Reunion 68

Nie, syjonizm nie jest kolonializmem osadniczym

Nie, syjonizm nie jest kolonializmem osadniczym

Elder of Ziyon
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Dwanaście lat temu, w 2007 roku, pisałem o tym, dlaczego syjonizm nie jest kolonializmem, jak twierdzili ad nauseam akademiccy krytycy Izraela. Zasadniczo, kolonializm polega na tym, że jakaś „metropolia”, kraj macierzy, rozciąga swoją władzę na słabsze, rdzenne społeczeństwo. Syjonizm nie miał jednak metropolii – nigdy nie był projektem Wielkiej Brytanii (która jest najbardziej oczywistym kandydatem) ani Rosji, ani żadnego innego kraju jako kraju macierzystego.  
W bliższych nam czasach (być może jako próba obalenia tego argumentu), rozwinęła się akademicka koncepcja ”kolonializmu osadniczego”, który ma włączać takie miejsca jak Stany Zjednoczone i Australia jako miejsca, gdzie rdzenna populacja zostaje zastąpiona przez inwazyjne społeczeństwo osadnicze, które z czasem tworzy odrębną tożsamość i suwerenność. Izrael jest uważany za typowy przykład kolonializmu osadniczego – akademickie pismo “Settler Colonial Studies” opublikowało wiele artykułów poświęconych wyłącznie idei Izraela jako wytworu kolonializmu osadniczego.

Ojcem tej koncepcji kolonializmu osadniczego jest (prawdopodobnie), Lorenzo Veracini, który  napisał artykuł w “Interventions : International Journal of Postcolonial Studies”, gdzie bronił tezy o Izraelu jako paradygmacie kolonializmu osadniczego.

Veracini przedstawia dwa kontrargumenty i odpowiada na nie. Pierwszy jest nonsensowny:

Dla rozpatrzenia tego zarysu w szerszym kontekście zacznę od dwóch często powtarzanych wypowiedzi. Są rutynowo używane do zaprzeczenia, że syjonizm można interpretować jako wypadek kolonializmu, nie mówiąc już o kolonializmie osadniczym. Pierwsza twierdzi, że syjonizmu nie można uważać za kolonializm osadniczy, ponieważ takie zaklasyfikowanie zaciemnia jego nieodłączną specyficzność. Nie przekonuje mnie to. To jak powiedzenie, że Newton niesłusznie rozumował w abstrakcyjnych kategoriach i jego teoria ciążenia jest niewłaściwa, ponieważ nie uwzględnił specyficznych cech tego konkretnego jabłka. Bardziej do rzeczy: abstrahowanie nie wyklucza specyficznych obserwacji. Wręcz przeciwnie, z konieczności na nich się opiera. Równocześnie, ocena syjonizmu i kolonializmu osadniczego w tych samych ramach interpretacyjnych nie jest równoważna z powiedzeniem, że syjonizm jest taki sam jak inne kolonializmy osadnicze, ani nie jest imitacją poprzednich wielokrotnych sytuacji takiej dominacji. W tym podejściu chodzi przede wszystkim o stosunek syjonizmu do rdzennego kolektywu, na jaki napotyka i jak ten stosunek odtwarza stosunki ustanowione przez inne projekty kolonializmu osadniczego z innymi rdzennymi kolektywami. Jest to wypowiedź o politycznej geometrii, nie zaś mowa o moralności. Właściwie nie chodzi tu nawet o podobieństwo między ruchami kolonialnymi, ale o podobieństwo stosunków. Nie chodzi o porównywanie jabłek, ale ich spadania. To może być wspaniałe jabłko, ale fakt pozostaje, że spadło w Palestynie. Gdybym był Palestyńczykiem, byłbym bardzo zainteresowany w fizyce jabłek, ale nawet gdybym był osobiście oddany projektowi osiedlenia się w Palestynie, nadal byłbym zainteresowany w dynamice jabłek.

Veracini nie mówi, jaka konkretnie natura syjonizmu mogłaby odróżnić go od „innych” kolonializmów osadniczych, twierdząc, że nie ma to znaczenia, ponieważ w ostatecznym rachunku jest to dyskusja o stosunku między syjonistami a „rdzennym kolektywem”. Taki opis jednak sam jest wypaczeniem, bo syjonizm uważa Żydów za rdzenną populację, która została wygnana ze swojej ziemi i rozproszona przez tysiąclecia, szczególnie od czasu muzułmańskiego podboju, który jest okresem, w którym Żydzi stali się mniejszością. 

Ale nie ma żadnych artykułów o kolonializmie osadniczym Arabów w VIII i IX wieku.

Następnie rozprawia się z argumentem wspomnianym powyżej o braku metropolii:

Druga wypowiedz, którą chcę się zająć, jest rzekomy brak bezpośrednio kolonizującej metropolii. Twierdzi się, że kolonializm musi być dokonywany na rzecz kolonizującego centrum. Jeśli nie ma tego centrum, a syjonizm go nie ma, ponieważ polega na instytucjach diaspory raczej niż na centrum kolonialnym (mimo że w zasadniczy sposób polega na poparciu kolonialnych/imperialnych  i neokolonialnych mocarstw – Brytyjczykach w okresie Mandatu i Stanach Zjednoczonych potem) to nie jest to kolonializm. Inni zbijali to twierdzenie przez wskazywanie na zdolność syjonizmu polegania na „rozproszenie zintegrowanej” lub „rozproszenie międzynarodowej” metropolii (Wolfe 2016, 228, 247), ale dla celów tego eseju chcę zauważyć, że kolonializm osadniczy zasadniczo różni się od kolonializmu jako sposobu dominacji właśnie zdolnością kolektywu osadników do odcięcia się od nadzorczej kontroli podejmującej decyzje metropolii, co pozwala na autonomiczny kierunek działania. Triumfujący osadnicy zawsze są wyemancypowani od kolonialnej metropolii; deklarują niepodległość. Nieobecność kolonialnej, narodowej metropolii lub obecność międzynarodowej, jest wspólną cechą zjawiska kolonializmu osadniczego, włącznie z syjonizmem, nie zaś cechą wyróżniającą. Ci obrońcy syjonizmu w rzeczywistości argumentują, że syjonizm nie jest ruchem kolonialnym, ponieważ jest… kolonializmem osadniczym. Może coś odkryli, ale czy rzeczywiście tego chcą?

Odpowiedzią na to jest to, że z samej swej natury syjonizm nie jest ruchem kolonizującym, ale ruchem wyzwolenia narodowego – Żydów.

Przez osadzenie Żydów w roli kolonialistów – czy to tradycyjnych, czy osadniczych – odrzuca się a priorisamą podstawę syjonizmu i żydowskiego patriotyzmu. Biorąc pod uwagę to, że Żydzi pozostali związani z tą ziemią zarówno emocjonalnie, jak fizycznie, a wielu wracało przez ostatnie tysiąc lat, minimalizowanie żydowskiego pragnienia powrotu do Syjonu, jest – przy najłagodniejszej interpretacji – olbrzymią ignorancją, a przy mniej miłosiernej interpretacji jest antysemityzmem.

Przedstawiono wiele innych argumentów przeciwko tezie o syjonizmie jako kolonializmie osadniczym. Kilka wylicza Wikipedia. Najbardziej chyba przekonującym jest ten:

S. Ilan Troen argumentuje w De-Judaizing the Homeland: Academic Politics in Rewriting the History of Palestine, że syjonizm był repatriacją do ojczyzny dawno wysiedlonej rdzennej populacji  i że „syjoniści nie postrzegali siebie jako cudzoziemców ani zdobywców, bo przez stulecia w Diasporze byli ‘obcymi’”. Troen argumentuje następnie, że jest wiele różnic między europejskim kolonializmem a ruchem syjonistycznym, włącznie z tym, że w Izraelu „nie ma Nowego Wilna, Nowego Białystoku, Nowej Warszawy, Nowej Anglii, Nowego Jorku,… i tak dalej”. Pisze, że “mandaty miały na celu czuwanie nad tworzeniem się nowych państw aż do ich niepodległości i ten instrument miał zostać zastosowany do Żydów, tak jak był zastosowany do arabskich narodów Syrii i Iraku. Według tego poglądu, Żydzi byli narodem nie tylko uprawnionym do państwa, ale że ich społeczeństwo było w sposób naturalny umieszczone w części świata, z której pochodzili, mieszkali od czasów starożytności i nadal stanowili żywotną obecność w wielu obszarach w regionie, włącznie z Palestyną” i że”najsilniejsze chyba wyrazy lub widzialne dowody – dla tych, którzy będą skłonni to przyznać – znajdują się w wskrzeszeniu hebrajskiego jako żywego języka; oznakowanie krajobrazu żydowską tożsamością; i rozwój rodzimej kultury z korzeniami w starożytnej przeszłości“. Konkluduje: „przedstawianie Żydów jako kolonizatorów służy przedstawianiu ich jako okupantów w kraju, do którego z definicji nie należą”.

Tak właśnie. A poza jego znakomitym argumentem o braku „Nowego Białystoku” w Izraelu – społeczności zbudowane przez Żydów na ogół otrzymywały te same nazwy co w czasach biblijnych, nazwy, które w wielu miejscach zostały zastąpione przez ich arabskie odpowiedniki – przez arabskich kolonizatorów.

Veracini ma rację w jednym punkcie. Żydzi, którzy wracali do Izraela, często uważali się za lepszych od arabskiej populacji w Palestynie i w tym wąskim sensie można się czegoś nauczyć od przypadków kolonializmu osadniczego w USA lub Kanadzie. 

Jedną z odpowiedzi jest to, że wcześni syjoniści zawsze mieli wizję społeczeństwa, w którym niezaprzeczalna wyższość Żydów w technice, polityce i przemyśle wpłynie pozytywnie na miejscowych Arabów, tworząc falę, która podniesie wszystkich. Trudno byłoby znaleźć jakiekolwiek wczesne pisma syjonistyczne, które zachęcałyby do czystki etnicznej tego typu, jaką dokonano w USA wobec rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Żydowscy chłopcy nie bawią się w arabsko-izraelską wersję „kowbojów i Indian”. Największy exodus Arabów spowodowała wojna rozpoczęta przez Arabów w celu starcia Żydów z powierzchni ziemi. W 1948 r. nigdy nie było zamiaru wygnania większości Arabów – chociaż w kilku wypadkach podczas wojny istotnie to się zdarzyło – większość uciekła z powodu paniki i kłamstw, że Arabowie zwyciężą i będą mogli wrócić.

W każdym razie ustawianie Izraela jako państwa kolonializmu osadniczego jest w rzeczywistości zajęciem moralnego stanowiska – takiego, w którym twierdzi się, że Żydzi w jakiś sposób nie należą do ziemi swoich przodków. A jest to stanowisko bigota, niezależnie od intencji.


Od redakcji „Listów z naszego sadu”

Obrazek rodzajowy z żydowskiej kolonii osadniczej:

Joshua Levinson jest przewodnikiem po Jerozolimie. Opisuje scenkę rodzajową z autobusu, w którym jedzie Żydówka pochodząca z Egiptu, dwie Arabki, Żyd pochodzący z Jemenu i Żyd pochodzący z Chicago.

Poranek, zatłoczony autobus, dwie starsze panie siedzą obok siebie, jedna Arabka, druga Żydówka.
Arabka w hidżabie (ale mocno umalowana) mówi po hebrajsku, Żydówka (elegancko ubrana, z kaszmirowym szalem) odpowiada po arabsku. Prowadzą przyjazną i ożywioną rozmowę, głównie narzekając. Żydówka narzeka, że rzemieślnik spaprał naprawę skórzanej torebki, Arabka narzeka na paskudną pogodę, obie mają pretensje do wnuków, że zbyt rzadko je odwiedzają.
Żydówka mówi coś po arabsku, czego nie złapałem, ale co powoduje wybuch śmiechu starszego, ciemnoskórego faceta z jarmułką na głowie, który siedzi po drugiej stronie przejścia.
Arabka pyta go, czy  mówi po arabsku. No pewnie, odpowiada Żyd. Jestem z Jemenu.
Żydówka mówi na to – „Ja jestem Egipcjanką, zupełnie nie rozumiem tego waszego arabskiego.”
Siedząca kawałek dalej kobieta parska śmiechem, więc Żydówka pyta, czy ona też mówi po arabsku. Kobieta odpowiada: „Ja JESTEM Arabką.”
Na to wszyscy zaczynają się śmiać, włącznie ze mną. Jemeński Żyd pyta mnie, czy też mówię po arabsku. Wyjaśniam, że tylko troszkę.
Żydówka z Egiptu łapie mnie za rękaw i pyta: „Jesteś z Iraku?”
Nie – odpowiadam – z Chicago.
Teraz cały autobus ryczy ze śmiechu.
Kocham to miasto.

***
W tym mieście można również oglądać Al-Aqsa TV i usłyszeć inne słowa:


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


„ONR odwołuje się do faszystowskich, antysemickich korzeni”

Sąd potwierdza: „ONR odwołuje się do faszystowskich, antysemickich korzeni”

jewish.pl


Zakończył się proces Roberta Kolińskiego, oskarżonego przez działacza ONR o zniesławienie.

22 lutego 2017 r. Robert Koliński, aktywista partii „Razem”, zaprotestował przeciwko organizacji w Elblągu marszu w Dniu Pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Na jednym z portali internetowych napisał: „Środowiska prawicowe i neofaszystowskie postanowiły zorganizować prowokacyjny marsz ulicami naszego miasta – organizatorem tego haniebnego wydarzenia są m. in. Obóz Narodowo-Radykalny oraz Młodzież Wszechpolska, organizacje w sposób jawny odwołujące się do swych przedwojennych, faszystowskich, antysemickich, rasistowskich i ksenofobicznych korzeni”.

Konsekwencją wpisu był proces sądowy o zniesławienie, wytoczony Kolińskiemu na podstawie prywatnego pozwu Jacka Gierwatowskiego – działacza Obozu Narodowo-Radykalnego i Stowarzyszenia Elbląscy Patrioci. Dowodził, że członkowie ONR nie są faszystami, a organizacja zajmuje się m.in. działalnością charytatywną i edukacyjną.

Sprawa ciągnęła się dwa lata. W 2018 r. Sąd Rejonowy w Elblągu uniewinnił R. Kolińskiego, a kosztami procesu obciążył pozywającego. Sędzia Maciej Rutkiewicz nie dopatrzył się przestępstwa, gdyż „nie dopuszcza się zniesławienia ten, kto mówi prawdę”, a podczas uzasadniania decyzji mówił do Jacka Gierwatowskiego: „Nawiązujecie do organizacji przedwojennej, która była jawnie organizacją faszystowską, stosujecie te same symbole i nazwy. (…) Nie mówię przez to, że jesteście faszystami albo nazistami. Ja tylko mówię, że oskarżony miał prawo tak uważać na podstawie tego, co wy sami o sobie piszecie, jak się zachowujecie na własnych demonstracjach, jakie głosicie hasła, jak się nosicie”.

W miniony czwartek w Sądzie Okręgowym w Elblągu odbyła się rozprawa apelacyjna. Decyzja o uniewinnieniu Roberta Kolińskiego została utrzymana w mocy. Sędzia Elżbieta Kosecka-Sobczak stwierdziła: „Obóz Narodowo-Radykalny stosuje te same symbole i nazwy, co jawnie faszystowska organizacja z II RP. W swojej deklaracji ideowej pisze, że jest przeciwko demokracji i za ustrojem hierarchicznym. To jest właśnie totalitaryzm”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel strikes Hamas as Netanyahu finishes visit with Trump

Israel strikes Hamas as Netanyahu finishes visit with Trump

  CNN



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“My, dzieci komunistów”

“My, dzieci komunistów”, czyli jak wyglądało dorastanie w domu komunistycznego prominenta [ROZMOWA]

Anna Sobańda


“Aleksandra Jasińska, córka Bolesława Bieruta powiedziała, że do 80 roku życia nigdy publicznie nie rozmawiała o swoim ojcu. Doszła do wniosku, że póki żyje, chce przekazać kolejnym pokoleniom, że komunizm nie był jednoznaczny, a sytuacje z jakimi mierzyli się ludzie były znacznie bardziej skomplikowane, niż się dziś powszechnie uważa” – mówi Krystyna Naszkowska. Z autorką książki “My, dzieci komunistów” rozmawiamy o tym, jak wyglądało dorastanie w komunistycznym domu.

Anna Sobańda: Czy były osoby, które odmówiły pani wywiadu do tej książki?

Krystyna Naszkowska: Tak i takich osób było zdecydowanie więcej niż tych, którzy zgodzili się rozmawiać

Dlaczego odmawiali?

Nie wszyscy podawali powód. Jedna osoba zapytana o taką rozmowę odwróciła się na pięcie i odeszła. Inna była oburzona, jak w ogóle mogę ją o coś takiego prosić.

Nikt jednak nie przyznał wprost, że powodem jest wstyd i lęk przed tym, jak zostanie się odebranym przez opinię społeczną, która bardzo negatywnie ocenia dziś czasy komunizmu. Przyznać się do tego, że jest się dzieckiem prominentnego działacza komunistycznego jest odważnym krokiem. Aleksander Smolar powiedział mi, że komunizm, to była Atlantyda moralnie naznaczona. Nie każdego stać na to, by z takim wyznaniem się zmierzyć. Potrafię to zrozumieć, ponieważ komunizm stał się dziś symbolem wszelkiego zła. Zasłużył na to, ale potępienie to jedno, a ważnym jest także zrozumienie dlaczego swego czasu uwiódł tak wielu, a w praktyce stał się zaprzeczeniem własnych haseł. Ciągle bowiem jesteśmy podatni na różne uwodzicielskie pomysły ideologiczne i polityczne manipulacje.

Udało się pani jednak znaleźć rozmówców, którzy nie wstydzą się swoich komunistycznych korzeni

Dotarłam do dzieci komunistów, które nie bały się mówić o tym głośno. Nie wszyscy jednak mają do tego niezbędny dystans, a dla niektórych ta rozmowa była swego rodzaju katharsis. W ten sposób chcieli podsumować swoje życie. Aleksandra Jasińska, córka Bolesława Bieruta powiedziała, że do 80 roku życia nigdy publicznie nie rozmawiała o swoim ojcu. Przyszedł jednak moment, w którym uznała, że jest coś winna swoim dzieciom i wnukom, dlatego zaczęła spisywać wspomnienia. Doszła do wniosku, że póki żyje, chce przekazać kolejnym pokoleniom, że komunizm nie był jednoznaczny, a sytuacje z jakimi mierzyli się ludzie były znacznie bardziej skomplikowane, niż się dziś powszechnie uważa.

Czy w komunistycznym domu rodzice indoktrynowali swoje dzieci?

Okazuje się, że na ogół nie. Jednak, jak powiedział Włodek Grudziński, dzieci łykały komunizm przez osmozę. Nikt do niczego ich nie przekonywał, wystarczyło, że były pod wpływem autorytetu rodziców. Zwłaszcza, kiedy tata był ważną osobistością, inni liczyli się z jego zdaniem, przyjeżdżał po niego samochód i woził go do pracy. Wystarczy, że ten tato mimochodem wspomniał, że komunizm jest dobry i sprawiedliwy, a dziecko wyrastało w takim przeświadczeniu. Zwykle do czasu. Zdarzało się także, że rodzic komunista reagował wręcz przeciwnie.

Przekonywał dziecko do komunizmu?

Takie sytuacje się zdarzały. Podczas jednego z moich spotkań autorskich czytelnik, również syn ważnego komunisty, opowiedział, że będąc młodym chłopakiem, pod wpływem silnej indoktrynacji na obozie wojskowym postanowił zostać członkiem partii. Oświadczył to ojcu, licząc na jego zachwyty, tymczasem ten tylko popukał się w głowę. W ten sposób stary, przedwojenny komunista, który za swoje poglądy przed wojną siedział w wiezieniu, zareagował na plany syna wstąpienia do PZPR

Skąd taka reakcja?

Wielu przedwojennych komunistów, ideowców, już w połowie lat 50. zdawało sobie sprawę, że to nie będzie ten ustrój sprawiedliwości społecznej, postępu, równych praw dla wszystkich, w który oni wierzyli. Wszyscy ci ideowi komuniści wychowali dzieci, które w większości poszły inną drogą, wystąpiły przeciwko nim.

Kiedy następował ten moment otrzeźwienia, dostrzeżenia prawdziwego oblicza komunizmu?

Andrzej Titkow stwierdził, że było to wówczas, gdy zaczął myśleć samodzielnie. To czas, kiedy ma się te naście lat, wyrasta się z autorytetu rodzica i zaczyna się widzieć ulicę, rzeczywistość która nie jest taka, jak mówili rodzice. Titkow powiedział także, że był to moment, w którym zaczął zadawać pytania

Jak rodzice reagowali na taką postawę dzieci?

rekomendował: Leon Rozenbaum

Niemal wszyscy moi rozmówcy mówią o gigantycznych kłótniach, jakie toczyły się w domu z tego powodu. Tylko Włodek Grudziński stwierdził, że awantur nie było, bo on miał świadomość, że rodzice mają poczucie klęski idei, w którą wierzyli, więc nie chciał ich dodatkowo dołować.

Jak dzieci komunistów oceniają swoich rodziców dzisiaj?

Trudno mówić o akceptacji, ale w większości przypadków pojawia się zrozumienie. Choć są takie przypadki, jak pani Aleksandra Jasińska, która ma w sobie dużą dozę aprobaty rodziców. Jej ojciec, Bolesław Bierut, był najważniejszą osobą państwie, wiedział, co się w nim dzieje, podpisywał wyroki śmierci, a mimo to, jego córka go broni.

Rozumie pani taką postawę?

Tak, ponieważ daję dzieciom prawo do obrony własnych rodziców, do stronniczej oceny. Chciałam dowidzieć się na ile są w stanie się zdystansować i zdobyć na refleksję. Dla mnie ważnym było te stany opisać. Ocenę zostawiam czytelnikowi.

Wielu bohaterów pani książki ma korzenie żydowskie i przyznaje wprost, że często szły one w parze z komunistycznymi przekonaniami ich rodziców

Oczywiście, to bardzo naturalny związek. Żydzi w przedwojennej Polsce byli dużą, ale bardzo dyskryminowaną mniejszością. Nie mogli zajmować stanowisk państwowych, nie mogli studiować na niektórych wydziałach, a na innych spotykali się z segregacją. Na porządku dziennym były ataki i napaście na Żydów. Niektóre gazety, w celu napiętnowania, publikowały zdjęcia Polaków, którzy robili zakupy w żydowskich sklepach. Działy się rzeczy naprawdę straszne. Endecja na antysemityzmie i podziałach budowała jedność narodu. Dlatego idea mówiąca, że wszyscy jesteśmy równi i każdy ma takie same prawa jako obywatel była bardzo atrakcyjna i motywowała wielu Żydów do tego, żeby wstąpić do komunistycznej partii i o jej postulaty walczyć, ryzykując więzieniem i policyjnymi szykanami.

Dzieci komunistów zwykle o swoich żydowskich korzeniach dowiadywały się jednak dość późno. Dlaczego?

Upraszczając, powody były dwa. Pierwszy taki, że ich rodzice, jako ideowi komuniści byli przekonani, że to nie ma żadnego znaczenia, bowiem wszyscy mają być równi. Po prostu nie czuli się Żydami. Drugi powód był taki, że Żydzi, którzy przetrwali Holokaust w dużej mierze przetrwali go dlatego, że wtopili się w polskie społeczeństwo, ukrywając swoje korzenie. Pamięć o tych strasznych przeżyciach powodowała, że nie opowiadali dziecku o żydowskich przodkach, świętach i tradycjach, aby nie utrwalać niebezpiecznej odmienność.

Dla wielu dzieci wyrastających w komunistycznych domach momentem, w którym naprawdę otworzyli oczy na to, jak wygląda komunizm w Polsce, był rok 1968

Tak, ponieważ wówczas już nie dało się udawać, że się nie widzi rzeczywistości. Musimy pamiętać, że to było zaledwie 20 lat po wojnie. Żydzi zaczęli się obawiać, że sytuacja idzie w kierunku kolejnych prześladowań. Pojawiały się plotki, że tych, którzy nie wyjadą będą zamykać w obozach koncentracyjnych na Mazurach. Żydzi, którzy przetrwali II wojnę światową wierzyli w to i uważali, że trzeba wyjeżdżać póki jeszcze można. To moment, w którym by uzasadnić konieczność ucieczki z kraju, rodzice często po raz pierwszy zdradzali dzieciom prawdę o ich żydowskich korzeniach. Włodek Grudziński powiedział mi, że 68 rok pokazał, co znaczy być żydem w tym kraju, ale wielu młodym uzmysłowił także, czym jest wolność, jaką ma cenę i zachęcił do sprzeciwu. Powstała opozycja demokratyczna. Bądźmy uczciwi. Tak było, że powstanie Solidarności i odzyskanie niepodległości zawdzięczamy – nie wymieniając nazwisk – także dzieciom komunistów.

Dzieciom wydarzenia 1968 roku otworzyły oczy, a jak reagowali rodzice?

Bardzo wielu, z uwagi na swoje żydowskie korzenie, było wówczas z PZPR wyrzucanych. To było dla nich bardzo mocne przeżycie, które sprawiło, że odwracali się od partii, uważając, że to już nie jest ta partia, do której wstępowali i w którą wierzyli. Część dostawała tego olśnienia już w 1956 roku, kiedy ukazał się raport Chruszczowa. Przykładem jest Henryk Holland, ojciec Agnieszki Holland. Był niezłomnym komunistą, który w imię tej idei niszczył ludzi na uniwersytecie. Jednak kiedy dowiedział się o zbrodniach stalinowskich doznał szoku. Zaczął domagać się procesów, rozliczeń. Taka drastyczna zmiana postawy to bardzo rzadka sprawa. Nie każdy był bowiem gotów rezygnować z przywilejów, jakie zapewniała partia – samochodu, pięknego mieszkania, wczasów w ośrodkach partii itd. To był inny standard życia, z którego w takiej sytuacji trzeba się było pożegnać. Henryk Holland, który się na to zdobył zapłacił za to życiem. Wypadł w czasie przesłuchania przez SB za okno.

Czy dla pani rozmówców komunistyczne korzenie to piętno?

Myślę, że nie. Fejgin mówi, że piętnem było dla niego nazwisko, ale nie komunistyczne korzenie. Ich rodzice dla komunistycznej idei, lata młodości spędzili przed wojną w więzieniu. Wierzyli że zrobią coś dobrego dla innych. Oni wszyscy szukali w swoich rodzicach dobrych cech i to jest zupełnie zrozumiałe. Niektórych rzeczy jednak usprawiedliwiać nie można. Aleksandra Jasińska o swoim ojcu powiedziała, że to dobry człowiek, który robił złe rzeczy. Tymczasem dobrzy ludzie zwykle nie robią złych rzeczy.

Dzieci dawnych komunistów, które wypowiadają się w pani książce, mówią o podobieństwach, jakie widzą pomiędzy ustrojem, w jakim dorastali, a tym, co dzieje się dziś w Polsce.

Prawie wszyscy to widzą, choć jedni bardzo dramatycznie, wręcz na granicy faszyzmu, inni zaś nieco mniej radykalnie. Wszyscy zauważają jednak, że mamy powrót do autokratyzmu, kłamstw i politycznej manipulacji, do wypaczania praworządności. Mamy niezwykle brutalną propagandę działającą na rzecz jednej opcji politycznej, podobnie jak za komuny. Zaczyna się budować społeczeństwo podporządkowane jednej partii, które godzi się z tym, że odbiera mu się trochę wolności, ale w zamian daje 500 zł na dziecko. Ludzie zaczynają się urządzać w swoim ciepłym gniazdku i nie chcą się zastanawiać nad tym, co to oznacza i dokąd zmierza.

Pani bohaterowie mówią o tym, że mitem jest, iż wszyscy walczyli wówczas z opresyjnym ustrojem. Większość obywateli jakoś się w nim odnalazła

Oczywiście. To dość zabawne, że w moim pokoleniu większość poczuwa się teraz do roli opozycjonisty. Nawet członkowie PZPR uważają, że walczyli z komunizmem. Mam kolegę, który w latach 70, kiedy bojkotowaliśmy wybory mówił „super, że to robisz, też bym tak zrobił, ale właśnie dostałem paszport i mam okazję wyjechać na wakacje za granicę”. Dla niego paszport, to był wystarczający powód, żeby się nie buntować. Dziś zaś, uważa się za największego, wojującego antykomunistę.

Trudno nam jako społeczeństwu pogodzić się z myślą, że komunizm w Polsce był budowany i podtrzymywany rękoma Polaków?

Bardzo trudno. Założę się, że pod naszą rozmową pojawią się komentarze, że w UB pracowali głównie Żydzi. Tymczasem w końcowych latach działania UB liczyło 38 tysięcy funkcjonariuszy, a w tym było około 400 takich, którym można było przypisać korzenie żydowskie. Z akt procesu Romkowskiego, Fejgina i Różańskiego wynika, że ta trójka odpowiadała za Bezpiekę, ale brudną robotę, te wszystkie tortury, bicie, dręczenie więźniów, to wszystko kto robił? Pomijając bezsensowne kryteria narodowościowe – tysiące drani. Nikogo więcej jednak nie postawiono przed sądem. W ocenie komunizmu posługujemy się dziś mało sensownymi, coraz bardziej uproszczonymi kalkami. Dlatego pisząc tę książkę miałam nadzieję, że pokazanie komunizmu oczami dzieci jego prominentów skłoni do pełniejszej refleksji nad przeszłością i przyszłością, bo zło lubi się odradzać w różnych postaciach. Także przybierając postać dobra.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


premier Morawiecki – “Żydzi przeżyli dzięki Polakom”

“Żydzi przeżyli dzięki Polakom” – premier Morawiecki w Narodowym Dniu Pamięci Polaków Ratujących Żydów

jewish.pl


Premier Mateusz Morawiecki w Sadownem, 24.03.2019, fot. Adam Guz/KPRM/Twitter

“Wbrew różnym oszczerstwom, które się pojawiają, liczne źródła przemawiają za wielką pozytywną rolą Polaków w czasie II wojny światowej” – mówił dziś premier Mateusz Morawiecki w Sadownem w powiecie węgrowskim, oddając hołd Polakom, którzy w czasie wojny pomagali Żydom. Uroczystość zorganizował Instytut Pileckiego, a powiat węgrowski jest jednym z opisanych w książce “Dalej jest noc”.

“Mieszkańcy tego powiatu, powiatu węgrowskiego (…) zdali egzamin z człowieczeństwa, wbrew różnym oszczerstwom, które się pojawiają, liczne źródła przemawiają za wielką pozytywną rolą Polaków w czasie II wojny światowej, w czasie nocy niemieckiej okupacji” – podkreślał Morawiecki.

“Żyd, który spotkał Niemca, stawał się martwym Żydem, a Żyd, który spotkał Polaka, miał szansę przeżyć. I wszyscy Żydzi, którzy przeżyli II wojnę światową, w mniejszym lub większym stopniu przeżyli ją dzięki tym bochenkom chleba, dzięki schronieniu, którego udzielali im ich polscy sąsiedzi” – wyjaśnił premier.

Według danych ze stycznia 2017 r. tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata otrzymało 601 Niemców. Wśród nich Wilm Hosenfeld, żołnierz Wehrmachtu, który ocalił Władysława Szpilmana.

Hosenfeld stacjonował w czasie wojny m.in. w Węgrowie. W lutym 1940 r. w liście do żony pisał z Węgrowa: “Jest to Żyd, bardzo pracowity chłop, pracuje u nas za jedzenie i może jeszcze wziąć coś dla swoich dzieci; zapłaty nie dostaje. Kiedy zaczyna mówić po niemiecku, można boki zrywać. Ilekroć mnie spotyka, z szacunkiem ściąga swoją futrzaną czapkę i robi ‘Heil Hitler!’. Mali polscy chłopcy, którzy biorą codziennie jedzenie od żołnierzy, też używają tego pozdrowienia; sądzą pewnie, że zrobi to na Niemcach dobre wrażenie”.

W innym liście wspominał: “Nie mogę się nadziwić gościnności Polaków. Z mojego powodu natychmiast nakryto stół do kolacji. Żywność jest przecież bardzo trudna do zdobycia, a mimo to częstują tym, co mają”.

Adam Starkopf – wraz z żoną i córką – w czasie wojny ukrywał się na aryjskich papierach w Sadownem. Pracował w miejscowym tartaku, udając Polaka. W swoim pamiętniku napisał: „Pewnej zimnej nocy, na początku stycznia 1943 r., (…) Pela i ja już spaliśmy, kiedy obudził nas stukot przejeżdżającego pociągu kolejowego, a następnie odgłosy karabinu maszynowego. Słyszeliśmy, jak pociąg zatrzymuje się”. Wkrótce sąsiedzi zapukali do drzwi Starkopfa i powiedzieli, co się stało: „Jacyś Żydzi właśnie uciekli z pociągu i Niemcy zaczęli do nich strzelać! Musieli trafić sporo. Pomyśl tylko – wszyscy ci Żydzi leżący na ziemi, gotowi do zabrania! To gratka! Możemy wyjść, wziąć ich i przekazać Gestapo. Zabierzemy ich ubrania, opróżnimy ich kieszenie, a w dodatku otrzymamy nagrodę od Niemców za ich przyprowadzenie. Wszyscy inni w wiosce też się wybierają, więc lepiej się pospieszmy! W przeciwnym razie nie zostanie dla nas Żydów!”.

„Kilka minut później usłyszeliśmy jęki i krzyki na zewnątrz, gdy rannych Żydów przeciągnięto przez śnieg do stodół i stajni. Pościg trwał całą noc” – wspominał Starkopf w nieprzetłumaczonej nigdy na polski książce “Will to Live: One Family’s Story of Surviving the Holocaust”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com