Archive | June 2018

Israel Uses Drone Racers To Down Incendiary Kites And Drones To Dispense Tear Gas Over Gaza

Israel Uses Drone Racers To Down Incendiary Kites And Drones To Dispense Tear Gas Over Gaza

   U.S. Defense Update



he age of low-end drone warfare is officially upon us, and nowhere is this reality being made more apparent than along the Gaza-Israel border. Weeks of violent protests by Palestinians along the fenceline have given birth to ‘incendiary kites’ as a robust asymmetric warfare tactic that we detailed in a previous piece. Now Israel is putting hobby-like drones to use to knock down those flaming kites, and even to release tear gas on protesters from across the fenceline. Facing more indiscriminate wildfires as a result of the Palestinian’s incendiary kites, the Israeli Defense Forces came up with a novel countermeasure to a very simple yet vexing tactical problem. They enlisted local drone racers to set up along the border and fly their maneuverable and fast drones into the kites or snag them with fishing hooks to bring them down. The program kicked off officially last Friday and it’s not clear just yet how successful the racers were over the weekend,

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


[ 2001-10-27 ] – Szkola tysiaclecia

[ 2001-10-27 ] – Szkola tysiaclecia

RADOSLAW JANUSZEWSKI


FOT. PIOTR KOWALCZYK
W Klimontowie na boisku szkolnym podczas powodzi woda wyplukala kosci i ulomki macew. Gdy pogrzebac glebiej, w ludzkiej pamieci, wychodza sprawy, o ktorych wielu wolaloby zapomniec

W Klimontowie pod Sandomierzem przed wojna mieszkali Zydzi i troche Polakow. Teraz mieszkaja tu sami Polacy. Po Zydach zostaly zasiedlone przez kolejne pokolenia Polakow domy, pusta synagoga i sprofanowany cmentarz, na ktorym postawiono szkole tysiaclecia. Zydow mordowali Niemcy. Ale pogrom zdarzyl sie tez po wojnie. Ci, ktorzy Zydow zabijali, mieszkaja tutaj ponoc do dzis.

Po lipcowej powodzi bardzo ucierpiala szkola podstawowa, mimo ze lezy na gorce. Niewiele to pomoglo, bo woda spadla z nieba. Zerwala sie chmura i szkole podmylo.

Na boisku, pod bramka, leza kosci. W rogu ulomki macew i znow kosci. Woda wydobyla szczatki ludzkie. Wojt Adam Przybylski mowi, ze kirkut sprofanowano w 1967 roku. Budowano wtedy tysiac szkol na tysiaclecie, a Moczar i jego ludzie rwali sie do boju o posady, mieszkania i Polske bez Zydow. W powietrzu czuc juz bylo Marzec. Dobra atmosfera do stawiania szkoly na zydowskim cmentarzu.

A gdy pogrzebac glebiej, niz siegnela woda, juz nie w ziemi, a w ludzkiej pamieci, wychodza sprawy, o ktorych wielu wolaloby zapomniec.

Bujny rozwoj gminy

To nie obecne pokolenie budowalo szkole. Dowiaduje sie, ze zyje Mieczyslaw Gradzik, byly przewodniczacy Gromadzkiej Rady Narodowej, i mieszka w Klimontowie. To za jego czasow zapadla decyzja o budowie.

– Oprocz lokalizacji to byla rzecz pozyteczna – mowi obecny wojt. – A jak kto chcial urosc na duzego, to mowil: tu lokalizujmy.

Mieczyslaw Gradzik mieszka niedaleko rynku. Chetnie wspomina dawne czasy. Byl urzedowa osoba, nalezal do gminnej nomenklatury, dwadziescia osiem lat zasiadal w Gromadzkiej i Gminnej Radzie Narodowej, przewodniczyl im zas przez dwadziescia jeden lat. Wsrod licznych funkcji piastowal godnosc przewodniczacego ZMP, komendanta gminnego Sluzby Polsce, przewodniczyl gminnemu komitetowi ORMO, choc – zastrzega sie – sam ormowcem nie byl. Odznaczano go kilkakrotnie za tak zwany caloksztalt dzialalnosci.

A pracy bylo wtedy huk. – Okres byl inny – mowi pan Gradzik. – Pietnascie wsi elektryfikowano, wybudowano szesnascie kilometrow drog utwardzanych – brukowanych. Wybudowano lecznice dla zwierzat; brali w tym udzial lekarze z calego powiatu i spoleczenstwo, pod jego – nie chwalac sie – kierownictwem. Na rynku powstal skwerek. Piekne oswietlenie jarzeniowe zalozono na miejsce nedznych paru zarowek. Zbudowano wodociagi i dwie nowe ulice. Ogolnie nastapil, jak mowi pan Gradzik, bujny rozwoj gminy. I wreszcie wybudowano szkole podstawowa i dom nauczyciela obok szkoly.

Pan Gradzik jest czlowiekiem skromnym i nie chce sie chwalic, nie mowi w pierwszej osobie, ale przeciez to on w powiecie i w wojewodztwie wojowal, zeby szkole tysiaclecia postawic wlasnie w Klimontowie, a nie gdzie indziej. Bo w dwoch starych szkolach ciasnota byla straszna i warunki higieniczne fatalne. Nie dzialal sam. Powstal komitet budowy szkoly. Zabieral dzialaczy do powiatu, do wojewodztwa, nie dawal za wygrana. A gdy do Klimontowa zjezdzali ludzie z wladz na zebrania, to tez sie o tej szkole mowilo. Wladza powiatowa, a nawet wojewodzka docenila ogromna aktywnosc. Tym bardziej ze ludzie zebrali pieniadze, zeby wykupic szesc prywatnych dzialek pod budynki.

Pan Gradzik chodzil codziennie patrzec, jak fundamenty rosna. – Byl ogromny udzial spoleczny mieszkancow w pracach niewymagajacych kwalifikacji – mowi.

A pewien przedstawiciel miejscowej inteligencji: – Tlumy zjezdzaly z calej okolicy, zeby popatrzec, jak kopia na cmentarzu. Tak podzialalo haslo “zydowskie zloto”!

Troche wstydu

Wychodzimy z panem Gradzikiem na spacer po centrum Klimontowa. Zaczyna sie chyba powoli orientowac, ze glownym obiektem zainteresowania dziennikarza jest wlasnie kirkut, a raczej jego sprofanowanie, a nie sama szkola i rozlegle inwestycje gminne.

Mowi, ze przyjezdzali architekci z powiatu i dlugo szukali lokalizacji, przyjezdzal wiceprzewodniczacy Powiatowej Rady Narodowej. I zadna inna dzialka im nie odpowiadala.

– Wladze byly, architekt przyjezdzal, komitet budowy szkoly wiedzial! Gdy sie odbywaly zebrania mieszkancow, mowiono o zbiorce pieniedzy, o roznych sprawach, ale o cmentarzu nie. A wiedzieli wszyscy, ze sie tutaj buduje, i nikt nie zwracal uwagi!

Pan Gradzik chcial, zeby lokalizacja byla u podnoza kosciola, ale kuria sie nie zgadzala. Wiec tutaj zbudowali, a przeciez i tak szkola tylko czesciowo obejmuje obszar cmentarza, po ktorym wedle pana Gradzika sladu juz wowczas nie bylo. – Dowiedzialem sie od mieszkancow Klimontowa, ze tu byl cmentarz zydowski, ze czolgi radzieckie zniszczyly wszystko.

Pokazuje mu zdjecie z lat piecdziesiatych. Choc cmentarz byl juz wtedy zdewastowany, to jednak wyraznie widac grupki kamieni nagrobnych. Twierdzi, ze to niemozliwe, ze zdjecie wczesniejsze.

Jedna z najstarszych mieszkanek Klimontowa, pani R., mieszkajaca obok synagogi i stojacej na terenie cmentarza szkoly mowi w obecnosci pana Gradzika:

– Troche bylo tych nagrobkow, jeszcze jak szkole budowali, ale jak sie ludzie dowiedzieli, ze bedzie budowa, to je pobrali, a to na jakies budowy, a to na chlewiki.

Ale pan Gradzik sie upiera: – Tego nie bylo, to po wojnie! Wtedy tu nic na wierzchu nie bylo. Stala tylko chalupa przedsiebiorstwa budowlanego. Zastalem plac taki, jaki teraz jest.

Ale byly szczatki ludzkie. Pan Gradzik podszedl do nich z cala pieczolowitoscia.

– Jak wykopywano zwloki, a wlasciwie nie zwloki, ale kosci, to kazalem je skladac w rogu. Zwracalem sie do dyrektorki, zeby bardzo o to dbac.

Chodzimy jeszcze troche po rynku. A pana Gradzika jakby cos gryzlo, moze nawet jakby sie wstydzil. Wraca do naszej wczesniejszej rozmowy – zeby przypadkiem nie pisac o tym… ORMO.

Strach i pamiec

Przechodzimy z panem Gradzikiem obok synagogi. Pani R. siedzi na laweczce przed domem naprzeciwko, nie bardzo moze chodzic. Mieszka tu od dawna, wiec o kirkucie wie duzo. Troche sie spiera z panem Gradzikiem o dzieje cmentarza, ale niedlugo potem przybiega jej corka. Widac, ze jest zla. Zabiera matke, nie pozwala sobie pomoc. Gdy dzwonie do drzwi, pojawia sie wsciekla. – Po co panu moje nazwisko?! – wrzeszczy, choc nikt jej o nazwisko nie pytal. Zatrzaskuje drzwi.

Boi sie. Jej matka, pani R., tez sie boi, ale zdazyla jeszcze opowiedziec o sprawach, ktore pamieta z dziecinstwa. Wywolal je temat cmentarza i moje indagacje o wczesniejsza historie, bo w gminie wojt napomknal o tym, ze w latach czterdziestych zabito tu jakichs Zydow, a Eugeniusz Niebelski, historyk z KUL, w ksiazce o Klimontowie wspomina o “morderstwach na Zydach”.

Cofamy sie w przeszlosc, na dlugo przed profanacja kirkutu. Pani R. wspomina opowiesc brata o tym, jak zabijano Zydow juz po wojnie. – To zrobili Polacy. Tu ich ustawiali pod sciana – pokazuje na sciane nieczynnej boznicy – kazali sie odwrocic, a reszte, za brata domem…

Opowiada o Chaskielu, ktorego zabili, bo mial pare dolarow: – Jedna lyzka jedlismy, a ty mnie chcesz zabic? – mowil ponoc do swojego oprawcy, przyjaciela z dziecinstwa.

Brat pani R., czlowiek stary, ale jeszcze “na chodzie”, wlasnie odbiera wegiel. Z poczatku niewiele chce mowic. – Jo nie widzialem, jak strzelaly, ale widzialem, jak lezaly. Partyzanty ich zabily! Utworzyly sobie taka partyzantke bandycka.

Wsrod zabitych byl Abram Zlotnik. Wspomina o nim Eugeniusz Niebelski jako o konfidencie NKWD, ktory ujawnial nazwiska akowcow. Mial grozic, ze wszystkich wyda, machac pistoletem. Niejako “przy okazji” pozabijano innych Zydow.

Brat pani R. podaje inna wersje: – Za duzy pysk mial ten Jabrom. Mlody, zuchowaty byl, to go wywlekly i w rowie zabily…

Jeszcze zyja ci, ktorzy zabijali.

– Znam, ale dzisiaj nic nie bede mowic, bo by mnie zastrzelil – pani R. jest przerazona. Tlumacze jej, ze to juz nie te czasy. – Dzieci mam, tu mieszkaja, to tamte beda sie mscily. Przyjdzie, podpali, bandziorow nasle!

Brat pani R. wspomina tez innego, ktory zabijal i zyje do tej pory.

– A kury, a kaczki – smieje sie mlody mezczyzna, ktory przywiozl wlasnie wegiel. Tak tu sie na nich mowi. To trawestacja skrotu AK. Ironia dlatego, ze cala ich partyzantka miala polegac na kradzeniu chlopom drobiu.

Ilu ich bylo? Henryk Lass, Zyd z Klimontowa, ktory po pogromie przeniosl sie do Sandomierza (zmarl tam przed dwunastu laty), powiedzial Eugeniuszowi Niebelskiemu, ze w domu, w ktorym mieszkal Abram, zastrzelono osiem osob. Inni mowia o dwunastu sposrod dwudziestu, trzydziestu, ktorzy przezyli zaglade. Slysze tez wersje, ze bylo ich dwudziestu pieciu, wsrod nich ciezarna kobieta. W Zydowskim Instytucie Historycznym znajduje protokol z kwietnia 1945 roku sporzadzony na podstawie zeznan swiadkow: “W dniu 18 kwietnia r. b. zamordowano w Klimontowie 5 Zydow. Pozostali w miasteczku Zydzi musieli przeniesc sie do Sandomierza”.

Zaglada i rabunek

Wiekszosc Zydow zgladzili hitlerowcy. A potem zaczal sie rabunek. Najpierw dokonali go metodycznie Niemcy, poslugujac sie policjantami zydowskimi, ktorych pozniej usmiercili. A potem do dziela wzieli sie Polacy. Ksiadz Tomasz Zadecki, owczesny proboszcz, zanotowal w kronice parafialnej: “Po wyjsciu Zydow utworzyla sie grupa ludzi, tzw. gornikow. Chodzili oni z kilofami, zelaznymi dragami [… ] noca po domach pozydowskich i rozbijali mury, piece, kopali w piwnicy i wydobywali ukryte bogactwo zydowskie: pieniadze, tekstylia, skory itd. Klimontow teraz zaczal pic, upijac sie – mial przeciez za co – plaga pijanstwa zaczela opanowywac mlodziez, ktora stala sie teraz harda, grubianska… “.

A jeszcze pozniej zaczeto wylapywac tych, ktorzy unikneli smierci. W archiwach Zydowskiego Instytutu Historycznego zachowaly sie relacje Zydow z wojny i okresu powojennego. Znajdujemy tu “Wykaz Zydow, ktorzy zostali zabici przez bandy lub przez tych, ktorzy przyjeli ich na ukrycie”. Wykaz zawiera 39 nazwisk, czasem calych rodzin, dotyczy Klimontowa i okolic. Obejmuje lata 1943 – 1945. Oprawcami sa Polacy.

Niewinni partyzanci

W. tez mieszka niedaleko synagogi i cmentarza. Na niego wlasnie wskazano jako na jednego z tych, ktorzy zabijali. W. mowi, ze byl bardzo mlody, nie mial jeszcze osiemnastu lat, gdy wstapil do partyzantki. Ale lata 1944 i 1945 spedzil w sowieckich lagrach i wiezieniach. Sypnal go kolega z partyzantki, w NKWD mieli nawet numer jego karabinu.

Nie jestem pierwszym, ktory go pyta o pogrom.

– W zeszlym roku przyszlo trzech Zydow – wspomina. – Jedna panienka Zydoweczka i jeden, co nie mowil po polsku. I jeden, co mowil po polsku. Ten pytal, kto strzelal do Zydow. Przedstawil sie jako oficer. I mowil, ze to Polacy. Jego rodzice mieli tu sklep z galanteria.

Drugi, niejaki P. – ten, o ktorym mowiono z ironia “a kury, a kaczki” – tez mieszka w Klimontowie. Jest prezesem miejscowego kola kombatantow akowskich. Od wejscia Sowietow ukrywal sie w okolicy – tak mowi. Wczesniej sluzyl w zaopatrzeniu kompanii klimontowskiej. Dzialal aktywnie w AK. Zwalczali szpicli. – Niektorzy wspolpracowali z nimi – mowi. Oni to NKWD. – Jednego rozstrzelili, to byl Abram.

Ale nie jest zadowolony z tego, co powiedzial, bo nie chce, zeby mowili, iz jest antysemita, boi sie, ze znow go beda przesladowac. – W Jedwabnem dostali policzek – konkluduje.

Byl pogrom, przyznaje, ale on i jego ludzie w tym nie brali udzialu. Mowi, ze wtedy ukrywal sie w Lublinie. – Potem byly wyroki, byl sad. Wszystko bylo w zydowskich rekach – NKWD, UB. Twierdzi, ze ci, ktorzy urzadzili pogrom, to nie byli akowcy. – To byli bechowcy czy niezrzeszeni. To bylo w celach rabunkowych. Nie sluchaj pan, co ludzie mowia. To byla grupa rabunkowa. Moze upominali sie o to, co zostawili u chlopow, gdzie sie ukrywali?

Otarl sie jednak o sad w sprawie zabojstw dokonywanych na Zydach. W 1961 roku byl swiadkiem w Sadzie Wojewodzkim w Radomiu. Tam chodzilo o zabicie jednego Zyda. Znalezli zabojce – dostal osiem lat. Taki jeden G. z Klimontowa. Sad sie pytal, dlaczego to zrobil. Bo brata mial oficera we Lwowie i zameczyli go Zydzi. Lali z balkonu smole i goraca wode, jak wojsko przechodzilo dolem po kapitulacji. – P. jest przekonany, ze to swieta prawda. Do czego to Zydzi sa zdolni!

Twierdzi, ze sam nie widzial, jak G. zabijal. On sie potem tym chwalil. Zeznal, ze to slyszal. Sam siedzial wtedy w areszcie. Aresztowano go – jak mowi – za niedopatrzenia w gminnej spoldzielni, ale prokurator pytal go glownie o tamta sprawe zabojstwa. Dostal potem lekki wyrok.

Zegnamy sie kordialnym usciskiem reki. Potem jeszcze raz, na ulicy, spotykam P. Ide wlasnie do Z., rolnika z pobliskiej wsi. – To wariat – mowi o nim P.

Pole krwi

W. mieszka na skraju wsi, nad wawozem, w chalupce z desek. W srodku zagracona sionka i izba z piecem, czuc zapach biedy. W. ma stope owinieta stara szmata. Odwija i pokazuje kikut. Jest chory, ale nie pojdzie do szpitala. Sam odrzyna sobie nozem palce, gdy po kolei czernieja.

W. o wszystkim wie od ojca. Sam mial wtedy piec lat. W okolicy blakal sie Chaskiel, osiemnastoletni, moze dwudziestoletni chlopak. Byl u ludzi, ale go wygnali, bo sie bali. Wreszcie na noc przyjal go ojciec W. Potem przyszli partyzanci, wyprowadzili Chaskiela i zastrzelili go. – To te sk… syny od P.! – krzyczy.

Byla jeszcze Chaimka. Szla od wsi do wsi. Zaskoczyli ja miejscowi chlopi, zaczeli tluc mlotkiem w glowe, przykryli galezmi i zostawili, mysleli, ze zabita. – A ona ozyla, przyszla do ojca, na piecu spala, tu sie wylizala. Ozenila sie potem na Stawisku za Bieniasa, ktory tez ja ukrywal.

W. mowi, ze Chaskiela zabili w stodole. Pania Genowefe Bednarz, z tej samej wsi, zastaje na polu, wlasnie pieli. Gdy byla dzieckiem, widziala trupa Chaskiela na polu. Byl przez noc u jej ojca, ale przyszli jacys partyzanci, strzelali, domagali sie od ojca broni, ktora ponoc przechowywal. Ojciec bal sie, ze moze byc zle, jak u niego znajda Zyda, wiec powiedzial, zeby sobie poszedl.

Idziemy z pania Genowefa tam, gdzie lezaly zwloki. Leza do dzis. – O tu, na polu L. – pokazuje reka na wysoka kepe trawy przy drodze.

Pani Genowefa pamieta jeszcze, gdzie kto mieszkal. Pokazuje reka – tam Sloma, tam Abram. Podczas wojny do jej matki przyszla Zydowka z getta, prosic, zeby napiekla jej chleba. Matka napiekla.

Zydzi dzisiaj

W Klimontowie Zydow juz nie ma. Wyjechali do Lodzi, do Gdanska, do Ameryki, do Francji, rozproszyli sie po swiecie ci, ktorym udalo sie ujsc calo. Pozostala jednak pamiec o Zydach. Kraza wiesci o jakims liscie przyslanym z zagranicy.

– Ogolnie jest powtarzane – mowi ksiadz proboszcz Adam Nowak – ze byl jakis list Zydow i pozytywny, i negatywny. List przyszedl droga prywatna. Urzedowy bylby zarejestrowany.

O tym liscie ludzie slyszeli. Podobno Zydzi chcieli sie dowiedziec, kto urzadzil pogrom.

Do siostr zakonnych przyjechala niedawno Zydowka, ktora sie tu schronila. Co jakis czas przyjezdzaja Zydzi. Dyrektorka szkoly podstawowej jest nawet troche rozzalona. Mowi, ze przyjezdzaja w czarnym samochodzie, ubrani na czarno, wchodza na teren szkoly (cmentarza), a do niej nikt nie przyjdzie, zeby porozmawiac. Pani dyrektor bardzo pieczolowicie dba o pamiec zmarlych. Zawsze powtarza dzieciom na apelach, zeby z szacunkiem odnosily sie do kosci.

A dzieci? Zbigniew Przybycien, nauczyciel historii w podstawowce, ma wiele do zarzucenia mediom, szczegolnie telewizji. – Trwa dyskusja po Jedwabnem, media ja relacjonuja. Dzieci wysnuwaja czesto bledne wnioski. Oczywiscie, to musi byc podbudowane tym, co w domu sie slyszy.

A dorosli? – W ostatnich latach bywali niespokojni o swoja wlasnosc w zwiazku z obecnymi regulacjami – twierdzi ksiadz proboszcz. – Chodzi o zydowskie domy. –

Lesni, milicja wojsko

Z dokumentami dotyczacymi zbrodni popelnionych w czasie wojny i po wojnie przez Polakow na Polakach narodowosci zydowskiej zetknalem sie, gdy przyszlo mi badac okolicznosci pogromu kieleckiego dokonanego 4 lipca 1946 roku – mowi profesor Witold Kulesza, szef pionu sledczego Instytutu Pamieci Narodowej. – Zapoznalem sie m. in. z dokumentacja powstala w Centralnym Komitecie Zydow Polskich, Ministerstwie Administracji Publicznej, Ministerstwie Sprawiedliwosci i Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego. Badalem rowniez akta sledztw przeciwko sprawcom zabojstw i rabunkow. Sa okreslani rozmaicie – albo jako banda, albo jako milicja, albo jako wojsko. Co najmniej w jednej relacji znalazlem stwierdzenie, ze zabojstwa dokonali funkcjonariusze Urzedu Bezpieczenstwa. W relacjach pojawiaja sie rowniez skargi na to, ze milicja informowana o zabojstwach i napadach rabunkowych pozostawala bezczynna. Wsrod sprawcow wystepowali takze osobnicy okreslani jako akowcy*. W jednym
wypadku wystepuja bechowcy, w innym zas zolnierze Narodowych Sil Zbrojnych.

Zbrodnie popelniano na terenie calego kraju. Z akt wynika, ze glownie na wsi i w malych miasteczkach. Czesc zabojstw miala charakter rabunkowy. Zydow podejrzewano, ze maja jakies bogactwa albo ze chca odzyskac swoje nieruchomosci zasiedlone juz przez Polakow. Z cala pewnoscia kryje sie za tym przekonanie, ze Zydzi sa szczegolnie przebiegli, bo mimo zaglady zdolali zachowac pieniadze i kosztownosci, a takze probuja odzyskac majatki. Tylko w dwoch przypadkach spotkalem sie z relacjami, z ktorych wynika, iz Zydow zamordowano ze wzgledu na ich mniemany udzial w tworzeniu komunistycznego aparatu bezpieczenstwa.

Wedlug dokumentow zgromadzonych w Archiwum Akt Nowych, wlaczonych do sledztwa w sprawie pogromu kieleckiego, ofiarami mordow w calej Polsce tylko w 1946 roku padlo kilkuset Zydow. W roku 1945 smierc z rak Polakow ponioslo kilkuset Zydow. Zbrodnie dokonywane byly rowniez w czasie okupacji. Szczegolnie wstrzasnal mna przypadek denuncjacji zydowskiego dziecka, dokonanej przez dwunastoletniego chlopca pochodzacego z rodziny inteligenckiej. Powiedzial do granatowego policjanta: “Zydow nam w Polsce nie potrzeba”. Wniosek nasuwa sie prosty: tak zostal wychowany.

* Armia Krajowa zostala rozwiazana rozkazem komendanta glownego Leopolda Okulickiego 19 stycznia 1945 roku. R.J.


Stara Synagoga w Klimontów wybudowana w 1851


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Ewa Kurek: Gdyby to Żydzi mieli ratować Polaków, to nie ocalałby ani jeden Polak

Ewa Kurek: Gdyby to Żydzi mieli ratować Polaków, to nie ocalałby ani jeden Polak

Paweł Kopeć


Spotkanie z dr Ewą Kurek w Krakowie. (Paweł Kopeć)

– Od początku lat 90. Żydów w Polsce nosi się na rękach. Miałam nadzieję, że skończy się to za rządów PiS. Niestety, nic takiego się nie stało – mówiła historyczka Ewa Kurek w trakcie czwartkowego spotkania w Krakowie.

W ramach spotkań Krakowskiego Klubu Wtorkowego (wyjątkowo w czwartek) odbyło się spotkanie z dr Ewą Kurek, historyczką zajmującą się tematyką stosunków polsko-żydowskich. Na spotkanie zatytułowane „Jedwabne. Anatomia kłamstwa” do pubu „Róg Brackiej i Reformackiej” przeszło ok. 50 osób.

„Żydów w Polsce nosi się na rękach”

Na początku dr Kurek odpowiadała na pytanie o stan badań nad stosunkami polsko-żydowskimi. – Polska to chyba jedyny kraj, który nie dba o swoje imię i za pieniądze podatników pozwala na szkalowanie własnego kraju – przekonywała historyczka. – Jeżeli jakiś badacz – Polak czy Żyd – odkryje fakty niewygodne wobec obowiązującej bajki o Zagładzie, to zostanie zniszczony. Na uniwersytetach promuje się prace Tomasza Grossa. Przyszedł do mnie ostatnio młody badacz, Żyd, któremu „uwalają” pracę doktorską, ponieważ nie zgadza się na cytowanie Grossa – perorowała Kurek.

– Historię mamy zakłamaną zarówno my, jak i Żydzi. Ale o ile Izrael i USA mają interes w tym, aby tę historię fałszować, to nie mam pojęcia, jaki interes ma w tym Polska. Tymczasem od początku lat 90. Żydów w Polsce nosi się na rękach. Miałam nadzieję, że skończy się to za rządów PiS. Niestety, nic takiego się nie stało – kontynuowała badaczka.

Ewa Kurek przekonywała, że wie, dlaczego w Polsce obowiązuje taki model stosunków polsko-żydowskich. – To tak zwana pedagogika wstydu. Na przełomie stulecia zaczęto nas wychowywać tak, abyśmy byli skundleni, abyśmy czuli się jak mordercy. Teraz grozi nam, że zamiast statusu ofiar II wojny światowej, zaczniemy być postrzegani jako sprawcy. Dlatego my, obywatele, musimy wymóc na władzy, aby przestała szkalować Polskę – zachęcała historyczka.

„Muzeum Polin: jedno wielkie kłamstwo”

Autorka książki „Polacy i Żydzi: problemy z historią” zauważyła: – Historia jako nauka istnieje od 2,5 tys. lat i nigdy nie udało się jej sfałszować. W ten sposób wypłynęła prawda o „żołnierzach wyklętych”, choć przez 50 lat mówiono o nich wyłącznie kłamstwa. Podobnie wypłynie prawda o stosunkach polsko-żydowskich – przekonywała. – Proszę spojrzeć na Muzeum Polin: to jest jedno wielkie kłamstwo. Nie ma tam historii niemal żadnego polskiego Żyda. Polscy Żydzi to byli w 85 proc. chasydzi, uważani przez resztę Żydów za sektę. Chasydzi, uważani przez innych za „religijny motłoch”, mieli znacznie mniejsze szanse na przeżycie niż inni Żydzi. Przeżyli zwłaszcza ci, którzy współpracowali z Niemcami albo byli komunistami. A to właśnie ci, którzy przeżyli wymyślili bajkę o Zagładzie. Jeszcze w latach 80. nie można było kłamać, bo żyli świadkowie tamtych czasów. Ale dzisiaj – hulaj dusza, piekła nie ma – zaznaczała Kurek.

Żydzi z innym kodem kulturowym

Prowadzący spotkanie dopytywał się, dlaczego Żydzi, którzy mieli wielkie wpływy w Ameryce, nie upominali się o losy swoich rodaków w Polsce.

– To pytanie pokazuje, że każdy naród myśli swoim kodem kulturowym, a pan nie zna kodu kulturowego Żydów – odpowiadała Kurek. – Z jednej strony dotyczyło to faktu, że – tak jak wspomniałam – finansjera żydowska uważała chasydów za religijny motłoch, a ponadto Żydzi jako naród po prostu nie są solidarni. W naturę Polaków i Europejczyków jest wpisana zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tymczasem Żydzi kierują się nieludzkim prawem poświęcania części wspólnoty dla ratowania całości. Dla Żydów oznacza to, że własne życie jest najważniejsze i na przykład ojciec ma prawo poświęcić swoje dzieci, aby ratować siebie. Stąd tytuł jednej z moich książek – „Granice solidarności” – tłumaczyła dr Kurek.

Zwracała przy tym uwagę, że z tego powodu żaden Żyd nie został nigdy oceniony za zbrodnie wojenne, mimo że wielu z nich w mundurach Judenratu mordowało własnych współbraci i Polaków. – Jak powiedział jeden z moich znajomych Żydów: gdyby to Żydzi mieli ratować Polaków, a nie Polacy Żydów, to nie ocalałby ani jeden Polak – dodała Ewa Kurek.

Rząd PiS rozczarowaniem

Wśród pytań pojawił się ostatecznie także temat Jedwabnego, zawarty w tytule spotkania. Zdaniem Ewy Kurek, niewiele trzeba zrobić, aby odkłamać to, co się tam wydarzyło.

– Wystarczy pozwolić historykom pracować. Kiedy w 2000 roku Gross ogłosił swoje rewelacje w książce „Sąsiedzi”, wielu historyków powiedziało: „sprawdzam”. Już rok później miały się rozpocząć ekshumacje, jednak pracę historyków zatrzymali rabini i polski rząd. W tej chwili ja i 70 tys. Polaków walczymy z własnym rządem, aby te ekshumacje dokończyć. Rząd ma konstytucyjny obowiązek, aby pozwolić historykom pracować swobodnie. Dlatego rząd PiS to moje osobiste rozczarowanie, bo panuje w tej dziedzinie większy zamordyzm niż wcześniej – podsumowywała historyczka.

Chcę tytułować się uczennicą Bartoszewskiego

Wśród pytań od publiczności, które padały na koniec spotkania, jedno dotyczyło stosunku Ewy Kurek do Władysława Bartoszewskiego.

– Chcę tytułować się jego uczennicą, mimo że nie pisałam u niego żadnej pracy. On nauczył mnie, że nie wolno Żydów ani poniżać, ani wywyższać, tylko być wobec nich uczciwym. Tego trzeba się zawsze trzymać. I należy oddzielić Bartoszewskiego polityka z ostatnich lat, od Bartoszewskiego historyka z lat 70. Nie było wtedy dla niego tematów tabu. Ale nawet potem, w czasach PO, gratulował mi mojej książki („Stosunki polsko-żydowskie 1939-45 – poza granicą solidarności” – przyp. PK) i nigdy nie powiedział o niej złego słowa. Ale to, co zrobiono z nim na starość, jest po prostu straszne – dodawała Kurek.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


CZY NIEMIECCY ŻYDZI SPAKUJĄ WALIZKI?

CZY NIEMIECCY ŻYDZI SPAKUJĄ WALIZKI?

KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET


KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET

Obecna sytuacja wygląda na początek debaty o przyszłości żydowskiej diaspory w Niemczech, w samym Berlinie liczącej tysiące osób.

Niemcy zrezygnowali z odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo w tym kraju. Czujemy się nie jak w 1933 roku, ale jak w 1928. A czas szybko leci” – alarmował pod koniec maja w artykule dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Zeev Avrahami, jeden z czołowych głosów izraelskiej diaspory w Berlinie. Jego tekst, podchwycony przez niemieckie media, podgrzał dyskusję o tym, czy Żydzi mogą się dziś czuć w Niemczech bezpieczni, czy mogą liczyć na ochronę ze strony państwa i współobywateli. W ostatnim czasie regularnie dochodzi tu bowiem do ataków na Żydów m.in. ze strony arabskich imigrantów. Np. niedawno w Berlinie Arab zaatakował Izraelczyka w jarmułce, a w ubiegłym tygodniu iracki imigrant zgwałcił i zamordował 14-letnią niemiecką Żydówkę z Moguncji (przyznał się do mordu; śledztwo wyjaśnia motywy).

Avrahami, który sam kilka razy doświadczył nieprzyjemnych sytuacji na ulicach, twierdzi, że Niemcy nie są zainteresowani podjęciem tematu wzrostu antysemityzmu w związku z napływem arabskich imigrantów, ale też – większego przyzwolenia na agresję ze strony skrajnej prawicy, zwłaszcza od sukcesu partii AfD w wyborach w 2017 r. Pisze, że wielu jego znajomych już wróciło do Izraela, a kolejni pakują walizki (oficjalnych danych na ten temat nie ma).

Wygląda to na początek debaty o przyszłości żydowskiej diaspory w Niemczech, w samym Berlinie liczącej tysiące osób. I fenomenu miasta „biednego, lecz seksownego”, które w ostatniej dekadzie ściągało tu głównie izraelską lewicę, chwalącą Berlin za możliwość sąsiadowania z Arabami w pokoju i spokojne życie z dala od błędów izraelskiego rządu. Dziś stoi to pod znakiem zapytania.


KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET – Dziennikarka, korespondentka Tygodnika Powszechnego z Izraela. Interesuje się dialogiem polsko- i chrześcijańsko-żydowskim, historią Żydów aszkenazyjskich i współczesnymi obliczami Izraela, zwłaszcza w perspektywie kulturalno-społecznej. Współpracowała z polskimi i niemieckimi mediami (m.in. Przekrojem, TVP Kultura, mediami Agory, Deutsche Welle, Der Freitag). Studiowała w Krakowie, Berlinie i Tel Awiwie. Rodowita krakowianka. Nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej w roku 2015.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Pierwszy artykul w Polskiej prasie o Jedwabne. “Całopalenie”

W Jedwabnem zagłady Żydów Niemcy dokonali polskimi rękami

Andrzej Kaczyński


Informacje o dokumencie
Autor Andrzej Kaczyński
Tytuł Całopalenie
Podtytul W Jedwabnem zagłady Żydów Niemcy dokonali polskimi rękami
Data wydania 2000.05.05
Dział gazeta/Publicystyka, Opinie


Holokaust:
W Jedwabnem zagłady Żydów Niemcy dokonali polskimi rękami

Całopalenie

Rozmowa z Adamem Dobrońskim, profesorem historii uniwersytetu w Białymstoku: Kontrowersje historyczne weryfikują się w dialogu

Andrzej Kaczyński

10 lipca 1941 roku w Jedwabnem na ziemi łomżyńskiej Niemcy rozkazali zgładzić całą żydowską społeczność miasteczka. Wyrok śmierci wykonali miejscowi Polacy. Dowodzą tego ujawnione ostatnio relacje naocznych świadków, Żydów ocalałych z zagłady. Nie zaprzeczają im polscy świadkowie tragedii, mieszkańcy Jedwabnego. Z tych samych źródeł wiadomo, że podobnie, polskimi rękami, Niemcy zadali masowo śmierć także Żydom z Wąsoszy, Wiznej i Radziłowa. Wiele z tych świadectw znali wcześniej polscy badacze. A jednak to nie za ich przyczyną wstrząsająca prawda o polskim udziale w hitlerowskiej eksterminacji Żydów wychodzi na jaw. Ta wiedza przychodzi do nas z zagranicy.

Jedna tragedia, dwie historie

Polny głaz z tablicą pamiątkową to jedyny ślad po dwustuletniej obecności Żydów w Jedwabnem koło Łomży. Ale napis oskarżający wyłącznie hitlerowców o dokonanie zagłady żydowskich mieszkańców tego miasteczka nie mówi całej prawdy. Prawdy o tej tragedii nie ujawnili także krajowi historycy. Dopiero niedawno profesor Jan Tomasz Gross z Nowego Jorku opublikował relację Szmula Wasersztajna, opisującą walny udział grupy miejscowych Polaków w wymordowaniu jedwabieńskich Żydów. Dokument ten, sporządzony w 1945 roku, przechowywany w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, znali, a w każdym razie powoływali się nań, polscy naukowcy, ale zataili jego prawdziwą wymowę. W Stanach Zjednoczonych w Internecie został od niedawna udostępniony zbiór innych, późniejszych świadectw żydowskich, także oskarżających pewną liczbę Polaków z Jedwabnego i pobliskich wsi (imiennie; można doliczyć się co najmniej trzydziestu nazwisk) o uczestnictwo w wykonaniu tej zbrodni.

Wokół tej dokumentacji, a także z powodu odczytu profesora Jana Tomasza Grossa na jednym z amerykańskich uniwersytetów, wywiązała się w Internecie dyskusja na temat zagłady Żydów w Jedwabnem. Oto fragment jednego z takich listów, sprzed mniej więcej miesiąca: “Niemcy weszli do Jedwabnego, Polacy poprosili Niemców, żeby wyszli z miasta na osiem godzin. Po ośmiu godzinach było o tysiąc stu Żydów mniej”. Autorka listu podaje tę zniekształconą wiadomość z drugiej ręki czy też z zasłyszenia (nieuważnego). Inny autor pomylił datę, zatem puścił w świat komunikat, że Polacy dokonali zbrodni na Żydach, którzy uratowali się z hitlerowskiej zagłady. “Kielce [chodzi o pogrom z 3 lipca 1946 roku] przy tym, to małe piwo” – dodał. Oboje cytowani autorzy wykazują znaczne zaciekawienie, a także pewne znawstwo spraw polskich. Takie są skutki przemilczania prawdy. Jakie mogą być reakcje internautów, którzy o Polsce nie wiedzą nic lub prawie nic, niemiło pomyśleć.

Sprawdziłem, co na ten temat pisali polscy badacze szoah. Okazało się, że zagłada Żydów w Jedwabnem ma dwie rozbieżne, a nawet sprzeczne historie. Polskie źródła odpowiedzialność za zagładę przypisują wyłącznie lub prawie wyłącznie Niemcom, hitlerowskiej żandarmerii i policji. Udział Polaków w dokonaniu tej zbrodni jest w nich pomniejszany, przemilczany lub w ogóle zaprzeczony.

Będą odbierać mienie pożydowskie?

Wielu mieszkańców Jedwabnego wymówiło się od rozmowy, a jednak bez większego trudu uzyskałem generalne potwierdzenie żydowskich relacji o sprawcach zagłady. O tym, że to przede wszystkim Polacy zadawali Żydom okrutną śmierć, wiedzieli i powiedzieli nie tylko starsi ludzie, którzy przeżyli tam wojnę, ale i młodzi, którzy znali prawdę tylko z rodzinnego przekazu. – Nikt z morderców już nie żyje – zapewniali. Ale prawie wszyscy żądali zachowania nazwisk w tajemnicy. Naszemu fotoreporterowi, który na rynku poprosił młodych ludzi o wskazanie pamiątek po jedwabieńskich Żydach i pomnika ich zagłady, najpierw odpowiedziano pytaniem, z odcieniem szyderstwa, czy przyjechał odbierać mienie pożydowskie.

W Jedwabnem zachowała się bodaj tylko jedna żydowska kamienica. Ponad dwadzieścia lat temu jeden z autorów relacji zamieszczonych w Internecie odwiedził rodzinne miasto i biadał, że nie znalazł prawie żadnych żydowskich domów.

Podczas pierwszej wojny światowej miasto zostało w 75 procentach zniszczone. Parę lat przed drugą wojną odbudowano kościół i synagogę. Okazałą, nowiutką bożnicę, dumę Żydów Jedwabnego, spalili we wrześniu 1939 roku Niemcy.

28 września 1939 roku obaj najeźdźcy, III Rzesza i Związek Radziecki, uzgodnili rozbiór Polski. Jedwabne dostało się na dwadzieścia miesięcy pod okupację radziecką. Niemcy ponownie wkroczyli do miasta 23 lipca 1941 roku, drugi dzień po ataku na ZSRR. Osiemnaście dni później prawie wszyscy jedwabieńscy Żydzi zostali żywcem spaleni.

Wersja żydowska

Ci nieliczni Żydzi z Jedwabnego, którzy przeżyli całopalenie lub dowiedzieli się o nim od naocznych świadków, oskarżają o jego dokonanie Polaków, swoich sąsiadów i ziomków, mieszkańców Jedwabnego i okolicznych wsi. Według ich relacji Polacy byli wyłącznymi wykonawcami tej zbrodni. Od Niemców mógł pochodzić rozkaz lub zachęta do pogromu, ale w miasteczku w czasie zbrodni albo ich nie było, albo byli, ale zachowywali się biernie, albo nawet próbowali eksterminację powściągnąć lub ograniczyć.

Pierwszym źródłem są dwie relacje Szmula Wasersztajna, naocznego świadka tragicznych wydarzeń z 10 lipca 1941 roku w Jedwabnem, złożone w 1945 roku przed Żydowską Komisją Historyczną w Białymstoku, przechowywane w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. W archiwum ŻIH znajdują się także inne świadectwa dotyczące Jedwabnego i okolic – Menachema Finkelsztejna, Abrahama Śmiałowicza, A. Belawickiego. Wszystkie oskarżają Polaków. Istnieją w obiegu naukowym od kilkudziesięciu lat, a w każdym razie wszyscy polscy autorzy powoływali się na nie jako źródła. Jan Tomasz Gross pierwszy opublikował w całości (w księdze zbiorowej ofiarowanej profesorowi Tomaszowi Strzemboszowi “Europa nieprowincjonalna”, Warszawa 2000) dłuższą z relacji Szmula Wasersztajna. Gross zasygnalizował, że pomiędzy obydwoma jego relacjami występują rozbieżności co do szczegółów, ale nie przeprowadził dokładniejszej krytyki tego źródła (zapewne uznając je za zasadniczo wiarygodne), natomiast zarysował plan dalszych badań nad stosunkiem Polaków do zagłady Żydów na wschodnich terenach Polski zajętych przez Niemcy po ataku na ZSRR.

Z relacji dostępnych w Internecie (http://www.jewishgen.org/Yizkor/jedwabne/), trzy pochodzą również od naocznych świadków: Herszela Piekarza-Bakera, Rywki Fogel i Icchaka (Janka) Neumarka.

Wasersztajn relacjonuje, że trzeciego dnia po zajęciu Jedwabnego przez Niemców, 25 czerwca 1941 roku, “swojscy, polscy bandyci” zaczęli rabować mienie, bić, a nawet zabijać Żydów. “Własnymi oczami” widział, jak zamordowano trzy osoby. “Jakuba Kaca ukamienowali cegłami. Eliasza Krawieckiego zakłuli nożami, później wydłubali mu oczy i obcięli język. Męczył się nieludzko przez 12 godzin, nim wyzionął ducha” – zeznał. Cztery inne ofiary mordu wymieniła w swej relacji Rywka Fogel.

Wasersztajn zeznawał dalej. “Tego samego dnia zaobserwowałem straszliwy obraz. Kubrzańska Chaja, 28 lat, i Binsztejn Basia, 26 lat, obie z niemowlętami na rękach, poszły nad sadzawkę, woląc raczej utopić się wraz z dziećmi, aniżeli wpaść w ręce bandytów. Wrzuciły dzieci do wody i własnymi rękami utopiły. Później skoczyła Binsztejn Baśka, która poszła od razu na dno, podczas gdy Kubrzańska Chaja męczyła się przez kilka godzin”. Rywka Fogel podała nieco inne szczegóły. Kobiety zamieniły się dziećmi. Podcięły sobie żyły, zanim rzuciły się do wody. Według Wasersztajna, chuligani zrobili sobie z tragedii widowisko. Fogel podała, że z pierwszej próby Polacy wyratowali samobójczynie. Ich mężowie, działacze komunistyczni, uciekli z Rosjanami.

Pogrom trwał jeden dzień. Wasersztajn podał, że powstrzymał go ksiądz, jakoby tłumacząc, że “niemiecka władza sama zrobi już porządek”.

7 i 8 lipca w Jedwabnem schronili się Żydzi, którzy uciekli z pogromów w Wiźnie i Radziłowie. W Jedwabnem mieszkało około tysiąca Żydów, nie wiadomo, ilu uciekło z Rosjanami. Liczbę uciekinierów szacuje się nawet na 700 osób. Niektórzy ukrywali się poza miastem, spodziewając się katastrofy; co dzień bowiem hitlerowcy organizowali pogrom w innej miejscowości.

Ukrywający się widzieli, jak rankiem 10 lipca do Jedwabnego zjechało furmankami wielu chłopów z okolicznych wiosek. Jak w dzień targowy. Przyjechali też Niemcy. Ośmiu gestapowców odbyło naradę z przedstawicielami polskich władz miasteczka. Wasersztajn utrzymuje, że Niemcy chcieli zgładzić większość Żydów, ale zachować przy życiu potrzebnych im rzemieślników, a Polacy mieli domagać się, żeby nikogo z Żydów nie oszczędzać, gdyż do pracy wystarczy fachowców chrześcijan. Podobną wersję przebiegu narady podają też inne relacje żydowskie. Także niektórzy polscy świadkowie słyszeli, że miejscowi uczestnicy narady z gestapowcami mieli zająć takie właśnie stanowisko.

Żydom nakazano zebrać się na rynku. “Miejscowi chuligani uzbrojeni w siekiery, w kije nabite gwoździami i inne narzędzia zniszczenia i tortur, wypędzili wszystkich Żydów na ulice” – zeznawał Wasersztajn. Zmuszano ich do pielenia i czyszczenia placu. Zrzucono z piedestału pomnik Lenina i kazano młodym Żydom nosić go wokół rynku, śpiewać radzieckie piosenki i skandować: “Przez nas ta wojna”. Według niektórych relacji, wybrano kilkudziesięciu młodych, silnych ludzi, zmuszono ich, żeby zanieśli pomnik i pogrzebali w dole, który kazano im wykopać na żydowskim cmentarzu za miastem, po czym zamordowano ich i wrzucono do tego samego dołu. Pozostałych Żydów cały dzień trzymano na rynku w palącym słońcu, bez kropli wody. Byli znieważani i bici. Polscy oprawcy znęcali się nad sędziwym rabinem Awigdorem Białostockim, nie oszczędzali kobiet ani dzieci. Wieczorem popędzono wszystkich Żydów czwórkami w stronę kirkutu. Według niektórych relacji, rabinowi kazano iść na czele, z czerwonym sztandarem w ręku. Wpędzono wszystkich do stodoły. Oblano łatwopalnym płynem i podpalono. Ichak Neumark, były mieszkaniec Jedwabnego, opowiedział, że wrót pilnował znany mu Polak z siekierą w dłoni. “Był gotów zabić każdego, kto by próbował wydostać się. Stałem z rodziną tuż przy wejściu, ponieważ na szczęście zostaliśmy jedni z ostatnich wepchnięci do stodoły. Nagle od płomieni wrota rozpadły się. Pilnujący zamierzył się na mnie siekierą, ale zdołałem mu ją wytrącić. Mnie, mojej siostrze i jej pięcioletniej córeczce udało się uciec na cmentarz. Widziałem jak mój ojciec padł w płomieniach na klepisko”.

Tych, których nie spalono żywcem w stodole, polscy oprawcy mordowali tam, gdzie kogo dopadli. Rywka Fogel słyszała straszny krzyk Józefa Lewina, chłopca, którego bandyci zatłukli na śmierć. “Goje pochwycili małą Judkę Nadolną, ucięli jej głowę i grali nią jak piłką” – zeznała Fogel. Icchak Neumark opowiadał, że kobiecie w dziewiątym miesiącu ciąży rozpruł brzuch parobek jej teścia. “Na własne oczy widziałem, jak Aron leżał na ulicy zabity, z wyciętym na piersi krzyżem. Trzyletnia Chana schowała się w kurniku. Znaleźli ją goje i wrzucili w ogień jak kawałek drewna” – podał Neumark.

“Ani jeden Niemiec nie uczestniczył w tym dniu śmierci, wręcz przeciwnie. Dwaj oficerowie przyszli pod stodołę zagłady, aby ocalić przynajmniej rzemieślników, krawców, szewców, kowali i cieśli, których pracy Niemcy potrzebowali. Ale goje powiedzieli: nie może ani jeden Żyd pozostać przy życiu. Wystarczy fachowców wśród chrześcijan” – relacjonował Neumark. “Rozkaz zgładzenia wszystkich Żydów wydali Niemcy, ale polscy chuligani podjęli go i przeprowadzili najstraszniejszymi sposobami” – mówił Szmul Wasersztajn. “Polacy postanowili zabić wszystkich Żydów i wykonali to. Niemcy patrzyli z pogardą na bestialstwo Polaków” – zeznał autor jednej z relacji umieszczonych w Internecie, Herszel Piekarz-Baker.

Wersja polska

W 1966 roku Szymon Datner w biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie odpowiedzialność za masowe zbrodnie na żydowskiej ludności Białostocczyzny po ataku III Rzeszy na ZSRR przypisał specjalnym grupom operacyjnym niemieckiej policji. “Często działały one przy pomocy” tubylczych “formacji policyjnych, zorganizowanych spośród miejscowych zdrajców, faszystów, degeneratów lub kryminalistów. Niekiedy grając na najniższych instynktach oddziały te [niemieckie] organizowały wybuchy” gniewu ludu, “dostarczając broni, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi. Z reguły fotografowali rozgrywające się sceny, by mieć dowód, że Żydzi są znienawidzeni nie tylko przez Niemców”. Dalej Datner pisze o ziemi łomżyńskiej: “Do zbrodni na tych obszarach Niemcy przyciągnęli męty spośród miejscowej ludności oraz tak zwaną granatową policję. Było to zjawisko raczej rzadkie w dziejach okupowanej Polski, jak również na pozostałych obszarach Białostocczyzny, gdzie ludność miejscowa – polska i białoruska – nie dała się obałamucić niemieckiej prowokacji. (…) W sporadycznych wypadkach miejscowe szumowiny i elementy kryminalne dały się użyć do roli niemieckich pachołków katowskich. Większość jednak” roboty “dokonywali Niemcy własnymi rękoma”. Kto był sprawcą zbrodni w Jedwabnem, Szymon Datner nie napisał jednak jednoznacznie.

Najobszerniejszy polski opis wypadków w Jedwabnem przedstawił w 1989 roku w “Studiach Podlaskich”, czasopiśmie uniwersytetu w Białymstoku, prokurator Waldemar Monkiewicz z białostockiej Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. “W początkach lipca 1941 ze składu [niemieckich] batalionów policyjnych 309. i 316. wydzielono 200 funkcjonariuszy tworząc specjalny oddział, nazywany Kommando Bialystok, dowodzony przez Wolfganga Burknera, oddelegowanego z warszawskiego gestapo. Oddział ten 10 lipca przybył samochodami ciężarowymi do Jedwabnego. Do akcji podjętej przeciw Żydom zaangażowano również żandarmerię i policję pomocniczą. Ta ostatnia uczestniczyła jedynie w przyprowadzeniu ofiar na rynek i ich konwojowaniu poza miasto. Tam hitlerowcy dopuścili się niesamowitego okrucieństwa, wpędzając około 900 osób do stodoły, którą następnie zamknięto, oblano ściany benzyną i podpalono, powodując męczeńską śmierć znajdujących się wewnątrz mężczyzn, kobiet i dzieci. W dwa dni później ci sami sprawcy wymordowali prawie wszystkich Żydów w Radziłowie [według większości źródeł mord w Radziłowie nastąpił 7 lipca, a więc wcześniej niż w Jedwabnem]. Spalili tam w stodole około 650 osób. Zarówno w Jedwabnem, jak i w Radziłowie hitlerowcy starali się wciągnąć do pogromu niektórych policjantów pomocniczych narodowości polskiej. Ci spośród nich, którym udowodniono jakikolwiek udział – najczęściej zresztą w czynnościach drugorzędnych – ponieśli surowe kary”.

Trzy lata wcześniej, w okolicznościowym referacie na uroczystości 250. rocznicy nadania praw miejskich Jedwabnemu, prokurator Monkiewicz podał, że w dniu zagłady do Jedwabnego przyjechało stu kilkudziesięciu policjantów niemieckich, liczbę śmiertelnych ofiar żydowskich ocenił na “około 900, w każdym razie nie mniej niż 600” oraz przyznał, że udało się ustalić nazwiska tylko kilku rodzin, które wówczas zginęły. Natomiast co do nazwisk polskich policjantów pomocniczych, którzy mieli jakikolwiek związek z tą zbrodnią, to je tu, dodał, “ze zrozumiałych względów pomijam”.

W 1949 roku odbył się w Łomży proces 22 Polaków oskarżonych o współpracę z Niemcami w wymordowaniu Żydów w Jedwabnem. Wyrok śmierci orzeczono wobec folksdojcza z Cieszyna. Pozostałych skazano na kary 8 -15 lat więzienia. Żaden z nich nie przyznał się do winy. Niestety, akta procesu, przechowywane w archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Warszawie, są na razie niedostępne, ponieważ archiwum przeprowadza się właśnie do innej siedziby.

Prokurator Waldemar Monkiewicz twierdzi, że za udział w zbrodni w Jedwabnem osądzono w Niemczech także funkcjonariuszy państwa hitlerowskiego.

Żeby objaśnić, lecz nie usprawiedliwić

Omawiając “zajścia antyżydowskie i pogromy w okupowanej Europie” (w rozprawie w tomie ŻIH “Holocaust z perspektywy półwiecza”), profesor Tomasz Szarota pisał: “Prawdopodobnie za każdym razem była to prowokacja przygotowana przez Sipo i SD, na Wschodzie przez Einsatzgruppen. Pierwszy cel miał charakter propagandowy. Pokazywano oto światu, że nie tylko Niemcy odczuwają potrzebę eliminacji Żydów, a ładunek nienawiści wobec Żydów w innych krajach jest nawet większy niż w Niemczech. Przy okazji demonstrowano jakoby aprobatę krajów okupowanych dla szermującej antysemickimi hasłami ideologii hitlerowskiej. Wkraczając w pewnym momencie do akcji, jako czynnik ładu i porządku, osiągano cel kolejny – Niemcy występowali oto nagle jako obrońcy Żydów przed agresją Polaków…”. Scenariusz ten dokładnie pasuje do wydarzeń w Jedwabnem.

Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego stwierdził w 1992 roku (w biuletynie ŻIH), że na zachodnich obszarach Związku Radzieckiego, dawnych polskich Kresach Wschodnich, “po 22 czerwca 1941 ludność żydowska stała się bohaterem jednocześnie dwóch tragedii. Jedną z nich było – niezrozumiałe dla większości Żydów – niemieckie dążenie do fizycznego wyniszczenia narodu żydowskiego. Drugą była eksplozja długo skrywanej nienawiści, wynikającej z pobudek ekonomicznych i emocjonalno-ideologicznych, ze strony lokalnych społeczności autochtonicznych”. I dodał: “agresja społeczności lokalnych nie była wynikiem wyłącznie manipulacji niemieckich”.

Podczas niespełna dwóch lat okupacji radzieckiej stosunki polsko-żydowskie na Kresach uległy gwałtownemu pogorszeniu.

– Poparli nas Żydzi i tylko ich wciąż było widać. Zapanowała też moda, że każdy kierownik instytucji chwalił się, że u niego nie pracuje już ani jeden Polak – mówił na naradzie aktywu w 1940 roku naczelnik NKWD w Łomży, i nader krytycznie, z punktu widzenia państwa radzieckiego, ocenił tę sytuację.

Ktoś zanotował podczas wojny skargę rolnika spod Łomży. – Teraz to mamy żydowskie cesarstwo. Tylko ich wybierają wszędzie, a Polak jak koń, on tylko ciągnie i jego biją batem. Teraz dla Polaków nastały złe czasy. Historycy, nie tylko zresztą polscy, cytują te i podobne wypowiedzi, żeby wskazać na przyczyny pogłębienia się konfliktu między Żydami i Polakami w latach 1939 – 1941.

W zbiorze relacji Polaków, którzy wstąpili do armii generała Władysława Andersa, “W czterdziestym nas matko na Sibir zesłali” (wydanym przez Irenę i Jana Tomasza Grossów) znalazło się sprawozdanie członka polskiej konspiracji wojskowej z okolic Jedwabnego, który winę za swoje uwięzienie i zesłanie przypisuje m.in. denuncjacji Żyda – współpracownika NKWD.

W czerwcu 1940 roku w Jedwabnem NKWD rozbiło dwie konspiracje: “Partyzantkę” (35 członków) i Związek Walki Zbrojnej (około 80 żołnierzy z Białegostoku i okolic Jedwabnego). W grudniu 1940 roku ujawniło się przed władzami radzieckimi około stu dalszych członków, dokładnie spenetrowanego przez NKWD, polskiego podziemia. Z dokumentów znalezionych w archiwach radzieckich, ogłoszonych niedawno przez profesora Michała Gnatowskiego w “Studiach Łomżyńskich”, wynika, że spośród byłych konspiratorów NKWD zwerbowało 18 informatorów nie-Żydów; fakt ten nie był oczywiście znany opinii publicznej, która denuncjacje przypisywała głównie Żydom. W czerwcu 1941 roku NKWD zaczęło aresztować w Jedwabnem i okolicach ujawnionych konspiratorów, ich rodziny i zwolenników, w tym jednego księdza. Tuż przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej część z nich została deportowana na wschód. Innych ocaliła od wywózki paniczna ucieczka władz radzieckich.

– Po tym, co się tutaj działo podczas okupacji sowieckiej, nie można się dziwić wybuchowi gniewu Polaków na Żydów – powiedział mi jeden z mieszkańców Jedwabnego.

W tym miasteczku są dwa pomniki wojny. Jeden upamiętnia 180 mieszkańców zamordowanych w latach 1939 – 1956 przez władze radzieckie, niemieckie i komunistyczne polskie. Drugi – 1600 Żydów spalonych żywcem 10 lipca 1941 roku.

Siedmiu Żydów z Jedwabnego przechowała w swoim gospodarstwie rodzina Wyrzykowskich ze wsi Janczewko. Antoninie Wyrzykowskiej instytut Yad Vashem nadał medal “Sprawiedliwy wśród narodów świata”, ale ona nie mieszkała już wtedy w rodzinnej wsi. Bała się, iż za to, że ratowała Żydów, sama straci życie. – Pobito ją tak, że była cała niebieska – wspomina syn.

Pamięć

Kamień ku czci jedwabieńskich Żydów wystawił w 1962 lub 1963 roku łomżyński oddział Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, przypomina sobie Eugeniusz Adamczyk, który opiekował się pomnikiem. Inskrypcja na tablicy nosi ślady prób zniszczenia. Adamczyk był pierwszym komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w Jedwabnem. Miał szczęście, bo dwukrotnie był w terenie, gdy podziemie napadało na posterunek, ale i pecha, bo został za to wyrzucony z posady. – UB mnie podejrzewał, choć to był czysty przypadek – mówi. Pamięta też, że aresztował i odstawił do prokuratury w Łomży trzech sądzonych za mord na Żydach. – Pozostałych oskarżonych zaaresztowało “bezpieczeństwo” – dodaje. Adamczyk pochodzi z Krakowskiego, ale jego żona, Henryka, choć miała wtedy dwanaście lat, pamięta dzień zagłady. – Rodzice kazali mi się ukryć, ale jeszcze mam w uszach krzyk Żydów prowadzonych na śmierć, czuję swąd spalenizny…

Liczby, podanej na tablicy pamiątkowej, nikt nie weryfikował. Wiadomo tylko, że tylu – mniej więcej – Żydów z Jedwabnego nie można się doliczyć. Po wojnie nie przeprowadzono ekshumacji szczątków spalonych ludzi. Nikt z mieszkańców Jedwabnego nie potrafił wskazać mi miejsca, gdzie ich pochowano.

Jerozolimski instytut badań i pamięci o zagładzie nazywa się Yad Vashem; te dwa słowa hebrajskie oznaczają “imię i miejsce”, czyli to minimum pamięci, jakie żyjący są winni ofiarom holokaustu, czyli całopalenia. Żydzi Jedwabnego, którym taką właśnie, całopalną, okrutną śmierć zgotowano, tego minimum pamięci jeszcze nie otrzymali.

Coś jednak zaczęło się zmieniać. W Wąsoszy komitet polsko-żydowski postawił pomnik tamtejszym ofiarom zagłady. W Jedwabnem biskup łomżyński na miejscu kaźni Żydów odprawił niedawno nabożeństwo przebłagalne. Po tym, jak papież Jan Paweł II mówił w Rzymie i w Jerozolimie o winach chrześcijan wobec narodu żydowskiego, w diecezji łomżyńskiej zaczęto się zastanawiać, w jaki sposób parafie, w których Polacy mieli jakikolwiek udział w prześladowaniach i eksterminacji Żydów, powinny dokonać samooceny i aktu skruchy.

Rozmowa

Adam Dobroński, profesor historii uniwersytetu w Białymstoku

Kontrowersje historyczne weryfikują się w dialogu

“Rz”: – Z relacji naocznych świadków, Żydów ocalałych z pogromu w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku, wynika, że wprawdzie rozkaz zagłady wydali Niemcy, ale wykonała go głównie grupa miejscowych Polaków. Nie przeczą temu polscy świadkowie, mieszkańcy Jedwabnego. Natomiast polscy historycy albo całkiem przemilczeli udział Polaków w tej zbrodni, albo sprowadzają na przykład tylko do konwojowania ofiar na miejsce kaźni. Jak wytłumaczyć te różnice, cenzurą, autocenzurą?

Adam Dobroński: – Były pewne ograniczenia cenzuralne co do historii stosunków polsko-żydowskich. A jeśli w jakikolwiek sposób temat zatrącał o bieżące, polityczne relacje z ZSRR lub z RFN, to tym surowsze nakładano ograniczenia.

– Żeby, jak mawiał Władysław Gomułka, nie lać wody na młyny niemieckich rewizjonistów?

– Właśnie. Ale przede wszystkim występowała do tej pory niechęć do zajmowania się tym tematem. Było więc nie tyle jego fałszowanie, co niepodejmowanie. Zapewne także z poczucia pewnego zawstydzenia. Na dobrą sprawę nikt w Białymstoku wcześniej rzetelnie tych wątków nie badał. Dopiero teraz w odniesieniu do pewnych miejscowości prowadzi się pierwsze badania. Ostatnio, na przykład, wyszła rozprawa o Żydach w Nowogrodzie, powstaje też publikacja o Żydach w Łomży. Ja kończę redagować trzeci tom “Żydów białostockich”, do którego przywiozłem znakomite relacje z Izraela. Ten marazm wynikał jeszcze z tego, że w naszym regionie nie ma obecnie ani jednej gminy żydowskiej, nie ma w ogóle przedstawicieli tej społeczności, którzy by budzili tu sumienia i podnosili ten temat. W Białymstoku, który przed wojną miał ponad 40 procent ludności żydowskiej, a bywało, że miał 70 procent, w tej chwili tylko dwie osoby oficjalnie deklarują tę narodowość. Ale to nas oczywiście nie usprawiedliwia.

– W Jedwabnem zetknąłem się z czymś w rodzaju przestrachu, że jedyną rzeczą, jaką świat się dowie o tym miasteczku, jest to że tu Polacy pomogli Niemcom wymordować Żydów.

– Co do tej pomocy, to niestety nie znam bliżej sprawy Jedwabnego, ale znam dobrze wydarzenia w Tykocinie, które dotychczas uchodziły za najbardziej drastyczny na Białostocczyźnie przykład udziału polskiego w zagładzie Żydów. Z relacji żydowskich wynikało, że to właściwie Polacy zorganizowali pogrom: zbrojni w kije wywlekli z kryjówek Żydów, a potem popędzili ich do Łopuchowa. Ale po szerszej penetracji źródeł, rozmiar polskiego udziału został wyraźnie pomniejszony, i obecnie mówi się, że owszem, pewna liczba Polaków w tym uczestniczyła, ale na takiej zasadzie, że wcześniej Niemcy zrobili łapankę wśród Polaków, niektórych wezwali imiennie, resztę wzięli z ulicy. I oni rzeczywiście, trzeba to niestety przyznać, rozkazy spełnili, ale nie była to w żadnym razie ich własna inicjatywa ani nie byli pierwszymi sprawcami zbrodni. Wypełnili pod przymusem tę, skądinąd haniebną, rolę.

– Podobny scenariusz mógł być w Jedwabnem. Za wódkę czy kiełbasę albo udział w łupach zwerbowano iluś Polaków, w tym przede wszystkim tych, którzy już dwa tygodnie wcześniej dali się poznać jako rabusie, prześladowcy Żydów. I oni bardzo gorliwie, do końca wykonali rozkaz, to znaczy nie tylko wyszukiwali i ścigali Żydów, spędzili ich na rynek, zapędzili na miejsce kaźni, ale także wepchnęli nieszczęsne ofiary do stodoły, podpalili ją i pilnowali, żeby nikt z niej nie uciekł. Natomiast z braku solidnych badań nie wiemy, ilu naprawdę było prześladowców ani ile ostatecznie było ofiar.

– Nie znamy też liczby Żydów spalonych w synagodze w Białymstoku. Trudno uznać dane, jakie podają niektóre źródła żydowskie, bo trudno uwierzyć, żeby aż tyle osób mogło się w synagodze pomieścić. W tym wypadku Niemcy zresztą nie użyli Polaków do popełnienia tej zbrodni, a ostatnio został rozpropagowany przeciwny przykład: ktoś z Polaków, narażając się Niemcom, którzy pilnowali synagogi, otworzył boczne drzwi, dzięki czemu część Żydów, co prawda niewielka, uratowała się z pożogi.

– Dotychczas o udziale miejscowej ludności w hitlerowskiej eksterminacji Żydów mówiło się głównie w odniesieniu do Ukrainy i Litwy. Okazuje się, że podobne rzeczy zdarzyły się w dawnym województwie białostockim. Jak to objaśnić?

– Jeśli były takie zachowania, to one musiały wynikać z lat poprzednich. Zwłaszcza w Łomżyńskiem relacje polsko-żydowskie tuż przed wojną wyraźnie się pogorszyły. Przykładem były choćby Sokoły, gdzie doszło może nie do pogromu, ale do znaczących ekscesów antyżydowskich. Wiąże się to z wpływami Narodowej Demokracji. To były tereny tradycyjnie endeckie. Sytuacja lepiej wyglądała w Białostockiem, gdzie, co przyznają także Żydzi, to współżycie było zupełnie znośne.

Głębokie podziały dotknęły także polską społeczność. Wydaje się, że znaczna część ludności odczuwała swoisty terror wywierany przez skrajną prawicę narodową. W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się ludzie przechowując Żydów, którzy musieli chronić i ich, i siebie zarówno przed Niemcami, jak i przed rodzimymi bandytami.

Trzeba też przypomnieć okres okupacji radzieckiej. Żydzi mówią o tym bardzo niechętnie; w latach 1939 – 1941 część proletariackiej młodzieży żydowskiej, może skomunizowanej, a może tylko biednej i bez szans, poszła na współpracę z NKWD. Środowiska polskie uznały to za sojusz żydowsko-sowiecki. Dziś wiemy, że tak absolutnie nie można sprawy stawiać, bo przecież Żydów także wywożono na Syberię, oni stanowili ponad 20 procent sybiraków z Polski, i większość Żydów cierpiała na równi z Polakami, a tylko pewna część poszła na służbę NKWD. Niemniej odczucie ludności polskiej było takie, że za represje radzieckie w dużej mierze odpowiadają Żydzi.

I w pierwszym okresie po wkroczeniu Niemców była taka niekontrolowana reakcja przeciwko wszystkiemu, co miało związek z Sowietami, i dopiero z czasem brutalne represje niemieckie, jak chociażby spalenie synagogi w Białymstoku, czarne dni na przełomie czerwca i lipca 1941 roku sprawiły, że społeczność polska ochłonęła z wrogości do Żydów związanej z okresem okupacji sowieckiej. To oczywiście nie jest argument, który by usprawiedliwił mordy…

– A czy na jednostronności ujęcia polskich historyków mogły zaważyć warsztatowe ograniczenia, np. nieznajomość jidysz, języka znacznej części źródeł żydowskich?

– Z pewnością zaważyły. I to po obu stronach. Jest taka książka Tobiasza Cytrona o getcie w Białymstoku, a właściwie w ogóle o historii Żydów w regionie za okupacji. Autor to znakomita postać, był lekarzem przed wojną, przeszedł przez obozy, zdobył duże uznanie jako lekarz w Tel Awiwie, niestety już nie żyje. Opowiadał mi swą historię, ale książkę napisał nie na podstawie własnych wspomnień, a szkoda, bo to byłaby rewelacja, tylko wykorzystał różne teksty izraelskie, nie historyczne, lecz potoczne. Nie był historykiem, nie potrafił przeprowadzić krytyki źródeł. A nie sięgnął po źródła polskie. Na przykład nie odróżniał Armii Krajowej od Narodowych Sił Zbrojnych; napisał, że na Białostocczyźnie AK masowo mordowała Żydów. To wywołało okropną reakcję w naszym regionie, choć po polsku książka ukazała się w śladowej liczbie egzemplarzy. A więc warsztatowe ograniczenia, nieznajomość języka i przyjmowanie bez żadnych zastrzeżeń obiegowej, propagandowej literatury, pisanej nie przez fachowców historyków, bo ci niestety bardzo mało napisali, działały po obu stronach.

Bardzo ważne jest, czy istnieje wśród Żydów za granicą, w Izraelu lub w diasporze, ziomkostwo; jeżeli istnieje, to dochodzi do konfrontacji, do dialogu, wtedy są i upamiętnienia historii Żydów. Na naszym terenie najlepszym chyba przykładem są Przasnysz, Brańsk…

– Znam te przykłady. W Przasnyszu Mariusz Bondarczuk, w Brańsku Zbigniew Romaniuk, pojedynczy pasjonaci, często nawet osamotnieni w swoim środowisku, ożywili te kontakty.

– Jest także przykład Ostrołęki. Powstała właśnie obszerna książka napisana przez Żydów ostrołęckich, zresztą w dużej mierze drukowana na ich koszt, ale została zredagowana w Ostrołęce przez doktora Janusza Gołotę. Badania dotyczące Tykocina, o których wspominałem, powiodły się między innymi dlatego, że za granicą jest silne ziomkostwo tykocińskie, zaś w Tykocinie jest muzeum, do którego wielu Żydów przyjeżdża. Gdy są kontakty, dochodzi do wspólnej wersji dziejów, zweryfikowanej, rzetelnej historycznie. Okazuje się jednak, że to odkrywanie prawdy historycznej przebiega za wolno lub omija pewne regiony. Jest to poważne wyzwanie dla młodego uniwersytetu w Białymstoku.

Rozmawiał Andrzej Kaczyński


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com