Archive | November 2020

Corbyn to tylko jeden człowiek. Lewicowy antysemityzm to tradycja

Jeremy Corbyn. Zdjęcie: Garry Knight.


Corbyn to tylko jeden człowiek. Lewicowy antysemityzm to tradycja

Alan Johnson
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Komisja ds. Równości i Praw Człowieka po zbadaniu sprawy o antysemityzm w Partii Pracy stwierdziła, że Partia Pracy jest odpowiedzialna za bezprawne akty dyskryminacji i nękania oraz trzykrotne złamanie obowiązującego od 2010 roku Equality Act. Jak powiedziała Caroline Waters, urzędująca przewodnicząca Komisji ds. Równości i Praw Człowieka, problemem był “brak chęci” w kierownictwie, by stawić czoła antysemityzmowi.

Co jednak wyjaśnia ten “brak chęci”? Jak partia oddana antyrasizmowi ląduje z tym, co minister gabinetu cieni, Jonathan Ashworth, opisał jako najbardziej haniebny moment w jej historii?

Odpowiedź brzmi: z powodu paskudnej, starej, lewicowej idei o Żydach, którą upiększono paskudną, nową lewicową ideą o „syjonistach” i Izraelu. Lewicowy antysemityzm nie zaczął się w 2015 roku.

Przed Corbynem Karol Marks napisał w 1844 roku: “Jaka jest świecka religia Żyda? Handel. Jaki jest jego świecki Bóg? Pieniądze”.

Przed Corbynem przywódca niemieckich socjalistów, Ferdinand Lassalle, powiedział: „Zupełnie nie lubię Żydów. Ogólnie ich nie znoszę”.

Przed Corbynem anarchista, Michaił Bakunin, napisał: “Cały żydowski świat stanowi jedną wyzyskującą sektę, jeden naród pijawek, jednego, żarłocznego pasożyta, blisko i ściśle połączonego nie tylko ponad narodowymi granicami, ale poprzez wszystkie różnice opinii politycznych”.

Przed Corbynem gazeta Brytyjskiej Federacji Socjaldemokratów pisała w artykule redakcyjnym w 1891 roku: “Żydowscy lichwiarze kontrolują obecnie ministerstwa spraw zagranicznych w Europie.

Przed Corbynem Labour Leader, gazeta Niezależnej Partii Pracy, nauczała brytyjskich socjalistów w tym samym roku, by wierzyli, że: “Gdziekolwiek są problemy w Europie, gdziekolwiek krążą pogłoski o wojnie, możecie być pewni, że Rothschild z haczykowatym nosem rozgrywa swoje gry gdzieś w pobliżu regionu niepokojów”.

Przed Corbynem przywódczyni niemieckiej Partii Komunistycznej, Ruth Fischer, powiedziała podczas demonstracji robotniczej na początku lat 1920.: “Ktokolwiek walczy z żydowskim kapitałem, już jest klasowym wojownikiem, nawet jeśli tego teraz nie wie. Uderzcie w żydowskich kapitalistów, powieście ich na latarniach, zmiażdżcie ich!”

Przed Corbynem, po 1945 roku partie komunistyczne obżerały się antysemityzmem, mordując tysiące Żydów, od poetów do przywódców partyjnych, jako “syjonistów”, od zmasakrowania Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, do egzekucji Rudolfa Slansky’ego i do kierowanych przez komunistów w 1968 roku antyżydowskich – nazywanych „antysyjonistycznymi” – czystek w Polsce.

W 1980 roku Eric Hobsbawm, marksistowski historyk (i bardzo ostry krytyk Izraela) wydał ostrzeżenie, że na wielkich obszarach świata antysemityzm nigdy nie zniknął, przeżył w dwóch dużych regionach w latach powojennych – “pod islamem i, niestety, w niektórych krajach, oddanych ideologii, która odrzuca rasizm, zwłaszcza w Związku Radzieckim”.

Hobsbawm zwrócił uwagę na to, że w stalinowskiej Europie Wschodniej “antysemityzm był tolerowany, a czasami ośmielany” po Holocauście, „chociaż teraz przebrany jest za antysyjonizm” w epoce, w której istnieje państwo żydowskie. Przewidywał, że „nowa” postać antysemityzmu – antysemityzm „przebrany za” antysyjonizm w świecie po Holocauście – będzie miał coraz większe wpływy.

I miał rację.

W dużej mierze (choć nie wyłącznie) właśnie ten nowy antysemityzm, ten antysemityzm “przebrany za antysyjonizm”, z korzeniami w dwóch bezwzględnych, reakcyjnych ruchach – islamizmie i stalinizmie – zniszczył Partię Pracy.

Do paskudnej starej idei o tym, że kapitalizm jest “żydowski” (kiedyś nazywanej socjalizmem głupców), po utworzeniu państwa żydowskiego w 1948 roku dokręcono paskudną nową ideę: imperializm jest teraz “syjonistyczny”, wojny są “syjonistyczne”, politycy są “narzędziami syjonistów”, media są syjonistyczne, 9/11 był „syjonistyczny”, globalne finanse są „syjonistyczne”, a oczernianie Partii Pracy o antysemityzm jest – a jakże – „syjonistyczne”.

Antysemickie postaci antysyjonizmu mają korzenie w skrajnej lewicy Wielkiej Brytanii od dziesięcioleci. Przed zwycięstwem Corbyna w 2015 roku brytyjska skrajna lewica próbowała już w połowie lat 1980. zakazać na kampusach działania Stowarzyszeń Żydowskich Studentów, ponieważ były „syjonistyczne”. Zrobiła to Sunderland Polytechnic. Grupa, którą sponsorował Corbyn, oznajmiła, że ten zakaz „w żaden sposób nie jest antysemicki”.

Przesuńmy się o kilka dziesięcioleci i spójrzmy na tę karykaturę. Krążyła wśród radykalnej lewicy i jest swego rodzaj podsumowaniem tego, jak stary socjalizm głupców zlał się z nowym antyimperializmem idiotów i rozszedł jak burza w mediach społecznościowych. I możecie być pewni, że ci, którzy tę karykaturę stworzyli i rozprowadzali, uważają, że w „żaden sposób nie jest antysemicka”.

Lewica musi dowiedzieć się, że antysemityzm jest najbardziej zmieniającą się ze wszystkich nienawiści i że ta nienawiść raz jeszcze zmieniła kształty. Tak, Partia Pracy została zatruta po części przez dobrze prosperujące, “klasyczne” stereotypy i oszczerstwa antyżydowskie, które krążyły w partii, jak zanotowałem w raporcie z 2019 roku. (Choć trudno w to uwierzyć, było tam nawet kilku typów głoszących, że „Hitler miał rację”.) U sedna problemu był jednak “antysyjonizm” tak obsesyjnego, spiskowego i demonizującego gatunku, że dawno opuścił obszar “uprawnionej krytyki polityki Izraela” i zlał się ze starszym zestawem klasycznie antysemickich idei, wyobrażeń i założeń, by stworzyć antysemicki antysyjonizm.

Istnieje uprawniona krytyka Izraela, podobnie jak każdego innego państwa. Telefonowanie do żydowskiej posłanki do parlamentu z ramienia Partii Pracy i nazywanie jej „syjonistyczną pi—ą” nie jest jedną z nich. Ani też tweetowanie, że to Izrael stworzył ISIS.

Krótko mówiąc, tym, czym demonizowany Żyd był kiedyś w starszych postaciach antysemityzmu, demonizowany Izrael jest obecnie we współczesnym antysemickim antysyjonizmie: kontrolującą wszystko ukrytą ręką, podstępną, zawsze działającą w złej wierze, przeszkodą do lepszego, czystszego, bardziej uduchowionego świata, wyjątkowo złowrogą, krwiożerczą, wyjątkowo zasługująca na karę, i tak dalej.

Tak, powinna nastąpić akcja dyscyplinarna. Dobrze, że Corbyn został zawieszony. Jeszcze jednak ważniejsze będzie prowadzenie bitwy idei przeciwko antysemickiemu antysyjonizmowi. Ale pełno jest użytecznych lewicowych idiotów, którzy chronili Corbyna przez cztery lata. Zainfekowali zdegradowaną lewicę w Wielkiej Brytanii i uniwersytety w Wielkiej Brytanii. Przedstawiam więc pomysł: partia powinna zwrócić się o pomoc do tych spośród nas na lewicy, którzy spędzili znaczną część naszego zawodowego i politycznego życia rozumiejąc, walcząc i pokonując lewicowy antysemityzm. Być może coś wiemy.


Alan Johnson – Redaktor magazynu Fathom, poświęconego problemom Izraela i innych krajów Bliskiego Wschodu, analityk w BICOM (Britain Israel Communications and Research Centre), wykładowca teorii i praktyki demokracji, współpracuje również z magazynem Dissent oraz z Foreign Policy Centre.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


An Honorable Orthodox Response to Coronavirus

An Honorable Orthodox Response to Coronavirus

Pini Dunner


The late Rabbi Yaakov Perlow. Photo: Screenshot.

He looks earnestly at the camera, and falteringly begins his statement:

Klal Yisrael (“the Jewish people”) and the entire world are now confronted by a medical crisis, by a time of distress, the kind of which was never seen before. We must be informed about the facts of this disease and what the expert doctors and the infectious disease specialists are telling us, in a unanimous way. We cannot behave today like we did last week or two weeks ago…

The halacha is that we must listen to the doctors, whether it’s a sick person on Yom Kippur or a sick person that requires desecrating Shabbos… We have bowed our heads to these Heavenly decrees and have closed our shuls … and … our yeshivas, and even though they … continue to learn on the telephone … the halls of the of the Beit Midrashim have been emptied, and that itself is a major tragedy for us. Pray with concentration and learn as best you can… and have in mind that the Master of the Universe is the trusted healer and … should relieve us from all this pain, all these decrees, and show us the right path in life physically and spiritually.

The black-hatted white-bearded speaker in the video is Rabbi Yaakov Perlow, the Novominsker Rebbe, revered 89-year-old leader of the Haredi orthodox Jewish community in the United States. As president of the prestigious umbrella organization Agudath Israel, his words carry weight and — particularly in a world where rabbinic guidance is of paramount importance — their import with reference to the safety of those he leads cannot be overstated.

The aforementioned video was released by Agudath Israel on March 20th of this year, just as the devastating effects of the coronavirus crisis began to hit the United States in a big way.

Less than three weeks later, on April 7, Rabbi Perlow died of COVID-19. His second cousin, Susannah Heschel, eulogized him in a moving tribute in Tablet, telling readers that the whole Jewish world had been “diminished by the loss of an extraordinary person, a rebbe who guided us, uplifted us; a bridge builder and a model of how to be a Jew.” The New York Times called Rabbi Perlow “a persuasive orator and respected scholar,” while the Forward noted that his loss “leaves a gaping hole in our community.”

Agudath Israel released a statement the day of Rabbi Perlow’s death, saying that “the loss to Klal Yisroel, and Agudas Yisroel, is incalculable.” Their statement also urged mourners from the Haredi community not to attend the funeral or burial, but rather to recite psalms at home in memory of the deceased rabbi. His funeral later that day, which in normal circumstances would have attracted tens of thousands of mourners, was attended by a tiny handful of socially-distanced family members and cemetery officials.

The Novominsker Rebbe’s passing was indeed tragic, but before I delve into that, it is noteworthy that both shortly before he died, and in the actions surrounding his funeral, he led by example.

It would have been easier for him to say nothing at all about COVID-19, like so  many of his rabbinic peers, but it was certainly extraordinarily brave of him to say something as controversial as “we have bowed our heads to these Heavenly decrees and closed our shuls and yeshivas” — a move that was and remains as unprecedented as the coronavirus itself. His tiny funeral also led the way at a time when it was only beginning to dawn on people how infectious COVID-19 was and is. Unlike the funerals of other notables that deliberately flouted protocols and were attended by large and careless crowds, Rabbi Perlow’s funeral showed restraint. Much more importantly, it showed leadership.

The tragedy of the Novominsker Rebbe’s passing — besides, of course, for the personal loss to his family and immediate associates — is that after having set the agenda at the genesis of what turned into a seemingly interminable emergency situation — namely: extreme empathy for the difficulties of adopting coronavirus safety measures in a tightknit traditional community, acute awareness of COVID-19 risks, and expert halachic realism — the organization he led and many of his peers have since that time utterly failed to lead at the exact moment when good leadership is so critical.

Instead, if the “leadership” appeared at all, it was always to respond to the demands of the community, for example to lobby for summer camps to open.

At no time since April has anyone led from the front by proactively presenting medical advice and evidence to the people who look to them for guidance. Moreover, there has never been, to my knowledge, any leadership attempt to explain the importance of following the law; instead, and quite shockingly — at least for someone like me, who grew up in the strictly-Orthodox world, a community that was always meticulously law-abiding and sensible — throughout this period rabbis and leaders have openly flouted or publicly demeaned coronavirus protocols, while remaining silent as provocateurs labeled politicians who insist on observing the protocols as antisemites and worse.

It is bad enough when the tail wags the dog during ordinary times, but in times like this — when lives are literally at stake — for leaders to only be reactive to community discomfort rather than striving to be its shepherds is nothing short of wholesale negligence. The stresses and strains associated with COVID restrictions coupled with the effects of the illness itself are undoubtedly immeasurable, but the leadership role is simple enough to define: be the voice of informed responsibility and not the leadership equivalent of a rabbit caught in the headlights.

During this coronavirus crisis there have been four areas which have needed and continue to need leadership attention and action: 1. Be aware of medical realities — mortality and infection rates as it pertains to your community — and share that information with those who look to you for guidance; 2. Know how the sickness works and understand what needs to be done to mitigate it for those who look to you for guidance; 3. Understand the religious and social  requirements of the community and how these are being affected by the virus and related restrictions; and 4. Make sure that those who look to you for guidance follow the law.

Unfortunately, what we have seen is a vacuum of leadership that has left a void of information and — crucially — empathy, which in turn has allowed charlatans with insidious agendas to propagate distorted information, and to present themselves as leaders.

And to those who might protest that my assessment is too harsh, let me state clearly that this situation is not binary, in other words: it is not a choice between being completely and indefinitely locked up or having total freedom to do as you please. Rather, in the case of the Jewish community, it is about how we can safely open shuls and schools, or sensitively keep them closed, while making sure that as few people in our community are infected by the virus and/or affected by COVID-associated restrictions. And obviously being a good leader in this situation is going to require making painful choices and unpopular decisions, but then again — being a leader, and particularly a faith leader, is not a bed of roses.

In the Torah portion of Lech Lecha we are formally introduced to our forefather Abraham, as he undergoes his first of ten tests (Avot 5:3), all of which he passed with flying colors. The commentaries all struggle to understand the need for these tests — after all, Abraham was the founder of monotheism, a beacon of God-belief in a pagan swamp — why did God need to test him? Why did Abraham need to move from his comfort zone to a country that was new and inhospitable? Had he not already proven himself by being a God-believer in a world of God-deniers?

The consensus is that true faith can only be tested and proven through crisis and difficulty. Moreover, if you want to be a trailblazer and a leader, which Abraham clearly did, you must be able to withstand even the greatest challenges and still come out as a superlative example of faith. In a truly remarkable piece, the Sfass Emess suggests that God’s instruction to Abraham to leave his land and go to an undetermined destination was not actually exclusive to Abraham. Others — perhaps they even believed in God — also heard the instruction or could have heard it, but took no notice. They felt their lives were fine, and were not willing to put themselves through any kind of trial or tribulation, or experience discomfort, as a mark of their faith. That is why we don’t know who they were, and why Abraham became the foundational figure of faith that we know him to be.

The late Novominsker Rebbe was an Abraham, willing to forego familiar aspects of his life and to encourage his community to do the same in order to demonstrate his utter faith in God. Those who should have replaced him after his passing are more reminiscent of those others in Abraham’s day, whose challenge-free version of faith disappeared when they did. Let us pray that new Abrahams will emerge, and that they emerge sooner rather than later. Never before has the need been greater.


Rabbi Pini Dunner is the senior spiritual leader of the Beverly Hills Synagogue.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Explore the Jewish quarter in Jerusalem!

Explore the Jewish quarter in Jerusalem!

ILTV Israel News



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Druga fala hiszpanki przyszła jesienią. Najbardziej śmiercionośny miesiąc w historii ludzkości

Amerykańscy żołnierze chorzy na grypę hiszpankę w szpitalu polowym nr 42 w alpejskim uzdrowisku Aix-les-Bains na wschodzie Francji (Fot. BE&W)

Druga fala hiszpanki przyszła jesienią. Najbardziej śmiercionośny miesiąc w historii ludzkości

Łukasz Mieszkowski


Dopiero za sprawą drugiej fali hiszpanki trwająca od czterech lat wojna dosłownie stała się światowa. 30 dni pomiędzy połową października i listopada 1918 r. stało się najprawdopodobniej najbardziej śmiercionośnym miesiącem w historii ludzkości.

.

Wczesną jesienią 1918 r. mogło się wydawać, że czas masowego umierania dobiega końca. W poprzednich latach państwa zaangażowane w światowy konflikt wyniosły sztukę zabijania na nieznany dotąd poziom. Poległo co najmniej 8 mln żołnierzy, pierwszy raz w historii wojen więcej spośród nich poniosło śmierć w walce niż z powodu chorób. Lecz na masową skalę zaczęli również ginąć cywile.

W 1915 r. Turcy dopuścili się ludobójstwa Ormian, Rosjanie przeprowadzili przymusową ewakuację zachodnich rubieży imperium, zagrożonych nieprzyjacielską ofensywą. Choć za oboma wydarzeniami stały zupełnie inne intencje, łączą je podobne, tragiczne skutki – po około miliona ofiar.

W wyniku blokady morskiej mocarstw centralnych tylko w Niemczech z głodu i chorób zmarło około pół miliona ludzi, działania alianckich okrętów wojennych przyniosły zatem zapewne większy – jeśli uwzględnić inne państwa regionu – skutek niż dywanowe bombardowania III Rzeszy dwadzieścia parę lat później.

Ogółem liczba ofiar cywilnych sięgnęła 5,5-6 mln, jednak te szacunki, podobnie jak w przypadku żołnierzy, nie uwzględniają strat spowodowanych przez pandemię grypy. Za sprawą drugiej, jesiennej fali hiszpanki wojna dosłownie stała się światowa – jej natychmiastowe zabójcze skutki dotknęły mieszkańców całego globu, i to na niespotykaną dotąd skalę.

Pacjenci szpitala wojskowego w Kansas City podczas epidemii grypy hiszpanki w 1918 r. Fot. BE&W

Seks wirusów

W przededniu kryzysu grypa już od miesięcy szerzyła się na co najmniej trzech kontynentach. Według niewykluczających się wzajemnie hipotez pierwsze przypadki wystąpiły na środkowym zachodzie USA lub w północnych Chinach, a nowe odmiany wirusa zawlekli do Europy jadący na front żołnierze amerykańscy lub ochotnicy z Chińskiego Korpusu Pracy (Chinese Labour Corps). W wielkich alianckich obozach tranzytowych we Francji, w których, według weteranów, warunki życia były jeszcze gorsze niż na froncie, zarówno członkowie obu formacji, jak i przenoszone przez nich drobnoustroje spotkały się ze swoimi odpowiednikami z różnych zakątków imperium brytyjskiego i francuskich kolonii, w sąsiedztwie zagród z bydłem, trzodą chlewną i drobiem.

Jeśli historię rozwoju pandemii uprościć do trzech etapów, był to kulminacyjny moment pierwszego z nich – inkubacji. Dzięki uruchomionym przez wojnę globalnym mechanizmom doszło do przemieszania się mieszkańców adresów ekologicznych, które dotąd dzieliły nieraz dziesiątki tysięcy mil. W efekcie na początku 1918 r. na francuskim wybrzeżu kanału La Manche doszło do tzw. skoku antygenowego. Jedna ze świń zaraziła się grypą jednocześnie od człowieka i od kaczki, obie odmiany drobnoustrojów połączyły się w jej organizmie – zjawisko to naukowcy określają czasem „seksem wirusów”. Nowy wirus, zdolny do przeskoczenia (stąd nazwa) bariery międzygatunkowej, z łatwością przemieszczał się pomiędzy ludźmi, których układ odpornościowy nie był w stanie skutecznie reagować na jego nieznaną, ptasią odmianę.

W drugim etapie, wiosną, grypa o pandemicznym potencjale zaatakowała Europę i błyskawicznie się po niej rozprzestrzeniła. Swój przydomek zdobyła w maju w Madrycie, podczas hucznych obchodów patrona miasta, św. Izydora. Zarazić miało się nawet dwie trzecie spośród ok. 600 tys. mieszkańców, w tym król, premier rządu i wielu ministrów.

Długie macki zarazy

Hiszpanka początkowo charakteryzowała się łagodnym przebiegiem i niską śmiertelnością – spośród setek tysięcy zarażonych madrytczyków zmarło, według oficjalnych danych, mniej niż 300 osób. W tamtym momencie chorowali na nią już jednak nie tylko mieszkańcy Galicji nad Atlantykiem, też ziem nad Wisłą i Sanem, a pandemia wywarła ogromny wpływ na rozwój wydarzeń na kontynencie.

Jako że wybuchła wśród żołnierzy, oni najdotkliwiej odczuli uderzenie jej pierwszej fali, która zbiegła się z rozpoczęciem bitwy cesarza – decydującego niemieckiego uderzenia na froncie zachodnim. Historycy spierają się, czy gdyby nie hiszpanka, alianci przegraliby wojnę. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że utrata 400 tys. żołnierzy, którzy z powodu choroby wypadli z szeregów armii kajzera, przyczyniła się do ostatecznego załamania niemieckiej ofensywy. Kierunek wzajemnej relacji światowego konfliktu i epidemii odwróciły się – wojna stworzyła warunki do rozwoju grypy, a ta potem wpłynęła na jej ostateczny wynik.

Zmieniła się też geograficzna dynamika pandemii. Gdyby wyobrazić sobie mapę świata z przemieszczającymi się skupiskami wirusów, to do tej pory ich ścieżki, prowadzące przez Pacyfik, Azję, Stany Zjednoczone i Atlantyk, zbiegały się w Europie. Późnym latem, z tego największego wówczas ogniska, poprzez morskie szlaki handlowe, pandemia z powrotem rozciągnęła swoje macki, tym razem na niemal cały świat, od Arktyki po wyspy południowego Pacyfiku. Wkrótce, jak wcześniej na Starym Kontynencie, nastąpił kolejny, trzeci etap – globalna eksplozja. Jesienną falę pandemii charakteryzowała wysoka wirulencja – zdolność do szybkiego przechodzenia w ciężkie, pokomplikowane stadium, a co za tym idzie – wysoka, sięgająca w niektórych miejscach i okresach kilkudziesięciu procent, śmiertelność. I było coś jeszcze.

Hiszpanka łamała konsensus, według którego jej ofiarami padać mieli najsłabsi – dzieci i osoby starsze.

W odróżnieniu od COVID-19, najczęściej umierały na nią kobiety i mężczyźni w sile wieku.

Czarna śmierć

Zgon z powodu grypy mógł mieć wiele przyczyn, w zależności od tego, które układy uległy infekcji, jednak jego najczęstszym powodem była ostra niewydolność oddechowa nazywana wówczas krwotocznym zapaleniem płuc. Ludzki układ odpornościowy rozpoznaje wirusy po składzie chemicznym białek pokrywających ich otoczki – nowej, ptasiej odmiany typu H1N1 nie rozpoznawał wówczas jako niebezpieczeństwa. Niezagrożone cząsteczki z łatwością kolonizowały pierwsze nadające się do tego tereny – delikatny nabłonek wyścielający ściany układu oddechowego. Do tego wspomniane już białka – hemaglutynina i neuraminidaza – idealnie nadawały się do włamywania się do komórek gardła, tchawicy i oskrzeli, podmieniania ich kodu genetycznego, a z nim funkcji. W ciągu kilkunastu, a czasem kilku godzin po zarażeniu, komórki płuc, zamiast zapewnić organizmowi wymianę gazową i natlenianie krwi, produkowały miriady wirusów.

Dopiero wtedy do akcji wkraczał układ odpornościowy, ale spóźniona reakcja obronna, słynna „burza cytokin”, tym gwałtowniejsza, im silniejszy był organizm, była dla niego nieraz zabójcza – co tłumaczy wysoką śmiertelność wśród ludzi młodych. Aby powstrzymać namnażające się patogeny, serce pompowało do płuc coraz więcej krwi, a z nią – przeciwciał i leukocytów. W obliczu niebezpieczeństwa stosowały taktykę „spalonej ziemi” – niszczyły zarówno komórki zawirusowane, jak i te zdrowe. Coraz większe fragmenty układu oddechowego, zalewane przez mieszaninę krwi, osocza i resztek materii organicznej, nie spełniały swojej funkcji, a chirurdzy, którzy później otwierali klatki piersiowe zmarłych, przyrównywali to, co w nich zobaczyli, do wypalonych przez gazy bojowe płuc żołnierzy poległych na froncie.

Nastrój grozy nasilały zewnętrzne objawy ostrej niewydolności oddechowej. Chory dusił się, a właściwie topił od środka we własnej krwi. Każdy wdech stanowił ogromny wysiłek, z każdym wydechem na ustach pieniły się czerwone bąble, a z nozdrzy ciekła krew. Niedotleniony organizm atakowała sinica – twarz przybierała niebieski, potem czarny odcień, a usta, uszy, końcówki nosa i palców obumierały, wywołując dotkliwy ból.

Umierający na hiszpankę francuski poeta Guillaume Apollinaire był cały czarny, a wizytujących wojskowe lazarety amerykańskich generałów oburzało, że w salach chorych nie stosuje się obowiązującej w armii segregacji rasowej.

Myśl, że tak szokujące objawy mogły być spowodowane przez grypę, nie mieściła w głowach. Dementowane przez „Kurier Poznański” rewelacje, że rozpowszechniona w Niemczech, ale też w Krakowie, epidemia to dżuma płucna, były zapewne odbiciem plotek szerzących się po całej Europie.

Choroba bolszewicka

Drugą falę hiszpanki, tak jak całą pandemię, charakteryzowały niepewność i brak sprawdzonych informacji. W państwach toczących wojnę obowiązywała ścisła cenzura, podobnie było i na ziemiach polskich, choć w sposobie, w jaki o przebiegu epidemii informowała prasa, widać specyfikę każdego z zaborów. Gazety poznańskie o grypie informowały rzetelnie, ale raczej w kontekście lokalnym, co najwyżej pruskim. Reporterzy warszawscy, mimo ponad 3 lat niemieckiej okupacji, pisali tak, jakby wciąż wisiał nad nimi cień carskich cenzorów – kryzysu epidemicznego w zasadzie nie dostrzegali, a jeśli już, to za granicą, najchętniej w Niemczech. Zgodnie z przedwojennym standardem wolności obywatelskich najpełniej i najciekawiej rozwój sytuacji relacjonowała prasa krakowska i lwowska.

Niestety, wszystkie dzielnice łączyło jedno – gdy tylko zaczął walić się dotychczasowy porządek polityczny, dokładnie w tym samym czasie, co nadejście drugiej fali epidemii, dziennikarze natychmiast stracili nią jakiekolwiek zainteresowanie. Jako że odpowiedzialni za statystyki niemieccy i austriaccy urzędnicy właśnie w pośpiechu zwijali manatki, a polscy nie zdążyli jeszcze zająć miejsca, dane o jesiennym ataku grypy są boleśnie fragmentaryczne.

Dominujący latem, swobodny ton pisania o chorobie „bolszewickiej”, jak żartobliwie określano hiszpankę, mającej charakteryzować się rzekomo „dobrotliwym” charakterem, szybko się ulotnił. „Kurier Warszawski” donosił, że na grypę „teraz to się nawet bardzo łatwo umiera”. Z różnych części kraju docierały doniesienia: od nieprecyzyjnych stwierdzeń o „masowych wystąpieniach”, „ogarnięciu całego materiału palnego” (czyli zachorowaniu wszystkich bez wypracowanej odporności) czy „zastraszających” rozmiarach epidemii, do precyzyjniejszych, ukazujących realia życia i okoliczności śmierci w kraju ogarniętym zarazą.

Wielkopolskę dotknęła klęska logistyczna – z powodu masowych zachorowań pracowników kolei pruskiej zlikwidowano wiele połączeń, listonosze przestali roznosić listy, telegrafistki wysyłać depesze, a przetrzebione redakcje nie wydawały gazet. Młoda wdowa z Poznania, załamana po śmierci męża, zastrzeliła się, osierocając pięcioletnią córeczkę. Wybuch choroby w kompanii osiemnastoletnich poborowych ze Śremu oficerowie wzięli za zbiorową symulację mającą zapobiec wysłaniu na front i odmówili udzielenia pomocy, co skończyło się zgonem 16 rekrutów. Lwowskie pogotowie ratunkowe, dysponujące jedynie dwoma konnymi ambulansami, nie nadążało z przyjmowaniem zgłoszeń – w rezultacie zdarzały się przypadki, że chorzy przez wiele godzin, a nawet dni, leżeli w łóżkach koło swoich zmarłych bliskich.

Leczenie po omacku

Wobec braku wiedzy o faktycznych przyczynach grypy – jej wirusa wyizolowano dopiero w latach 30. – nie było skutecznych metod leczenia.

Wprost przeciwnie, wiele stosowanych kuracji przyczyniło się do zwiększenia liczby zgonów.

Z sześciu pacjentów, którym w warszawskim szpitalu przy ulicy Nowowiejskiej upuszczono krew, nie przeżył żaden, lecz śmiertelnie niebezpieczne mogły być równie dobrze najnowsze zdobycze nauki, np. aspiryna. Jako że działała, lekarze przepisywali chorym końskie dawki, skutkujące zbieraniem się w płucach wody i pogłębianiem najgroźniejszych objawów grypowych komplikacji.

Paradoksalnie najskuteczniejsze były metody tradycyjne – odpoczynek w łóżku i przyjmowanie dużej ilości płynów, najlepiej rosołu. Niestety, w zrujnowanej przez wojnę Polsce i innych, targanych biedą zakątkach świata było o to trudno.

Stosowano za to świetnie nam znane działania prewencyjne. Zarówno w metropoliach amerykańskich, jak i w Poznaniu czy we Lwowie wprowadzono elementy lockdownu. Zamknięto szkoły ludowe, czyli podstawówki, ograniczano działalność teatrów i kin. Zamykanie tych ostatnich nie wszystkich zmartwiło: „przynajmniej pod jednym względem hiszpanka nie jest szkodliwą, kładąc kres choć na krótko urządzeniom tak niekulturalnym, jak kinematografy” – pisał z satysfakcją redaktor „Kuriera Poznańskiego”.

Porażające szacunki

„Stosunkowo wysoka śmiertelność” – scharakteryzował jesienne uderzenie choroby cesarsko-królewski namiestnik Lwowa, co zwiastuje trudności w oszacowaniu liczby przypadków i zgonów podczas drugiej fali epidemii. Lekceważący do tej pory grypę lekarze nie nawykli do prowadzenia jej statystyk, a te, które się zachowały, w większości przepadły podczas II wojny światowej. W przypadku ziem polskich mamy jedynie fragmentaryczne dane.

Wynika z nich, że jesienią i zimą z 1918 na 1919 r. na zamieszkanym przez ok. 26 mln ludzi terenie Rzeczypospolitej na hiszpankę zachorowało co najmniej 3,4 mln osób, z czego 68 tys. zmarło.

Te szacunki wytrzymują konfrontację z danymi z innych krajów – w najbardziej do Polski zbliżonej pod względem liczby mieszkańców Francji, liczącej wówczas blisko 33 mln obywateli, umarło wtedy około 80 tys. ludzi, przy śmiertelności wynoszącej 0,73 proc.

Tyle że dane te dotyczą całego roku, a nie drugiej fali. W oszacowaniu jej rozmiarów pomocne mogą być statystyki z USA. Według nich pomiędzy połową października a listopada w Stanach zmarło na hiszpankę ok. 200 tys. ludzi. Jako że podczas całej pandemii w Ameryce w latach 1918-20 życie straciło 650 tys. osób, oznacza to, że w ciągu feralnego miesiąca epidemia pochłonęła jedną trzecią wszystkich ofiar. W przypadku Rzeczypospolitej oznaczałoby to ponad 22 tys. zgonów, i liczba ta nie wydaje się nieprawdopodobna – w 1919 r. tylu jej obywateli umierało miesięcznie na tyfus.

Jednak jeśli te proporcje przyłożyć do wszystkich śmiertelnych przypadków grypy na świecie – a badacze określają je na 50 do 100 mln – liczba ofiar wzrośnie do astronomicznej sumy, wahającej się pomiędzy 16 a 33 mln. W 2020 r. średnia miesięczna liczba zgonów w światowej populacji, blisko cztery razy większej niż 100 lat wcześniej, wynosi jak na razie 4,9 mln. Wygląda na to, że trzydzieści dni pomiędzy połową października i listopada 1918 r. za sprawą hiszpanki stało się najprawdopodobniej najbardziej śmiercionośnym, najbardziej zgubnym miesiącem w historii ludzkości.

Największa. Pandemia hiszpanki u progu niepodległej Polski’, Łukasz Mieszkowski, wyd. Polityka Fot. materiały wydawnictwa


W sierpniu ukazała się książka Łukasza Mieszkowskiego „Największa. Pandemia hiszpanki u progu niepodległej Polski” (wyd. Polityka).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Three New York Times Pieces on Whether Trump Kept Promises All Ignore Jerusalem Embassy

Three New York Times Pieces on Whether Trump Kept Promises All Ignore Jerusalem Embassy

Ira Stoll


A taxi passes by in front of The New York Times head office, Feb. 7, 2013. Photo: Reuters / Carlo Allegri / File.

An election-eve assessment by The New York Times about whether President Donald Trump had kept or broken his campaign promises entirely ignored Trump’s following through on his pledges to exit the Iran nuclear deal and move the US Embassy in Israel to Jerusalem.

The article appeared in print on November 1 under the headline “Did the President Keep His First-Term Promises?” It’s a reasonable question — the sort of question that undecided voters headed to the polls in what turned out to be a close contest might have wanted to have answered.

Yet the Times article goes on for more than 1,800 words without the word “Iran” or “Jerusalem.” The article is without a single mention of two kept foreign policy promises that pro-Israel voters, including Jewish voters, might care about.

Trump himself used his Republican National Convention speech accepting the nomination to remind voters that he had kept those promises: “I withdrew from the terrible one-sided Iran nuclear deal. Unlike many presidents before me, I kept my promise, recognized Israel’s true capital and moved our Embassy to Jerusalem. But not only did we talk about it as a future site; we got it built. Rather than spending $1 billion on a new building as planned, we took an already owned, existing building in a better location. Real estate deal, right? And opened it at a cost of less than $500,000.”

Did the Times reporters miss the Trump speech?

One doesn’t need to be some kind of right-wing or Jewish media outlet to acknowledge Trump’s follow-through on these issues. When Trump withdrew from the Iran deal, NBC News reported it under the headline “Trump kept his promise on Iran. But was it the right promise?” The NBC News analysis by Andrea Mitchell began, “As he announced the end of the Iran nuclear deal on Tuesday, President Donald Trump told the nation, ‘When I make promises, I keep them.’ And he did, in fact, campaign on a promise to tear up the deal on Day One (though the action actually came on Day 474). The sense that the president was keeping a promise to his political base was made very clear in a statement quickly issued by the Trump re-election campaign, headlined: ‘A Promise Kept on the Iran Nuclear Deal.’”

Instead of Jerusalem or Iran, the Times article focuses on the border wall with Mexico, cutting taxes, appointing conservative judges, repealing and replacing the Affordable Care Act and renegotiating trade deals.

This effort was the third such attempt by the Times in recent months to check on whether Trump has kept his promises. A September opinion column by Nicholas Kristof was headlined “‘I Keep My Promises,’ Trump Said. Let’s Check.” It billed itself as “a report card on whether the president met his 2016 campaign pledges.” That column, too, ignored both the Iran nuclear deal and the Jerusalem embassy.

An October episode of the Times podcast “The Daily” also tackled the promises-kept question. “We look at whether Mr. Trump has made good on his commitments from 2016,” is how the episode was introduced. The podcast did, to its credit, acknowledge, “He pulled us out of the Iran nuclear accord, which was meant to lift sanctions on Iran in exchange for them promising not to build a nuclear weapon.” That podcast, however, entirely ignored the Jerusalem embassy move, too. “The Daily” host Michael Barbaro did acknowledge what he described as “a fairly long and meaningful list of promises kept.” That’s better than the Times news article, which only offered, “In reality, Mr. Trump has broken about half of 100 campaign promises, according to a tracker by PolitiFact.” The tracker handles the Iran deal by describing it as a broken promise to renegotiate the Iran deal, which is a strange way to handle it — and the opposite of how “The Daily” podcast handled it.

Is it too much to ask the Times to serve readers who might care about these promises? It seems like just the most recent example of the Times’ weird blind spot when it comes to Jewish issues. I can understand why the Times would prefer to forget or omit the Jerusalem embassy move, to pretend it never even happened. The newspaper looks silly, because the Times predicted the move would cause violence and prevent peace. In fact, peace agreements have ensued. In the run-up to an election, though, voters deserved straightforward and complete information to make informed decisions, not news tilted or filtered to avoid embarrassing the Times for its past mistakes.


Ira Stoll was managing editor of The Forward and North American editor of The Jerusalem Post. His media critique, a regular Algemeiner feature, can be found here.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com