Archive | July 2018

Czas żydowskich duchów

Czas żydowskich duchów

Michał Sobelman


Michał Sobelman  Ambasada Izraela Materiał Własny

Jeśli założymy, że dzieje polskich Żydów stanowią integralną część historii i kultury Polski, stanie się oczywiste, że to właśnie Polacy powinni wziąć na swoje barki trud upamiętnienia tej spuścizny. Dziedzictwo to może się stać wyjątkowym pomostem do ponownego spotkania Polaków i Żydów i należy wierzyć, że do niego dojdzie.

Miesięcznik „Znak” zwrócił się do mnie z prośbą o wypowiedź na temat zainteresowania w Polsce kulturą żydowską. Ta na pozór prosta prośba wprawiła mnie w zakłopotanie. Doskonale pamiętam, że w dzieciństwie i we wczesnej młodości za wszelką cenę pragnąłem uchodzić za prawdziwego Polaka, będąc przekonanym, że nie ma nic gorszego niż bycie Żydem w kraju, gdzie zaledwie kilka lat wcześniej odbyła się eksterminacja narodu skazanego na Zagładę. I zapewne nie tylko we własnych oczach rzeczywiście byłem Polakiem. Później nadszedł marzec 1968 r., który najpierw formalnie, a potem już faktycznie uczynił ze mnie syjonistę i Izraelczyka. Sprawa jest o tyle złożona, że w pełni uświadomiłem sobie swoje pochodzenie dopiero w Izraelu i to znacznie później, co z kolei nie miało żadnego związku ze zmianami, jakie wydarzyły się Polsce. Ten nieco zagmatwany wstęp ma poniekąd wyjaśnić sens mojej wypowiedzi.

Utracona różnorodność

Dorastając w dość szarej rzeczywistości tzw. małej stabilizacji lat 60., trudno mi było uwierzyć, choć przecież o tym wiedziałem, że w przededniu II wojny światowej mieszkało w Polsce blisko 3,5 mln Żydów. Byli wśród nich ludzie religijni, ateiści, chasydzi, syjoniści, jidyszyści, bundyści, komuniści i asymilanci. Jeden na trzech mieszkańców Warszawy był Żydem. Była ona największym żydowskim miastem w Europie. Znajdowały się tam najważniejsze instytucje życia społecznego i kulturalnego: dziesiątki synagog, szkół, szpitali, teatrów, redakcje gazet, kluby sportowe. Podobnie działo się w Łodzi, Lublinie, Białymstoku oraz w innych polskich miastach i miasteczkach. W Izbicy na Lubelszczyźnie mieszkali prawie wyłącznie Żydzi. W Sosnowcu – moim rodzinnym mieście – nie było ich aż tylu. Spis ludności z 1938 r. zarejestrował ich prawie 25 tys., co stanowiło przeszło 20% populacji miasta. Były tam wielka synagoga, zwana miejską, domy modlitwy, instytucje społeczne, szkoły, sierociniec, szpital, cmentarz. W sąsiednim Będzinie, gdzie mój ojciec przeżył początki wojny, populacja żydowska dochodziła niemal do 70% ogółu mieszkańców. Świat, który poznałem kilka lat po zakończeniu wojny, był całkowicie inny. Nie było w nim prawie Żydów, a ci cudem ocaleli w wielu przypadkach woleli ukryć swoje pochodzenie. W ciągu zaledwie 5 lat kilkumilionowy naród, który żył i rozwijał się tu przez niemalże tysiąclecie, zniknął z powierzchni ziemi. Pozostały tylko niedobitki, mgliste wspomnienia i pamięć, która czasami powracała falami. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że na tzw. Ziemiach Odzyskanych, na terenach niedotkniętych bezpośrednio Zagładą, gdzie istniały zaledwie nieliczne skupiska żydowskie, powstawały nowe sztetle, docierali tam powracający repatrianci ze Związku Sowieckiego, w którym mieli niebywałe szczęście przetrwać wojnę. Już nie w Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy, jak pisał Słonimski w Elegii żydowskich miasteczek, lecz w Dzierżoniowie, Bielawie, Żarach czy Nowej Soli można było sporadycznie usłyszeć żydowskie pieśni dochodzące z lokali Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (TSKŻ). Jednak i to skończyło się po kilkunastu latach, kiedy w marcu 1968 r., kilka miesięcy po wojnie sześciodniowej, komunistyczne władze przystąpiły do bezwzględnej kampanii antysemickiej, ukrywanej pod kryptonimem urojonej walki z syjonizmem. W konsekwencji około 20 tys. ostatnich Żydów zostało zmuszonych do wyjazdu z Polski. Wielu z nich udało się do Stanów Zjednoczonych, Skandynawii, Francji, nieliczni przybyli do Izraela.

„Więcej żydowskich festiwali niż Żydów”

Polska współczesna charakteryzuje się olbrzymim zainteresowaniem wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z Żydami. Począwszy od bodaj najważniejszej debaty publicystycznej w demokratycznej Polsce na temat zbrodni jedwabieńskiej, dyskusji i sporów wokół relacji polsko-żydowskich, sprowokowanych kolejnymi książkami Jana Tomasza Grossa, a skończywszy na tym, co potocznie nazywamy żydowskimi festiwalami. W tym kontekście warto wspomnieć, że Adar Primor, znany izraelski dziennikarz, napisał kilka lat temu po pobycie w Krakowie, że „w Polsce jest więcej żydowskich festiwali niż Żydów”. Z punktu widzenia turysty w tym smutnym żarcie rzeczywiście coś jest. Nie tylko w Krakowie i Warszawie, lecz także w wielu miastach i miasteczkach odbywają się festiwale, organizowane są różnego rodzaju dni judaizmu, ba, nawet Kościół Katolicki od przeszło 10 lat w ramach dialogu między religiami patronuje tego typu imprezom. Rozmowy o Żydach i judaizmie odbywają się w wielu szkołach, domach kultury i na uniwersytetach, nie wspominając już o tym, że na wielu uczelniach istnieją programy studiów poświęcone tej tematyce. Powstają nowe organizacje, stowarzyszenia i fundacje, których celem jest pomaganie w rozpowszechnianiu tej kultury.

W przygranicznej Gołdapi, mazurskim miasteczku na skraju Puszczy Boreckiej, które lubię odwiedzać i które do 1945 r. należało do Niemiec, od lat mieszkańcy pielęgnują pamięć o dawnych mieszkańcach. Wprawdzie ostatni Żyd stąd pochodzący zmarł przed kilkoma laty w Izraelu, nie przeszkadza to jednak burmistrzowi i mieszkańcom, którzy przecież przybyli tu z różnych zakątków Polski, organizować izraelsko-polskie spotkania i z pietyzmem pielęgnować żydowski kirkut. W Chmielniku w województwie świętokrzyskim, gdzie w dwudziestoleciu międzywojennym Żydzi stanowili przeszło 80% społeczności, od dziesięciu lat odbywają się słynne Spotkania z Kulturą Żydowską, na które z Izraela, USA, Kanady i Niemiec ściągają potomkowie dawnych mieszkańców. W Rymanowie na Podkarpaciu od kilku lat organizowane są Dni Pamięci o Żydowskiej Społeczności, a w Lelowie nieopodal Częstochowy od 2003 r. odbywają się dość kuriozalne coroczne święta czulentu. Wiele emocji budzi również kontrowersyjna inscenizacja w Będzinie przedstawiająca likwidację tamtejszego getta w sierpniu 1943 r.

W Polsce wszyscy już jakoś przyzwyczaili się do tych zjawisk, nie mówi się więc o przemijającej modzie, nie pamięta się już dowcipu z początku lat 80. ubiegłego wieku: „co się dziś w Polsce nosi? – Żydów na rękach”. W USA, Francji, nawet Izraelu fascynacje te budzą jednak spore zainteresowanie, czasami wręcz zdumienie. Wielu spośród żydowskich turystów odwiedzających Polskę zadaje sobie pytanie: jak to możliwe? Jak wytłumaczyć prosty fakt, że w państwie, w którym według oficjalnego spisu ludności mieszka nieco ponad tysiąc Żydów, występuje aż taka fascynacja tą tematyką? Prawdę mówiąc dla mnie samego i zapewne dla wielu moich polskich rówieśników nie do końca była ona zrozumiała jeszcze kilkanaście lat temu.

Przysłuchiwanie się przeszłości

Pod koniec 2010 r. nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się interesująca w tym kontekście książka francuskiego historyka Jeana-Yvesa Potela, pod dość przewrotnym tytułem Koniec niewinności. Polska wobec swojej żydowskiej przeszłości. Potel, który spędził kilka lat w Ambasadzie Francji w Warszawie na stanowisku attaché kulturalnego, starał się zrozumieć to osobliwe zjawisko. „W czasie, w którym często pamięć bywa nadużywana, wydał mi się istotny powrót do sytuacji podstawowych, zrozumienie, jak konkretne kobiety i konkretni mężczyźni, w różnym wieku i o najróżniejszych przekonaniach, podejmują próbę upamiętnienia. Jaka jest ich motywacja i w jaki sposób swe zadania realizują” (s. 12). W swoim eseju autor zamieszcza wypowiedzi kilkunastu rozmówców, głównie intelektualistów młodszego pokolenia, którzy ukazują swoją drogę do fascynacji kulturą żydowską. Uważam, że francuski historyk i dyplomata ma całkowitą słuszność, mówiąc: „przyglądanie się żydowskiej historii jest przysłuchiwaniem się swojej przeszłości, pytaniem o polityczną i narodową tożsamość. Pochylając się nad losem Żydów, Polacy wyrażają swoją fascynację historią kraju, wielokulturowym pięknem rzeczywistości, która zniknęła. Jest to fascynacja tym, co zostało utracone, i tym, co chciałoby się wciąż posiadać” . Dobrym tego przykładem może być casus noblisty Isaaca Bashevisa Singera, urodzonego w Polsce, który w 1935 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Na początku lat 90. stał się jednym z najbardziej popularnych i poczytnych pisarzy wśród Polaków. Pisał wprawdzie w Nowym Jorku w języku jidysz, a jego powieści ukazywały się nad Wisłą w przekładach z angielskiego, niekiedy z jidysz, ale przecież pisał o tym kraju, o żyjących tu kiedyś Żydach. To właśnie z tego powodu stał się polskim pisarzem. W jednej ze swoich wczesnych powieści opisuje spacer bohatera z domu przy ulicy Krochmalnej do hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu. Wędrując żydowskimi ulicami i zaułkami Warszawy bohater powieści dopiero tam, w hotelowej restauracji, natyka się na kelnera, który okazuje się pierwszym nie-Żydem spotkanym tego dnia. A przecież podobnie bywało w Łodzi, Lublinie, Białymstoku i w innych polskich miastach i miasteczkach. Ten cudowny, barwny i różnorodny świat bezpowrotnie znikł po II wojnie światowej.

Powojenna komunistyczna Polska stała się krajem szarym, monotonnym, homogenicznym i jednonarodowym. W okresie tym prawie w ogóle nie ukazywały się książki poświęcone tematyce żydowskiej, a ocaleli, którzy jeszcze tu żyli, zeszli do podziemia. Wprawdzie w Warszawie wciąż działały Teatr Żydowski i Żydowski Instytut Historyczny oraz ukazywała się gazeta w języku jidysz, ale wszystko to było niczym listek figowy dla komunistycznych władz, utrzymujących pozory istnienia życia diaspory. Wydaje mi się, że mogę dość precyzyjnie wskazać na moment przełomowy tego zjawiska. Była to połowa lat 80. ubiegłego stulecia. To właśnie wtedy Jerzy Kawalerowicz zrealizował Austerię według powieści Juliana Stryjkowskiego, a telewizja publiczna pokazała nienowy już wtedy amerykański film Skrzypek na dachu z izraelskim aktorem Chaimem Topolem w roli Tewiego. Musicalowa produkcja o dość banalnej fabule, znanej z Teatru Żydowskiego, wywołała ogromny efekt. Prości ludzie na ulicach pytali wprost „Gdzie podziała się ta dawna, barwna Polska?”. Starsi opowiadali swoim wnukom o żydowskich sąsiadach. Okres talonów na niemal wszystkie produkty prowokował do ironicznych uwag: „Kiedy żyli tu Żydzi, to i w sklepach było wszystko”. Był to początek długiego i fascynującego procesu. Zaczęły się ukazywać artykuły, a później książki o tematyce żydowskiej. Pokazywano i kręcono filmy fabularne i dokumentalne. Nadszedł czas festiwali oraz dni kultury żydowskiej.

Proces ten trwa nadal, przynosząc coraz bardziej zdumiewające przykłady. Młodzi Polacy odwiedzają Izrael – w zaułkach jerozolimskiej dzielnicy Mea Szearim lub na przedmieściach Tel Awiwu szukają atmosfery dawnych warszawskich Nalewek, ulicy Gęsiej czy Krochmalnej. Powodowane jest to zapewne nostalgią za piękną, barwną i wielonarodową niegdysiejszą Polską, w której na ulicach miast i miasteczek jidysz mieszał się z polskim. Muzykolodzy, historycy oraz badacze literatury i sztuki doszli do wniosku, że nie można zrozumieć dziejów tego kraju, nie wspominając o wkładzie i wpływach tej społeczności. Szczególną rolę, zwłaszcza w różnych inicjatywach lokalnych, odgrywają ludzie młodzi, dobrze wykształceni i spragnieni wiedzy o historii własnego narodu, którzy w dodatku niezbyt dobrze pamiętają siermiężne lata Polski Ludowej. W przeobrażeniach tych, moim zdaniem, niewielki udział bierze odradzająca się w demokratycznej Polsce społeczność żydowska, tworząca w minionych latach różne organizacje. Wytyczyły one przed sobą inne cele i mają zupełnie inne wyzwania, związane bardziej z określeniem tożsamości niż wyrażaniem nostalgii za dawną wielokulturowością. Wyjątkiem jest tu Fundacja Shalom, założona i kierowana przez niestrudzoną Gołdę Tencer. Aktorka począwszy od 2004 r. organizuje warszawski Festiwal Singera, zajmuje się upamiętnianiem Zagłady oraz działa na rzecz upowszechniania wiedzy o kulturze polskich Żydów wśród szkolnej młodzieży.

W poszukiwaniu tożsamości

W ostatnich latach do Polski przyjeżdża coraz więcej młodzieży z Izraela, zorganizowanych grup z diaspory, a także indywidualnych turystów. Nie jestem pewny, czy wszyscy oni zauważyli to narastające w tym kraju zainteresowanie ich kulturą. Młodzież przyjeżdża tu od przeszło 20 lat. Co roku odwiedza Polskę prawie trzydzieści tysięcy uczniów i uczennic izraelskich liceów. Pielgrzymki te od lat podążają starym niezmienionym szlakiem, koncentrując się na osi Warszawa – Treblinka – Majdanek – Płaszów – Oświęcim. Niezależnie od tych wszystkich pomników Zagłady, odwiedzają oni również miejsca związane z dziejami Żydów w Polce takie jak Tykocin czy krakowski Kazimierz, a nawet spotykają się ze swoimi polskimi rówieśnikami. Uwzględniając to, trudno mi jednak uwolnić się od przeświadczenia, że izraelska młodzież nie przyjeżdża do Polski zafascynowanej jej historią, lecz przede wszystkim na cmentarz narodu żydowskiego. Nie są to rzecz jasna kulturoznawcze wycieczki, lecz niemal religijne pielgrzymki do miejsc męczeństwa, eksterminacji i śmierci. Izraelscy uczniowie identyfikując się z cierpieniem swoich dziadków, pragną jedynie poznać kraj, gdzie wydarzyła się ta największa tragedia ich narodu. Zapewne nie interesuje ich współczesna Polska, odkrywająca czarne i białe karty własnej przeszłości i wspominająca swoich sąsiadów. Dlatego też nie zajrzą oni na lokalną wystawę, żeby zobaczyć kilka pożółkłych zdjęć żydowskich mieszkańców odwiedzanego miasta, nie pójdą na sentymentalny koncert ckliwej muzyki klezmerskiej, wreszcie nie wejdą do księgarni, żeby zdumieć się imponującą liczbą przekładów literatury hebrajskiej, nie wspominając już o albumach, książkach i innych publikacjach poświęconych problematyce ich narodu, których ilość daleko przewyższa asortyment podobnej placówki w Izraelu.

Zupełnie inny stosunek do zmian zachodzących w Polsce mają starsi już Żydzi przyjeżdżający tu zarówno z Izraela, jak i z pozostałych części świata. Wielu spośród nich urodziło się w Polsce i pamięta jeszcze kraj swojej młodości. Spojrzenie ich zmienia się jednak z upływem lat. „Zapamiętałem dni mojego dzieciństwa w Warszawie, która była nie tylko stolicą Polski, lecz również wielką żydowską metropolią. Na ulicach miasta wyróżniali się Żydzi w tradycyjnych ubraniach. A teraz przechadzam się ulicami Warszawy, w której nie ma nawet jednego mi znajomego człowieka… Jedynie ruiny domów są pomnikami spoczywających pod nimi Żydów” – zanotował w swym dzienniku 15 września 1956 r. Katriel Katz, nowo mianowany ambasador Izraela w Polsce . Przeszło pół wieku później inny izraelski dyplomata – Yossi Avni-Levi – w relacji dla izraelskiego dziennika „Ha-arec” pt. Cappuccino i sernik na Placu Trzech Krzyży, określi Warszawę jako najbardziej romantyczne i melancholijne miasto na świecie.

Trudno nie wzruszyć się, czytając w Tel Awiwie przepiękne opisy warszawskich ulic, parków i ogrodów. Nie sposób nie uronić łzy, gdy czytamy w artykule Avni-Leviego o jego młodym przyjacielu Łukaszu, mieszkańcu jednego z bloków przy ulicy Anielewicza, który nagle odkrył, że żyje na terenie dawnego getta. Dzięki temu odnalazł nową pasję i sens w życiu: wraz z grupą kolegów zaczytuje się w literaturze żydowskiej, ogląda filmy, jeździ na festiwale, a w Dzień Wszystkich Świętych kładzie kwiaty i kamyki na przypadkowych grobach na żydowskim cmentarzu przy ulicy Okopowej. Dziś Yossi Avni-Levi jest ambasadorem Izraela w Belgradzie. Oprócz swojej oficjalnej funkcji jest również przedstawicielem owej szlachetnej Polski, którą zapamiętał z okresu swojej misji. Łatwo mogę sobie wyobrazić, jak bardzo tęskni do swojej pięknej Warszawy, do wyśnionego żydowskiego miasta, które, choć znikło z powierzchni ziemi prawie siedemdziesiąt lat temu, wciąż jeszcze obecne jest w zakamarkach jego pamięci i we wspomnieniach innych. Wiem również, że brakuje mu tych wszystkich polskich przyjaciół, którzy wciąż wracają myślami do tamtej Polski, chociaż nigdy nie było im dane w niej żyć. Pisząc te słowa zdaję sobie sprawę, że mój przyjaciel Yossi w swoich poetyckich wizjach nie jest jednak typowym Izraelczykiem. Nie są również nimi przedstawiciele drugiego i trzeciego pokolenia Żydów z Krakowa, Chmielnika, Będzina czy Rymanowa, którzy dość regularnie odwiedzają kraj swoich przodków, uczestnicząc w dniach pamięci poświęconych swoim ojcom i dziadkom. „Jakie to jest uczucie przyjechać do miasta, w którym wychowała się mama i z którego musiała wyjechać” – zapytuje dziennikarka miesięcznika „Nasz Rymanów” Malkę Shachan-Doron, która przyjechała z Izraela na I Dni Pamięci o Żydowskiej Społeczności Rymanowa w sierpniu 2008 r. Ta zaś odpowiada piękną polszczyzną, której nauczyła się już w izraelskim miasteczku: „Tu jest tak pięknie, jak mama mówiła. Ludzie są przyjemni, zapraszają mnie do domu, ja idę i my gadamy, i płaczemy, i to dla mnie jest pamiętać” . Jest to dla niej na tyle ważne, że przyjeżdża co roku, przywożąc za każdym razem ze sobą nową grupę dawnych rymanowian poszukujących tożsamości w Polsce.

Podróże do Polski stały się w ostatnich latach dość wdzięcznym tematem we współczesnej literaturze hebrajskiej. Problematyka ta została zresztą opisana we frapującej książce Shoshany Ronen pt. Polin. A Land of Forests and Rivers. Images of Poland and Poles in Contemporary Hebrew Literature wydanej kilka lat temu przez Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego. Książka ta niestety nie doczekała się jeszcze polskiego przekładu. Szkoda, bo można by się dowiedzieć, w jaki sposób izraelscy pisarze próbują zbudować swoją tożsamość poprzez podróże do Polski, „do miejsca, które było bardziej wymyślone niż prawdziwe… Polska jest idealnym miejscem dla takich poszukiwań tożsamości. To ziemia, na której Żydzi żyli od wieków, ale i miejsce, gdzie znaczna część ludności żydowskiej została zgładzona. Polska jest z jednej strony miejscem pochodzenia, a z drugiej strony miejscem, w którym zginęła cała cywilizacja” . Dla tych twórców, dla wielu Izraelczyków oraz Żydów z diaspory festiwale, dni pamięci oraz nowe wyobrażenia i fascynacje nie są do niczego potrzebne. Ronen zauważa jednak także i drugi nurt, „jest nim twórczość pisarzy podróżujących do tych samych miejsc, co ich poprzednicy, ale zafascynowanych pamięcią o nieobecnych Żydach, stworzoną przez Polaków, mieszkańców tych nieistniejących już miejsc”.

Obsesyjne wypełnianie pustki

Zakładając, że dzieje dawnych sąsiadów z tych ziem stanowią integralną część historii i kultury kraju, jest sprawą oczywistą, że to właśnie Polacy powinni wziąć na swoje barki trud upamiętnienia żydowskiej spuścizny. Dziedzictwo to może się stać wyjątkowym pomostem do ponownego spotkania z Żydami i należy wierzyć, że do niego rzeczywiście dojdzie. Tymczasem należy popierać wszelkie inicjatywy mające na celu upamiętnienie ich dzieła, choć nie zawsze są one udane. Odczuwam wielki podziw dla determinacji Janusza Makucha i Krzysztofa Gierata, którzy byli prawdziwymi pionierami na tym polu i doprowadzili do tego, że żydowskie dziedzictwo zawitało do wielu miast i miasteczek. Będąc dość częstym gościem na krakowskim Festiwalu Kultury Żydowskiej wielokrotnie zastanawiałem się, na ile przedstawiane tam wydarzenia są typowe dla żydowskiej sztuki i tradycji, czy muzyka klezmerska, nauka kaligrafii hebrajskiej i wycinanki nie wypaczają jej charakteru i bogactwa. Można by na ten temat rozmawiać bez końca, należy jednak zapytać, czy ma to jakikolwiek sens? Korzystając z okazji pragnąłbym przywołać tu rozmowę, która choć odbyta przed kilkunastoma laty, zapadła mi głęboko w pamięci. Chodzi tu o spotkanie ze Szlomo Barem, liderem i założycielem zespołu Habrera Hativit, bodaj największej atrakcji wielu krakowskich festiwali, który powiedział mi wówczas w Krakowie, że on, potomek marokańskich Żydów z gór Atlas dopiero tu poznał i zrozumiał esencję wschodnioeuropejskiego sztetla – zaczarowanej krainy polskich Żydów. Pomyślałem wówczas, że we wspólnej wyobraźni ludzi urodzonych już po wojnie jest to metafora świata, który bezpowrotnie przepadł i do którego niemal wszyscy wciąż tęsknimy. Przypomniały mi się słowa cytowanego ostatnio przy każdej okazji wiersza Antoniego Słonimskiego, polskiego poety o żydowskich korzeniach, który stał się symbolem tego zaginionego świata i który w 1947 r. w Londynie pisał: „Nie masz już w Polsce żydowskich miasteczek, (…) gdzie szewc był poetą, zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem”. Z biegiem czasu Elegia żydowskich miasteczek stała się w pewnym sensie symbolem świata, który bezpowrotnie zginął. Prawdą jest, że nie ma już w Polsce sztetli i prawie nie ma w niej Żydów, ale jednak paradoksalnie i niemalże obsesyjnie są oni nadal obecni w naszej świadomości zbiorowej. Można śmiało powiedzieć, że żydowskie duchy wciąż unoszą się nad Polską.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


CROATIA’S NEO-FASCIST REVIVAL

FUNDAMENTALLY FREUND: CROATIA’S NEO-FASCIST REVIVAL

MICHAEL FREUND


Thanks in part to the silence and inaction of the EU on this issue, the fascist threat is once again rearing its ugly head in the Balkans.

PARTICIPANTS TAKE part in a Catholic ceremony commemorating the turning away from Austria of pro-Nazi Croatians at the end of the Second World War.. (photo credit: REUTERS)

As a rising tide of extremism and antisemitism sweeps across Europe, much of the focus has been on a wave of incidents that has engulfed France and Germany, two of the continent’s largest powers.

While events on the streets of Paris and Berlin, cities which have become increasingly dangerous for Jews, most certainly warrant our attention and concern, it would be a grave error to conclude that the problem is confined primarily to these two countries.

Indeed, the sad fact is that Croatia, a much smaller member of the European Union, is home to perhaps one of the largest, most pervasive and troubling revivals of neo-fascism in recent decades.

And despite the movement’s growing and vociferous presence in Croatian public life, and the threat this poses to stability in the Balkans and beyond, Western and European officials have done little to condemn this worrisome trend.

Take, for example, the shocking event that took place on May 12, when thousands of Croats gathered in the Austrian town of Bleiburg for an annual ceremony in memory of Croatian Nazi collaborators and sympathizers who were killed there at the end of World War II.

“Today,” said Gordon Jandrokovic, the speaker of Croatia’s Parliament, “we are paying our respect to the victims, civilians as well as soldiers.”

Behind that seemingly bland statement is a chilling admiration for the murderous pro-Nazi Ustashe movement, whose “soldiers” butchered tens of thousands of Jews, Serbs and others during the war.

Honoring the memory of the Ustashe’s fallen “soldiers” is an act of moral depravity, one that seeks to whitewash the crimes of a vicious wartime regime that left a legacy of brutality and bloodshed.

It is simply disgraceful that Croatian authorities, along with the Croatian Catholic Church, actively participate in this event each year, and it is no less deplorable that the Austrian government allows it to take place. As famed Nazi-hunter Dr. Efraim Zuroff, the head of the Simon Wiesenthal Center in Israel, told the Associated Press, “It’s absolutely outrageous that Austrian authorities allow an event like this to happen. In Austria, you are not allowed to brandish Nazi symbols, but they allow Ustashe symbols.”

To fully appreciate how offensive this is to historical memory, consider the following.

The Ustashe regime was established in April 1941 after Germany and the Axis powers invaded Yugoslavia. Ante Pavelic, a fanatical antisemite who headed the Ustashe movement, was installed as military dictator and moved quickly to create an ethnically pure Croatia by embracing the methods of his patron, Adolf Hitler, and employing a policy of mass murder and expulsion.

Pavelic moved quickly to establish a network of death camps, the largest of which was Jasenovac, which opened in August 1941 and was staffed entirely by members of the Ustashe. Known as “the Auschwitz of the Balkans,” Jasenovac became a killing field, where tens of thousands of Croatian and Bosnian Jews were slaughtered alongside even larger numbers of Serbs.

Unlike German extermination camps, however, Jasenovac did not have the infrastructure for mass murder, such as gas chambers. Instead, inmates were stabbed to death with knives, bludgeoned with hammers, cut to pieces with axes or simply shot, making the killings far more personal.

The Croatian Ustashe also deported thousands of Jews from Jasenovac to Auschwitz, and were so eager to be rid of them that they agreed to pay Germany 30 marks per Jew to cover the cost of transporting them.

Altogether, more than 30,000 Croatian Jews, over 75% of the community, were murdered in the Holocaust, and hundreds of thousands of Serbs were massacred, exiled or forcibly converted by the Ustashe.

Nevertheless, Croatia has never come to terms with what it did during World War II, and persists in viewing itself as a victim rather than a perpetrator.

Worse yet, there has been a rising tide of nostalgia for the Ustashe in contemporary Croatia, with open expressions of neo-Nazism and fascism occurring regularly.

Indeed, last fall, Menachem Z. Rosensaft of the World Jewish Congress published a lengthy and detailed position paper in Tablet magazine blasting Croatia for “brazenly attempting to rewrite its Holocaust crimes out of history.”

He cited numerous examples of “the effective rehabilitation and glorification of the Ustashe,” ranging from pro-Ustashe chants at soccer matches to the country’s president posing for photographs with Croatian emigres holding a flag with the Ustashe symbol.

The situation has become so acute that for the third year in a row, representatives of Croatia’s Jews, Serbs and Roma communities boycotted the official memorial ceremony organized by Croatia’s government at Jasenovac last month because it downplayed Ustashe crimes.

While some Croatian leaders have publicly condemned the Ustashe, they have done little to quell the rising tide of neo-fascism in the country, nor have they taken practical steps to educate the next generation about the true nature of the nation’s behavior during the Holocaust.

It has been five years since Croatia was formally accepted as a member in the European Union. At the time, many hoped that membership would have a tranquilizing effect on the undercurrents of antisemitic and anti-Serb extremism and hatred that pervade much of Croatian public life.

But thanks in part to the silence and inaction of the EU on this issue, the fascist threat is once again rearing its ugly head in the Balkans.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


מאירים נשמות \\ הקליפ הרשמי \\ אלחי \\ Meirim neshamot \\ Elchai

מאירים נשמות \\ הקליפ הרשמי \\ אלחי \\ Meirim neshamot \\ Elchai

אלחי  


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Polska poezja z Zachodniego Brzegu

Polska poezja z Zachodniego Brzegu

MICHAŁ BOJANOWSKI


W TEJ DŁUGIEJ ROZMOWIE JEST WIELE WĄTKÓW. IZRAELSKI POETA YONATAN BERG OPOWIADA O SWOIM DZIECIŃSTWIE W OSIEDLU NA ZACHODNIM BRZEGU, O ZBIGNIEWIE HERBERCIE IDĄCYM PIESZO NAD MORZE MARTWE, PLANACH NA UTWORZENIE FEDERACJI IZRAELSKO – PALESTYŃSKIEJ, CZY NIESKOŃCZONEJ LICZBIE JUDAIZMÓW, JAKIE ŚWIAT MOŻE WYGENEROWAĆ. 

Michał Bojanowski: Jakby zacząć rozmowę o współczesnej poezji hebrajskiej? 

Yonatan Berg: Może warto wspomnieć jej dwóch ojców. Chajim Nachman Bialik był arystokratą, a Josif Chajim Brener łobuzem. 

Michał Bojanowski: Arystokrata przestał pisać, gdy przeprowadził się do Izraela. Chyba kraj mu nie służył.

Napisał jeszcze parę wierszy. Był jednak narodowym poetą, najważniejszym. Zebrał też Sefer ha-Agada, kolekcję legend i opowieści z Talmudu. Dzięki temu mógł je poznać każdy Izraelczyk. Przywrócił tę część kultury, która ginęła wraz z tradycyjną ortodoksją. 

Później przychodzi zmiana. Pojawia się Natan Alterman i Natan Zach.

Alterman żył już w Izraelu, ale pozostawał pod wpływem rosyjskiego symbolizmu. Może warto dodać, że 15 pierwszych lat swojego życia spędził w Warszawie. Pisał bardzo elegancką, harmonijną poezję. Fascynowało go miasto, Tel Awiw, do którego przeprowadził się z rodziną w 1925 roku. Dużo u niego metafor, wiersze są gęste od ozdobników. 

Przeciwstawił mu się berlińczyk, Natan Zach. 

To on przyniósł zainteresowanie poezją anglosaską, Eliotem, Poundem, był także bardzo ważnym krytykiem literackim. Od niego wszystko zaczęło się zmieniać. Mówi się o Altermanie, Zachu, a potem o wszystkich po Zachu. Napisał bardzo ważny, krytyczny wobec Altermana artykuł, w którym nie pozostawił na nim suchej nitki. Mówił, że jego poezja jest sztuczna, nieszczera, nie mająca związku z życiem. To wszystko, pomimo że byli kumplami i razem pijali. Po tym, jak ukazał się ten artykuł, Alterman już prawie nic nie napisał.

Przestali się przyjaźnić?

To była skomplikowana przyjaźń. Po latach Zach napisał w wierszu do Altermana, że był najbardziej charyzmatycznym poetą, ale on po prostu musiał powiedzieć to, co miał do powiedzenia. Wydaje mi się, że to rzeczywiście było konieczne, rosyjski symbolizm nie przemawiał do sabry, do Izrealczyka, który właśnie wrócił z wojny o niepodległość. Oboje byli emigrantami, ale to Zach pisał do pokolenia, które urodziło się w Izraelu, które potrzebowało bardziej liberalnej poezji, posługującej się ich codziennym językiem. Zach opublikował dwa bardzo ważne tomy poezji i wyjechał do Europy na 11 lat. Potem, po powrocie do Izraela, nie napisał już nic dobrego. 

Nie on pierwszy, nie ostatni.

Wciąż jednak publikuje i są to bardzo złe wiersze. To ciekawe, że facet, który stworzył tak niesamowite wiersze, stracił umiejętność wyczucia melodii języka. Mieszkał w Anglii, Włoszech, był tłumaczem, akademikiem, ale stracił najwyraźniej kontakt z żywym językiem. Nie zmienia to faktu, że stworzył warunki do pisania dla innych poetów w latach pięćdziesiątych. 

Potem nastał czas Jehudy Amichaja, grupy Likrat.

Amichaj nie był tam centralną postacią. To Zach pozostawał mentorem, który wytyczał ścieżki dla innych, mówił, co jest złe, a co jest dobre.

Zaatakował mnie kiedyś wierszem „Turyści” pewien przewodnik w Jerozolimie, pozwolę sobie tutaj zacytować fragment: „Robią sobie zdjęcia / razem z naszymi znanymi zmarłymi / na grobie Racheli i na grobie Herzla / (…) opłakują naszych słodkich chłopców / i pragną naszych twardych dziewczyn / I wieszają swoje majtki / żeby szybko wyschły / w zimnych, niebieskich łazienkach.” 

Amichaja nie da się nie lubić. Jego poezja jest prosta, stworzył całą machinę językową, dzięki której mógł pisać metaforami na każdy temat. W sumie może pisał aż za dużo. Za granicą i w kraju uchodzi na pewno za najbardziej znanego izraelskiego poetę. Bardziej niż Alterman. Amichaj nie lubił wyrażać swoich opinii o polityce. Ludzie go kochali, myślę, że gdyby zapytało się Izraelczyków o ich ulubionego poetę, większość wskazałaby bez wątpienia Amichaja.

Gdy myślę o Amichaju w polskim kontekście, przychodzi mi na myśl Zbigniew Herbert.

Herbert napisał kiedyś doskonały wiersz „Do Jehudy Amichaja”: „Bo ty jesteś król a ja tylko książę / bez ziemi z ludem który mi ufa błądzę po nocy / bezsenny”. 

Jest więc Herbert polskim Amichajem?

Pozwolisz, że zacytuję fragment tego samego wiersza: „Nawet gesty mamy inne – gest łaski gest pogardy / gest zrozumienia”. Cytuję na przekór. Rozmawiałem z wdową po Amichaju, opowiadała mi o Herbercie. Przyjechał do Izraela na festiwal literacki, spotkał jakiś przyjaciół Amichaja i zadzwonił do niego o 3 rano, chcąc się umówić. Ponoć chciał też przejść piechotą drogę z Jerozolimy do Morza Martwego. Ścigali go autem, żeby odwieść od tego pomysłu. 

Pamiętasz takie szczegóły?

Mówiłem ci, że zawsze byłem pod największym wpływem polskiej poezji. Współczesna poezja izraelska skupia się na zbyt wąskich aspektach. Poeci fascynują się językiem, ale nie interesuje ich świat. Przez ostatnie pięć lat nie znalazłem w hebrajskiej poezji niczego inspirującego. Kiedy czytam Herberta czy Zagajewskiego, to, co oni piszą, jest dla mnie ważne, inspirujące. Bialik, Zach, Amichaj to oczywiście wybitni poeci, którzy pisali bardzo dobre wiersze. Ale moim zdaniem problemem hebrajskich poetów jest zbyt duże skoncentrowanie na języku. Lubią bawić się językiem, próbują przetrawić ten mit wielotysięcznej historii języka. Ja tego nie kupuję. Chciałbym, żeby pierwsze były tematy, pomysły, a potem język, który by je opisywał. Musisz mieć najpierw coś do powiedzenia o świecie, historii, teologii, filozofii, zwykłym życiu, o tym, co się dzieje na ulicy, a potem po prostu używać języka jako narzędzia. Nie na odwrót, a większość poetów w Izraelu właśnie od tego zaczyna. Mamy więc dużo bardzo abstrakcyjnej poezji, z której niewiele wynika. Poświęca się językowi wiele pracy, wkłada wiele wysiłku, ale niewiele za tym stoi. Dlatego tak lubię polskich poetów, bo dostrzegają rzeczywistość.

Nie wszyscy.

Ale wielu z nich. Tadeusz Różewicz na przykład. 

Akurat co do Różewicza, to raczej powiedziałbym, że jako jeden z nielicznych rzeczywiście dostrzegł rzeczywistość, która go otaczała.

Jednak wielu zwraca uwagę na coś ważnego. To jest obecne w hebrajskiej poezji tylko w małym stopniu. Ja próbuję mówić o konkretnych sprawach. Mój tomik, który ukazał się w październiku 2016 roku, jest całkowicie poświęcony judaizmowi jako cywilizacji. Są w nim wiersze mówiące o okresach historycznych, tekstach, postaciach: Allenie Ginsbergu, Spinozie, Derridzie, Szabataju Cwi, Jezusie.

Co piszesz o Jezusie?

Opisuje jego życie, a raczej to, jak rozumiem jego nauczanie, co chciał przekazać. Opisuję to, jak idzie Via Dolorosa w Jerozolimie i co mówi ludziom, którzy za nim podążali przed swoją śmiercią. Uczy ich wyzbyć się chęci zemsty, nienawiści. W prologu piszę, że cały tom wziął się z tego, że chciałem przeciwstawić się nadmiernej koncentracji współczesnej poezji izraelskiej na „ja”. Za dużo w niej opowiadania o tym, co zrobiłem, gdzie poszedłem. Poeta nie jest centrum wszechświata. Naszą rolą jest obserwowanie i opisywanie rzeczywistości.

Czyli tak scharakteryzowałbyś swoją poezję?

Tak. Próbuję pisać, żeby opisać coś ważnego. Mój pierwszy tomik, za który dostałem nagrodę im. Jehudy Amichaja, był w dużej mierze autobiograficzny, tak z reguły wszyscy zaczynają. 

O czym był?

Są tam wiersze na różne tematy, ale dominują wątki autobiograficzne. Trochę o osiedlu na Zachodnim Brzegu, w którym się wychowałem, o służbie w wojsku, o trzyletniej podróży po świecie. Teraz jednak chcę pisać o innych rzeczach. Zresztą niedługo ukażą się moje wspomnienia z młodości, wiem, brzmi to może dość absurdalnie, bo jestem dość młody, jednak nalegał na to wydawca.

Kto i o czym teraz pisze w Izraelu?

W izraelskiej poezji zawsze było jeszcze jakieś centrum: Zach, Amichaj, w latach 70. grupa, którą nazywamy poetami z Tel Awiwu: Yona Wallach, Meir Wieselthier (też bardzo ważny, wciąż żyjący poeta), Horowitz. A w latach 80. i 90. stało się coś dziwnego i nie powstała prawie żadna dobra poezja. Nie było żadnego poety w centrum, trudno zdefiniować, jakie były cechy wyróżniające poezję tego okresu. Od około 2000 roku zaczęło się pojawiać wiele dobrych utworów, ale bardzo rozproszonych, nie ma centrum. Jest grupa religijnych syjonistów, którzy publikują w Mashiv ha-Ruach. Są poeci z grupy Ho!, którzy chcą powrotu rosyjskiego symbolizmu, stylu Altermana, używają rymów, określonej struktury. Istnieje jeszcze magazyn „Helicon”, który zajmuje się głównie tym, żeby poezję zagraniczną przedstawić czytelnikom w Izraelu, czyli publikuje się tam głównie tłumaczenia. Od dziesięciu lat obecni są też młodzi mizrachijscy poeci – to z reguły bardzo energetyczne wiersze, czasem lepsze, czasem gorsze. Ale mają też w sobie dużo agresji, a tego typu poezja skupia na sobie uwagę – tak jak Ginsberg, czy Baudelaire. Buntują się przeciwko systemowi, nie tylko politycznemu, ale także staremu porządkowi, w którym na scenie poetyckiej nie było dla nich miejsca. Mam wrażenie, że niektórzy z nich, mimo że krzyczą, nie mają nic głębszego do powiedzenia. Niektórzy natomiast, tak jak Shlomi Hatuka [patrz: rozmowa w „Chiduszu” o czarnym rynku izraelskich adopcji] piszą w sposób bardzo interesujący. Są też poeci, których wierszy zupełnie nie znoszę, eksperymentujący z nowymi technologiami. Dzieją się więc różne rzeczy, ale nie ma wyraźnego trendu, wyraźnego centrum. 

A kto jeszcze jest warty uwagi?

Powiem, kogo ja lubię. Na przykład Eli Eliahu, postrzegam jego poezję jako coś pomiędzy Zachem a Amichajem. Nie porusza tak głębokich kwestii jak oni, ale ma rytm Zacha i wrażliwość Amichaja. Jaakov Biton, którego porównuję do młodego Celana. Jego język jest połamany, abstrakcyjny, mocny.

Gdzie umiejscowiłbyć siebie? Nie kwalifikujesz się do żadnej z grup, które opisałeś.

Na pewno nie, tak samo zresztą jak ostatnia dwójka, którą wymieniłem. Publikowałem w różnych miejscach, chyba w 11 magazynach.

Skąd pochodzi twoja rodzina?

Mój ojciec z Ukrainy, z Odessy. Studiował matematykę w Moskwie i w 1979 roku przyjechał do Izraela. Moja matka urodziła się w Izraelu, ale jej rodzice są z Niemiec: matka z Hamburga, a ojciec z Wȕrzburga.

Pytam ze względu na twoją fascynację polską poezją.

Moim zdaniem po prostu polska poezja jest bardzo interesująca. Ale lubię nie tylko polską. Cenię też Roberta Lowella, Elizabeth Bishop, poetów konfesyjnych, i pokolenie po nich: Louise Glȕck, Robert Hass. W drugiej połowie XX wieku uważam, że wyraźnie na tle innych wyróżniają się poeci amerykańscy i polscy. Gdy mówię o Polakach, nie mam na myśli tylko Herberta i Miłosza, ale też Ryszarda Krynickiego, Bogdana Zadurę.

Czy w swoich wierszach odnosisz się do rzeczywistości politycznej w Izraelu? Tego co dzieje się na ulicach – zamachów, ataków nożowników?

Nie wierzę w poezję, która pisana jest na gorąco. Co nie znaczy, że w swojej twórczości nie odnoszę się do konfliktu. Wychowałem się na osiedlu na Zachodnim Brzegu, w środowisku religijnym, potem opuściłem i miejsce i religię.

Jak wygląda dzieciństwo osadnika?

To ciekawy paradoks, z jednej strony jesteś bardzo blisko natury, masz dużo swobody – chodzisz na boso, wszędzie są zwierzęta, nie masz kontroli rodziców. Z drugiej, cały czas są tam żołnierze, jesteś otoczony kolczastym ogrodzeniem, a kawałek drogi dalej masz palestyńskie miasto Ramallah. Są więc dwie strony życia na osiedlu na Zachodnim Brzegu. Jeśli jesteś dzieckiem, widzisz to tak: jesteś wolny, biegasz po polu, za chwilę napotykasz na żołnierzy z bronią.

Ma tę świadomość dziecko?

Nie do końca, po prostu się tego doświadcza, to jest jedyne życie, jakie znasz. Ale bywa tak, że bawisz się w ciepły dzień, jesteś wesoły i nagle uświadamiasz sobie, że jesteś otoczony płotem. Im starszy się stajesz, tym bardziej zaczynasz pojmować to, co cię otacza i jak bardzo jest to skomplikowane. Potem pojawiają się inne problemy. Syjonistyczni ortodoksi, którzy mieszkają w osiedlach, mają bardzo duży wpływ na system edukacyjny i od wczesnego wieku próbują narzucić ci swoją ideologię. Kiedy miałem 14 lat, poszedłem do jesziwy w Jerozolimie. Żyjesz tak, jak jesteś uczony, że masz żyć, chodzisz na demonstracje ze swoją rodziną, gdzie domagasz się powstania kolejnych osiedli. Polityka jest bardzo istotną częścią życia.

Dlaczego twoi rodzice zdecydowali się na taki styl życia?

Są religijni, popierają prawicę.

Ale na Ukrainie twój ojciec nie był przecież chyba ortodoksem?

Nie, ale on jest skomplikowanym człowiekiem, ciągnie go do ekstremów. Myślę, że dla niego życie w osiedlu to była przede wszystkim przygoda. Ojciec jest typowym ukraińskim intelektualistą, który wie wszystko o wszystkim. Ale jest też w pewnym sensie dzikusem, dlatego życie na Zachodnim Brzegu było dla niego pociągające. Znalazł tam mocne doświadczenia, których poszukiwał. Moja mama natomiast pochodzi z bardzo religijnej i syjonistycznej rodziny. Oni czuli, że robią to, co należy zrobić, że dają przykład innym. I trochę tak było. Kiedy zaczęto budowę osiedli, opinia publiczna w Izraelu sądziła, że to jest dobry kierunek, w którym należy podążać. Ludzie decydujący się zamieszkać na osiedlach byli podziwiani. Największą zmianą, jaka zaszła w ciągu ostatnich 15 lat jest to, że kiedy wcześniej mówiłem, że jestem z osiedla, ludzie wyrażali swój szacunek, błogosławili mnie, teraz już tak się nie dzieje. 

To świadczy o tym, że osiedla będą musiały zostać zlikwidowane, one nie są już wyrażeniem woli większości Izraelczyków. A jeśli miałyby istnieć dalej, trzeba ponownie zbudować relacje pomiędzy izraelskim społeczeństwem poza Zachodnim Brzegiem.

Dorosłeś i?

Zbuntowałem się. Nie jestem typem osoby, której da się powiedzieć, co ma robić, też jestem trochę dzikusem. Mój bunt był skierowany bardziej w stronę religii, nie polityki, ale to wszystko się ze sobą wiąże. Kiedy buntujesz się, mieszkając w miejscu, w którym ja się wychowałem, odejście od religii ma też wpływ na inne rzeczy. Zaczynasz kwestionować różne rzeczy, przyglądać się im z boku. Kiedy zacząłem służbę wojskową, byłem w oddziale, który stacjonował głównie na Terytoriach Okupowanych i moja perspektywa się odwróciła, bo widziałem osadników z innej strony. Widziałem nadużywanie władzy, agresję, stosunek wobec Palestyńczyków. Kiedy opuściłem dom, opuściłem go głównie w sensie ideologicznym. Po skończeniu służby w wojsku wyjechałem na 3 lata, podróżowałem po Ameryce Południowej, Europie, paliłem trawę w Indiach, Izrael nie interesował mnie w najmniejszym stopniu. Prawdę mówiąc wiele razy zdarzało mi się myśleć, że nigdy nie wrócę. Kiedy byłem w Kolumbii, w jakimś hostelu poznałem faceta, który siedział na tarasie, coś rysował, okazało się, że jest z Nowej Zelandii i podróżuje od 18 lat i nigdy w tym czasie nie wrócił do domu. Pomyślałem, że tak właśnie chciałbym żyć. Ale wróciłem.

Czemu?

Tak naprawdę nie wiem. Poznałem dziewczynę z Izraela w Riszikesz w Indiach. Wróciłem z nią. 

Co stało się z twoimi znajomymi z osiedla, w którym się wychowałeś?

Większość z nich została nie tyle w tym samym miejscu, co w tych samych ramach ideologicznych. Są religijni, wcześnie się żenili, wcześnie rodziły im się dzieci, generalnie mają bardzo uporządkowane życie skupione na pracy i rodzinie. Nawet garstka tych, którzy w jakiś sposób chcieli się zbuntować, w końcu wrócili do religii, do środowiska, w jakim się wychowali. Może więc nie jest to takie złe. Tamte społeczeństwo daje ci oparcie, poczucie wspólnoty i nawet jeśli na jakiś czas się od niego odwracasz, to zawsze możesz wrócić i będziesz przyjęty z powrotem. To główna siła tej społeczności – jej członkowie autentycznie się sobą zajmują, nie ma takiej możliwości, żeby ktoś był samotny, jeśli mieszkasz na osiedlu. Niektórzy ludzie czegoś takiego właśnie potrzebują. Znam przecież przykłady moich przyjaciół, którzy opuścili osiedla i w momencie, kiedy zorientowali się, że są zupełnie sami i wszystkim w życiu będą się musieli zająć sami, postanowili wrócić. Osiedle i jego społeczność dało im poczucie bezpieczeństwa. Ja się temu nie dziwię. Uważam, że mam piękne życie, każdy jego dzień, ale te rzeczy, które nie są do końca perfekcyjne, są takie właśnie za sprawą tego, że zdecydowałem się na tak radykalną zmianę i nie należę ani do tamtego ani do tego świata. Nie jestem częścią sekularnego Izraela i nigdy nie będę. Pochodzę z innego miejsca, mam w sobie inny język, miałem inne dzieciństwo i odebrałem inną edukację. Jestem inny od większości moich znajomych w Tel Awiwie. Ta niemożność odnalezienia się ani tam ani tu to największe wyzwanie dla kogoś, kto opuszcza osiedle. Ale może koniec końców jest to dobra rzecz. 

Jak to się przekłada na twoją poezję?

Po pierwsze wiele z moich wierszy mówi o judaizmie, różnych jego aspektach. Mam swój własny judaizm, robię to, co mi odpowiada, nie obchodzi mnie, co myślą inni. Chciałbym, żeby taki właśnie judaizm dominował, wyrażam to też w swoich wierszach. Judaizm to indywidualne spotkanie ze światem, z Bogiem, z czymkolwiek i ważne jest, żeby robić to na swój sposób. Miłosz ma dwa moje ulubione wiersze o religii. Pierwszy, bardzo filozoficzny i chłodny, drugi, o modlitwie – „Pod dziewięćdziesiątkę, i jeszcze z nadzieją, / Że powiem, wypowiem, wyksztuszę”. Też staram się o tym pisać, myślę, że religia sprowadza się właśnie do modlitwy, to jest jej najgłębszy sens. 

Jeśli każdy miałby swój własny judaizm, co byłoby podstawą dla wszystkich judaizmów?

A dlaczego musi być jakaś wspólna rzecz? Podstawą jest to, że wszystko pochodzi z ogrodu, który nazywa się judaizm. Nie widzę problemu w łączeniu judaizmu z innymi religiami. Pierwszą rzeczą, którą robię rano, jest medytacja, a potem modlitwa. Modlę się słowami, które same wybrałem z porannej modlitwy, która z reguły trwa godzinę, ja skróciłem ją do kilku minut. Nie mam zamiaru mówić słów, które chwalą Boga mściwego, nie będę też mówił, jak jestem mały i nieważny.

Co mówisz w takim razie?

Modlitwy, w których proszę o zdrowie, deszcz, sprawiedliwość, zbawienie, pokój. Na przykład Szema. To modlitwa za świat, nie tylko za siebie.

Czyli to modlitwy, a nie twoja rozmowa z Bogiem we własnych słowach?

To robię później. Mówię o tym, co myślę, czego chcę, czego się boję. Medytacja to pustka, nie chcesz mieć niczego w środku siebie. Modlitwa jest tym samym, ale też przeciwieństwem, chcesz, żeby cię wypełniała. To różnica pomiędzy kulturą Wschodu a Zachodu. Pustka i pełnia. Ja łączę te dwie rzeczy i uważam, że w dzisiejszym świecie możemy wykorzystywać różne perspektywy. Nie trzeba być tylko Żydem, tylko chrześcijaninem, tylko muzułmaninem, tylko buddystą. Można być wszystkim. 

Będąc żołnierzem widziałeś drugą stronę konfliktu. Co o nim sądzisz?

W Izraelu każdy chce mieć rację, być najmądrzejszy. Musimy nauczyć się jednak być po prostu ludźmi. Cierpienie, głód, strach jest po obu stronach konfliktu. Ale nie ma innej możliwości rozwiązania konfliktu niż powstanie państwa palestyńskiego. To może zająć kolejne 10, 20 lat, ale w końcu się stanie. Nie ma innej możliwości i myślę, że każdy Izraelczyk zdaje sobie z tego sprawę. Rząd nie ma odwagi i pewności siebie, szuka wymówek, ale w końcu to się stanie. 

Jak to się stanie? 

Moi znajomi zaproponowali rozwiązanie, które jest bardzo interesujące. Proponują stworzenie konfederacji, takiej jak Unia Europejska, pomiędzy Izraelem a Palestyną. Wtedy osadnicy mogliby zostać na osiedlach, a niektórzy uchodźcy palestyńscy mogą powrócić do swoich domów na terenie Izraela, w Jafie, w Ako. 

To propozycja od jakiejś formalnej grupy?

Tak, nazywają się Two States One Homeland, są pokazywani w mediach, przewodzi im Meron Rapoport, znany dziennikarz. Dwa tygodnie temu mieli dużą konferencję. Niedawno rozmawiałem z Meronem, bo być może zajmę się tym tematem w kolejnej książce. Moim zdaniem, to jedyne dobre rozwiązanie. Nie wyobrażam sobie, jak 500 tysięcy ludzi miałoby być ewakuowanych z osiedli, jak rząd miałby ich do tego przekonać.

Jak to się stanie?

O to też zapytałem Merona. Są dwie możliwości. Pierwsza to presja ekonomiczna. Jeśli jakiś duży europejski bank powie, że nie chce współpracować z izraelskimi bankami, które mają swoje filie na Zachodnim Brzegu, wtedy musiałby przestać pracować z każdym bankiem. A bankom izraelskim rząd nigdy nie pozwoli, żeby nie otwierali filii na osiedlach. Taki bank po prostu nie będzie miał racji bytu. Jeśli więc europejskie banki przestałyby współpracować z bankami izrealskimi, ktoś w końcu uświadomiłby premierowi, że albo robi wszystko, żeby stworzyć porozumienie pomiędzy Izraelem a Palestyną, albo ekonomia po prostu upadnie. 

Jaki te europejskie banki miałyby mieć interes w bojkocie izraelskich banków?

Zrozumiałyby, że jedyną drogą do osiągnięcia pokoju jest wywarcie na nich presji. 

PRENUMERATA

Ale dlaczego miałoby ich w ogóle obchodzić coś poza pieniędzmi i biznesem?

To skomplikowane. Nie lubię ludzi – jest też wielu takich Izraelczyków – którzy mówią: „bojkotujmy Izrael”. Z reguły są oni pełni nienawiści do samych siebie. Chciałbym, żeby to rozegrało się bardziej delikatnie, w taki sposób, w którym byłoby dokładne zrozumienie sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Nie puste hasła „bojkot Izraela”. Jeśli chcemy mieć pokój, musimy mieć jakiś nacisk.

Jakoś tego nie widzę.

Ja też. Ale jest druga opcja, która jest gorsza i która, mam nadzieję, nie zrealizuje się. Jeśli ma nastać pokój, musiałyby się najpierw zintensyfikować ataki terrorystyczne i to do dużego stopnia. Po wojnie przychodzi pokój, tak było w Europie.  Mamy więc dwie opcje. Ale moim zdaniem tylko pomysł stworzenia konfederacji jest czymś, co będzie miało jakikolwiek sens się udać.

Pytanie też, czy Palestyńczykom spodoba się taki pomysł.

Do grupy zwolenników tego pomysłu należą też Palestyńczycy. Nie są to najwyżsi urzędnicy z Autonomii, ale też nie są to ludzie zupełnie anonimowi. Tam jest taka hierarchia, że jeśli ktoś nie odsiedział jakiegoś czasu w izraelskim więzieniu, to się nie liczy. Ci ludzie, którzy zaangażowali się w ruch, siedzieli w więzieniach [śmiech]. Ale nie wszystko układa się dobrze. Kiedy Meron Rapoport przyjechał z Tel Awiwu na spotkanie grupy w Ramallah, jego samochód został podpalony, może przez kogoś z Hamasu. 

Chcesz publikować w Polsce?

Są dwa języki, w których chciałbym wydać moje wiersze. Niemiecki, bo to zamknęłoby w pewnym sensie rodzinną historię dziadków. Dziadek studiował historię w Wȕrzburgu, ale w połowie studiów musiał uciekać. Drugi to polski, bo polscy poeci inspirują mnie najbardziej. Chciałem nawet wysłać kilka wierszy Zagajewskiemu, po angielsku oczywiście, ale nigdy tego nie zrobiłem. Myślę, że piszę polską poezję. Na pewno bardziej polską niż izraelską.

To twój pierwszy raz w Polsce. Jak się czujesz w ojczyźnie swojej poezji?

Świetnie, ale przyjechałem i pierwsze, co od ciebie usłyszałem, to że nie lubisz Miłosza. Nieprawdopodobne.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


STOP TAKING EVANGELICAL SUPPORT FOR GRANTED

STOP TAKING EVANGELICAL SUPPORT FOR GRANTED

MICHAEL FREUND


A whopping 41% of younger Evangelicals said they do not have strong views regarding Israel.

Evangelical Christians from around the world wave their national flags along with Israeli flags as they march in a parade in Jerusalem to mark the Feast of Tabernacles . (photo credit: JNS.ORG)

In recent years, a certain mantra has gained traction among many pro-Israel activists according to which long-term US support for the Jewish state is guaranteed, thanks to the country’s growing number of Evangelical Christians.

Hence, the thinking goes, even if American Jewry’s size and influence is in decline, we can all rest easy in the knowledge that Evangelical support for Israel will continue to bolster ties between Washington and Jerusalem for decades to come.

As comforting as it might be to latch onto this view, the sad fact is that there are already some very troubling signs that the younger generation of US Evangelicals may not share the same level of enthusiasm for Israel, as do many of their elders.

Indeed, the findings of a study released six months ago by the Nashville-based LifeWay Research bear this out. The survey, which was conducted among 2,002 respondents, found that while 76% of Evangelicals over 65 have a positive view of Israel, that number drops to 58% among those ages 18 to 34.

In addition, a whopping 41% of younger Evangelicals said they do not have strong views regarding Israel.

As David Nekrutman, the executive director of the Center for Jewish-Christian Understanding and Cooperation, recently told me, “It is easy, but dangerously inaccurate, to assume that the children of Christian Zionists are building on the foundation of what their parents have learned.”

“The fact is,” he notes, “that many Christian universities and colleges have not corrected Martin Luther’s antisemitism in their Bible, theology or missions departments.”

As a result, the curricula of many Christian schools continue to instill their students with ideas that end up weakening the foundation of their support for the Jewish state.

Moreover, Nekrutman states, millennial Evangelicals are “less literate of the Bible,” creating the possibility that “Christian support for Israel could dramatically dwindle.”

Unfortunately, certain pro-Palestinian groups have sought to take advantage of this by launching an insidious and determined effort to undermine Evangelical support for Zionism.

Take, for example, the anti-Israel group “Christ at the Checkpoint,” which along with the Bethlehem Bible College, attempt to “address the injustices” in the Middle East, particularly in what they refer to as “the Palestinian lands under occupation.”

Twisting the text of the Bible to the point that it becomes unrecognizable, such organizations spuriously assert that Scripture does not grant the people of Israel an exclusive claim to the Land of Israel, despite the fact that throughout the Torah and the Prophets that is exactly what the Creator promised.

They also hide under the cloak of protesting supposed discrimination by rejecting “theologies that lead to discrimination or privileges based on ethnicity,” which is a convoluted way of denouncing the Jewish people’s right to establish a Jewish state. In what is perhaps a sign of the group’s growing confidence, they are planning to hold their first national US conference in Oklahoma City in October.

While this may seem like an entirely intra-Christian matter, Israel cannot and must not ignore its possible political and diplomatic ramifications. Left unaddressed, it could have far-reaching and damaging consequences from the halls of Congress all the way to the White House.

According to the Pew Research Center on Religion and Public Life, 25.4% of Americans identify themselves as Evangelical Protestant Christians, making them the largest religious group in the United States.

As their clout at the ballot box grows, it becomes all the more essential to take steps to cultivate the younger generation of Evangelical leaders, whether by facilitating visits to the Jewish state or launching public diplomacy campaigns targeting this segment of the Evangelical world.

There is no reason to be alarmed just yet, as overall Evangelical support for Israel is positive, passionate and pro-active. But the writing is on the wall, and if Israel wants to ensure a solid base of US Evangelical support for the rest of this century, it would do well to work with pro-Israel Christian groups to ensure that the younger generation of Evangelicals will continue to carry the torch.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com