Archives

Odkryte taśmy z wyznaniami Eichmanna

Na taśmach nagranych w 1957 roku słychać, jak Adolf Eichmann chwali się swoją rolą w ludobójstwie europejskich Żydów.


Odkryte taśmy z wyznaniami Eichmanna

Jeff Jacoby
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Sześćdziesiąt lat po tym, jak SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann został stracony przez powieszenie w izraelskim więzieniu, po raz pierwszy można go usłyszeć (jego własnym głosem) chwalącego się ludobójczymi zbrodniami, które popełnił podczas II wojny światowej.

Nowy serial dokumentalny — Spowiedź diabła: zaginione taśmy Eichmanna”— nadawano w Izraelu w ciągu ostatniego miesiąca. Trzonem serii są nagrane na taśmę wywiady, które Eichmann, czołowy nazistowski organizator, udzielił w Argentynie w 1957 roku Willemowi Sassenowi, holenderskiemu sympatykowi nazizmu. W czasie procesu Eichmanna w 1961 roku prokuratura wiedziała o tych nagraniach i dysponowała ponad 700 stronami transkrypcji, z których wiele zawierało odręczne notatki Eichmanna. Ale izraelski Sąd Najwyższy wykluczył transkrypcje jako dowód, a prokuratura nie była w stanie zdobyć samych nagrań. Ostatecznie taśmy trafiły do archiwum niemieckiego rządu. Dopiero dwa lata temu twórcy nowego dokumentu, Kobi Sitt i Yariv Mozer, dostali pozwolenie na ich wykorzystanie.

Na rozprawie Eichmann twierdził, że był tylko funkcjonariuszem niskiego szczebla, który wykonywał rozkazy i nie był za nic odpowiedzialny. Choć dowody wskazywały inaczej, zaprzeczał, jakoby zajmował się logistyką związaną z deportacją milionów austriackich, polskich i węgierskich Żydów do gett i obozów zagłady.

Jak donosiła w zeszłym tygodniu Isabel Kershner w „New York Times”, „seria dokumentalna przeplata mrożące krew w żyłach słowa Eichmanna w obronie Holocaustu po niemiecku, z inscenizacjami spotkań sympatyków nazistów z 1957 roku w Buenos Aires, gdzie dokonano nagrań”. 

Odsłaniając zwierzęcy, ideologiczny antysemityzm Eichmanna, jego gorliwość w polowaniu na Żydów i jego rolę w mechanizmie masowych mordów, serial po raz pierwszy przedstawia masowemu odbiorcy brakujące dowody z procesu.

Słychać, jak Eichmann uderzał muchę, która bzyczała po pokoju i powiedział, że ma „żydowską naturę”.

Powiedział swoim rozmówcom, że „nie obchodziło go”, czy Żydzi, których wysyłał do Auschwitz, przeżyją, czy zginą. Zaprzeczając wiedzy o ich losie na swoim procesie, powiedział na taśmie, że rozkaz głosił, że „Żydzi, którzy są zdolni do pracy, powinni być wysłani do pracy. Żydzi, którzy nie są zdolni do pracy, muszą być wysłani na miejsce Ostatecznego Rozwiązania, kropka”, co oznacza ich fizyczne zniszczenie.

„Gdybyśmy zabili 10,3 miliona Żydów, powiedziałbym z satysfakcją: ‘Dobrze, zniszczyliśmy wroga’. Wtedy wypełnilibyśmy naszą misję” – powiedział, mówiąc o wszystkich Żydach Europy.

Nie widziałem tej nowej serii, ale obejrzę ją, gdy zostanie udostępniona w Stanach Zjednoczonych. Ale wiadomość o nagraniach Eichmanna sprawiła, że zacząłem myśleć o międzynarodowej reakcji w maju 1960 roku, kiedy izraelscy agenci schwytali zbiegłego wysokiego rangą nazistę w Buenos Aires i wywieźli go do Izraela, by postawić go przed sądem.

Dziś proces Eichmanna i operacja, która doprowadziła go do ławy oskarżonych, uważane są za kamienie milowe w sprawie sprawiedliwości i odpowiedzialności za ofiary ludobójstwa.

Według słów jednego z ekspertów — szef Biura Dochodzeń Specjalnych Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych — był to „niezwykle pozytywny punkt zwrotny w historii egzekwowania praw człowieka” i „był prawdopodobnie bardziej odpowiedzialny niż jakiekolwiek inne wydarzenie za odrodzenie zainteresowania prokuratorów sprawami nazistowskimi w Niemczech, w Stanach Zjednoczonych i żałośnie niewielu innych krajach, które po latach pięćdziesiątych dążyły do wymierzenia sprawiedliwości w tych sprawach”. Proces Eichmanna zachęcił osoby, które przeżyły Holocaust, by po raz pierwszy otwarcie mówić o swoich doświadczeniach i zapoczątkował rozwój studiów nad Holocaustem jako poważnej dyscypliny akademickiej. Rozpoczął także proces kultywowania pamięci o Holokauście — o czym rzadko myślało się przez pierwsze półtorej dekady po wojnie. Przede wszystkim, skupiło to globalną uwagę na kwestii wymierzenia sprawiedliwości za to, co nazistowskie Niemcy zrobiły europejskim Żydom.

Zdumiewające jest więc uświadomienie sobie, jak rozwścieczona była opinia elit, gdy zespół agentów Mossadu wytropił Eichmanna w Argentynie i przewiózł go do Izraela.

„Potępienia napływały z całego świata” — napisał Daniel Gordis w swojej nagrodzonej książce o historii powstania Izraela.

 Argentyńscy oficjele, którzy bezwstydnie udzielali schronienia nazistom, twierdzili, że działanie Izraela było „typowe dla metod stosowanych przez reżim całkowicie i powszechnie potępiony”. Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła rezolucję 138, stwierdzającą, że Izrael naruszył suwerenność Argentyny i ostrzegała, że przyszłe podobne działania mogą podważyć międzynarodowy pokój. Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania i Związek Radziecki przyłączyły się do potępienia Izraela. Argentyńscy cywile, podążając za reakcją swojego rządu, odpowiedzieli gwałtownymi antysemickimi atakami na argentyńską społeczność żydowską.

sprawozdaniu z procesu Eichmanna z 2011 roku amerykańska historyczka Deborah Lipstadt zauważyła, że podczas gdy niezliczona liczba obywateli była tak zelektryzowana wyczynem Mossadu, jak gdyby znaleziono samego Hitlera, w większości mediów wybuchła niepohamowana wrogość. „W ciągu miesiąca – napisała – „Washington Post” opublikowała dwa obelżywe artykuły redakcyjne potępiające izraelskie ‘prawo dżungli’ i przewidujące, że izraelski proces będzie ‘skażony bezprawiem’, ‘żądzą zemsty’ i ‘obniży powagę prawa’”. I dalej:

„Time” potępił „aroganckie lekceważenie prawa międzynarodowego” przez Izrael. „New York Post” przewidział, że będzie to „proces pokazowy”, który powinien był odbyć się w Niemczech. „Christian Science Monitor”, zajmując jeszcze bardziej skrajne stanowisko, argumentował, że twierdzenie Izraela o posiadaniu uprawnień do orzekania o zbrodniach przeciwko Żydom popełnionych poza Izraelem było identyczne z twierdzeniem nazistów o „lojalności Niemców urodzonych w Niemczech lub ich potomków” gdziekolwiek się znajdują. Niektóre z bardziej jadowitych ataków pochodziły z „National Review” Williama Buckleya. Poświęcił temu tematowi trzy artykuły redakcyjne w ciągu kilku tygodni od schwytania Eichmanna. W zaskakującym oświadczeniu Buckley opisał Eichmanna jako „przyczyniającego się do eksterminacji setek tysięcy”. (podkreślenie dodane). Potępiając proponowany proces jako „szkodliwy” wysiłek, mający na celu przemawianie w imieniu „mitycznego podmiotu prawnego (narodu żydowskiego)”, Buckley dziwił się, że ma on trwać trzy miesiące, podczas gdy skupienie Kościoła chrześcijańskiego „na ukrzyżowaniu Jezusa Chrystusa [trwa] tylko przez jeden tydzień w roku”. To, jak stwierdził, było symptomatyczne dla żydowskiej „odmowy przebaczenia”.

Było tego dużo, dużo więcej, jak udokumentowała Lipstadt, ale gdzieniegdzie inne głosy wyrażały inne poglądy. Godny uwagi wyjątek od potoku potępienia wysunął wybitny argentyński pisarz Ernesto Sabato, który w gazecie „El Mundo” z Buenos Aires zapytał: „Jak możemy nie podziwiać grupy odważnych ludzi, którzy… . . mieli uczciwość przekazania go na rozprawę przez trybunały sądowe zamiast . . . wykończyć go na miejscu?”

W końcu sprawiedliwość została wymierzona. Proces Eichmanna był sprawiedliwy. Jego sędziowie byli skrupulatni. Jak napisał w londyńskim „Sunday Times” słynny angielski historyk Hugh Trevor-Roper, zasadność jego oskarżenia – aczkolwiek przez rząd kraju, który nie istniał, kiedy popełnił swoje zbrodnie – została przeprowadzona „bezbłędnie na podstawie ustalonej teorii i praktyki państw cywilizowanych”.

Antyizraelska wrogość i histeria, które wybuchły, gdy Eichmann został złapany w Argentynie, są teraz w dużej mierze zapomniane. Była to sytuacja antyizraelskiej wrogości i histerii, które wybuchają rutynowo za każdym razem, gdy państwo żydowskie działa w obronie swojego narodu lub swoich podstawowych interesów i jak większość takich wybuchów, ostatecznie okazała się nieistotna. Tym, co przetrwało ten epizod, jak podkreśla nowy dokument, było heroiczne ucieleśnienie sprawiedliwości historycznej i ustanowienie kluczowej zasady: osoby, które popełniają zbrodnie przeciwko ludzkości, mogą zostać pociągnięte do odpowiedzialności za swoje czyny w dowolnym miejscu i czasie, i przez każdy naród uprawniony do ich sądzenia.


Jeff Jacoby – Amerykański prawnik i dziennikarz, publicysta “Boston Globe” od 1994 roku.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

Turcja uderza na Irak, Syrię, Cypr i Grecję

Nowa turecka inwazja wojskowa na północną Syrię, ogłoszona pod koniec maja przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana, oznacza, że Turcja po raz kolejny zaatakuje Kurdów w Syrii, próbując wypchnąć ich z regionu i przejąć ich ziemie. Jednak tak się składa, że te kurdyjskie grupy, które Erdogan nazywa “terrorystami”, są sojusznikami USA, którzy walczyli z ISIS. Na zdjęciu: Kurdowie na pogrzebie cywila i wojowniczki z, w przeważającej mierze kurdyjskich, Kobiecych Jednostek Obrony, którzy zginęli w ataku tureckich dronów w Qamishli, w północnowschodniej Syrii 5 czerwca 2022 r. (Zdjęcie: Delil Souleiman/AFP via Getty Images)


Turcja uderza na Irak, Syrię, Cypr i Grecję

Uzay Bulut

Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan ponownie wszczyna awantury w regionie. Tym razem grozi nie tylko Grecji, ale także Kurdom w północnej Syrii i Iraku oraz Jazydom w ich ojczyźnie Sindżar w Iraku.

Jego neo-osmańskie ambicje w regionie wydają się być głównym motywem tej agresywnej polityki. W 2023 roku republika Turcji będzie obchodzić setną rocznicę swojego istnienia. Erdogan publicznie żąda części północnej Syrii oraz Sindżaru i Kirkuku w Iraku jako części Turcji w ramach swoich marzeń o nowym Imperium Osmańskim. Na przykład w 2016 roku przywołał Misak-ı Milli – “Pakt Narodowy”, który zawiera sześć decyzji dotyczących granic Imperium Osmańskiego, uchwalony przez ostatni osmański parlament w 1920 roku. Ten Pakt Narodowy obejmuje tureckie roszczenia do części Iraku i Syrii. “Mamy obowiązki zgodne z Misak-ı Milli” – powiedział w 2016 roku Erdogan.

“Jeśli chodzi o Irak, Syrię, Libię, Krym, Karabach, Bośnię i inne bratnie regiony, jest to zarówno obowiązek, jak i prawo Turcji. Turcja to nie tylko Turcja… Nasze obecne granice różnią się od granic, które mamy w naszych sercach”.

Zgodnie z tą ekspansjonistyczną ideologią, pod koniec maja 2022 roku Erdogan ogłosił nową inwazję na północną Syrię, aby stworzyć 30-kilometrową “bezpieczną strefę” w Syrii wzdłuż południowej granicy Turcji. “Będziemy oczyszczać Tell Rifaat i Manbij w Syrii z terrorystów” – powiedział Erdogan. Oznacza to, że Turcja po raz kolejny zaatakuje Kurdów w Syrii, próbując wypchnąć ich z regionu i zagarnąć ich ziemie. Jednak tak się składa, że te kurdyjskie grupy, które Erdogan nazywa “terrorystami”, są sojusznikami USA, którzy walczyli z ISIS.

5 czerwca Syria potępiła niedawne ataki Turcji na północy kraju, nazywając je “pogwałceniem prawa międzynarodowego” i jej suwerenności. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Syrii wydało oświadczenie stwierdzając, że śledzą “wrogie” działania Turcji i jej ciągłe naruszenia suwerenności Syrii, które “pochłonęły życie wielu niewinnych ludzi”.

Tymczasem ekspansjonistyczna polityka Erdogana wciąż jest skierowana między innymi na Irak, greckie wyspy na Morzu Egejskim i okupowaną przez Turcję północną część Republiki Cypryjskiej.

Na przykład Jazydzi w Iraku byli ofiarami nalotów przeprowadzanych przez Turcję, która wykorzystuje obecność Sindżarskich Jednostek Ruchu Oporu (YBS) jako pretekstu do zbombardowania ojczyzny Jazydów, Sindżaru, udając, że walczy z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Ankara twierdzi, że jej celem jest PKK, zbrojne ugrupowanie kurdyjskie walczące o autonomię dla większości kurdyjskiego południowo-wschodniego regionu Turcji, od dawna uważane przez Turcję za organizację terrorystyczną. Tymczasem pojawia się coraz więcej dowodów na to, że ten sam rząd turecki przez lata wspierał i umożliwiał istnienie prawdziwej organizacji terrorystycznej, Państwa Islamskiego (ISIS).

Tureckie ataki nadal powodują traumę u Jazydów, rdzennej, niemuzułmańskiej ludności Iraku. Ta pokojowa społeczność stoi w obliczu zagrożeń egzystencjalnych ze strony głównych sił zbrojnych w regionie. Dotknęły ich ataki armii irackiej; trwające konsekwencje ludobójstwa dokonanego przez ISIS w 2014 r. oraz powtarzające się tureckie naloty lotnicze. Między 1 a 5 maja tysiące Jazydów zostało zmuszonych do ucieczki, gdy szalały walki między jazydzkimi jednostkami ruchu oporu Sindżar (YBS) a iracką armią w Sindżar.

YBS powstały w 2014 roku, by walczyć z ISIS, które próbowało wymordować Jazydów. YBS nigdy nie było na żadnej liście terrorystów i od 2016 roku finansowane są przez irackie Ministerstwo Obrony.

Jazydzka organizacja praw człowieka, Yazda, poinformowała w 2021 r.:

“Ludobójstwo Jazydów w Iraku rozpoczęło się 3 sierpnia 2014 r. zorganizowanymi militarnymi i ochotniczymi działaniami Da’esh i ich sprzymierzeńców zmierzającymi do eksterminacji, co doprowadziło do aktów wojny i ludobójstwa, w tym masowych zbrodni, masakr, systematycznych uprowadzeń, zniewolenia kobiet i dzieci , przymusowych nawróceń i przymusowych wysiedleń tysięcy naszych ludzi. Siedem lat później ludobójstwo trwa nadal, ponad 2900 Jazydów wciąż pozostaje w niewoli, ponad 200 000 IDPs i uchodźców nie może wrócić do swoich domów w Sindżar i na równinie Niniwy. Zniszczono naszą ojczyznę, która nadal boryka się z niepewnością polityczną, brakiem bezpieczeństwa, z ekonomiczną i społeczną dyskryminacją”.

W efekcie ludobójstwa dokonanego przez ISIS w 2014 r. 10 000 Jazydów zostało zabitych lub porwanych; około 2900 jazydzkich dziewcząt i kobiet jest wciąż zaginionych, znaleziono co najmniej 82 masowe groby Jazydów i ponad 200 000 przesiedlonych Jazydów żyje w obozach dla osób wewnętrznie przesiedlonych (IDP) w Regionie Kurdystanu w Iraku.

2 maja oficjalna strona Fundacji Free Yezidi zamieściła wpis na Twitterze:

“Dzisiejsze walki w #Sinjar #Shingal są CAŁKOWICIE NIEDOPUSZCZALNE. Niezależnie od przynależności politycznej/wojskowej, nie powinno być żadnych ataków na #Yezidi #Yazidi z Sindżaru przez nikogo. To narusza podstawową odpowiedzialność za ochronę. Jazydzi ponownie uciekają dziś z Sindżaru.”

9 października 2020 r. rząd centralny Iraku i rząd regionalny Kurdystanu osiągnęły porozumienie w sprawie ojczyzny Jazydów, Sindżaru.

“Jazydzi zostali wykluczeni z Porozumienia na temat Sindżaru, nie konsultowano się z nimi w sprawie mianowania burmistrza i nie mieli wyborów lokalnych od 2003 r.” – powiedziała Gatestone Nadine Maenza, była przewodnicząca amerykańskiej Komisji ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (USCIRF).

Działaczka na rzecz praw człowieka, dr Amy L. Beam, autorka książki “Ostatnie ludobójstwo Jazydów“, powiedziała Gatestone:

“Jednym z warunków porozumienia było usunięcie sił PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) z regionu Sindżar. Innym punktem było mianowanie nowego burmistrza Sindżaru”. Beam, która w 2014 roku przeniosła się do Kurdystanu w Iraku, uzyskała irackie dokumenty tożsamości i paszporty dla prawie 1000 Jazydów, aby pomóc im w opuszczeniu kraju.

Porozumienie to zostało odrzucone przez Jazydów, którzy nie zostali uwzględnieni w negocjacjach. Od końca 2015 roku, kiedy ISIS zostało usunięte z Sindżaru, Jazydzi powołali własną radę i własnego burmistrza. Jednak od tego czasu zarówno armia iracka, jak i turecka zaatakowały Sindżar. Należy zauważyć, że w całym kraju działa wiele irackich milicji, ale armia iracka wybrała walkę z jazydzkim ugrupowaniem YBS, a nie z żadną inną milicją.

Niedawne starcia, jak powiedziała Beam, rozpoczęły się “kiedy armia iracka wysłała żołnierzy w celu ustanowienia punktu kontrolnego po północnej stronie góry Sindżar”.

“Milicja YBS sprzeciwiła się tym działaniom. W atmosferze napięcia żołnierz YBS podniósł broń i zastrzelił żołnierza irackiej armii. Spowodowało to atak czołgów armii irackiej na Jazydów”.

Maenza zauważa, że prawo Jazydów do samoobrony jest kluczowe dla ich przetrwania:

“Ostatnim razem, gdy Jazydzi złożyli broń i zaufali irackiemu rządowi, że będzie ich bronił w 2014 roku, irackie siły wojskowe uciekły, umożliwiając ludobójstwo Jazydów. Jest powód by Jazydzi mieli możliwość obrony swojej ludności. Wszelkie opowieści, że YBS jest poza prawem są śmieszne, ich żołd jest wypłacany przez rząd iracki.

“Turcja rozpoczęła jednak agresywną kampanię militarną przeciwko PKK i używa tej wymówki, by zaatakować cywilów w północno-wschodniej Syrii, w Regionie Kurdystanu w Iraku i Sindżar, w celu zdobycia nowych terytoriów. Być może Irak wierzy że Turcja zaatakuje Sindżar, jeśli oni sami nie usuną YBS? Jak wyjaśnić inaczej to, że ścigają Jazydów, ale nie ruszają niebezpiecznych oddziałów PMF [Irackich Sił Mobilizacji Ludowej – uzbrojonych milicji wspieranych przez Iran] wyposażonych w broń rakietową i stanowiących realne zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilności?

“Rządy Iraku i Turcji prawdopodobnie nie uszanują praw Jazydów, chyba że zażądają tego Stany Zjednoczone i społeczność międzynarodowa”.

Ostatnie ataki na YBS zostały ostatecznie zakończone 6 maja. Generał armii irackiej Jabbar Kamar i kierownictwo YBS osiągnęli porozumienie, które złagodziło eskalację konfrontacji. Jednak Jazydzi pozostają w trudnej sytuacji. Jak mówi Amy Beam:

“Ten konflikt i mnóstwo czołgów z działami wycelowanymi w osiedla Jazydów w całym Sindżarze sterroryzował Jazydów. Kilka tysięcy ludzi uciekło w bezpieczne miejsce w Kurdystanie. W ich pamięci wciąż żywe są wspomnienia ludobójstwa dokonanego na nich 3 sierpnia 2014 r. Chcą azylu w bezpiecznych krajach.”

Murad Ismael, prezes Akademii Sindżar, powiedział Gatestone:

“Sądzę, że porozumienie sindżarskie doprowadziło do obecnej konfrontacji, ponieważ nie zawierało mechanizmu wyjaśniającego status lokalnych bojowników, którzy nosili broń po 2014 roku. Porozumienie stwierdza, że Irak usunie [z Sindżaru] kurdyjską grupę PKK i jej filie, wydaje się, że obecny rząd iracki coraz częściej postrzega YBS [Jazydów] jako filię PKK [ugrupowania kurdyjskiego] i stąd w ostatnich miesiącach próbuje ich rozbroić”.

Tymczasem najnowsza ofensywa militarna Turcji, pod kryptonimem “Operacja Claw Lock”, przeciwko północnemu Irakowi (w tym regionom zamieszkałym przez Kurdów) wciąż trwa. Zaczęło się 17 kwietnia, kiedy Ankara rozpoczęła ofensywę powietrzno-lądową. Te ataki Turcji stały się regularnym zjawiskiem od lat 90., destabilizując życie społeczności irackich, JazydówKurdów i Asyryjczyków .

Kiedy wybuchły walki między armią iracką a YBS, Beam powiedziała: “Turcja wykorzystała tę okazję do przeprowadzenia kolejnych nalotów w regionie”.

“Ponieważ Irak nie podejmie działań w celu powstrzymania nielegalnych, bombardowań Turcji w Sindżar, tylko ONZ lub NATO mogą powstrzymać agresję Turcji”.

Obserwatorzy zgadzają się, że z wielu powodów Sindżar pozostaje niebezpiecznym miejscem dla Jazydów. Jak powiedział Ismaela:

“Ogólna sytuacja bezpieczeństwa w Sindżar, w tym obecność różnych zbrojnych oddziałów, ostatnie starcia między siłami irackimi a YBS, które miały miejsce w gęsto zaludnionych miejscach, oraz tureckie naloty doprowadziły do niestabilności i uniemożliwiły powrót do normalności w Sindżar”.

Pari Ibrahim, dyrektor wykonawczy Free Yezidi Foundation, powiedział Gatestone:

“Wygląda na to, że naloty na YBS z Turcji i atak lądowy armii irackiej zostały zaplanowane i skoordynowane. Jest to bardzo niepokojące. Bojownicy YBS to obywatele Iraku, którzy ogromnie ucierpieli w wyniku morderczych ataków ISIS. Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z celami ich partii politycznej, nie powinni być celem ataku sił zbrojnych własnego kraju. Uważamy, że jest to sprzeczne z podstawowymi zasadami humanitarnymi. Ci bojownicy YBS chcą tylko bronić ojczyzny Jazydów – nie są agresorami”.

Tymczasem Turcja nadal grozi greckim wyspom na Morzu Egejskim – wyspom, które zgodnie z kilkoma traktatami międzynarodowymi należą do Grecji. 7 czerwca turecki minister spraw zagranicznych Mevlut Cavusoglu po raz kolejny wezwał Grecję do wycofania wszelkich sił wojskowych stacjonujących na greckich wyspach. Cavusoglu ostrzegł, że Turcja zakwestionuje status wysp, jeśli Grecja nie zgodzi się na ich demilitaryzację.

Równocześnie Turcja przekształciła lotnisko Tymbou (“Ercan”), położone w okupowanej przez Turcję północnej części Republiki Cypryjskiej, w tureckie lotnisko krajowe. Reżim Erdogana zawarł również nową umowę o pomocy finansowej dla nielegalnego reżimu okupującego północną część Cypru. 36% terytorium Republiki Cypryjskiej – państwa członkowskiego Unii Europejskiej – jest nielegalnie okupowane przez Turcję od czasu inwazji na wyspę w 1974 roku. Te ostatnie posunięcia Turcji wydają się być kolejnymi krokami w kierunku aneksji okupowanej północy. Republika Cypryjska ogłosiła, że złoży skargę do Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Reżim Erdogana nie tylko systematycznie narusza prawa milionów własnych obywateli w swoim kraju, ale także nasila agresję na sąsiadów Turcji, najwyraźniej próbując zmienić granice z naruszeniem prawa międzynarodowego. Turcja pod rządami Erdogana stała się coraz bardziej destabilizującą siłą w regionie i prawdopodobnie będzie go destabilizować, dopóki nie zostanie powstrzymana.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Świat na wojnie ducha. Pozostał po niej wstyd, bo inteligentni ludzie wygadywali głupstwa z poczucia patriotyzmu

Pocztówka przedstawiająca niemieckiego i austriackiego żołnierza, którzy triumfują nad Serbią, Czarnogórą, Belgią, Francją, Rosją, Anglią i Japonią. Napis na dole głosi: ‘2 przeciwko 7, Hurra! Damy radę’ (Fot. AP)


Świat na wojnie ducha. Pozostał po niej wstyd, bo inteligentni ludzie wygadywali głupstwa z poczucia patriotyzmu

Maciej Górny


Gdy tuż po wybuchu I wojny światowej brytyjscy akademicy zarzucili Niemcom “charakterystyczne dla ich kultury okrucieństwo”, niemieccy profesorowie odpowiedzieli im oskarżeniem, że “judzą Mongołów i Murzynów przeciwko białej rasie”.

.

Znów mamy w Europe wojnę, w której po obu stronach frontu znalazły się nie tylko tysiące żołnierzy i miliony cywilów, ale i najważniejsze ośrodki naukowe i kulturalne kontynentu. Instytucje i towarzystwa naukowe wydają oświadczenia i wykluczają ze swojego grona tych członków, którzy wspierają wrogie państwo. Z afisza schodzą sztuki i opery autorów niewłaściwej narodowości, zwłaszcza te o patriotycznym wydźwięku. Pojawiają się także wiernopoddańcze adresy kierowane ze świata nauki do władzy.

Wszystko to przerabialiśmy na wielką skalę nieco ponad sto lat temu. Warto pamiętać o tamtych oburzonych intelektualistach choćby dlatego, że wielu z nich po latach ze wstydem wspominało swoje zaangażowanie w „wojnę ducha”, jak nazywano owo wzmożenie.

I wojna światowa. Hunowie u bram

Uderzenia w tej wojnie następowały jedno po drugim, w tym samym rytmie, co ofensywy i kontrofensywy na frontach. 8 sierpnia 1914 r., kiedy w Belgii toczyły się walki o Liege, francuski filozof Henri Bergson wygłosił mowę ujmującą wojnę jako starcie cywilizacji (reprezentowanej przez Francję i Anglię) z niemieckim barbarzyństwem. 2 września Niemcy mieli już na koncie kilka zwycięskich bitew z Belgami, Francuzami i Brytyjczykami i zbliżali się do Paryża. Za kilka dni miała rozpocząć się bitwa nad Marną.

Henri Bergson (1859-1941) - francuski filozofHenri Bergson (1859-1941) – francuski filozof Wikimedia Commons

W tej ciężkiej chwili w „Timesie” ukazał się patriotyczny wiersz Rudyarda Kiplinga „For all we have and are” („Za wszystko, co mamy i czym jesteśmy”). Zwłaszcza jeden wers tego utworu odcisnął piętno na języku, którym przez kolejne cztery lata będzie się pisać i mówić o Niemcach: „The Hun is at the gate!” („Hunowie u bram”).

We wrześniu na rynku księgarskim Francji i Wielkiej Brytanii sypnęło broszurkami, których autorzy tłumaczyli czytelnikom zawiłości geopolityki, a nade wszystko psychiki wroga.

Dołączały kolejne tuzy: Herbert George Wells, czyli ówczesny Francis Fukuyama, zapowiadał, że wojna przyniesie ostateczny triumf liberalizmu nad wszelkimi formami autorytaryzmu.

Jak zawsze z opóźnieniem fala oburzenia dotarła do Piotrogrodu i Moskwy. Na początku października, kiedy wykrwawione armie na zachodzie utknęły w okopach, rosyjski filozof i prawosławny teolog Władimir Ern wygłosił w Moskwie odczyt, niezwłocznie opublikowany przez wpływowe czasopismo kulturalne „Russkaja Mysl”. W głowie zdolnego, choć ekscentrycznego myśliciela swobodnie łączyły się postacie i idee, których przeciętny zjadacz chleba, nawet wykształcony, nigdy by ze sobą nie zestawił. Fenomenalizm to militaryzm, pouczał słuchaczy i czytelników, natomiast działa z fabryki Kruppa stanowią praktyczną realizację filozofii Kanta. A wszystko razem wynika z fatalnych wpływów teologii protestanckiej, oświecenia i – zwłaszcza – niemieckich uniwersytetów, tych bastionów cywilizacji śmierci.

Język niemiecki to dobro niezmierzone

Herbert George Wells (1866-1946) - brytyjski pisarzHerbert George Wells (1866-1946) – brytyjski pisarz National Portrait Gallery London – www.npg.org.uk / Wikimedia Commons

Potęga niemieckich uniwersytetów rzeczywiście dała o sobie znać od pierwszych dni wojny. Niemal każdy niemiecki profesor czuł się w obowiązku, by podzielić się ze społecznością uniwersytecką swoimi przemyśleniami na temat wpływu wojny na uprawianą przezeń naukę bądź też ogólnymi dotyczącymi charakteru konfliktu. Niektórzy czynili to wielokrotnie, wchodząc w polemiki z zagranicznymi autorami. Z reguły wykłady takie były następnie publikowane, niekiedy wielokrotnie, w postaci broszur albo w prasie.

Mało kto z liczących się niemieckich intelektualistów uniknął pokusy dołączenia do chóru oburzonych patriotów. Heinrich Mann zaliczał się do takich wyjątków, jego sławniejszy brat Thomas – nie. Przeciw Anglii wypowiadali się laureat Nagrody Nobla Rudolf Eucken, Friedrich Meinecke, Hermann Oncken, Ernst Troeltsch, Wilhelm Wundt czy Werner Sombart. Swoje trzy grosze dorzucił Gerhart Hauptmann. Patriotyczna publika, spragniona uznania w oczach cudzoziemców, zaczytywała się ponadto wojennymi artykułami Houstona Stewarta Chamberlaina, zięcia Richarda Wagnera. Brytyjski rasista i antysemita był Niemcem z wyboru i kadził swoim nowym rodakom bez opamiętania. „Obce narody będą się uczyć niemieckiego z zawiści, z zainteresowania, z obowiązku albo z ambicji. Zresztą ich motywacja jest mi obojętna. Język niemiecki to dobro tak niezmierzone, że nie ma sensu roztrząsać kwestii emocjonalnych”, pisał w wydanej w 1914 r. broszurze. Tego właśnie potrzebowali odbiorcy patriotycznej publicystyki z ambicjami: poniżenia przeciwnika i wywyższenia samych siebie, ale na odpowiednim poziomie.

Bój na odezwy

Heinrich Mann (1871-1950) - niemiecki pisarz, zdjęcie z 1906 r.Heinrich Mann (1871-1950) – niemiecki pisarz, zdjęcie z 1906 r. domena publiczna

W czasie, gdy Władimir Ern wygłaszał swoje mądrości, „wojna ducha” weszła już w kolejną fazę. W drugim miesiącu walk do pojedynczych harcowników dołączyły zwarte oddziały. 18 września „Times” opublikował pierwszą krytykującą Niemcy odezwę brytyjskich akademików i pisarzy. Pisali o okrucieństwie i agresji charakterystycznych jakoby dla kultury niemieckiej oraz o niemieckiej tendencji do samouwielbienia.

Na niemiecką odpowiedź na ten zmasowany atak nie trzeba było długo czekać. We wrześniu 1914 r. 93 profesorów podpisało „Odezwę do świata kulturalnego”. Nawet dziś, ponad sto lat po jej publikacji, jest to lektura żenująca i właśnie dlatego warta zapamiętania. W kolejnych paragrafach zaczynających się od frazy „Nie jest prawdą, jakoby…” niemieccy uczeni z oburzeniem odrzucali zarzuty wobec ich armii. Większość tych zarzutów była jednak prawdziwa. Pogwałcenie neutralności Belgii było faktem, podobnie jak zbrodnie wojenne popełnione na belgijskiej ludności cywilnej oraz spalenie Louvain. Na dokładkę autorzy odezwy dorzucili jeszcze szczyptę rasizmu, stwierdzając, że: „Najmniejsze prawo, by stroić się w szaty obrońcy europejskiej cywilizacji mają ci, którzy sprzymierzają się z Rosjanami i Serbami i serwują światu żenujący spektakl, judząc Mongołów i Murzynów przeciwko białej rasie”.

Kilka tygodni po „Odezwie do świata kulturalnego” 3 tys. niemieckich akademików podpisało jeszcze radykalniejsze „Stanowisko nauczycieli akademickich Rzeszy Niemieckiej”. Właściwie mówili to samo, co atakujący ich Rosjanie, Francuzi i Brytyjczycy. Różniła się tylko ocena faktów. Niemieccy profesorowie również uznawali, że „pruski militaryzm” to kwintesencja niemieckiej kultury, tyle że byli z tego dumni. W ich oczach Krupp nie kompromitował Kanta, lecz go nobilitował.

Niemiecka odezwa naturalnie wywołała kolejne reakcje. W listopadzie francuska Académie des Sciences ogłosiła dokument stwierdzający, że wszystkie wielkie odkrycia w matematyce i naukach przyrodniczych ostatnich trzech stuleci zostały dokonane przez francuskich i anglosaskich uczonych, Niemcom bowiem brak zdolności twórczych. W ślad za słowami poszły czyny. Francuzi zaczęli usuwać z grona Akademii tych niemieckich uczonych, którzy zabrali głos w czasie wojny. Académie des Inscriptions et Belles-Lettres postąpiła analogicznie, skreślając choćby popularnego wówczas kompozytora Engelberta Humperdincka. To z kolei uruchomiło reakcję łańcuchową w łonie kilku niemieckich akademii, także wycinających ze swych szeregów Francuzów, chociaż w mniejszej liczbie, bo też mimo francuskich uchwał zwłaszcza w naukach ścisłych i technicznych wyraźnie zaznaczała się niemiecka przewaga.

Bohaterowie i groszoroby

Czystki w towarzystwach naukowych nie były europejską regułą. Pojawiały się wyspowo i trudno wskazać w nich jakieś ogólne prawidłowości. Nie zawsze też stanowiły odbicie emocji uczonych. O usunięciu Niemców z Moskiewskiego Towarzystwa Psychologicznego zadecydował jednoosobowo minister oświaty, oszczędzając rosyjskim naukowcom rozterek.

Wymiana ognia między instytucjami nauki i kultury nie przerwała kanonady oskarżeń i impertynencji ze strony pojedynczych intelektualistów. Byli wśród nich liderzy opinii, ustanawiający ramy dyskursu oraz setki naśladowców. W grudniu 1914 roku Henri Bergson wygłosił kolejną mowę, nadającą ton późniejszym antyniemieckim wypowiedziom. Kiedyś – przyznawał – Niemcy kojarzyły się z poezją i metafizyką. Są to jednak dawne dzieje. Obecnie pruska dominacja narzuca kulturze narodowej szkodliwy charakter. Wprowadza zmechanicyzowaną, nieludzką organizację, całkiem podobną do tej, która panowała w niemieckiej armii. Pod wpływem tego drylu lub też – jak dodawał filozof – na skutek cech wrodzonych Prusakom „idea Prus zawsze ewokowała wizję brutalności, surowości, automatyzmu, tak jakby wszystko funkcjonowało tam jak w zegarku, poczynając od gestów władców, a kończąc na kroku marszowym żołnierzy”. Zbiorowe proklamacje niemieckich naukowców Bergson uznał za przejaw „naukowego barbarzyństwa”.

Zgodnie z logiką konfliktu w odpowiedzi na jego mowę posypały się ze strony pomniejszych niemieckich autorów najcięższe oskarżenia pod adresem Francji, Anglii, a w szczególności samego „bezmyślnego” Bergsona. Jakiż z niego zresztą filozof, skoro – jak dowodził jeden z oburzonych Niemców – Bergson to nikt więcej, tylko plagiator genialnego Schopenhauera.

Poważniejsza odpowiedź wyszła spod poważniejszego pióra. Werner Sombart, jeden z najwybitniejszych socjologów europejskich, opublikował na początku 1915 r. głośne dziełko „Händler und Helden” [Handlarze i bohaterowie]. Sombart podchwycił jeden z zarzutów Bergsona i uczynił z niego fundament własnej pozytywnej oceny niemieckiego charakteru narodowego. Militaryzm kojarzył się Bergsonowi z tępym okrucieństwem, pruskim drylem i niepotrzebną stratą najlepszych istnień. Sombart wszystkie te skojarzenia uznał za przejawy niskiego materializmu i merkantylizmu francuskich i brytyjskich kupczyków. Tylko w ramach prawdziwego (a więc niemieckiego) idealizmu można zrozumieć, że czasami warto walczyć i ginąć dla wyższego dobra, dla narodu, państwa i niemieckiego ducha. Niemcy to rozumieją, ich przeciwnicy nie. Dlatego ci pierwsi to urodzeni bohaterowie, nowoczesny naród wybrany, podczas gdy ci drudzy są tylko ograniczonymi i tchórzliwymi groszorobami.

Prostactwo pod warstwą erudycji

Energia i ochota do walki większości zachodnioeuropejskich intelektualistów wyczerpała się w ciągu pierwszych dwóch lat wojny, czyli mniej więcej wtedy, kiedy kobiety, wystające w kolejkach po chleb w Rosji, Austrii i Niemczech, przestały pokornie czekać na zmiłowanie i zaczęły siłą domagać się lepszego zaopatrzenia.

Wojna toczyła się jednak dalej i póki trwała, nie było mowy o odwołaniu wzajemnych obelg czy też o przywróceniu odebranych honorów.

Przyszedł na to czas w latach 20., w zupełnie nowym świecie, któremu zresztą świetlana przyszłość nie była pisana. „Wojna ducha” to w kontekście obu tych prawdziwych wojen zaledwie drobny epizod bez większego znaczenia.

Coś jednak po niej zostało. Po pierwsze, wstyd. Jeszcze w czasie wojny niektórzy z intelektualistów zaangażowanych zaczęli się dystansować od swoich wypowiedzi z lata i jesieni 1914 r. Kiedy oburzenie opadło, w całej okazałości ukazały się składniki tych narracji: bezsensowne używanie wielkich kwantyfikatorów, psychologiczne brednie o „duszy rosyjskiej”, „angielskim materializmie” albo „niemieckim militaryzmie” jak o cechach genetycznych całych zbiorowości, a także prostactwo ukryte pod warstwą erudycji.

Silnym bodźcem do rewizji wcześniejszego stanowiska okazała się także zmiana nastrojów społecznych w ostatnich latach wojny. W 1918 r. zwłaszcza w Rosji i w państwach centralnych ludzie już tak bardzo pragnęli pokoju, że podżeganie do walki z wrogiem straciło swój cały powab. Przestało przynosić uznanie i popularność, a z czasem nawet profit. Do głosu doszli za to pacyfiści, niektórzy obdarzeni wyjątkowo ostrym językiem. Karl Kraus wydał w 1918 r. „Ostatnie dni ludzkości”, niezwykłą, śmieszną i straszną sztukę złożoną w znaczniej mierze z autentycznych idiotyzmów czasu wojny. W takim lustrze mało kto z austriackich czy niemieckich intelektualistów pragnął się przeglądać.

Jak Rosja dogoniła przeszłość

Po 1918 r. uczonym i artystom z obu stron przyszło milczkiem wycofywać się z przedwczesnych decyzji o wykreśleniu z list członków akademii nauk i sztuk.

Pierwsze powojenne kongresy naukowe odbywały się jeszcze w warunkach praktycznego bojkotu Niemiec i ich dawnych sojuszników, ale wkrótce i z tego zrezygnowano.

Wyjątkowo długo utrzymywał się bojkot niemieckich geografów, przełamany dopiero przez polskich gospodarzy światowego kongresu w 1934 r. Zapewne niejednemu koryfeuszowi nauki przeszło przez myśl pytanie: po co było jeść tę żabę?

Wstyd z powodu motywowanych patriotyzmem głupstw, które w czasie wojny wygadywali skądinąd wybitnie inteligentni ludzie, odciska się wyraźnie na sposobie, w jaki temat ten traktowali późniejsi historycy i literaturoznawcy we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. W ich oczach ta historia to przede wszystkim przestroga, wymowny przykład, że talent i wykształcenie nie są niezawodną ochroną przed zaczadzeniem nienawiścią i samouwielbieniem.

Gdzieniegdzie jednak zachowały się nisze, w których „wojna ducha” toczy się w najlepsze dalej. Kilka lat temu rosyjski literaturoznawca Ilia Kukulin przypomniał wojenny esej Władimira Erna o Kruppie i Kancie, zauważając, że idea prowadzenia wojny aż do zniszczenia zwyrodniałej niemieckiej kultury po niewielkim tuningu ma się znakomicie w publicystyce prokremlowskich ideologów. Amoralny, skażony homoseksualizmem i genderem Zachód zajął miejsce kajzerowskiej Rzeszy, ale tradycyjna i konserwatywna Rosja z wyobrażeń Erna doskonale współbrzmi z wizjami dzisiejszych rosyjskich nacjonalistów, uzasadniając ksenofobię i agresję. „Dziedzictwo tego dyskursu, choć niewidoczne, pozostaje żywe w rosyjskiej kulturze” – przestrzegał Kukulin w 2014 r. Cóż, chyba właśnie przestało być niewidoczne.

Prawdziwa historia nie powinna mieć morału, ta go jednak posiada. Doświadczenie „wojny ducha” uczy, że linia oddzielająca moralne wzburzenie od nienawiści jest cienka i w oparach oburzenia łatwo można ją przeoczyć. To szczęście, kiedy nie trzeba przyłączać się do chóru oburzonych. Cieszmy się, że nikt nas nie próbuje do tego zmusić. Nasza przyzwoitość nic nie kosztuje. Czasami jednak sprzeciw bywa kosztowny. Ilia Kukulin, autor artykułu o Ernie, na „operację specjalną” na Ukrainie zareagował opublikowaniem wraz z żoną, historyczką Marią Majofis, listu protestacyjnego. W odwecie zostali wyrzuceni z pracy w do niedawna elitarnej Wyższej Szkole Ekonomii w Moskwie. Na początku marca wraz z córką uciekli do Armenii, potem na Łotwę, szukając nowego miejsca do życia. Takich jak oni jest znacznie więcej. I oni także są Rosjanami.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pytania, które zadają Izraelczycy, kiedy jest kolejny zamach terrorystyczny

Pytania, które zadają Izraelczycy, kiedy jest kolejny zamach terrorystyczny

Forest Rain
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Wycieranie krwi z chodnika w miejscu terrorystycznego ataku

Za każdym razem, kiedy jest zamach terrorystyczny, mój umysł (i serce) pędzą tą samą drogą. To straszna droga, bo jest tak znajoma. I dlatego, że się nigdy nie kończy.

Dla żyjących gdzie indziej wiadomość o koszmarze jest teoretyczna. W Izraelu wiadomość jest psychicznym uderzeniem w brzuch, który wywołuje natychmiastową reakcję – emocje i zależnie od tego, jak blisko domu uderza koszmar – działanie.  

Ilu ludzi za granicą, nawet tych, których to obchodzi, rozumie, że kiedy uderza terror, wszyscy pędzimy drogą terroru. To są pytania, które wszyscy zadajemy. Emocjonalna huśtawka zmienia się, zależnie od odpowiedzi.  

Co stało się? Gdzie? Ilu?

Nie trzeba zadawać pełnego pytania: ilu zabitych? Ilu rannych? Prezenter wiadomości zadaje za nas pełne pytania. Prowadzą nas do szpitala i słyszymy informacje od personelu medycznego o zabitych i o rannych – ludziach, o których jeszcze nie wiemy, czy ich znamy, czy nie. Ludziach, którzy, nawet jeśli nie są bliską rodziną lub przyjaciółmi, nadal są członkami naszego plemienia; rodziną, z którą jeszcze nie spotkaliśmy się.

Jedna osoba to za dużo, zbyt straszliwe. Dlaczego więc mamy obsesję z liczbami? Może widzimy liczby jako wskaźnik tego, na ile koszmaru musimy przygotować się, ile żałoby i smutku będziemy musieli zaabsorbować? Mamy 6 milionów powodów, żeby mieć obsesję na punkcie liczb i nie kończą się one na tym – tysiące więcej powodów przyszło później, wszyscy, którzy zginęli w obronie tej ziemi, by dać nam życie. Żołnierze i cywile, ci, którzy zostali zabici w bitwie, i którzy zostali zamordowani po prostu za to, że są Żydami i żyli w ojczyźnie naszych przodków.

Po zebraniu podstawowych faktów, co się zdarzyło i ilu zginęło, mój umysł pędzi znaną drogą, robiąc osobistą inwentaryzację. Dopóki rodziny zmarłych nie zostaną poinformowane, wiemy ilu, ale nie wiemy KTO. Kogo znamy, kto mógł być w miejscu ataku? Gdzie są członkowie MOJEJ rodziny, moi przyjaciele?

Kiedy z zakamarków umysłu wyciągam kogoś, kto mógł tam być – serce wali, podnosisz telefon i dzwonisz. Gdzie jesteś? Czy jesteś w porządku?

W przeszłości, kiedy były zamachy samobójcze i autobusy eksplodowały na ulicach, kiedy ludzkie bomby wysadzały się w powietrze w restauracjach, mordując całe rodziny, było tak wielu ludzi, którzy dzwonili, próbowali znaleźć swoich bliskich, że linie telefoniczne były przeciążone i trudno było połączyć się z tymi, których tak rozpaczliwie szukałaś. Nie jestem pewna, czy infrastruktura komunikacji jest teraz lepsza (mam nadzieję, że jest). Kiedy mniejsza liczba ludzi próbuje użyć telefonów równocześnie, jest to mniejszy problem.

Najgorszą możliwością na tym odcinku drogi terroru jest, kiedy wiesz, że twój bliski miał być w miejscu, gdzie zdarzył się zamach, dzwonisz, a on nie odpowiada. Szczególnie jeśli jest to osoba, która zawsze odpowiada na telefon.

Nie byłam w sytuacji, kiedy zaczynasz dzwonić do szpitali w próbie znalezienia bliskich ludzi, modląc się, by znaleźć ich tylko rannych. Mając nadzieję, że kiedy telefon dzwoni, to jest to twoje dziecko, mąż, siostra i mówią ci, że są w porządku – a nie ktoś inny, z inną wiadomością. 

Nie byłam w tej sytuacji – moi przyjaciele byli.
Nie miałam przerażającego stukania do drzwi – moi przyjaciele mieli.

Za każdym razem, kiedy jest zamach terrorystyczny, nie tylko zabici, zranieni i ich rodziny zostają uszkodzeni. Nie tylko dzieci, które muszą dorastać bez rodziców, rodzice, którzy muszą żyć nadal, kiedy ich dzieci zostały im gwałtownie odebrane. Każdy, kto przeżył coś podobnego, zostaje gwałtownie rzucony z powrotem w przepaść własnego doświadczenia.

Pamiętają, kiedy usłyszeli to przerażające stukanie do drzwi.
Kiedy pędzili od jednego szpitala do drugiego w poszukiwaniu swojego dziecka.
Kiedy powiedziano im, że kula przestrzeliła głowę ich syna i że JEŚLI przeżyje, nigdy nie będzie już taki sam.

Kiedy zostali ugodzeni nożem. Kiedy widzieli kogoś innego ugodzonego nożem przed ich oczyma.  
Kiedy zobaczyli strzępy ciał ludzkich rozrzucone na chodniku, strzępy ludzi, którzy chwilę wcześniej stali obok nich.

Kiedy widzieli na ekranie, jak mordowano ich brata – ZANIM zostali powiadomieni o jego śmierci.  

Oni pamiętają.

I dla niektórych jest to ponowne przeżycie zamachu na nich – emocje, dźwięki i zapachy wracają i zatapiają ich od nowa.

A potem idziemy do pracy. Przygotowujemy kolację i otulamy dzieci na dobranoc.

Do następnego razu.

Izrael nieustannie plasuje się w rankingach wśród najszczęśliwszych narodów na ziemi. Niewielu zauważa brzemię, jakie dźwigamy – ból i żałobę, która żyje wśród nas obok radości i osiągnięć. Nie bawimy się w ofiary, chociaż gdybyśmy to robili, moglibyśmy wygrać. Ale kto chce grać w grę, w którą grają tylko nieudacznicy? Nie jesteśmy ofiarami. Jesteśmy  twardymi ocalałymi. I jesteśmy uparci. Nie poddamy się. Odniesiemy sukces wbrew wszystkiemu – i będziemy szczęśliwi i DOBRZY, mimo że świat jest okrutny i bez serca.

TO jest nasze zwycięstwo.


Forest Rain – izaelska blogerka.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ostatnia rozmowa z Irit. Wspomnienie

Ilustracja: Karolina Lubaszko


Aktualnik
Ostatnia rozmowa z Irit. Wspomnienie

HENRYK GRYNBERG


„Wszystkie dziewczynki żydowskie w zasymilowanych domach stawały wtenczas na krzesełku z kokardą we włosach i deklamowały wierszyki. Tak się rodzice chwalili przez znajomymi: zobaczcie, jakie polskie są nasze żydowskie dzieci!” – opowiada Irit Amiel w ostatniej rozmowie, której udzieliła Agnieszce Piśkiewicz-Bornstein (Ostatnie fastrygi, Biblioteka „Narracji o Zagładzie”, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2021). Oboje pochodzimy od rodziców, którzy „do swoich rodziców będą mówić jeszcze po żydowsku, ale do dzieci już po polsku”.

Mój dom był koszerny, a więc nie całkiem zasymilowany, lecz i mnie mama uczyła polskich wierszyków i popisywała się mną przed panią dziedziczką. Dlatego mogliśmy udawać normalne polskie dzieci, a także – co najważniejsze – „nie przyciągać kapusiów i szmalcowników, od których roiło się dosłownie wszędzie…”.

Oboje zawdzięczaliśmy też życie paru prawdziwym ludziom – ona polskiej pani, która „bardzo prosiła potem, żeby [o tym] nie mówić, broń Boże, ani słowa”, a ja i moja matka pani Taborowej z Grochowa, której śladu (przypuszczalnie z tego samego powodu) nie udaje mi się odnaleźć. Przede wszystkim jednak uratował nas polski język. Tu jeszcze jedna istotna uwaga: „najtrudniej było ukrywać żydowskie dziecko przed sąsiadami, bo oni się bardzo interesowali, żeby zarobić”. Może więc decydującym czynnikiem był nie tyle strach, o którym tak wiele się czyta, co raczej pieniądze. I drugi wniosek: szmalcownicy czyhali nie tylko na ulicy, lecz „dosłownie wszędzie”. „Jestem bardzo podejrzliwa” – mówi. Ja też. Ten instynkt również pomagał. Ona musiała rozstać się z rodzicami, ja tylko z ojcem. W niej „żył żal o to rozstanie”. Mnie kompensowała to rozstanie matka, ale i we mnie „żyje” nieracjonalny żal do nich obojga o rozstanie z moim półtorarocznym braciszkiem (patrz Miejsce urodzenia), który miał do nas całkowite zaufanie i to jego ostatnie ufne spojrzenie mam do dziś przed oczami.

Uratował nas język polski

Oboje znaleźliśmy się w Warszawie wiosną 1943 roku. Widzieliśmy i słyszeliśmy „chłopców z placu Trzech Krzyży”, którzy sprzedawali gazety i papierosy („papierosy swojaki, papieroooos!”) i wcale nie wydawali się „podejrzani” o to, że uciekli z getta. Ona spotkała ich parę lat później na drodze „do Nowego Kraju”, a ja w opowieści Józefa Ziemiana Papierosiarze z placu Trzech Krzyży. „Jak można być religijnym po Zagładzie? W ogóle tego nie rozumiem” – wyznaje. „Nie ma żadnego Boga, musisz sobie radzić sama” – dodaje, bo „jakby Pan Bóg istniał, to by ratował Korczaka i jego dzieci!”. Dla mnie, pięć lat młodszego, religia (katolicka) była schronieniem. Skryłem się w niej i nie chciałem wyjść (patrz Zwycięstwo). Obojgu nam podsuwano zastępczą wiarę świecką (Serce Amicisa, Nad czarną wodą Haliny Górskiej) – jej jeszcze na kompletach w getcie, mnie w dziecięcym sanatorium zaraz po orgii śmierci. Deską ratunku był syjonizm, bo „jedyna lekcja płynąca z Zagłady jest taka, że Żydzi muszą mieć swój własny kraj” i „być u siebie!”. Żeby nie było „na świecie w jakimkolwiek kraju takiej dziewczynki, która nie ma się gdzie schronić i dokąd uciec przed Treblinką…”. Ani małego chłopczyka, którego nie można ukryć. Ani matki z sześcioletnim dzieckiem, którzy jeżdżą tramwajem tam i z powrotem, nie mając gdzie uciec przez godziną policyjną i śmiercią (patrz Żydowska wojna). Dlaczego byliśmy tak bezbronni w tej wojnie przeciwko nam? Bo nie byliśmy u siebie. Gorzej, byliśmy na wrogim terytorium. Tylko u siebie można się naprawdę bronić, nawet bardzo długo, jak Izrael. Ona usłuchała i poszła za głosem tej wiary, a ja – za młody, by uciec – zostałem (patrz Zwycięstwo). Komunizm to też była wiara. Uległem, bo syjoniści wyjechali, a bez wiary nie dało się żyć. Jej wiara okazała się trwalsza. Ona nigdy nie wybaczyła światu „tej orgii żydowskiej krwi”. Ja też nie. Jak ona „nie mam zaufania do świata”. Ani „złudzenia, że jeśli cały czas będę czuwać, to coś zmienię”. Ale czuwam – jak ona czuwała – bo taki nasz obowiązek.

Wyszliśmy „z Egiptu: europejskiego, polskiego”. Z niewoli, która bywa czasem „wygodna” i „obłudna aż do mdłości”. Co widać zwłaszcza w Ameryce, i zwłaszcza dziś. Mamy „rachunki” ze światem, szczególnie z Europą, gdzie po milionach Żydów został „niewyobrażalny majątek: kamienice, wille, sklepy, działki, sady, place, perskie dywany, Rembrandty…”. Nie mówiąc o kontach bankowych i złocie (Złote żniwaPłuczkirecycling). Samego złota jest dosyć, by pokochać za nie „Palestyńczyków”. A do tego niezliczone „czapki bez głów”, „beznogie buty”, „bezdzietne nocniki” „porąbane bezdomne drzwi” (s. 81). Ona nie wzięła „żadnego grosza ani z Niemiec, ani z Polski”. Rozumiem jej bezkompromisowość, ale ja wziąłem, bo to moje grosze, nie ich. Miała za złe jednemu z rodowitych izraelskich przyjaciół, że kupił volkswagena-garbusa. A mój pierwszy samochód to był właśnie stary używany garbus, najlepsze, co mogłem kupić za swoją pierwszą nagrodę literacką, i wyobrażałem sobie, jak Hitler się w grobie przewraca, że nie tylko przeżyłem go, ale jeżdżę „jego” samochodem. Zresztą i ona przyznała, że wojnę sześciodniową „wygraliśmy nie tylko dzięki bohaterstwu naszych żołnierzy […], ale również dzięki [niemieckim] odszkodowaniom, bo mogliśmy kupić samoloty, które zbombardowały lotniska wroga”.

W przeciwieństwie do mnie wcale się nie dziwiła temu, co „tam” się działo w 1968 roku. „Że nienawidzą Żydów? Że chcą ich wyrzucić? To cena za to, że w ogóle zostali tam aż do 1968 roku”. „Nie było dnia w moim […] długim życiu, żebym żałowała, że wyjechałam z Polski i żyję w Izraelu […]. Kto lubi antysemitów, niech sobie tam siedzi, gdzie go nienawidzą…” – dodała. Ja też nigdy nie żałowałem, że wyjechałem, żałuję tylko, że nie do Izraela, zwłaszcza dziś, gdy świat znowu wpada w łapy skurwysynów i moja przybrana ojczyzna importuje żydożerstwo z całego – znów skurwionego – świata. Nie wiem, czemu ona twierdzi, że „Polska była, jest i pozostanie nieodwzajemnioną miłością Żydów”. Tak mówiono o zaślepionej miłości niemieckich Żydów do Niemiec. Polscy Żydzi, których ja znałem i znam, byli – i są – bardziej sceptyczni. Szczególnie po 1942, 1946, 1968 i najnowszych latach. Ojczyzna wymaga „lojalności obustronnej, tego, co Amerykanie nazywają two-way street” – napisałem na okładce prozy pod tytułem Ojczyzna (Warszawa 1999) i tak samo warunkowo traktuję moją obecną ojczyznę. Zgadzam się, że dosyć wielu polskim Żydom „wydaje się, że są Polakami”, bo mnie też się czasem wydaje, ale ja nie kocham bez wzajemności.

W przeciwieństwie do mnie wcale się nie dziwiła temu, co „tam” się działo w 1968 roku

Uciekła z Polski, żeby „na końcu umrzeć w Izraelu jako polska pisarska jednego tematu”, czy raczej jednego doświadczenia. Jak ja w Ameryce. Gdy wydała dwujęzyczny polsko-hebrajski tomik wierszy Egzamin z Zagłady, jej izraelscy przyjaciele się zdziwili: „Nie spodziewaliśmy się, że ty tak tym żyjesz, tak to pamiętasz, przecież zawsze się śmiejesz i opowiadasz żarty”. Tak samo się zdziwiła i to samo mówiła do swoich amerykańskich przyjaciółek moja matka: „He was always such a happy boy…”. Trafiliśmy do tego samego niemieckiego wydawnictwa. I co? „W zeszłym roku nie sprzedano ani jednej książki, a w tym roku jedną. To pewnie mój wnuk, który teraz tam pojechał z żoną [i] kupił”. Nie przejmuj się Irusiu, ja od dawna podejrzewam, że Niemcy – z poczucia winy – owszem, publikują polską czy polsko-żydowską literaturę, ale niekoniecznie czytają. Różewicz i Szymborska nie przekroczyli pułapu 600 sprzedanych egzemplarzy, Popiół i diament Andrzejewskiego osiągnął 770, opowiadania Iwaszkiewicza 690, Sól ziemi Wittlina łącznie z esejami i wierszami też 690, z czego się można łatwo domyślić, że nabywcami były te same biblioteki i wydziały slawistyki. Miłosz pobił rekord: jego wiersze w ciągu pięciu lat od Nagrody Nobla rozeszły się w ilości 1 100 egzemplarzy (patrz „Odra” 2020, nr 11).

Oboje nie lubiliśmy „książek futurystycznych” i kryminałów. Mnie się podobał tylko film o astronaucie, którego zostawiono samego na Marsie i dał sobie radę niczym Robinson Crusoe, a z kryminałów serial Columbo, bo od początku wiadomo, kto popełnił zbrodnię, jak i dlaczego, po czym przychodzi niezawodny detektyw i wszystko to udowadnia. Na pytanie, czego zamordowani oczekiwaliby od jej ocalonego życia, powiedziała: „Żebym się tym życiem cieszyła. Żebym je umiała docenić. Żebym zbudowała nową rodzinę i żebym opowiadała do końca, co się działo…”. Więcej, „Żyd, który został przy życiu i nie sprowadził na świat nowego pokolenia, nie odrobił lekcji”. Ona tę lekcję odrobiła, ja nie. Przyznała, że jej „ulżyło po napisaniu książek” i że przez to jest jej „lżej umierać”. Mnie nie, bo świat, który zostawiam, okazuje się wcale nie lepszy od tamtego, który zastałem – który zastaliśmy. Mnie nawet pisanie nie całkiem pomaga: „zasłania się tekstem podtekstem / jest tylko w słowach / które chętnie by oddał / za to żeby nie musiał / pisać tego co pisze” – wyznałem w autoportrecie zatytułowanym Pisarz (w zbiorze Dowód osobisty). „Ja całe życie mam poczucie winy, że jestem szczęśliwa” – wyznała. Ja nie mam poczucia winy, bo nie jestem szczęśliwy. Cieszę się, że ona była.

„Wtedy, we wrześniu 1942 roku nie znam jeszcze tego strachu, jaki odczuwam dziś” – powtórzyła za Jerzym Einhornem. Ja też to mogę powiedzieć – dziś, gdy znów ze wszech stron słyszę szczucie i ujadanie. „Chcę umrzeć, wiedząc, że u dzieci i wnuków, i w państwie wszystko jest dobrze” – powiedziała. Ja nie mam dzieci ani wnuków i wiem, że w moim państwie niedobrze. Ale nie zgadzam się, że Szoa (taka pisownia) „powtarza się co dzień […] w Jemenie, Syrii, jezydzkich wsiach” i że „to się dzieje cały czas wszędzie…”. Nie zgadzam się, bo nie ma takiego równania. Ludobójstw było i jest wiele, ale coś takiego jak Szoa, Holokaust, Zagłada zdarzyło się jak dotąd tylko raz. Nie będę powtarzał tysiąca argumentów, które dawno już wyłożyłem, dodam tylko, że Żydzi w swej długiej historii doświadczyli wielu ludobójstw, ale Szoa – dzięki Bogu (?) – tylko raz.

„Jeśli szukam różnic między jej pisaniem a pokrewną literaturą Holokaustu, widzę je przede wszystkim w rzadko gdzie indziej spotykanym poczuciu humoru, ironii i autoironii, i przy całym ciężarze treści w finezyjnej, wspaniałej lekkości stylu” – pisał Tadeusz Nyczek w recenzji z jej Autobiografii. To samo ja bym powiedział. „Irit, ja nie przeczytam tej książki, bo to mi sprawia za wiele bólu. To mnie tak boli, że ja nie mogę narażać mojego zdrowia” – powiedziała jej amerykańska Żydówka, której przyniosła angielskie wydanie tej książki. Przy okazji dowiadujemy się, że w Polsce niedawno wycofano jej opowiadania z lektur szkolnych. Czyżby też ze względów „zdrowotnych”?

„Skąd w ocalonych bierze się siła, by żyć dalej” – pyta retorycznie Marta Tomczok pod koniec swojej książki Irit Amiel. Życie (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2021). Bardzo dobre pytanie, na które można odpowiadać w nieskończoność.


Henryk Grynberg (ur. 1936) – prozaik, poeta, eseista, laureat m.in. Nagrody Kościelskich, czterokrotnie nominowany do Nagrody Nike. Autor m.in. zbioru opowiadań Drohobycz, Drohobycz, powieści Memorbuch i Dziedzictwo oraz wielotomowego Pamiętnika.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com