that Congress make no law respecting an establishment of religion or prohibiting its free exercise. Legal experts generally understand this to mean that courts should not be trying to figure out what is or is not appropriate religious conduct.

“Sometimes courts say they should not get entangled in religious issues,” said Helfand. “The kind of case where you [could overcome the First Amendment] would be one where from the specific facts of the case, you could excise the religious behavior and separate it from the abusive behavior. If there is a way to separate abusive behavior, then religious exercise could be possible and surmount constitutional obstacles.”

Helfand pointed to the two get laws in New York State that aim to prevent agunot by directing judges to take several factors into account and effectively condition the procuring of a civil divorce upon the giving of a get. “These laws could potentially be replicated elsewhere around the country,” he said.

Keshet Starr, executive director of the Organization for the Resolution of Agunot in the United States thinks the prevention of agunot should occur through a multifaceted approach. “The way I think about it, instead of thinking of one bulletproof solution, the goal is to have a well-stocked toolbox with a lot of tools that help,” she said.

One of her go-to suggestions is the halachic prenuptial agreement. Created by the Beth Din of America, and promoted by ORA, the agreement is signed by couples before they marry and in the event of a divorce, requires the parties to appear before a Beth Din.

According to the prenup, if the couple does not live together anymore, the husband is required to pay monetary support to his wife at a daily fixed rate as long as they remain married. This then empowers a Beth Din to have the requisite power to enforce the get.

“The prenup is a strong tool because it helps change the conversation,” Starr said. “It also creates social change that gets shouldn’t be used for leverage in divorces.”

Starr’s organization’s approach has been successful in helping many agunot. “ORA’s position is to create organic change within the system,” she said. “We are inside the circle to work with rabbinic leaders. Figuring out these tools are complicated. We ultimately want to offer agunot a range of options. Not every option is right for all people. We don’t believe pushing people down one path but giving them options and they can pick whatever feels right to them as they go through this process.”


Nomi Kaltmann is Tablet magazine’s Australian correspondent. Follow her on Twitter @NomiKal.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


History of Israel Documentary

History of Israel Documentary


IntroBooks Education


the form of articles, ebooks, audiobooks and videos. We invest a lot of time and effort in creating well-researched videos to provide a wealth of information for anyone who yearns for knowledge.

Subscribe or join our channel so that you can easily get new updates and check our latest postings. Not only can you stay updated on topics like History and geography, but you can also increase your knowledge about concepts and methodologies used in Physics, Chemistry or Mathematics.

Furthermore, on our website: https://readintrobooks.com/ you can find many educational resources.

* * *

There are just so many of those things that #history is holding inside and whenever one tries to look over for the facts which are left behind, there is that amazing and astounded feeling of getting overwhelmed. So is the case with the history of #Israel which talks about so many of those things that happened with the existence of this country.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Co by dziś zrobił Winston Churchill?

Winston Churchill (Fot. Shutterstock)


Co by dziś zrobił Winston Churchill?

Andrzej Brzeziecki


Jeszcze w latach 20. Winston Churchill pisał: “Nie ma nic gorszego niż uleganie przemocy w obawie przed wojną”, i dodawał, że jeśli się ustąpi się raz, to lista żądań i upokorzeń nie będzie miała końca.

.

Dziś, gdy na ukraińskie miasta lecą pociski, a w Europie rośnie ryzyko wojny, dobrze wrócić do klasyków. Umożliwia nam to Nina Smolar swoją najnowszą książką o Winstonie Churchillu. W błyskotliwym i zwięzłym stylu autorka przypomina postać najwybitniejszego premiera Wielkiej Brytanii i jednego z najwybitniejszych polityków w ogóle. Biografii Churchilla powstało już wiele, on sam także dbał o dokumentowanie swojego życia. Niemniej ilość nie zawsze oznacza jakość, a te najciekawsze i najbardziej kompetentne, ale też ze względu na olbrzymie rozmiary mało przystępne – Roya Jenkinsa czy Maxa Hastingsa (traktująca o latach II wojny światowej) – nie ukazały się wciąż po polsku.

Ze współczesnej perspektywy

Nina Smolar zaś ma jeszcze coś – po pierwsze kobiecą perspektywę, dzięki której patrzy na Churchilla jak na męża stanu, jak na męża Clementine i ojca, ale też w ogóle jak na człowieka z krwi i kości, a nie tylko polityka i bohatera. Napisała swoją książkę w czasach, gdy pewne oczywistości z pierwszej połowy XX w. zostały już podważone. Zdołała więc wpisać Churchilla w czasy, gdy oskarża się go o rasizm i gdy Brytyjczycy są już po brexicie. Wiele się więc zmieniło od czasów Churchilla. Wielka Brytania nie jest już tak utożsamiana z samą Anglią. Odpadły kolonie, zmniejszyła się liczba męskich szkół z internatem, a rozwód w rodzinie królewskiej nie jest już nie do pomyślenia. Mało kto też, nawet w londyńskim City, nosi meloniki, nie pali się już w miejscach publicznych, burmistrzem Londynu jest Pakistańczyk z pochodzenia.

Pewne sprawy i postawy są jednak ponadczasowe i Churchill jest ponadczasowy, nawet jeśli tu i ówdzie jego pomnik zostanie zburzony.

Nina Smolar pokazuje, jak niesamowitym człowiekiem był syn lorda Randolpha – wielowymiarowym, kontrowersyjnym, czarującym i irytującym zarazem. Musiał mieć coś w rodzaju ADHD, zawsze pełen energii, inicjatywy i przekonany o własnej racji.

Miał dar widzenia problemu z szerokiej perspektywy, ale zarazem bardzo dbał o szczegóły, aż – z perspektywy podwładnych – do upierdliwości.

Był egocentrykiem. Rozmowę rozumiał jako własny monolog, gdy pisał książki historyczne, pisał głównie o sobie. Miał niewyparzony język. Jak na brytyjskiego dżentelmena przystało, bywał czasem niechlujny w kwestii ubioru, choć zarazem lubił jedwabną bieliznę, i lekceważył etykietę, oczywiście z wyjątkiem dla dworu Jego Królewskiej Mości, który symbolizował w jego oczach trwałość imperium. Był człowiekiem twardym, a jednocześnie płakał przy byle okazji.

Kapitan polityka

Gdy 7 kwietnia 1939 r. Mussolini zajął Albanię, Churchill był posłem z tylnych rzędów parlamentu i skupiał się na pisaniu książek, co stanowiło wtedy ważne źródło dochodów. Była Wielkanoc i Churchill, zawsze prowadzący aktywne życie towarzyskie, gościł partyjnego kolegę i późniejszego premiera Harolda Macmillana. Gdy informacja o akcji Włoch dotarła do rezydencji Churchilla w Chartwell, potrawy świąteczne poszły na bok. Macmillan wspominał: „Zobaczyłem, jak wygląda praca Winstona. Mapy zostały dostarczone, sekretarki wezwane, telefony dzwoniły z pytaniem, gdzie jest brytyjska marynarka. Zaangażowany został cały personel, który Churchill utrzymywał dla swojej pracy pisarskiej”.

Macmillan podkreślał, że jego gospodarz przecież nie pełnił żadnego oficjalnego stanowiska. To jednak odróżnia męża stanu od zwykłego politykiera.

Oczywiście trudno sobie dziś wyobrazić, aby zwykły poseł mógł na własne potrzeby utrzymywać sztab ludzi. Churchill wywodził się z elity i pewne rzeczy były dlań łatwiejsze, choć trzeba pamiętać, że wielokrotnie miał kłopoty finansowe i widmo bankructwa zaglądało mu w oczy. Był jednak pracowity. Dużo czytał i dużo wiedział o świecie – gdy odwoływał się do starożytnych autorów, nowożytnych filozofów czy historii Europy i świata, wiedział, o czym mówi. Tej wiedzy brak dzisiejszym politykom.

Cudownych recept nie ma

Najnowsza biografia wnuka siódmego księcia Marlborough opisuje wszystkie wątki z jego życia: szaleńczą młodość, wojenne przygody, zmiany barw partyjnych, ministerialne funkcje. Wzloty i upadki. To, co zwraca uwagę, to zdolność Churchilla do przekraczania kredowych kół. Był synem imperium, konserwatystą przedstawianym przez lewicę jako typowy imperialista w meloniku i z cygarem w zębach, ale zawsze był otwarty na reformy socjalne, jeśli widział w nich racjonalne jądro. Sam je wprowadzał, gdy zasiadał w rządzie. Zwraca także uwagę jego przywiązanie do demokracji parlamentarnej i niechęć do wszelkich autorytaryzmów i totalitaryzmów. Rządy prawa i swobody obywatelskie były dlań największą wartością, dlatego nigdy nie dał się zwieść żadnym cudownym receptom, które serwowano w tamtej epoce. Trzeba pamiętać, że w czasach triumfu faszyzmu i komunizmu niewielu było takich polityków. Gdy trwała wojna w Hiszpanii, mówił w Izbie Gmin: „Nie chodzi o to, czy potępiamy nazizm, czy komunizm. Chodzi o sprzeciwianie się jakiejkolwiek tyranii, szczególnie o zachowanie indywidualnych praw”.

Winston Churchill: Nie ulegać despotom

Dziś najciekawsze wydają się rozdziały opisujące okres, gdy Europa, chcąc uniknąć wojny, brnęła w nią krok po kroku. One czynią książkę Niny Smolar bardzo aktualną i przydatną teraz, gdy zastanawiamy się nad przyczynami wojny w Ukrainie i reakcjami świata. Oczywiście z perspektywy 1939 r. wszystko układa się w logiczną ciągłość – dojście Hitlera do władzy, wojna w Hiszpanii, zajęcie Austrii, rozbiór Czechosłowacji, pakt Ribbentrop-Mołotow i napad na Polskę. Ówcześni przywódcy, zwolennicy appeasementu, nie byli jasnowidzami, ale zlekceważyli ostrzeżenia. A przecież, gdy ważyły się losy Czechosłowacji w 1938 r., Churchill przekonywał w prasie: „Podział Czechosłowacji pod naciskiem Francji i Anglii oznacza całkowitą uległość zachodnich demokracji wobec nazistowskiego zagrożenia. Nie przyniesie to ani pokoju, ani bezpieczeństwa dla Francji i Anglii”. Przykładów podobnych ostrzeżeń przed uleganiem despotom w nadziei, że ci w końcu się nasycą i dadzą spokój znajdziemy w książce Niny Smolar sporo. Przez nie właśnie Churchill zyskał miano podżegacza wojennego, ale potem to jemu przyznawano rację i to on poprowadził Brytyjczyków przez najtrudniejsze lata wojny do zwycięstwa.

Przy czym nie był zaślepiony, był pragmatykiem. Kierował się interesem własnego kraju, gotów był rozmawiać z każdym, gdy widział w tym sens.

Postawa Churchilla w najtrudniejszym dlań czasie II wojny światowej, gdy Wielka Brytania zdawała się być osamotniona, a na Londyn leciały bomby, przywołuje dziś na myśl determinację Wołodymyra Zełeńskiego.

Apele premiera Brytyjczyków o wsparcie słane wtedy do USA kojarzą się z wezwaniami o pomoc wychodzącymi teraz z Kijowa.

Brytyjskie niuanse

Książka Niny Smolar to ciekawy wykład o Wielkiej Brytanii, jej zwyczajach politycznych. Autorka zna dobrze kraj nad Tamizą. Dzięki podwójnej perspektywie – i polskiej, i brytyjskiej – tłumaczy polskiemu czytelnikowi wiele rzeczy, które dla brytyjskich autorów są tak oczywiste, że nigdy ich nie wyjaśniali, np. pewne niuanse brytyjskiego parlamentaryzmu. Z drugiej strony Nina Smolar ma też wrażliwość na sprawy polskie i często je uwypukla, co brytyjskim autorom raczej nie przychodziło do głowy, a dla nas jest ważne.

Niezależnie od wyspiarskiej specyfiki podziw wciąż budzą rzeczy, które w polskim piekiełku chyba nie są możliwe. Ot, taki drobiazg pokazujący jakość ówczesnej klasy politycznej – zaufanie do apolityczności urzędników i trwałość instytucji. Gdy Churchill został premierem w 1940 r., zatrzymał przy sobie Johna Colville’a, osobistego sekretarza swego poprzednika. To jeszcze zrozumiałe, bo Neville Chamberlain także był premierem z ramienia torysów, ale Colville jako osobisty sekretarz pracował potem także dla następcy Churchilla, laburzystowskiego Clementa Attlee, który w 1945 r. upokorzył Churchilla, odbierając mu fotel premiera.

W Polsce to nie do pomyślenia.


Churchill. Opowieść o przegranym zwycięzcy
Nina Smolar
Wydawnictwo Poznańskie

Nina Smolar, 'Churchill. Opowieść o przegranym zwycięzcy'Nina Smolar, ‘Churchill. Opowieść o przegranym zwycięzcy’ Wydawnictwo Poznańskie


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


An ancient Jewish curse to keep grave robbers away revealed on tomb

An ancient Jewish curse to keep grave robbers away revealed on tomb

JUDITH SUDILOVSKY


A convert to Judaism warned away tomb raiders by vowing to curse anybody who would dare to open his grave.

Jacob the convert’s ancient Jewish curse inscription / (photo credit: YEVGENY OSTROVSKY/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY.)

An ominous and bloody-looking burial inscription warning people to stay away and let the deceased rest in peace was found in an ancient cave tomb in Beit She’arim.

The ancient curse

Written in a red paint, the inscription reads: “Jacob the Convert vows to curse anybody who would open this grave, so nobody will open it. He was 60.” It was apparently meant to keep grave robbers away.

The full text and the story of its discovery were presented at the Northern Conference, held jointly on June 1, 2022 by the University of Haifa and the northern region of the Israel Antiquities Authority (IAA).

The last three words of the curse were written in a different script and the researchers believe that they may were written after his death possibly by relatives.

BEIT SHE’ARIM functioned as the second-century seat of Rabbi Yehuda Hanassi. (credit: MANU GREENSPAN)

Another small inscription, also painted in red, was on the limestone wall near a burial lodge, and simply said the name “Judah,” who archaeologists believe was the owner of the tomb. The larger inscription, written in red on a stone slab leaning against the opening of the same alcove, consisted of the eight lines warning people away from Jacob the Convert’s grave.

First inscription on deceased convert

 The Greek-language curse inscription, from around the year 1800 CE, is the first burial inscription to be found in the Beit She’arim burial caves in 65 years. It is also the first inscription discovered which specifically mentions that a deceased person had been a convert.

Researchers said that inscriptions attesting to converts are not common, and those that have been previously uncovered are mostly from the Second Temple period or the Early Roman period, times when Judaism was the dominant identity in Judea.

“The present find is one of the few mentioning a convert from the Late Roman Period.”

Researchers of Jacob’s curse inscription

“The inscription is from the Late Roman or Early Byzantine period, when Christianity is gaining strength. And yet, we find evidence that there are still people who choose to join the Jewish people, “said Prof. Adi Erlich of the Zinman Institute of Archeology and Haifa University’s School of Archeology, who is leading the excavations at Beit She’arim.

Christianity, which began to take root during the Late Roman Period (3rd and 4th centuries CE),  later became the dominant religion in the Roman Empire.

Beit She’arim site

Beit She’arim, located in the Lower Galilee, was a central Jewish settlement during the Mishnaic and Talmudic periods, in the 2nd to 5th centuries CE. The Jewish Sanhedrin Council moved there after the destruction of Jerusalem in 70 CE, the Jewish Sanhedrin Council moved there and it became an important center of Jewish learning and culture.

The most famous part of the settlement is its cemetery, which was excavated some 80 years ago.  Burial inscriptions in various languages, especially in Greek, which was the main spoken language at the time, have been found there. in the cemetery. Among the Jewish sages buried in the city’s cemetery is Rabbi Yehuda Hanasi, the second-century rabbi and chief redactor and editor of the Mishnah (Oral Law) who was a key leader of the Jewish community during the Roman occupation of Judea.

Beit She’arim is now a national park and the cemetery was recognized as a World Heritage Site by the UN several years ago.

Though the Beit She’arim burial caves were already well-known, two inscriptions were discovered by chance in a new burial cave a year ago by Jonathan Orlin, head of conservation in the north region of the Israel Nature and Parks Authority.

The researchers said the new inscription, which has been handed over to the IAA for preservation, provides important information about life in the Galilee during that period, which became the center of Jewish settlement after the destruction of Judah in the Bar Kochba revolt in 135 CE.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com