Archive | June 2018

Historia społeczności – Żydów w Przemyślanach

Historia społeczności

Pierwsze wzmianki na temat Żydów w Przemyślanach pochodzą z końca XVI w. – w 1581 i 1588 r. zostali wykazani w spisie podatków. Więcej informacji na temat tej społeczności pojawiało się jednak dopiero od drugiej połowy XIX wieku. W Przemyślanach funkcjonowały dwie kasy żydowskie: dla kupców i dla właścicieli warsztatów[1.1].

W XVIII w. w mieście została założona chasydzka dynastia, która przez wiele lat cieszyła się dużym szacunkiem i znacznymi wpływami. Przemyscy rabini stali się znani w okolicy. Rabin Menachem-Mendel z Przemyślan był uczniem Bal Szem Towa oraz autorem tekstów „Drachai Jeszarim” i „Jalkutaj Omrim”. W 1775 r. poprowadził on grupę chasydów do Jerozolimy, gdzie zmarł w 1794 roku. Z kolei rabin Meir bar Jaakow z Przemyślan (1711–1781) otrzymał tytuł „Wielkiego” lub „Pierwszego”. On także był uczniem Bal Szem Towa i założycielem dynastii Premiszlan. Pracę rabina Meira kontynuował jego syn – Aaron-Arjeh (zmarły w 1813 r.), który był jednym z uczniów Bal Szem Towa, kaznodziei Jechiela-Michaela ze Złoczowa i rabina Elimelecha z Lizneska. Jego syn, rabin Meir bar Aaron, wnuk rabina Meira Wielkiego (1781–1850) po śmierci ojca otrzymał tytuł „naszego mistrza, naszego nauczyciela, naszego rabbiego” w Przemyślanach. Uchodził on za najwybitniejszego przedstawiciela dynastii. Jego prosto formułowane doktryny zostały zebrane w książkach „Or Hameir” i „Margenita Dr. Meir”. W 1852 r. rabinem Przemyślan został Jaakow-Szlomo, a w 1860 r. zastąpił go rabin Cwi bar Meir. Z kolei w 1890 tę funkcję powierzono Szimjachowi Steinbergowi, który sprawował ją przez blisko 50 lat. W tym czasie w Przemyślanach działało więcej rabinów – Israel-Arjeh bar Cwi Frankel (1830–1891) oraz Elimelech bar Israel-Arjeh (zm. 1915). Ostatnim rabinem Przemyślan był Israel-Arjeh bar Cwi-Arjeh Margaliot (1887–1965)[1.2].

W 1900 r. w mieście mieszkało 2934 Żydów, którzy stanowili około 62 proc. wszystkich mieszkańców (4743). Kilka lat później, w 1910 r. w mieście wybuchł pożar, w wyniku którego 200 żydowskich rodzin zostało pozbawionych domów, a wiele z nich doszczętnie spłonęło. Wkrótce potem Przemyślany ponownie stanęły w ogniu, kiedy podczas pierwszej wojny światowej do miasta wkroczyły rosyjskie wojska. Te wydarzenia w połączeniu z rabunkami dokonanymi przez Kozaków oraz epidemią cholery doprowadziły do zmniejszenia się liczby mieszkańców, w tym również Żydów – ich populacja spadła wówczas do 2051 osób[1.3].

Skalę zniszczeń wojennych może ilustrować fakt, że w 1903 r. w mieście odbyła się wystawa produktów przemysłowych wytworzonych w fabrykach należących do Żydów w Przemyślanach i w całej Galicji. Spośród wielu powstałych tam artykułów na szczególną uwagę zasługiwały metalowe ekrany, produkowane w fabryce zatrudniającej głównie żydowskie kobiety. Dwie inne fabryki zajmowały się garbowaniem skór i produkcją pasty do butów[1.1.2].

Na początku XX w., w 1902 r. w Przemyślanach pojawili się syjoniści, którzy stopniowo rozszerzali swoje wpływy. Otworzyli m.in. herbaciarnie, gdzie w zimie serwowano potrzebującym jedzenie i ciepłe napoje. W 1903 r. w mieście odbyły się wybory, które wygrali syjoniści. W kolejnych wyborach również odnieśli sukces.

W 1903 r. w Przemyślanach powstała młodzieżowa organizacja HaSzachar. Wkrótce potem, w 1906 r. założono dwie organizacje kobiet, m.in. Jehudit. Jedna z nich liczyła blisko 100 członkiń. W 1912 r. w mieście powstał oddział organizacji Jogand, a w 1919 swoją działalność rozpoczęła Poalej Syjon.

W 1905 r. syjoniści zainicjowali założenie uzupełniającej szkoły języka hebrajskiego. W 1906 kierownikiem Szkoły Nadziei był Cwi Szarpsteina. Uczyło się tam 117 dziewcząt i chłopców. W 1907 r. liczba ta wzrosła do 150 uczniów. W latach 1911–1912 w mieście działał także dom kultury Tojnbee-Hala.

Ponadto w 1892 r. w mieście funkcjonowała organizacja zwana Tikwat Israel (Nadzieja Izraela), która oferowała kursy hebrajskiego[1.1.3].

Po zakończeniu pierwszej wojny światowej, populacja Żydów w Przemyślanach zmniejszyła się o jedną trzecią, a ich działalność gospodarcza podupadła. Wsparcie finansowe dla żydowskiej społeczności zorganizował wówczas Joint. Większość Żydów pracowała w gorzelniach, fabryce oleju, cegielni i tartaku. Kilka rodzin żydowskich nadal trudniło się handlem oraz sprzedażą produktów rolnych, szczególnie lnu i buraków cukrowych, które były wysoko cenione w okolicy. Sytuacja uległa pogorszeniu w 1920 roku. Żydowscy kupcy i właściciele warsztatów zorganizowali wtedy system wzajemnej pomocy. W 1925 r. powstała instytucja kredytowa, a w 1929 fundusz charytatywny, który w latach 1934–1935 udzielił 17 pożyczek o łącznej wartości 1448 zł. Z kolei Rada Gminy Wyznaniowej zbudowała nową ubojnię drobiu. Zakupiła również ziemię w celu powiększenia cmentarza. Ponadto aktywnie wspierała sieroty, firmę Safa Brura i stowarzyszenie Talmud Tora.

Również w dwudziestoleciu międzywojennym działalność syjonistów była wyjątkowo aktywna i rozległa. W 1928 r. Unia Syjonistyczna w Przemyślanach postanowiła wybudować własny budynek. Zebrano 1000 dolarów na ten cel. Część tych pieniędzy zaofiarowali amerykańscy Żydzi, wywodzący się z Przemyślan.

W 1923 r. w mieście działały filie organizacji Hitachdut (Braterstwo) i Ezra (Pomoc). W 1930 r. organizacja HaMizrachi otworzyła tam swój oddział, który liczył 30 członków. W tym samym czasie także Bejtar otworzył swoją kapitułę w mieście. W Przemyślanach aktywna była też organizacja HaNoar HaZioni (Syjonistyczna Młodzież), licząca około 100 członków, Achwa (Koleżeństwo). Organizacje Achwa i HaSzachar działały w Przemyślanach od 1934 roku. Z kolei w 1939, w przededniu drugiej wojny światowej, w Przemyślanach powstało koło Gordonii.

Ponadto w 1933 r. w Przemyślanach została założona uzupełniająca szkoła zawodowa, a w latach 1922–1924 uzupełniająca szkoła kultury. W mieście istniał również Kibbuc Hachszara (Przygotowanie). Znajdowało się w nim 15 osób.

W 1931 r. w wyborach do Kongresu Syjonistycznego syjoniści otrzymali 108 głosów, Mizrachi – 2, Hitachdut – 89, a Rewizjoniści – 42 glosy. W kolejnych wyborach, w 1935 r. głosy rozdzielono w sposób następujący: syjoniści – 418, Mizrachi – 17, Hitachdut – 223 i Rewizjoniści – 17 głosów. W tych samych wyborach radykalni syjoniści uzyskali 51 głosów.

W dwudziestoleciu międzywojennym wielu młodych Żydów wstąpiło także do partii komunistycznej. Działalność ta musiała być dość aktywna, bowiem w 1935 r. dwie żydowskie dziewczyny otrzymały karę więzienia za rozpowszechnianie komunistycznej propagandy.

W wyborach do Rady Gminy Wyznaniowej z 1924 r. miejsca zdobyło 9 syjonistów i 9 charedimów. W następnych wyborach, w 1926 r. syjoniści uzyskali 4 miejsca, chasydzi 3, a żydowski mieszkaniec wsi 1. Dwa lata później, w 1928 w Radzie Gminy znalazło się 22 Żydów, 21 Polaków i 5 Ukraińców. W kolejnych wyborach z 1933 r. głosy zdobyło 16 Żydów, z czego 4 było syjonistami, 2 charedimami, a jeden nie należał do żadnej organizacji[1.1.2].

Niemiecka okupacja Przemyślan rozpoczęła się 1.07.1941 roku. W mieście znajdowało się wówczas przynajmniej 2600 Żydów. Część tej grupy stanowili uchodźcy przybyli na te tereny z zachodniej Polski jesienią 1939 roku.

Początkowo władzę sprawowali wojskowi, ale w sierpniu 1941 r. przejęła ją niemiecka administracja cywilna. Przemyślany weszły w skład Kreis Złoczów Dystryktu Galicja. W mieście utworzono posterunek niemieckiej żandarmerii i niemieckiej policji kryminalnej oraz oddział ukraińskiej policji pomocniczej. Wszystkie te organizacje aktywnie uczestniczyły w antyżydowskich akcjach, które były organizowane przez SD ze Lwowa i policję kryminalną ze Złoczowa (na jej czele stał Otto Zikmunt)[1.4].

W dniu 4.07.1941 żołnierze niemieccy wraz z miejscowymi nacjonalistami ukraińskimi przeprowadzili pogrom, podczas którego wielu Żydów zostało pobitych i ograbionych. Niemcy zamknęli w synagodze grupę Żydów, a następnie podpalili budynek. Greckokatolicki ksiądz Omelian Kowcz wraz z kilkoma parafianami zdołał otworzyć zablokowane drzwi i wyprowadzić część Żydów. Synagoga spłonęła doszczętnie wraz z sąsiednimi drewnianymi domami. Liczba Żydów, którzy spłonęli w synagodze, jest nieznana, podobnie jak liczba napadniętych i obrabowanych[1.5].]

Latem 1941 r. niemieckie władze poleciły utworzyć w Przemyślanach Radę Żydowską (Judenrat). Wszystkich Żydów w mieście zarejestrowano i nakazano im nosić na ramionach opaski z Gwiazdą Dawida. Skonfiskowano im również wszelkie wartościowe przedmioty, a Żydzi zostali zmuszeni do robót przymusowych.

5.11.1941 r. w Przemyślanach miała miejsce pierwsza tzw. akcja likwidacyjna. Niemcy rozstrzelali wtedy około 400 Żydów uznanych za niezdolnych do pracy.

Niedługo później w mieście zostało utworzone otwarte getto. Stanowiło ono punkt zbiorczy dla Żydów z mniejszych miejscowości położonych w okolicy. Więźniowie mogli opuszczać je tylko wtedy, gdy byli kierowani do jakiejś pracy na zewnątrz getta. Samuel Golfard w prowadzonym przez siebie dzienniku pisał, że w getcie cała kontrola znajdowała się w rękach Judenratu i żydowskiej policji, ale Niemcy oraz pomocnicze oddziały Ukraińców wkraczały tam podczas tzw. akcji likwidacyjnych i deportacyjnych.

W maju 1942 r. w Przemyślanach miała miejsce kolejna tzw. akcja likwidacyjna, w wyniku której zamordowano około 100 Żydów[1.1.4].

Kilka miesięcy później, we wrześniu 1942 r. Niemcy zorganizowali akcję eksterminacyjną na olbrzymią skalę. Prawie dwie trzecie Żydów znajdujących się w mieście – czyli około 3000 osób – zostało wywiezionych do ośrodka zagłady w Bełżcu. W akcji uczestniczyła niemiecka żandarmeria i oddział ukraińskiej policji pomocniczej oraz żydowska policja. Po tym wydarzeniu do miasta przesiedlono Żydów z okolicznych miejscowości, m.in. z Glinian i Świrza[1.6].

Na początku listopada 1942 r. w Przemyślanach doszło do kolejnej, tym razem mniejszej akcji. W tym samym czasie w pobliskim Złoczowie trwała tzw. akcja deportacyjna na wielką skalę. Przemyscy Żydzi mieli dopełnić brakującą liczbę 200 osób.

Od 1.12.1942 r. getto w Przemyślanach zostało zamknięte i całkowicie odizolowane od reszty miasta. Zgromadzeni w nim Żydzi cierpieli z braku wody, gdyż działały tylko dwie studnie. Wielu z nich przygotowywało schrony lub szykowało inne kryjówki[1.7].

Następna akcja eksterminacyjna miała miejsce 5.12.1942 roku. Więźniowie opłacili wcześniej urzędników Judenratu i żydowskich policjantów, aby pozostać w getcie – bezskutecznie. Zamordowano wówczas około 2400 osób, z których około 600 zostało zabitych na miejscu[1.8].

Getto w Przemyślanach, zmniejszone, funkcjonowało jeszcze przez kilka miesięcy. Specjalni pracownicy, noszący na ramionach opaski z literami „R” i „W”, zostali przeniesieni do zamkniętych baraków znajdujących się na zewnątrz getta. Zimą 1942/1943 kilkuset Żydów zmarło z głodu i chorób.

22.05.1943 r. nastąpiła likwidacja getta. 2000 osób zostało zastrzelonych na miejscu lub w pobliskim lesie. Akcja trwała ponad tydzień, ponieważ Niemcy kilka razy przeszukiwali getto, aby znaleźć i zabić wszystkich, którzy się ukryli[1.9].

Nieco wcześniej, 21.03.1943 w Przemyślanach utworzono żydowski obóz pracy. Więźniowie pracowali tam w kamieniołomach i przy budowie dróg. Obóz zlikwidowano 28.06.1943 roku. Zastrzelono wówczas 250 kobiet, a 200 mężczyzn wysłano do obozu w Kurowicach[1.1.8].

Kilku osobom z getta udało się uciec. Ukryci w pobliskich lasach lub u miejscowych chłopów doczekali przybycia Armii Czerwonej w 1944 roku. Wielu z nich zostało jednak złapanych i zabitych przez niemiecką albo ukraińską policję kilka miesięcy po likwidacji getta.


Bibliografia

Przemyślany [w:] Encyclopedia of Jewish Communities in Poland, Volume II [online] http://www.jewishgen.org/yizkor/pinkas_poland/pol2_00440.html [dostęp: 29.09.2015].

The Encyclopedia of Camps and Ghettos 1933–1945, t. II A, red. Goeffrey P. Megargee, ss. 815–817.

The Encyclopedia of Jewish Life Before and During the Holocaust, t. 2, red. S. Spector, G. Wigoder, New York 2001, ss. 1035–1036.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Dlaczego jestem wdzięczny Mahmoudowi Abbasowi

Dlaczego jestem wdzięczny Mahmoudowi Abbasowi

Vic Rosenthal tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


W przemówieniu dla Palestyńskiej Rady Narodowej w zeszłym tygodniu Mahmoud Abbas powiedział publicznie,  że pogromy Żydów przez cała historię wraz z kulminacją w Holocauście, wynikały z pełnionych przez Żydów „ról społecznych” związanych z „lichwą i bankami”.   

Zaprzeczył jakimkolwiek związkom narodu żydowskiego z ziemią Izraela. W rzeczywistości, zaprzeczył istnieniu narodu żydowskiego, twierdząc, że Aszkenazyjczycy pochodzą z „królestwa Chazarów”, która to teoria jest całkowicie zdyskredytowana przez dowody genetyczne (uważa Żydów Mizrachi za „arabskich Żydów”). Twierdził także, że nigdy nie było prześladowań Żydów żyjących w państwach arabskich.

Nie jest to nic nowego ze strony Abbasa, którego praca doktorska z 1982 r. (złożona na Uniwersytecie Patrice Lumumby w Moskwie) i książka na niej oparta zawierają argumenty, że ruch syjonistyczny przed II Wojną Światową współpracował z nazistami, a nawet podżegał ich do mordowania Żydów znajdujących się pod ich rządami. Według Abbasa syjoniści zachęcali kraje zachodnie, by nie przyjmowali żydowskich uchodźców z Europy, żeby pojechali do Palestyny. Abbas kwestionował również liczbę Żydów zamordowanych podczas Holocaustu i sugerował, że ta liczba została wyolbrzymiona w celu zdobycia życzliwości dla założenia państwa żydowskiego.

Chociaż sam Abbas jest bardzo ostrożny, kiedy mówi po angielsku, on i przedstawiciele Autonomii Palestyńskiej oraz media mówiące w jego imieniu raz za razem chwalą terrorystów, którzy zamordowali Żydów. Kiedy terroryści z krwią żydowską na rękach zostali uwolnieni z więzienia, witał ich z honorami. Konsekwentnie odmawia też zmiany polityki AP płacenia pensji (z międzynarodowych funduszy pomocowych) uwięzionym terrorystom i ich rodzinom.  

Przy wielu okazjach Abbas podżegał muzułmanów do przemocy, twierdząc, że Izrael próbuje zniszczyć meczet Al-Aksa i zastąpić go trzecią Świątynią. W jednym z najgorszych przykładów antysemickiego podżegania, po starciach między Palestyńczykami a izraelską policją na Wzgórzu Świątynnym we wrześniu 2015 r., kiedy przemawiał do muzułmańskich aktywistów,  którzy nękają Żydów na Wzgórzu Świątynnym, powiedział:  

Błogosławimy was, błogosławimy was, Murabitin (ci, którzy dokonują Ribat, religijnego konfliktu/wojny w obronie ziemi, o której twierdzą, że jest islamska), błogosławimy każdą kroplę krwi, która została rozlana dla Jerozolimy, która jest czystą i nieskalaną krwią, krwią rozlaną dla Allaha, z wolą Allaha. Każdy Męczennik (Szahid) dosięgnie Raju i każdy ranny zostanie nagrodzony przez Allaha. [Meczet] Al-Aksa jest nasz, Bazylika Grobu Świętego jest nasza i oni nie mają żadnego prawa bezcześcić jej swoimi obrzydliwymi stopami. Nie pozwolimy im i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby bronić Jerozolimy.

Natychmiast po tym wystąpieniu rozpoczęła się fala terroryzmu w postaci ataków nożowniczych, taranowania samochodami i strzelania z broni palnej, która nie ustała do dziś.  Między 13 września 2015 a 18 marca 2018 r. były dosłownie setki takich ataków, powodując śmierć 65 niewinnych osób i 923 rannych. Podżeganie, z powodu którego powstała ta mordercza kampania, pochodziło z kilku źródeł, w tym od Mahmouda Abbasa. To właśnie ma on na myśli, kiedy mówi o „ludowym oporze”.  

Tym, co jest szczególnie godne uwagi w jego najnowszym wystąpieniu, nie jest jego treść. Mówił to samo przez dziesięciolecia. Idąc w ślady swojego mentora, Jasera Arafata, mówi coś innego po angielsku, przedstawiając wizerunek umiarkowania, a równocześnie nawołuje do dżihadu po arabsku.

Tym, co jest inne w tym wypadku, jest reakcja.

„New York Times”, który zawsze łagodnie traktował Abbasa, kiedy ten znajdował preteksty, by unikać negocjacji z Izraelem oraz podżegał do przemocy, nagle to zauważył. Mój Boże, wydają się mówić, ten człowiek rzeczywiście wierzy w to wszystko, co powiedział o Żydach. Po wrzuceniu obowiązkowej dawki obwiniania Izraela, Rada Redakcyjna „New York Timesa” napisała:

Haniebne przemówienie pana Abbasa sięgnęło nowego dna. Bez wątpienia, czuje się on rozgoryczony i oblężony ze wszystkich stron. Ale ulegając takim mrocznym, destrukcyjnym instynktom pokazał, że pora, by ustąpił z urzędu.

Nazywanie morderców bohaterami nie było haniebne? Mówienie o „obrzydliwych stopach” Żydów nie było nowym dnem? Podżeganie do przemocy i płacenie za nią (głównie) amerykańskimi i europejskimi pieniędzmi, nie było wystarczającym powodem do wezwania, by ustąpił z urzędu? Najwyraźniej nie dla „New York Timesa”.  

A nie jest to tylko „New York Times”. Szok panuje w całym świecie postępowo-liberalnym. Abbas przekroczył linię. Nawet J Street “ostro potępia wypowiedzi prezydenta Mahmouda Abbasa z poniedziałku, w których przedstawił absurdalne antysemickie stereotypy i głęboko obelżywe uwagi o historii narodu żydowskiego i Izraela”.

Jaką więc linię przekroczył Abbas? Kiedy Abbas mówił o „obrzydliwych stopach”, co było bezpośrednią przyczyną fali śmiertelnej przemocy, jedyne wzmianki w „New York Times”, jakie mogłem znaleźć przy pomocy Google, to był cytat w wiadomościach i list do redakcji z ambasady izraelskiej. Nie było artykułów redakcyjnych, ani choćby artykułów opiniotwórczych potępiających mordercze podżeganie Abbasa.

Sądzę, że tym, co wywołało lawinę dezaprobaty był podwójny cios równoczesnego przywołania starych wątków europejskiego antysemityzmu wraz z tym, co powiedział o Holocauście. 

Abbas powracał do średniowiecznych oszczerstw antysemickich już wcześniej, jak w 2016 r., kiedy powiedział, że izraelscy rabini zatruwają palestyńskie źródła wody. Krytykował go za to wówczas liberalny Union for Reform Judaism. Tym razem jednak wspomnienie Holocaustu spowodowało bicie w dzwony.

Zawsze była pewna doza ironii w fakcie, że im bardziej liberalni Żydzi amerykańscy odsuwają się od popierania Izraela, tym silniejsze są ich uczucia w sprawie prześladowanych w przeszłości Żydów, szczególnie ofiar Holocaustu. Jest tak, jakby chcieli zrekompensować opuszczenie Żydów w Izraelu, którzy są celem dzisiejszej nienawiści do Żydów, przez angażowanie się w emocjonalne katharsis nad Żydami zabitymi 75 lat temu.

Wielu liberalnych Żydów zdystansowało się od judaizmu, narodu żydowskiego i Izraela. Bardzo niewiele pozostało z ich żydowskiej tożsamości poza kilkoma nostalgicznymi preferencjami żywnościowymi – i żywią silne uczucia wobec Holocaustu, podsycane przez popularną literaturę i filmy.   

Wierzą, że istnieje różnica między antysyjonizmem i antysemityzmem, mimo że irracjonalne demonizowanie Izraela i Izraelczyków, które jest częścią dzisiejszego antysyjonizmu, jest prawdziwie antysemickie. Są gotowi wierzyć, że IDF obiera za cel arabskie dzieci lub że Izrael jest państwem apartheidu, a nawet że popełnia ludobójstwo na Palestyńczykach. 

Kiedy słyszą te oszczerstwa od Abbasa i innych, po prostu przytakują. Kiedy jednak obwinia on Żydów o Holocaust, nagle mają problem.

Jest to zbyt bliskie temu, co uważają za „rzeczywistą” nienawiść do Żydów, temu, co robili naziści. Ludziom postępowym trudno krytykować muzułmanów za antysemityzm, ponieważ obawiają się ześlizgnięcia w „islamofobię”, która ich zdaniem jest równie zła lub gorsza. Ale Abbas złapał ich. Być może zmusił do myślenia o prawdziwej naturze muzułmańskiej nienawiści do Żydów.

Nie spodziewam się, by „New York Times” kiedykolwiek promował syjonizm. Nie myślę, że większość amerykańskich liberalnych Żydów kiedykolwiek poczuje się częścią narodu żydowskiego w sposób, jak to robi większość Izraelczyków. Chciałbym jednak podziękować Mahmoudowi Abbasowi za pomoc w otwarciu ich oczu, przynajmniej odrobinę.


Vic Rosenthal Emeryt. Zajmował się rozwijaniem programów komputerowych. Studiował informatykę i filozofię na University of Pittsburgh. Mieszka w Izraelu. Publikuje w izraelskiej prasie. Jego artykuły często zamieszcza Elder of Ziyon.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Ratowanie lokalnej pamięci zagłady Żydów

Badacz – świadek – opowiadacz. Ratowanie lokalnej pamięci zagłady Żydów

   Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN


Ponad siedemdziesiąt lat po II Wojnie Światowej Zagłada Żydów jest nadal obecna w pamięci zbiorowej, rodzinnej, a nawet biograficznej wsi polskiej. Żyją jeszcze bowiem jej bezpośredni, naoczni świadkowie.

W ostatnich latach profesor Antonii Sułek z Uniwersytetu Warszawskiego przeprowadził badanie pokładów tej pamięci, w jej lokalnym wymiarze. Zwrócił on uwagę zarówno na prześladowania, jak i ratowanie Żydów na przykładzie jednej okolicy w województwie lubelskim.

Wykład organizowany w Muzeum POLIN poświęcony był właśnie tym zagadnieniom.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Józef Lebenbaum. Mój polski obłęd

Józef Lebenbaum. Mój polski obłęd

Katarzyna Bielas


Gdybym nie wyjechał z Polski, aresztowano by mnie m.in. za współpracę z Wolną Europą. Żona nie chciała wyjechać, musiałem się rozwieść w ekspresowym tempie (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Siedziały na mnie SB i KGB. Sporo czasu zajmowało mi gubienie szpicli. Na szczęście dyskretnie chroniła mnie szwedzka policja

Józef Lebenbaum (ur. w 1930 roku, emigrant 1968, w latach 70. i 80. Organizator pomocy dla polskiej opozycji, współzałożyciel Komitetu Poparcia „Solidarności”, szef agencji fotograficznej IPA (Independent Polish Agency), światowy koordynator CSSO (Conference of „Solidarity” Support Organizations). W 2007 roku odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Mieszka w Lundzie i Warszawie)

Rozmowa Dużego Formatu z
Józefem Lebenbaumem, emigrantem 1968 roku, wieloletnim koordynatorem międzynarodowej pomocy dla polskiej opozycji

Wyjechałeś z Polski, bo się bałeś?

– Nie jestem tchórzem. Wyjechałem, bo się wkurwiłem. Tak odpowiedziałem na pytanie o wyjazd zadane w projekcie Krystyny Piotrowskiej w Zachęcie „Wyjechałam, wyjechałem z Polski, bo…” przygotowanym z okazji 40. rocznicy Marca.

Na wizytówce umieściłeś dwa adresy – Lund, gdzie trafiłeś jako emigrant 1968 roku, i Warszawę, w której się urodziłeś i przed wojną wychowałeś.

– Teraz dużo czasu spędzam w Warszawie, wynajmuję mieszkanie na Hożej.

Mimo że po 1968 roku przez 22 lata miałem szlaban na wjazd, o Szwecji nigdy nie powiedziałem: „u nas”. Nie byłem jak inni emigranci, którzy po dwóch latach chwalili się „swoją Szwecją”. Mój język to polski, szwedzkiego uczyłem się niechętnie, zmuszony sytuacją, moi przodkowie nie budowali katedry w Lundzie.

Katedry, w przedsionku której po wybuchu stanu wojennego pozwolono Polakom zorganizować strajk głodowy. Byłeś rzecznikiem prasowym głodujących.

– Dzięki moim staraniom w krypcie tej tysiącletniej katedry pierwszy raz od czasów reformacji odbyło się katolickie nabożeństwo. Za sprawę polską. Z kolei po niedzielnym, w katedrze, postawiliśmy puszki, Szwedzi ustawiali się do nich w kolejkach, zebraliśmy aż 26 tysięcy koron.

Ty zabiegałeś o nabożeństwo?

– Jestem ateistą, ale uważam, że dla ważnej sprawy trzeba umieć wyjść poza własne poglądy.

W czasie strajków – bo były dwa – zawiązał się oficjalnie szwedzki Komitet Poparcia „Solidarności”. Zostałem zastępcą przewodniczącego, Szweda Jana Axela Stolza, na skarbnika wziąłem Pawła Chylickiego, zięcia biskupa Lundu i członka rady kościelnej, żeby nie zaczęto krzyczeć, że Żydzi kradną. Obstawiłem się. Potem moim najbardziej zaufanym współpracownikiem w tajnych operacjach stał się Mirek Ancypo.

Od początku chciałem działać, coś robić dla Polski,
uważałem się za emigranta politycznego
.

Już w 1969 roku, kiedy byłem jeszcze w obozie na Marstrandzie, gdzie dawano mi 5 koron dziennie na drobne wydatki, wysupłałem parę groszy i pojechałem do Göteborga, żeby spotkać się z przewodniczącym studentów szwedzkich. Próbowałem namówić ich do jakiegoś uczczenia pierwszej rocznicy Marca, w końcu były to wydarzenia studenckie, ale powiedzieli, że to jest sprawa nieaktualna. Kiedy w 1976 roku powstał KOR i nareszcie był partner do działania, zobowiązałem się do wysyłania 100 koron miesięcznie dla represjonowanych.

Jeszcze przed wyjazdem z Polski współpracowałem z Wolną Europą.

Przed wyjazdem byłeś dziennikarzem łódzkiego „Głosu Robotniczego”, organu PZPR, sprawozdawcą sejmowym. Należałeś do partii.

– Pracowałem też w ZMP, po powrocie z ZSRR chciałem coś robić, działać.

W listopadzie 1939 roku wyjechałem z rodziną na wschód. Ojciec był w Białymstoku, przysłał list, że mamy natychmiast do niego dołączyć. Wzięliśmy tylko podręczny bagaż, mama też karakułowe futro, i chłopskim wozem pojechaliśmy do Małkini. Dalej pociągiem, niestety na miejscu okazało się, że ojciec przeniósł się do Wilna, do którego trzeba było przedzierać się nielegalnie przez granicę. Wilno było wtedy litewskim miastem, w czerwcu 1940 roku przyszli jednak bolszewicy, nastąpiła aneksja Litwy przez ZSRR i zaczęły się wywózki na Syberię. Nas na szczęście nie zesłano do łagru, pojechaliśmy na tzw. przesiedlenie do Kraju Ałtajskiego.

Najgorsze było zimno – kiedy się budziliśmy w naszej chałupce, woda w wiadrach była ścięta lodem. Prawie nie było chleba, żywiliśmy się tym, co udało się wyhodować w przydomowym ogródku, czyli głównie kartoflami.

Żeby pozbyć się wszy, zakopywało się w śniegu koszulę, zostawiwszy
na zewnątrz tylko kawałek – wszy się na nim gromadziły, wtedy się
je zgarniało. Na krótko, ale działało.

Dużo chorowałem, na malarię, tyfus… Na szczęście od 1943 roku mogłem pójść do polskiej szkoły, którą zorganizował mój ojciec. Wróciliśmy w 1946.

Z rodzicami w warszawskich Łazienkach, w rocznicę 3 maja, 1934 lub 1935 roku Archiwum Józefa Lebenbauma

I co dalej?

– Chodziłem do gimnazjum, potem zaliczyłem aż 30 miesięcy wojska, w czołgach, w tzw. Czarnej Dywizji w Żaganiu, to tam wstąpiłem do PZPR. Pracowałem w łódzkim ZMP jako kulturalno-oświatowy, kierowałem m.in. robotniczym zespołem pieśni i tańca, w którym występował Staszek Mikulski. Dużo wyjeżdżaliśmy, w czasie wakacji dawaliśmy koncerty, jeździliśmy na obozy wędrowne z występami.

W 1955 roku wyrzucili mnie, bo na zebraniu oskarżyłem kierownictwo o nieuczciwość, przekręty. Zlecali np., bardzo drogo, robienie dekoracji na akademie i pochody, można było o wiele taniej, ale zblatowani z nimi plastycy odpalali im połowę.

Zostałem bez pracy, uratował mnie mój znajomy Tadeusz Gutkowski, „woldenberczyk”, który jako naczelny „Głosu Robotniczego” przyjął mnie do pracy. Pisałem o polityce partyjnej, komentarze na temat spraw zagranicznych. Na fali odwilży popierałem dojście Gomułki do władzy, wybrano mnie wtedy do kolegium redakcyjnego, z którego wkrótce mnie usunięto. Dostawałem ostrzeżenia, upomnienia, nagany partyjne, cenzura mnie zdejmowała.

Za co?

– Nie podobało się na przykład, kiedy w czasie rewolucji węgierskiej 1956 roku postawiłem stolik z węgierską flagą pod siedzibą redakcji na Piotrkowskiej i zbierałem pieniądze na pomoc dla Węgrów. Albo kiedy oświadczyłem na zebraniu, że jako niewierzący nie wierzę też w to, że Beria przez 20 lat był agentem obcych wywiadów.

W 1968 roku wyrzucili mnie z PZPR. Nie udało się na zebraniu partyjnym w pracy, bo koledzy tego nie przegłosowali, choć wyrzucono wtedy wszystkich innych nieprawego pochodzenia. Widocznie koledzy mnie lubili, w przeddzień przyszli do mnie do domu z flaszką. „Jutro będziemy cię wyrzucać, a dziś się napijmy”.

Dokonała tego dopiero Wojewódzka Komisja Kontroli Partyjnej. Jeszcze 8 kwietnia byłem w Sejmie, ale mojego artykułu już nie podpisano.

Wiedziałem, że szykowane są procesy pokazowe, które mają udowodnić,
jak źli i szkodliwi dla Polski są syjoniści, i ja mam być bohaterem jednego z nich.

Atmosfera pomarcowa wokół mnie była nie do zniesienia, w Klubie Dziennikarza koledzy bali się ze mną przywitać. Potem zarząd zabronił takim jak ja wstępu do klubu.

Co z Wolną Europą?

– Zbierałem informacje do raportu o wydarzeniach marcowych.

Jak je przekazywałeś?

– Przez pośredników. Uważam, że jestem dalej zobowiązany do dochowania pewnych tajemnic. Nie pisałem całego raportu, RWE musiała mieć trzy niezależne źródła – ja opisywałem, co działo się w Łodzi, Krakowie, Warszawie.

Z tego, co wiem, gdybym nie wyjechał, aresztowano by mnie m.in. za tę współpracę. Żona nie chciała wyjechać, musiałem się rozwieść w ekspresowym tempie, co nie było łatwe, zostawiłem tu też córkę i chorą matkę.

Wsiadłem w pociąg do Wiednia, który ruszał ze słynnego z marcowych pożegnań warszawskiego Dworca Gdańskiego, ale dopiero w Koluszkach. Kiedy w Wiedniu wszedłem do pensjonatu, już czekali na mnie dwaj pracownicy RWE, Wacek Pomorski i Andrzej Chilecki. Zrelacjonowałem sytuację w Polsce, napisałem kilka sprawozdań. W 1969 roku mieszkałem w Sztokholmie, w skrytce RWE, mieszkaniu, na adres którego można było pisać z Polski. Moim zadaniem było dwa razy w tygodniu dostarczać im tę pocztę.

Opuszczając Polskę, wiedziałem, że nie chcę jechać do Izraela, nie zabrałem się więc z przedstawicielami agencji żydowskiej, którzy czekali na peronie w Wiedniu. Myślałem o Stanach, ale dowiedziałem się, że po obozach w Turcji i Włoszech akurat jeździ szwedzka komisja, wybiera uchodźców politycznych. Szwecja przyjmowała wtedy 1500 osób rocznie. Pojechałem do obozu Latina pod Rzymem, stanąłem przed komisją. Dostałem prawo wjazdu do Szwecji jako bezpaństwowiec, miałem włoski dokument podróży ze szwedzką wizą na pół roku. Zdecydowałem się na Szwecję, bo to kraj neutralny, blisko Polski, w której została moja 14-letnia córka. Po dwóch tygodniach byłem w Szwecji.

Dlaczego po wojnie nie wróciliście do Warszawy? Wasz dom się spalił?

– Ocalał, Sienna 43A, dziś na tyłach Złotych Tarasów. W 1946 roku mieliśmy w naszym mieszkaniu prawo do jednego pokoju.

Kiedy z mamą wróciliśmy do Polski, ojciec, który był wcześniej w armii Berlinga, siedział w więzieniu, oficjalnie za „współpracę z obcymi bandami”, a tak naprawdę za podniesienie głosu na burmistrza Łodzi. Jak go wypuścili, poszliśmy na Sienną, z powodów sentymentalnych. W trzech pokojach z kuchnią mieszkały teraz cztery rodziny, jedna w holu, ogrzewali się kozą. Otoczyła nas grupa wrogich ludzi, myśleli, że kogoś wyrzucimy. Powiedzieliśmy, że my tylko chcieliśmy zobaczyć, że mieszkamy teraz w Łodzi, wtedy pojawiła się herbata, zaczęliśmy rozmawiać. Na dole spotkaliśmy kuzyna dozorcy, który powiedział, że mieszkanie dostał niemiecki urzędnik, który w 1944 zabrał wszystkie nasze rzeczy do Niemiec, nie zostawił nawet kawałka krzesła.

Opowiedz o przedwojennej Warszawie.

– Tu się urodziłem, ale poczęty zostałem w Paryżu, gdzie rodzice wyjechali w celach zarobkowych. Był kryzys 1924 roku, ojciec nie miał pracy. W Paryżu mieszkali na stryszku, gdzie nie wolno było gotować. Ojciec w dzień pracował przy taśmie w Renault, a wieczorem studiował w Wyższej Szkole Handlowej, którą skończył, był dyplomowanym księgowym.

Kiedy matka zaszła w ciążę, wrócili. W Warszawie ojciec został szefem w firmie Goodopon, przedstawicielstwie amerykańskiego Goodyeara, w wielkiej kamienicy na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, tam gdzie teraz jest Novotel. Mieli biuro na szóstym piętrze, na siódmym była centrala Falangi. Z ludźmi z Falangi spotykał się w windzie.

Ostatnie zdjęcie rodziców, Gustawy i Michała Lebenbaumów, na molo w Sopocie, 1960 roku Archiwum własne Józefa Lebenbauma

Rodzice wybrali Paryż, znali francuski?

– Znali języki. Ojciec urodził się w 1900 roku, matka w 1904, oboje w żydowskich rodzinach, ale skończyli już polskie gimnazja, mama – pensję, a ojciec – niepodległościowe gimnazjum Zgromadzenia Kupców i Przemysłowców na Lesznie, w którym w 1906 roku zaczął się strajk o polską mowę. W 1919 ojciec postanowił pójść na wojnę polsko-bolszewicką, zgłosił się do punktu w Stryju. Potem całe życie opowiadał, że chciał zostać bohaterem, ale mu nie wyszło, bo w podróży zgubił okulary. Powiedziano mu: „Chłopcze, wracaj do domu. W Stryju łatwiej o ochotnika niż o okulary”.

Mój dziadek ze strony ojca, który zmarł w 1929, rok przed moim urodzeniem, był kierownikiem administracji „Hajnta”, największej gazety w jidysz, która miała wydania paryskie, nowojorskie, kijowskie, była bardzo syjonistyczna. Pisał do niej Isaac Bashevis Singer. Kiedy dostał Nobla, byłem akurat w Uppsali, gdzie zgodnie z tradycją w Królewskiej Bibliotece laureaci mają spotkania, wykłady. Podszedłem i mówię: „Nazywam się Lebenbaum. To nazwisko mojego dziadka. Może pan je zna?”. A Singer: „Oczywiście, przecież on mi płacił”.

Rodzina dziadka była zasymilowana?

– Dziadek nie był religijny, ale poczuwał się do żydostwa. W piątek wieczór spotykała się u niego cała rodzina, grali w karty, pili wódkę, dyskutowali. Mieszkał na Ogrodowej 18, w ogromnym, sześciopokojowym mieszkaniu, miał siedmioro dzieci. Jeden z braci ojca był producentem filmowym, wyprodukował znane przed wojną filmy „Antek policmajster” i „Manewry miłosne”.

To była Ogrodowa po drugiej stronie sądów, które później stały się granicą getta. Jedna z sióstr ojca, 30-letnia Szoszana, była niepełnosprawna, podczas bombardowań zostawała na szóstym piętrze, nie mogła zejść do schronu. Raz wpadł do mieszkania pocisk, ale przeżyła.

Kiedy przenosili się do getta, Niemiec, który uznał, że znoszenie jej
nie ma sensu, po prostu ją zastrzelił, w fotelu, na oczach pozostałej
rodziny. Dowiedziałem się tego później. Słabo ją pamiętam.

Co najlepiej pamiętasz z dawnej Warszawy?

– Najmocniejsze wspomnienia mam z wojny. Do dzisiaj, kiedy idę Krakowskim Przedmieściem w stronę Zamku Królewskiego, to najpierw widzę dymiące, palące się skrzydło budynku, dopiero potem wyłania się dzisiejszy zamek. Wojenne wspomnienia w dużym stopniu wyparły poprzednie, choć kiedy wybuchła wojna, miałem dziewięć lat. Wielkim przeżyciem było oblężenie Warszawy, po raz pierwszy widziałem zabitych, zasypało nas w piwnicy. Przeżyłem ciężkie bombardowania. Niedaleko domu były składy drewna, które zapaliły się 8 września i płonęły do końca października, do tej pory mam w nosie zapach tej spalenizny.

Kiedy teraz chodzę ulicami Twardą, Sienną, Ogrodową albo w centrum Lwowską, Poznańską… zawsze towarzyszy mi zdziwienie, że los mnie tak uhonorował, że z dwóch wielkich rodzin ojca i matki tylko ja żyję i mogę tu spacerować.

Chodziliście na Nalewki?

– Czasami, dzielnicę żydowską pamiętam jak przez sen. Mieszkała tam straszliwa biedota, od piwnic aż po strychy tłoczyły się tłumy ludzi, wszystko było przetykane warsztatami, sklepami, magazynami. Ludzie, którzy funkcjonowali normalnie w mieście, w społeczeństwie, nie tylko żydowskim, uciekali do innych dzielnic.

Pamiętam pojedyncze epizody, np. przed świętami żydowskimi ojciec zabierał mnie na zakupy, koło nas, najpierw do Braci Jabłkowskich po zabawki, potem po słodycze, i z tym wszystkim szliśmy do sierocińca Korczaka na Krochmalnej.

Kiedyś odprowadzał mnie do szkoły, szliśmy od lekarza. Chyba na Twardej stali ludzie z kartkami z przodu i z tyłu: „Podejmę się każdej pracy”. Na chodniku leżał mężczyzna, który zasłabł z głodu, na brzuchu miał przyczepioną kartkę z zeszytu: „Jestem głodny”. Ojciec kazał mi oddać kanapki, które niosłem do szkoły, dał mu jakieś pieniądze.

W części „Paryża Północy”, jak nazywano Warszawę, była straszliwa nędza.

Ojciec dawał też na cele społeczne, na organizację pomocy więźniom politycznym, bo była już Bereza Kartuska. Taki był. Nocował w biurze Żydówki z dworca.

To znaczy?

– Ojciec przychodził pieszo do domu podczas przerwy w pracy, przynosił stos gazet, jadł szybko obiad, kładł się na sofie, dawał mi zegarek i kazał się obudzić za 20 minut. Leżałem na dywanie, a że od piątego roku życia umiałem czytać, pochłaniałem polskie gazety, już w dzieciństwie byłem obcykany politycznie. Pamiętam, jak po tej drzemce zabrał mnie do sklepu; to się zdarzyło parę razy. Z wyładowanymi jedzeniem torbami poszliśmy na Dworzec Główny, który był mniej więcej tam, gdzie teraz Dworzec Śródmieście. W hali dworcowej koczowały setki Żydów ze Zbąszynia.

Tych deportowanych w 1938 roku z Niemiec na granicę? Wcześniej Polska zaocznie pozbawiła ich obywatelstwa.

– Tak, Polacy nie dawali im paszportów, zrobili dla nich w Zbąszyniu prowizoryczny obóz, ale część przyjechała do Warszawy. Wiem, że ojciec zabierał z dworca do biura matki z małymi dziećmi, tam nocowały.

Co to znaczy, że jako dziecko byłeś obcykany politycznie?

– Wiedziałem, co to jest Falanga, kto to są komuniści, kto to są syjoniści. Znałem skład rządu i opowieści ojca o zamachu majowym.

Byłem zbuntowanym dzieckiem, mama przesiadywała w kawiarni, ojciec dużo jeździł, miał podobno kochanki, nie mieli dla mnie czasu. Nie chciałem siedzieć w domu ze służącą czy wychowawczynią ani uczyć się gry na skrzypcach u nauczyciela w dzielnicy żydowskiej. Uciekałem, biegałem po mieście. Pamiętam jak dziś demonstrację w 1938 roku na Brackiej, „Wodzu, prowadź nas na Kowno”, była wtedy silna propaganda antylitewska. Kiedy na wakacjach w Druskiennikach płynęliśmy z rodzicami statkiem wycieczkowym po Niemnie i statek się zepsuł, zaczął dryfować na litewską stronę, zdrętwiałem przerażony, że Litwini nas zabiją.

Pamiętam też radosną demonstrację z początku września, kiedy Francja i Anglia przystąpiły do wojny. W lipcu 1939 roku, na urodziny, dostałem rower, na którym przemierzałem Warszawę, pamiętam strach, kiedy potem wpadłem na nim na niemieckiego oficera. Kocham rower, jeździłem do niedawna, teraz nie mogę, bo po radioterapii coś mi się stało z błędnikiem.

Z antysemickich historii pamiętam tylko opowieści krewnego matki, który nazywał się Binstein. Pochodził z rodziny, która do I wojny światowej prowadziła wielkie, najlepsze w Królestwie Polskim gospodarstwo rolne w Sierpcu.

Przed II wojną światową chodził do Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego. Było tam chyba tylko trzech Żydów, więc ich tłukli. Nie rozstawał się z laseczką zakończoną główką z ołowiu. Kiedyś tak go pobili, że leżał w szpitalu poturbowany, ze złamaną ręką. Rodzina nad nim płakała, a on: „Czego płaczecie, w sąsiedniej sali leży dwóch endeków z rozbitymi głowami, to ja ich załatwiłem”. Przeżył wojnę, pamiętam go – wysoki, mocno zbudowany.

Dochodziły też do mnie opowieści o księdzu Trzeciaku, jak po mszy w kościele akademickim na placu Trzech Krzyży zbierali się studenci i szli na Nalewki bić Żydów, robić pogrom. Wiem, że w dzielnicy żydowskiej zebrała się samoobrona złożona z rzeźników, wozaków, tragarzy.

Wracając… Co miał dać strajk głodowy w Szwecji w 1981 roku?

– Chcieliśmy, żeby Szwecja zamroziła stosunki z reżimem Jaruzelskiego, zainteresowała się gwałceniem praw człowieka i posłała do Polski międzynarodową komisję.

I?

– Po kilku dniach zadzwonił do mnie zastępca premiera Olofa Palmego do spraw międzynarodowych i powiedział, że Palme prosi, a wręcz żąda, żebyśmy zakończyli strajk. Strajk był wydarzeniem spektakularnym, Szwecja nie lubi tego typu działań, woli cichą dyplomację. Odpowiedziałem, że Palme może wymagać od niego, ale nie od nas.

W tym czasie do Lundu przyjechali dziennikarze z całego świata, tam czekali na pierwszy prom z Polski do Ystad, nie mieli co robić, więc fotografowali głodujących w koszulkach „Solidarności”. Prom przypłynął dopiero 18 grudnia, prawie pusty, wyszło parę przestraszonych babin, nie chciały słowa powiedzieć, za nimi wyskoczył Marek Tarka, nasz łącznik z KOR-em, który miał przywieźć nowe dokumenty. Kiedy do nas podszedł, zobaczył, że przez okienko obserwuje go inny marynarz, agent SB. „Ja już nie mam po co wracać” – powiedział, koledzy wynieśli mu rzeczy i został z nami. Niestety miał ze sobą tylko stare ulotki, a tu dziennikarze czekają na newsy z zamkniętego kraju, na mrozie minus 15 stopni. Wtedy popełniłem grzech kłamstwa.

To znaczy?

– Wziąłem kartkę i odczytałem wymyślony na poczekaniu apel polskich stoczniowców do robotników całego świata z prośbą o wsparcie. Natychmiast podskoczyło do mnie dwóch osobników w skórzanych płaszczach, którzy też wyszli z promu. „Co pan tu za głupstwa wygaduje, nie ma żadnego apelu”. Poprosiłem o włączenie mikrofonu i powiedziałem: „Spierdalajcie natychmiast, bo wezwę policję, to jest szwedzka ziemia, jestem obywatelem Szwecji, groźby w stosunku do mnie są przestępstwem”. Posłuchali.

Pierwsza pomoc dla Polski po stanie wojennym?

– W styczniu 1982 roku spakowaliśmy sitodruki, farby, zszywki – wtedy nie wysyłaliśmy jeszcze dużych maszyn, powielaczy – do ciężarówki z pomocą humanitarną, która mogła jechać promem bez opłat. Później już tak nie robiłem, postanowiłem nie łączyć tych spraw. My, ze względu na ograniczone środki, zajmowaliśmy się tylko pomocą techniczną dla podziemia. Oczywiście najwięcej tego szło wcześniej, w karnawale „Solidarności”, też tony książek.

Płótno potrzebne do sitodruków, które kupiliśmy za zebrane w katedrze pieniądze, zostało wszyte pod podszewkę jesionek jadących do parafii. Niestety ksiądz się pomylił i te podszyte rozdał parafianom.

W pierwszą rocznicę stanu wojennego dostałem z Warszawy zdjęcie rozjechanego krzyża ułożonego z kwiatów przed Grobem Nieznanego Żołnierza, posłałem je do głowy Kościoła szwedzkiego z pytaniem, czy mogą upamiętnić rocznicę. Dostałem list, że zwróci się z prośbą do biskupów, żeby przed katedrami w niedzielę, w rocznicę, ułożyli symboliczne krzyże z kwiatów i wywiesili polskie flagi. Tak się stało.

Zdjęcia gromadziła IPA, Independent Polish Agency, istniejąca od 1983 roku agencja fotograficzna zwana „Lebenbaumówką”. Byłeś jej szefem.

 

– Ja ją wymyśliłem, jako przykrywkę dla przemytu i innej tajnej działalności, choć agencją fotograficzną też była. Komitet Poparcia „Solidarności” działał oficjalnie, odbywały się tam zebrania, odczyty, można było kupić emigracyjne książki, pióra, biało-czerwone świece, organizowaliśmy demonstracje. Ale potrzebne było też inne, nie tak dostępne dla wszystkich miejsce.

Zaczęło się od tego, że na początku 1982 roku przyjechała do mnie para angielskich dziennikarzy, prosząc o kontakt do podziemia w Polsce, chcieli zrobić wywiady, zdjęcia, których wtedy było bardzo mało, bo Polska była zamknięta. Powiedziałem: „Dam wam adresy, ale przyrzeknijcie, że wy dacie mi zdjęcia, odbitki”. Dotrzymali słowa, zrobiłem tak parę razy, postanowiłem zacząć tworzyć poważne archiwum.

Kiedy Jacek Kaczmarski śpiewał: „Zdjęcia w dupie przemyciłem,
patrz to gaz, tu dym, tu glina…”, chodziło o chłopaka, którego posłałem
do Gdańska. Przywiózł rolkę z manifestacji w pierwszą rocznicę stanu
wojennego, były tam ostre boje z milicją. Jacuś go poznał, był wtedy w Lundzie.

Długo służyliśmy tymi zdjęciami światowej prasie, wydaliśmy trzy albumy, z których jeden, „Wojna z narodem” ze wstępem Anki Kowalskiej, zrobił światową karierę, dotarł nawet do Reagana.

Józef Lebenbaum w Rzymie, z radiem kupionym na bazarze, potrzebnym do słuchania Wolnej Europy, październik 1968 roku, dwa miesiące przed wylotem do Szwecji Józef Lebenbaum w Rzymie, z radiem kupionym na bazarze, potrzebnym do słuchania Archiwum własne Józefa Lebenbauma

Z tą przykrywką to nie bardzo się chyba udało, byliście obserwowani.

– Wtedy attaché wojskowym był świętej pamięci Sławomir Petelicki, który ze względu na nas wynajął mieszkanie naprzeciwko agencji, z którego 24 godziny na dobę filmowano wejście, trwało to co najmniej dwa lata. Później, już w wolnej Polsce, spotkałem go na jakimś przyjęciu, podszedłem. „Pan generał to powinien znać moje nazwisko, byliśmy w tym samym czasie w Szwecji, choć w różnych rolach”. On: „Nie przypominam sobie”. „To może pamięta pan, ile kosztowało wynajęcie mieszkania po drugiej stronie ulicy?”. „Jestem bardzo zajęty, przepraszam” – powiedział i oddalił się.

Sporo czasu zajmowało mi gubienie szpicli. Na szczęście i w lecie, i w zimie jeździłem na rowerze, znałem wszystkie uliczki, przejścia. Mój dom też oczywiście obserwowano. Wiem, że dyskretnie chroniła mnie szwedzka policja, co jakiś czas koło mojego domu na uboczu przejeżdżał patrol. Ogólnie było nerwowo. Siedziały na mnie SB i KGB.

KGB też?

– Kilka razy zorganizowaliśmy przemyt książek do ZSRR. Na sowieckim statku wojennym, przerzuciłem m.in. 12 tysięcy Biblii w małym formacie, trochę mniejszym niż dzisiejsze smartfony. Od tamtej pory co roku przed Wielkanocą dzwoniła do mnie głowa Kościoła prawosławnego na świecie: „Józef, Christos woskries”, czyli „Chrystus zmartwychwstał”. Rozumiałem, że to było podziękowanie za te Biblie.

Jak to się udało?

– Znów nie chcę podawać szczegółów, bo ideowy oficer, który zorganizował przemyt, jeszcze żyje.

Pomagaliśmy nie tylko „Solidarności”; jeśli ktoś do nas dotarł, a było to możliwe, dostawał pomoc. Kiedy po latach przyjechałem do Polski, spotkałem się z pretensjami, że pomagaliśmy KPN-owi, Solidarności Walczącej, której byłem zaprzysiężonym członkiem. Ale ja chciałem działać na rzecz wszystkich, bez względu na polityczną barwę. Moje credo brzmiało: „My jesteśmy serwisem, politykę robi się w Polsce”.

Czasem zdarzały się też przykre historie. Np. jeden z kierowców zabrał tirem nakład książeczki „Mój zodiak”, którą z mojej inspiracji napisał Jacek Kaczmarski. Niestety kierowca stchórzył i wyrzucił do morza prawie cały nakład.

Wynajęliśmy też prawdziwego przemytnika, takiego od pralek i lodówek, który, jak się po pewnym czasie okazało, był agentem bezpieki. Doprowadził w 1988 roku do słynnej wpadki przyczepy ze sprzętem koło hotelu Marina w Gdańsku.

Gdzie zarabiałeś na życie?

– Pracowałem w fabryce polistyrenu, lodów, przy taśmie, uruchamiałem i spłukiwałem basen, byłem ratownikiem, sprzątałem szpital, całe dnie wkręcałem tam też na drabince żarówki. Dopiero w 1976 znalazłem państwową posadę jako pracownik archiwalny. To jest stanowisko stworzone specjalnie w czasie II wojny światowej z myślą o uciekinierach, intelektualistach, których w Szwecji było sporo, m.in. przyszły kanclerz Niemiec Willy Brand. Takim ludziom trudno było znaleźć pracę na wolnym rynku, więc zajęło się tym państwo.

Ja siedziałem w bibliotece uniwersyteckiej, byłem researcherem.
Zbierałem materiały do prac naukowych dwóch profesorów. Jeden,
nieżyjący już prof. Haken Nilson, powiedział: „Wiem, co robisz dla
»Solidarności«. To ważniejsze niż praca dla mnie, przychodź co dwa
tygodnie, pogadamy przy kawie, podpiszę ci obecność”.

W jaki sposób łączyłeś tak intensywną działalność dla podziemia z pracą zarobkową i życiem rodzinnym? Miałeś w Szwecji troje dzieci.

Obliczono, że samych książek przerzuciłeś z kolegami do Polski około 60 tysięcy.

– Nie znałem pojęcia zmęczenia, wystarczały mi cztery godziny snu. Polska to był mój obłęd, kończyłem pracę, kładłem dzieci spać i zaczynała się rewolucja. Pracowałem do drugiej, trzeciej w nocy, czasem później dzwonili jeszcze amerykańscy biskupi, bo im się mylił czas. Zrywali mnie nieprzytomnego po proszku nasennym, bo na stresy reaguję bezsennością, a było ich sporo.

Bałem się o ludzi, których wysyłałem z transportami, sam byłem stale pod nadzorem szpicli. Raz mieli mnie porwać, raz nawet zabić, o czym powiedział mi Zbigniew Brzeziński. Na szczęście po dwóch latach zadzwonił: „Panie Józefie, doszła do nas wiadomość, że tej mokrej roboty nie wykonają”.

Pamiętam, jak w październiku 1981 roku wróciłem do domu po nieprzespanej nocy, bo ładowałem sprzęt na jacht, który przypłynął nielegalnie do Simrishamn. Wziąłem prysznic, pojechałem do pracy na uniwersytecie, a po powrocie wreszcie spać. A po pół godzinie żona zaczyna mnie budzić: „Słuchaj, rodzę”, a ja: „Nie teraz, jutro”. Byłem kompletnie nieprzytomny, ale pojechaliśmy do szpitala, tyle że obserwując poród, zasnąłem na stołku i rozbiłem aparat fotograficzny.

W książce Teresy Torańskiej „Jesteśmy” o emigrantach 1968 roku mówisz: ” Nigdy nie obraziłem się na Polskę”.

– Obraziłem się na rząd, partię, nie na kraj, na Polaków. Z socjalizmem i z partią rozstawałem się z ulgą, natomiast opuszczenie Polski było dla mnie tragedią, nigdy przedtem nie myślałem o emigracji.

Przed wyjazdem w 1968 roku spotkało mnie więcej miłych rzeczy niż złych.

Na ulicy spotkałem mojego szkolnego kolegę, którego nie widziałem 20 lat, czytał w gazecie, że trzeba wyrzucić różnych takich jak ja za działalność antysocjalistyczną, syjonizm, Bóg wie co, było tam moje nazwisko. Od razu powiedział: „Józek, jak potrzebujesz pieniędzy to ja ci dam”.

Pan Franciszek, słynny szatniarz w łódzkim SPATiF-ie, oświadczył: „Od pana redaktora więcej pieniędzy nie biorę”. Takich gestów było bardzo dużo. Ja w ogóle w życiu miałem szczęście do przyzwoitych ludzi, inaczej dawno bym nie żył.

Moje dzieci urodzone w Szwecji, mimo że miały szwedzkie niańki, chodziły do szwedzkich przedszkoli, szkół, mówią znakomicie po polsku. To nie zdarza się często. Ja od razu powiedziałem szwedzkim przedszkolankom: „Chcę, żeby moje dzieci mówiły po polsku i nie wstydziły się tego, więc nie traktujcie jako niegrzeczne, że kiedy przychodzę po nie, to mówię do nich po polsku”. Moje córki między sobą mówiły po szwedzku, ale ze mną przechodziły na polski. Jedna z trzech córek, Monika, jest tłumaczką kabinową z polskiego na szwedzki w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

A co jest teraz?

– W Lundzie mam mieszkanie. Większość czasu spędzam w Warszawie, bo tak mi się podoba. Mam tu parę własnych gratów, gdybym wyjeżdżał, bo przestanie mi się tu podobać, to je rozdam. Mam status kombatanta za Syberię i Krzyż Zesłańców Sybiru, więc należy mi się opieka medyczna też w Polsce. Jedną nogą jestem w Szwecji, a drugą tu. Polska to język, kultura, przyjaciele. Bardzo lubię Lund, ale nie mam już tam co robić. Pochodzę po antykwariatach, spotkam przyjaciół na paru gadkach, odwiedzę córkę Joasię, tę urodzoną w Polsce, bo do mnie po maturze dojechała, zresztą jej matka z nowym mężem też, mam szwedzkie wnuki, a nawet prawnuki. I to koniec.

W Warszawie mam teraz komfortową sytuację – jedynym urzędem, któremu podlegam, jest pobliski kantor, w którym wymieniam korony albo dolary na złotówki, i sobie żyję, mam szwedzkie i polskie obywatelstwo.

Wystąpiłeś o polskie?

– Dali bez występowania. Powiedziałem, że tego nie zrobię.

Dałem sobie radę na emigracji, ale przez pierwsze lata niesłychanie tęskniłem, śniła mi się Polska, że przyjeżdżam, spotykam przyjaciół… Kiedy wreszcie przyjechałem w 1990 roku, byłem wszystkiego ciekaw, ale czułem się wypalony. Bardzo dużo wiedziałem o Polsce, bo miałem dostęp do źródeł zachodnich i polskich, natomiast nie czułem takiego wzruszenia, jakiego się spodziewałem, po prostu 22 lata to za długo. Nie było miejsc, które pamiętałem, nie było Klubu Dziennikarza na Piotrkowskiej w Łodzi. Dużo ludzi już nie żyło, zresztą nie wszystkich chciałem spotkać, podać im rękę. Spotkałem paru przyjaciół, którzy pięknie się zachowali w Marcu ’68, m.in. znanego łódzkiego adwokata Stefana Eckersdorfa. Powiedział: „Józek wiem, co dla nas robiłeś”. Odpowiedziałem: „Nie robiłem tego dla was, tylko dla nas”.

Dla mnie wyjazd był dramatem, bo uderzono mnie w najbardziej czułe miejsce.

Gdyby zarzucono mi, że jestem złodziejem, źle pracuję, popełniam niemoralne czyny… Ale przeszkadzało im żydowskie pochodzenie! Moje życie to nieustanne przekonywanie świata, że jestem Polakiem. Nie musiał o tym przekonywać Moczar urodzony jako Mykoła Demko, syn carskiego policjanta, półanalfabeta, złodziej węgla w czasie międzywojennym, sowiecki agent, jemu nikt nie zarzucał, że nie jest. Nie musiał Jarosław Marek Rymkiewicz, mój szkolny kolega, współczesny wieszcz, który miał ojca Niemca. Jego prawdziwe nazwisko brzmi Szulc, ostatnio publicznie podkreślał, że ojciec jest z pochodzenia Niemcem, nie Żydem. To nikomu nie przeszkadza. Natomiast ja i mnie podobni, mimo naszego życia, postawy, my jesteśmy „obcymi w domu”, jak brzmiał trafny tytuł marcowej wystawy w Muzeum Polin. Wiem, że nawet gdybym się przekręcił przez maszynkę do mięsa i skleił na nowo, to już tak zostanie i nic tego nie zmieni.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


LEON ROZENBAUM: DR EWA KUR[EK] WIE LEPIEJ

LEON ROZENBAUM: DR EWA KUR[EK] WIE LEPIEJ

Leon Rozenbaum



Pozwalam sobie na to bezwstydne zapożyczenie od godnego szacunku Dariusza Fikusa, redaktora „Polityki”, który w sławnym roku 1968, tak właśnie zatytułował swój felieton poddający ostrej krytyce publicystykę czołowego propagatora „anty-syjonistycznych” ataków owego okresu, czym przeszedł z honorem do annałów współczesnej polskiej historii i żurnalistyki.

Nie czynię tak dlatego, że uważam dzisiejszą sytuację polityczną za kalkę wydarzeń marcowych. Daleko nie. Nie myślę, że dzisiejsze położenie polskiego żydostwa, a właściwie jego nielicznych resztek, przypomina sytuację z Marca 1968. Przede wszystkim działają gminy żydowskie (a szczególnie gmina warszawska), które nie wahają się krytykować posunięć władz oraz antysemickich poczynań różnych części społeczeństwa. Działa odnowiona loża „Bnej Brit” oraz inne społeczne organizacje, które nie będąc sensu scricto żydowskie, angażują się w walkę z antysemityzmem różnych smaków. [Chciałbym to samo powiedzieć o dzisiejszym TSKŻ (Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce). Chciałbym ale nie mogę…]

Widzę jednak zjawiska bardzo niepokojące w sferze poziomu retoryki. Żadne ośrodki czy źródła informacji końca lat sześćdziesiątych, nieważne czy to były centralne gazety sterowane instrukcjami z Biura Prasowego KC PZPR albo inne ośrodki przekazu, bezpośrednio kierowane przez wydział d/s żydowskich MSW, nie ośmieliłyby się wtedy używać jawnie antysemickich haseł czy epitetów, nie słyszanych publicznie od czasów drugiej wojny światowej. W dzisiejszej Polsce to już nowa normalność.

Niestety, nie stało się to w próżni. Niechęć liberalnych środowisk do post-komunistycznej lustracji wraz ze stworzeniem Instytutu Pamięci Narodowej, instytucji rządowej powstałej w celu ustalenia tzw. prawdy historycznej przy pomocy prokuratorskiej togi, zapoczątkowały proces, dzięki któremu przekonanie (skądinąd rozmijające sie z widoczną gołym okiem rzeczywistością), że właściwie komunizm się niezupełnie skończył i u władzy oraz przy bogactwie znaleźli się potomkowie bonzów poprzedniego systemu, stało się niekwestionowaną wiarą większości wyborców.

Był to proces powolny, który charakteryzował się eksponowaniem oraz podkreślaniem krzywd wyrządzanych Polakom i Polsce na przestrzeni dziejów, a szczególnie w ciągu stu ostatnich lat. Stąd wywodzi się wynoszenie tzw. anty-polonizmu jako głównego zagrożenia dla teraźniejszości i przyszłości.

Pamiętam, a było to na długo przed powstaniem PiS-u, kiedy przy otwarciu sławnej dzisiaj wystawy Gołdy Tencer, „I ciągle widzę ich twarze”, polski konsul w Bostonie zakończył swoje przemówienie apelem do walki z antysemityzmem oraz anty-polonizmem. Stojący obok mnie, ówczesny główny archiwista żydowskiego instytutu naukowego w Nowym Jorku YIVO, Marek Web, skwitował sarkastycznie tę ahistoryczną pseudo-symetrię mówiąc, „ten szalejący anty-polonizm w międzywojennej Polsce był nie do wytrzymania”.

Pamiętam też konferencję na uniwersytecie w Princeton na temat „Żydowskiego losu w okupowanej Polsce”, na początku której przedstawiciel nowojorskiego konsulatu odczytał list protestacyjny pani konsul. W liście tym odniosła się ona bardzo krytycznie do tematu wybranego na konferencję, sugerując w zamian zajęcie się losem Polaków, szczególnie tych udzielających pod groźbą śmierci pomocy ukrywającym się Żydom.

I tu krzyżują się drogi z dr Ewą Kurek.

Po ogłoszeniu zamiaru nadania jej nagrody im. Jana Karskiego przez Komitet na rzecz Dialogu Polsko-Żydowskiego, 18 kwietnia tego roku w Nowym Jorku i po protestach, z których zaczynem miałem co nieco wspólnego, ta „akademia na cześć” została odwołana, podobno na skutek interwencji urzędu premiera. Zamiast tego dr Kurek udała się do miasteczka Doyles w Pensylwanii, znanej jako amerykańska Częstochowa. Wszystko to w ramach walki z tzw. „pedagogiką wstydu” a szczególnie z „kłamstwami Żydów” (określenie dr Kurek, nie moje).

Popatrzmy więc na to co dr Kurek prezentuje w swoim dorobku:

  • Żydzi w getcie delektowali się autonomią i izolacją, które to sami wynegocjowali od Niemców. Getta były autonomicznymi prowincjami.
  • Źródła żydowskie nie pozostawiają ani cienia wątpliwości, że getta były w istocie rzeczy zbudowanymi w latach 1939-1942 przez polskich Żydów za zgodą okupujących polskie ziemię Niemców autonomicznymi prowincjami żydowskimi.
  • Żydzi w getcie się bawili podczas gdy Polacy żyli w strachu przed egzekucjami i łapankami.
  • Nawet cierpiąc głód i chłód, Żydzi mieli wolną sobotę, żydowskie tramwaje, własną pocztę, policję, teatry i restauracje.
  • Żydzi, po raz pierwszy od ponad dwóch tysięcy lat, zbudowali w gettach zręby struktur żydowskiej państwowości.
  • Żydzi w czasie zagrożenia gotowi są poświęcić życie innych Żydów dla dobra wspólnoty.
  • Ustawa izraelskiego parlamentu z 1950 zwolniła z odpowiedzialności policjantów żydowskich (w rzeczywistości ustawa ta określiła karalność członków policji żydowskiej w gettach oraz kapo w obozach – zupełnie odwrotnie od ustaleń nie znającej hebrajskiego dr Kurek).

Wszystko to można znaleźć w wydanej przed dwunastu laty książce pt. „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko- żydowskie 1939 1945”, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Umiejętności w Kielcach, 2006.

Wieść niesie, że miała to być praca habilitacyjna, która jednak została odrzucona przez radę wydziału na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (KUL). Jeśli to prawda, a tego nie wiemy, zaś dr Kurek zaprzecza, to chapeau bas dla KUL-u.

Papier wiele ścierpi, a Internet – jeszcze więcej, ale czy ktoś może sobie wyobrazić naukowca prezentującego tezę o sowieckich obozach jenieckich i więzieniach dla polskich oficerów w Katyniu, Kalininie i Charkowie jako kuźnię kadr oraz podwaliny pod powojenne struktury polskiej wojskowości? Ja też nie…


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com