37 lat temu w Lesie Kabackim rozbił się samolot Ił-62M „Tadeusz Kościuszko”

Szczątki samolotu po katastrofie w warszawskim Lesie Kabackim, 9 maja1987. PAP/J. Mazur


37 lat temu w Lesie Kabackim rozbił się samolot Ił-62M „Tadeusz Kościuszko”

Michał Szukała


w 1987: Lot 5055 Polskich Linii Lotniczych LOT, Ił-62, rozbija się w Warszawie (Polska). Śmierć wszystkich 182 osób na pokładzie: najbardziej śmiertelny wypadek Ił-62 i najgorsza katastrofa lotnicza w kraju. Odrzutowiec miał niekontrolowaną awarię silnika, która spowodowała pożar, co doprowadziło do utraty kontroli przy próbie lądowania.

37 lat temu, 9 maja 1987 r., w warszawskim Lesie Kabackim doszło do największej katastrofy w dziejach polskiego lotnictwa cywilnego. Zginęły 183 osoby – wszystkie, które znajdowały się na pokładzie. Katastrofa ponownie obnażyła dramatyczny stan bezpieczeństwa lotnictwa w krajach komunistycznych.

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych po obu stronach żelaznej kurtyny trwały prace nad rozwojem samolotów odrzutowych dalekiego zasięgu. Jedną z pierwszych konstrukcji tego typu był sowiecki Iljuszyn Ił-62. Przeznaczony dla maksymalnie 195 pasażerów odrzutowiec został wprowadzony do służby w liniach Aerofłot w 1967 r. Wykorzystywano go do lotów transkontynentalnych oraz krajowych na najdalszych trasach, m.in. z Moskwy do Chabarowska i Władywostoku. W kolejnych latach wprowadzono zmodernizowaną wersję „M” z cichszymi silnikami. Iły i podobne do nich brytyjskie Vickersy VC10 (struktury były na tyle zbliżone, że podejrzewano Sowietów o kradzież technologii) charakteryzowały się wyjątkową konstrukcją. Obie maszyny posiadały aż cztery silniki na ogonie. W przypadku dużej awarii, np. pożaru jednego z silników, wszystkie pozostałe były narażone na szybkie zniszczenie.

„Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!” – to przejmujący zapis ostatnich słów, jakie zarejestrowała czarna skrzynka z kabiny pilotów. Stenogram rozmów zapisanych przez czarną skrzynkę został opublikowany po zakończeniu śledztwa.

W ciągu czterdziestu lat użytkowania w wielu liniach lotniczych świata konstrukcja samolotów Ił-62 ujawniła wiele innych wad, które doprowadziły do kilku wypadków. W latach 1972–1977 doszło do czterech poważnych. Najtragiczniejszy wydarzył się w Königs Wusterhausen w NRD. Jego przyczyną była seria usterek technicznych, które wywołały pożar w tylnej części maszyny. Zginęło 148 pasażerów i ośmiu członków załogi. Była to największa katastrofa w dziejach niemieckiego lotnictwa pasażerskiego. Pozostałe wypadki w tamtym okresie były spowodowane najprawdopodobniej błędami pilotów lub fatalnymi warunkami atmosferycznymi.

W 1973 r. pierwszy samolot Ił-62, ochrzczony jako „Mikołaj Kopernik”, wyruszył w trasy w barwach PLL „LOT”. Ostatecznie we flocie narodowego przewoźnika znalazło się szesnaście Iłów-62. Ich kupno umożliwiło PRL otwarcie dochodowych rejsów do USA. Do tej pory samoloty LOT-u mogły docierać jedynie do stolic zachodniej Europy, bloku komunistycznego i na Bliski Wschód. Pierwsza transatlantycka podróż do Montrealu odbyła się w maju 1972 r., a w kwietniu następnego roku do Nowego Jorku. 14 marca 1980 r., podczas lądowania na warszawskim Okęciu doszło do pierwszej „polskiej” katastrofy samolotu Ił-62. Na pokładzie „Mikołaja Kopernika” zginęło 77 pasażerów, m.in. piosenkarka Anna Jantar i dziesięciu członków załogi.

W polskim raporcie dotyczącym przyczyn katastrofy podkreślono profesjonalizm załogi „Kopernika” i jej doskonałe przygotowanie do służby. Przyczynę nieszczęśliwego biegu wydarzeń, które doprowadziły do katastrofy, określono dzięki badaniom wału korbowego z silnika numer „2”. Rzucały one fatalne światło na sowiecki przemysł lotniczy. Wał był bardziej chropowaty niż przewidywały przyjęte normy. W zaleceniach dla producenta doradzano zdublowanie układu sterowania oraz innych instalacji istotnych dla bezpieczeństwa lotu. Istnienie dwóch równoległych układów sterowania było wówczas powszechne w nowoczesnych samolotach międzykontynentalnych, takich jak Boeing 747 czy Airbus A300. Brak takiego rozwiązania w przypadku awarii skazywał załogę i pasażerów na niemal pewną śmierć. Komisja przesłała raport do zakładów produkujących Iły. Strona sowiecka odrzuciła ustalenia. Orzekła m.in., iż rozpadnięcie się wału silnika nastąpiło na skutek uderzenia w ziemię i nie było przyczyną katastrofy. Po publikacji raportu do Warszawy przybyli inżynierowie zakładów Iljuszyna, którzy po badaniach silników pozostałych maszyn nie stwierdzili jakichkolwiek usterek. Stopniowo jednak rozpoczęto wymianę pierwszej wersji Iłów-62 na zmodernizowane Iły-62M.

Do kolejnej wielkiej katastrofy doszło siedem lat po feralnym locie „Kopernika”. IŁ-62M „Tadeusz Kościuszko” należący do Polskich Linii Lotniczych LOT wystartował z Okęcia do Nowego Jorku o godzinie 10.18 9 maja 1987 r. Na pokładzie była jedenastoosobowa załoga i 172 pasażerów. Pierwszym pilotem był bardzo doświadczony kapitan Zygmunt Pawlaczyk – jako pilot cywilny w LOT od 1955 roku.

O godz. 10.40 nastąpiła awaria jednego z czterech silników. Na pokładzie samolotu, który znajdował się wtedy nad Grudziądzem, wybuchł pożar. Aby uniknąć lądowania w mieście, co mogłoby spowodować znaczną liczbę ofiar, piloci postanowili zawrócić. Rozważano awaryjne lądowanie na lotnisku w gdańskim Rębiechowie, ostatecznie zdecydowano się na Okęcie, ponieważ warszawski port mógł najszybciej zapewnić pomoc służb ratowniczych. Ponadto załoga potrzebowała czasu na zrzucenie ogromnej ilości paliwa. W warunkach głębokiego kryzysu gospodarczego, na polecenie władz PRL, zakazano tankowania paliwa na zachodnich lotniskach. W tej sytuacji Iły latały z pełnymi zbiornikami i przeciążały wadliwe i wysłużone silniki. Niestety na pokładzie „Kościuszki” z powodu pożaru zawiodła instalacja elektryczna, niezbędna do skutecznego zrzucenia zapasów paliwa.

Samolot leciał tylko na dwóch silnikach. Ogromne problemy ze zrzutem paliwa powodowały dramatycznie szybkie obniżanie pułapu lotu. Kilkadziesiąt kilometrów od Modlina samolot znajdował się na wysokości 3000 metrów. W okolicach tej miejscowości niewiele ponad 2000 metrów. W związku z pogarszaniem się sytuacji kapitan Pawlaczyk poprosił o skierowanie samolotu do lądowania awaryjnego na wojskowym wówczas lotnisku w Modlinie. Załoga otrzymała informacje o pasie lotniska oraz drodze podejścia, ale oczekiwała na informacje o warunkach atmosferycznych panujących na podwarszawskim lotnisku, które nie nadchodziły. W tej sytuacji kapitan samolotu, po konsultacjach z załogą, zdecydował o skierowaniu maszyny na Okęcie.

Samolot nadlatywał z północnego zachodu, więc musiał okrążyć lotnisko nad Raszynem, co pozwalało na lądowanie pod wiatr w celu zmniejszenie prędkości maszyny. W okolicach Józefosławia od samolotu odpadły elementy, które doprowadziły do wybuchu pożarów na ziemi. O 11.08 w kabinie włączyła się sygnalizacja awarii systemu wysuwania podwozia. Oznaczało to, że samolot będzie lądował „na brzuchu”. Świadkowie obserwujący maszynę z ziemi widzieli pożar, który ogarniał kokpit samolotu, między innymi luk bagażowy. Płomienie doprowadziły do awarii systemu odpowiedzialnego za stabilność lotu. Maszyna wznosiła się i opadała. Około 6 kilometrów od pasa startowego Okęcia samolot leciał już wyłącznie w dół.

O godz. 11.12 samolot ściął wierzchołki drzew Lasu Kabackiego. „Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!” – to przejmujący zapis ostatnich słów, jakie zarejestrowała czarna skrzynka z kabiny pilotów. Stenogram rozmów zapisanych przez czarną skrzynkę został opublikowany po zakończeniu śledztwa.

Świadectwem tragedii był także odnaleziony egzemplarz Biblii, na którego stronie tytułowej jedna z pasażerek zapisała: „Dn. 9.05.1987 r. Awaria w samolocie co będzie Boże Halina Domeracka 02-647 Warszawa ul. R. Tagore…”.

Wybuch ściągnął w pobliże katastrofy mieszkańców okolicznych domów, już po kilku minutach od tragedii miejsce katastrofy otoczyło wojsko i funkcjonariusze ZOMO. Według relacji świadków widok miejsca katastrofy był makabryczny. Fragmenty samolotu i ciała zostały rozrzucone w promieniu niemal 400 metrów. Większość szczątków przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej w Warszawie. Żadne z ciał nie zostało znalezione w całości. Na Cmentarzu Północnym ustawiono specjalny namiot, by tam rodziny ofiar mogły zidentyfikować zabitych. Udało się to w 121 przypadkach. Świadectwem tragedii był także odnaleziony egzemplarz Biblii, na którego stronie tytułowej jedna z pasażerek zapisała: „Dn. 9.05.1987 r. Awaria w samolocie co będzie Boże Halina Domeracka 02-647 Warszawa ul. R. Tagore…”.

Jak ustalono, bezpośrednią przyczyną katastrofy była „awaria łożyska podpory pośredniej wału silnika”. Na skutek zatarcia łożyska i miejscowego przyrostu temperatury doszło do pęknięcia wału podczas zwiększenia mocy silnika. Wobec braku mechanicznego połączenia turbiny ze sprężarką doszło do rozkręcenia się i rozpadnięcia turbiny jednego z silników na lewej burcie samolotu. Według raportu rządowej komisji „części rozerwanego wirnika” uszkodziły sąsiedni silnik, przebiły tylną część kadłuba i uszkodziły system sterowania.

Strona sowiecka długo nie mogła pogodzić się z wynikami raportu obnażającego stan przemysłu lotniczego w ZSRS, twierdząc, że o katastrofie zdecydowały błędy pilotów, a wszelkie uszkodzenia silników samolotu powstały dopiero w wyniku zderzenia maszyny z ziemią. Ostatecznie, po wyjątkowo burzliwych jak na standardy bloku wschodniego rozmowach na Kremlu, wicepremierzy obu ZSRS i PRL uzgodnili zaakceptowanie raportu o przyczynach katastrofy.

Prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy „Kościuszki” Prokuratura Wojewódzka w Warszawie umorzyła je wobec niestwierdzenia przestępstwa. Wadliwe konstrukcyjnie IŁ-y 62M wycofano z eksploatacji do końca roku 1991. Rok wcześniej, w trakcie lotu z Warszawy do Toronto, doszło do kolejnej usterki silnika. Ił doleciał do Kanady i wrócił do Polski na trzech silnikach. Powodem incydentu była ponownie awaria wału silnika. Jeszcze w okresie PRL zdecydowano, że Polskie Linie Lotnicze „LOT” będą posiadały wyłącznie zachodnie samoloty.

Jedna z ulic warszawskiej dzielnicy Ursynów nosi imię pierwszego pilota maszyny tego rejsu Zygmunta Pawlaczyka. Aby uczcić pamięć zabitych, w Lesie Kabackim postawiono krzyż i tablicę z nazwiskami wszystkich ofiar. W rocznicę katastrofy odprawiana jest tam msza święta. Przecinający Las Kabacki dukt został nazwany Aleją Załogi Samolotu „Kościuszko”. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel recovers bodies of Shani Louk, Amit Buskila, Yitzhak Gelerenter

Israel recovers bodies of Shani Louk, Amit Buskila, Yitzhak Gelerenter

ANDREW BERNARD


“This terrible loss is heart-breaking,” said Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu. “We will return all of our hostages, the living and the deceased.”

.Yitzhak Gelernter, Shani Louk and Amit Buskila, whose bodies the IDF recovered in mid-May 2024. Credit: IDF.

Israel recovered the bodies of 22-year-old Shani Louk, 28-year-old Amit Bouskila and 56-year-old Itzhak Gelerenter during an overnight operation in Rafah, in southern Gaza, according to multiple official Israeli sources.

The three hostages, all of whom attended the Nova music festival, were killed on Oct. 7, according to the Israel Defense Forces. Their bodies have now returned to Israel.

“The bodies of the abductees were recovered during a joint operation by the IDF forces and the Shin Bet’s operational unit, based on information that also emerged in the Shin Bet’s investigations of terrorists arrested in the Gaza Strip and under the intelligence guidance of the Captives and Missing Persons Command of the Intelligence Division,” the IDF wrote in Hebrew.

It added that medical officials at the National Institute of Forensic Medicine and the Ministry of Health identified the bodies. “IDF representatives notified their families during the day,” the Israeli military said. “The IDF and Shin Bet share in the grief of the families at this difficult time.” (The Shin Bet is the Israel Security Agency.)

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu said the losses are “heartbreaking.” 

“My wife Sara and I grieve with the families; all of our hearts are with them in their hour of heavy sorrow,” he stated. “We will return all of our hostages, the living and the deceased alike. I commend our brave forces whose determined action has returned the sons and daughters to their own border.”

Lt. Col. (res.) Peter Lerner, an IDF spokesman, wrote that the moment was “bittersweet” and “not just about closure. It is about justice and humanity.”

“When we bring our fallen home, we reaffirm our commitment to these principles. We send a clear message to Hamas and the world that we will not abandon our own, that we will stand by each other in life and in death,” he said. “These are our values.”

“In these moments of heartbreak and loss, we also find hope. Hope in the determination of our forces, the unwavering spirit of our men and women, and in the enduring power of our resolve,” Lerner said.

“We will bring our loved ones back. Shani, Itzik and Amit will be laid to rest in the soil they called home, and in doing so, we will honor their memory and reaffirm our commitment to bring back all of our hostages,” he added.

A dual German-Israeli national, Louk was declared dead in late October after the Israeli ZAKA victim-identification team recovered a fragment of her skull. The fates of the other two victims were previously unknown.

Photographs and videos of Louk’s body being taken into Gaza were among the most harrowing and controversial images of Oct. 7. Videos showed a half-naked woman, seemingly unconscious and face-down in the back of a pickup truck in Gaza filled with armed men. Louk’s mother identified her in the video based on her tattoos and dyed hair.

In April, U.S. and Israeli officials condemned the University of Missouri after its Reynolds Journalism Institute awarded the Associated Press and photographer Ali Mahmud a first-place prize for his image of Louk’s corpse.

“This photo captures Hamas terrorists desecrating the body of Shani Louk, may her soul rest in peace,” wrote Danny Danon, a member of the Knesset. “Yet the AP news agency proudly received an award for it. Their continued pride in their photographers’ ‘work’ and involvement in the atrocities is shameful.”

That photo and other images taken by Gaza-based photographers and published by news outlets on Oct. 7 raised questions about the ethics of recording images of atrocities and accompanying gunmen during an ongoing terrorist attack.

****************************


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Pavilion at Cannes Film Festival Highlights Movies From Gaza Border Communities Impacted by Oct. 7 Attacks

Israeli Pavilion at Cannes Film Festival Highlights Movies From Gaza Border Communities Impacted by Oct. 7 Attacks

Shiryn Ghermezian


The Israeli Pavilion at the 2024 Cannes Film Festival. Photo: Israel’s Ministry of Culture and Sports

The Israeli Pavilion at the 76th Cannes Film Festival opened on Wednesday and is dedicated this year to residents living near Israel’s border with the Gaza Strip, where the Oct. 7 Hamas terrorist attacks took place.

The pavilion will showcase films made by filmmakers from Sapir College in Sderot that highlight the lives of those living near Gaza before the atrocities of Oct. 7. The films will show the daily lives of residents in the area and also the toll it takes on children in the region who have lived for years with the constant threat of missile attacks from Palestinian terrorists.

“The opening of the pavilion during the war reflects Israeli resilience and the Israeli commitment to building bridges of culture and international dialogue even in challenging times,” said Israel’s Culture and Sport Minister Miki Zohar. “Especially in this complex time, we must amplify the voices promoting the Israeli narrative first. For the first time, we will show Israeli films in the pavilion that reflect the unfathomable reality that the residents of the border communities lived in before Oct. 7.”

One of the films is from director Michal Lavi, whose brother-in-law, Omri Miran from Kibbutz Nir Oz, is one of about 130 hostages still held by Hamas terrorists in Gaza. The pavilion will also host a panel discussion on “diversity in cinema” and another panel about women in the cinema industry who work in countries at war. The pavilion will additionally highlight film creation, co-productions, and collaborations between the Israeli film industry and foreign film industries.

The Cannes Film Festival takes place from May 14-21 in Cannes, France, and the Israeli pavilion will remain open during the entire duration of the festival.

Laura Blajman-Kadar, a survivor of the Oct. 7 Hamas attack at the Supernova music festival in Israel, attended a screening at the Cannes Film Festival on Wednesday wearing a gown that honored the Israeli hostages who have been held by Hamas in the Gaza Strip for seven months.

The short film “It’s Not Time For Pop” by Tel Aviv University student Amit Vaknin is the only film from Israel taking part in the Cannes Film Festival this year and it will compete in the La Cinéf section, which highlights projects from film students. The 14-minute film is about a woman who is not interested in spending Memorial Day in Israel commemorating her father, who was killed in a war, and instead wants to focus on trying to find an apartment in Tel Aviv.

Israeli films have won a number of awards at the Cannes Film Festival, most recently in 2021, when Israeli filmmaker Nadav Lapid won the Jury Prize for “Ahed’s Knee.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


100 lat temu urodził się Kazimierz Dejmek

materiały Teatru Narodowego w Warszawie


100 lat temu urodził się Kazimierz Dejmek

Paweł Tomczyk (PAP)


Kazimierz Dejmek, 1965 r. Fot. PAP/M. Sokołowski

17 maja 1924 roku urodził się Kazimierz Dejmek, reżyser „Dziadów” – przestawienia, które wpłynęło na bieg polskiej historii. Z wykształcenia był aktorem, debiutował jako Jasiek w „Weselu”, ale jego życiowymi rolami okazały się: dyrektor Teatru Narodowego i Minister Kultury i Sztuki.

Jego stosunek do teatru chyba najbardziej lapidarnie przedstawił Zygmunt Ciesielski, krawiec, który w łódzkich przybytkach Melpomeny przepracował 62 lata. Dwaj aktorzy – Seweryn Butrym i Marian Nowicki – weszli kiedyś do gabinetu Dejmka z prośbą: zrobiliśmy taką składankę, chcemy trochę zarobić. Czy pan dyrektor pozwoliłby, żebyśmy pod szyldem “Aktorzy Teatru Nowego” mogli z tym występować? “Dejmek bez słowa wyciąga portfel i pyta: ile potrzebujecie, żeby tego nie robić?… Wyszli jak niepyszni, a on zamknął portfel” – przypomniał Ciesielski w miesięczniku “Foyer” (2005).

Mogło się to zdarzyć, kiedy Jan Kott pisał, że łódzki Nowy jest to “Teatr Narodowy, który jest chwilowo w Łodzi. Myślę, że już nie na długo” – (“Przegląd Kulturalny”, 1959).

Zdaniem Jana Englerta, obecnego dyrektora sceny narodowej, jej twórca Wojciech Bogusławski i Kazimierz Dejmek mieli jedną wspólną cechę. “Teatr był ich religią” – powiedział “Polityce” (2015).

“Dejmek zostawił nam przeświadczenie, że Teatr Narodowy nie jest zwykłym teatrem, lecz ważną instytucją kultury narodowej i ma określone obowiązki do spełnienia” – napisała z kolei Magdalena Raszewska w książce “Dejmek” (2021). “Teoretycznie było to wiadome od czasów Bogusławskiego, od Osterwy i Horzycy – ale to właśnie wtedy Dejmek imponującą skalą działań jubileuszowych dwustulecia tego teatru wywołał temat, przypomniał i sformułował zasady, do których ludzie teatru często i dziś się odwołują” – wyjaśniła. “Dejmek nie lubił zresztą wspominać tych czasów, nie lubił rozmawiać o dyrekcji Teatru Narodowego – to go bolało, nawet po latach” – podkreśliła.

Książka Magdaleny Raszewskiej jest niewątpliwie “lekturą obowiązkową” dla wszystkich, którzy chcą rzetelnie poznać postać Dejmka. “Jest pasjonująca i zmusza do zmiany wielu ocen bądź interpretacji. Uprzytamnia też konieczność napisania gruntownie zrewidowanej historii teatru polskiego w czasach panowania komunizmu” – napisał Rafał Węgrzyniak (teatrologia.info, 2022).

Kazimierz Dejmek urodził się w Kowlu jako syn Henryka i Włodzimiery z domu Gryf-Kwiatkowskiej. “Tysiąc dziewięćset dwudziesty czwarty rok po narodzeniu Chrystusa zaczął się dla mnie siedemnastego maja. Że przyszedłem na świat tego roku i dnia zaświadcza metryka i matka, która mi nieraz o tym mówiła. Dodawała zawsze, że się to stało tak około jedenastej” – zapisał Dejmek w notatkach przechowywanych teraz w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Matka opowiadała mu też, jak ją, krzyczącą z bólu, felczer-położnik “pochodzący z tamtejszej jerozolimskiej szlachty” starał się uspokoić, a kiedy to się nie udawało, wyjaśnił: “by nie bolało i by się nie krzyczało, jakby się nie pierdolało”. “Po czym natychmiast się urodziłem, bo matka zaczęła się śmiać” – dodał Dejmek.

Pod koniec 1937 roku Dejmkowie zamieszkali w Rzeszowie. Już w czasie okupacji Kazimierz trafił pod skrzydła Franciszka Lipińskiego, pedagoga i animatora kultury. “W domu Lipińskich odbywały się spotkania rzeszowskiej elity kulturalno-artystycznej, prowadzono (tajne oczywiście) nauczanie w zakresie literatury, historii sztuki, filozofii, recytacji, śpiewu, rysunku, gry na fortepianie” – napisała Magdalena Raszewska.

“Wykonawcami tych wieczorów byli: Janina Pasierbówna, Janina Łączówna, bernardyni o. Gracjan i o. Marek, Kazimierz Dejmek, Zdzisław Draus, Zbigniew Gwiźdź, Stefan Marczyk, Ignacy Machowski, Jan Bolesław Ożóg” – czytamy na stronie Urzędu Miasta Rzeszowa.

W rocznicę śmierci Lipińskiego (zmarł 11 lipca 1983 r.) Dejmek napisał do jego żony Henryki: “pan Franciszek był jedną z niewielu osób, które wywarły na mnie wielki wpływ w okresie mego chłopięco-młodzieżowego dojrzewania”. “To dom Państwa otworzył mi drogę do świata sztuki i uformował moje zainteresowania, umiłowania i pasje. Nigdy nie okazałem (bo nie miałem okazji) mojej wdzięczności dla Obojga Państwa za ich trudy, poświęcone ukształtowaniu młodych ludzi, proszę jednak uwierzyć, że zawsze i na co dzień nosiłem ją i noszę w swym sercu i pamięci” – wyznawał.

Drugą taką osobą, o której Dejmek wspominał, był Leszek Stafiej, inżynier ogrodnik.

Był jednym z tych – przypomina Raszewska – “którym wojna zabrała wczesną młodość i wykształcenie, zdeterminowała późniejsze losy, ukształtowała i zdeformowała charaktery”.

“To było na początku lat 90. Pracując w Polskim Radiu, wpadłem na pomysł, by na antenie reklamować działalność teatrów” – mówi PAP Leszek Stafiej. “Wysłaliśmy oferty do 17 dyrektorów teatrów, odpowiedź przyszła jedna – zaproszenie na spotkanie do Polskiego. Dyrektor Dejmek, upewniwszy się, że jestem krewnym tamtego Leszka Stafieja, wyjaśnił: tuż po wojnie pracowałem u pańskiego wuja. To był mądry człowiek. Kiedy martwiliśmy się, że komuniści doszli do władzy, wytłumaczył nam, że komuniści walczą z analfabetyzmem, więc ludzie zaczną wkrótce czytać książki, z których dowiedzą się w końcu, że komunizm należy obalić” – opowiadał Leszek Stafiej. “W rezultacie tej rozmowy przez kolejne dwa lata reklamowaliśmy premiery Teatru Polskiego w Polskim Radiu, choć, jak wiadomo, Dejmek reklamy nie lubił” – dodał.

Był jednym z tych – przypomina Raszewska – “którym wojna zabrała wczesną młodość i wykształcenie, zdeterminowała późniejsze losy, ukształtowała i zdeformowała charaktery”.

Prócz spotkań z niezwykłymi ludźmi jego charakter intensywnie formowała niemiecka okupacja. Jako szesnastolatek rozpoczął naukę w rzeszowskiej Szkole Handlowej, później został wcielony do Baudienstu, niemieckiej służby budowalnej. Wcześniej złożył przysięgę w Związku Walki Zbrojnej i trafił do podchorążówki AK. Ponadto uczestniczył w konspiracji politycznej, od listopada 1942 należał do Stronnictwa Ludowego. “W marcu 1943 jest już w Drużynach Specjalnych” – przypomniała Raszewska. Dejmek był jednym z najmłodszych uczestników “Rakiety”, specjalnego oddziału dywersyjnego, do którego zadań należało wykonywanie wyroków śmierci “wydanych przez Specjalny Sąd Wojskowy na osobnikach szczególnie niebezpiecznych i zdrajcach, a także wymierzanie kar chłosty zbyt gorliwym wykonawcom zarządzeń okupanta”. “Oddział chronił również ludność cywilną przed grabieżą i terrorem ze stron band ukraińskich” – wspominał Dejmek w “Dzienniku Zachodnim” (1989). “Życie naszego oddziału w pięknej górskiej scenerii w gęstym lesie, z widokiem na cudowne wprost pejzaże Podkarpacia, rozbudzało w nas jakieś dziwne rycersko-romantyczne skojarzenia i uczucia, daleko odbiegające od ponurej groźnej rzeczywistości. Często wieczorem, w chwilach wolnych od akcji, przy świetle księżyca, niektórzy koledzy, a także i ja, recytowaliśmy różne wiersze patriotyczne, które krzepiły oddział na duchu i pozwalały chociaż na chwilę zapomnieć o grożących nam niebezpieczeństwach” – opisywał.

Później, nieprzekonany do słuszności swoich działań, niechętnie wracał do tamtej historii, miał “moralnego kaca”. “Wspomnienie, napisane w 1989 do książki o rzeszowskiej partyzantce, ostatecznie wycofał” – napisała Raszewska. “Komuś wspomina, jak już po wykonaniu wyroku okazało się, że ktoś po prostu chciał się pozbyć niechcianej żony czy dawnej kochanki. To było piętno zabójcy noszone przez całe życie” – oceniła.

Zanim poszedł do lasu, codziennie służył gorliwie do mszy, chciał wstąpić do bernardynów, ale spowiednik poradził mu, by zaczekał, aż wojna się skończy. Po wojnie Dejmek często powtarzał, że długo chciał być księdzem. Nie wspominał jednak o powołaniu, o wierze, lecz o sile oddziaływania. “Pragnął pięknie mówić kazania, tak, aby wszyscy ludzie płakali” – napisała Raszewska. Dodała, że skupiał się właściwie na “teatralnym aspekcie kapłańskiej posługi”. “Chciał tak pięknie odprawiać mszę, by wierni schodzili się tylko na jego nabożeństwa” – wyjaśniła.

Jeszcze przed końcem wojny Dejmek wstąpił do Teatru Narodowego (sic!) – otwartego w Rzeszowie 1 września 1944 r. Już 2 listopada 1944 r. zadebiutował rolą Jaśka w “Weselu”.

7 lipca 1945 r. podjął naukę w Studium Dramatycznym Iwo Galla w Krakowie. Następnie trafił do Jeleniej Góry, gdzie występował w Teatrze Dolnośląskim – zagrał m.in. Papkina w “Zemście”. W 1946 r. Leon Schiller ściągnął go do Teatru Wojska Polskiego w Łodzi. Dejmek został wówczas wolnym słuchaczem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i zdał tam eksternistyczny egzamin aktorski. Trzy lata później wspólnie z m.in. Januszem Warmiński utworzył warsztaty, na których pracowano głównie nad metodą Stanisławskiego. Ich efektem było powstanie Teatru Nowego w Łodzi – dyrektorem został Dejmek – a teatr miał być sceną realizmu socjalistycznego.

Dejmek był jednym z najmłodszych uczestników “Rakiety”, specjalnego oddziału dywersyjnego, do którego zadań należało wykonywanie wyroków śmierci “wydanych przez Specjalny Sąd Wojskowy na osobnikach szczególnie niebezpiecznych i zdrajcach, a także wymierzanie kar chłosty zbyt gorliwym wykonawcom zarządzeń okupanta”.

Na otwarcie teatru 12 listopada 1949 r. wystawili kolektywnie wyreżyserowaną “Brygadę szlifierza Karhana”. Sztuka, napisana przez czeskiego robotnika, wzywała do podnoszenia wydajności pracy w ramach współzawodnictwa. Zagrano ją 153 razy.

“Budowaliśmy nasz teatr – mówił Dejmek – walczyliśmy o socjalizm tak, jak go pojmowaliśmy, i trwało to ładnych kilkanaście miesięcy. Dopiero po ich upływie zaczęliśmy się orientować, że nasze bojowe uniformy, jakie przywdzialiśmy do walki przeciwko staremu światu o ten nowy, to nie są bojowe uniformy, tylko po prostu liberie lokajskie” – napisała Wanda Zwinogrodzka w eseju “Dejmka cena wierności” (“Gazeta Wyborcza”, 1994).

7 kwietnia 1951 r. Dejmek zadebiutował jako reżyser “Poematem pedagogicznym” Antona Makarenki.

W 1954 r. wystawił “Łaźnię” Włodzimierza Majakowskiego. “Siła przekonania, jaka bije z łódzkiego przedstawienia +Łaźni+, godna jest rewolucjonisty, który ją napisał. I dlatego czekamy na ten spektakl w Warszawie, gdzie drzemaliśmy w brudnym ciepełku. Warszawa bardzo potrzebuje +Łaźni+. Niech Dejmek nam ją pokaże, zachęcając innych. Niech ją zobaczą naczdyrdupsy w stolicy. Tu jest ich najwięcej i tu są najnaczelniejsi. I niechaj nasz śmiech, śmiech warszawiaków, bije w nich mocno, aż do skutku. Amen” – napisał Adam Tarn (“Teatr”, 4/1955).

“Naczdyrdups” – przypomnijmy – to zapisany w didaskaliach skrót od “naczelnego dyrektora do uzgadniania pewnych spraw”, którym jest bohater sztuki Majkowskiego Pobiedonosikow – uosobienie tępego, leniwego biurokraty.

14 września 1956 r. odbyła się premiera “Święta Winkelrieda” Jerzego Andrzejewskiego i Jerzego Zagórskiego, rok później Dejmek pokazał “Ciemności kryją ziemię” Andrzejewskiego, stanowiące gorzką próbę rozliczenia się z własnym zaślepieniem.

W 1958 r. wziął się za dramat staropolski – który stanie się później jedną z jego wizytówek. Wystawił “Żywot Józefa” Mikołaja Reja.

Kiedy w 1962 r. został dyrektorem Teatru Narodowego w Warszawie na jego scenę trafiły: “Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka, “Barbara Radziwiłłówna” Alojzego Felińskiego i ponownie “Żywot Józefa”. A także m.in. “Słowo o Jakubie Szeli” Brunona Jasieńskiego, “Elektra” Eurypidesa, “Żaby” Arystofanesa, “Niezwykła przygoda Pana Kleksa” Jana Brzechwy (1963) i wreszcie “Dziady” Mickiewicza (1967) – wystawione dla uczczenia Rewolucji Październikowej.

Wydarzenia towarzyszące temu spektaklowi sprawiły, że Kazimierz Dejmek stał się z jednej strony – ku swemu zaskoczeniu – “bohaterem narodowym”; z drugiej zaś publicznym “banitą” – usunięto go z PZPR i odebrano dyrekcję TN. Przez kilka następnych lat reżyserował jedynie za granicą, m.in. w Oslo, Essen, Dusseldorfie, Belgradzie, Mediolanie, Nowym Sadzie i Wiedniu. W 1975 r. został ponownie dyrektorem łódzkiego Teatru Nowego.

W 1981 r. podczas karnawału “Solidarności” podniosły się głosy, by przywrócić Dejmkowi dyrekcję TN. “Na pewno nie możemy zostać bierni w sprawie rewindykacji praw moralnych Teatru Narodowego, który został swego czasu odebrany Kazimierzowi Dejmkowi” – mówiła Halina Mikołajska podczas narady w ZASP-ie. “Jemu się ten teatr należy i Polsce, naszej kulturze się taki teatr należy” – podkreśliła.

W rezultacie Dejmek przyjął dyrekcję Teatru Polskiego w Warszawie. I od razu zbulwersował opinię publiczną brakiem zainteresowania twórczością dramatyczną Karola Wojtyły, po którego utwory dramatyczne chętnie sięgali wówczas co bardziej obrotni realizatorzy.

“Pan Wojtyła jest bardzo mądrym i utalentowanym człowiekiem, na pewno słusznie jest papieżem, ale to nie znaczy, że jest dobrym dramaturgiem. On pisze bardzo złe sztuki, jeżeli to są w ogóle sztuki” – powiedział Dejmek na konferencji prasowej 3 września 1981 r. “Ja przepraszam za bluźnierstwo, ale…” – podsumował.

“We Francji od czasów de Gaulle’a ministerstwo kultury jest resortem strategicznym, u nas piątym kołem u wozu, które się oddaje w koalicyjno-partyjnych targach za bezcen” – mówił Dejmek Elżbiecie Baniewicz, komentując swoje dwuipółletnie kierowanie resortem kultury (“Twórczość”, 1997). “Za najistotniejsze uznałem przywrócenie obowiązków państwa wobec kultury” – wyjaśnił.

Później było jeszcze gorzej. W stanie wojennym nie poparł aktorskiego bojkotu telewizji, nazywając go “gestem kabotyna” i komentując ponoć dosadną rymowanką, co wzbudziło powszechnie oburzenie.

“Z cytowaniem tego powiedzenia ma miejsce nieustanne nieporozumienie” – powiedział Krzysztofowi Lubczyńskiemu Damian Damięcki (pisarze.pl, 2011). Wyjaśnił, że powiedzenie Dejmka brzmiało “Dupa jest od srania, a aktor jest od grania”, a to zasadniczo zmienia sens. “Jedno to kapitalny bon mot inteligencki, a drugie to efekt ordynarnego niezrozumienia dowcipu” – ocenił. Damięcki przypomniał, że Dejmek w Teatrze Polskim po wprowadzeniu stanu wojennego zgrupował grono aktorów skonfliktowanych z władzą. “Zachowując krytyczną ocenę w stosunku do postaw inteligencji i sceptycyzm wobec jej zachowań w okresie karnawału Solidarności, jednocześnie chronił zespół, robił ostre politycznie przedstawienia, a nijak nie ukrywane gazetki podziemne w teatrze aż fruwały. U niego żadna robiąca donosy szuja nawet przez minutę by się nie utrzymała. Gdy tylko ktoś przyszedł do niego z donosem, zaraz informację o tym umieszczał na tablicy ogłoszeń wraz z nazwiskiem” – opowiadał Lubczyńskiemu.

W 1993 r. Kazimierz Dejmek został ministrem kultury i sztuki w rządzie Waldemara Pawlaka. “Decyzja Dejmka nikogo nie zbulwersowała: po upadku rządu Hanny Suchockiej wszyscy byli zgnębieni wynikami wyborów” – napisała Magdalena Raszewska. “Ministerialny awans Dejmka potraktowano raczej jako wyraz jego pogubienia, szukania sobie +czegoś+ do zrobienia, próbę zakończenia z honorem dyrekcji w Teatrze Polskim” – dodała. “Ludzie kultury mieli poczucie, że przez liberałów zostali przeznaczeni do odstrzału” – przypominała ówczesne nastroje. “O ministrze Dejmku jednak było głośno, a dla prasy (szczególnie felietonistów) stał się dyżurnym chłopcem do bicia i pretekstem do rzucania różnych bonmotów. To bardzo przykry czas” – podkreśliła.

Sam Dejmek co prawda w jednym z wywiadów powiedział, że ministrem został “z rozpaczy”, ale wyglądało to bardziej na życiową konsekwencję.

“We Francji od czasów de Gaulle’a ministerstwo kultury jest resortem strategicznym, u nas piątym kołem u wozu, które się oddaje w koalicyjno-partyjnych targach za bezcen” – mówił Dejmek Elżbiecie Baniewicz, komentując swoje dwuipółletnie kierowanie resortem kultury (“Twórczość”, 1997). “Za najistotniejsze uznałem przywrócenie obowiązków państwa wobec kultury” – wyjaśnił. Przypomniał, że “dzięki pełnemu poparciu PSL, przyjęto w projekcie konstytucji tzw. zapis definiujący kulturę jako źródło tożsamości narodu, jego trwania i rozwoju oraz nakładający na państwo obowiązek tworzenia warunków dla jej upowszechniania i równego dostępu do jej dóbr”. “Myślę, że to niemało, zwłaszcza gdy sobie przypomnimy te wszystkie ochy i achy ku chwale balcerowiczowsko-cywińsko-wajdowskiej bredni o cudotwórczej mocy niewidzialnej ręki wolnego rynku et cetera bomba” – opowiadał z właściwym sobie sarkazmem. “W planie pracy ministerstwa przyjęliśmy trzy główne zadania mecenatu: wspieranie książki i czytelnictwa, ochronę dziedzictwa kulturalnego oraz rozwój edukacji kulturalnej” – podkreślił.

“Dejmek był równocześnie miłośnikiem polskiej kultury i jej bezwzględnym krytykiem z racji czeskiego pochodzenia, plebejuszem przemawiającym w imieniu chłopstwa i inteligentem realizującym wobec niego misję społeczną, reprezentantem pokolenia zarażonego śmiercią w trakcie daremnej walki o odbudowę niepodległego państwa i żarliwym stalinowcem torującym drogę jego sowietyzacji, konserwatystą zapatrzonym w narodową i chrześcijańską tradycję oraz politykiem o lewicowych przekonaniach, w młodości komunistą, po destalinizacji – marksistowskim rewizjonistą, dysydentem, a w końcu życia socjaldemokratą” – ocenił Rafał Węgrzyniak.

Kazimierz Dejmek zmarł 31 grudnia 2002 r. w Warszawie w przerwie prób do “Hamleta” w łódzkim Teatrze Nowym. Miał 78 lat.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why Israel can say ‘no’ to American diktats

Why Israel can say ‘no’ to American diktats

JONATHAN S. TOBIN


There’s no alternative to the alliance with the United States. But support from ordinary Americans and the GOP means it doesn’t have to sacrifice its security to please Biden.
.

The relationship between Israel and the United States has frayed since the start of war against the Hamas terrorist organization in the Gaza Strip. Credit: FOTOGRIN/Shutterstock.
.

The Biden administration wants us to believe two contradictory things at the same time. Depending on the circumstances or the audience to which President Joe Biden and senior members of his foreign-policy team are addressing, they’re either committed to supporting Israel and in favor of eliminating Hamas. Except when they’re not.

In just the last week, Biden pledged at a Holocaust memorial ceremony that he would always stand with Israel and never forget what the Hamas terrorists had done on Oct. 7. A day later, he flipped the script.

In an interview with CNN, as he’s done repeatedly in recent months, he adopted some of Hamas’s talking points about Israel indiscriminately killing civilians. He said that if it invaded Rafah—Hamas’s last stronghold in Gaza—“I’m not supplying the weapons.” The alleged motive for this stand was to prevent Palestinian civilians from being killed, even though the United Nations has accepted that the casualty figures Washington has been citing are not credible. This would essentially mean that Hamas’s use of human shields would give it impunity for being held accountable for its crimes.

Biden flip-flops

That raised the possibility of a complete arms cutoff to an ally at war against a genocidal foe that—previous statements notwithstanding—the administration doesn’t want to see wiped out. Making good on this threat, a shipment of bombs was not sent to Israel as part of an effort to intimidate Jerusalem into backing off and letting Hamas survive. And when Republicans proposed a bill in the House of Representatives that would essentially force Biden to send the weapons to Israel that the United States had already promised, the president threatened to veto it.

But this week, in a gesture that may well have been intended to stop the bleeding of centrist support for Biden’s re-election campaign, the administration told Congress that it intends to sell more than $1 billion in new weapons to Israel. This sale won’t include the precision bombs and missiles Israel needs to take out the final strongholds of Hamas in Rafah, without which the battle there would likely be bloodier for both sides. But the tactical vehicles and ammunition in this new batch will still be of great use to the Israel Defense Forces.

Much like the U.S. assistance that Israel received when Iran launched missiles against it last month, Biden would appear not to want to leave the Jewish state completely defenseless but also doesn’t want to give it the ability to win wars against its foes or be able to ensure its security.

All of this raises some important questions. Is Biden merely pursuing a vision for Israel’s security that doesn’t include a decisive victory over Hamas in order to pave the way for a theoretical and entirely fantastical hope for peace in the future? Or is what we are observing a slow-motion betrayal of the Jewish state in which America undermines the alliance in stages, rather than all at once, placing it and U.S. interests in the region in grave danger? And how much of what the administration is doing is mere political virtue-signaling intended to aid the president’s faltering re-election campaign?

A toxic yet irreplaceable ally

Administration apologists and their critics can make arguments about how to characterize the situation. But no matter what the conclusion, the mere fact that these questions have to be asked makes it clear that Israel is, at best, locked into a relationship with a superpower ally that cannot be relied upon at present. Even if one is prepared to believe Biden’s protestations about caring about Israel, his political situation has compromised his administration’s willingness to be a faithful ally. Much of his party’s leftist base is ideologically opposed to the existence of the Jewish state and increasingly indifferent to antisemitism. That means the political juggling act the president is attempting to pull off is a gift that keeps giving to Hamas and its Iranian backers, as well as being deeply harmful to Israelis.

As a New York Times article published last weekend stated, the Jewish state may be defiant and prepared to—in Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu’s phrase—“stand alone to defeat Hamas and ensure the security of its citizens. But there’s no denying that it is isolated on the international stage.

Israel has little choice but to go into Rafah. Allowing Hamas to survive—and thereby win the war that it started with an orgy of murder, rape, torture and wanton destruction—would strike a potentially fatal blow to the country’s ability to deter attacks. Indeed, it would almost make certain that Hamas would be able to make good on its pledges to repeat its Oct. 7 crimes over and over again.

But no one, including those who believe that the Biden administration’s damaging stands should impel Israel from seeking more self-sufficiency in terms of arms production, should take the question of Israel’s isolation lightly. While it might be tempting to contemplate seeking help elsewhere, there is no substitute or alternative to the U.S. alliance.

Biden’s betrayal

While Biden was initially supportive of Israel’s efforts, the surge in anti-Zionist and antisemitic agitation on the political left since the Hamas massacres has convinced the White House that a pro-Israel policy could cost the president the votes of many in the Democratic Party come November. That encouraged a Biden foreign-policy team of Obama administration alumni that was already hostile to Israel and still eager to appease its Iranian backers to oppose an outcome in Gaza that would eliminate the terrorists. The result has been a gradual escalation in threats of an arms cutoff that would hamstring the IDF campaign. It would also make a future effort to push Hezbollah terrorists back from Israel’s northern border, which has been rendered uninhabitable by the firing of rockets and missiles from Lebanon, difficult if not impossible to carry out.

Biden’s turn against Israel is about more than just arms and ammunition, or even the pressure he’s exerting to force Netanyahu to accept a prolonged ceasefire with Hamas without even getting all the hostages (including five Americans) back. The threat that Washington won’t veto Palestinian statehood or sanctions against Israel at the United Nations also puts Jerusalem in the position of a vassal state with no control over its own fate.

This ongoing campaign has understandably made many Israelis question the future and value of an American alliance that right now seems predicated on Washington holding the Jewish state’s security prisoner.

Is there another choice?

That dilemma leads to two questions that Israel’s government has to ask itself. Can Jerusalem do anything to lessen its dependence on Washington? And is there an alternative to the alliance with the United States that would give Israel at least some of the benefits that it derives from the current arrangement?

The answers to those queries are a qualified “yes” and an emphatic “no.”

It’s true that Israel can and should increase its manufacturing capacity with respect to arms and ammunition. The last seven months of combat against Hamas have again proved that waging war is an expensive business. The prolonged conflict has strained Israel’s ammunition reserves, as well as its ability to maintain its anti-missile defenses like the Iron Dome. That has given the Biden administration the leverage to second-guess and attempt to micromanage Israel’s post-Oct. 7 offensive to eradicate Hamas.

But Israel is not currently in a position to manufacture major weapons systems like warplanes or anti-missile defenses on its own. That is mostly the result of a consistent U.S. policy of seeking to discourage or prevent Israel from doing so. This is partly motivated by a desire to protect American arms manufacturers; almost all of the assistance is spent in the United States, so it’s as much an aid program for the U.S. arms industry as it is to Israel. It’s also partly done out to keep Israel dependent on its ally. That started with the Reagan administration’s successful effort to shut down production of Israel’s Lavi fighter bomber in 1987 and has continued to the present day, in which the Obama administration’s 10-year commitment to military aid ensured that Israel couldn’t kick the habit so easily.

Friends with benefits

Still, these problems shouldn’t obscure the fact that both Israel and America have benefited enormously from their alliance.

Having the Americans behind them gives the Israelis the backing of a superpower with the world’s most powerful military, access to the most advanced weapons in the world and the diplomatic cover that comes with having a friend with veto power on the U.N. Security Council.

In return, the Americans get access to Israeli intelligence (though not necessarily always reciprocating) and the vaunted Israeli expertise in high-tech and weapons development that improves their defense systems. And no price can be put upon the benefit of having a reliable and democratic ally who shares their values in a region as strategic as the Middle East.

Many in the Biden administration seem to no longer value having Israel or even moderate Arab regimes as allies. Their foolish pursuit of a rapprochement with Iran has done nothing but weaken U.S. influence and sacrifice its interests as well as those of its partners.

Yet as unreliable and even toxic as the relationship with Washington has become, the notion that there is any viable alternative to the United States for Israel is absurd. No other nation—not even a Communist Chinese government that is trying to buy influence across the globe—could give Israel the sort of help that Washington provides. And for all of the problems that come with this relationship, for Israel to seek closer ties with Beijing or Moscow would be to engage in deals with undemocratic and hostile nations that would be far more unreliable and eager to exert undue influence than the Americans. Getting closer to China—America’s chief geostrategic foe in the 21st century—would also raise the danger of alienating Republicans and Democrats alike in the United States.

Israel isn’t alone

That said, Netanyahu need not bend the knee to Biden or obey all of his diktats. He or anyone who replaced him will always want to stay close to the Americans but not at the cost of Israel’s security. As Netanyahu demonstrated when he repeatedly defied former President Barack Obama on issues like Israel’s borders and Jerusalem, Israel can say “no” if it has to.

The reason is that even when relations are at a low ebb, as they are now with Biden, and contrary to that New York Times headline, Israel isn’t really alone or completely isolated. It retains the support of the majority of the American people. And since Biden’s Republican opponents are overwhelmingly pro-Israel, a betrayal of the Jewish state will—left-wing rage about Gaza notwithstanding—cost Biden dearly at the ballot box when he faces former President Donald Trump, who can boast of being the most pro-Israel president in history.

A bipartisan consensus in favor of Israel would be better than the current situation in which the Democrats are deeply divided about the issue. But as long as one of the two major parties remains devoted to preserving the alliance (and most Americans still identify with Israel and rightly regard the Palestinian cause as one inextricably tied to Islamist terror), then there is no need for Israel to desperately seek another ally. Instead, it and its American friends must fight to repair and preserve the relationship. And as Biden’s most recent gesture towards Israel showed, he knows that a complete betrayal may come at a price he doesn’t wish to pay.


JONATHAN S. TOBIN
Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him @jonathans_tobin.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com