Archive | February 2022

Fictional Hamas TV Drama Depicts Fighters as Victors Against Israel

Fictional Hamas TV Drama Depicts Fighters as Victors Against Israel

Shiryn Ghermezian


Palestinian police officers loyal to Hamas march during a graduation ceremony in Gaza City, April 29, 2019. Photo: Reuters / Ibraheem Abu Mustafa.

A new television series produced by Hamas that will debut during the Muslim holy month of Ramadan portrays the terrorist group as heroes and victors in their fight against Israel.

“Fist of the Free,” a 30-episode series, is inspired by a real-life Israeli raid that took place in the Gaza Strip in 2018. A group of Israeli undercover agents disguised as Palestinian aid workers raised suspicions in a town near the Israel-Gaza border and, when exposed, participated in a gun battle that left seven Hamas operatives and an Israeli commander dead.

Hamas, which seized control of the Gaza Strip in 2007, is shown as outsmarting the Israelis in the show when, in reality, the Israel undercover unit was able to successfully evacuate 16 undercover agents, The Associated Press reported.

The show will air on Hamas-run television in April. The terrorist organization is offering broadcasting rights for free to channels in Syria, Lebanon, Algeria, and Turkey.

Sadi al-Attar, the show’s assistant director, told the AP that “Fist of the Free” is a response to “Zionist aggression” and explained, “The idea of our films and series centers on our struggle with the enemy.”

While he admitted to watching a few scenes of “Fauda,” the Netflix hit series about an Israeli undercover unit that tracks down Palestinian terrorists, he accused it of “lying and misleading,” and insisted that the Hamas production was not created as a direct response.

The producers behind “Fist of the Free” would not take a meeting with Netflix even if they were offered one, he claimed, because the streaming service “is biased toward the occupation.”

Mohammed Soraya, director of Hamas’ artistic production unit, said in January that the series “seeks to show the Palestinian viewpoint, the Palestinian resistance and the fighting spirit that resists the occupation. This is a drama series that represents our people.”

Al-Attar maintained that the Hamas production was funded by donations. All overhead shots were taken by drone or by a cameraman sitting on another man’s shoulders, fake explosives were detonated by camera batteries, and the filming took place at a Hamas military base.

The cast members are all locals, including Zohair al-Bebisi, 64, who has never been to Israel and took on his first role as an Israeli intelligence officer who goes to Gaza to recover equipment taken by Hamas.

Hamas has produced seven series and a number movies based on its conflict with Israel, most of which have aired on its Al-Aqsa television network during Ramadan.

Watch the trailer for “Fist of the Free” below.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Przystanek/Pitstop Gliwice”. Śpiewali, śmiali się i płakali. A potem zniknęli

‘Przystanek/Pitstop Gliwice’ – kadr z filmu na podstawie książki (YouTube)


“Przystanek/Pitstop Gliwice”. Śpiewali, śmiali się i płakali. A potem zniknęli

Peadar De Burca


“Przystanek/Pitstop Gliwice” jest jak szkło powiększające, przez które możemy dokładniej przyjrzeć się pewnemu fragmentowi żywej przeszłości miasta, śladom, jakie na niej pozostawiła społeczność ludzi, którzy potem zniknęli.

.

Żydzi na Śląsku

Gdy przeczytałem „Przystanek/Pitstop Gliwice”, aż nazbyt zwięzłą relację o gliwickiej społeczności żydowskiej w latach 50. i 60., autorstwa Larissy Baldovin oraz Ani Koszykowski, nabrałem przekonania, że życzliwość nie jest cechą, którą odkrył dopiero Wasz poruszający się od ściany do ściany Irlandczyk, ale po prostu nieodłącznym rysem, na który rzucają cień postępowanie polityków kierujących się własnym, krótkowzrocznym interesem – jak Gomułka w roku 1968. A gdy spojrzeć na sprawę z perspektywy PiS, mistrza w podsycaniu nienawiści wobec mniejszości, przychodzi na myśl powiedzenie: „Trzeba zmienić wszystko, aby wszystko pozostało po staremu”.

„Przystanek/Pitstop Gliwice” jest nie tyle rozprawą naukową, ile raczej pracą ukrytą pod formą książki popularnonaukowej. I jest to jedna z bardzo nielicznych uwag krytycznych, bo w tym akurat przypadku mniej wcale nie oznacza więcej. Oczekiwałbym więcej szczegółów, a także tła pokazujących codzienne życie ludzi mających za sobą traumatyczne przejścia i poszukujących schronienia w mieście o traumatycznej przeszłości. Spodziewałbym się konfliktu, nie tyle pomiędzy Polakami a Żydami, ile pomiędzy imigrantami a ich nowym otoczeniem. Co prawda, pojawiają się wzmianki o barierach językowych i ekonomicznych, czyli dwu obszarach, o których ja sam mógłbym napisać książkę, opierając się na walce, jaką toczę na Śląsku, aby utrzymać się w pionie. Jednak moje doświadczenia i kłopoty to nic w porównaniu z tym, co przejść musiały rodziny Lempert, Aksman, Goldstein i Szaff.

Brakuje mi również statystyk pokazujących, ilu Żydów mieszkało w mieście. W 1963 r., roku maksymalnego zasięgu, lokalne koło Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce liczyło 313 członków. Jednak w latach 1947-48, po pogromie kieleckim, ludność żydowska wahała się wokół liczby 1000. Według danych gliwickiego urzędu celnego w 1950 r. 226 Żydów wyjechało z Gliwic. Z kolei w latach 1955-59 do Polski przyjechało 19 tys. Żydów z ZSRR. Zina Lempert podsumowała to tak: „Wszyscy ze Lwowa przyjechali do Gliwic…”. Brakuje jednak informacji o liczebności społeczności żydowskiej w Gliwicach.

„Przystanek/Pitstop Gliwice” opowiada, jak Spółdzielnia Wielobranżowa im. J. Lewartowskiego prowadziła kursy szycia i radiotechniki dla Żydów, ale jak te nowo pozyskane umiejętności wpłynęły na funkcjonowanie samego miasta – możemy się tylko domyślać. Jest rozdział poświęcony klubowi TSKŻ na gliwickim rynku, gdzie w latach sześćdziesiątych Jerzy Duda-Gracz był opiekunem kulturalnym młodzieży, a wspomniana wcześniej Zina Lempert prowadziła cieszący się powszechnym uznaniem bufet. Podobnie jak wcześniej książka sygnalizuje interesujące wątki, które, niestety, nie są rozwijane dalej. Być może „Przystanek/Pitstop Gliwice” należy traktować jak obszerną kolekcję fotografii dokumentujących życie społeczności żydowskiej w tym mieście, poddaną serdecznemu retuszowi jako wstęp do „Jews in Silesia” Marcina Wodzińskiego albo „Maus” Spiegelmana. Posługując się sformułowaniem zaczerpniętym z ostatniej z wymienionych pozycji, „Przystanek/Pitstop Gliwice” i jego 27 rozmów stanowiących większość drugiej części książki to dopiero zapowiedź większej pracy.

Przystanek/Pitstop Gliwice, czyli duchy wracają

Rodzina Zareckich zmuszona była sprzedać wszystko, co posiadali w ZSRR, aby kupić samochód Pobieda i udać się nim na zachód, po drodze zatrzymując się przy budkach sprzedających mleko i kefir. Po przyjeździe do Gliwic pobieda została sprzedana, a pieniądze zapewniły im egzystencję na pewien czas. Lazar Szaff przyjechał do Gliwic wraz z rodzicami i młodszą siostrą w 1958 r., gdy jego matka powróciła po 16 latach „poprawczego” pobytu na Syberii. Przyjazd do wolnego kraju bardzo mu się spodobał. Dov Shevih, który przyjechał w 1957 r. i zamieszkał z rodziną przy ul. Piwnej, znalazł przyjaciół i był lubiany przez nauczycieli do tego stopnia, że dyrektor szkoły gotów był go adoptować, gdy mama ostatecznie zdecydowała się na wyjazd do Izraela.

Książka sprawia (po części za sprawą niezbyt udanego tłumaczenia na angielski), że doświadczenie imigranta w XX-wiecznej, zurbanizowanej Polsce ulega rekonfiguracji. Relacje tułających się Żydów pokazują, że pobyt w Gliwicach był bardzo dobrym czasem w ich życiu. Akcenty antysemickie, obecne w historii Polski, pojawiają się tu jako elementy obce i nienaturalne, jako produkt stworzony przez rządzącą partię i obecny raczej w życiu publicznym. Życie codzienne natomiast toczyło się swoim rytmem, całkowicie odmiennym. „Przystanek/Pitstop Gliwice” jest jak szkło powiększające, przez które możemy dokładniej przyjrzeć się pewnemu fragmentowi żywej przeszłości miasta, śladom, jakie na niej pozostawiła społeczność ludzi, którzy potem zniknęli.

Jak plemię duchów wyprowadzone z miejsc, w których jedli, modlili się, śpiewali, śmiali się i płakali.

Tłum. A.L.

.

Film „Przystanek/Pitstop Gliwice” na podstawie książki


Przystanek/Pitstop Gliwice
Larissa Baldovin, Ania Koszykowski
Wydanie nakładem autorek
Larissa Baldovin, Ania Koszykowski, ‘Przystanek/Pitstop Gliwice’ materiały prasowe


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Borscht Belt Theory of Immigration

GUILLERMO ARIAS/AFP VIA GETTY IMAGES


The Borscht Belt Theory of Immigration

MICHAEL LIND


The U.S. immigration system is a farce—and such small portions!

.

In order to deal with the bad optics of tent cities on the Rio Grande, the Biden administration has for months now been chartering planes on secretive flights from the Southwestern border to states and cities around the country. Often these flights land after midnight, in violation of local curfews, and illegal immigrants and asylum claimants are turned over to local charities—many of them dependent on federal tax dollars—or family members, without the knowledge of state and local officials.

Having paid thousands in some cases to Mexican cartels, and then having been ferried across the United States at taxpayer expense, many illegal immigrants are then allowed by the Biden administration to simply vanish. The Department of Homeland Security recently told Congress that of the 104,171 noncitizens released into the interior of the United States and given a notice to report (NTR), nearly half—47,705, to be precise—failed to check in with the government and their whereabouts remain unknown.

Once the Biden administration has allowed them to vanish into the illegal underground economy, the chances that illegal immigrants will ever be apprehended or deported, as the law requires, are virtually nil, especially now that the administration has announced it will limit deportation cases to potential national security threats and those who commit major crimes. (Welcome to America, minor criminals of the world!)

Illegal immigrants in the United States are often able to obtain individual taxpayer identification numbers (ITINs), or in some cases invented, borrowed, purchased, or stolen Social Security numbers, permitting them to work fraudulently in violation of federal, state, and local labor laws. In states like California, they are able in many cases to apply for welfare programs a few weeks or months after being carried across the border by billion-dollar crime syndicates. In a 1982 case, Plyler v. Doe, the Supreme Court held that public schools had to educate the children of illegal immigrants at taxpayer expense, increasing the incentive for foreign nationals to violate U.S. immigration and employment laws.

As surreal as it sounds, President Biden’s Transportation Security Administration recently admitted that illegal immigrants are being allowed to board airplanes using a “Warrant for Arrest of Alien” or a “Warrant of Removal/Deportation” as an acceptable form of personal identification.

The Internal Revenue Service and Social Security Administration have been complicit in large-scale, illegal labor smuggling into the United States for decades. I discovered this in 2017 when I received the following message from the IRS (emphasis added):

Important message about your tax account

Employment related Identity Theft Notice

We believe another person used your social security number (SSN) to obtain employment. We are sending this notice to make sure you are aware of this incident so you can take appropriate steps to protect yourself from any potential effects of identity theft. We’ll not provide you specific details regarding the identity of the individual who used your SSN for employment purposes.

There is currently no known impact to your tax account as a result of this potential misuse. We placed a marker on your tax account to identify that you may have been a victim of identity theft.

The IRS then helpfully told me it was my responsibility, not theirs, to check with credit bureaus to see if my stolen Social Security number was being used for purposes of fraud. To date, my credit rating has been unaffected, leading me to believe that the other “Michael Lind” with my Social Security number is likely to be a low-wage illegal immigrant who may have bought my stolen name, birth date, and number from some other organized crime front or was given my identity by his employer.

Illegal immigrants who work on farms or factories lack the wherewithal to hack government, business, and bank computers. So do most low-wage employers. Presumably, the theft of my identity was originally undertaken by organized crime in the United States or abroad, possibly linked with state-sponsored hacking operations carried out by official or government-backed entities in China, Russia, or other countries.

As someone who pays taxes to support our federal government, I was curious about this statement from the IRS: “We’ll not provide you specific details regarding the identity of the individual who used your SSN for employment purposes.” Why not? Assuming that my stolen identity is being used by a worker, the Social Security administration knows the location and name and all the financial details of the employer where the suspected fraud is taking place.

I looked into the matter, and it turns out that I am one of millions of U.S. citizens whose identity is apparently being used by illegal immigrant workers. For decades it has been the policy of the Social Security Administration, under liberal and conservative presidents alike (including Trump), not to share this information with the IRS or Immigration and Customs Enforcement, much less with the victim of identity theft. Doing so would be inconvenient for employers who violate the law against hiring illegal immigrants, to say nothing of the dishonest, cheating foreign nationals themselves.

In the case of suspected identity theft, the Social Security Administration has long had a policy of sending a “no-match” letter to the employer. In the spring of 2021, however, Biden’s Social Security Administration announced that it would no longer send no-match letters. According to the National Law Review, “Immigration advocates and many employers welcomed the announcement.” Of course they did. Employers of illegal immigrants and “immigration advocates”—meaning nonprofit bureaucrats and PR professionals funded by libertarian and leftist foundations, donors, and cheap-labor businesses—treat every method of enforcement of U.S. immigration laws, from policing the border to raiding worksites to deporting violators, as tyranny reminiscent of the Gestapo.

Only in 2020 did the Supreme Court rule that victims of identity theft can sue illegal immigrants and their employers in state court. The four liberal justices on the Supreme Court disagreed with the conservative majority, arguing that prosecutions of immigration-related identity theft on behalf of victims is the monopoly of the federal government—which, as we have seen, under presidents of both parties has chosen not to prosecute immigration-related identity fraud except in rare circumstances.

The connivance of our federal government with cheating employers and law-breaking foreign nationals gets even better—or worse, depending on your perspective. Assuming that my doppelgänger is not paid in cash, and has Social Security taxes deducted from his check by his law-breaking employer every two weeks, what happens to the (probably modest) Social Security taxes paid by the other “Michael Lind” with my Social Security number?

It turns out that for decades the Social Security Administration has been dumping Social Security taxes into a special account for suspected fraudulent payments, to be used to boost the dwindling Social Security trust fund. This is what it means when you read happy-talk articles in the mainstream media declaring that “undocumented immigrants”—by which they mean law-breaking foreign nationals with forged or stolen documentation—are “paying into Social Security.” The Social Security Administration actually profits from illegal immigrant identity theft, while the unauthorized and exploited foreign workers get nothing. Meanwhile, millions of victims of federally abetted identity theft like yours truly are told by our government YOYO (you’re on your own).

The claim that illegal immigrants benefit the economy by paying Social Security taxes under false names and numbers, sales taxes, and other incidental taxes was eloquently rejected by Barbara Jordan, the former civil rights leader and U.S. representative from Texas who chaired President Bill Clinton’s commission on immigration reform: “There are people who argue that some illegal aliens contribute to our community because they may work, pay taxes, send their children to our schools, and in all respects except one, obey the law. Let me be clear: that is not enough.” Jordan also told Congress: “Simply put, if we cannot demagnetize our economy for illegal aliens who come here to seek jobs, we cannot control illegal immigration. If we cannot control illegal immigration, we cannot sustain our national interest in legal immigration. Those who come here illegally, and those who hire them, will destroy the credibility of our immigration policies and their implementation.”

In a 2015 interview, presidential candidate and self-described democratic socialist Sen. Bernie Sanders responded harshly to Ezra Klein’s suggestion that the United States consider an open-borders immigration policy: “Open borders? No, that’s a Koch brother proposal … That’s a right-wing proposal, which says essentially there is no United States … It would make everybody in America poorer—you’re doing away with the concept of a nation-state, and I don’t think there’s any country in the world that believes in that.”

Was Sanders wrong? Consider the massive corruption and refusal to enforce numerous laws involved with worker smuggling at every level of American society, including the mayors and city councils of “sanctuary cities,” the IRS and Social Security Administration, and, under Biden, the Transportation Security Administration and ICE itself. Also consider the increasing violence and armed capability of the Mexican cartels that smuggle in roughly half of America’s illegal immigrants and claimed refugees, many of whom are no longer originating in Mexico or El Salvador but from locations much farther from America’s borders. Is it then natural to ask if prohibition is working? Should limits on immigration be removed? Should the United States adopt an open-borders labor policy?

Smuggling human beings—mostly low-wage conventional workers, but also trafficked prostitutes—into the United States is a massive and lucrative criminal enterprise, just as smuggling alcohol across the Mexican and Canadian borders was in the 1920s. A century ago, Mexican tequileros smuggled bootleg liquor by mule across the Southwest border. Today, so-called “coyotes” working for the major Mexican criminal cartels like the Zetas and the Gulf Cartel are engaged in the industrial-scale smuggling of people—increasingly from Asia, Africa, the Middle East, and even Europe, not just from the Americas—into Texas and other border states. In the 1920s, many Americans who wanted a drink could find one at a speakeasy or elsewhere. Similarly, in the 2020s, practically any employer who wants to hire illegal immigrants can do so—confident that the chances of an arrest or an ICE raid of the workplace are near zero under the Biden administration.

The civilian accomplices of the transnational labor-smuggling mafias are much more brazen than the official enablers of alcohol smuggling were during Prohibition. Many progressive cities have declared themselves “sanctuary cities,” forbidding their own police departments from collaborating with immigration authorities. Some cities and states issue drivers licenses and provide welfare payments to illegal immigrants and their stateless children. New York City will now allow foreign nationals who have been in the city for at least 30 days (formerly known as “tourists”) to vote in its elections, though it claims that no illegal immigrants with forged IDs will be allowed to vote. Sure they won’t.

A Hollywood studio executive or politician’s son who snorts cocaine and spends a fortune on escorts is a high-end nuisance; a working-class neighborhood transformed by crack houses and bordellos is a social disaster.

Many commodities and services are harmful to individuals and society at large but remain legal. Alcohol abuse was bad before Prohibition and it remains bad today. After the decadelong experiment with national Prohibition, however, Americans decided that it made no sense to add the damage done by the Mafia to the damage done by alcoholism. Similarly, the logic of legalizing relatively harmless drugs like marijuana, along with pornography, does not depend on the claim that these are “victimless crimes,” or somehow beneficial. The damage to the consumers may be real. But if the activity is legalized—and regulated and taxed—then at least organized crime is not making fortunes from providing it, and vast numbers of Americans are no longer technically criminals because they partake in it. Dangerous practices can be regulated by custom, even if they are legal. Consuming alcohol is legal in the United States, but there are social as well as legal sanctions for alcohol abuse. Such a combination of social sanctions with legality to minimize the damage of a harmful substance or practice only works, however, when the demand for a good or service is limited. In the case of highly addictive drugs like opioids, the case for outright prohibition remains strong even at the cost of enriching criminals and creating widespread noncompliance.

Moreover, outright legal prohibition of this or that vice is not a failure if the law is sometimes violated, as long as enforcement raises the costs of consumption. It may be unfair, but society suffers less from the vices of the affluent few, whose money cushions the impact of their behavior, than from the same vices in the working-class majority. A Hollywood studio executive or politician’s son who snorts cocaine and spends a fortune on escorts is a high-end nuisance compiling material for a future autobiography; a working-class neighborhood transformed by crack houses and bordellos is a social disaster. In the same way, an au pair who overstays her visa and is paid well by a rich family is not a threat to the low-wage American workforce comparable to a never-ending stream of poorly paid foreign workers—legal, illegal, or guest workers (formerly known as indentured servants)—whose availability allows amoral employers to worsen working conditions in construction, gardening, meat-packing, janitorial services, hotel cleaning, and other fields for citizen-workers.

But do low-wage immigrants—regardless of whether they are legal or illegal—actually suppress wages and/or take away jobs? This brings us to what I think of as the borscht belt theory of immigration. The best-known joke identified with the borscht belt—the region of hotels and resorts in the Catskill Mountains that once served a heavily Jewish immigrant clientele—involves a typical patron who complains that “The food in this place is really terrible, and the portions are so small!”

The borscht belt theory of immigration goes like this: “Immigrants do not suppress wages—and without more immigrants, wages will go up and everything will be more expensive!” A related version on the political left is this: “High levels of poverty in the United States are a national disgrace—and also, the United States is not importing enough poor people!” Both statements cannot be true. It cannot be the case that immigrant competition does not suppress wages in a particular occupation, and at the same time also true that employers in the absence of immigration would be forced to raise wages to attract workers and pass the costs along to consumers.

When the intellectual apologists for cheap-labor immigration policies in journalism, the academy, and libertarian and progressive think tanks claim that there are entire categories of jobs that American citizens and legal immigrants already here refuse to do, they really mean that workers refuse to do those jobs in bad conditions for low wages. Scholars have documented many industries and occupations in which employers have used low-wage legal or illegal immigrants or guest workers to break unions and keep wages low, from janitorial services to meat-packing. In tight labor markets, like the one caused by the tech bubble in the late 1990s, the recovery just before the COVID-19 pandemic, and the present period of supply disruptions, employers find that they have to raise wages and lower requirements to attract employees. That’s good for workers, even if it’s painful for employers and some consumers.

Now and then, business lobbyists say the quiet part out loud. “Welcoming immigrants would cool off inflation, U.S. Chamber of Commerce CEO says,” read a Jan. 11 headline in CNN Business. The story quoted Suzanne Clark, the Chamber CEO, calling for the federal government to double the number of legal immigrants: “If we can alleviate the worker shortage, it might be the fastest thing to do to impact inflation.”

And how exactly would doubling legal immigration reduce inflation? The leader of the Chamber of Commerce did not explain, so I will: By enabling American businesses to hire workers for unattractive jobs without having to raise wages. More immigrants means a looser labor market; a looser labor market means a reduction in the ability of workers to demand wage increases, whose cost employers might pass along to consumers in the form of higher prices. (Some employers are able to raise wages without increasing prices by sharing more of their profits with their workers, something which they prefer not to do; others may compensate for higher labor costs with mechanization or automation.)

Not only the Chamber of Commerce but particular lobbies for industries from agribusiness to low-end service sectors to Silicon Valley are constantly demanding increased numerical levels of immigration—not because they are deeply devoted to humanitarian causes, but because lower wages mean more money in their pockets. In boom times and slumps alike, organized American business always wants to import more legal immigrants and more indentured-servant nonimmigrant guest workers, even as it lobbies against enforcement of federal laws against employing illegal immigrants, tax fraud, and identity theft.

Seldom do employer lobbies admit that so-called “immigration reform” is all about profits. In a recent memo summarizing a poll carried out by Fwd.US and America’s Voice, two organizations that lobby for higher immigration levels, three Democratic polling firms—Global Strategy Group, Garin-Hart-Young, and LD Insights—recommended leading with heart-warming tales about reunited families and other happy talk, rather than with economic arguments: “In general, it is better to focus on all of the aforementioned sympathetic details of those affected than to make economic arguments, including arguments about wages and demand for labor. As we have seen in the past, talking about jobs Americans won’t do is not a helpful frame, and other economic arguments are less effective than what is recommended above.”

This, then, is why the parallel between the prohibition of alcohol and the prohibition of smuggled workers breaks down. Unlike the desire of consumers for alcohol, the desire of American employers in many low-wage sectors of the economy to pay workers as little as possible and to keep wages from rising by importing foreign labor is insatiable. Low-wage employers therefore must not be given the opportunity to hire, except under strict limits, from the global labor pool—in spite of the high cost in transnational criminality and widespread disregard for the law that immigration restrictions and enforcement can engender. As Barbara Jordan observed a generation ago: “The commission finds no national interest in continuing to import lesser-skilled and unskilled workers to compete in the most vulnerable parts of our labor force.”

Prohibiting labor smuggling has plenty of bad side effects, from enriching transnational crime syndicates to encouraging a culture of ignoring laws among employers, nonprofits, and even government agencies. But replacing prohibition with an open borders labor policy would be far worse for low-wage American workers of all races, native and foreign-born alike.


Michael Lind is a Professor of Practice at the Lyndon B. Johnson School of Public Affairs, a columnist for Tablet, and a fellow at New America. He has a master’s degree from Yale and has taught at Harvard. His most recent book is The New Class War: Saving Democracy from the Managerial Elite.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- February 15, 2022

News From Israel- February 15, 2022

ILTV Israel News


New reports of just how lightly Israel’s been treading to stay out of the way between Russia and Ukraine
–
The so-called ‘Freedom Convoys’ are spreading. Israelis, inspired by Canadian truckers, renewing their protests against Covid regulations
–
Top Trump administration officials earning a Nobel nomination for their work in developing the Abraham Accords


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Miłość w czasach PRL-u. Wysłał 21 listów, żadnego nie dostała. Odnaleźli się po 40 latach

Miłość w czasach PRL-u. Odnaleźli się po 40 latach. (Rys. Barbara Niewiadomska)


Miłość w czasach PRL-u. Wysłał 21 listów, żadnego nie dostała. Odnaleźli się po 40 latach

Agata Romaniuk


Nadzieja odżywa, gdy w 1971 Romek dostaje od Janki pocztówkę z Włoch. Pisze znowu, dwa listy, choć jest już zaręczony z Marią, która jest z nim w ciąży. Ale i tym razem cisza.

.

Na karcie zabiegowej obojga aż gęsto od zaleceń lekarskich: kąpiele siarczkowe, borowina, kriosauna, prądy. I u niej, i u niego dodatkowo bicze szkockie. Nic przyjemnego, strumienie wody o zmiennej temperaturze pod silnym ciśnieniem uderzają w bezbronne, starzejące się ciało, żeby pobudzić krążenie. Na szczęście zabieg trwa krótko. Jemu wyznaczyli na siedemnastą, jej – piętnaście minut później. Mijają się w wąskim korytarzyku prowadzącym do sali zabiegowej. Można by pomyśleć, że w mgiełce pary wodnej, w ręcznikach na biodrach, w klapkach i w pośpiechu, bo przecież kolejny zabieg czeka, wcale się nie zorientują, nie zauważą, nie poznają. A jednak. Wiedzą od razu, i ona, i on. I nic. Gdyby to był amerykański film, to może rzuciliby się sobie w ramiona, a białe, grube ręczniki opadłyby miękko na ziemię. Ale w polskim sanatorium łaziebna pokrzykuje na nią, żeby się pospieszyła, bo nikt czekać nie będzie, a on wychodzi na korytarz i nawet się nie odwraca. Siada w szlafroku na ławce pod tandetną reprodukcją martwej natury. I nie może uwierzyć. Jest koniec listopada 2008 roku. Ostatni raz widzieli się 40 lat temu.

Na zdjęciu z marca 1968 roku oboje mają czapki z pomponem. Ona – taliowany płaszcz, on – postawiony kołnierz wojskowej kurtki. Musiał być wyjątkowo zimny dzień. Stoją przed warszawską Księgarnią Prusa razem ze wspólną koleżanką ze studiów, Zosią. Romek trzyma w ręku tubę na rysunki i obejmuje Jankę w pasie. Żadne z nich nie patrzy w obiektyw, obraz jest rozmazany. Wspomnienie o tym dniu także.

– Ludziom się wydaje, że można sobie przypomnieć ten ostatni raz. Ostatni pocałunek, ostatni spacer, potem, jak już się wie, że to był koniec. Ale tak nie jest. Nie zwracasz uwagi, kiedy to się dzieje, ta ostatniość nie ma żadnego szczególnego smaku i potem trudno jest sobie cokolwiek przypomnieć – opowiada Romek, który już nie jest studentem architektury, 20-letnim brodaczem ze zdjęcia, ale łysym starszym panem. Siedzimy w jego pracowni na poddaszu, zawalonej papierami, i oglądamy ich wspólne zdjęcia. Mają ich dużo – z biwaków, wyjazdów na Mazury, spacerów po parku Saskim – ale to zrobione wiosną pod Księgarnią Prusa to prawdopodobnie ich ostatnia wspólna fotografia.

– Jeszcze wtedy niczego nie przeczuwaliśmy – dodaje Janka. – A w każdym razie nie wiedzieliśmy, że to nas zaraz dotknie. Chociaż, czekaj, to już musiał być drugi tydzień marca. Wracaliśmy z wiecu, bo patrz, Zosia ma opaskę na płaszczu.

Na początku marca zaczęły się protesty studenckie. Byli wtedy zawsze razem: Zosia, Janka i Romek. Czy to potańcówka, czy strajk studencki, czy zajęcia na uczelni, obiad w stołówce Politechniki Warszawskiej czy ucieczka przed pałowaniem. Zawsze we trójkę. Zośka, postawna blondynka w okularach, Romek, wysoki brodacz z włosami za ucho, i ciemnooka, efemeryczna Janka.

– Wiedziałem, że Janka jest Żydówką, ale jej rodzina była spolonizowana. Nazywali się Rokiccy i to mi wystarczało. Myśmy o takich rzeczach wtedy nie rozmawiali. Byliśmy młodzi, narwani, mieliśmy inne problemy: skąd wziąć kasę na wyjazd w góry, czy matka Jankę puści, czy kuzyn da klucz do pokoju na stancji, czy się uda zdać egzamin z geometrii wykreślnej. Jak się zaczęła nagonka i sprawdzanie, kto Żyd, a kto nie, razem zdzieraliśmy te paskudne plakaty na wydziale, razem strajkowaliśmy, ale Janka nic nie powiedziała. Ani słowa. A ja nie pytałem.

Janka potakuje głową. Milczy.

Szlomo, najstarszy syn zamożnego szewca, jako jedyny z siedmiorga rodzeństwa przeżył Zagładę. Po wojnie już nie chciał być Rosenbergiem. Jako Szymon Rokicki ożenił się z Celiną Stern, wysoką, pogodną dziewczyną z zasymilowanej żydowskiej rodziny z Powiśla. Został lekarzem, ona – pielęgniarką, pracowali przez lata w jednym szpitalu. Sąsiadka wspomina ich jako szykowną parę. On zawsze odprasowany i w eleganckim kapeluszu typu fedora. Ona w apaszkach, broszkach, zamszowych kozakach, wyglądała zupełnie nieziemsko w połowie siermiężnych lat 50. Miała siostrę w Paryżu, która przysyłała jej paczki, a w nich oprócz rzeczy praktycznych także nylony, wodę perfumowaną, jedwabne chustki. Mała Janka nosiła aksamitne kołnierzyki, a potem, już na studniach, szałowe spódnice ze skóry i obcisłe moherowe golfy od ciotki. Wyróżniała się, czy to na ulicy, czy na wydziale architektury, i zawsze ktoś na nią patrzył.

W domu Janki nie kultywowano tradycji żydowskich ani żadnych innych. Była choinka, ale tylko pro forma, na Wielkanoc jeździli na wieś na piknik albo szli na spacer nad Wisłę, święta państwowe obchodzili na tyle, na ile musieli. Mała Janka wycinała gołąbki pokoju z bibuły. Szła z matką na pochód. Doktor Rokicki był członkiem partii do 1956, ale nigdy się w nic nie angażował. Był bardzo oddany swoim pacjentom. Do cenionego kardiologa ustawiały się kolejki, nigdy nikomu nie odmawiał.

Janka wspomina, że zdawał się nie zauważać gęstniejącej atmosfery. Nawet jak na drzwiach jego ordynatorskiego gabinetu ktoś napisał: „doktor Żydek wynocha”. Powtarzał, że to temat zastępczy, że przejdzie, uspokoi się. Ale jego żona nie mogła tego znieść. Jej w szpitalu nikt nie dokuczał, ale jak córka wróciła z uczelni z kartką „do domu, żydówo” znalezioną w kieszeni płaszcza, powiedziała: „dość”. Ojciec początkowo się opierał, miał nadzieję, że wszystko ucichnie, ale kiedy we wrześniu 1968 roku usunięto go z funkcji ordynatora i zaczęły się niekończące się rozmowy, które nabrały charakteru przesłuchań, skapitulował. Posadził żonę i córkę w pokoju stołowym i powiedział: „Cela, Jasia, my tu już nie jesteśmy u siebie”. Dziewczyna od razu zrozumiała, co to oznacza dla niej i dla Romka.

Teraz Janka i Romek spierają się, kto kogo pierwszy wypatrzył na zajęciach z budownictwa ogólnego. Ona, pilna studentka, siedziała w pierwszym rzędzie, on, naczelny błazen, rzadko bywał na wykładach. Na pierwszym roku byli w jednej grupie, choć ona jest od niego o dwa lata starsza. Zaczęła studia na architekturze po trzech semestrach na ASP. Pochodzili z innych światów. Jego ojciec był motorniczym, a matka pracowała w mięsnym. Jako pierwszy w rodzinie poszedł na studia. Radził sobie na nich z trudem, nie przykładał się, wagarował. Ale towarzysko brylował. Wygadany, z bujną czupryną, grał na gitarze, palił zdobyte skądś francuskie papierosy. Janka wpadła po uszy. On też. Byli nierozłączni. Wiosną 1966 zabrał ją w Tatry. Na zdjęciu z Rusinowej Polany on ma podwinięte rękawy kraciastej koszuli i trawkę w zębach. Ona, smukła, wiotka, stoi na wielkim kamieniu z nogą podniesioną do góry jak baletnica, a prawą ręką opiera się na jego głowie. Lubili razem rysować z natury. Jeździli do Łodzi szkicować ruiny fabryk i kamienic czynszowych. Noce spędzali w kawalerce kuzyna, który dyskretnie przenosił się do kumpla. Mamie Janki wmówili niezamężną ciotkę. Celina przymykała oko, lubiła Romka. Doktor Rokicki mniej. Chciał dla córki kogoś statecznego, ułożonego, może któregoś ze swoich rezydentów. Na pewno nie tego postrzelonego chłopaka z robotniczej rodziny, odnosił się do niego chłodno i z dystansem. Romek rzadko bywał u Rokickich. Było tyle innych miejsc, innych rzeczy do zrobienia, koncertów, nasiadówek, pokazów DKF. Ciągle gdzieś Jankę zabierał.

Gdy we wrześniu 1968 Rokiccy podjęli decyzję o wyjeździe, Janka protestowała, właśnie miała zacząć trzeci rok studiów. Wymyśliła sobie, że zostanie i zamieszka na stancji. „Z czego będziesz żyła” – pytała matka. „Zaszczują cię, Jasia” – mówił ojciec. Romek chciał, żeby się szybko pobrali. „Zmienisz nazwisko, wyjedziemy do Łodzi, nikt się nie zorientuje, zaczniemy wszystko od zera” – przekonywał.

Ale nie chciała, nie wierzyła, że może się udać. Czuła się odpowiedzialna za ojca, u którego zdiagnozowano początki zaćmy. I było coś jeszcze.

– Bałam się, że jeśli rodzice wyjadą, a ja zostanę, nigdy się już nie zobaczymy. W naszej rodzinie jest pełno takich historii: brat ojca wyszedł po bułki, znalazł się w kotle, nigdy nie wrócił, stryjenka wyjechała ukrywać się na wsi, nigdy już jej nie widzieli, ciotka przepadła bez wieści, a poszła tylko na spacer. Kuzynka, kuzyn, bratowa… Bałam się, że tak samo będzie z nami.

Celina naciskała na Paryż, miała tam siostrę, której dobrze się powodziło. Doktor Rokicki się nie zgodził. „Tam znowu nie będziemy u siebie – tłumaczył żonie. – Tylko w Izraelu nikt nie będzie na nas krzywo patrzył”. Wyjazd zaplanowano na początek listopada. Z Dworca Gdańskiego przez Wiedeń do Izraela.

– Płakałem jak dziecko – wspomina Romek. – Ja, wielki chłop, siedziałem na ławce w parku Saskim i wyłem. Przeklinałem Gomułkę, Boga, ojca Janki. Wieczorem poszliśmy się upić z moim bratem Ryśkiem, a następnego dnia byłem znowu u Janki i błagałem od nowa: „Zostań”.

Cały październik trwało wielkie pakowanie. Co komu zostawić, co sprzedać, kto przechowa rodzinne zdjęcia i przedwojenne pamiątki. Nie wolno było zabrać ze sobą niczego sprzed 1945 roku, nie tylko antyków, biżuterii czy złota, ale także żadnych dokumentów ani fotografii.

– Mama schowała do koperty zdjęcia, nie było ich dużo, w sumie 12, i dała do przechowania swojej serdecznej koleżance Wandzie. Oddała mi je w 1991 roku, kiedy po raz pierwszy po Marcu przyjechałam do Polski – opowiada Janka. – Romek dał mi rzemyk z wisiorkiem – srebrną kotwicą.

Młodzi starali się jeszcze nażyć na zapas. Spotykali się każdego dnia, żadne z nich nie chodziło już na zajęcia. Spacerowali po jesiennej Warszawie, przesiadywali w kawiarniach, barach mlecznych, na korytarzach Politechniki, w bramach. Kiedy tylko mogli, kochali się na wąskim tapczanie na stancji, gdzie mieszkała Zośka, która wtedy przesiadywała w bibliotece. Nie mogli się sobą nasycić. „Będę pisać” – mówiła ona. „Znajdę sposób” – zapewniał on. Naiwnie wierzyli, że rozstanie nie potrwa długo.

W dzień wyjazdu była mgła i mżawka. Celnicy długo sprawdzali listę wywożonych rzeczy. Pytam Jankę i Romka o pożegnanie na peronie. Żadne nie chce o tym rozmawiać. W wyobraźni słyszę gwar dworcowy. Komunikaty przez megafon: „Proszę wsiadać, obywatele, odjazd pociągu…”. Tłok, nerwy, zatłoczony peron. Wyobrażam sobie smukłą dziewczynę w płaszczu w romby i barczystego brodacza w wojskowej kurtce. Dotyk ich zimnych dłoni.

Hajfa jest jak z bajki: łagodny, śródziemnomorski klimat, błękitne niebo, zatoka, cały rok jest zielono. Jakże się różniła od listopadowej Warszawy, którą opuścili Rokiccy. Z początku zamieszkali u kolegi ojca, doktora Rosnera, który oddał im pokój w swoim domu. Janka chłonęła słońce. I czekała na listy.

Żadnego nigdy nie dostała. Romek napisał ich w sumie 21. 19 w ciągu pierwszego roku. I potem jeszcze dwa. Janka – pięć. On dostał wszystkie, ona – ani jednego. Doktor Rosner przekazywał całą korespondencję ojcu Janki. A ten uważał, że Janka powinna zapomnieć o Romku i zacząć w Izraelu nowe życie. Listy niszczył.

Czytam po latach, co pisała Janka o swojej tęsknocie. Że nie może jej znieść. Pyta, dlaczego Romek milczy. Snuje plany, że może uda im się spotkać w Jugosławii lub Bułgarii, ponoć ludzie tak robią, wspomina wspólne wyjazdy, rozmowy, marzenia. Wysyła zdjęcie z plaży, w kapeluszu słomkowym z wstążką. I drugie – z targu, z wielkim arbuzem. Romek szalał. Szybko się domyślił, że jego listy nie docierają do adresatki, ale winił pocztę, cenzurę. I Zośkę – że może coś wie, ale nic mu nie mówi. Nie wiedziała. Dziewczyny pokłóciły się o coś tuż przed wyjazdem Janki, żadna po latach nie pamięta o co, ale musiało to być coś ważnego, bo zerwały kontakt. Nie pisały do siebie.

Z czasem listy Romka są coraz rzadsze, zdawkowe. Nadzieja odżywa na chwilkę, gdy w 1971 dostaje od Janki pocztówkę z Włoch. Pisze znowu, dwa listy, choć jest już zaręczony z Marią, która jest z nim w ciąży. Ale i tym razem cisza. Janka już dawno nie mieszka w domu doktora Rosnera. Dziwię się, że nie próbowali się jakoś inaczej skontaktować, przez ambasadę, wspólnych znajomych, zadzwonić. Patrzą na mnie z pobłażliwością. Ambasada nie zajmowała się takimi sprawami, nie byli w końcu krewnymi. Romek nie miał telefonu – kto wtedy miał? Znajomi? Nie mieli komu zaufać. I jeszcze coś. Z czasem, ona szybciej, on wolniej, przestali wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze się zobaczą.

Kolejne 40 lat to osobne kartki z kalendarza.

Wiosna 1972 – on robi dyplom, ona wychodzi za mąż za ambitnego lekarza.

Lato 1975 – ona zachodzi w ciążę i roni, jemu rodzi się druga córka.

Zima 1980 – on jest internowany, ona wprowadza się do nowego domu.

Lato 1988 – on wygrywa konkurs architektoniczny, ona roni po raz drugi.

Jesień 1991 – ona przyjeżdża do Polski po raz pierwszy, on zakłada firmę.

Wielkanoc 2000 – oboje spędzają ją w Sopocie, ale nie wpadną na siebie na Monciaku.

I wreszcie listopad 2008 roku i bicze szkockie. Romek przyjechał do sanatorium po raz pierwszy, córki go namówiły po urazie barku. Nie chciał jechać, uważał, że to dobre dla staruszków, ale ból mu dokuczał i zgodził się. Wyjątkowo. Janka przyjechała kolejny raz, od dawna miała kłopoty z kolanami. A od końca lat 90. regularnie przyjeżdżała się leczyć do Polski. I teraz, w listopadowe popołudnie, stała pod silnym strumieniem wody i zastanawiała się, co zrobić.

Dał jej czas, żeby się ubrała. Co na siebie założyć na pierwsze spotkanie po 40 latach? Wełnianą sukienkę? Elegancką bluzkę? Szminka, perfumy? Wybrała musztardowy golf i dżinsy, a włosy, wciąż bujne, choć siwe, związała w koński ogon, jak kiedyś.

– Nosisz okulary – powiedział na jej widok. – Ładne.

– Jesteś łysy. – Uśmiechnęła się. – Ładnie ci.

Zamówili koniak. Jeden, potem drugi, kolejny. Zaczęli rozmawiać. Do końca pobytu ani ona, ani on nie poszli już na żaden zabieg. Nawet na bicze szkockie. Janka przesunęła termin powrotu do Hajfy. Jej mąż i tak był w Kalifornii na konferencji, nie spieszyła się do domu. Spędzili razem święta Bożego Narodzenia i początek nowego roku 2009. Bardzo szybko wiedzieli, że pytanie nie brzmi: czy mają być razem, ale jak to zrobić. Romek od pięciu lat był wdowcem, jego żona Maria zginęła w wypadku podczas jazdy konnej. Janka z mężem od dawna się mijali. On dużo wyjeżdżał, robił karierę, nie mieli dzieci. Na początku lutego poleciała do Hajfy. Romek dzwonił kilka razy dziennie. „Ale wrócisz?” – pytał zamiast „dzień dobry”. „Wrócę” – odpowiadała.

Mąż zgodził się na rozwód pod warunkiem, że wszystko przypadnie jemu: dom nad morzem, samochód, gotówka. Nie wahała się. Wieczorem 13 lutego 2009 roku w strasznej śnieżycy Romek odebrał ją z lotniska. Miała sześć walizek i cienki, wiosenny płaszcz.

Córki Romka, Zuzanna i Alicja, przyjęły Jankę ciepło. Jest inna niż ich matka, cicha, łagodna, małomówna. Nie próbowała nigdy zająć jej miejsca. Zresztą, jak mówi Ala, oni z ojcem od razu stali się jacyś osobni, oddaleni, ale nikt nie miał im tego za złe. Celebrowali czas we dwójkę i nikogo innego nie potrzebowali. Nikomu się też nie narzucali. Jak tylko Janka wróciła z Hajfy, Romek wyprowadził się z domu, w którym dorastały jego córki, zostawił sobie tylko pracownię na poddaszu. Kupili z Janką mieszkanie w kamienicy i domek letniskowy. To tam rozmawiamy po raz ostatni.

– Na początku byliśmy w kompletnym amoku. Chcieliśmy wszystko nadrobić. Mówiłem: „Janka, zróbmy sobie cztery sylwestry rocznie, kto nam zabroni”. Kupowałem jej codziennie kwiaty. Chodziliśmy po knajpach potańczyć, na koncerty. Jednego dnia potrafiliśmy pójść do kina na trzy filmy. Dużo podróżowaliśmy. Przez wiele miesięcy prawie w ogóle nie przychodziłem do pracowni. Nie interesowały mnie żadne projekty i gdyby nie naciski klientów, pewnie nie skończyłbym nawet tych, które już się toczyły.

– Po roku byłam tym strasznie zmęczona – przyznaje Janka. – W końcu powiedziałam: „Romek, koniec z tym, ja ci nigdzie nie ucieknę, nie musimy się spieszyć”.

Romek zaprojektował nad Bugiem drewniany dom z dużą werandą. Posiali malwy, Janka zrobiła warzywnik. Cieszyło ich, że mają wspólne marchewki. Wspólny dom, wspólne życie. Czy się kłócą? Oczywiście. 40 lat temu Romek był bałaganiarzem i wciąż nim jest, co Jankę nadal okropnie denerwuje. Ona lubi długo spać, a on chodzi podminowany, bo uważa, że życie jej mija. Kłócą się o politykę. Czytają inne książki. Ona wciąż gasi światła, bo lubi półmrok, on zapala. Ale prawie się nie rozstają. Jak do sklepu, to razem. Jak on musi iść do dentysty, to ona czeka pod gabinetem. Jak ona do fryzjera, to on sobie stoi pod salonem i pali. Nie tracą się z oczu.

Nie pobrali się. Jeszcze w 2009 Janka sfinalizowała rozwód z mężem, żeby mieć wszystko poukładane, ale nie chcieli z Romkiem ślubu. – To by niczego nie zmieniło – tłumaczą mi. Pytam o różne szczegóły wspólnego życia, ale Romek już się nagadał. Idzie do lasu fotografować zimową aurę. Ja zostaję jeszcze chwilę z Janką, dopijamy herbatę.

– W sumie to taka zwykła historia o miłości – mówi, dokładając do kominka. – Nie wiem, czy się nada do druku.

– Jednak dość niezwykła – nie zgadzam się.

– Najbardziej nietypowa to chyba w liczbach. Myśmy mieli 40 lat bez siebie i teraz te cztery wspólne. To jest dziesięć razy więcej nie razem niż razem. Ale te cztery nam się liczą po stokroć, prawda? – mówi, odprowadzając mnie do samochodu. – Arytmetyka miłości. Ale tak o nas nie pisz.

– A jak napisać?

– Napisz: „Żyli krótko i szczęśliwie”

Pewnie już wiedziała. Trzy miesiące później przeszła operację onkologiczną. Potem kolejne. Jesienią 2020 dostałam od Romka wiadomość, której nie musiałam czytać, żeby znać jej treść.


Książka Agaty Romaniuk „Krótko i szczęśliwe. Historie późnych miłości” ukaże się jesienią 2022 r. w Wydawnictwie Poznańskim.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com