Archive | April 2021

Zagłada Żydów nie miała dla Polaków znaczenia. Podobnie dla Anglików czy Amerykanów. Najważniejsze było wygranie wojny

Marzec 1943 r., Żydzi wychodzą w asyście hitlerowców z likwidowanego getta w Krakowie. Niemcy poinformowali ich, że będą wykorzystani do prac przymusowych. W rzeczywistości zostali przetransportowani do obozu Zagłady Auschwitz-Birkenau i tam zagazowani / Fot. ŻIH


Zagłada Żydów nie miała dla Polaków znaczenia. Podobnie dla Anglików czy Amerykanów. Najważniejsze było wygranie wojny

Adam Leszczyński


Dla rządu w Londynie i polskiej konspiracji Żydzi stanowili problem drugorzędny lub nawet trzeciorzędny. Z punktu widzenia Kościoła Zagłada Żydów też nie była szczególnie istotna. Nie ma co protestować czy się oburzać, po prostu tak było. Z prof. Dariuszem Libionką rozmawia Adam Leszczyński.

.

ADAM LESZCZYŃSKI: Napisał pan pierwszą popularną historię zagłady Żydów w Generalnym Gubernatorstwie. Ukazała się w bardzo szczególnym politycznym momencie. Na początku grudnia w szkole ojca Tadeusza Rydzyka w Toruniu odbyła się konferencja o Polakach ratujących Żydów. Wzięli w niej udział premier Beata Szydło i ministrowie. Wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak oświadczył, że takie konferencje wpisują się w politykę rządu. A na ile pana książka jest polityczna?

PROF. DARIUSZ LIBIONKA: W ogóle nie jest polityczna. Do jej napisania zainspirowała mnie powszechna niewiedza na temat tego, co się stało na okupowanych ziemiach polskich z polskimi Żydami, naszymi współobywatelami. Na początku omówiłem badania z 2009 r. o wiedzy Polaków o wojnie przeprowadzone na zlecenie Muzeum II Wojny Światowej. Wynika z nich niezbicie, że wiedza na temat tego, co działo się z Żydami w Generalnym Gubernatorstwie, jest żadna. Pytano np. o miejsca Zagłady – obóz w Treblince wskazało tylko 14 proc. badanych, o obozie w Bełżcu wiedziało 0,9 proc. Moja książka dotyczy tych miejsc. Nie sądzę, aby od 2009 r. nastąpiły w tej wiedzy jakieś zasadnicze zmiany.

Żydzi z siedleckiego getta wsiadający do pociągu do obozu zagłady w TreblinceŻydzi z siedleckiego getta wsiadający do pociągu do obozu zagłady w Treblince Fot. ŻIH

Można jednak odnieść wrażenie, że w Polsce wszyscy mówią o Zagładzie.

– Zwykle jednak traktuje się ją instrumentalnie, przede wszystkim jako tło bohaterstwa Polaków. Takie podejście w ogóle mnie nie interesuje.

Czy w książce można znaleźć odpowiedź na pytanie, ilu Polaków pomagało Żydom, a ilu uczestniczyło w Zagładzie? To drażliwa sprawa, a wykształcony polski czytelnik dostaje na ten temat zupełnie sprzeczne komunikaty.

– Niewiele o tym piszę, skupiam się w ścisłym sensie na eksterminacji Żydów, której dokonali niemieccy i austriaccy naziści. Przewija się tam motyw – bo nie może go zabraknąć w żadnej poważnej pracy – świadków, gapiów czy obserwatorów eksterminacji, których amerykański historyk Raul Hilberg nazwał po angielsku „bystanders”. Na początku zastanawiałem się, czy w ogóle nie zrezygnować z tego aspektu, co oczywiście okazało się niemożliwe ze względu na prawdę historyczną i konstrukcję książki. Znalazł się więc w niej rozdział zatytułowany „Trzecia faza Zagłady”. Pokrótce zrekonstruowałem w nim stan badań dotyczących tego, co działo się z Żydami próbującymi uciekać z gett czy dzielnic żydowskich objętych akcjami deportacyjnymi – ilu próbowało to robić oraz ilu udało się przetrwać.

Można jednak odnieść wrażenie, że w Polsce wszyscy mówią o Zagładzie.

– Zwykle jednak traktuje się ją instrumentalnie, przede wszystkim jako tło bohaterstwa Polaków. Takie podejście w ogóle mnie nie interesuje.

Czy w książce można znaleźć odpowiedź na pytanie, ilu Polaków pomagało Żydom, a ilu uczestniczyło w Zagładzie? To drażliwa sprawa, a wykształcony polski czytelnik dostaje na ten temat zupełnie sprzeczne komunikaty.

– Niewiele o tym piszę, skupiam się w ścisłym sensie na eksterminacji Żydów, której dokonali niemieccy i austriaccy naziści. Przewija się tam motyw – bo nie może go zabraknąć w żadnej poważnej pracy – świadków, gapiów czy obserwatorów eksterminacji, których amerykański historyk Raul Hilberg nazwał po angielsku „bystanders”. Na początku zastanawiałem się, czy w ogóle nie zrezygnować z tego aspektu, co oczywiście okazało się niemożliwe ze względu na prawdę historyczną i konstrukcję książki. Znalazł się więc w niej rozdział zatytułowany „Trzecia faza Zagłady”. Pokrótce zrekonstruowałem w nim stan badań dotyczących tego, co działo się z Żydami próbującymi uciekać z gett czy dzielnic żydowskich objętych akcjami deportacyjnymi – ilu próbowało to robić oraz ilu udało się przetrwać.

Próbowałem także wyjaśnić stan wiedzy w kilku kwestiach, które od lat obrastały legendami: sprawę Ireny Sendlerowej i nieszczęsnych 2,5 tys. dzieci, które rzekomo uratowała, czy Jana Karskiego jakoby razem ze wszystkimi Polakami walącego głową w mur obojętności świata, czy wreszcie sprawę represji za pomaganie Żydom na przykładzie rodziny Ulmów z Markowej.

Stali się symbolem niesienia pomocy Żydom przez Polaków.

– Ich zasługi są wyolbrzymione i zniekształcone. Ich działalność opisuje się w oderwaniu od kontekstu, z pominięciem szczegółów, które mają zasadnicze znaczenie. Sendlerowa niewątpliwie jest osobą zasłużoną, podobnie Karski. Historycy są jednak bezradni wobec osób, które chcą, żeby opisywać przeszłość zupełnie inaczej, niż było naprawdę. O działalności Sendlerowej wyszła książka Anny Bikont, która przedstawia ją we właściwym świetle. Nie będę się więc nad tym rozwodzić.

A utrwalane informacje, że Karski faktycznie był pierwszym, który zawiózł informacje o Zagładzie, albo że Polacy cały czas się nią interesowali – niestety tak nie było. Celem misji Karskiego było zdanie wyczerpującego raportu na temat wewnętrznej sytuacji w wojskowym i cywilnym podziemiu. I przekazanie dezyderatów wojskowych do polityków. Rozmawiał też z przedstawicielami konspiracji żydowskiej, ale to nie były kwestie priorytetowe. Takimi stały się dopiero później.

Nie potępiam tego, ale stwierdzam fakt. Z dzisiejszego punktu widzenia Holocaust wydaje się znacznie ważniejszy, niż wydawał się Polakom w czasie wojny. Taka jest prawda, tylko trzeba zachować umiar i nie wymyślać. Historia jest nauką o faktach.

Zależało mi na tym, żeby te mity w popularnej książce zdemaskować, starałem się też czytelnika ukierunkować przez zasugerowanie mu pewnych lektur czy interpretacji.

Dziś Zagłada nikogo w Polsce nie interesuje?

– Niewielu, co stwierdzam z żalem. Obserwujemy za to kolejne odsłony polityki historycznej dotyczącej Holocaustu, a było ich już wiele – inna tuż po wojnie, inna w latach 60., szczególnie w roku 1967 i 1968, inna w czasie wydania „Sąsiadów” Jana Grossa i kolejna dzisiaj.

Te wszystkie polityki historyczne były w istocie tylko instrumentalizowaniem Zagłady. Polacy nie wiedzą prawie nic o tym, co się naprawdę wydarzyło w ich kraju! Co się stało z dużą częścią mieszkańców miast i miasteczek. Tym się zająłem – pokazałem, kto, kiedy, dlaczego i w jaki sposób zabijał. Żeby objętość książki nie odstraszyła czytelnika, ograniczyłem się do Generalnego Gubernatorstwa – gdybym pisał także o Kresach, treść wyglądałaby trochę inaczej.

Spróbujmy opowiedzieć o tym, czego Polacy nie wiedzą.

– Wszyscy wiedzą, co oznacza słowo „Holocaust” i że Żydów wymordowano. Ten masowy mord dokonał się faktycznie w latach 1942-43. W Generalnym Gubernatorstwie pod kodowym określeniem akcja „Reinhardt”. Były to skoordynowane działania kierowane z Lublina, gdzie mieścił się sztab operacji podporządkowany szefowi SS policji Odilo Globocnikowi. Oprócz Generalnego Gubernatorstwa objęły swoim zasięgiem także Białostocczyznę oraz Żydów przywożonych na ziemie polskie z zagranicy.

Likwidacja getta w Krakowie Fot. ŻIH

Jaka była sytuacja Żydów wcześniej – od września 1939 r.?

– Od pierwszych dni okupacji fatalna i pogarszała się z miesiąca na miesiąc. Opisuję etapy pozbawiania Żydów praw obywatelskich i systematycznego odcinania ich od reszty społeczeństwa.

Były takie okresy, w których wydawało się, że te prześladowania osiągają apogeum, ale potem Niemcy dowodzili, że to złudzenie – to, co miało nadejść, było jeszcze gorsze.

Wiadomo, co się działo w gettach, powstały o tym liczne książki i studia. Opisałem to całościowo. Zagłada dokonywała się etapami – w różnych miejscach i okresach. Piszę, gdzie najpierw i dlaczego właśnie tam.

Zagłada była wpisana w politykę nazistowską od początku okupacji?

– Na ten temat trwają od dziesięcioleci spory. Historycy dyskutują, kiedy zapadła decyzja o wymordowaniu Żydów w komorach gazowych. Lata temu dominował pogląd, że Hitler od początku planował Zagładę. Po wieloletnich badaniach okazało się, że to znacznie bardziej skomplikowane.

Kiedy w 1939 r. naziści zaczęli okupację centralnej Polski, znalazło się tam ponad 2 mln Żydów. Naziści, zarówno w Berlinie, jak i na terenach okupowanych, zastanawiali się nad różnymi sposobami, jak ten problem rozwiązać, a fizyczna eksterminacja nie była wpisana od początku w ich działania. Podjęcie przez władze III Rzeszy takiej decyzji spowodowane było całym szeregiem czynników. Hitler był oczywiście patologicznym, rasistowskim antysemitą, ale to, że Żydów wymordowano w komorach gazowych, nie było prostą konsekwencją tej postawy.

Można sobie wyobrazić mniej tragiczny scenariusz dla Żydów? Stawiają opór, a pomoc z zewnątrz jest większa?

– Można, ale to nie jest rola historyka. My powinniśmy się starać obiektywnie przedstawić, jak było.

Czy skala polskiej pomocy instytucjonalnej – państwa podziemnego, rządu w Londynie – mogła być większa? Zrobili wszystko, co mogli?

– Oczywiście, że nie. Nigdy nie jest tak, że robi się wszystko, co było możliwe. Dla rządu w Londynie i polskiej konspiracji Żydzi stanowili problem drugorzędny lub nawet trzeciorzędny.

Nawet gdy w drugiej połowie 1942 r. mordowano większość polskich Żydów?

– Nawet wtedy. Struktury Polskiego Państwa Podziemnego relacjonowały, co się działo. Przyjęły postawę obserwatora. Aż do jesieni 1942 r., kiedy wyłonił się Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom im. Konrada Żegoty, który w grudniu przekształcił się w Radę Pomocy Żydom przy Delegaturze Rządu na Kraj.

Ta organizacja powstała jednak w dużej mierze spontanicznie. Odgrywali w niej dużą rolę ludzie związani z AK, zwłaszcza z Biurem Informacji i Propagandy.

Podejmowali różne działania, ale ich skala była niewielka. Nie tylko w zestawieniu z ogromem zbrodni.

Piszę o tym kolejną książkę, tym razem już ściśle naukową.

Ale należy pamiętać, że także z punktu widzenia Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych Żydzi nie stanowili problemu. Najważniejsze było wygranie wojny. Podobny punkt widzenia miała polska konspiracja: wygranie wojny, utrzymanie granic oraz substancji narodowej, bo przecież Niemcy Polaków też prześladowali, a sytuacja polityczna wyglądała coraz bardziej fatalnie.

Dla polskich władz na uchodźstwie represje wobec Polaków, np. na Zamojszczyźnie, były o wiele ważniejsze. I nie ma co protestować czy się oburzać, po prostu tak było.

Powinniśmy wymagać od tych, którzy dziś uprawiają politykę historyczną, powściągliwości, bo wiedzy już nawet nie oczekuję. Temat zagłady społeczności żydowskiej w Polsce jest niesłychanie ważny. Nie można go instrumentalizować i w kółko opowiadać o tych nielicznych Polakach, którzy pomagali Żydom.

Było ich niewielu?

– Oczywiście. Ta pomoc często była udzielana za pieniądze i wcale nie na masową skalę. Udzielano jej w bardzo trudnych warunkach, i to wcale nie ze względu na Niemców, tylko – niestety – naszych współobywateli.

Moja książka nie jest jednak o tym. Starałem się pokazać przede wszystkim ogromną skalę Zagłady. Mam nadzieję, że gdyby wiedza Polaków o niej była większa, to wypowiadaliby się w sposób bardziej odpowiedzialny.

Może to nie tylko niewiedza, lecz także wyparcie?

– Jest wiele interpretacji. Energia setek, może tysięcy pasjonatów idzie przecież w upowszechnianie wiedzy o Zagładzie. Mówi się o tym.

I niewiele z tego wynika.

– Najprawdopodobniej Zagłada nie jest wyjątkiem. Gdy się patrzy na badania przeprowadzone przez Muzeum II Wojny Światowej, można pomyśleć, że to szerszy problem. Znalazło się tam np. pytanie o Polaków z okresu II wojny światowej, z których możemy być dumni. Na czwartym miejscu znalazła się Irena Sendlerowa; to efekt ośmiu lat nieustannego wbijania ludziom do głowy propagandy. Ustępuje tylko generałom Władysławowi Sikorskiemu i Władysławowi Andersowi oraz ojcu Maksymilianowi Kolbemu. To absurd zupełny! Dopiero na dziesiątym miejscu znalazł się pierwszy przedstawiciel AK gen. Emil Fieldorf „Nil”, ale nie dlatego, że stał na czele Kedywu, tylko dlatego, że został zamordowany przez komunistów po wojnie. Generał Bór-Komorowski jest daleko w tyle.

Tak było w 2009 r., dzisiaj pewnie „wyklęci” byliby na pierwszych miejscach.

– Ta hierarchia pamięci to efekt propagandy historycznej, którą odrzucam w całości. Narodowe Siły Zbrojne stają się teraz ważniejsze od AK. Kiedy ludzie nie mają pojęcia, czym są NSZ i czym była AK, wszystko można im wmówić. Na przykład, że NSZ były drugą po AK organizacją zbrojną, a to przecież nieprawda. Mimo to pompuje się w to mnóstwo energii i pieniędzy. To nieodpowiedzialność, której skutkiem jest całkowite pomieszanie pojęć.

Pisze pan o postawie polskiego Kościoła wobec Zagłady?

– W tej książce nie, ale zajmowałem się tym długo, opublikowałem wiele tekstów w Polsce i za granicą. Wiele lat temu napisałem doktorat o traktowaniu tzw. kwestii żydowskiej przez Kościół w latach 30. Żydzi nie byli „swoi”, lecz obcy, wrodzy i niebezpieczni. Z taką postawą wchodziliśmy w wojnę i nie jest prawdą, że zmieniła się ona pod wpływem niemieckich prześladowań.

Z punktu widzenia Kościoła Zagłada nie była szczególnie istotna. Opisywałem korespondencję arcybiskupa Adama Sapiehy z papieżem Piusem XII. W tych przemycanych do Watykanu listach o Żydach nic nie ma. Sapieha pisał o tym, co się dzieje z polskimi księżmi i w ogóle z Polakami, natomiast na temat Żydów, a nawet losu konwertytów nie miał nic do powiedzenia. Nie zwracał na to uwagi. Nie można tego potępiać, trzeba jednak pisać, jak było.

W tym roku ukazał się dodatek „Tygodnika Powszechnego” na temat Sapiehy, w którym prof. Andrzej Chwalba, znakomity historyk, poświęcił temu okresowi w życiu arcybiskupa wiele miejsca. Przedstawił go zupełnie inaczej, jednak źródła mówią co innego. Mamy relację, którą opublikował Władysław Bartoszewski w 1969 r., mówiącą, że Sapieha przekazał ukrywającej się rodzinie żydowskiej kilkanaście metryk chrztu. Jak na wielkiego arcybiskupa to jednak trochę mało. Ale zrobiono z tego legendę.

Z drugiej strony były dzieci żydowskie ukrywane w klasztorach, np. część z siatki Sendlerowej. Nikt tego nie neguje, ale w apologetycznych tekstach czytam, że ta pomoc była masowa, a to niezgodne z faktami.

Jakie są najbardziej fundamentalne mity Polaków na temat Zagłady?

– Głównym problemem jest ignorancja. Z punktu widzenia twórców dzisiejszej polityki historycznej ważne wydaje się to, żeby ludzie wiedzieli, iż obozy Zagłady nie były polskie. I tyle wystarczy, poza tym mogą nie wiedzieć nic.

Drugi problem to niezrozumienie kontekstu. Witold Gombrowicz napisał w 1956 r., że Polacy wojny w ogóle „nie przeżyli”, i coś w tym jest. Nie przemyśleli, nie zrobili nic ze swoim doświadczeniem. Błędem jest przekonanie, że cierpienia Żydów miały dla nich znaczenie.

Prowadzimy teraz w Centrum Badań nad Zagładą wielki projekt, jak wyglądała Zagłada w dziewięciu powiatach. Książka ukaże się wiosną 2018 r. Kiedy pisałem do niej swój tekst, uświadomiłem sobie, że o żadnym aspekcie Zagłady nie należy mówić w oderwaniu od pozostałych. Nie można mówić np. tylko o udzielaniu pomocy, ponieważ to bez sensu. Podobnie bez sensu są różne generalizacje: ilu Polaków pomagało, a ilu nie pomagało? Na niewielkim terenie można sprawdzić, ile było pomocy, wrogości, obojętności. Ilu było gestapowców, żandarmów i granatowych policjantów. Ilu Żydów się ukrywało, a ilu dotrwało do wyzwolenia. Jaka była rola lokalnych struktur AK. Dopiero na tej podstawie coś można powiedzieć.

Im jednak więcej jest polityki historycznej, tym więcej osób i instytucji chce żerować – bo tak to niestety trzeba nazwać – na bohaterskich Polakach, którzy pomagali Żydom. Tak dochodzi do regresu – lata prac specjalistów i edukatorów idą na marne pod ciężarem politycznej konieczności, że trzeba pokazywać Polaków jako naród altruistów.


Akcja Reinhardt. Zagłada Żydów w Generalnym Gubernatorstwie
Dariusz Libionka
Państwowe Muzeum na Majdanku, 2017


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A visit out of time at Tel Aviv’s Drisco Hotel

A visit out of time at Tel Aviv’s Drisco Hotel

DAVID BRINN


It was originally built by two of the arrivals – George and John Drisco – who named it La Grande Hotel.

THE DRISCO HOTEL – a different level of luxury in Tel Aviv. / (photo credit: Courtesy)

A few years ago, walking back to my car from a visit to a hole-in-the wall music club in a seedy, dilapidated section of south Tel Aviv full of chop shops, one-floor shacks and broken windows, I came upon an apparition that stopped me in my tracks. Down a dark side street sat a pristine two-story wooden house that wouldn’t have looked out of place in my native state of Maine.

Rubbing my eyes and warily trudging over – lest I found myself in the middle of Stephen King alternative-universe fright fest – I read a sign outside the building that identified it as the Maine Friendship House, built in 1866, and restored in the early 2000s.

The next time I saw that house was last week, upon arrival at the Drisco Hotel, a luxury five-star hotel, promoted as being located in Tel Aviv’s American Colony.

Connecting the dots, I realized that the American Colony was founded by a group of some 150 Maine evangelists in 1866 as part of their mission to bring about the Messiah by returning to the Holy Land. They were led by a preacher named George Adams who told them he had bought land for them in Jaffa to put up their wooden houses they had shipped in prefab sections.
According to Avi Zak, the genial managing partner of the Drisco Hotel, Adams had deceived his followers and there was no land in their name.

“They camped out for a long time on what is now the Charles Clore Beach. Eventually, they arrived here, which although it was only a half-kilometer from the walls of Jaffa, was like a desert,” he said, with a wave of his hand addressing Auerbach Street, a quiet oasis with picturesque, wooden-sided buildings and the showcase Drisco Hotel.

It was originally built by two of the arrivals – George and John Drisco – who named it La Grande Hotel. However, between diseases, the non-Maine-like climate and the not-so-friendly Ottoman authorities, within a couple years, most of the Mainers – including the Drisco – returned home.

Templar Ernst Hardegg bought the hotel, renaming it the Jerusalem Hotel, and the newly christened German Colony on Auerbach Street blossomed into an inviting luxury location that hosted the likes of Mark Twain and Thomas Cook.

“The way the building looks now is exactly how it looked in 1940, when the hotel was shut down by the British who came and exiled the owners to Australia and turned it into a military zone and headquarters,” explained Zak.

“On this small street there were two hotels, two restaurants and a guest house until 1940. It was the Vegas of Jaffa, a very happy, touristy place.”
Today, Auerbach Street may not resemble Las Vegas, but it does feel like you’re walking into another era. And the Drisco Hotel is its beacon. Zak and his partners spent 10 years and some $35 million to renovate the structure that had remained abandoned and rundown since 1958.

It’s a handsome venue, enhanced by Ottoman design, marble columns, and detailed floral walls that bring visitors back to a bygone era. The out-of-time feeling is especially striking, since it’s such a short walk to the nearby Noga neighborhood, with its mix and match of hipster cafes and galleries and run-down buildings, and a close hop and jump to Neve Tzedek, Jaffa and the beach.

Its Ottoman design sees an abundance of arched doors and windows in communal areas, with elegant, intricate wall patterns that bring you back a century. The lobby features a plush bar, and a dining room that doubles as the breakfast location and, at night, as George and John, one of Tel Aviv’s most buzzed about restaurants.

THE DRISCO, with 42 rooms, including six rooms in the adjacent Drisco Villa, had its grand debut in 2018.

“The first year was the penetration year, but once tourists understood what we were trying to do, we had a packed 2019. It was extremely busy, with tourists from Britain, Germany, Switzerland and the US who loved the story behind the hotel. But it’s not just a great story, they also appreciated the quality and service of a five-star hotel,” said Zak.

The last year has seen openings and closings due to the pandemic. But since March, the hotel has reopened at full strength, catering to internal tourism for now, and readying for the return of foreign visitors.

You can notice the level of service and attention at the Drisco is different from most hotels. (Parking is available at a public lot around the corner on Eilat St. for NIS 90 for 24 hours). Upon arrival, following a totally efficient prior online check-in, a staff member takes your bags and leads you to a seat by the bar for a complimentary drink, as all the computer work is being handled. It immediately puts you in the right mood for relaxation.

The rooms are spacious, and many feature porches with brilliant views of the sea and of the diverse Tel Aviv skyline. Just as tastefully designed as the lobby, they’re equipped with all the accouterments one would expect at a five-star establishment, including a cappuccino machine, robes and slippers, a huge bathroom and shower. The beds are huge and made to melt into, which creates a major obstacle in actually ever leaving the room.
But on the day of our arrival, there was a very good reason to get up.

To entice the local clientele during the initial reentry period, the hotel has been hosting early evening rooftop concerts on their lovely outside terrace, featuring some of the top Israeli singer/songwriters like Corinne Alal, Dana Berger and Micah Shitrit. Sitting in the balmy Tel Aviv air, with a glass of Merlot and listening to an intimate performance by Peter Roth (of Monika Sex fame) with 25 other guests is a close proximity to heaven on earth as one is likely to get.

Another heavenly experience is dinner at George and John, at the hands of chef Tomer Tal. The dining room was filled to near capacity, mostly with diners from outside the hotel who consider the restaurant their special venue for dining out.

There’s a reason why. My wife’s roasted grouper filet in a fresh tomato glaze, with green pea and celery sauce, was fantastic. But it wasn’t as good as my potato gnocchi with homemade ricotta, black spinach, sun-dried tomatoes from the Drisco’s roof, and a Parmesan broth. Both dishes were sublime, as were the appetizers of Chinese and white cauliflower and Brussels sprouts roasted in marjoram butter, thistle cheese whipped cream and fried sunflower seeds and garlic powder, and the tart yellowtail sashimi with thinly sliced vegetables, grapefruit vinaigrette and lime.

The breakfast the next morning was just as special. Instead of the usual hotel buffet, each table gets its own stand, flowing with breads, cheeses, spreads and salad. An entrée, from a list including delicious French toast and eggs Benedict with salmon, is ordered from the wait staff, and it’s all very civilized, while sitting either in the George and John dining room or al fresco on the side terrace of the hotel.

Of course, all this luxury and pampering comes with a price, and it’s not a low one. However, for a special occasion or just a reward for having survived the last year and a reaffirmation of the good things in life, a stay at the Drisco would be more than justified.


The next time I go back to visit Maine, I’ll try to find relatives of George and John Drisco and thank them.
The Drisco Hotel, Auerbach St 6, Tel Aviv. Tel. (03) 726-9309


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Town Abuzz With Delivery Drones in Coordinated Airspace Test

Israeli Town Abuzz With Delivery Drones in Coordinated Airspace Test

Reuters and Algemeiner Staff


A delivery drone is seen midair during a demonstration whereby drones from various companies flew in a joint airspace and were managed by an autonomous control system in Haifa, in an open area near Hadera, Israel March 17, 2021. REUTERS/Ronen Zvulun

The skies above the Israeli town of Hadera were abuzz with delivery drones on Wednesday as national authorities tested a central control room for safely coordinating the small pilotless aircraft with each other as well as with planes and helicopters.

The popularity of the cheap, low-flying drones, and their potential for ferrying anything from pizzas to prescription drugs between businesses and homes, has stirred fears of mid-air collisions or crashes that could cause casualties on the ground.

“This is an opportunity for the regulators to learn what is needed to establish delivery drones as a daily reality, and for the drone operators to learn what is expected of them in turn,” said Hagit Lidor of the Israel Innovation Authority, one of several state agencies involved in the test.

In the first live trial of a two-year test phase launched in January, rural Hadera’s airspace was turned over to five private firms that flew drones on criss-cross runs designed to test the responses of a control room in the city of Haifa, 35 miles away.

To keep the drones — which went up 20 at a time — no more than 120 yards above ground and no less than 60 yards apart, the control-room staff sent alerts and rerouting instructions to their operators electronically.

“For the first time, we are managing airspace as a single entity, synthesizing drone operators with established civil and military aviation,” said Lidor.

She added regulated commercial drone deliveries in Israel were unlikely before 2023, when the testing is due to end and related matters like legislation would have to be addressed.

Organizers said helicopters or planes were not a planned part of Wednesday’s trial but may be involved in a follow-up in June. Piloted aircraft more commonly seen at low altitudes around Hadera are crop-dusters and para-gliders. The drones were told to steer clear of these by at least half a mile.

All of the drones were equipped with parachutes, to ensure safe landings should they suffer malfunctions, Lidor added


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Historia społeczności Żydów w Łodzi

Łodź. Kolonie letnie TOZ, w grupie dzieci Perec Żółtowski (1939) Pamiątka z kolonii letnich pod Łodzią, zorganizowanych zapewne przez łódzki oddział TOZ. Piąty od prawej w górnym rzędzie Perec Żółtowski (w Izraelu Mor, ur. 20.01.1930), który przekazał to zdjęcie w ramach proj. Polskie Korzenie w Izraelu.


Historia społeczności Żydów w Łodzi

Wirtualny Sztetl


GALERIA
Łódź. Paszport rodziny Aronsonów – pierwsze strony (przed 1939)
Paszport rodziny Aronsonów z Łodzi, wydany przed 1939 – pierwsze strony. Na zdjęciach: Waldemar (Wolf, ojciec), Halina (Hinda, matka), Stanisław, Janina. Zdjęcie przekazał Stanisław Aronson z archiwum rodzinnego – projekt Polskie Korzenie w Izraelu.

Początki osadnictwa żydowskiego w Łodzi przypadają na XVIII w. – okres upadku Rzeczypospolitej. Miasto nie posiadało przywileju de non tolerandis Judaeis. Pierwszymi znanymi żydowskimi mieszkańcami miasta byli Daniel Layzerowicz – piekarz i Abram Lewkowicz – krawiec. Obaj mieszkali w Łodzi już w 1785 r. W 1791 r. osiedlił się tutaj Mosiek vel Mojżesz Pryntz pochodzący z Lutomierska. Pierwszymi zamożnymi i uczonymi w Piśmie Żydami zamieszkałymi w Łodzi byli natomiast: Pinkus Zajdler przybyły w 1795 r. z Przedborza, Pinkus Sonenberg przybyły w 1797 r. z Łęczycy oraz Lewek Heber przybyły do Łodzi w 1801 r. z Lutomierska. Wszyscy oni odegrali ważną rolę, pełniąc funkcje kolejnych parnasów kahału żydowskiego.

Napływ ludności żydowskiej do miasta aż do czasu II rozbioru Polski w 1793 r. nie był duży. Na ogólną liczbę 190 mieszkańców tylko 11 było Żydami. Niewątpliwie wpływ na to miał charakter miasta; była to jeszcze tzw. „Łódź rolnicza”, mało atrakcyjna dla przybyszów. Niemałe znaczenie dla osadnictwa żydowskiego miało też, że Łódź do II rozbioru Polski stanowiła własność biskupią; dopiero w okresie 1796–1798 stała się miastem rządowym.

Po sekularyzacji nastąpił ożywiony rozwój gospodarczy miasta. W latach 1793–1808 liczba mieszkańców zwiększyła się prawie dwukrotnie. Liczba Żydów natomiast wzrosła przeszło pięciokrotnie – z 11 do 58 osób. W 1807 r. kahał łódzki nie miał wprawdzie jeszcze swojego rabina, ale funkcję rzezaka sprawował już Lewek Heber, a jego zastępcą był Pinkus Sonenberg. Zostali jednak usunięci ze swych stanowisk po tym, jak wpłynęła na nich skarga do podprefekta powiatu zgierskiego. Następcą Hebera został wybrany Dawid Herszkowicz, który był jednocześnie kantorem. Pierwszymi znanymi starszymi kahału łódzkiego byli: Pinkus Zajdler i Mojżesz Fajtlowicz. Pierwsze znane wybory kahalne odbyły się 12 listopada 1810 r. Kandydatami byli: Pinkus Sonenberg, Mendel Moszkowicz, Lewek Heber i Mojżesz Fajtlowicz. Na starszych kahalnych wybrano Pinkusa Sonenberga, który otrzymał 12 głosów i Mendla Moszkowicza, który otrzymał 10 głosów. To oni właśnie brali udział w utworzeniu pierwszego cmentarza żydowskiego w Łodzi. Do wyborów w 1810 r. zmarłych grzebano na pobliskich cmentarzach w Lutomiersku i Strykowie.

W 1811 r. starsi kahalni zawarli umowę z Adamem Lipińskim i jego żoną o kupnie ziemi pod cmentarz żydowski[1.1]. Jednocześnie założono bractwo pogrzebowe Chewra Kadisza. Pierwszymi jego przełożonymi zostali: Szmul Litman vel Lipman, Hersz Sonenberg i Mojzesz Fajtlowicz. Po roku bractwo zmieniło nazwę na Bractwo Pogrzebowe i Pielęgnowania Chorych – Chewra Kadisza u’Bikur Cholim. Pierwszym rabinem łódzkim był wymieniony w protokole założycielskim bractwa pogrzebowego Jehuda Arje, syn Gaona z Widawy. W późniejszych, oficjalnych dokumentach rabin ten figuruje jako Lewek Salomonowicz. Mieszkał na Starym Rynku. Urząd swój pełnił do 1818 r. Po nim urząd rabina objął Pinkus Hiller z Rozprzy.

Łódzka gmina żydowska posiadała od 1809 r. własną bożnicę. Dzięki ustanowieniu instytucji religijnych, takich jak: bożnica, cmentarz, zarząd kahalny, funkcja rabina i rzezaka, gmina zyskała niezależność. Wśród ludności żydowskiej przeważali rzemieślnicy i robotnicy – 62% ogółu, handlarze – 35%. 73% Żydów łódzkich nie posiadało własnych mieszkań, 27% – posiadało własności nieruchome. Żydzi łódzcy w 1821 r. zamieszkiwali na Starym Rynku oraz przy ulicach: Wolborskiej, Drewnowskiej, Piotrkowskiej (obecnie ul. Nowomiejska). Blisko połowa łódzkich Żydów przybyła do miasta z pobliskich wsi: Chojny, Stoki i Bełdów. Około 25% przybyło z okolicznych miast, takich jak Lutomiersk, Stryków, Łask, Piotrków Trybunalski. Ponadto Żydzi do Łodzi sprowadzali się z Sochaczewa, Kutna i Uniejowa.

Władze Królestwa Polskiego dekretem królewskim z 20 grudnia 1821 r. rozwiązały dotychczasową organizację kahalną. W miejsce kahałów powołano Dozory Bóżnicze. W 1822 r. Komisja Rządowa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zlikwidowała wszystkie bractwa, które zajmowały się pogrzebami i opieką nad chorymi i biednymi. Na mocy tych rozporządzeń przestał istnieć kahał łódzki, jak również oficjalnie zakazano działalności Chewra Kadisza u’Bikur Cholim. Mimo tego zakazu, łódzkie Chewra Kadisza funkcjonowało aż do początku lat 90. XIX w. Wspierali je najznamienitsi członkowie gminy, tacy jak Izrael Poznański i Markus Silberstein[1.2].

Funkcję rabinów łódzkich sprawowali kolejno: od 1824 r. Mendel Wolf Jerozolimski vel Izraelski, który w 1828 r. opuścił Łódź. Po nim stanowisko to piastował Hillel Hakohen, syn rabina z Lutomierska. W 1832 r. rabinem został Chaskiel Naumberg (Nomberg), który pełnił swoje obowiązki przez kolejne 24 lata. W 1857 r. zastąpił go dotychczasowy podrabin Lemel Marokko, a następnie Mojżesz Lipszyc, pochodzący ze znanej rabinackiej rodziny z Warszawy. Dziadkiem Lipszyca był wybitny rabin warszawski Salomon Lipszyc, autor dzieła Chemdat Szlomo („Wspaniałość Salomona”). Mojżesz Lipszyc był chasydem kockim. Prawdopodobnie właśnie to przyczyniło się do jego wyboru go na stanowisko rabina łódzkiego. Zwolennicy cadyka z Kocka stanowili bowiem większość wśród społeczności żydowskiej Łodzi. Lipszyc pozostał rabinem przez 15 lat, do 1872 r. W tym czasie znacznie wzrosła liczba ludności żydowskiej: z 3 do 10 tys. Tym samym wzrosły też obowiązki rabina, który miał do pomocy trzech podrabinów: Lemela Marokko, Judela Naumberga i Mojżesza Seidla. Po śmierci Lipszyca w 1872 r. Dozorem Bożniczym kierowali: Jakub Bejnik, Joachim Silberstein i Dawid Dembiński. Kolejnym łódzkim rabinem został wybrany w 1873 r. Eliasz Chaim Majzel – litwak z guberni wileńskiej. Przeciwstawiał się on zdecydowanie przesądom i nietolerancji. Swój urząd sprawował przez 39 lat, do momentu śmierci w 1912 r. Cieszył się ogromnym autorytetem wśród swojej społeczności. Okres sprawowania przez niego urzędu rabina był jednym z najistotniejszych w życiu Żydów łódzkich. W latach 1873–1912 liczba Żydów wzrosła niemal czternastokrotnie – z 12 tys. do ponad 167 tys. Było to związane z szybkim rozwojem przemysłu łódzkiego, w którym społeczność żydowska imigrująca do Łodzi z obszaru Królestwa Polskiego, a następnie z Rosji, odegrała pierwszoplanową rolę.

W związku z tak dużą liczbą ludności żydowskiej nieoceniona była pomoc rabina i trzech wspomnianych powyżej podrabinów oraz członków Dozoru Bożniczego, w skład którego kolejno wchodzili: Abram Prussak, Joachim Silberstein, Jakub Dobranicki, Szymon Heyman, Moszek Weis, Izrael Poznański i Szaja Rosenblatt. Wszyscy oni należeli do elity finansowej miasta. Po śmierci Eliasza Chaima Majzela w 1912 r. stanowisko rabina objął Lejzor Lejb Trajstman (Treistman). Niemałą rolę odgrywał też rabin Izrael S. Jelski – jeden z przywódców ruchu syjonistycznego. Przed wybuchem I wojny światowej działało w Łodzi jeszcze kilkunastu rabinów: Natan Lipszyc, I. Frydel, M. Król, M. Goldman, I. Feiner, Sz. Frydershon, Sz. Justman, M. Domb, L. Totenberg i P. Weinsaft. Przy synagodze reformowanej przy ul. Spacerowej funkcjonował Komitet Synagogi, w skład którego wchodzili w latach 1887–1914: Izrael Poznański, Markus Silberstein, Szaja Rosenblatt, Jakub Hertz, Jakub Brahms, Stanisław Jarociński, J. Bielszowski, L. Cukier, Natan Kopel, R. Lipszyc, A. S. Landau, I. Monitz, Karol Poznański i Dawid Rosenblatt. W społeczności zaznaczał się wyraźny podział na zwolenników chasydyzmu oraz tzw. postępowców skupionych w Towarzystwie Rytuału Niemieckiego. Jak podaje W. Puś, istniała w Łodzi też grupa Żydów wyznająca judaizm tradycyjny.

Do 1914 r. gospodarka łódzka rozwijała się w niezwykłym tempie. W okresie od 1822 do 1914 r. liczba zatrudnionych w wytwórczości tekstylnej zwiększyła się z 2 osób do 94 tys., a liczba zakładów włókienniczych wzrosła z dwóch do ponad 570. Liczba sklepów i firm wzrosła natomiast z 26 do 4050. Na początku XX w. Łódź stała się największym ośrodkiem przemysłowym na ziemiach polskich. Jej dynamiczny rozwój stanowił następstwo kilku czynników, zarówno natury politycznej, gospodarczej, jak i społecznej. Protekcyjno-prohibicyjna polityka rządu Królestwa Polskiego w latach 1821–1830, imigracja rękodzielników i tkaczy z zagranicy, polityka celna Rosji i chłonny rynek rosyjski, import techniki i technologii z Europy Zachodniej. 

Wszystkie te czynniki połączone z przedsiębiorczością wielonarodowej społeczności miasta przyczyniły się wkrótce do tego, iż Łódź określano mianem „polskiego Manchesteru”. Fabryki Izraela Poznańskiego, Markusa Silbersteina, Szaji Rozenblatta, Salo Budzynera, Oskara Kona oraz Borysa i Nauma Ejtingonów należały do największych. Rozwój wytwórczości nakładczej, akumulacja kupieckich kapitałów, tanie kredyty oraz obrót wekslami budowały fundament pomyślności gospodarczej miasta.

Istotną rolę odegrali Żydzi-litwacy, którzy przybywali do Królestwa Polskiego (głównie do Warszawy i Łodzi) ze znajomością rynków rosyjskich i wschodnich. To przyczyniło się do zmonopolizowania przez nich niemal całego handlu. Dzięki nim rynki zbytu rozszerzyły się na Kaukaz, Persję i Chiny. Pod koniec XIX w. handel taki organizowali Meir Bejlin, Mordechaj Helman i bracia Ruper. Litwacy mieli w Łodzi własne bóżnice i odrębne życie kulturalne. Do łódzkiego konglomeratu wielonarodowościowego dołączyli, już w Polsce niepodległej, także Galicjanie, którzy odegrali istotną rolę w życiu kulturalnym miasta.

Ważną role odgrywały także firmy specjalizujące się w dostarczaniu surowca dla przedsiębiorstw. W 1913 r. pośród 20 takich firm ponad połowa należała do łódzkich Żydów: firma Eljasza Feinenbauma – ul. Wólczańska; firma Finkelsteina i Heimana – ul. Przejazd; firma Goldberga i Litauera – ul. Zachodnia; firma A. Hamburgera – ul. Pańska; firma M. Kaleckiego – ul. Widzewska; firma S. Kutnitzkiego i spółka – ul. Cegielniana; firma Leopolda Landaua – ul. Piotrkowska; firma L. Mendelshona i spółka – ul. Zachodnia; firma A. Oppenheima – ul. Widzewska oraz firma Leona Rappaporta i spółka – ul. Południowa[1.3]. Ważną rolę odgrywały domy agenturowe firm handlowych. Także one w większości należały do Żydów. Ponadto Żydzi byli właścicielami większości sklepów i magazynów z wyrobami włókienniczymi – około 60%. Ponad 50% sklepów papierniczych i technicznych należało do Żydów. Pośród najważniejszych sklepów i składów należących do Żydów w 1913 r., wymienić warto:

      • N. Cukierman – hurtowy skład cukru i towarów kolonialnych (ul. Zawidzka),
      • Artur Arnstein – skład metali (ul. Widzewska),
      • Daniel Berkowicz – skład wyrobów wełnianych (ul. Nowomiejska),
      • Blum i Monitz – sklep przetworów chemicznych (ul. Piotrkowska),
      • Bornstein i Grossbard – dom agenturowo-komisowy – hurtowa sprzedaż bawełny środkowo-azjatyckiej i kaukaskiej (ul. Południowa),
      • Samuel Czamański – skład wyrobów jedwabnych (ul. Przejazd),
      • Dobranicki – skład wyrobów bawełnianych (ul. Cegielniana),
      • Artur Goldstadt – skład chemiczny (ul. Zachodnia),
      • Natan Kopla – sprzedaż przędzy szewiotowej (ul. Dzielna),
      • Emil Pfeiffer i spółka – dom agenturowy (ul. Andrzeja),
      • bracia Rappaport – skład dywanów i firanek (ul. Piotrkowska),
      • Emanuel Sieradzki – skład futer i kapeluszy (ul. Piotrkowska),
      • Henoch Warszawski – skład wyrobów metalowych (ul. Spacerowa),
    • Weiss i Poznański – skład towarów wełnianych (ul. Piotrkowska)[1.4].

Wraz z rozwojem gospodarczym Łodzi postępował rozkwit życia społecznego. Na przełomie XIX i XX w. w Łodzi funkcjonowały już cztery wielkie synagogi i setki domów modlitwy. Aktywnie, zwłaszcza w międzywojniu, działały tutaj liczne ugrupowania polityczne, takie jak: Aguda, syjoniści ogólni, rewizjoniści, Poalej Syjon, folkiści, bundowcy i komuniści. Większość z tych partii miała własne organizacje młodzieżowe, instytucje kulturalne, biblioteki, kluby sportowe, stowarzyszenia charytatywne, a nawet szkoły. W Łodzi działała także partia ortodoksyjna, funkcjonująca tylko w tym mieście – Bezpartyjni Religijni Żydzi, związani z organizacją chasydów cadyka Dancygiera z podłódzkiego Aleksandrowa. Żydzi posiadali także swoich przedstawicieli w Radzie Miejskiej Łodzi. Ich udział wahał się pomiędzy 20 a 25% w okresie międzywojennym. W 1919 r. w wyborach do Rady Miasta wygrali socjaliści, w 1923 r. – obóz chrześcijańsko-narodowy, w 1927 r. ponownie zwycięstwo odnieśli socjaliści. Rok 1934 przyniósł ponownie tryumf endeków. W latach 1936 i 1938 sukces wyborczy odnieśli socjaliści, do czego w dużej mierze przyczynił się Bund.

W Łodzi wykształciły się także prężne środowiska artystyczne, literackie i naukowe. Stąd wywodziło się wielu znanych muzyków, jak choćby Artur Rubinstein i Aleksander Tansman. Tutaj działali przedstawiciele ruchu „Jung Jidysz”, założonego przez Mojsze Brodersona. Z Łodzi wywodził się poeta Julian Tuwim. Tutaj tworzył także Icchak Kacenelson, autor Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie. W 1905 r. z inicjatywy Icchaka Zandberga powstał teatr żydowski. Repertuar był bardzo urozmaicony. Obok żydowskich operetek i melodramatów wystawiano tutaj Damę Kameliową Aleksandra Dumasa, Żywego trupa Lwa Tołstoja. Występowali tutaj gościnnie najznamienitsi aktorzy tamtych czasów: Ester Rachel Kamińska, Borys Tomaszewski i Fanny Blumentall. W 1912 r. otwarto drugi teatr żydowski „Scala” przy ul. Cegielnianej 18 (obecnie ul. Więckowskiego 15). Teatrem tym kierowali Juliusz Adler i Herman Sierocki.

Na szczególną uwagę zasługują także żydowscy malarze i rzeźbiarze, działający w Łodzi na przełomie XIX i XX w. Tutaj malowali swe obrazy Dawid Modenstein; Maurycy Trębacz – uczeń Jana Matejki; Samuel Hirszenberg, uznany za najwybitniejszego malarza żydowskiego na ziemiach polskich przełomu XIX i XX w.; Jakub Kacenbogen, który w założonej przez siebie szkole kształcił takie późniejsze sławy jak: Artura Szyka, Henryka Barcińskiego i Icchaka Braunera. W XIX w. powstały w Łodzi pierwsze kina, których właścicielami byli także przedsiębiorcy żydowscy. W 1907 r. Mani Hendlisz założył kino o nazwie „Theatre Optique Parisien” przy ul. Piotrkowskiej 15. W 1908 r. Albert Hoffman i Dawid Bernstein uruchomili kino „Arkadia” przy ul. Piotrkowskiej 22. W 1908 r. otwarte zostały kolejne kina: Towarzystwa „Odeon” przy ul. Przejazd 2, „The Bio-Express” założone przy ul. Zielonej 2 przez wujka Juliana Tuwima oraz „Oaza” przy ul. Głównej 1 (obecnie J. Piłsudskiego), prowadzone przez Hersza Schönwitza.

Łódź miała także bardzo rozwiniętą ofertę prasy żydowską. Tworzyły ją wydawane w jidysz „Lodzer Togbłat” i „Najer Fołksblat” oraz polskojęzyczna „Kronika Gminy Wyznaniowej Żydowskiej”. Maurycy Ignacy Poznański i Marian Nussbaum-Ołtaszewski wydawali liberalną „Republikę”, natomiast Jan Urbach wydawał czytany przez Żydów lewicowych „Głos Poranny”.

W 1939 r. w Łodzi mieszkało 233 tys. Żydów, co stanowiło 34,7% ogółu ludności. Dominowali wśród nich drobni kupcy, sklepikarze, handlarze, rzemieślnicy i pracownicy transportu. Ponad połowa dużych i średnich zakładów przemysłowych znajdowała się w rękach żydowskich.

Wojska niemieckie zajęły Łódź 8 września 1939 r. Od tego dnia rozpoczęły się represje wobec ludności żydowskiej. Miasto znalazło się pod władzą gauleitera Artura Greisera. W krótkim czasie wydał on wiele drakońskich zarządzeń. Ograniczono obrót pieniężny i zabroniono prowadzenie handlu towarami skórzanymi i włókienniczymi. Włączenie Łodzi do Rzeszy zaostrzyło terror w stosunku do ludności żydowskiej. 31 października 1939 r. ukazało się zarządzenie prezydenta policji, nakazujące od 1 listopada 1939 r. oznakowanie wszystkich przedsiębiorstw i sklepów widocznymi szyldami wskazującymi narodowość właściciela. Zgodnie z  zarządzeniem inspektora Kraju Warty Friedricha Übelhöra, Żydzi musieli od 14 listopada 1939 r. nosić żółtą opaskę. Zarządzenie to znowelizowano miesiąc później.

Od 11 grudnia 1939 r. Żydzi zostali zmuszeni do noszenia na piersi i plecach żółtej gwiazdy Dawida. Żydom nie wolno było spacerować w parkach miejskich, chodzić ul. Piotrkowską oraz korzystać z komunikacji miejskiej. Wszyscy Żydzi zatrudnieni w przedsiębiorstwach aryjskich musieli opuścić swoje miejsca pracy. Jednocześnie rozpoczęto grabież majątku żydowskiego, zarówno w mieszkaniach prywatnych, jak i warsztatach oraz sklepach. „Dzika” grabież przybrała w Łodzi tak wielkie rozmiary, że prezes rejencji kalisko-łódzkiej oraz dowódca miejscowej policji wydali 17 stycznia 1940 r. rozporządzenie ostrzegające osoby i instytucje przed samowolnym dokonywaniem rekwizycji. Władze wojskowe natomiast przystąpiły do oficjalnej grabieży mienia żydowskiego. Pod koniec 1939 r. zarekwirowano majątek o wartości 1,8 mln marek. Kolejne zarządzenie z 29 listopada 1939 r. ustanowiło komisaryczny zarząd dla przedsiębiorstw, zakładów i nieruchomości zarówno tych, których właściciele opuścili kraj, jak i tych których właściciele pozostali na miejscu. Na mocy tego zarządzenia przejęto znaczną część przedsiębiorstw należących do Żydów. Były wśród nich zakłady należące do zamożnych Żydów, którzy opuścili pospiesznie miasto na początku wojny.

Ludność żydowska poniosła także ogromne straty w momencie przesiedlania jej do getta. Okupant zajął wówczas tysiące umeblowanych mieszkań, nieruchomości i dzieł sztuki. Zarządzenie z 18 września 1939 r. nakazywało zablokować żydowskie konta bankowe, depozyty i sejfy. Żydzi nie mogli pobierać ze swych kont więcej niż 500 zł, a z kont oszczędnościowych – 250 zł tygodniowo. W domu nie można było posiadać więcej niż 2000 zł. Zabroniono także prowadzenia wszelkiego transportu na drogach publicznych, co pozbawiło ok. tysiąc Żydów możliwości zarobkowania. Taka sytuacja spowodowała, że Żydzi większość czasu spędzali w domach, nie mając możliwości zarobkowania, a tym samym zdobywania środków do życia. Masowym zjawiskiem od pierwszych dni okupacji były łapanki uliczne. Złapanych w ten sposób kierowano do ciężkich prac. Miały one także na celu poniżenie ludności żydowskiej. Doprowadziło to do zupełnego niemal „wymarcia” ulic w dzielnicy żydowskiej. Ludność bała się wychodzić z domów, nie chcąc narażać się na pobicie. Gmina Żydowska w związku z narastającym strachem mieszkańców, wystąpiła do władz niemieckich z ofertą współpracy przy rekrutacji robotników. W następstwie powołano 7 października 1939 r. Biuro Zaciągu Pracy z siedzibą przy ul. Pomorskiej 18, a następnie przy ul. Południowej 10.

Jednocześnie utworzono obóz koncentracyjny w fabryce Glasera na Radogoszczu. Tam torturowano, a następnie zabijano działaczy politycznych, społecznych i intelektualistów. 2 listopada 1939 r. hitlerowcy rozstrzelali w Lesie Łagiewnickim 15 Żydów, których aresztowano poprzedniego dnia w kawiarni „Astoria”. 10 dni później powieszono w publicznej egzekucji dwóch Polaków i Żyda Radnera. Tego samego dnia spalono i wysadzono w powietrze cztery wielkie synagogi: przy ulicy Wolborskiej, Zachodniej, Kościuszki i Wólczańskiej. 11 listopada 1939 r. aresztowano całą Radę Starszych. Zwolniono tylko sześciu z nich. Resztę rozstrzelano w Lesie Łagiewnickim.

Liczba ludności żydowskiej zmniejszała się. Oprócz tych, którym udało się uciec przed terrorem w pierwszych dniach wojny, kolejni przenikali na teren Generalnego Gubernatorstwa. 12 grudnia 1939 r. rozpoczęła się też systematyczna akcja wysiedlania Żydów do Generalnego Gubernatorstwa. Ogółem, w pierwszych miesiącach okupacji z Łodzi na tereny Związku Radzieckiego i Generalnego Gubernatorstwa przeniosło się lub zostało przesiedlonych ponad 71 tys. Żydów.

Pierwsza wzmianka o utworzeniu getta łódzkiego pojawiła się w tajnym okólniku prezesa rejencji kaliskiej z 10 grudnia 1939 r., w którym Friedrich Übelhör wyraził opinię, iż nie jest możliwa całkowita ewakuacja ludności żydowskiej; w związku z tym w północnej części miasta powstanie getto. Getto zlokalizowano w najbardziej zaniedbanych dzielnicach Łodzi – na Bałutach i Starym Mieście. Obejmowało obszar 4,13 km kw. W momencie utworzenia, obejmowało następujące ulice: Goplańską, Żurawią, Wspólną, Stefana, Okopową, Czarnieckiego, Sukienniczą, Marysińską, Inflancką, następnie wzdłuż muru cmentarza żydowskiego i dalej Bracką, Przemysłową, Środkową, Głowackiego, Brzezińską, Oblęgorską, Chłodną, Smugową, Nad Łódką, Stodolnianą, Podrzeczną, Drewnowską, Majową, Wrzesińską, Piwną, Urzędniczą do Zgierskiej i Goplańskiej.

W maju 1941 r. wydzielono z getta trójkąt w obrębie ulic Drewnowskiej, Majowej i Jeneralskiej. W ten sposób powierzchnia zmniejszyła się do 3,82 km kw. Dodatkowo getto było przecięte na trzy części głównymi ulicami: Nowomiejską, Zgierską i Bolesława Limanowskiego. Początkowo ruch nimi odbywał się poprzez specjalne bramy, które otwierano o wyznaczonej porze dnia. Latem 1940 r. wybudowano w ich miejsce drewniane przejścia ponad ulicami. Ostateczne zamknięcie getta nastąpiło 30 kwietnia 1940 r. Domy przylegające do getta wyburzono. Teren getta nie był skanalizowany, co utrudniało kontakt ludności w nim zamieszkującej ze „stroną aryjską” miasta. Dodatkowym utrudnieniem w kontaktach ze światem zewnętrznym stanowił fakt, iż Łódź była wówczas zamieszkana przez ponad 70 tys. osób, należących do mniejszości niemieckiej, lojalnej wobec nowej władzy. Według urzędowych danych, w getcie łódzkim zamknięto 160 320 Żydów, w tym 6471 osób z terenu Kraju Warty, które trafiły do getta łódzkiego w wyniku migracji wojennych.

Półtora roku później, na rozkaz Heinricha Himmlera deportowano do getta łódzkiego 19 722 Żydów z Austrii, Czech, Luksemburga i Niemiec. Po konferencji w Wannsee pod Berlinem podjęto decyzję o „ostatecznym rozwiązaniu” kwestii żydowskiej. W jej następstwie zaczęto przesiedlać do getta łódzkiego Żydów z okolicznych gett Kraju Warty: Brzezin, Głowna, Ozorkowa, Strykowa, Łasku, Pabianic, Sieradza, Zduńskiej Woli i Wielunia. Łącznie przez getto łódzkie przeszło ponad 200 tys. Żydów z Kraju Warty i Europy Zachodniej. Na obszarze getta utworzono także dwa wyizolowane obozy. Pierwszy przeznaczony był dla ludności romskiej, drugi – dla dzieci i młodzieży polskiej. Obóz cygański istniał do 16 stycznia 1942 r., kiedy to wszystkich jego mieszkańców wywieziono do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem.

Getto podlegało Zarządowi Miasta. Początkowo kierował nim Johann Moldenhauer. Po nim funkcję tę sprawował Hans Biebow, który osobiście uczestniczył w selekcjach ludności podczas likwidacji okolicznych gett. To on przeforsował we władzach centralnych ideę samowystarczalności getta łódzkiego. Jemu bezpośrednio podlegała żydowska administracja. Przełożonym Starszeństwa Żydów w getcie łódzkim był Chaim Mordechaj Rumkowski. Z czasem stał on się głównym pośrednikiem między żydowską administracją, a władzami niemieckimi. Okupanci zmuszali go do współpracy najpierw przy przekształcaniu getta w obóz pracy, a następnie przy grabieży mienia żydowskiego. Ich kartą przetargową w permanentnym szantażowaniu Rumkowskiego były groźby zmniejszenia dostaw żywności do getta. Rumkowski posiadał ogromną władzę w administracji wewnętrznej getta. To on powoływał nowe urzędy, wydziały i resorty. Struktura administracji getta składała się z sieci wydziałów, central, biur i komisji, które likwidowano, gdy przestawały być potrzebne, a na ich miejsce powoływano kolejne, o określonym zakresie kompetencji. W latach 1940-1944 administracja getta liczyła od 27 do 32 agend. W sumie zatrudniały one od 13 tys. do 14 tys. pracowników. Chaim Rumkowski kierował gettem poprzez Centralny Sekretariat.  Jak większość agend gettowych, Centrala mieściła się przy Bałuckim Rynku. Wstęp na teren Rynku miały tylko osoby na nim zatrudnione lub posiadające specjalne przepustki. Centralą kierowała Dora Fuchs, która sprawowała swoją funkcje nieprzerwanie do VIII 1944 r. Centrala gromadziła sprawozdania z poszczególnych wydziałów getta, także pośredniczyła w przekazywaniu Zarządowi Getta zrabowanego mienia żydowskiego. Centrali podlegały następujące wydziały:

      • Wydział Prezydialny
      • Wydział Personalny
      • Kasa Główna
    • Centralna Księgowość.

Na Rynku Bałuckim funkcjonowało także Centralne Biuro Resortów Pracy. Getto produkowało mundury, płaszcze, kożuchy, ocieplenia kurtek, czapki, obuwie, słomiane kamasze, tornistry i plecaki. Odbiorcami tych towarów były Wehrmacht-Beschaffungsamt w Berlinie, Heeresbekleidungsamt w Berlinie i jego filia w Poznaniu, Marinebekleidungsamt w Kilonii i Wilhelmshaven, Polizeibekleidungsamt w Poznaniu i Organisation Todt – filia w Poznaniu. Odbiorcami produkcji gettowej były także znane domy handlowe i firmy prywatne: „AEG”, „J. Neckermann” w Berlinie, „Asman&Co” w Berlinie, „Henckel&Co” w Hamburgu, „Adolf Heine” w Łodzi, „Karol T. Buhle i SA” w Łodzi. Dostarczano do nich głównie odzież, obuwie, bieliznę, meble, lampy, wyroby kaletnicze, tekstylne i trykotowe.

W getcie funkcjonował także Wydział Zdrowia przy Szpitalu Kasy Chorych na ul. Łagiewnickiej 34/36. Został jednak zlikwidowany po tzw. „szperze”, czyli wrześniowych wywózkach z getta (3–12 września 1942 r. – była to akcja skierowana przeciwko dzieciom do 10 roku życia i starcom powyżej 65 roku życia. Akcji tej towarzyszył zakaz opuszczania domów. W jej wyniku wywieziono na śmierć 15 681 osób). Wszyscy chorzy szpitala zostali zamordowani z Chełmnie nad Nerem. Ponadto w getcie funkcjonowało 6 innych szpitali, 7 aptek, 4 przychodnie, 2 stacje pogotowia, 2 prewentoria dla dzieci i 2 domy starców.

W getcie rozwijało się także szkolnictwo. Funkcjonowały tam szkoły podstawowe, religijne, specjalne, gimnazja, a nawet jedna szkoła muzyczna. W wszystkich szkołach zorganizowano stołówki. Na Marysinie organizowano kolonie i półkolonie. W październiku 1941 r. do getta dosiedlono blisko 20 tys. Żydów z Europy Zachodniej. Zajęli oni budynki szkolne. W ten sposób zakończyła się działalność instytucji oświatowych w getcie.

W getcie łódzkim wprowadzono system kartek żywnościowych. Dzięki nim racjonalnie rozdzielano żywność dostarczaną do getta przez władze niemieckie. W ten sposób śmiertelność z powodu głodu była w łódzkim getcie dwukrotnie mniejsza niż w bogatszym getcie warszawskim, otwartym dla przemytu.

Ponadto w getcie funkcjonowały następujące wydziały: kwaterunkowy, meldunkowy, kolegium rabinackie pod przewodnictwem rabina Szlomy Trajstmana; bank emisyjny (getto posiadało własny pieniądz zastępczy – Markquittungen zwane „rumkami” od nazwiska przełożonego getta); bank skupu wartościowych przedmiotów, poczta, wydział tramwajów, sąd i prokuratura, więzienie i komenda służby porządkowej.

Getto łódzkie, jako jedyne, przetrwało do sierpnia 1944 r. W momencie jego likwidacji zamieszkiwało w nim blisko 72 tys. więźniów. W czasie 4 lat i 8 miesięcy jego istnienia zmarło w nim 45 327 osób, co stanowiło ponad 24% ogółu jego mieszkańców.

Likwidacja getta została zarządzona w maju 1944 r. przez Heinricha Himmlera. Od 23 czerwca 1944 r. do 14 lipca 1944 r. wywieziono 10 transportów Żydów (7196 osób) do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem. 29 sierpnia 1944 r. odszedł z getta ostatni transport do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Getto przestało istnieć. Pozostawiono w nim tylko 840 osób z komanda do oczyszczania getta. Około 20–30 osób ukryło się przed wywózką. Hans Biebow wybrał także grupę 600 osób, która została wywieziona do obozów pracy w Königswurstenhausen koło Berlina i fabryk Drezna. Chaima Rumkowskiego wywieziono wraz z rodziną przedostatnim transportem do Auschwitz, gdzie został zgładzony.

Po wojnie teren getta zmienił się. Zlikwidowano wiele starych ulic: Chłodną, Garbarską, Jerozolimską, Koziołkiewicza, Lwa Kielma, Miodową i Pucką. Część z dawnych ulic getta weszła w skład nowej ulicy Zachodniej: Masarska, Stodolniana i Wesoła. Najlepiej w niezmienionym układzie zachowała się zachodnia część getta: plac Kościelny, Rynek Bałucki. Zachowały się też następujące ulice: Bazarowa, Brzezińska (obecnie Wojska Polskiego), Ceglana, Ciesielska, Drewnowska, Franciszkańska, Gnieźnieńska, Joselewicza, Limanowskiego, Lutomierska, Łagiewnicka, Marynarska, Marysińska, Młynarska, Pawia, Pieprzowa, Iwna, Podrzeczna, Rybna, Wróbla, Zgierska i Żytnia.

Obecnie w Łodzi nadal funkcjonuje ortodoksyjna Gmina Wyznaniowa Żydowska. Na jej czele stoi Symcha Keller.


NOTA BIBLIOGRAFICZNA

    • Alperin A., Żydzi w Łodzi. Początki Gminy Żydowskiej 1780–1822, „Rocznik Łódzki” 1933, t. III.
    • Polacy–Niemcy–Żydzi w Łodzi w XIX–XX w. Sąsiedzi dalecy i bliscy, red. P. Samuś, Łódź 1997.
    • Puś W., Żydzi w Łodzi w latach zaborów 1793–1914, Łódź 2001.
    • Spodenkiewicz P., Zaginiona dzielnica. Łódź żydowska – ludzie i miejsca, Łódź 1999.
    • Żydowskie getto w Łodzi 1940–1944, Vademecum, red. J. Pyczewska-Pilarek, Łódź 1999.
  • Walicki J., Żydzi niemieccy w samorządzie Łodzi lat 1917–1939, [w:] Polacy–Niemcy–Żydzi w Łodzi w XIX–XX w. Sąsiedzi dalecy i bliscy, red. P. Samuś, Łódź 1997, ss. 359–361

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IDF retaliates after barrage of at least 30 rockets from Gaza

IDF retaliates after barrage of at least 30 rockets from Gaza

IDAN ZONSHINE, GADI ZAIG


An IDF tank attacked a Hamas outpost in the Gaza Strip around 2:40 a.m. on Saturday morning in retaliation after a third wave of rockets began landing in Israeli territory.

THE IRON Dome fires an interceptor missile as rockets are launched from Gaza, near Sderot in August 2018. / (photo credit: AMIR COHEN/REUTERS)

An IDF tank attacked a Hamas outpost as IAF aircraft struck rocket launchers in retaliation after a series of rockets were launched into Israeli territory from Gaza on Friday night, landing near the Gaza envelope region of southern Israel, the IDF spokesperson reported on Friday.

The first three launches were detected coming from the Gaza Strip and falling near the town of Kissufim, in the Eshkol Regional Council. The IDF’s Iron Dome missile defense system intercepted one of them. The other two fell in open areas near the border fence.

Later on Friday night, around 1:50 a.m., additional sirens were heard at Alumim, Be’eri, Kfar Maimon and Tushiya, in the Sdot Negev and Eshkol Regional Councils.

Minutes later, more sirens were heard in Mivtahim, Amioz, Yesha, Nir Yitzhak, Tzohar and Ohad, all in the Eshkol regional council.
The IDF reported that four rockets were launched during the second barrage, two of which were intercepted by the Iron Dome system.

An IDF tank attacked a Hamas outpost in the Gaza Strip around 2:40 a.m. early on Saturday morning in retaliation after the second barrage and was immediately followed by another rocket which landed in an open area near Ashkelon.



Overall, the IDF reported four rockets being intercepted by the Iron Dome system during the night.

Slightly after 3 a.m., additional sirens were heard in Miflasim and Kfar Aza, in the Sha’ar Hanegev Regional Council.

Another siren was heard near Nahal Oz in the Sha’ar Hanegev regional council slightly before 4 a.m..

After around an hour of silence, another rocket siren was heard around 5 a.m. near Kerem Shalom in the Eshkol Regional Council early on Saturday morning.

That was followed by six consecutive waves of rockets which set off sirens within the space of around 35 minutes, the first of which started at 5:27 a.m. near Alumim and Nahal Oz, in the Sdot Negev and Sha’ar Hanegev Regional Councils.

The IDF spokesperson announced around 5:30 a.m. that IAF aircraft had begun attacking Hamas rocket launchers and underground infrastructures in retaliation.

A few minutes later, another rocket siren went off, this time in Nativ Ha’asara in the Ashkelon Beach Regional Council once again. Two minutes after that, another siren went off in Nativ Ha’asara and in Kissufim in the Ashkelon Beach and Eshkol Regional Councils.

Another five minutes passed and another two sirens went off, both in Kissufim, in the Eshkol Regional Council.

Less than ten minutes passed before another large wave of rockets set off sirens, this time in the Ashkelon Industrial Zone, Zikim, Karmiya, Yad Mordechai and Nativ Ha’asara, in the Ashkelon Beach Regional Council.
At 6 a.m., another siren was heard in the areas of Nativ Ha’asara, the southern Ashkelon Industrial zone, and Zikim, in the Ashkelon Beach Regional Council.

Last Friday, IDF fighter jets attacked a number of targets in the Gaza Strip after a rocket which was fired into Israeli territory landed in an open field.

A Hamas official responded to the IDF retaliation, saying that “the new zionist aggression on the Gaza strip is a desperate attempt to break the willpower of our people and our continued steadfastness. Our people and our resistance are united with our people in Jerusalem in their fight against the zionist occupation and in their defense of al-Aqsa Mosque.”

Israel’s Home Front Command on Saturday morning instructed resident’s of a number of regional councils in Israel’s south to remain close to shelters, cancel events held in the open, limit events held in closed areas to 100 people or less and cancel agricultural work close to the border with Gaza.
The IDF will hold a briefing at 09:00 a.m. and will provide further updates to the regional councils in the area.

The head of the Eshkol Regional Council, Gad Yarkoni, commented on the events of the night saying that “the unbearable ease with which these organisations allow themselves to shoot at the Gaza envelope and try harm civilians is outrageous.”

״After 20 years of rocket fire, there are still houses in the Eshkol region that do not have shelters. Last night Israeli citizens slept under rocket fire, exposed to damage.” he continued.
The head of Sha’ar Hanegev Regional Council, Ofir Liebstein, added that “for more than two decades the Israeli government have failed to produce a clear strategy to stop the rocket fire. There is no doubt that we deserve security and a stable routine.”

The Zikim Beach was closed on Saturday.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com