Archive | February 2018

Paweł Śpiewak: Polska, rzekomo walcząc o swoje dobre imię, po prostu się skompromitowała


Paweł Śpiewak: Polska, rzekomo walcząc o swoje dobre imię, po prostu się skompromitowała

Witold Głowacki


 

– W 1968 roku, w trakcie kampanii antysemickiej bez przerwy powtarzano: nam nie można zarzucić żadnego antysemityzmu, skoro to przecież my, naród polski, przez całą wojnę pomagaliśmy Żydom i byliśmy Sprawiedliwi. To właśnie mi się przypomina, jak słyszę dziś Ziemkiewicza – mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Mamy największy po 1989 roku kryzys w relacjach polsko-żydowskich i polsko-izraelskich. Jak pan ocenia projekt ustawy, który go wywołał? 
Od razu muszę trochę zaprotestować przeciwko temu, co pan powiedział o naturze kryzysu. Otóż to nie jest tylko spór między Polską a Izraelem czy między Polakami a Żydami. To jest przede wszystkim problem polsko-polski. Choć oczywiście doceniam wagę relacji polsko-izraelskich, to właśnie ten krajowy wymiar sprawy jest dla mnie ważniejszy niż stosunki międzynarodowe.

Dlaczego? 
Przede wszystkim troszczę się o Polskę. A ten wytwór, który nazywa się poprawką 55a, 55b, jest kompletnie nieprecyzyjny i niejasny, jest prawnym bublem i stawia nas wszystkich w bardzo niekomfortowej sytuacji. Nie wiemy, co posłowie rozumieją pod pojęciem „naród polski”, nie wiemy, kto się do tego narodu ma zaliczać a kto nie… Nie wiemy nawet, czy chodzi tylko o czasy wojny, czy jednak także o penalizowanie bardziej krytycznych ocen stosunków polsko-żydowskich na przestrzeni 1000 lat. Zupełnie niejasna jest też kwestia badań naukowych – tego, który z rodzajów działalności naukowca może być uznany za pracę naukową, a który już nie.

Nie wiemy nawet chyba, czy w rozumieniu tej ustawy Paweł Śpiewak, który pisze książkę naukową, jest tym samym Pawłem Śpiewakiem, który pisze tekst do „Tygodnika Powszechnego”? 
Nie, nie wiemy. Podobnie, jak nie wiemy, czy na przykład Anna Bikont, która napisała bardzo ważną książkę o Irenie Sendlerowej, a ma tytuł magistra, „zasługuje” na to, żeby ją traktować jako przyszłego więźnia politycznego, czy też nie. To prawo oznacza absolutny regres, jeśli chodzi o myślenie w kategoriach wolności słowa, wolności wypowiedzi i kultury prawnej. Ale na tym nie koniec. Wszystkie instytucje w Polsce mówią o potrzebie edukacji historycznej, to samo chętnie powtarzają politycy. Tymczasem edukacja naprawdę nie odnosi się wyłącznie do rzeczy oczywistych – w jej ramach mówi się też czasem o sprawach trudnych. Teraz na część nauczycieli padnie strach przed 3-letnią karą więzienia.

Jak pan ocenia skutki znowelizowania ustawy? 
Doszło do sytuacji, w której Polska rzekomo walcząc o swoje dobre imię, po prostu się skompromitowała. Nasz kraj wysłał w świat kompletnie fałszywy sygnał, że czegoś się boimy, że coś chcemy ukryć, że chcemy paraliżować pracę izraelskich historyków czy osób prywatnych, które mieszkają na całym świecie i mogą mieć zupełnie inne własne doświadczenia aniżeli te, których życzyłby sobie polski rząd.

Ba, nie wiadomo nawet chyba jak ustawa odnosić by się miała do samych świadków Holokaustu i ich relacji? Wielu z nich nadal żyje… 
Tak. Żyją. I często mają naprawdę zupełnie inne wspomnienia niż te, których chciałyby nasze władze. Prokurator nie może zastępować historyków. Tymczasem ustawa właśnie taką sytuację stwarza. To prokurator ma określać, co jest pracą naukową a co nie, kto jest historykiem, a kto nie spełnia odpowiednich warunków. To także prokurator ma określać, co jest faktem historycznym, a co nim nie jest. Przecież to są niezwykle delikatne kwestie. Wchodzenie w nie z pałką – bo tak bym to określił – jest absolutnie zabójcze.Ta ustawa jest wytworem szkodliwym. I kompletnie niepotrzebnym – tym bardziej, że właściwie nie odnosi się do kwestii, która podobno była kluczowa przy jej tworzeniu – czyli do tego, by nie używać sformułowania „polskie obozy śmierci”.

Jakby pan zareagował na nowelizację ustawy, w której znalazłby się po prostu możliwie precyzyjny zapis o penalizacji współczesnego użycia frazy „polskie obozy śmierci”? 
Tu też pojawiają się pewne trudności. Jeśli kiedyś będziemy wznawiać książkę Jana Karskiego, jedno z pierwszych świadectw Holokaustu, to musimy pamiętać, że on używa tego określenia. Wtedy, w latach 40. tak się po prostu o tych obozach mówiło. Co z tym mamy zrobić? Ocenzurować Karskiego? Takiej ustawy naprawdę nie można uchwalać bezrefleksyjnie. Nadal byłbym więc bardzo ostrożny. Choćby ze względu na Jana Karskiego czy Zofię Nałkowską – bo oboje tego określenia używali. Jeżeli więc już naprawdę musimy to penalizować, to musimy też bardzo ściśle określić, jakie użycie tego sformułowania byłoby niedopuszczalne, a jakie wręcz wskazane (choćby przy cytowaniu Karskiego i Nałkowskiej). Mimo wszystko również Polacy tworzyli własne obozy koncentracyjne. Przed wojną – myślę tu o Berezie Kartuskiej. I po wojnie – dla Niemców na przykład.

Zgodzimy się jednak zapewne, że nie były to obozy śmierci ani zagłady?
Oczywiście, że nie. Nadal były to jednak bardzo nieprzyjemne obozy koncentracyjne. Dlatego właśnie nawet zakres takiej penalizacji musiałby być określony bardzo precyzyjnie, inaczej bowiem znów natychmiast wylądujemy w jakichś bezsensownych sporach.

Od lat już polskie prawo penalizuje tzw „kłamstwo oświęcimskie” czyli negację Holokaustu. 
To jest osobno karane. Zawsze zresztą można podciągnąć pod ten przepis również nadużywanie pojęcia „polskie obozy śmierci” – bo przecież jest to rodzaj kłamstwa oświęcimskiego. Ale nie robi się takich rzeczy w sposób tak niechlujny, jak w tej chwili. Patryk Jaki, który odpowiada za tę kwestię, a jest magistrem politologii, być może jednak za słabo zna prawo, choć pełni funkcję wiceministra sprawiedliwości.

Jest pan szefem Żydowskiego Instytutu Historycznego. Czy do pana albo pańskiej instytucji ktoś ze strony rządowej zwracał się z prośbą o konsultację ws. ustawy? 
Nie jestem osobą urzędową, przynajmniej w tym sensie, bym miał jakąkolwiek moc polityczną. Wydałem oświadczenie, że ustawa jest sprzeczna z zasadami dialogu, że powinno się ją w obecnym kształcie wycofać – a jeżeli prawodawca koniecznie chce tutaj rozstrzygnięć prawnych, to należy je odpowiednio starannie przygotować.

Słyszymy, że ustawa była konsultowana najszerzej, jak to tylko możliwe. 
Nie, nic z tych rzeczy.

Do ŻIH-u, rozumiem, nikt się w tej sprawie nie zwracał? 
Nie. Powiem więcej – kiedy mniej więcej dwa lata temu zaczęto mówić o tej ustawie, zwróciłem się osobnym pismem do ministra Jarosława Sellina z prośbą o to, żeby wziął w pracach nad nią pod uwagę ten szerszy kontekst – choćby działalności naukowej. Dziś widać, że jeśli nawet ktokolwiek wziął ten postulat pod uwagę, to uczyniono to w sposób wyjątkowo niechlujny.

Widzi pan korelację między kształtem ustawy a aktualnymi kierunkami polityki historycznej rządzącego obozu? 
Tak, oczywiście. To są skutki dwóch fenomenów. Po pierwsze wizji, którą proponował taki ideolog PiS, który nazywa się Bronisław Wildstein. On powtarzał, że wszelkie dyskusje na temat różnych trudnych momentów w historii polsko-żydowskiej czy polsko-ukraińskiej to przejaw pedagogiki wstydu uprawianej przez polskie elity intelektualne czy też liberalne. Skoro zaś mówienie prawdy nazywa się pedagogiką wstydu, to na dialog nakłada się cenzurę, wszelka rozmowa zostaje uniemożliwiona. Etykieta pedagogiki wstydu spycha mówienie czy pisanie o sprawach w naszej historii bolesnych w sferę działalności ideologicznej. I jest drugi fenomen. Ktoś dowcipnie zauważył, że powinna wyjść jeszcze jedna ustawa – w której zostanie w sposób niepodważalny napisane, że Polacy byli zawsze narodem niewinnym i szlachetnym. I że od czasów bitwy pod Cedynią aż po dziś dzień zawsze zachowywali się w sposób godny i sprawiedliwy. Taka ustawa niewątpliwie raz na zawsze rozstrzygnęłaby spory. Otóż – ten żart jest nawet zabawny, ale kiedy spojrzymy na politykę historyczną w wydaniu uprawianym na przykład przez Antoniego Macierewicza, to widzimy, że w pełni odpowiada ona właśnie temu opisowi. To jest typowy dla nacjonalistów – a dla polskich nacjonalistów w szczególności – sposób podchodzenia do własnej przeszłości.

To niewątpliwie trafia w jakieś czułe społeczne struny. Skąd w części Polaków potrzeba czucia się spadkobiercami tylko i wyłącznie tych kilku tysięcy Sprawiedliwych wśród Narodów Świata lub podobnej liczby Żołnierzy Wyklętych? 
Jeśli chodzi o Sprawiedliwych, to jest w ostatnim czasie dość szerokie zjawisko, wykraczające poza samą Polskę. Widać w Europie pewną wyraźną próbę poszerzenia myślenia o tym, ilu było ludzi, którzy jednak pomogli, w Holandii, Belgii, we Francji czy innych krajach. Tylko że w polskiej wersji to mi się to mocno kojarzy raczej z Marcem 1968 roku. Wtedy w trakcie kampanii antysemickiej – a była to przecież jawna i brutalna kampania – bez przerwy powtarzano: nam nie można zarzucić żadnego antysemityzmu, skoro to przecież my, naród polski, przez całą wojnę pomagaliśmy Żydom i byliśmy Sprawiedliwi. Właśnie tego argumentu używano do usprawiedliwiania najbardziej niegodziwej propagandy. Być może ja za dużo pamiętam i za dużo wiem. Ale bardzo bym nie chciał, żeby to się w jakikolwiek sposób powtórzyło. A kiedy słyszę dziś Ziemkiewicza, który jest po prostu zwykłym antysemitą, mówiącego o „żydowskich obozach śmierci” albo używającego określenia „parchy”, to mam dokładnie takie wrażenie. Że ktoś chce używać pamięci o Sprawiedliwych tylko po to, żeby sobie w ten sposób stworzyć podstawy do następującego rozumowania: „Skoro jestem z pochodzenia Sprawiedliwy, to mam prawo do mówienia największych głupot na temat stosunków polsko-żydowskich”. Jest w tym więc i taki aspekt.

A nie jest tak, że mimo tego typu postaw jednak znacznie więcej dziś wiemy na temat tego, jak wyglądała prawda o stosunkach polsko-żydowskich. 
Jeszcze niedawno wydawało się, że w Polsce stało się jednak pod tym względem coś ważnego. Że w stosunku do dawniejszych okresów, wiedza o Żydach, Zagładzie i stosunkach polsko-żydowskich stała się w ciągu tych 25 lat dość szeroka, w każdym razie szersza niż kiedykolwiek wcześniej. Zarazem ukształtowała się – czego na tę skalę nigdy wcześniej w historii Polski nie było – naprawdę silna grupa osób, które mają zdecydowanie anty-antysemickie przekonania, zdają sobie sprawę że jest to jeden z zasadniczych problem polskiej tożsamości i że trzeba mu się przeciwstawiać. W tym sensie zaszły w ostatnich dekadach również bardzo pozytywne procesy.

Nie ma pan wrażenia, że za chwilę zwolenników wizji historii Polski jako opowieści o niewinności i moralnej nieskazitelności czekać będzie lodowaty historyczny prysznic? Lista miejscowości, w których doszło do zdarzeń podobnych do zbrodni w Jedwabnem, jest coraz dłuższa, coraz bardziej wnikliwie czytane są przez historyków akta tzw. „sierpniówek” odtajnione stosunkowo niedawno, powstają kolejne publikacje. To może nas przytłoczyć. 
Tego jest już naprawdę sporo, owszem. Nie ulega oczywiście żadnej wątpliwości, że tego wszystkiego by nie było, gdyby nie Niemcy i ich polityka likwidacji Żydów. Ale nie da się też dyskutować co do działalności szmalcowników czy biernej postawy większości Polaków wobec Holokaustu. Żaden prokurator faktów nie zmieni. Odwoływanie się do racji siły zamiast argumentów jest po prostu żałosne.

Czeka nas teraz realny, głęboki kryzys w relacjach polsko-żydowskich i polsko-izraelskich? 
Wydaje mi się, że tak. Przez lata współpracy udało nam się trochę zmienić nastawienie Izraelczyków wobec Polski – a zresztą Polaków wobec Izraela również. Teraz atmosfera napięcia i wzajemnej podejrzliwości została obudzona na nowo. Nie będzie łatwo tego z dnia na dzień wyciszyć. O trudnych dla Polaków faktach historycznych donoszą dziś w Izraelu gazety codzienne, rozmawia się o tym w sieci. To zdecydowanie nie jest dobry efekt. W internecie, liczba komentarzy o „polskich obozach śmierci” sięgnęła już milionów. Polscy rządzący zrobili wielką krzywdę i Polsce i samym sobie. Jest też coś jeszcze. Dla polskiej prawicy ogromnym problemem zawsze była ta dość silna etykietka antysemityzmu czy pociągu do antysemickich idei. Wystarczy popatrzeć na partie z kręgu Narodowej Demokracji, na Romana Dmowskiego, który był obsesyjnym antysemitą. I dziś mamy oczywiście kontynuatorów tej postawy, ale PiS próbował jednak dość konsekwentnie zmienić obraz polskiej prawicy pod tym względem.

Obu braci Kaczyńskich nie sposób oskarżać o antysemityzm. 
Tak, oni bardzo dbali o to, żeby do PiS tej antysemickiej etykietki nie dało się przykleić. Mam zresztą wrażenie, że w ich wypadku to zawsze było bardzo autentyczne. Teraz wystarczyło jedno takie wydarzenie, by ci, którzy obserwują nas z zewnątrz, zakrzyknęli „o, wyszło szydło z worka”. Strzał w stopę – inaczej tego określić się nie da. Typowe działanie polityków, którym zabrakło zdolności przewidywania reakcji na własne działania, być może zwykłe nieuctwo.

MSZ podobno ostrzegał. 
Tak, ale tak naprawdę to nic o tym nie wiemy. Wiemy tylko, że charge de affaires w ambasadzie Polski w Izraelu używa w tej chwili Twittera do odszczekiwania się Likudowi. Nie na tym polega rola dyplomaty. Ewidentnie są tu jakieś gigantyczne nieporozumienia. I jak na razie nie widziałem, żeby MSZ – czy tutaj, czy na poziomie ambasady – zachowywał się w tej sprawie rozsądnie.

Gdyby ktoś pana zapytał o radę, jak rozwiązać ten kryzys, to co by pan sugerował? 
Wrzucić tę ustawę do kosza. Wiem, że to jest trudne, bo oznacza utratę twarzy. Ale w tej sytuacji nie pozostaje już chyba nic innego, by to napięcie załagodzić. Ewentualnie można się zastanawiać nad sprowadzeniem nowelizacji do bardzo precyzyjnego zapisu o penalizacji użycia frazy „polskie obozy śmierci” i przypisywania Polakom odpowiedzialności za funkcjonowanie w Polsce niemieckich obozów zagłady. Tak ograniczony zapis zapewne dałoby się obronić. Ale reszty już nie.

Nie liczy pan, jak widzę, na Macieja Świrskiego, Polską Fundację Narodową i ich 230 milionów na obronę wizerunku Polski? 
Pan Świrski niewątpliwie chciałby się wzorować na loży antydyfamacyjnej B’nai B’rith – powołanej w połowie XIX wieku do obrony dobrego imienia społeczności żydowskiej, dziś broniącej też wizerunku Izraela. Jego organizacja a później pomysł na fundację to w pewnym sensie kopie tego żydowskiego pomysłu. Problem w tym, że pan Świrski chyba nie bardzo ma przemyślane, czym tak naprawdę jest to dobre imię Polski. W tej ustawie nie chodziło o obronę dobrego imienia Polski, tylko o to, by zamknąć Grossa – a przynajmniej uniemożliwić mu występy publiczne w Polsce. To naprawdę nie jest obrona dobrego imienia Polski – najwyżej obrona własnego, dość mocno ograniczonego punktu widzenia.

Za nieco ponad miesiąc okrągła, 50. rocznica wydarzeń Marca’68 roku. Mamy jeszcze jakiekolwiek szanse na to, by obchodzić ją inaczej niż w cieniu dyskusji o ustawie i wojennej historii Polaków i Żydów? 
Nie mamy szans. Przyjedzie bardzo wielu emigrantów, przyjadą ich dzieci. To będzie naturalny temat rozmów i debaty publicznej. Jednocześnie mamy w Polsce problem z ponownym pojawieniem się w sferze publicznej języka faszystowskiego, problem z ONR-em i innymi organizacjami skrajnej prawicy. Mamy też problem z tym, że ten ekstremizm wciąż nie jest przez władze traktowany jako realne zagrożenie – wbrew logice i doświadczeniu historycznemu. Przez wielu w Polsce ten temat jest traktowany zadziwiająco lekko, na co zwrócił w ostatnich dniach uwagę bp Tadeusz Pieronek. Nie będę więc się dziwił, jeśli ci, którzy przyjadą do Polski na rocznicę Marca, będą rozglądać się dookoła i od razu odnajdywać analogie z rzeczywistością sprzed lat.

Sugeruje pan, że rocznica Marca’68 roku upłynie nam w duchu, powiedzmy, rekonstrukcyjnym? 
O tak, grupa rekonstrukcyjna Marca 1968 roku z Ziemkiewiczem na czele na pewno stawi się we właściwym miejscu po to, żeby szerzyć nienawiść. To nie ulega wątpliwości.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Battle Over University Decision to Ban ‘Students for Justice in Palestine’

Legal Battle Heats Up Over Fordham University Decision to Ban ‘Students for Justice in Palestine’

Shiri Moshe


Fordham University, Lincoln Center. Photo: Fordham website.

Fordham University in New York on Wednesday called on a judge to dismiss a lawsuit filed over its refusal to recognize a chapter of the anti-Zionist group Students for Justice in Palestine (SJP).

Four current and former students filed the motion accusing Fordham of practicing viewpoint discrimination by barring the formation of an SJP affiliate, and demanded that the university sanction the club while the case is in litigation. The private Jesuit school has argued, in turn, that SJP’s reported behavior on campuses nationwide indicate that the establishment of a local branch could be “polarizing” and pose a safety concern to students and faculty.

Justice Nancy Bannon of the New York County State Supreme Court is expected to issue a ruling at a later date.

Keith Eldredge, dean of students at Fordham’s Lincoln Center campus, announced in a December 2016 email that he would deny SJP club status, even though the school’s United Student Government voted to grant the group recognition. Under university policy, the dean has the final authority to approve or deny student clubs.

“I cannot support an organization whose sole purpose is advocating political goals of a specific group, and against a specific country, when these goals clearly conflict with and run contrary to the mission and values of the University,” Eldredge wrote at the time. “Specifically, the call for Boycott, Divestment and Sanctions of Israel presents a barrier to open dialogue and mutual learning and understanding.”

This decision was condemned by more than 100 Fordham faculty members, as well as Ahmad Awad, who spearheaded the drive to launch an SJP club on campus. Awad, who graduated last year, is now the lead plaintiff in the motion filed against his alma mater. He and his fellow petitioners — Sofia Dadap, Sapphira Lurie, and Julie Norris — are represented by Palestine Legal, the Center for Constitutional Rights (CCR), and attorney Alan Levine.

“What my peers and I care about is not simply the state of free speech protection on university campuses, though it is unconscionable that Fordham has created these conditions in which many students no longer feel safe to voice support for Palestine,” Dadap said in a statement issued by CCR following Wednesday’s hearing. “What we believe in is standing against racism and imperialism and actively promoting collective self-determination for Palestinians and all colonized peoples.”

Dima Khalidi of Palestine Legal similarly told Democracy Now! on Thursday the university’s decision amounted to “blatant censorship,” and “violated Fordham’s own guarantees to its students that it would respect their free expression and dissenting view.”

Levine further challenged the university’s decision to reject SJP over its potentially polarizing nature, pointing out that it sanctioned other clubs that could be considered controversial, such as those centered on women’s and LGBT rights.

While Fordham said it would not comment while litigation was underway, Eldredge contested these arguments in his affidavit to the court. He noted that although Fordham was a private institution, and therefore not subject to the First Amendment in the same way public universities were, it was nevertheless “not impinging on those rights.”

The decision — which Eldredge said followed consultation with multiple faculty, staff, and students, as well as his own research — was “based on the reported behavior of other [SJP] chapters on other campuses which gave me the reasonable belief that similar problematic behavior may occur on Fordham’s campus,” the dean wrote.

He argued that the proposed SJP club’s stated affiliation with a national organization that “received negative press coverage” for issues affecting campus safety at multiple universities posed a “security risk to the Fordham community due to the potential polarization attendant with an SJP chapter.”

Eldredge added that he “offered and would agree to approve a club” that advocates for Palestinian rights and the creation of a Palestinian state — including a club that shares similar views as SJP, but without a name that attracts “animosity and safety concerns.” Such a club would receive financial support, an advisor, and physical space, like other university-sanctioned groups.

However, he wrote, “petitioners did not accept that compromise.”

The students disputed this account, claiming on Wednesday that while they were asked if they would consider changing the club’s name, they were not informed that their decision would affect its recognition. They also indicated that SJP intends to abide by Fordham’s code of conduct.

Jason Morris, a Fordham professor who serves as the faculty advisor to the university’s Jewish student group Hillel, told The Algemeiner he shares “Eldredge’s concerns about the behavior of SJP chapters on other [campuses].”

He said that the problem with SJP did not stem from the group’s ideology, but the tactics it employed on campus.

“I would be equally concerned if there were a pro-settler group that wanted to form a chapter here that, like SJP, had a track record of intimidating students and faculty who disagreed with them,” Morris said.

Tammi Rossman-Benjamin, director of the campus monitoring group AMCHA Initiative, echoed these concerns in an interview with The Algemeiner.

“If Fordham is banning this group because they believe that such a group has no right to express itself because of its opinion, I think it’s problematic,” she said. “On the other hand, if the reason that they don’t want [SJP] established is that other groups that have formed [on other campuses] have a very clear pattern of engaging in behavior that actually harms students, then I think they have a right to look at that and say, ‘We don’t want that to happen on our campus.’”

“It’s narrow-minded not to look at the way in which viewpoint can be linked to behavior” such as harassment, bullying, and silencing, she added.

“The fact is, every one of our studies has found that schools with SJP groups are, depending on the year, between four and seven times more likely to have acts of anti-Jewish hostility such as assault, suppression of speech, and destruction of property,” Rossman-Benjamin said.

“The guilty party behind many of the cases that we see,” she observed, “are members of SJP.”

Rossman-Benjamin pointed out these incidents sometimes take place at SJP events, meaning that “it’s not just individuals acting of their own volition, it’s a group.”

“I think it’s wrong for Khalidi to reduce everything to viewpoint,” she said. “It’s not about viewpoint, it’s about the intolerant and unacceptable behavior of SJP members on many campuses. And for them not to admit that is very disingenuous.”

“The only question is at what point do you stop it” — before or after a group is established, Rossman-Benjamin asked. “Fordham has to decide on that line by itself.”

SJP — which claims some 200 affiliates in universities nationwide — has frequently attracted controversy for the tactics it employs on campus.

A report published by the Jerusalem Center for Public Affairs in November listed multiple instances of American Jewish students being targeted for “anti-Semitic vandalism, verbal attacks, and outright violence” by SJP members, and pointed to studies conducted by Brandeis University and the monitoring group AMCHA Initiative, which “found a correlation between the presence of SJP and a rise in campus anti-Zionism and anti-Semitism.”

Jonathan Schanzer, vice president for research at the Foundation for Defense of Democracies think tank, said in congressional testimony in 2016 that American Muslims for Palestine (AMP) is “arguably the most important sponsor and organizer” for SJP. At least seven individuals affiliated with AMP “have worked for or on behalf of organizations previously shut down or held civilly liable in the United States for providing financial support to Hamas” — namely the Holy Land Foundation, Islamic Association for Palestine, and KindHearts, Schanzer said.

SJP’s co-founder Hatem Bazian — a lecturer at the University of California, Berkeley — also serves as AMP’s national chair. Bazian has recently come under fire for sharing images featuring Jewish caricatures alongside captions such as “Ashke-Nazi,” which have been widely condemned as antisemitic. He has since apologized for the incident.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Hezbollah Criticizes Lebanon Decision to Allow Spielberg Film

Hezbollah Criticizes Lebanon Decision to Allow Spielberg Film

Reuters and Algemeiner Staff


Actress Meryl Streep, director Steven Spielberg, and actor Tom Hanks. Photo: Jeff Overs / BBC / Handout via Reuters.

Hezbollah criticized the Lebanese government on Friday for allowing cinemas to screen Steven Spielberg’s film “The Post” despite calls for a ban because of the director’s links to Israel.

The movie premiered in Beirut this week after Lebanon’s interior minister ruled against any ban.

Activists in Lebanon had campaigned against the film because Spielberg gave funds to Israel during its 2006 war with Hezbollah in Lebanon. The two countries are officially enemy states.

“We reject this decision. We consider it a mistake,” said Hassan Nasrallah, the leader of the Iran-backed Shi’ite terrorist group.
“This man announced his support for the Israeli aggression against Lebanon,” Nasrallah said in an address. “He paid Israel from his own money…to kill your children and destroy your houses.”

“The Post” dramatizes the 1971 battle by American newspapers to publish leaked documents, known as the Pentagon Papers, about the US government’s role in the Vietnam War.

Lebanon banned the film “Wonder Woman” last year over the starring role of the Israeli actress Gal Gadot.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Judasz, czyli o Polakach i Żydach

Judasz, czyli o Polakach i Żydach

Michał Augustyn


Wodzenie Judosza w Skoczowie (TOMASZ FRITZ)

Tatuaż – napis JUDE na przedramieniu – robię jesienią 2015 roku i się boję, że tatuażysta mi coś wstrzyknie, jakąś żółtaczkę albo AIDS, kiedy mu mówię, jaki chcę mieć napis. Żałosne to, że się tego boję, bo tatuażysta mówi: “Pojechałbym do Oświęcimia, bo nie byłem, ale podobno wstęp kosztuje 100 zł”.

Nie pamiętam pierwszego razu. Niech będzie, że pierwszy raz był niewinny. Taki powinien przecież być. Spaliłem więc Judasza…

Moja babcia przygotowała dla mnie Judasza w Wielki Tydzień. Lata 80. Czermna koło Jasła. Miałem z dziesięć lat. Babcię uwielbiałem; myślę, że była najlepszym człowiekiem, jakiego spotkałem. Nigdy nikogo nie skrzywdziła. Nawet trochę.

Judasz nie był kukłą, tylko kupą chrustu. Kiedy zrobiło się ciemno, podpaliliśmy go. Z górki, gdzie stał dom dziadków, pięknie było widać, jak jeden po drugim zapalają się Judasze na innych górkach w całej wsi. Nie potrafiłem ocenić, czy mój Judasz jest największy, ale był naprawdę duży i dobrze się palił.

Nie pamiętam, czy rozmawiałem z kochanymi dziadkami o tym,
dlaczego Judasz musi spłonąć.

Żyd wiecznie winny…

Mój przyszły teść wszedł do domu i wyglądał, jakby chciał kogoś skrzywdzić. Często tak wyglądał. Kochałem jego córkę, więc widziałem wszystko niewyraźnie. Początek lat 90. Piotrków Trybunalski. Zapytałem, dlaczego jest taki wściekły.

Zwymiotował czystą nienawiścią. Był oddać książki w bibliotece, która przed wojną była synagogą, spotkał wycieczkowiczów z Izraela. A może nie z Izraela.

W każdym razie teść spotkał w bibliotece grupę Żydów z zagranicy.
Krzyczał, że mają swoje państwo i żeby wypierdalali.

Teść pracował wtedy jeszcze w fabryce produkującej ciuchy; wcale nie jakieś kiepskie, ale na globalnym rynku jednak niespecjalnie atrakcyjne. Pracował w fabryce do końca; nawet wówczas, kiedy przestali mu już płacić, bo nie mieli z czego; nawet jak się udawało coś sprzedać, to w fabryce do podziału niewielkiego zysku było zbyt wielu.

Piszę o tym, by ludzie pamiętali, dlaczego fabryki upadły; kiedy nikt nie chce pamiętać, wrzody pęcznieją, ale mają z wierzchu bardzo grubą owłosioną skórę i ropa wlewa się do środka.

Teść tęsknił za komuną. Dalej tęskni. Był aktywnym fanem Edwarda Gierka, gotowym bronić komitetu wojewódzkiego; 13 grudnia 1981 roku dali mu pistolet, żeby bronił, jak będzie potrzeba. Tyle wystarczy tej charakterystyki teścia.

Nie pamiętam, czy próbowałem z nim wtedy rozmawiać. Trudno rozmawiać z kimś, kto rzyga. Na pewno rozmawiałem kiedyś ze swoją sympatyczną teściową; ja zapytałem, jak można tak nienawidzić ludzi, którzy nie zawinili i których mordowano tutaj, a ona odpowiedziała: “A jak myślisz, że dzisiaj byłoby inaczej?”.

Możliwość mordowania tu i teraz zapiera mi dech w piersiach.
Nie brałem tego pod uwagę wtedy.
Musiało zaczekać kolejnych 20 lat – do teraz.

…za to, że Żyd

Moja wychowawczyni w szkole średniej, polonistka, zabrała nas do Częstochowy na wystawę rysunków Brunona Schulza. Jej mąż był pierwszym sekretarzem PZPR w Piotrkowie Trybunalskim i dlatego mieszkali w willi i na ścianie mieli powieszony kobiecy akt. Dzisiaj taki dom, jaki oni mieli, buduje każdy wiejski polski chłopak – na kredyt albo z dopłat do krów.

Mąż mojej wychowawczyni polonistki, w wolnej Polsce był bezrobotnym, bo wbrew kłamstwom nienawistników nie wszyscy partyjni się uwłaszczyli na tym pożal się Boże majątku narodowym, co został po komunie.

Później byli koledzy partyjni załatwią mu pracę w urzędzie skarbowym, ale to przyszłość. Kiedy wychowawczyni polonistka jedzie z nami do Częstochowy, jest początek lat 90. i ona sama utrzymuje dom.

Pamiętam kilka rysunków Brunona Schulza, a później, jak idziemy na dworzec spacerem i ja idę z wychowawczynią, nie dlatego, żeby się podlizywać, tylko chciałem z kimś porozmawiać o Schulzu, a żaden z moich kolegów nie był taką rozmową zainteresowany; wychowawczyni ani lubię, ani nie lubię, idę więc z nią i ona mówi: ale wiesz, oni to byli jednak Żydami, wiesz wiadomo, że Żydzi.

Dziwne, że w ogóle nas zabrała na tę wycieczkę…

Jeszcze w liceum tato kupi mi książeczkę Jana Józefa Lipskiego:
Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy i z niej się dowiem, że tak o Żydach
piszą polscy przedwojenni faszyści: forma wielka, ale treść vel duch
antypolski, obcy, popsuty. Żyd wieczny tombak.

Nitki od taty

Mój tato wchodzi do domu, jest chyba 1989 r. albo początek 1990 r., jeszcze żyje PGR, w którym on jest inżynierem i gdzie ja się wychowałem, jakoś niedawno wieszaliśmy plakaty z Tadeuszem Mazowieckim, więc musi być 1990 r., ojciec wchodzi do domu i chce opowiedzieć dowcip: czy to prawda, że w rządzie są sami Żydzi, nieprawda jest też jeden Syryjczyk.

Ileś lat później widzę raz, kiedy mój tato nienawidzi Żydów nienawiścią czystą: scena jak wcześniej, tato mówi: Hitler wiedział, co robi. Tato się zdenerwował, że izraelskie służby specjalne zabiły jednego z przywódców Hamasu, kiedy na wózku inwalidzkim wyjeżdżał z meczetu. Nie chcę sprawdzać w sieci, kiedy to było; nie ma to żadnego znaczenia. Nie jestem pewien, że chodziło o Hamas. To też bez znaczenia.

Z tatą jest naprawdę dziwnie, bo on interesuje się innymi kulturami, religiami, coś wie. Kupuje książki. Dzięki niemu Paweł Jasienica wychowuje mnie na dobrego Polaka. Tato jest antysemitą uśmiechniętym. Mówi mi, jest początek XXI wieku: ja jestem antysemitą, ale Stasiu to jest dopiero żydożerca. Stasiu jest wójtem, a mój tato jego zastępcą, później sekretarzem gminy, a Stasio później starostą; a może już wtedy Stanisław jest starostą, bez znaczenia; tato jest ludowcem i Stanisław jest ludowcem; obydwaj z dziada pradziada.

Do taty do urzędu przychodzi Burza Karliński, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, który wrócił z emigracji z Kanady, i przynosi tacie broszurki, listy Żydów w polskim rządzie i wszędzie, jawnych i zakamuflowanych.

Od taty odchodzą różne nitki; jedna z nitek biegnie do czasu, kiedy przyjeżdża mój wujek, a brat taty Jan, który jest księdzem. Jest rok 2008 albo 2009. Wujek ksiądz przyjeżdża z kolegą – obydwaj są starzy i na co dzień mieszkają w domu starców dla księży. Wujek z kolegą odmawiają brewiarz, a później rozmawiamy i wujek mówi, że trzeba bronić polskiej ziemi, bo inaczej będzie jak z Żydami i Arabami; jeszcze nie ma wtedy histerii antyislamskiej, Arabowie są więc sojusznikami wszystkich polskich antysemitów; wujek mówi o Żydach, a jego kolega mu przytakuje.

Próbuję kontratakować, wujek jest zaskoczony, że ktoś myśli inaczej, obraża się, mówi, że jest zmęczony i idzie spać. Kolega wujka też idzie spać. Rano przy śniadaniu ze sobą nie rozmawiamy.

Kolejna nitka od taty biegnie do Grenoble, gdzie moja siostra wychodzi za mąż za Francuza. Tato już nie żyje, siostra nie chce ślubu kościelnego, bo nie wierzy w Boga w Trójcy Jedynego, jej przesympatyczny narzeczony nawet nie wie, co to za Trójca, i ma to gdzieś, moja matka strzela w urzędzie focha, wszystko jest więc w normie.

Weselnicy bawią się w pięknym domku, w górach. Są Francuzi, Rumuni, Bułgarka, no i my, Polacy, rodzina i bliscy panny młodej. Nazajutrz mam kaca, piję kawę z chrzestnym mojej siostry, ma na imię Mieczysław, bardzo go lubię. Mieczysław był dyrektorem w PGR i przełożonym mojego taty; mieszkał biednie z rodziną w prawdziwym pałacu, który historia odebrała właścicielom, zresztą Żydom; super było ich odwiedzać, bo pałacowe pokoje były wielkie, ganiało się po nich i naparzało poduszkami z dziećmi Mieczysława w wersji ekstra, a nie jak w ciasnym mieszkaniu w pgrowskim bloku, w którym dorastałem.

Mam kaca, a Mieczysław, na którego moja matka mówi Miecio, bo ona wszystkich zdrabnia, się pilnował albo zdrowie mu już nie pozwoliło, więc nie ma kaca i zagaduje mnie o historię, bo ja jestem historykiem, więc to nie dziwi. Mieczysław mówi, że dużo czyta i dopiero teraz się doczytał, kto to naprawdę w Polsce wprowadzał komunizm, któremu Mieczysław, syn polskiej wsi, był do końca wierny i już wie Mieczysław, że na pewno nie my, Polacy. Ja piję kawę, jest pięknie w tych górach okalających Grenoble, wesele było super, siostra jest zadowolona, mój nowy szwagier też, nie pamiętam już, co odpowiadam Mieczysławowi; na pewno coś odpowiadam, ale co z tego.

Są inne nitki prowadzące od taty i żadna nie prowadzi mnie do
wyjścia z labiryntu, tylko do ludzi, którzy czasami permanentnie
nienawidzą; trudno wszystkich wymienić. Moje własne nitki też
są takie. Identyczne. Po którejkolwiek bym szedł i tak dojdę do tej zarazy.

Debilny pomysł, mój

Moi uczniowie mają się przygotować do spotkania z Żydem. Uczę od kilku miesięcy i na pewno nie umiem tego robić; jest rok 2001. Nie mam pojęcia, jak rozpisać z sensem dydaktyczny cel takiego spotkania; inna sprawa, że nikt ode mnie tego nie wymaga; gimnazja dopiero ruszyły i pani dyrektor jest zadowolona, że w ogóle wszystko się jakoś toczy.

Zrobiłem z dziećmi baner: Jedna Polska, kultur wiele. Wpadam na debilny pomysł, żeby spotkanie zacząć od „świadectwa”; każdy opowie, jak i co w domu mówi się o Żydach; taki punkt wyjścia do rozmowy o stereotypach. Wystawiam dzieciaki mimowolnie na pokuszenie: one chcą być lojalne wobec rodziców, a ja wpycham je w rolę Saszki Morozowa; szóstka z WOS-u jak judaszowe srebrniki.

Mądry uczeń o imieniu Łukasz, który zawsze przeszkadza mi na lekcji, mówi: nie opowiem, co u mnie w domu myśli się o Żydach. Ma łzy w oczach. Łukasz mnie lubi i ja lubię Łukasza. Jego ojciec jest przewodniczącym Rady Gminy i ma dobrą pracę na kopalni. Naprawdę debilnie było prosić dzieci, żeby opowiadały o swoich domach.

Spotkanie z Żydem wychodzi nieźle. Nikt nie donosi na rodziców; dzieciaki zadają pytania, Żyd odpowiada. Wszyscy są zadowoleni. Po spotkaniu jemy rosół stołówkowy w gabinecie pani dyrektor: Żyd je rosół, ja jem rosół, pani dyrektor, nauczycielka WOS-u, przychodzi mój tato, urzędnik gminy odpowiedzialny za edukację, i też je rosół. Rozmowa się nie klei.

Nie wiadomo, czy rozmawiać o gminie żydowskiej, o dopiero co zakończonym spotkaniu, o wojnie, o antysemityzmie, czy jeszcze o czymś; nikt nie wpada na to, że z Żydem można rozmawiać o czymś, co nie dotyczy Żydów.

W każdym razie wtedy, w wieku lat 26, pierwszy raz widzę żywego Żyda,
choć tylko w połowie, bo mama Huberta była Żydówką polską, a tato
był Polakiem polskim nieżydowskim.

Cztery lata później pracuję w innym gimnazjum, rzecz dzieje się w Łodzi, do której wracam po roku nieobecności i belfrowania na wsi; rozmawiam o Żydach z nauczycielką Dorotą, która jest moją dobrą koleżanką i często od niej sępię fajki; zarabiam grosze i czasami nie stać mnie nawet na jedzenie, więc się nie wstydzę sępić.

Nie muszę pamiętać, od czego zaczyna się ta rozmowa. Dwóch albo dwoje Polaków, kiedy rozmawia, to zawsze w końcu dochodzi do Żydów. Może zaczęło się od Balcerowicza, bo Dorota nie lubi profesora, obwinia go za bankructwo firmy rodzinnej, którą prowadził jej ojciec w latach 80., wystarczyło wtedy produkować cokolwiek, żeby zarabiać górę inflacyjnych złotówek.

Dorota wtedy była w “Solidarności”, angażuje się przy kościele w pomoc dla rodzin internowanych. Ryzyko bankructwa w latach 80. nie istniało; prawdopodobieństwo śmierci z rąk SB też było niewielkie, patrząc na wagę opozycyjnych przedsięwzięć Doroty; jest więc Dorota w tamtym czasie, w latach 80., bezpieczna i bardzo szczęśliwa.

Kiedy z nią rozmawiam w roku 2005, Dorota już nie jest szczęśliwa, mówi: pieniądze to jest nic, widziałam całe walizki pieniędzy i co z tego; mówi: przyszedł Balcerowicz i zabrał, a ojca z bratem wpędził w alkoholizm.

Ludzie budują bardzo dziwne opowieści ze strzępków wiedzy i niewiedzy oraz dziedzicznej choroby, o której tu mowa.

Dorota mówi: ciotka ich znała przed wojną i nie miała dla nich szacunku, wie ciotka, co mówi, skoro ich znała. Reaguję niesympatycznie i zaraz jest mi wstyd, bo przecież sępię te fajki od Doroty. Pracujemy ze sobą jeszcze dwa lata i staramy się nie rozmawiać o Żydach.

Łatwo nie jest, bo dyrektor o imieniu Jerzy wpada czasem do naszej kanciapy i przynosi do poczytania chyba wszystkie prawicowe gazety jakie wychodzą; sporo w nich piszą o Żydach i to tak, jakby nic się nie zmieniło od przedwojnia. Dyrektor o imieniu Jerzy ciągle chce ze mną rozmawiać o Żydach; szkoła nosi imię Ofiar Katynia i dyrektor boi się, że jestem forpocztą, a może złogiem żydokomuny, bo mówię, co mówię, i jak zaoszczędzę na jedzeniu, to przychodzę do roboty z “Wyborczą” pod pachą; dyrektor Jerzy ciągle wypytuje dzieci, co robię na lekcjach; w końcu załatwia mi pracę w liceum i ma święty spokój.

Kraj islamofilów (już byłych)

We wszystkich szkołach, w których pracuję, rozmawiam z kolegami i koleżankami o Żydach. Na przykład z kolegą Adamem, nauczycielem muzyki, który ma żydowskie nazwisko albo niemieckie, trochę tych nazwisk w Łodzi zostało, ale oderwały się od swoich korzeni, kontekstów czy jak to zwał; homogeniczność jest przecież również kwestią wiary.

Jest rok 2002 albo 2003; Adam nie lubi Żydów; nie pamiętam już, co Adam mówi od siebie, ale to bez znaczenia. Teściowa Adama pracuje u prezydenta Kropiwnickiego, którego uważa za geniusza, i mówi Adamowi, a Adam mi powtarza słowa teściowej: Kropiwnicki to jest geniusz, że do tych Żydów lata, bo on ich przechytrzył, wykorzysta ich i to jest dowód geniuszu Kropiwnickiego.

Jest rok 2004. Żeby mieć na jedzenie, dorabiam w szkole prywatnej; są obchody likwidacji łódzkiego getta i maluję z uczniami prywatnej szkoły granice getta na chodnikach i asfalcie na Bałutach. Nie pamiętam już imion uczniów, z którymi nanoszę graffiti na chodniki i asfalt. Malujemy biały napis: “getto” albo “Litzmannstadt getto” już nie pamiętam; te napisy się wytarły; nie ich ma dzisiaj. Wtedy jest rok 2004 i się zastanawiamy, jak długo napisy przetrwają.

Na ulicy Lutomierskiej krzyczy na nas pani, która przechodzi: “Jewreje wypierdalać stąd, co wy z tymi Arabami robicie?”. Tego dnia już nikt więcej na nas nie krzyczy, nikt się też nie przyłącza do malowania. Mógłby ktoś pomyśleć, że Polska jest krajem islamofilów.

W tamtym czasie niestety angażuję się społecznie i politycznie. W liberalnej partii, do której należę, jest rok chyba 2003, kolega partyjny Jarek mówi: nie mam szacunku dla Żydów, co oni z tymi Arabami robią? Jarek jest mądry, ma doktorat, antysemityzm kolegów z partii liberalnej jest nielegalny i rzadko ktoś mówi; tym bardziej że szefową partii jest posłanka o imieniu Iwona, która w 1968 roku była pierwszym sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej i pomagała towarzyszowi Gomułce wyrzucać z Polski resztkę Żydów; antysemityzm w łódzkim oddziale liberalnej partii był więc nielegalny.

To nie przeszkadza aż tak bardzo, więc kiedy na jajeczku wielkanocnym dzielimy się jajkiem i pijemy czystą wódkę, jeden z członków koła, do którego akurat nie należę, ale to nieważne, okazuje się ojcem mojego kolegi ze studiów, który dostał robotę w IPN, i ten ojciec kolegi mówi: ja nie mam wobec nich kompleksów. Dziwaczne mieć do powiedzenia o Żydach tyle, że się nie ma kompleksów; nie bardzo rozumiem, o co mu chodzi, być może dlatego, że jestem lekko nawalony. Ktoś obok zaczyna rzygać, bo wódka i jajka to nie jest dobre małżeństwo, i już nie rozmawiam z ojcem kolegi ze studiów, który to ojciec jest członkiem tej samej co ja partii liberalnej i nie ma kompleksu wobec Żydów.

W siedzibie chadecko-narodowo-nijakiego stowarzyszenia, do którego należę, wisi Matka Boska, krzyże i chyba portret Dmowskiego, a na pewno szabla, co jest kompletnie bez sensu, bo Dmowski był przecież za nowoczesnością, ale nie szkodzi.

Siedziba jest w kamienicy, która została po Żydach; jeżeli to ma jakieś znaczenie. Andrzej, kolega ze stowarzyszenia, mówi: mój ojciec był prokuratorem za komuny i w partii był, ale to nie takie proste. Andrzej mówi: “Za co Ty Żydów, Michał, tak lubisz, nie rozumiem, wiadomo przecież, że Żydzi są odpowiedzialni za komunizm”. Jedno mówi Andrzej i drugie mówi Andrzej.

Rozmawiam z Andrzejem, który jest mądry, pisze wiersze i nawet jeden opublikował mu Robert Tekieli. Jest rok 2005. Z rozmowy jak zawsze nic nie wynika; m.in. z powodu nienawiści do Dmowskiego wypisuję się szybko ze stowarzyszenia; nie wiem, po cholerę w ogóle się zapisałem; widocznie miałem taki czas, że chciałem gdzieś bardzo przynależeć.

Jedna nitka mniej. Zawsze coś.

Zmieniam fach i jest rok 2013. Zabezpieczam wycieczkę żydowską, której nikt nie atakuje; nie było w Łodzi nawet jednego przypadku, żeby ktoś fizycznie zaatakował prawdziwego Żyda, ale wszyscy się boją, że kiedyś zaatakuje; wiadomo, dlaczego się boją, chociaż nikt głośno tego nie powie, i dlatego zabezpieczam wycieczkę.

Żydzi są zmęczeni i znudzeni; to nastolatki, którym zafundowano maraton od miejsca zagłady do miejsca zagłady, wszędzie wypada się wzruszyć, może nawet zemdleć; to musi męczyć i nudzić. Cieszy mnie widok tylu żywych Żydów, a mój kolega Marek, który też zabezpiecza, mówi: byłem wczoraj pod pomnikiem pękniętego serca, tam ich nie było, ale to pomnik naszych dzieci polskich, a nie ich żydowskich. Kiedy Żydzi odjeżdżają, gruby mundurowy w radiowozie mówi: “Wreszcie skurwysyny odjeżdżają; ciekawe, czy nasze wycieczki ktoś u nich pilnuje, ciekawe kurwa bardzo”.

Od czasu, kiedy wytatuowałem sobie na przedramieniu napis JUDE, taki sam jak nazwa łódzkiej kapeli uprawiającej industrialny łomot, muszę słuchać częściej, że ktoś coś mówi; należało to przewidzieć. Większość znajomych jest ciekawa dlaczego i żartuje, że trochę strach teraz ze mną iść na wódkę; inni całkiem serio tatuaż uznają za objaw choroby psychicznej albo mówią: obnosisz się (Żydzie); generalnie można się przyzwyczaić.

Trafiają się antysemici bezwstydni: napis ich prowokuje i wyrzygują litanię: Talmud, banki, reprywatyzacja, lasy państwowe, kryzys, lobby… każdy Polak ją zna. Wierzy albo przynajmniej słyszał u kogoś bliskiego.

Tatuaż robię jesienią 2015 roku i się boję, że tatuażysta mi coś wstrzyknie, jakąś żółtaczkę albo AIDS, kiedy mu mówię, jaki chcę mieć napis. Żałosne to, że się boję, bo tatuażysta mówi: “Pojechałbym do Oświęcimia, bo nie byłem ale podobno wstęp kosztuje 100 zł”. Jedna nitka mniej. Zawsze coś.

Martwimy się, co będzie dalej

Gdzieś po drodze moja żona mówi, że jej kolega z pracy o imieniu Miłosz mówi: jaki to antypolski film to “Pokłosie”. Nie wiem, co jest w “Pokłosiu” antypolskiego; moja żona też nie wie. Albo w “Sąsiadach” Grossa. Rozmawiam o tym z przyjacielem Krzysztofem. Krzysztof jest mądry, słucha Trójki i ma kolekcję winylowych płyt; nie wierzy też, że Jezus był Bogiem, czyli mógłby być muzułmaninem albo Żydem, gdyby nie to, że Krzysztof chyba w ogóle nie wierzy w Boga.

Krzysztof mówi: mój dziadek opowiadał, że kiedy był w wojsku przed wojną, to można było Żyda bezkarnie kopnąć w dupę. Krzysztof mówi dalej: jeżeli można było Żyda bezkarnie kopnąć w dupę, plus propaganda tak zwanego świętego ojca Maksymiliana zrobiła swoje, to chyba oczywiste, że płonęła stodoła i nie tylko.

Rozmawiamy z Krzysztofem jeszcze przez chwilę o Żydach, ale coraz ciężej nam się oddycha, więc kończymy i Krzysztof opowiada mi o swojej fascynacji Japonią. W Japonii prawdopodobnie nie ma Żydów i jest mało Polaków.

Rozmawiamy wiosną 2016 roku; nasi synowie mają bal gimnazjalny
i jesteśmy z nich dumni, to mądrzy chłopcy; przypilnowaliśmy, żeby
żaden z nich nie był zarażony i żeby nie prowadziły do nich nitki,
które nie pozwalają wyjść z labiryntu.

Teraz pilnujemy balu, żeby dzieciaki nie piły, nie daj Boże ćpały i nie paliły papierosów. Niepotrzebnie rozmawialiśmy o Żydach, bo zamiast się tylko cieszyć z tych naszych fajnych synów, martwimy się, co będzie dalej i jak się to wszystko potoczy.

W 2014 roku przychodzi proboszcz po kolędzie, mieszkam w bloku niedaleko największego w Europie żydowskiego cmentarza, niedawno się przeprowadziliśmy i proboszcz jest ciekawy nowych parafian. Parafia jest pod wezwaniem Bożej Opatrzności; nad drzwiami kościoła mamy masoński symbol: oko w piramidzie. Mnie to śmieszy.

Proboszcz jest po kolędzie i kiedy kończymy modlitwę, proboszcz mówi: a nie, ja nie byłem na cmentarzu, może się kiedyś wybiorę do nich. Proboszcz tak mówi, bo ja mówię najpierw: dobrze mieć taki cmentarz pod nosem. W tym samym 2014 roku rozmawiam z tym samym proboszczem na plebani o Polsce i proboszcz mówi: Adam Michnik nigdy nie działał dla dobra Polski. Więcej nie rozmawiamy.

Zaczyna się z muzułmanami. Jest rok 2016, jesień i na mszy ksiądz mówi: Jan III Sobieski; ale zapomina wspomnieć o polskich Tatarach, którzy mu pomogli pogonić Turków. Zapomina albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, że pomogli.

Judasz płonie oczywiście tak samo jak zawsze, tylko już nie sam; jeżeli towarzystwo ma jakieś znaczenie, kiedy się płonie.

PS Nie jestem dziennikarzem ani pisarzem. Pisanie tego tekstu mnie bardzo zmęczyło. Mam nadzieję, że ktoś to kiedyś zrobi lepiej. Ja napisałem, jak umiałem. Wszystkie postaci występujące w tekście są autentyczne.

****

Czekamy na Wasze listy@wyborcza.pl


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Liberal New York Jews Must Engage With Orthodox

Liberal New York Jews Must Engage With Orthodox — History Proves It

Shulem Deen


JEWISH NEW YORK: THE REMARKABLE HISTORY OF A CITY AND A PEOPLE
By Deborah Dash Moore
NYU Press, 512 Pages, $30

You see it everywhere now: anxiety about America’s Jewish future. Panel discussions and synagogue sermons and angsty op-eds, alarmed missives with a touch of bewilderment, all wondering about the right way forward. We’re intermarrying, assimilating, disappearing, and what should be done about it? The focus is on young people, of course. Do we send more of them to summer camp and on Birthright trips? Do we create a new and improved Judaism for them, packaged with a handy app, maybe? And what about the intermarried? Shun them, keep them or get more of them? Because there’s no way to stop intermarriage. Or is there? Maybe there’s an app for that.

The truth, as the totality of the evidence shows, is that American Jews aren’t going anywhere. What they are going to be is very, very different. Nowhere will this difference be more evident or sooner seen than in New York, capital of American Jewry. And this difference is nowhere more startling than when observed within the longer trajectory of New York’s Jewish history.

Allowing us to look back at that history is “Jewish New York,” a new volume by Deborah Dash Moore and a group of collaborators, where the chronicle of one particular night stands out.

It was Election Day 1914, and Jews on New York’s Lower East Side were hoping to elect one of the few avowed Socialists ever to run for Congress. As night fell, tens of thousands streamed toward Seward Park, opposite the 10-story Forward building, home of the leading Jewish newspaper in New York City, the Yiddish-language Forverts. As the election results came in for each district, a stereopticon projected the information onto the building, and the crowd cheered raucously for their favored candidate: Meyer London, a beloved labor lawyer who lived among the Lower East Side masses and was running for Congress on the Socialist Party ticket.

It was 2 a.m. when the results were confirmed, and Meyer London became the first Yiddish-speaking Russian Jewish immigrant elected to Congress. Strangers hugged and kissed one another, they sang the Marseillaise. Then, London himself appeared, standing on top of a car, and gave a rousing speech. A few days later, London held a victory rally at Madison Square Garden with more than 10,000 people, then went on to serve three terms in Congress, where he proposed legislation concerning unemployment, child labor, health insurance and the aging, among other issues.

These largely forgotten events in New York Jewish history marked a high point of what would be a long history of Jewish progressivism. The New York Times referred to London as the “prophet” of the Lower East Side, and socialism had purchase on many New York Jews, with institutions such as the Forward, the Workmen’s Circle and various labor unions tirelessly advocating social reforms and endorsing the Socialist Party. For decades, Jews in New York embraced a liberal Democratic platform, with echoes of early socialist fervor still calling, even as the Socialist Party’s political base largely disintegrated as anti-Communist sentiment surged following the Russian Revolution in 1917.

At the time of London’s first election bid, the Jewish population of the Greater New York area was nearly 1.7 million. Already a decade earlier, according to “Jewish New York,” New York City “constituted the largest Jewish urban community in world history.” It held that distinction through the century that followed, even as demographics shifted, and the Jews of New York took on a different character.

Meyer London

Today, a century after London’s tenure in Congress, Jewish New York is a very different place, but what has not changed is New York’s status as America’s Jewish capital. This past summer, at a Jewish Heritage Reception event at Gracie Mansion, the home of New York City’s mayor, Bill de Blasio, the mayor mentioned a recent visit by Jerusalem’s mayor, Nir Barkat. “I reminded him,” de Blasio said, “that my Jewish community is larger than his Jewish community.” Dani Dayan, Israel’s Consul General in New York, replied good-naturedly about New York being “the city that fantasizes it is the capital of the Jewish people.”

At the same time, it was that very Gracie Mansion event that made it starkly evident what a future Jewish New York will look like. A good portion of those in attendance were dressed in ultra-Orthodox or Hasidic garb. The mayor’s liaison to the Jewish community is a Hasidic Jew from Borough Park named Pinny Ringel. One could be forgiven for thinking that his liaising is primarily to the Orthodox, and not, say, to liberal Jews on the Upper West Side.

While de Blasio is a progressive, his famously cozy ties with the ultra-Orthodox are a function of pragmatism. As far as actual political sentiment, the Orthodox community leans strongly conservative. In the 2016 presidential election, Donald Trump was heavily favored among the Orthodox, the only Jewish group to give him a majority of its votes. As the Orthodox community has grown, the general political leaning of New York Jews has tilted toward the right, far afield from its old reputation as a bastion of progressivism.

The explosive growth of the Orthodox population, which is only expected to continue, will further increase this political shift to degrees we have yet to appreciate. Survey results show that 61% of Jewish children in the greater New York City area are Orthodox, and for the first time in half a century, the Jewish population of the five boroughs has increased, due entirely to the birth rate among the ultra-Orthodox.

“Jewish New York” allows us to see what is most startling in recent developments. Panning backward to the earliest Jewish settlers in New York, these recent shifts indicate not only a religious and political realignment, but also something far newer and unsettling: a politically ascendant Jewish segment that the rest of the Jewish world barely acknowledges or engages. In the past, Jews professed that we are all one people, a single family, a unit that held despite all our divisions. Now that unity is eroding. The religious, political and socioeconomic ramifications will be substantial in the years ahead.

New York Jewish history begins in September 1654, just days before Rosh Hashanah, when 23 Jewish refugees arrived in New Amsterdam from the former Dutch colony of Recife, which had just been captured by the Portuguese, who immediately expelled all Jews and Protestants. An outpost of the Dutch West India Company, New Amsterdam was governed by the anti-Semitic Peter Stuyvesant, a strict Calvinist autocrat, who wanted these Jewish refugees gone. “A deceitful race,” he called them in a letter to his superiors. The West India Company, whose board of directors included a number of Jews, instructed Stuyvesant to allow the Jewish refugees to stay, and the first community of North American Jews was established.

Or so the common narrative goes.

The truth is, these were not the first Jews in the city — there were at least four others at the time — and most of the 23 arrivals left within the year. However, more Jews arrived soon after, and when the British took the colony in 1664, Jews petitioned for the right to public worship and construct a synagogue. They first gathered in a nondescript house, establishing Congregation Shearith Jacob; in 1730, they constructed North America’s first synagogue building, renaming the community Shearith Israel, also known as the Spanish and Portuguese synagogue, which still exists, in a different location, and is active today.

Getty Images

Jewish New York has been constantly changing, which is perhaps one of its very few constants. Another more salient constant was its divisions. From the very beginning, there were tensions. Poorer Jews protested the preferred treatment given to the wealthy at Shearith Israel, where congregants of lesser means were often denied seats and forced to stand through hours of services. Ashkenazi Jews huffed about the use of Sephardic customs when Ashkenazi Jews formed a majority. During one tempestuous period, one congregant summoned another to court over a physical brawl that began with a quarrel over an open window in the women’s section, and the community issued its first and only excommunication, which was followed by a counterthreat to publish a book exposing the synagogue’s sins. As “Jewish New York” notes, at Shearith Israel, “the elders’ most difficult and time-consuming task was maintaining the peace.”

During the Revolutionary War era, Jews were both patriots and loyalists. Although much of Shearith Israel’s community joined the patriot cause and fled to Philadelphia, a couple dozen Jews remained loyal to King George III. The latter group ended up preserving Shearith Israel, holding off the British, who wanted to turn the synagogue into a hospital.

Before the Civil War, Jews of New York were either silent about or opposed to abolition, but when the war came, Jews fought on both sides. A stir took place one day in Natchez, Mississippi, when a group of Union soldiers stepped inside the synagogue; they were Jews, it turned out, and they just wanted to attend services. In 1862, Jewish soldiers of the Confederacy bought matzo in Charleston, while northern Jewish soldiers stationed in West Virginia had Seder supplies sent from Cincinnati.

After the Civil War, Jews in New York split more fiercely along religious lines, with an ascendant Reform movement challenging tradition more openly and boldly. Temple Emanu-El, the city’s first Reform congregation, introduced mixed seating for men and women, and even insisted that male congregants attend services bareheaded. In the 1880s, a series of debates between rabbis Alexander Kohut and Kaufmann Kohler around the relevance of Jewish law provoked two important events in American Judaism. The first was the Pittsburgh Conference, which produced the famous Pittsburgh Platform articulating the principles of Reform Judaism. The second was the establishment of the Jewish Theological Seminary, which was to affirm a more traditional Judaism synthesized with American culture. These events asserted New York’s centrality in American Judaism, but they also asserted Jewish cross-denominational engagement. Even in debate, there was no doubt that each side was deeply invested in where Jews went as a whole.

The turn of the 20th century brought an unprecedented wave of immigration. Some 2.5 million Jews arrived in the U.S. from Central and Eastern Europe, and a good bulk of them settled in New York. As the 20th century crept onward, New York’s Jewish demographics changed dramatically, first in the interwar period, and even more so in the post-WWII era. With the siren call of middle-class living, the suburbs beckoned, and Jewish neighborhoods all over New York were completely transformed. Heavily Jewish Brownsville, so memorably rhapsodized by Alfred Kazin in “A Walker in the City,” was largely emptied of its Jews between the late 1960s and early 1970s. Through the 1970s, the South Bronx lost more than 300,000 residents as Jews took flight from drugs, crime and abandoned buildings. Finally, the influx of Orthodox Jewish Holocaust survivors and the growth of ultra-Orthodox communities in Brooklyn transformed a population known for its political progressivism to one that is increasingly parochial and socially conservative.

Through all of this, up until several decades ago, Jews in New York remained a remarkably distinct group. The Orthodox, even at their strongest, were still a minority, and the divisions between them and the rest of the Jewish world were not so clearly stratified. A sense of Jewishness was still strong even among the assimilated. Jews also still came together during important historical events, such as the movement for Soviet Jewry. Even during periods of disharmony and acrimony, there was a recognition that these were interfamilial struggles. Despite fierce disagreements, bonds of kinship between Jews of different stripes were seldom in doubt.

The present anxieties about the American Jewish future are rooted at least partly in the results of the 2013 Pew Research Center study of American Jews, which stunned many. The nationwide survey revealed that 71% of non-Orthodox Jews in America are intermarrying and two-thirds of them aren’t raising their children as Jews. Even without intermarriage, the non-Orthodox birth rate, at 1.7, isn’t enough to maintain current numbers. Only the Orthodox are thriving, with their 4.1 children (and many more, within Haredi households), and with negligible attrition and inter- marriage rates.

Ideas are desperately being sought, and strategies for reinvigorating young Jews with an appreciation for Jewish continuity are being strenuously debated. One striking aspect of the current discourse, however, is what we’re not doing. We’re not looking at those who almost certainly will be contributing to America’s Jewish future: the Orthodox.

In a 2016 conversation on the “Judaism Unbound” podcast, Yehuda Kurtzer, president of the Shalom Hartman Institute of North America, spoke of today’s challenges to the idea of Jews as one people. One of these challenges is what Kurtzer calls the “B’nei Brak Test.” To illustrate, Kurtzer noted that he once asked a group of Jews in Palo Alto, California, how they’d feel if they encountered a group of Haredi Jews from B’nei Brak who shared neither their values not their political or religious beliefs. “Would you treat them with greater concern or empathy than your neighbors in Palo Alto who happen not to be Jewish?” Kurtzer doesn’t tell us what his Palo Alto friends said, but he himself suspects the answer is no. We might like the idea of Jewish peoplehood in theory, but in practice, the liberal progressive non-Orthodox Jew’s kinship with the Haredi Jew in B’nei Brak or Monsey or Kiryas Joel is felt tenuously at best.

I saw this tenuousness at a conference devoted to the topic “Jewish in America” last summer in Maryland. During two separate sessions, I heard several people state, in almost the exact same words, the following: American Judaism is basically an embrace of liberal progressive values. This assumption went largely unchallenged. The idea that a sizable, fast-growing group of Jews does not define its Jewishness in such terms seemed at best a matter of trivia.

There’s the old story of a man crawling on his hands and knees on a sidewalk, feeling the pavement with his hands, looking, searching. Another man passes and asks, “Sir, have you lost something?” Yes, the man on the ground says. He has lost a few valuable coins and is desperate to find them. The other man drops to his knees to assist, but after finding nothing, asks, “Are you sure this is where you lost them?”

“No,” the first man says, “I lost them a couple blocks over.” The other man looks befuddled. “Why, then, are you looking for them here?” The man on the ground looks up, irritated. “Fool,” he says, and points to the streetlamp. “This is where the light is. There’s no streetlamp on that other block.”

In some sense, it seems, we, too, are looking for what we’ve lost in the wrong place. We say we’re looking for an American Jewish future, but what we’re really looking for is an American Jewish future that is liberal and pluralistic and that embraces modernity and all the values liberal Judaism has claimed for itself. It isn’t a Jewish future we want, but a Jewish future of a certain kind. It strikes me as obvious, but it seems it needs to be said: The place to seek a Jewish future is not among people who don’t want to be Jewish. It’s among those who will be.

The common rejoinder is that Orthodoxy isn’t the Jewish future in crisis. It’s liberal Judaism we’re losing. To me, though, that’s exactly the point. We’ve given up on engaging the Orthodox on the essential values important to us as liberal Jews. We assume the Orthodox, because of their religious orientation, cannot also embrace liberal values, and so there’s no use bothering with them.

The Orthodox are often accused of delegitimizing the non-Orthodox, but the non-Orthodox world can be accused of just as great an offense: complete indifference to the Orthodox. Many of us fail Kurtzer’s “B’nai Brak Test” and don’t seem troubled by it.

Of course, the Orthodox are not a monolith, and it’s important to distinguish between Modern, Centrist and ultra-Orthodox, or Haredim. This last group has seen the most explosive growth of all, and with ongoing demographic shifts, it is distinctly possible that within an Orthodox majority, an ultra-Orthodox majority will dominate.

Ultra-Orthodoxy is a fundamentalist strain within the most conservative strains of Judaism, and, as such, it is rigid, dogmatic and, in many instances, oppressive. Ultra-Orthodoxy takes the Torah as the immutable, literal word of God, and its narrative as factual and historic. The Haredi worldview is deeply suspicious not only of the hedonistic excesses of modern life — which reasonable people can argue about — but also of the very worthiness of secular wisdom. The Gentiles have no Torah, the Talmud says, but they do have wisdom. As the Haredi community sees it, though, whatever wisdom exists among the Gentiles, let the Gentiles keep it. The irony, of course, is that ultra-Orthodoxy is as strong, as vibrant and as resilient as it is precisely because it avails itself of that secular wisdom when it needs it, and is then able to retreat to insularity when it doesn’t; it has easy access to the most advanced scientific, technological and economic infrastructure, even as it does not partake in the enterprise of furthering it.

The ultra-Orthodox would love nothing more than to be ignored by the rest of the Jewish world. Those who were raised within it but have chosen to leave it (which includes yours truly) are frequently told: Move on and good riddance, and stop pestering with your criticisms. The rest of the Jewish world can be enamored by a Chabad rabbi and his lovely wife who set up shop in Topeka, Kansas, or Calcutta, India; all one sees is the polished veneer of the warm family embrace. The unseemly undersides remain hidden in Brooklyn and Rockland County. But those of us who know the Haredi world intimately know those undersides, know how crucial it is to address them and speak up about them. What is stunning is the lack of voices joining in.

Naftuli Moster, a former Belz Hasid and executive director of Yaffed, an organization working to improve the general studies curricula in New York’s Hasidic schools, where the legal requirements for educational curricula have for decades gone ignored, has told me that his organization receives little to no support from the broader Jewish world. The vast majority of Jewish foundations have declined to support his organization for fear of antagonizing the Haredim.

A small number of other organizations exist that engage with the problems in the Haredi world, but their issues are far from the broader Jewish agenda. Footsteps, an organization that helps those who wish to explore the world outside their Haredi enclaves, with which I’ve worked closely, is a small organization that operates largely outside the mainstream Jewish organizational network. Unchained At Last, founded by a former Haredi woman who, as a teenager, was pressured into an arranged marriage that turned violently abusive, seeks to help women get out of similar situations, but it also operates largely unknown to the broader Jewish world. These — and others — are small organizations with big missions, missions that should be the purview of all Jews, but aren’t.

It’s a long way from a time when such matters would have been intra-communal concerns, and that’s worth remembering. Meyer London, the Yiddish-speaking congressman from New York, was not popular with all Jews, but all paid attention to him. In 1917, he balked at endorsing the Balfour Declaration and earned the ire of the more moneyed and powerful Jews of New York whose interests differed markedly from those of the teeming downtown tenements. Jacob Schiff, Louis Marshall, Louis Brandeis and Rabbi Stephen Wise, the leading lights of uptown Jewry and enthusiastic Zionists, spoke out fiercely against London, and he paid with a loss in the 1918 election. But London would go on to win another term in the next election. Jews in New York knew a sincere politician when they saw one, rare as it was, and even those who disagreed with him respected him.

London didn’t live to see his proposals enacted into law, although they would inspire and inform much of President Franklin Delano Roosevelt’s New Deal. London died in 1926, after he was hit by a car while crossing the street reading an Anton Chekhov short story collection. In the ambulance, he entreated his wife to make sure the car driver wasn’t charged. His body lay in state in the Forward building over the next few days, and tens of thousands filed past. A half million people attended his funeral, and he was buried in Poet’s Corner at Brooklyn’s Mount Carmel Cemetery, alongside Sholem Aleichem and Abe Cahan, the Forward’s legendary founder and editor.

Courtesy of Deborah Dash Moore / Deborah Dash Moore

“Jewish New York” is a thorough and readable work, complementing other histories of American Jewry, such as Jonathan Sarna’s sweeping “American Judaism,” or more recent works like Shari Rabin’s slim but fascinating “Jews on the Frontier.” The book also presents a world in which Jews saw its dividing lines as mutable, subject to scrutiny and debate. Today, it appears we’ve retreated into our corners with those of like mind and have little interest in engaging those with vastly different positions, let alone fight them.

However, not engaging with the Orthodox is to forfeit the ideological battle. In battles of ideas, agreeing to disagree can work as a tactic, but if it is the end goal, then it is to concede the argument. What we are facing is not only the diminishment of a vibrant liberal progressive Jewish world, but also the fortification of a politically conservative and religiously fundamentalist one. To separate the two issues is to choose the wrong block to look for the lost coins. Instead of looking for the coins elsewhere, perhaps it’s time to install new streetlamps, to engage the Orthodox and ultra-Orthodox worlds on our core values. Their ascendancy shouldn’t be frightening; it should be a reminder that we are all invested in all of us — if we indeed believe we are truly one people.

Shulem Deen is the author of ‘All Who Go Do Not Return.’


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com