Prof. Grabowski: “Polska dyplomacja zaangażowała się w nacjonalistyczny Kulturkampf”

Prof. Grabowski: “Polska dyplomacja zaangażowała się w nacjonalistyczny Kulturkampf”

Katarzyna Markusz


Prof. Jan Grabowski, fot. archiwum prywatne

Partia rządząca Polską coraz śmielej daje do zrozumienia nie tylko politykom, ale i dziennikarzom, że nie powinni zajmować się tematami trudnymi i niewygodnymi, które godzą w dobre samopoczucie Polaków przekonanych o swojej wyjątkowości i bohaterskiej przeszłości. O podejmowanych w związku z tym przez polskie władze działaniach rozmawiamy z prof. Janem Grabowskim z Uniwersytetu w Ottawie.

Przedstawiciel IPN gościł we wtorek na Uniwersytecie w Ottawie, gdzie mówił o Polakach ratujących Żydów w czasie wojny. Przyjechał tam, żeby skonfrontować się z Tobą i Twoimi badaniami?

IPN został wyposażony – za pieniądze polskiego podatnika – z państwowego budżetu, w ogromne środki. Jeżeli chodzi o działania za granicą, to promowanie “łatwej” wersji historii Polski, w wersji “light”, stało się swoistym artykułem eksportowym IPN. Bez wątpienia najważniejszym produktem w serii “light” przeznaczonym na eksport jest historia Zagłady – jakkolwiek okropnie może to zabrzmieć.

Młody człowiek, którego wydelegował na mój uniwersytet IPN, po pierwsze, miał niewiele do powiedzenia, po drugie – nie umiał mówić po angielsku, wobec czego dwudziestominutowy speech był do zniesienia, lecz nie do zrozumienia. Krótko mówiąc, była to kompromitacja, jakiej od dawna u nas nie widziano, ale po tym wykładzie IPN pozostawił na terenie uniwersytetu równie kompromitującą wystawę. Na trzydziestu ogromnych (2 metry na 1 metr) planszach można przeczytać o Polakach ratujących Żydów. Samych Żydów zresztą prawie wcale tam nie widać, ale to w końcu nie Żydzi, a Polacy są tu istotni.

A co jest na tych planszach?

Na planszach widać zdjęcia sprawiedliwych Polaków, trochę dokumentów itp. Ogólny przekaz jest jasny: podczas okupacji Polacy ratowali Żydów z zapałem, z poświęceniem, ofiarnie i gromadnie. Na jednej, jedynej, planszy jest wzmianka o tym, że zdarzały się też wypadki denuncjacji, jest nawet parę donosów, ale zaraz poniżej – uspokajająco – pojawiają się zdjęcia wyroków sądów podziemnych na szmalcownikach. Tego, że szmalcowników zlikwidowanych na podstawie wyroków sądów podziemnych można zliczyć na palcach obu rąk – jakoś na wystawie nie widać. Groteskowo wygląda informacja o tym, że po wojnie ratujący i ratowani pozostawali w miłych kontaktach i że Żydzi dosyłali ratującym paczki zza granicy. Ale dlaczego ci Żydzi znaleźli się nagle za granicą – o tym już się niczego nie dowiemy. Nie dowiemy się też jak wyglądało powitanie wychodzących z ukrycia Żydów. A kulminacja tego powitania nastąpiła przecież 4 lipca 1946 roku w Kielcach. Lecz o tym, rzecz jasna, na wystawie IPN słowa nie ma.

Korzystając z tego, że mamy ostatnie dni zajęć przed przerwą świąteczną, przeniosłem wykład dla studentów trzeciego roku właśnie pod wystawę IPN-u i – w ciągu ponad godziny – wyjaśniałem im jak można zniekształcać przekaz historyczny, na czym polega szyta grubymi nićmi propaganda historyczna, jak można półprawdy podawać jako całą prawdę i jak można budować na fałszu mity narodowej niewinności. I jak wielką groźbę niosą ze sobą słowa Orwella: “Who controls the past controls the future. Who controls the present controls the past”. Co więcej, jak się dowiedziałem, w tym samym celu na wystawie pojawili się moi koledzy i koleżanki z wydziału, którzy wykładają metodologię historii. No bo trudno o bardziej jaskrawy przykład pogwałcenia podstaw metodologicznych naszej dziedziny wiedzy. A tu jeszcze dostarczono nam wystawę loco domo, że się tak wyrażę.

Czy w Polsce istnieje dziś pełna wolność badań naukowych?

Jeżeli chodzi o pracę w instytucjach typu IPN – to na pewno nie. O czym przekonali się na własnej skórze niektórzy moi koledzy i znajomi zajmujący się historią stosunków polsko-żydowskich. Bo to właśnie na tym odcinku obsesje historyczne polskich nacjonalistów wychodzą najjaskrawiej. Jeżeli chodzi o duże uniwersytety, to nie widzę na razie bezpośredniego zagrożenia dla wolności badań, jest to zwarte środowisko, które potrafi – jak na razie – opierać się naciskom i bronić wartości bliskich sercu każdego badacza. Dużo trudniejsza jest sytuacja ludzi w mniejszych ośrodkach, tam, gdzie władza znajduje się dużo bliżej obywatela niż np. w Warszawie.

Tym jednak co wzbudza moje największe obawy, jest przyszłość i kierunki rozwoju badań. Już teraz widać efekt mrożący “polskiej ustawy o Holokauście” – jak w świecie określa się nowelizację ustawy o IPN. Na spotkaniach z nauczycielami (a odbywam ich co roku wiele w Polsce) dowiaduję się o presjach wywieranych przez kuratoria i dyrekcje, których celem jest wzmocnienie “postaw patriotycznych” – postaw rozumianych w najbardziej prymitywny, tryumfalistyczny sposób – wśród młodzieży. Podczas niedawnego cyklu wykładów, który miałem w Krakowie, sporo czasu spędziłem na rozmowach z młodymi historykami, którzy – poszukując własnego pola badawczego – od razu zastrzegli się, że w te bardziej delikatne i najmniej znane tematy iść nie będą.

Politycy chcą wpływać na to co mówimy i piszemy?

Oczywiście. Dla nacjonalistów rządzących dziś Polską, historia, czy też raczej ich wizja narodowej przeszłości, to punkt centralny projektu wychowania nowego pokolenia. Tego powinniśmy się niesłychanie bać. Kiedy czytam o setkach milionów złotych, które idą dziś na budowę muzeów ”pozytywnej narracji” – na różne koszmarne projekty muzealne Rydzyka, na Muzeum Historii Polski, na muzeum Żołnierzy Wyklętych, na muzeum w Markowej, na dekonstrukcję Muzeum II Wojny Światowej, na muzeum “miłości polsko-żydowskiej“, jak ładnie określił minister Gliński planowane muzeum getta warszawskiego – to się robi bardzo nieprzyjemnie. A jak sobie zajrzymy do podręczników szkolnych to, jak już wspomniałem, grozą wieje. Także nie powinno nas dziwić, że połowa (!) polskiej młodzieży gimnazjalnej dziś twierdzi, że w Jedwabnem, w stodole, Niemcy spalili Polaków ukrywających Żydów!

Ale za tę sytuację nie odpowiada jedynie obecnie rządząca partia.

Rząd dusz, jaki zdają się w Polsce dziś sprawować nacjonaliści spod znaku dalekiej prawicy, nie wziął się znikąd. Mam tu ogromny żal do poprzednich, demokratycznych, rządów, które w części oddały historię w pacht ekstremistom, a w części – tę wizję narodowej przeszłości po prostu podzielały. W tym marszu samozadowolenia narodowego szła w końcu większa część polskiego społeczeństwa – a wyrazem tego był były prezydent Komorowski, nieudolnie i nieporadnie próbujący obchodzić nacjonalistów z prawej strony, kłaniając się Dmowskiemu oraz “żołnierzom wyklętym”. Pamiętam też moją rozmowę z byłą minister kultury, dla której Zagłada polskich Żydów wydawała się być kukułczym jajem złośliwie podrzuconym Polakom przez Niemców. Byłem tym wstrząśnięty.

To, co się dzieje dziś nie powinno nas dziwić; to efekt lat ciężkiej pracy i ciężkich zaniedbań. Polska jest dziś krajem tonącym w biało czerwonych flagach, upstrzonym pomnikami własnej wielkości, a zarazem miejscem, gdzie nie ma ani jednej instytucji zajmującej się dziejami Zagłady (proszę nie mówić, że jest nią kilkuosobowe i oparte o wolontariat Centrum Badań nad Zagładą IFiS PAN, którego jestem członkiem!), gdzie nie ma ani jednej katedry historii Zagłady i gdzie nie ma ani jednego muzeum Zagłady! W kraju, któremu wymordowano z klucza rasowego 10% ludności….w kraju, w którym wymordowano ponad 98% ludności żydowskiej….

Niedawno operatora TVN próbowano oskarżyć o propagowanie faszyzmu, bo brał udział w przygotowaniu materiału na temat polskich neo-faszystów. Dla wielu to jednoznaczna próba zastraszenia dziennikarzy, którzy podejmują trudne tematy. Politycy nie mogą powstrzymać się przed krytykowaniem mediów. Mnie samą w mediach społecznościowych krytykował ambasador Polski w Szwajcarii, doradca premiera (który pod moimi artykułami w zagranicznych mediach pisał “fake news”), a nowy ambasador Polski w Izraelu porównał mnie do “lekarza, który źle leczy”. Naciski na badaczy, naciski na media. Jak się przed tym bronić?

Zastraszanie dziennikarzy staje się jednym z coraz to częściej widzianych sposobów działania polskich władz. Widać dziś, że polskie państwo nie tylko ma kły, ale że lubi je odsłaniać. Zaangażowanie zaś polskiej dyplomacji w nacjonalistyczny Kulturkampf jest czymś czego doświadczam na własnej skórze nie od dziś. Jeżeli urzędnicy polskiego MSZ, będący dyletantami na polu historii, ważą się karcić i pouczać profesorów historii, to wyobrażam sobie jak śmiało mogą sobie poczynać wobec dziennikarzy. Jak sobie z tym radzić? Przenosząc walkę na pole przeciwnika, wyciągając ich kłamstwa i półprawdy z mroku, pisząc o tym jak najwięcej. Ostatnio czytałem w OKO press dobrze napisaną “dekonstrukcję” dyskursu polskiego ambasadora w Izraelu. Szkoda tylko, że na to człowiek marnuje czas, który można by o wiele lepiej spożytkować.

Co musiałoby się stać, żebyśmy wszyscy zaczęli o tej historii rzetelnie rozmawiać?

Od lat nawołuję – z dość mizernym skutkiem – do gruntownej rewizji naszego rozumienia przeszłości. Do tego abyśmy nie unikali konfrontacji z najtrudniejszymi fragmentami własnej historii. Żebyśmy nie szukali osłony w kojących truizmach, półprawdach czy wręcz w dobrze brzmiącym i ładnie opakowanym kłamstwie. Jeżeli wydarzyły się rzeczy straszne (a było ich wiele, tak jak wszędzie) to przecież nie możemy ich otorbić, owinąć kokonem niepamięci, udawać, że „Polacy, nic się nie stało!”. Nie jest to w żaden sposób zresztą mój oryginalny wkład w dyskusje o historii – wystarczy sobie sięgnąć po Gombrowicza, którego zawsze polecam jako odtrutkę na nacjonalistyczną histerię i bogoojczyźniane miazmaty.

Rozmawiała Katarzyna Markusz


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Selma Engel, 96, Dies; Escaped Death Camp and Revealed Its Horror

Selma Engel, 96, Dies; Escaped Death Camp and Revealed Its Horror

Katharine Q. Seelye


Selma Engel in 1944. A Dutch Jew, she survived the Sobibor death camp and was one of the first to testify about it.
CreditCreditvia Alexander Pechersky Foundation

Selma Wynberg Engel, who escaped a Nazi extermination camp after a prisoner uprising and was among the first to tell the world about the camp’s existence, died on Tuesday in East Haven, Conn. She was 96.

Her daughter, Alida Engel, confirmed the death, at an assisted living facility.

A Dutch Jew, Mrs. Engel was among 58 prisoners who escaped from the secret Sobibor extermination camp in Eastern Poland and lived to see the end of the war. Only one other former Sobibor prisoner, Semyon Rozenfeld, of Israel, is believed to be alive today.

When the Germans invaded the Netherlands in 1940, Mrs. Engel was forced into hiding. In 1942, they seized her during a roundup of Jews and sent her to two concentration camps in succession before shipping her to Sobibor in April 1943. It was one of the Nazis’ camps used solely for the purpose of exterminating Jews.

Most prisoners sent to Sobibor were instantly gassed or shot to death, but Mrs. Engel, who was 20, was selected to sort the clothing of the dead and thus spared.

Knowing that all the prisoners would be murdered sooner or later, a group of them staged a revolt. At 4 p.m. on Oct. 14, 1943, they lured guards to remote locations and killed 11 of them with knives and axes.

About 600 prisoners broke free and fled under machine-gun fire. With the grounds dotted with land mines, only about half made it to the fences. Search squads recaptured most of the rest.

One prisoner, Chaim Engel, had also survived as a clothes sorter. He grabbed Selma’s hand and fled with her. They were among only a few to escape alive.

Selma and Chaim Engel and their daughter Alida in 1946 in Zwolle, Netherlands, Mrs. Engel’s hometown. They came to feel unwelcome there because of Mr. Engel’s roots in Poland and eventually left.CreditEngel Family Photo

The couple went on the run for at least two weeks before finding refuge with a Polish peasant family, who, for a fee, hid them in a hayloft in their barn. They remained there for nine months, until it was safe for them to set off on a long journey back to the Netherlands.

Within days of the uprising, with so many escapees on the loose and fearing that Sobibor would be discovered, the Germans liquidated the camp, plowing it under and planting crops to disguise it as a farm.

But they could not stop Mrs. Engel. Well before arriving in the Netherlands, she began telling the world what she had witnessed and, along with her husband, would continue to do so for the rest of their lives.

In July 1944, shortly after the Red Army had crossed the Polish border, she and two other Sobibor escapees told Russian reporters about the camp, according to “Sobibor Extermination Camp 1942-1943,” a 2015 book by Marek Bem.

Their account was published in Sept. 2, 1944, in the Russian newspaper Komsomolskaya Pravda under the headline “The Death Factory in Sobibor.” It was the first public description of the camp.

All told, at least 167,000 people and possibly as many as 350,000 were murdered at Sobibor from March 1942 to October 1943.

“Selma and Chaim and others told the world about what happened in Sobibor,” Ad Van Liempt, a Dutch historian and author, said in a telephone interview. “They let the secret out.”

They went on to testify at the trials of German officers, provided written and oral accounts of their ordeal and were interviewed for books and other publications over the decades.

Mrs. Engel was born Saartje Wijnberg (pronounced SAR-cha WINE-berg) on May 15, 1922, in Groningen, the Netherlands. She and her three brothers grew up in the city of Zwolle, where their parents, Samuel and Alida, ran a kosher hotel. She Anglicized her name when she moved to the United States in 1957.

She finished high school just as the Germans invaded the Netherlands in 1940. Her father died of a heart attack in 1941, unrelated to the war. She lost most of the rest of her family in the Holocaust.

After the war, the couple, who formally married in 1945, settled in Zwolle, Mrs. Engel’s hometown, where they established a textile store and had two children. Their first child, a baby boy, had died in 1944 as they were making their way back to the Netherlands.

But they encountered deep resentment toward Mr. Engel, a Polish Jew. Despite the massive losses that Poles themselves suffered in World War II, many viewed Poland as complicit in the Holocaust; more than 100,000 Dutch citizens had been deported to camps in Poland, and more than 34,000 Dutch Jews had been killed at Sobibor. Mrs. Engel was the only woman from the Netherlands to survive the camp.

The prejudice against them made the couple feel trapped. The authorities threatened them with deportation, Mr. Engel because he was from Poland and Mrs. Engel because she had married him, making her, in their eyes, a Polish citizen, too.

Poland, however, was no longer accepting the return of Polish citizens expelled from other countries, and the Engels had little interest in going there anyway.

They moved to Israel in 1951 and to the United States in 1957, yearning to live in a peaceful country after the Sinai War of 1956.

Mr. Engel eventually became a jeweler in Old Saybrook, Conn. They lived in Branford, Conn., for almost 50 years.

Ab Klink, the Dutch health minister, with Mrs. Engel in a ceremony in 2010 in which she was knighted by the queen. At right is her granddaughter Tagan Engel. Mr. Klink also issued a formal apology “for the way the Dutch government treated you and your husband almost 65 years ago.” Mrs. Engel refused to accept it.CreditMarcel Antonisse/Agence France-Presse — Getty Images

Although they had told their story many times, it was largely unknown in the postwar Netherlands until the last decade, when a team of Dutch historians, including Mr. Van Liempt, visited Mrs. Engel in Connecticut to research a book about her. It was published in 2010 as “Selma, the Woman Who Survived Sobibor” and led to a documentary film of the same name.

In addition to her daughter, Mrs. Engel is survived by a son, Ferdinand, as well as four granddaughters and eight great-grandchildren. Her husband died in 2003.

On April 12, 2010, Queen Beatrix of the Netherlands knighted Mrs. Engel in recognition of her historical witness. On the same day, the Dutch minister of health care, Ab Klink, issued a formal apology.

“I apologize for the way the Dutch government treated you and your husband almost 65 years ago,” he said. “It is almost unthinkable. I say to you: We are very, very sorry.”

recommended by: Leon Rozenbaum

Mrs. Engel said she was honored to receive the knighthood, but she rejected the apology, telling family and friends that it was too little, too late.

Asked to explain how Mrs. Engel could accept one but not the other, her granddaughter, Tagan Engel, who accompanied Mrs. Engel to the ceremonies in 2010, said in an email that her grandmother had seen them as two different things.

With the knighthood, Ms. Engel wrote, her grandmother had “accepted the acknowledgment and attention to her story after so many years, but that was not the same as accepting an apology for the killing of all but a handful of her family and hundreds of thousands of other Jews.”


A version of this article appears in print on Dec. 9, 2018, on Page A26 of the New York edition with the headline: Selma Engel, 96, Who Escaped Death Camp, Dies. Order Reprints | Today’s Paper | Subscribe



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IT’S TIME FOR BRITAIN TO FOLLOW TRUMP’S LEAD ON ISRAEL

IT’S TIME FOR BRITAIN TO FOLLOW TRUMP’S LEAD ON ISRAEL

MICHAEL FABRICANT


The UK should follow his lead and not only withdraw from the UN Human Rights Council but move its embassy to Jerusalem, too.

With Vice President Mike Pence looking on, US President Donald Trump gives a statement on Jerusalem, during which he recognized Jerusalem as the capital of Israel, in the Diplomatic Reception Room of the White House in Washington, US, December 6, 2017. (photo credit: REUTERS/KEVIN LAMARQUE)

It has now been a year since US President Donald Trump’s announcement that the United States would be moving its embassy to Jerusalem and recognizing it as the capital of Israel.

Over the past 12 months, the US has not only carried through this commitment, but it has also withdrawn from the notoriously anti-Israel UN Human Rights Council.

Sadly, the bold decisive steps taken in Washington have not been repeated in London.

In June, I raised the issue of the Human Rights Council in the House of Commons. While the government has been content to admit the Council’s flaws, it has so far opted against further action, with then-Foreign Secretary Boris Johnson stating, “We are committed to working to strengthen the council from within.”

The problem with this approach, of course, is that the Council has proven time and time again to be beyond any kind of meaningful reform.

Since its inception in 2006, the Council has not only failed to promote human rights, but even indirectly aids the worst abusers allowing them to cover up their crimes. Currently, 47 member states serve on the Council, and all are elected onto it by the UN General Assembly.

The problem? Among its current members, the Council includes some of the most oppressive and illiberal countries in the world, including: China, Cuba, Pakistan, Qatar, Saudi Arabia and Venezuela. As recently as October, serial abusers such as Eritrea and the Philippines were elected to the Council to serve three-year terms. Clearly, the British position of “reform from within” is not working.

This farce would at least be partially admissible if the Council made a sincere effort to promote human rights; and took an objective stance on calling out gross rights violations wherever they occur.

But they do not. According to the NGO UN Watch, between 2006 and 2016 the Human Rights Council issued 68 specific condemnations of Israel, far more than any other country. Syria, whose government routinely massacres its own civilians, followed in second with 20 condemnations, while Burma and North Korea followed with 11 and 9 respectively.

A number of states didn’t receive a single condemnation, despite regular and extreme human rights violations. These included: China, Russia, Venezuela, Yemen and Zimbabwe. The issue here is not so much the criticism of Israel. The problem is that Israel is routinely singled out by the Council to a disproportionate extent, while countries that commit far worse acts often receive no criticism whatsoever.

How can Israel, a modern democracy with an independent press, judiciary and parliament – a country where LGBT pride parades are accepted and gay soldiers serve in the armed forces – be condemned several dozen times while Iran, a place where homosexuals are relentlessly persecuted up to and including execution, receive just six condemnations?

How can Eritrea, a country routinely ranked as one of the single most repressive nations on the planet, be condemned less than a tenth as frequently than Israel, the only full democracy in the Middle East?
Recommended videos


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Izrael nie może być tylko dla Żydów

Izrael nie może być tylko dla Żydów

Paweł Smoleński


Izrael (Fot. 123 Rf)

Mamy dość napięć między prawicą i lewicą, wierzącymi i niewierzącymi, Żydami i izraelskimi Arabami. Rządzący nie mogą dzielić naszych obywateli na tych lepszego i gorszego sortu

Generał Mosze Ja’alon – ur. w 1950 r., związany z syjonistyczną prawicą. Był żołnierzem Sajjeret Matkal, elitarnej jednostki izraelskich spadochroniarzy, słynnej np. z odbicia zakładników na lotnisku Entebbe w Ugandzie w 1976 r., a później jej dowódcą. Szefował wywiadowi wojskowemu Aman, był naczelnym dowódcą Izraelskich Sił Obrony, wicepremierem i ministrem obrony. Gdy podczas tzw. intifady noży izraelski żołnierz dobił bezbronnego, rannego palestyńskiego zamachowca, Ja’alon oświadczył publicznie, że musi trafić pod sąd. Dziś poseł do Knesetu

Paweł Smoleński: W lipcu izraelski parlament przyjął ustawę, która określa Izrael jako „państwo narodu żydowskiego”. Dlaczego?

Mosze Ja’alon: Przede wszystkim trzeba zauważyć, że Izrael nie ma konstytucji. Gdybyśmy zabrali się do jej negocjowania, a potem chcieli ją uchwalić, to na światło dzienne wypłynęłyby wszystkie awantury i spory, których nie brak między różnymi grupami w naszym społeczeństwie. Jesteśmy jednym z najbardziej podzielonych narodów na świecie. Mamy za to ustawy, które zakładają, że Izrael jest narodowym państwem Żydów. Dla mnie to oczywiste.

Nie zmienia to oczywiście faktu – i stąd bierze się mój krytycyzm wobec lipcowej decyzji Knesetu – że państwo narodu żydowskiego musi respektować, a więc i zapisać w najważniejszych dokumentach państwowych, że równe prawa powinni mieć wszyscy obywatele Izraela, nie tylko Żydzi. Takiej gwarancji w ustawie o narodzie żydowskim nie ma.

Większość parlamentarzystów i rząd powtarzają wprawdzie, że zostaną uchwalone kolejne prawa, które te sprawy uporządkują i wyjaśnią, ale moim zdaniem takie zapewnienia są niewystarczające. Ustawa jest po prostu wadliwa. A mamy przecież deklarację niepodległości Izraela, zgodnie z którą jest on państwem żydowskim, jedynym takim na świecie, ale też demokratycznym, gwarantującym wszystkie prawa mniejszościom. Ciągle mam nadzieję, że lipcowa ustawa zostanie poprawiona.

Dlaczego Kneset popełnił taką pomyłkę? Przecież można uznać, że nowa ustawa jest przeciwko deklaracji niepodległości i zamierzeniom ojców założycieli Izraela, w tym Ben Guriona.

– To prawda. Tak wygląda sposób prowadzenia polityki przez dzisiejszą koalicję rządzącą. Jako Izraelczykowi bardzo mi się te dzisiejsze rządy nie podobają.

Jeśli nowe prawo zmienia coś w porządku Izraela, to tym samym stwarza tylko nowe kłopoty.

– Do głosu doszły doraźne uwarunkowania polityczne i układy wewnątrz koalicji, które wzięły górę nad narodowymi strategicznymi interesami. Coś takiego nie powinno się było zdarzyć.

Całe pańskie życie jest związane z izraelskim wojskiem. Umie pan sobie wyobrazić samopoczucie żołnierzy i oficerów Izraelskich Sił Obrony, wywodzących się z etnicznych i religijnych mniejszości. Państwo żydowskie szczyciło się wielonarodowym wojskiem, wśród generałów są np. Druzowie. Beduini z kolei uchodzą za jednych z najlepszych żołnierzy. Ci ludzie, tak zasłużeni dla Izraela, stali się z dnia na dzień obywatelami drugiej kategorii.

– Rozmawiam z nimi, więc wiem, jak się czują, i jest mi z tego powodu bardzo przykro. Nie zgadzam się, by niektórzy moi towarzysze broni byli w świetle prawa mniej wartościowymi Izraelczykami niż ja. Mówiłem o tym otwarcie, publicznie wspieram ich sprzeciw, a także masowe demonstracje Izraelczyków, do których doszło po uchwaleniu nowego prawa.

Nie mógłbym zachować się inaczej. Jako dowódca Izraelskich Sił Obrony miałem pod swoją komendą Żydów, Druzów, Czerkiesów, izraelskich Arabów: muzułmanów, chrześcijan, Beduinów. Jeśli w wojsku taka różnorodność bardzo dobrze się sprawdza i panuje równość między żołnierzami, tak samo powinno być na poziomie państwowym. Przywódcy Izraela powinni dbać o jedność kraju, zamiast tworzyć nowe podziały. Mamy dość napięć między prawicą i lewicą, wierzącymi i niewierzącymi, praktykującymi i niepraktykującymi, Aszkenazyjczykami i Sefardyjczykami, wreszcie między Żydami i izraelskimi Arabami. Dokładanie kolejnych kłopotów jest sprzeczne z naszym interesem narodowym.

Po uchwaleniu ustawy o narodzie żydowskim kilku druzyjskich oficerów odeszło z armii.

– Na razie w wojsku nie ma większych problemów, ale co będzie dalej – nie wiem. Przedstawiciele mniejszości są pełnoprawnymi żołnierzami. Kwestionowanie tego na jakimkolwiek poziomie, również poza armią, szkodzi Izraelowi.

Rozmawiałem z wieloma Beduinami, którzy w armii czuli się pełnoprawnymi obywatelami, ale kiedy wracali do cywila, od razu spadali w hierarchii społecznej. Bywało i tak, że w czasie, gdy służyli w wojsku, policja i oddziały pograniczników niszczyły ich biedne wioski, bo z punktu widzenia władz wybudowano je nielegalnie. Każdy człowiek chce mieć dach nad głową i swoje miejsce na ziemi.

– To akurat problem, który z ustawą o narodzie żydowskim ma niewiele wspólnego, choć nowe prawo tylko go pogłębia. Gdy byłem w rządzie, przyjęliśmy strategiczny plan dla Beduinów, zwłaszcza w rejonie pustyni Negew. Regulował on spory wynikające z własności ziemi, wyznaczał reguły budownictwa i oferował ogromne pieniądze na poprawę edukacji.

To był rok 2011, plan obejmował pięć kolejnych lat. Od tego czasu nic nie poszło do przodu. Mam o to pretensje do izraelskiego rządu. Ale tak wygląda dzisiaj nasza polityka i również z tego powodu mnie w tym rządzie nie ma. Nie może być tak, że beduińscy żołnierze, których dobrze znam i rozumiem, mają poczucie, że Izrael o nich nie dba tak, jak oni dbali o jego bezpieczeństwo. To groźne dla żydowskiego państwa.

Jakie jest dzisiaj największe zagrożenie dla Izraela?

– Jeżeli chodzi o zagrożenie wewnętrzne, to najniebezpieczniejszy jest obecny spór, który dotyczy tego, jak ma wyglądać żydowskie państwo. Wierzę, że nasza demokracja jest wystarczająco silna, by przezwyciężyć ten kryzys.

Zagrożeniem zewnętrznym jest Iran. Teheran jest główną przyczyną niestabilności na całym Bliskim Wschodzie, podsyca i stwarza napięcia między Persami i Arabami, między szyitami i sunnitami. Wystarczy popatrzeć na irańskie zaangażowanie w Libanie, które można właściwie nazwać interwencją, w Syrii, gdzie Irańczycy nie kryją się ze swoją obecnością, mieszanie się do spraw w Iraku, w Jemenie. Iran wspiera bliskowschodnią infrastrukturę terrorystyczną. Bez jego poparcia libański Hezbollah byłby bezsilny, tak samo jak Hamas i Islamski Dżihad w Gazie. Działalność Iranu godzi w interesy arabskich krajów regionu, Izraela i całego Zachodu. Ameryka zdaje sobie z tego sprawę: jej obecna administracja  podchodzi do tego problemu bardziej realistycznie niż prezydent Obama.

Mam kłopot z przypisywaniem rozsądku Donaldowi Trumpowi.

– Obama starał się obłaskawić Iran, bo uważał, że to sojusznik w walce z ISIS, największym wrogiem Zachodu. Nie chcę bagatelizować zagrożenia ze strony Państwa Islamskiego, nie lekceważę terroryzmu i wiem, że jeszcze nie skończyliśmy rozgrywki z islamistami. Ale popatrzmy, jak to dzisiaj wygląda: ISIS został pobity w zasadzie bez większego wysiłku, o czym Izrael mówił już dawno temu, w dodatku bez pomocy Iranu. Tymczasem ajatollahowie stali się silniejsi, wciąż grożą całemu regionowi. Rozumieją to państwa na Bliskim Wschodzie, takie jak Arabia Saudyjska, Egipt czy Bahrajn. Tego samego nie możemy powiedzieć o stolicach europejskich.

Nawet ciche sojusze z Arabią Saudyjską lub Egiptem kiepsko wyglądają ze względu na paskudny charakter rządzących tam reżimów. Trudno afiszować się związkami z gen. Sisim, który trzyma Egipt twardszą ręką niż parę lat temu Hosni Mubarak, albo z saudyjskim następcą tronu Mohamadem bin Salmanem, faktycznym władcą jednej z największych światowych despotii, oskarżanym o mordowanie krytyków.

– Żyjemy w bardzo trudnym świecie i mamy trudnych sąsiadów. W naszej sytuacji musimy brać pod uwagę zarówno zagrożenie irańskie, jak i poważne wady demokracji w Egipcie czy w Arabii Saudyjskiej. To nie jest komfortowe, ale co poradzić?

Zobaczmy, jak z naszego punktu widzenia zmienił się Bliski Wschód. Jeszcze niedawno Turcja była naszym strategicznym sojusznikiem, podobnie jak Iran pod rządami szacha. Egzystencjalnym zagrożeniem dla Izraela były za to kraje arabskie. To na razie przeszłość. Dzisiaj Izrael musi dostosować się do teraźniejszości i patrzeć w przyszłość.

Dzisiaj nie mamy poważnych konfliktów z reżimami arabskimi. Nie istnieje żadna koalicja państw arabskich, głosząca, że utopi państwo żydowskie w Morzu Śródziemnym.

Co więcej, możemy nawet proponować współpracę, jeśli chodzi o zasoby wody, zagospodarowanie pustyni czy gospodarkę opartą na high-tech, a nie na ropie naftowej. Tak samo oceniamy Iran, ISIS czy al Kaidę. Znamy tureckie aspiracje do stworzenia neootomańskiego imperium, opartego na islamistycznej ideologii, i sami mamy podobne obawy.

Ale wiemy też, że nasi bliskowschodni sojusznicy są na bakier z demokracją. Każdy wybór na Bliskim Wschodzie ma swoje plusy i minusy. Nic nie jest doskonałe, nie ma idealnej rzeczywistości: jest taka, jaka jest. Po prostu musimy być realistami, właściwie oceniać sytuację i dobierać sobie sojuszników. Ten rodzaj realizmu nie jest obcy Ameryce i Europie.

Wielu Izraelczyków zarzuca obecnej izraelskiej władzy, że właśnie w doborze aliantów nie jest zbyt uważna. Stawia np. na Trumpa, który cieszy się poparciem dziesiątków milionów radykalnych ewangelików, a niektórzy ich przywódcy nie ukrywają antysemityzmu. W Europie stawiacie np. na antyliberalne Węgry, podoba wam się narodowa prawica w Austrii i w Niemczech, bo jest przeciwko muzułmańskim imigrantom. Spór z polskim rządem wybuchł tylko dlatego, że nie dało się nie zauważyć polskich pomysłów legislacyjnych limitujących i fałszujących debatę o Zagładzie. Gdy wasz premier pojechał na Litwę, nie wspomniał słowem o udziale Litwinów w Holocauście. Przykłady można mnożyć.

– Mówię o naszej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Są kraje w Europie, które zamykają oczy na zagrożenie irańskie, licząc na dobre stosunki ekonomiczne i wielkie zarobki. Nie przeszkadza im wspierana przez Iran infrastruktura terrorystyczna oplatająca cały świat, naruszanie porozumień międzynarodowych, aspiracje nuklearne, może nawet zamachy w Paryżu albo w  Burgas. O tych zagrożeniach wiem doskonale, w końcu byłem szefem wywiadu wojskowego. Dlatego uważam, że w przypadku Iranu Europa powinna iść ramię w ramię z USA. Ale wy uważacie, że sami wiecie lepiej, co jest przykrywką do realizowania doraźnych, krótkowzrocznych interesów gospodarczych. W pojedynkę wiele nie wskóracie.

Mam wrażenie, że nikt na świecie nie ma pojęcia, jak postępować z ajatollahami.

– Ameryka przynajmniej próbuje. Kiedy zaś Europa rezygnuje z presji na Iran, to tym samym akceptuje sytuację w Libanie, Jemenie, Syrii.

Dzisiaj Bliski Wschód to dżungla. Cały nasz region przeżywa obecnie największy kryzys od czasów proroka Mahometa, a niestabilność jest najbardziej pewnym punktem wszystkich prognoz. Działania zewnętrzne – amerykańskie, rosyjskie, Unii Europejskiej – mogą trochę uciszyć burzę, lecz mnogość sprzecznych interesów, arabskich, perskich, kurdyjskich, tureckich, sunnickich, szyickich wyklucza uspokojenie sytuacji. Nie wyobrażam sobie, że nagle do Libii, Syrii czy Iraku powróci pokój i stabilność. Dla wielu spraw nie ma dzisiaj dobrego rozwiązania.

Pytają mnie często, jakie jest np. rozwiązanie dla wojny w Syrii. A takiego nie ma. Prezydent Baszar al-Asad zadeklarował zwycięstwo uzyskane przy pomocy Iranu i Rosji, a faktycznie ma kontrolę nad niewielką częścią terytorium. Część kraju kontroluje Turcja, kolejną część Kurdowie skłóceni z Turcją i Asadem, ale wspierani przez Amerykę. W Syrii działa 160 sunnickich milicji afiliowanych do ISIS lub Al-Kaidy albo walczących z dżihadystami.

Tego nie da się ułożyć, dlatego trzeba szukać drogi, jak administrować kryzysem, szukając wspólnych punktów z sojusznikami, którzy niekoniecznie są sojusznikami z gatunku tych wymarzonych.

Na tym tle Izrael jest dostatnią, spokojną, stabilną wyspą.

Jak ten spokój utrzymać?

– Po pierwsze, musimy bronić naszych granic. Nie możemy tolerować żadnej ingerencji w naszą suwerenność, a jeśli to się zdarzy, trzeba sięgnąć po kij. Po drugie, definiować naszych wrogów. Największym wyzwaniem jest mozaika ruchów i ugrupowań, które nie uznają państwa żydowskiego. Ale jeśli spojrzy się wstecz, okazuje się, że umieliśmy przekonać do naszego istnienia Jordanię króla Husajna czy Egipt prezydenta Sadata, i to ciągle jest w mocy. Państwa arabskie zapomniały już, że można stworzyć koalicję przeciwko nam. Wrogów musimy osaczać.

Dlatego jeśli ktoś szmugluje broń do Gazy, uderzamy. Zaczepia nas Hezbollah – uderzamy. Iran miesza w Syrii – uderzamy. Ale jednocześnie próbujemy ulżyć Syryjczykom w codziennym życiu, organizując transporty humanitarne albo przyjmując rannych cywilów w naszych szpitalach.

To zarzut wielu Izraelczyków wobec izraelskiej polityki: administrujemy kryzysem, ale nie wymyślamy nic nowego.

– Ktoś powie, że to polityka kija i marchewki. OK, ale tak się działa w sytuacjach kryzysowych, w których nie widać dobrego rozwiązania.

I znów jesteśmy przy ustawie o narodzie żydowskim. Po co wyciągać kij przeciwko części własnych obywateli?

– Powtórzę – nie zgadzam się z tym prawem. I jestem pewien, że musimy je zmienić.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Fear, love, and the Jewish Refugee

Fear, love, and the Jewish Refugee

Liel Asulin


Today, November 30th, is a day meant to commemorate the story of the approximately 850,000 Jews who were forced to flee anti-Jewish persecution across the Arab world in the 20th century. Every year on this day, I have an opportunity to reflect on my own family’s story of exodus and every year I find it gives me new insights into the story of Israel and the Jewish people.

This month, I had a conversation with a member of the Jewish “anti-occupation” camp. In the course of our discussion, my co-conversationalist said that he prefers not to base his understanding of the world in fear.

This quip took me by surprise, but it seemed to provide the basis for many of his political positions. To provide some context, we were discussing the Israeli security fence, each looking for the inconsistencies in the other’s argument. He attempted to connect my support for Israel’s barrier with the President’s plan for a wall along the US-Mexico border. I protested, citing the reduction in the number of attacks from the West Bank since the barrier was constructed. He yielded saying, “I can’t argue with that.”

I might have smirked, satisfied that I had bested my opponent with an argument grounded in fact. Then he said it. “I just prefer not to base my understanding of the world in fear.” While the conversation itself focused on the issue of border security, I sensed that he meant also to suggest that Israel’s creation may have been a product of fear.

Having reached an impasse, the conversation ended but that sentence lingered in my ears and began to replace my self-satisfaction with self-doubt. I began to wrestle with a question—is my support for Israel borne out of fear?

To answer that question, I looked to my grandparents, refugees whose stories have always served as a source of inspiration for my own exploration of Israel and Judaism.

My grandparents, Savta Chana and Sabba Moshe, were born in Tinghir, Morocco sometime in the early 1930s. No one is quite sure of the date because there is no record of their birth, so we celebrate their birthdays on December 31, certain that the actual date must have occurred sometime in the last year. Tinghir itself is a small village at the base of the High Atlas Mountains comprised largely of the Amazigh people, more commonly known as Berber. In the early 20th century, Morocco was seen as a relatively safe place to be Jewish, thanks in large part to King Mohammad V who famously responded to the Vichy government’s demand to list all of the country’s Jews by saying, “We have no Jews in Morocco, only Moroccan citizens.”

The mellah in Tinghir.

However, Jews lived as second class citizens, or dhimmi in Morocco, subject to taxes and other restrictions on their daily lives. Over the two decades that followed the creation of the State of Israel, Morocco, along with the rest of the Arab world was virtually emptied of its Jewish citizens.

My own family suffered the consequences of being Jewish in the Arab world both before and after the creation of Israel. I heard stories growing up of occasional riots targeting the Jewish mellah, a walled Jewish quarter akin to a European ghetto. The men of the family would, after hiding their wives and children indoors for protection, be forced to stand outside and fight for their lives. In one such instance, sometime before Israel’s creation, my great-grandfather was lynched by an angry mob, leaving my grandfather, a boy of four or five years old without a father.

Yet, based on conversations I’ve had with my family, I am certain it was not fear that drove our flight from Morocco, but rather a radical love for and devotion to the Land of Israel, instilled in them generation after generation for thousands of years until finally, they returned home. To be sure, thousands of the Middle East’s Jewish refugees were forced to leave their homes behind, motivated by threats to their personal safety, but in searching for a new home, most chose Israel because of this love and devotion.

It seems, in our time, there is great reason for a Jewish person to be fearful. Synagogue shootings in Pittsburgh, neo-Nazi marches in Charlottesville, and a Labour leader in the UK whose public words and actions have left 40% of the country’s Jews considering emigration. Even in Israel, citizens must endure threats from hostile Iranian tyrants with the proxies in Lebanon and the Gaza Strip armed well enough to back up their rhetoric. Israel is a young country whose citizens have endured the pain of loss since its creation. The scars of war and Intifada and kidnappings and car rammings and stabbings are etched deep in every Israeli’s psyche. The further back in our history you look, the more you realize that this has historically been the price Jews have paid for their membership in this ethnoreligious group.

It is in this context that I often wonder what possessed my family to remain Jewish through the years. In hostile lands, facing threats to their lives and more commonly the burden of their faith, it would have been easier to turn their eyes away from Zion. It is because they did not succumb to this fear that I can answer confidently that Israel is not a trepidatious project of self-ghettoization, as the person with whom I spoke may have suggested. It is instead an expression of an enduring love that has survived a millennium built by Jewish refugees from across the world.


Liel Asulin is a writer and educator. He is currently a campus coordinator at CAMERA.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com