Archive | April 2018

BDS Suffers Another Defeat in Spanish Court

BDS Suffers Another Defeat in Spanish Court

United with Israel Staff


Another victory was scored against BDS in a Spanish court, which ruled that a pro-boycott resolution violates the constitutional principle of equality before the law. A court in Las Palmas, Spain dealt another legal defeat to the anti-Israel BDS (Boycott, Divestment and Sanctions) campaign when it nullified the boycott decision of the City Council of Telde, an Atlantic town of 100,000 residents in the east of the island of Gran Canary.

On November 27, 2015, the City Council of Telde passed a decision committing itself to refrain from signing any political, institutional, commercial, agricultural, educational, cultural, sporting, or security agreement, contract, or covenant with Israeli public bodies, companies and organizations.

According to the Council’s declaration, targeted Israeli entities could be exempted from the boycott if they formally expressed their recognition of the “inalienable rights of the Palestinians” by agreeing and supporting the campaign’s three objectives: (1) the end of the “occupation” and “colonization” of the disputed territories; (2) the right of the Palestinian people to self-determination; and (3) the right of return of Palestinians.

As in other cities in Spain, the City Council was granted the BDS-approved seal that distinguished the town as a “Free Space of Israeli Apartheid,” under the condition that the seal to be displayed in the city’s website and in its publications. In return the City Council agreed to publicize the boycott campaign among residents and local businesses.

Further, the City Council agreed to engage in and promote an active policy of cooperation with the BDS movement in order to ensure the proper implementation of the boycott decision.

On Sunday, a Las Palmas court published a decision that annulled the boycott. The Magistrate accepted the reasoning of the Lawfare Project, which stressed that even in the absence of its enforcement, the boycott violates the constitutional principle of equality before the law.

The Las Palmas decision closely preceded two other victories against the boycott campaign: a successful suit concerning the second boycott decision passed by the City Council of Castrillón, and a judgment issued on Sunday against the boycott of the City Council of Montcada i Reixac.

These victories are part of an ongoing initiative to eliminate BDS from Spain, while the Lawfare Project’s Spanish Counsel, Ignacio Wenley Palacios, has secured his 52nd legal victory.

The Lawfare Project is a legal think tank and litigation fund that files cases against anti-Jewish and anti-Israeli discrimination around the world.

Palacios, who led the case, said that “there is, in the law, a clear separation between politics and public office where the latter is not to be converted into an instrument at the service of the former. This is especially the case when — as here and with other city council boycotts — the objective is to exclude the adversary, in a clear abuse of power that aspires to place public offices at the service of political ideas that are discriminatory and contrary to the civil rights of every citizen, while simultaneously attempting to deprive others of their freedom to hold their own personal beliefs and opinions.”

Anti-BDS and Israel advocacy organizations have seen success after success in their legal battle against the anti-Israel elements.

In the last 10 months alone, the Lawfare Project has secured some 20 writs of injunction and favorable court decisions, establishing a Spanish legal doctrine against boycotts by transnational corporations purportedly instituted to comply with international law and human rights mandates.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Homoseksualista, mąż włoskiej hrabiny. Polski książę, amerykański producent, żydowski dysydent

Homoseksualista, mąż włoskiej hrabiny. Polski książę, amerykański producent, żydowski dysydent
piątek, 30 marca 2018

FILIP MEMCHES


Zdjęcie główne: „Dybuk” w reżyserii Michała Waszyńskiego. Na zdjęciu: dybuk wstępuje w Leę (w tej roli Lili Liliana, która specjalnie na potrzeby filmu nauczyła się jidysz). Fot. archiwum

Nie sposób sobie wyobrazić polskiej kinematografii okresu międzywojennego bez Michała Waszyńskiego. Żaden twórca filmowy nie nakręcił w II RP tylu obrazów, co on.

/>„Dybuk”, reż. Michał Waszyński

Był mistrzem różnych gatunków – sukcesy odnosił zarówno reżyserując komedie, jak i dramaty. Na swoim koncie miał wielkie przeboje tamtego czasu – wystarczy wymienić: „Jego ekscelencję subiekta”, „Antka policmajstra”, „Znachora” czy „Gehennę”. Lansował takie ówczesne gwiazdy jak: Eugeniusz Bodo, Mieczysława Ćwiklińska, Adolf Dymsza, Jadwiga Smosarska.

Po wybuchu drugiej wojny światowej znalazł się na terenach okupowanych przez Armię Czerwoną. Został zesłany na Syberię. Następnie zaciągnął się do armii generała Władysława Andersa.

Dokumentował na taśmie filmowej jej szlak bojowy aż do Europy (w tym bitwę pod Monte Cassino). Te wydarzenia posłużyły mu też jako kanwa obrazu fabularnego „Wielka droga” z roku 1946, zrealizowanego za pieniądze Ośrodka Kultury i Prasy II Korpusu Polskiego.

Intrygujący i tajemniczy

Do Polski Waszyński już nie wrócił. Zrobił natomiast karierę producenta filmowego na Zachodzie. Był znaczącą postacią w Hollywood. Stał się promotorem między innymi Claudii Cardinale, Avy Gardner, Audrey Hepburn, Sophii Loren. Zmarł w roku 1965 w Madrycie.

O tym bardzo zasłużonym dla polskiej kultury XX wieku reżyserze traktuje film „Książę i dybuk” Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego. W ubiegłym roku otrzymał on nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji jako najlepszy dokument o kinie.

Kim w istocie był Michał Waszyński? – takie pytanie zdają się zadawać twórcy „Księcia i dybuka”. Odpowiedź właściwie nie pada. Choć Niewiera i Rosołowski ujawniają znane fakty, to jednak bohater ich filmu pozostaje do końca postacią intrygującą i tajemniczą. Dlatego mamy do czynienia z pasjonującą opowieścią.

Aktorzy Eugeniusz Bodo (z lewej) i Adam Brodzisz (z prawej) w towarzystwie reżysera Michała Waszyńskiego (w środku) podczas realizacji filmu „Głos pustyni”, rok 1932. Fot. NAC-IKC

Urodzony w roku 1904 w Kowlu na Wołyniu Waszyński naprawdę nazywał się Mosze Waks. Pochodził z żydowskiej rodziny, wychowującej go zgodnie z zasadami judaizmu. Młody Waks uważał jednak religię i tradycję za okowy, z których chciał się wyzwolić. W latach 20. znalazł się w Warszawie i już jako Michał Waszyński rozpoczął karierę w kinematografii.

Przez całe swoje dorosłe życie próbował kreować siebie jako kogoś innego niż był.

Przedstawiał się jako Polak i katolik – po wojnie na Zachodzie ludzie brali go za polskiego księcia, który w swojej, opanowanej przez komunistów, ojczyźnie pozostawił wielki majątek.

Był homoseksualistą – czego bynajmniej w środowisku artystycznym nie krył już w międzywojniu – ale ożenił się z dużo starszą od siebie włoską arystokratką, hrabiną Marią Dolores Tarantini. Ta wkrótce po ślubie zmarła, a wdowiec odziedziczył po niej olbrzymią fortunę.

Jako Żyd Waszyński bynajmniej nie wzdragał się przed pracą we frankistowskiej Hiszpanii. A przecież miała ona wśród coraz bardziej wpływowych w kulturze europejskiej ludzi lewicy opinię kraju rządzonego przez antysemitów.

Chasydyzm i kabała

Nasuwają się skojarzenia z Zeligiem, tytułowym bohaterem komedii Woody’ego Allena z roku 1983, o czym zresztą Niewiera i Rosołowski mówili w jednym z wywiadów. Przypomnijmy, że chodzi o postać mężczyzny wykazującego cechy kameleona. W sposób nadzwyczajny Zelig upodabniał się pod względem zachowań, a nawet wyglądu fizycznego, do osób wśród których przebywał.

 

Jeśli tak, to Waszyński był wręcz archetypicznym przypadkiem Żyda, który w swojej tożsamości narodowej (a w tym przypadku również i religijnej) upatrywał czegoś, co go upośledzało. Ale znamienne, że chcąc pozbyć się tego rzekomego brzemienia nie wybrał kosmopolityzmu, nie zgłosił akcesu choćby do ruchu komunistycznego, co uczynił inny polski reżyser pochodzenia żydowskiego Aleksander Ford. Filmy Waszyńskiego poświęcone armii generała Andersa mogły świadczyć o polskim patriotyzmie tego twórcy.

A jednak Niewiera i Rosołowski przekonująco pokazują, że Michał Waszyński w głębi duszy pozostał Mosze Waksem. Bądź co bądź to on nakręcił jeden z najbardziej niesamowitych filmów polskich okresu międzywojennego – „Dybuka”.

Ten obraz z roku 1937 był ekranizacją dramatu Szymona An-skiego pod tym samym tytułem. Został zrealizowany w jidysz, jego targetem mieli być Żydzi.

„Dybuk” nawiązywał do mistycyzmu żydowskiego, do chasydyzmu i kabały. Opowiadał o dwóch przyjaciołach, Nissenie i Senderze, którzy złożyli sobie obietnicę, że jeśli ich dzieci będą odmiennej płci, wówczas, gdy dorosną, zawrą małżeństwo.

I rzeczywiście, Senderowi urodziła się córka Lea, a Nissenowi syn Chonen. Tyle że matka Lei umarła przy porodzie, natomiast Nissen utonął w rzece.

Po 18 latach Chonen przypadkiem poznał Leę i się w niej zakochał. Z wzajemnością. Ale Sender nie zamierzał dotrzymać dawnej obietnicy. Stał się bogatym człowiekiem i chciał wydać córkę, wbrew jej woli, za kogoś majętnego.

W tej sytuacji Chonen, pragnąc zdobyć Leę, uciekł się do magicznych zaklęć. Odrzucił Boga, wezwał na pomoc szatana. I – rażony ponadnaturalną siłą – padł trupem.

Kiedy nadszedł dzień ślubu Lei, duch zmarłego Chonena – dybuk – wstąpił w nią. Nawet sławny cadyk z Miropola okazał się wobec tej sytuacji bezradny. Lea umarła i połączyła się z ukochanym na zawsze.

Reguły i uczucia

Można „Dybuka” interpretować w kategoriach melodramatu. To film o nieszczęśliwej, romantycznej miłości, nie znajdującej dla siebie miejsca w patriarchalnym świecie, w którym władzę sprawuje pieniądz.

Ale można na ten obraz spojrzeć też z innej strony. To opowieść o żydowskim poczuciu wyobcowania. O parze nieszczęśliwych kochanków, dla których świat władzy patriarchalnych Żydów, jest – paradoksalnie – tym samym, czym dla narodu żydowskiego świat nieprzyjaznych mu gojów. Dopiero śmierć Chonena i Lei oznacza ich powrót do Ziemi Obiecanej, gdzie już nie muszą żyć wbrew własnym uczuciom, wbrew regułom, które im narzuca ten świat.

Waszyński nie odciął się od swojej tożsamości, nie przestał być Mosze Waksem. Jednak swoją niechęć do tradycyjnej społeczności żydowskiej wyraził za pośrednictwem filmu odwołującego się właśnie do żydowskiego kodu kulturowego.

Został żydowskim dysydentem. Takim, który nie chciał mieć nic wspólnego z wiarą swoich przodków. Ale nie mógł zarazem oszukać samego siebie, że przestała ona być dla niego ważnym punktem odniesienia.

– Filip Memches


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 

Żydowski Instytut Historyczny – Newsletter 5 – 12 kwietnia 2018

Newsletter 5 – 12 kwietnia 2018

Żydowski Instytut Historyczny


POSTANOWILIŚMY UCZYNIĆ WSZYSTKO, ŻEBY ZACHOWAĆ INSTYTUT PRZY ŻYCIU…

Instytut, choć z uszczuplonymi zbiorami, jednak przetrwał wydarzenia marca’68, mimo że jego trwanie w tak dramatycznych warunkach nie dla wszystkich Żydów było oczywiste i sensowne. Za granicą podnosiły się głosy wzywające do bojkotu ŻIH. Marzec na pewno go zmienił: jego związki

ze społecznością żydowską, której przedtem był częścią, stawały się z czasem coraz bardziej złożone. Także Zagłada, jako oczywisty i pierwszoplanowy przedmiot badań, straciła swoje znaczenie…

Dalszy ciąg publikacji prezentującej losy Żydowskiego Instytutu Historycznego po 1968 roku.

RÓWIEŚNICZKI – O KOBIETACH Z ONEG SZABAT
5 kwietnia 2018, godz. 18.00

Na kilkadziesiąt osób związanych z Oneg Szabat zaledwie kilka to kobiety. O czterech z nich opowiadać będą współczesne badaczki i projektantka pracująca przy wystawie. Każda sama wybrała bohaterkę swojej opowieści.

O Racheli Auerbach, Cecylii Słapakowej, Gustawie Jareckiej i Geli Seksztajn-Lichtensztajn rozmawiać będą: Karolina Szymaniak, Katarzyna Person, Ania Duńczyk-Szulc i Aneta Faner.

Spotkanie poprowadzi Anna Sańczuk, autorka tekstu o Rówieśniczkach opublikowanego w Wysokich Obcasach.

Spotkanie jest elementem Programu Oneg Szabat realizowanego wspólnie przez ŻIH i Stowarzyszenie ŻIH w Polsce.

POD PRĄD. POWSZECHNY ŻYDOWSKI ZWIĄZEK ROBOTNICZY BUND W POLSCE W LATACH 1918-1939
10 kwietnia 2018, godz. 11.00

Dyskusja wokół książki Gertrud Pickhan współorganizowana przez Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie i ŻIH.

Powszechny Żydowski Związek Robotniczy, zwany w skrócie Bundem, był jedną z najważniejszych politycznych reprezentacji mniejszości żydowskiej w Polsce w okresie międzywojennym. Jako wspólnota oparta na wspólnych przekonaniach i solidarności wniósł on również istotny wkład w rozkwit kultury jidysz w Polsce. Ponadto żydowska partia robotnicza wyróżniała się wysoko rozwiniętą polityczną kulturą refleksji i ścierania się opinii. Gertrud Pickhan demonstruje w swojej monografii, jak Bund za sprawą koncepcji autonomii narodowo-kulturalnej i praktykowanej wielokulturowości znacznie wyprzedził swój czas.

W dyskusji moderowanej przez dr hab. Joannę Nalewajko-Kulikov udział wezmą: prof. dr hab. Gertrud Pickhan, autorka książki, dr Jürgen Hensel, dr Piotr Kendziorek z ŻIH, dr Martyna Rusiniak-Karwat (Instytut Studiów Politycznych PAN) i dr Kamil Piskała (Instytut Historii UŁ).

 CYKL KINO JIDYSZ: FILM “DROGA MŁODYCH” (JID. MIR KUMEN ON) Z 1936 ROKU
10 kwietnia 2018, godz. 19.00

Film przedstawia życie codzienne Sanatorium im. Włodzimierza Medema w podwarszawskim Miedzeszynie, stosowane tam nowatorskie metody wychowawcze i lecznicze. W latach 1926–1939 leczyło się w nim prawie 10000 zagrożonych gruźlicą dzieci z ubogich robotniczych rodzin żydowskich. W 1942 roku pracownicy i podopieczni sanatorium zostali przewiezieni do obozu zagłady w Treblince.

Wydarzenie organizowane przez Filmotekę Narodową – Instytut Audiowizualny i Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma.

Wszystkich zainteresowanych prosimy o kontakt z kinem Iluzjon: tel. +48 22 848 33 33,
e-mail: iluzjon.rezerwacje@fn.org.pl. 

 SYMBOLE JUDAIZMU – SYMBOLE LUDZKOŚCI 
12 kwietnia 2018, godz. 18.00

Spotkanie będzie próbą ukazania genezy i wielości znaczeń kryjących się w czterech ważnych dla Żydów symbolach: drzewie życia, menorze, lwie Judy i gwieździe (tarczy) Dawida.

Są to symbole występujące pod różnymi nazwami w wielu kulturach, niezależnie od czasu i miejsca, toteż ich analiza pozwala wejrzeć w system podobieństw i powiązań tworzących ponadhistoryczne, duchowe dziedzictwo ludzkości.

Spotkanie poprowadzi dr Paweł Fijałkowski z ŻIH.

Wydarzenie towarzyszące ekspozycji „Bejt tfila – Dom modlitwy”. Więcej na temat wystawy:http://bit.ly/Bejt_tfila

WYSTAWA STAŁA „CZEGO NIE MOGLIŚMY WYKRZYCZEĆ ŚWIATU” POŚWIĘCONA
TWÓRCOM I LOSOM PODZIEMNEGO ARCHIWUM GETTA WARSZAWY

Na wystawie po raz pierwszy udostępniamy dokumenty Podziemnego Archiwum Getta Warszawy. Wystawa jest jednym z kluczowych elementów programu Oneg Szabat.Tłomackie 3/5, siedziba Żydowskiego Instytutu im. Emanuela Ringelbluma i Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce. Zapraszamy!

 
Wszystkie osoby pragnące nas odwiedzić proszone są o zakup biletu przez stronę www.tickets.jhi.pl

Oprowadzanie po wystawie odbywa się dwa razy dziennie od poniedziałku do piątku: o godz. 11:00 po angielsku i o godz. 14:00 po polsku.

BADANIE OPINII NA TEMAT WYSTAWY STAŁEJ W ŻIH

Zapraszamy do wypełnienia naszej ankiety internetowej! 

Celem badania jest poznanie Państwa opinii na temat wystawy stałej „Czego mogliśmy wykrzyczeć światu” oraz wystawy czasowej w Żydowskim Instytucie Historycznym im. Emanuela Ringelbluma. 
Odpowiedź na nasze pytania zajmie Państwu ok. 5 minut. Ankieta jest anonimowa.

GODZINY OTWARCIA I CENY BILETÓW

WYSTAWA STAŁA
Poniedziałek – Piątek: 09:00 – 18:00
Niedziela: 10:00 – 18:00
Ostatnie wejście o godzinie 17:00.
 
CZYTELNIA
Poniedziałek – Czwartek: 09.00 – 19.00

Piątek: 09.00 – 15.00

CENY BILETÓW
Bilet normalny – 12zł (indywidualny), 10 zł (grupowy)

Bilet ulgowy – 7zł (indywidualny), 6 zł (grupowy)

 Bilet z przewodnikiem PL – 20zł

Bilet z przewodnikiem ANG – 30zł

W niedzielę zwiedzanie wystawy jest bezpłatne.
Jako że limit osób odwiedzających wystawę na daną godzinę to tylko 35 osób, prosimy o rezerwowanie także darmowych biletów na stronie www.tickets.jhi.pl
Bilet otrzymają Państwo drogą elektroniczną! 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


PRECZ Z ROKIEM 1989! CZYLI JAK POLSKA PRAWICA ŚWIĘTUJE 50 ROCZNICĘ ROKU 1968

KrytykaPolityczna.plPRECZ Z ROKIEM 1989! CZYLI JAK POLSKA PRAWICA ŚWIĘTUJE 50 ROCZNICĘ ROKU 1968

DAVID OST


“Kiedy jednak prawica zaczyna włączać w swe szeregi jawnych antysemitów (jak ma to miejsce dziś), a lewica zaczyna skupiać się na antysemityzmie i nietolerancji jako złym dziedzictwie roku 1968, wówczas pamięć roku 1968 może faktycznie stać się kontrowersyjna. Nawet konserwatyści mogą stać się w takim przypadku „wojownikami”, potępiając wszystkich domagających się potępienia antysemityzmu jako niepatriotów. To z kolei popchnie również lewicę na pozycję „wojowników” głoszących, że rok 1968 był heroicznym bojem przeciw nietolerancji.”

* * *

David Ost

Na czym polega osobliwość polskiego roku ’68 i co może zmienić w pamięci o nim niedawna ustawa o IPN?

Jedną z osobliwości wyróżniających polski rok 1968 po półwieczu jest to, że nikt nie potępia go jako początku jakiegoś ruchu czy trendu, który należałoby dziś odwrócić. To tym bardziej zaskakujące, że radykalnie prawicowy rząd sprawujący dziś władzę w Polsce zdecydowany jest demontować instytucje demokratyczne i forsować tradycjonalistyczną kontrrewolucję kulturalną przeciwko sekularyzmowi, feminizmowi i rzekomo rozpasanemu antypatriotycznemu liberalizmowi. A czy w roku 1968 na całym świecie nie chodziło właśnie o nowe sfery wolności, radykalną demokrację i budowanie kontrkultury?

Otóż nie w Polsce. W Polsce 2018 roku trwa wojna kulturowa, ale jej „postępowa” strona mogła forsować swoją wizję dopiero po roku 1989. Wygląda to zatem tak, jakby rok 1968 był dla dzisiejszej prawicy wrogiem widmowym. Ludzie związani z Prawem i Sprawiedliwością nie mogą potępić ówczesnych protestów studenckich, gdyż były one wymierzone w komunistyczną władzę (i przez nią zdławione). Nie mogą również ich opiewać, gdyż wydarzenia te były jednak zdominowane przez lewicę. Prawica kieruje więc swój dzisiejszy gniew na rok 1989, w tym właśnie momencie upatrując wprowadzenia „postkomunistycznego liberalizmu” (inni nazywają to po prostu „kapitalistyczną demokracją liberalną”), który tak bardzo chcieliby odesłać do lamusa. To jednak zawoalowany atak także na rok 1968, gdyż to ludzie tamtego pokolenia odegrali kluczowe role w transformacji roku 1989. Wynegocjowali koniec rządów komunistycznych, mieli wpływ na tworzenie rządu Mazowieckiego, a potem promowali demokrację liberalną i sprzyjali tworzeniu progresywnej kultury – robili zatem dwie rzeczy, które dzisiejsza prawica uznaje za godne potępienia. Prawica upamiętnia więc rok 1968 ciszą, nie pogardą. Żaden polski Houellebecq nie próbuje wymazać dziedzictwa tamtego czasu. Szkalowanie zarezerwowano dla roku 1989. […]

Wyjątkowe w polskim roku 1968 było też to, jak krótko trwał. Zaczął się w styczniu, a skończył w zasadzie w marcu. Potem były już tylko represje – tak dotkliwe, że według wspomnień studentki z prowincji, która na Uniwersytet Warszawski wstąpiła jesienią 1968 roku, już wtedy niemal nie było jak się dowiedzieć, co tak naprawdę zaszło: „Pytałam wszędzie dookoła, ale wszyscy bali się mówić”. Wszędzie indziej na świecie rok 1968 potrwał dłużej. Nawet wówczas, gdy protesty wygasły, gorące dyskusje o samych wydarzeniach trwały dalej. W większości krajów rzeczywiste wstrząsy polityczne i kulturowe były dopiero efektem roku 1968, ujawniając się w latach kolejnych. W Polsce rok 1968 się zaczął i skończył, a przez kolejne 12 lat niczego na ten temat nie można było powiedzieć publicznie. Aktywistów poddano represjom, zaś publiczną pamięć o nich zduszono w zarodku. Ironią losu, właśnie dzięki temu rok 1968 znalazł swą kontynuację jako polityczny ruch opozycyjny, ale już nie jako kontrkultura. Ta bowiem wymaga stałej obecności w sferze publicznej. Musi być promowana w mediach, które mają polityczną swobodę jej pokazywania i gospodarczy interes w jej upowszechnianiu. PZPR blokowała tę pierwszą kwestię, zaś brak prywatnych mediów i korporacji – zdolnych czerpać z kontrkultury zysk – wykluczał drugą. Nie było zatem odpowiednika tego, co Daniel Bell nazwał „kulturowymi sprzecznościami kapitalizmu”, względnie ekonomicznych korzyści z promowania transgresji i sprzeciwu. To oczywiście sprawiło, że rok 1968 okazał się niemożliwy do kooptacji przez system. Ci, którzy podtrzymywali jego dziedzictwo i walczyli o jego pamięć, musieli czynić to na własny rachunek, przez środowiskowe sieci i publikacje podziemnego samizdatu. To wszystko sprawia, że tak naprawdę tylko liberalna lewica wciąż pielęgnuje pamięć roku 1968. Konserwatyści wolą ją ignorować, antykapitalistyczna lewica go żałuje, a większość Polaków wciąż niewiele o nim wie. […]

ROK 1989 JAKO 1968

Jak mamy rozumieć tezę, że rok 1968 – w szerokim sensie oznaczający przełom w polityce i kulturze – w Polsce wydarzył się dopiero w roku 1989? Jako pierwsi podobne twierdzenie wysunęli teoretycy systemu-świata skupieni wokół Immanuela Wallersteina w prowokującym artykule o równie prowokującym tytule Rok 1989: kontynuacja 1968. Ich argumentacja wiąże się ze strukturą klasową i mówi o nowym typie siły roboczej wymagającej nowych struktur, które uwalniałyby potencjał dla jej nowych umiejętności. W tym sensie rok 1968 przyniósł rewoltę „nowej inteligencji zawodowej”, zaangażowanej w procesy produkcji w coraz większym stopniu „wbrew instytucjom, które ją stworzyły, aby następnie dławić jej dalszy rozwój”. Francja i Włochy ostatecznie posiadały jednak struktury zdolne wchłonąć te nowe siły wytwórcze, ale już np. w Czechosłowacji czy w Polsce reżim starał się je stłumić. Próby te jednak uczyniły ruchy tych nowych klas jeszcze bardziej zdeterminowanymi i jeszcze potężniejszymi. „Ostatecznie ruchu tego nie dało się już ograniczyć i część władzy trzeba było przekazać «Solidarności»: zaczął się rok 1989”.

Abstrahując od wymiaru klasowego, widzimy jednak, że także pod względem kulturowym i politycznym rok 1968 tak naprawdę nastąpił tu dopiero 21 lat później. Zastanówmy się bowiem, jak wygląda typowa pamięć o roku 1968 na Zachodzie: to początek rewolucji kulturowej i moment, kiedy polityka przestała być domeną wyłącznie zawodowych polityków. Akceptacja nonkonformizmu, rewolucja w obszarze życia osobistego kulminująca w postaci feminizmu, bunt przeciwko tradycji i transformacja polityczna, którą charakteryzuje wejście do gry nowych roszczeń i rozkwit nowych ruchów społecznych: wszystkie te składniki „globalnego” roku 1968 stały się realną możliwością w Europie Wschodniej dopiero w roku 1989.

Tę drugą sferę poznaliśmy jako „społeczeństwo obywatelskie” w dużej mierze dlatego, że to wschodnioeuropejscy opozycjoniści po roku 1968 domagali się, by pozwolono tej sferze zaistnieć. Państwa socjalistyczne nie mogły do tego dopuścić. Pozostając w ciągłej sprzeczności z leninowską zasadą monopolu władzy partii i z realiami gospodarki centralnie planowanej, niezależne społeczeństwo obywatelskie zagrażało całemu systemowi – dlatego zdławiono je wkrótce po Praskiej Wiośnie w Czechosłowacji i po powstaniu „Solidarności” w Polsce. Społeczeństwo obywatelskie mogło zatem się rozwinąć dopiero w roku 1989 – i tak też się stało. Dopiero wtedy zawodowa inteligencja, do której odwołują się teoretycy systemu-świata, mogła wreszcie gremialnie dążyć do realizacji swych własnych interesów. Dopiero wtedy mogły rozkwitnąć organizacje pozarządowe i stowarzyszenia obywateli, a także niezależne media. Na Zachodzie to wszystko zaczęło się dziać po roku 1968 – niepokojąc tradycyjne elity mieszczańskie, które już wkrótce zaczęły przestrzegać przed „kryzysem demokracji”. Na Wschodzie trzeba było na to poczekać aż do roku 1989.

W kwestii rewolucji kulturalnej pozwolę sobie podać dwa przykłady osobiste. Tylko raz w życiu miałem włosy spięte w kucyk i zrobiłem to dla eksperymentu. To było w roku 1984 w Warszawie w czasach głębokiej politycznej smuty i choć Polacy pod każdym względem tęsknili za wolnością, odniosłem wówczas wrażenie, że nie dotyczy to sfery kultury. Wyhodowałem więc sobie kucyk. Jak można się było spodziewać, od razu spotkały mnie wrogie spojrzenia. Jeden facet w kawiarni nie mógł się powstrzymać, podszedł i zapytał „Czy pani mogłaby może użyczyć jednego z krzeseł… o, przepraszam, jednak nie pani!”. W ciągu dekady po roku 1989 kucyki i kolczyki w uszach mężczyźni mogli już nosić bez obaw w każdym większym mieście w Polsce.

Albo weźmy feminizm: również nie miał przestrzeni, by publicznie ujawnić się przed rokiem 1989. Rok 1968 nie przyniósł w tej mierze żadnego postępu. Zamiast tego była tylko jedna walka do rozegrania – przeciw komunizmowi. Wszystkie ręce na pokład, aby „bronić naszych mężczyzn toczących walkę”. Buntownicy polskiego roku 1968 byli tak samo seksistowscy jak radykałowie tamtej epoki na Zachodzie. Różnica polega na tym, że w tym drugim wypadku podporządkowana rola kobiet w ramach „ruchu” odegrała kluczową rolę w tworzeniu feminizmu, który zaczął rozkwitać właśnie w okolicach roku 1968, zaś w Polsce seksizmu nie wolno było zaatakować aż do roku 1989. Albo raczej nie atakowano go, bo nawet kobiety nie widziały w nim nic złego. Nic zatem dziwnego, że w roku 1986 wraz z pewnym amerykańskim doktorantem gorliwie broniliśmy feminizmu przed dwiema polskimi koleżankami, dla których nie miał on znaczenia – „mężczyźni nie są naszymi wrogami”, „nie czujemy się zniewolone”. Ale wtedy przyszedł rok 1989. Obydwie niedługo potem stały się działaczkami feministycznymi.

A dlaczego? W warunkach państwowego socjalizmu nikomu nie gwarantowano praw obywatelskich, więc żadna grupa nie czuła się szczególnie zniewolona przez inną. Owym Innym, któremu trzeba się przeciwstawić, były państwo czy partia. Peggy Watson pisała, że „w warunkach państwowego socjalizmu społeczeństwo było wykluczone jako całość”, a tym samym „nie miał szansy się wykształcić «męski podmiot», tak bardzo pogardzany na Zachodzie”. Jedynie wówczas, gdy „obywatele są wykluczeni względem siebie”, feministyczna świadomość może nabrać rozpędu. Dlatego też Europa Wschodnia musiała czekać do roku 1989, aby rewolucja powszechnie kojarzona z rokiem 1968 stała się możliwa. I dlatego podczas gdy zachodni krytycy rewolucji kulturalnej wciąż atakują rok 1968, polski PiS i Kościół winią tylko 1989.

Zabawne w tym wszystkim jest rzecz jasna to, że polski rok 1989 w niczym globalnego roku 1968 nie przypominał. Niemal nie dochodziło w nim do masowych czy gwałtownych demonstracji, nie obalano szanownych tradycji, nie było dzieci-kwiatów i niemal żadnej radykalnej polityki czy kultury. Rozmowy Okrągłego Stołu były sprawą elit i jeszcze przez lata duża część Polski była raczej miejscem statecznym, by nie powiedzieć ponurym. Kulturalne innowacje pojawiały się, jak to zawsze bywało, na marginesach. W sferze publicznej reżim, który nastał po roku 1989, tak naprawdę starał się ograniczać wszelkie trendy kontrkulturowe czy nazbyt progresywne, na przykład wprowadzając nauczanie religii w szkołach publicznych.

Jakim zatem cudem rok 1989 miałby odpowiadać temu 1968? Otóż otworzył on Polskę na wpływ zachodniego rozumienia demokracji z okresu po roku 1968. Nagle zaczęto dyskutować o tym, że polityka nie powinna być domeną jednego tylko typu ludzi. Być może powinna obejmować także kobiety, gejów, mniejszości i akceptować choćby odrobinę multikulturalizmu? Być może przy okazji planowania i dyskusji na temat inwestycji należałoby rozważać ich wpływ na środowisko? Być może przemoc domowa nie jest tylko wewnętrzną sprawą rodziny? Być może uprawianie sportu przez mieszczuchów to nic głupiego? Wszystko to można było przedyskutować dopiero po roku 1989. Wokół tych spraw można było mobilizować aktywistów, często za pomocą funduszy od zachodnich fundacji liberalnych i korporacyjnych. George Soros właśnie wtedy utworzył swoją Fundację Społeczeństwa Otwartego i Uniwersytet Środkowoeuropejski – po to, by finansować tego rodzaju inicjatywy. Nie tworzyły one w Polsce głównego nurtu, ale unosiła się nad nimi pewna aura przeznaczenia, być może nawet konieczności – to dokładnie te same emocje (i lęki), które tak wielu ludzi odczuwało na Zachodzie, mierząc się z rokiem 1968. Lęki te nie były zresztą zupełnie bezpodstawne. W końcu te dwie studentki, które tak bardzo opierały się w roku 1986, w końcu faktycznie zostały feministkami.

Cały ten wylew jadu na temat roku 1989, tak bardzo przypominający konserwatywne reakcje na rok 1968, można było zaobserwować w niesamowitej tyradzie ministra spraw zagranicznych rządu PiS Witolda Waszczykowskiego, który niemieckiemu „Bildowi” powiedział, że jego rząd próbuje jedynie „wyleczyć kraj z niektórych chorób”, nabytych drogą „lewackiego zakażenia” w roku 1989. „Tak jakby świat musiał poruszać się według marksistowskiego wzorca tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i zwalczają wszelkie przejawy religii. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami”. Zamiast tego Polacy cenią zaś „tradycję, świadomość historyczną, umiłowanie ojczyzny, wiarę w Boga i w normalne życie rodzinne pomiędzy kobietą a mężczyzną”.

Cytat ten znalazł bardzo szeroki oddźwięk w zachodniej prasie, gdyż oferuje klasyczną, zwięzłą, złośliwą, ale i jakoś zabawną listę wszystkich grzechów, jakie podnoszono przeciwko ideom roku 1968. Dla PiS-u jednak, podobnie jak dla wielu konserwatystów wschodnioeuropejskich, wszystko to było dziełem roku 1989. Dla nich to nie był rok, w którym obalono komunizm, lecz rok, kiedy „komunistyczne wartości”, jak wiara w postęp, wyższość nauki nad religią czy świecki indywidualizm zostały tak naprawdę zinstytucjonalizowane. Przed rokiem 1989 prawica mogła je odrzucać jako komunistyczne. Potem zorientowano się, że wierzyli w nie także antykomuniści (czyli dominujący odtąd liberałowie). I właśnie dlatego, że wartości tych bronili antykomuniści w sojuszu z coraz bardziej świeckim Zachodem, do którego Polska miała przecież na powrót dołączyć, miały one większe szanse na zalegitymizowanie, uznanie na normę. Dla prawicy tym samym ostatecznie w roku 1989 zawitała do Polski  rewolucja kulturalna, która dokonała się na Zachodzie w roku 1968. I dlatego też walczy z globalnym „rokiem ’68” starając się podkopać demokrację liberalną zbudowaną w 1989.

1968 W 2018

Na czym więc stoimy, w to pięćdziesięciolecie? Ponieważ rocznice naturalnie skłaniają do refleksji, mogą być momentem tworzenia nowych sposobów patrzenia w historię i kształtowania nowych skojarzeń z przeszłością. To właśnie nastąpiło, bo gdy złota rocznica zbliżała się wielkimi krokami, parlament uchwalił pod koniec stycznia nowe prawo. Uruchomiło ono całą serię wydarzeń, nad którymi widmo Marca unosiło się tak wyraźnie, jak nigdy dotąd przez ostatnie 50 lat. Zaczęło się od przyjęcia ustawy przewidującej karę do trzech lat więzienia dla tego, „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie”. Prawo to ma stosować się do każdego na świecie, niezależnie od obywatelstwa i miejsca, gdzie owego czynu dokonano, a także dopuszcza procesy cywilne o naruszenie dóbr, jeśli inaczej nie da się wymierzyć sprawiedliwości. Przestępstwa nie ma, jeśli „sprawca czynu zabronionego (…) dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”.

Zainicjowana w ramach kampanii obrony przed (niezbyt rozpowszechnionym) używaniem frazy „polskie obozy śmierci” ustawa została przyjęta w 2018 roku na dzień przez Dniem Pamięci Ofiar Holokaustu. Pasowała idealnie do ogłoszonej przez PiS walki z „pedagogiką narodowego wstydu”, „wstawania z kolan” i mówienia prawdy w oczy każdemu, kto szarga polską reputację. Dawanie odporu wrogom jest oczywiście zasadniczą sprawą dla wszystkich, którzy pragną uczynić swój kraj na powrót wielkim.

Co więcej, poczucie urażonej dumy narodowej i wyolbrzymianie rzekomych upokorzeń sprzedawały się dobrze we wschodnioeuropejskiej polityce ostatnich lat, zwłaszcza po kryzysie 2008 roku. PiS uchwalił prawo głównie na użytek wewnętrzny, nie mając bynajmniej intencji wytaczania procesów starzejącym się ocaleńcom z Zagłady, którzy wspominają prześladowania z rąk Polaków. Niektórzy twierdzą wręcz, że ustawa przeszła wyłącznie po to, by postawić zarzuty Janowi Grossowi, historykowi, który wyjechał z Polski właśnie w efekcie czystek roku 1968, a w ostatnich latach – z dużym odźwiękiem za sprawą jego bliskich relacji z „Gazetą Wyborczą” – publikował książki i wywiady dokumentujące krwawe żniwo polskiego antysemityzmu czasów wojennych. Tak czy inaczej, po przyjęciu ustawy wywołała ona gwałtowną reakcję, przede wszystkim w Izraelu (choć także w Ukrainie, której odmienna od oficjalnego stanowiska Polski pamięć również może podlegać zarzutom kryminalnym). A z kolei sprzeciw wobec tej reakcji przyniósł nagły powrót roku 1968 – widoczny aż nadto jaskrawo.

Jakiś dżin wydostał się z butelki, gdyż kontrolowane przez państwo media i prawicowy internet odpowiedziały inwektywami. „Możemy powiedzieć, że to nie były niemieckie ani polskie, tylko żydowskie obozy, bo w końcu kto obsługiwał krematoria”– ironizował komentator państwowej telewizji, na co jego rozmówca dodał: „No i kto w nich ginął?”. W innej debacie telewizyjnej, gdzie pokazywano wiadomości przychodzące od widzów, wyświetlono kilka o wyraźnie antysemickiej treści. Do tego wszystkiego popularna, sprzyjająca PiS strona wpolityce.pl domknęła temat komentarzami przypominającymi najgorsze teksty z 1968 roku: „Dlaczego wobec tak rażących inwektyw rzucanych w światowy eter mamy milczeć o Bermanie, Mincu, Różańskim, Rosenbaumie, Wolińskiej i innych stalinowskich oprawcach, sadystycznych śledczych i zimnych mordercach? Nie mówmy tylko o Polakach Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, powiedzmy też o żydowskich katach po wojnie, o żydowskiej policji w gettach, o żydowskich kapo w obozach (…). Mleko już się i tak wylało. Skończyły się nam już policzki do bicia. Nikt nie ma więcej jak dwa” – pisał profesor pedagogiki z Torunia, Aleksander Nalaskowski. Z kolei Wojciech Reszczyński mówił w wywiadzie, że „Z historii wiemy, że to zdejmowanie odpowiedzialności z Niemców odbywało się przy aktywnym udziale państwa Izrael, które od 1952 roku otrzymywało miliardy marek odszkodowań od Niemiec za eksterminację Żydów (…). Zdejmowanie odpowiedzialności z Niemców i przerzucanie jej na Polaków to jest proces, który trwa już ponad 50 lat i jest szeroko opisany”.

PiS i państwo polskie nie włączyły się oficjalnie w tę kampanię, ale też nie zdystansowały od takich form entuzjazmu swych fanatycznych zwolenników. I w ten sposób rok 2018 otworzyło przypomnienie „drugiej strony” roku 1968, co zresztą szeroko komentowano. Wcześniej już, w konsekwencji generalnie ksenofobicznej i rasistowskiej polityki PiS – wymierzonej głównie przeciw muzułmanom i uchodźcom, często też przeciwko Niemcom – liberałowie planowali upamiętnić rok 1968 zupełnie inaczej niż dotąd: tym razem uwypuklając antysemityzm i nietolerancję tamtego czasu. Cały szereg wydarzeń – wykładów, paneli, konferencji akademickich, a także specjalna wystawa – odbywa się w marcu na Uniwersytecie Warszawskim i w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. W obliczu dzisiejszych ataków na instytucje kulturalne niepodążające za nowym oficjalnym kursem patriotycznym – rząd PiS zwalnia dyrektorów państwowych teatrów i pozbawia dotacji teatry przygotowujące sztuki nie po myśli władzy – także cenzura będzie kluczowym tematem obchodów 50. rocznicy. Innymi słowy, po raz pierwszy rok 1968 nie będzie symbolizował wyłącznie „walki o wolność”.

KŁOPOTY NA HORYZONCIE

Oczywiście PiS będzie próbował wykorzystać wydarzenia pięćdziesiątej rocznicy do własnych celów. Instytucje, które je organizują, otrzymują państwowe dotacje; do tego zwłaszcza w kontekście nowej ustawy dotyczącej wypowiedzi na temat Holokaustu rząd z pewnością wykorzysta publiczną dyskusję o 1968 roku, aby potępić lewicę jako tych prawdziwych antysemitów. A gdy Teatr Narodowy w Warszawie wystawia znów Dziady, PiS niewątpliwie będzie się upierał, że to jest prawdziwy głos przeciwko cenzurze.

Pamięć, co oczywiste, zawsze podlega kontestacji. Społeczeństwa zawsze wyobrażają sobie przeszłość w kontekście debat współczesnych. Dziś jest to równie jasne, jak było w roku 2009, gdy Polska wraz z innymi krajami bloku wschodniego upamiętniały dwudziestą rocznicę 1989 roku. Starając się zrozumieć rozmaite reakcje na tamtą rocznicę, Michael Bernhard i Jan Kubik zaproponowali ramę teoretyczną „reżimów pamięci”. Jako że to chyba najlepsza analiza problemu kontestowanej pamięci i ponieważ wciąż nie jest szeroko znana, podsumujmy dyskusję na temat pięćdziesiątej rocznicy 1968 roku refleksją teoretyczną z tej właśnie perspektywy.

Podstawowa teza Bernharda i Kubika głosi, że różne typy „reżimów pamięci” wynikają z relacji między różnymi typami „aktorów mnemonicznych”. Każdy z tych aktorów – których nazywają, odpowiednio, wojownikiem, pluralistą i abnegatem – prezentuje inne podejście do upamiętniania istotnej przeszłości. Wojownik twierdzi, że jego pogląd jest jedyną prawdą, a wszystkie inne są błędne, fałszywe i muszą zostać porzucone. Pluralista dopuszcza sytuację, w której każdy ma swój własny pogląd na przeszłość. Abnegat z kolei stara się w ogóle uniknąć upamiętniania i nie zajmuje stanowiska. Jeśli w debacie publicznej występują albo sami wojownicy, albo wojownicy i pluraliści, efektem tego będzie, zdaniem Bernharda i Kubika, „przełamany” reżim pamięci: przeszłość zostanie silnie upolityczniona, jej sens gwatłownie kontestowany, a konsensus niemożliwy do osiągnięcia. Jeśli scenę zamieszkują wyłącznie pluraliści i abnegaci (bez wojowników), otrzymamy w wyniku reżim „filarowy”: mamy wówczas współistnienie poglądów, a przeszłość nie jest silnie upolitycziona. Jeśli zaś wszyscy zgadzają się co do przeszłości lub jeśli każdy obawia się jej upolitycznienia, wówczas każdy jest zasadniczo abnegatem, a reżim pamięci zostaje „uzgodniony”: żadna ze stron nie zyska na forsowaniu swego partykularnego światopoglądu.

Jaki reżim pamięci dotyczy zatem roku 1968? Zarówno we współczesnych Czechach, jak i na Słowacji, jest on uzgodniony. W żadnym z tych krajów nikt nie jest zainteresowany ani podczepianiem się pod Praską Wiosnę, ani jej potępianiem. Liberałowie i socjaldemokraci mogą prywatnie uważać ją za inspirujący moment, w którym reformiści próbowali zdemokratyzować socjalizm państwowy i kiedy szybko zmobilizowali się zwykli ludzie. Jako że Praską Wiosnę przeprowadzili komuniści, którzy ostatecznie podpisali zresztą deklaracje akceptujące sowiecką inwazję, nie mogą oni jednak twierdzić, że była jakimkolwiek wzorem, ani też nie mają ochoty jej potępiać. Fetują tych, którzy protestowali przeciw sowieckim (i polskim) czołgom, a poza tym zbyt wiele o tym nie mówią. Konserwatyści i prawicowi populiści czują raczej pogardę dla całej tej sprawy – właśnie dlatego, że przeprowadzili ją komuniści – ale jako że reformatorów ostatecznie pokonała siła wojskowa Układu Warszawskiego, nie mogą tej pogardzie dać pełnego wyrazu. Także oni mogą jedynie fetować stawiających opór. Nieliczni pozostali komuniści także wyrzekli się Praskiej Wiosny, więc nawet oni nie mają interesu w upamiętnianiu roku 1968. W efekcie dostajemy „uzgodniony” reżim pamięci, w którym rok 1968 uznaje się za moment historyczny bez wielkiego znaczenia.

Jeśli chodzi o byłą Jugosławię, w której przeważa „reżim pamięci filarowej”, to zamieszkuje ją mieszanina pluralistów i abnegatów. Za sprawą katastrofalnych wojen, które rozdarły na strzępy Jugosławię w latach 90., rok 1968 niespecjalnie się dzisiaj liczy. W sytuacji braku bezpośredniego związku z jakimś palącym problemem politycznym współczesności wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat nie generują wojowników pamięci. Protestujący wówczas studenci zaczynali w dużej mierze jako nowolewicowcy, tak samo jak polscy „komandosi”, wielu z nich wkrótce poparło jednak reformy zwiększające władzę polityków z poziomu poszczególnych republik. Lewicowym studentom dziś trudno odnosić się do nich z entuzjazmem właśnie ze względu na ten nacjonalistyczny punkt dojścia. Niektórzy nacjonaliści mogą próbować się na nich powoływać, ale nowolewicowy rodowód protestujących i radykalnie odmienny kontekst polityczny gwarantują, że nikt nie będzie się o to specjalnie starał. A zatem – pluraliści i abnegaci. Wydarzenia z 1968 roku w czasie ich pięćdziesiątej rocznicy zostaną w krajach byłej Jugosławii odnotowane, ale bez wielkich fanfar.

Polska jest bardziej złożonym przypadkiem. Ci, którzy pierwotnie mogliby być „wojownikami pamięci”, a więc zwolennicy komandosów, nie chcieli się nimi stać ze względu na przekonanie, że lewicowość, która początkowo motywowała ich do działania, ale którą porzucili jeszcze w trakcie wydarzeń roku 1968, nie może liczyć na dużą popularność w skali całego kraju. Mieli niewiele do zyskania, gdyby gwałtownie bronili swej roli w wydarzeniach czy podkreślali kwestię antysemityzmu, za to sporo mogli ugrać,  ukazując swą rolę jako aktywistów walki o demokrację, w której z czasem wzięli udział wszyscy Polscy. Mieli swój pogląd na rok 1968, ale się przy nim nie upierali. Zostali pluralistami.

Narodowi i katoliccy konserwatyści będący dziś u władzy w 1968 roku dominowali tylko po stronie komunistycznej, a to stwarza poważny problem. Od roku 1980 aż do czasu, gdy w 2005 roku PiS po raz pierwszy zdobył władzę, prawica widziała siebie po prostu jako część ogólnej opozycji. Nie fetowała komandosów, ale też nie próbowała ich specjalnie dezawuować, gdyż to oni w końcu zainicjowali demonstracje przeciwko komunistom i za to też poszli do więzień. Skrycie doceniano część z posunięć „narodowych komunistów” – nawet Jarosław Kaczyński uznawał odrodzenie języka patriotyzmu i przywrócenie honoru antysowieckim żołnierzom Armii Krajowej z czasów II wojny światowej – ale nie można było ich za to chwalić, gdyż byli to jednak komuniści. Dlatego też konserwatyści w przeważającej mierze byli tu abnegatami: nie widzieli żadnych korzyści z zangażowania się w politykę pamięci wokół roku 1968.

Od czasu powrotu PiS do władzy w 2015 roku (i powrotu populistyczno-rasistowskiej polityki, która dała nowe życie jawnym antysemitom) sprawy układają się jednak na nowo. Mówiąc krótko, skrajnie prawicowa narracja, wedle której rok 1968 był jedynie walką o władzę między konkurującymi grupami komunistów, ma szansę powrócić do łask. Ustawa o IPN z 2018 roku może to tylko przyspieszyć. Kiedy bowiem prawo to krytykują liberalni aktywiści występujący przeciwko cenzurze, jego obrońcy – twierdzący, że bronią tylko dobrego imienia Narodu – potępią krytyków jako niepatriotycznych lewaków. A kiedy ci odpowiedzą, że toczą jedynie tę samą walkę, co w 1968 roku, pozwoli to również potępić ów rok jako epizod z dziejów komunizmu.

Tam, gdzie byli tylko pluraliści i abnegaci, rok 1968 nie był szczególnie upolityczniany. Zbyt słaba, by stać się „wojownikami”, skrajna prawica miała niewielkie szanse „przełamania” pamięci i uczynienia roku 1968 gruntem dla kontestacji. Kiedy jednak prawica zaczyna włączać w swe szeregi jawnych antysemitów (jak ma to miejsce dziś), a lewica zaczyna skupiać się na antysemityzmie i nietolerancji jako złym dziedzictwie roku 1968, wówczas pamięć roku 1968 może faktycznie stać się kontrowersyjna. Nawet konserwatyści mogą stać się w takim przypadku „wojownikami”, potępiając wszystkich domagających się potępienia antysemityzmu jako niepatriotów. To z kolei popchnie również lewicę na pozycję „wojowników” głoszących, że rok 1968 był heroicznym bojem przeciw nietolerancji. W tej sytuacji liberałowie (w sensie siły partyjno-politycznej – przyp. red.) mogą stać się abnegatami: obawiając się uznania za niepatriotów, ale i nie chcąc stanąć w jednym szeregu z prawicą, mogą zacząć twierdzić, że rok 1968 jest po prostu nieistotny (jak uczynili to w przypadku ustawy o IPN). W ten sposób rok 1968 tam, gdzie tradycyjnie nie był zbyt upolityczniony, może stać się na pięćdziesiątą rocznicę wydarzeń dużo bardziej polityczny. W ten sposób może wreszcie wyzwolić się ze związku z rokiem 1989 – delegitymizując demokrację w jej obecnym wydaniu i stając w kontrze do tego, czego pragnęli ludzie będący w 1968 roku po stronie władzy.

***

Skrócona wersja tekstu, który ukaże się w najbliższym numerze „Krytyki Politycznej”. Pominięto przypisy, przełożył Michał Sutowski. Wersja anglojęzyczna została przygotowana do publikacji w książce: Donatella Della Porta, ed., 1968 in 2018: Memory in Development, Feltrinelli, Milan 2018.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Mossad chief ‘100 percent certain’ Iran still seeks nuclear bomb

Mossad chief ‘100 percent certain’ Iran still seeks nuclear bomb

JOSEF FEDERMAN


In closed security meeting, Yossi Cohen says nuke deal a ‘terrible mistake,’ must be ‘completely changed or scrapped’
Yossi Cohen, the head of the Mossad, is seen in a committee meeting at the Israeli parliament on December 8, 2015. (Yonatan Sindel/Flash90)

AP — The head of Israel’s Mossad intelligence agency is “100 percent certain” that Iran remains committed to developing a nuclear bomb and believes the international community must change or scrap its nuclear deal with the Islamic Republic.

Yossi Cohen, who leads the shadowy spy agency, has been holding discussions about the Iranian nuclear program and delivered his assessment in a recent closed meeting with senior officials, according to a person who attended the meeting.

Cohen called the nuclear deal a “terrible mistake,” saying it allows Iran to keep key elements of its nuclear program intact and will remove other restraints in a few years.

“Then Iran will be able to enrich enough uranium for an arsenal of nuclear bombs,” Cohen said, according to the meeting participant, who spoke on condition of anonymity because he was discussing a classified security matter.

Iran’s Foreign Minister Mohammad Javad Zarif attends a meeting of foreign ministers of the Caspian Sea littoral states in Moscow on December 5, 2017. (AFP/Kirill Kudryavtsev)

Cohen also criticized the decision to lift sanctions on Iran, saying it has resulted in “significantly increased” aggression by Iran, and noted Iran’s continued development of long-range ballistic missiles.

“As head of the Mossad, I am 100 percent certain that Iran has never abandoned its military nuclear vision for a single instant. This deal enables Iran to achieve that vision,” Cohen said. “That is why I believe the deal must be completely changed or scrapped. The failure to do so would be a grave threat to Israel’s security.”

Cohen’s comments come amid an intense international discussion about the future of the 2015 nuclear deal, in which Iran agreed to curbs and inspections on its nuclear program in exchange for relief from international sanctions.

His analysis aligns closely with that of Prime Minister Benjamin Netanyahu at a time the Israeli leader is hopeful that President Donald Trump can negotiate changes to the deal. The issue has sparked some debate inside Israel’s security community, with some voices pointing to positive aspects of the deal in that it has delayed Iran’s nuclear development.

Trump has set a mid-May deadline for changes while also threatening to withdraw from the deal. However, it remains unclear whether a compromise can be reached, and how Iran would react.

US President Donald Trump meets with Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu in the Oval Office of the White House, March 5, 2018, in Washington. (AP Photo/Evan Vucci)

Trump’s disdain for the deal has been a welcome development for Netanyahu. The Israeli leader was a leading opponent of the deal, saying it did not contain sufficient safeguards to prevent Iran from reaching the capability to develop nuclear weapons as the agreement’s restrictions expire.

Israel and Iran are arch enemies, and Israel has identified Iran as its top threat, citing the nuclear program, its hostile rhetoric, support for Hezbollah and its development of long-range missiles.

Yet the deal has also set off debate within Israel’s security ranks. As head of a powerful agency and a close aide to Netanyahu, Cohen is an influential voice.

Yet other officials, both active and former, have taken a more nuanced approach by focusing on the positive aspects of the deal.

In a recent interview, Lt. Gen. Gadi Eisenkot told the Haaretz newspaper that he knows of no violations of the nuclear deal by Iran, though he said Israel is closely watching and assuming Iran can operate secretly.

“If its intentions change, we will know. Right now the agreement, with all its faults, is working and is putting off realization of the Iranian nuclear vision by 10 to 15 years,” he was quoted as saying.

Times of Israel staff contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com