Archive | July 2018

The Spielberg Jewish Film Archive – A Colony is Born

The Spielberg Jewish Film Archive – A Colony is Born

   Hebrew University of Jerusalem



Abstract: Pioneers establish a tower and stockade settlement.

The Spielberg Jewish Film Archive –
The 500 films, selected for the virtual cinema, reflect the vast scope of documentary material collected in the Spielberg Archive. The films range from 1911 to the present and include home movies, short films and full length features.

שם: הקמת נקודה
שנה: 1946
אורך: 00:15:33
שפה: כותרות בצרפתית

תקציר: חלוצים מקימים יישוב בסגנון חומה ומגדל.

ארכיון הסרטים היהודיים על שם סטיבן שפילברג –
חמש מאות הסרטים שנבחרו עבור הקולנוע הווירטואלי משקפים את ההיקף הנרחב של החומר התיעודי בארכיון שפילברג. באתר ישנם סרטים משנת 1911 ועד ימינו אלה ביתיים, קצרים ובאורך מלא.

כל הזכויות שמורות לארכיון הסרטים היהודיים על שם סטיבן שפילברג ולאוניברסיטה העברית בירושלים 2010; דף הבית; www.spielbergfilmarchive.org.il
http://multimedia.huji.ac.il/

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Zaginione arcydzieło [komentarz do parszy Pinchas]

Zaginione arcydzieło [komentarz do parszy Pinchas]

RABIN JONATHAN SACKS


Wspominany obraz Nicolasa Poussina, „Zniszczenie i splądrowanie Świątyni Jerozolimskiej” /fot. Wikipedia

PARSZA PINCHAS – 7 LIPCA 2018/ 24 TAMUZ 5778

Oto prawdziwa historia, która wydarzyła się w 1995 roku. Dotyczy ona niezwykłego człowieka o niespotykanym nazwisku. Ernest Onians był rolnikiem z Anglii Wschodniej i trudnił się głównie sprzedawaniem pomyj dla świń. Hobby pana Oniansa, znanego ze swej ekscentryczności, było kolekcjonowanie obrazów. Często chadzał na aukcje, które odbywały się w okolicy i licytował obrazy, szczególnie te stare. Ostatecznie w jego kolekcji znalazło się ponad pięćset płócien. Było ich zbyt wiele, żeby wszystkie powiesić na ścianach jego skromnej posiadłości Baylham Mill w Suffolk. Składał je więc w jednym miejscu w domu, a niektóre trzymał w kurniku.

Dzieci Ernesta nie podzielały jego zainteresowań, uważały go za niechlujnie ubranego dziwaka. Ernest, bojąc się złodziei, własnoręcznie skonstruował prowizoryczny system alarmowy zrobiony z klaksonów zasilanych starymi akumulatorami samochodowymi i zawsze spał z naładowaną strzelbą pod łóżkiem. Kiedy zmarł, jego dzieci wystawiły obrazy na sprzedaż w londyńskim domu aukcyjnym Sotheby’s. Jak przed każdą większą licytacją dzieł sztuki, Sotheby’s i tym razem wydał katalog, z którego kupcy mogli dowiedzieć się, jakie przedmioty będą wystawiane na sprzedaż.

Pewnego dnia wielki znawca sztuki, Sir Denis Mahon (1910-2011) przeglądał ten katalog i jego uwagę przykuło jedno z dzieł. Fotografia, nie większa niż znaczek pocztowy, przedstawiała tłum ludzi w szale podpalających spory budynek i uciekających z łupami. Onians kupił ten obraz na aukcji w wiejskim dworku w latach czterdziestych za zaledwie dwanaście funtów. Obraz opisany był w katalogu jako Grabież Kartaginy autorstwa raczej mało znanego, siedemnastowiecznego artysty Pietro Testa. Jego wartość szacowana była na piętnaście tysięcy funtów.

Mahona zadziwił osobliwy szczegół na obrazie. Jeden z rabusiów umykał z miejsca zdarzenia z siedmioramiennym świecznikiem. Skąd w Kartaginie menora? – zastanawiał się Mahon. Stało się jasne, że to nie Kartaginę przedstawiał obraz. Jego tematem było zburzenie przez Rzymian Drugiej Świątyni. Autorem dzieła też musiał być ktoś inny.

Mahon przypomniał sobie, że wielki siedemnastowieczny artysta Nicholas Poussin namalował dwa obrazy o tej tematyce. Jeden z nich znajdował się w zbiorach muzeum sztuki w Wiedniu. Drugi jednak, namalowany w 1626 roku dla kardynała Barberiniego, zniknął z pola widzenia w XVIII wieku. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Mahon był w szoku, kiedy zorientował się, że patrzy na zaginionego Poussina.

Złożył więc ofertę kupna obrazu na aukcji. Kiedy inni potencjalni kupcy zauważyli, że wybitny znawca licytuje obraz, zrozumieli, że wie on na pewno coś, co im umknęło i dołączyli do aukcji. Mahonowi udało się ostatecznie kupić obraz za sto pięćdziesiąt pięć tysięcy funtów. Po latach sprzedał go, zgodnie z rzeczywistą wartością, za cztery i pół miliona lordowi Rothschildowi, który później podarował pracę Muzeum Izraela, gdzie wisi do dziś ku uczczeniu pamięci Isaiaha Berlina.

Ta historia jest mi dobrze znana. Na prośbę lorda Rotschilda, krótko przed przewiezieniem obrazu do Izraela wygłosiłem w National Gallery wykład na jego temat. Historia dzieła Poussina jest obrazowym przykładem na to, jak łatwo możemy utracić bezcenne dziedzictwo, ponieważ, nie darząc go odpowiednią miłością, nie potrafimy docenić jego prawdziwej wartości. Wniosek jest więc następujący: odziedziczyć możemy tylko to, co naprawdę kochamy.

Taki morał płynie z historii o córkach Celafchada, o których czytamy w parszy na ten tydzień. Przypomnijmy sobie tę historię. Celafchad, z rodu Menaszy, umarł na pustyni, zanim przydzielono mu ziemię. Miał pięć córek i żadnego syna. Córki przyszły do Mojżesza z żądaniem nadania im ziemi, argumentując, że odmówienie rodzinie tego przywileju tylko dlatego, że ojciec nie miał syna, byłoby niesprawiedliwe. Mojżesz przedstawił tę sprawę Bogu, który rzekł: „Słusznie córki Celafchada mówią: daj im posiadłość dziedziczną wpośród braci ojca ich, a przenieś udział ojca ich na nie” (Ba-midbar 27:7). Tak też się stało.

Mędrcy żarliwie chwalili córki Celafchada za ich mądrość. Twierdzili, że wybrały one dobry moment, aby przedstawić swoje roszczenia, wiedziały jak interpretować Pismo i były niezwykle cnotliwe (Baba Batra 110b). Jeszcze większe znaczenie miało jednak to, że ich miłość do Ziemi Izraela była ogromna, w przeciwieństwie do uczucia, którym darzyli ją mężczyźni. Kiedy szpiedzy przekazali Izraelitom złe wiadomości, ludzie powiedzieli: „Ustanówmy sobie wodza, i wróćmy do Micraim!” (Ba-midbar 14:4). Córki Celafchada jednak wciąż rościły sobie prawo do ziemi, które zostało im słusznie przyznane (Sifre, Ba-midbar 133).

Do fragmentu o szpiegach powstał słynny komentarz rabina Efraima Luntschitza z Pragi (1550-1619). Analizując słowa Boga „Wyszlij sobie mężów, aby wypatrzyli ziemię Kanaan” (Ba-midbar 13:2), Luntschitz twierdził, że nie nakazywał On Mojżeszowi wysyłać szpiegów, ale dawał mu przyzwolenie, aby wysłać mężczyzn. Według rabina Luntschnitza Bóg pomyślał: „Z Mojego punktu widzenia, wiedząc, co kryje przyszłość, lepiej byłoby wysłać kobiety, ponieważ umiłowały one i otoczyły czułą opieką tę ziemię, i nigdy nie powiedziałyby o niej złego słowa. Jeśli jednak uważasz, że mężowie ci są szlachetni i szczerze szanują ziemię, masz moje pozwolenie, aby wysłać ich na przeszpiegi ” (Keli Jekar, kom. do Ba-midbar 13:2).

Rezultat okazał się fatalny. Dziesięciu szpiegów przyniosło demoralizujące wieści, Izraelici stracili wiarę w powodzenie ich planu, w wyniku czego nieufnemu pokoleniu została odebrana szansa wejścia do Ziemi Obiecanej. Utracili możliwość cieszenia się swym dziedzictwem w ziemi obiecanej ich przodkom. Córki Celafchada, przeciwnie, odziedziczyły ziemię, ponieważ darzyły ją miłością. Dziedziczymy to, co kochamy, a tracimy to, czego nie potrafimy umiłować.

Nasuwa się wniosek, że w dziwny sposób historia córek Celafchada i licytacji zaginionego obrazu ilustrują stan współczesnej tożsamości żydowskiej. Dla wielu wyznawców judaizmu, których znam, stosunek do religii był niczym stosunek dzieci Ernesta Oniansa do sztuki, którą kolekcjonował ich ojciec. Miłość do niej mieli ich rodzice, ale dla nich samych nie przedstawiała ona szczególnej wartości. Niczym dzieci Oniansa, dzieci religijnych Żydów gotowe były zrzec się dziedzictwa, nie mając świadomości jego ogromnej wartości. Kiedy nie potrafimy w pełni czegoś docenić, możemy stracić skarb, nie wiedząc nawet, że jest on skarbem.

Judaizm jest oczywiście wart znacznie więcej niż drogocenny obraz. Jest on naszą tożsamością. A tożsamość nie jest na sprzedaż, choć można ją stracić. Wielu Żydów traci dziś swą tożsamość. Nasi przodkowie przekazali nam dar przeszłości, a my jesteśmy im winni dar przyszłości, która wierna będzie historii. Nie porzucajmy swojego dziedzictwa tylko dlatego, że nie rozumiemy jego wartości.

Idea, która zmieni nasze życie, jest więc prosta, lecz niezwykle istotna: jeśli chcemy z powodzeniem przekazać naszym dzieciom nasze dziedzictwo, musimy pokazać im, jak darzyć je miłością. Najważniejszym elementem edukacji nie jest nauka faktów i umiejętności, ale zrozumienie, co powinniśmy kochać. Dziedziczymy to, co kochamy, a tracimy to, czego nie potrafimy umiłować.


Tłumaczenie: Jolanta Różyło © CHIDUSZ 2018


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Israeli bestseller ‘Sapiens’ is heading to the big screen

Israel21cIsraeli bestseller ‘Sapiens’ is heading to the big screen

Abigail Klein Leichman


‘It is a book that changes how you see the world and our adaptation should do the same, to serve as a wake-up call for who we are,’ says director.

Prof. Yuval Noah Harari, author of Sapiens: A Brief History of Humankind. Photo: courtesy

A multiplatform screen adaptation of Hebrew University history professor Yuval Noah Harari’s bestselling 2011 book Sapiens: A Brief History of Humankind
 is planned by British film producer Sir Ridley Scott (“Blade Runner,” “Alien”) and Oscar-winning documentarian Asif Kapadia, according to Hollywood Reporter.

In Sapiens, Harari posits that the human species “began as an insignificant animal and is now on the verge of becoming a god” and asks readers to reconsider the role of human beings in the past, present and future.

“It is a book that changes how you see the world and our adaptation should do the same, to serve as a wake-up call for who we are, where we have come from and where we are heading,” Kapadia said in a statement.

Scott added that he and Kapadia, who secured the rights to the book in 2017, believe a visual version of Sapiens “has all the elements to be massively entertaining as well as historically important.”
Last month, ISRAEL21c reported on the Haifa-born Harari’s speech at an international conference, “What Makes Us Human: From Genes to Machine,” held at Hebrew University’s Edmond and Lily Safra Center for Brain Sciences.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Joanna Tokarska-Bakir: – Pogrom kielecki nie był ubecką prowokacją.

Joanna Tokarska-Bakir: Pogrom kielecki nie był ubecką prowokacją. Komuniści wiedzieli, kto był odpowiedzialny za tę zbrodnię

Dorota Wodecka


8 lipca 1946 r., Kielce, pogrzeb ofiar pogromu (Fot. Jerzy Baranowski / PAP)

Rozróżniłam dwóch Majewskich, którzy w śledztwie IPN-owskim zostali sklejeni w jedną postać. Jeden ratuje Żydów na Plantach, drugi zaciera ślady udziału milicjantów w pogromie. Potem “dobry” Majewski aresztował “złego”, ale to nie skończyło się dla niego dobrze.

Joanna Tokarska-Bakir – antropolożka kultury i religioznawczyni, profesor nauk humanistycznych w Instytucie Slawistyki PAN, autorka m.in. książek: „Rzeczy mgliste” (2004), „Legendy o krwi” (2008, wydanie francuskie 2015), „Okrzyki pogromowe” (2012). Ostatnia książka „Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego”, wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, ukaże się 28 lutego.

Pełną wersję rozmowy opublikujemy 20 lutego w „Książkach. Magazynie
do Czytania

Dorota Wodecka: Dlaczego antropolożka napisała książkę o pogromie kieleckim?

Joanna Tokarska-Bakir: Zainspirowała mnie Diane Vaughan, etnografka, która badała katastrofę promu kosmicznego Challenger. Analizując dokumenty NASA, dowiodła, że przyczyną katastrofy nie był zamach ani spisek, ale kultura organizacyjna inżynierów, notoryczne zaniżanie standardów i lekceważenie procedur.

W pewnym sensie podobnie było w Kielcach. Od jesieni 1945 narastał tam kryzys społeczny. Z jednej strony instalował się komunizm, z drugiej – zatrudnieni przez komunistów milicjanci, wczorajsi partyzanci NSZ, AK, BCh i AL, gorączkowo usiłowali zatrzeć ślady własnej przeszłości, w tym wojennych mordów na Żydach. Dołączała się do tego histeria dotycząca przejętej przez Polaków własności żydowskiej. A także panika demograficzna związana z powrotem żydowskich repatriantów z ZSRR. Pogrom kielecki można opisać jako samozapłon tych trzech czynników.

Plotka, że Żydzi porywają dzieci, była raczej usprawiedliwieniem niż przyczyną pogromu.

Skąd taki wniosek?

– Zaczynałam pisać tę książkę z przekonaniem, że pogrom był ubecką prowokacją. Przypadkiem nawiązałam kontakt z Michałem Chęcińskim, człowiekiem otwartym i życzliwym, który udostępnił mi swoje zbiory. Jego wydana w 1983 r. książka „Poland. Communism. Nationalism. Anti-semitism” była podstawową przesłanką wskazującą w drugim śledztwie kieleckim na robotę ubecką. W latach 40. i 50. Chęciński pracował w kontrwywiadzie. W 1968 r. został wyrzucony z Polski, po czym zaczął nagrywać ciekawe insiderskie rozmowy ze swoimi kolegami na temat minionego systemu. Gdy umarł, jego rodzina poprosiła mnie, żebym uporządkowała jego archiwum. Tak zdobyłam bezpośredni dostęp do źródeł, na których oparto sugestie o prowokacji.

Kiedy jednak przejrzałam materiały dotyczące pogromu, nie mogłam uwierzyć, że tak słabe dowody mogły się stać podstawą hipotezy rozważanej przez IPN. Dlatego też na parę lat „przeprowadziłam się” do archiwum IPN i zaczęłam szukać.

 

Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego Joanna Tokarska-Bakir Czarna Owca, Warszawa Premiera: 28 lutego

Czego konkretnie?

– Kieleckiej codzienności roku 1946, takiej przyziemnej, pozaideologicznej. Tego, gdzie kto mieszkał, co jadł i co myślał.

Moment przełomowy nastąpił, gdy rozróżniłam dwóch Majewskich, którzy w śledztwie IPN-owskim zostali sklejeni w jedną postać. Tymczasem są to dwie osoby tak różne, jak to tylko możliwe. Jeden okazał się „aniołem”, a drugi „diabłem”. Na miarę kieleckiego środowiska i tamtych czasów oczywiście.

Kto był „diabłem”?

– Milicjant Tadeusz Laske-Majewski – oszust, erotoman, „amant i złodziej hotelowy”, endek, przed wojną uczestnik ekscesów antyżydowskich. Jest szefem wydziału śledczego w Komendzie Wojewódzkiej MO w Kielcach i prowadzi śledztwo w pierwszych dniach po pogromie, po czym dezerteruje. Zostanie aresztowany rok później i pójdzie siedzieć za szaber, z którego kielecka milicja żyła do lat 50.

A co z Majewskim „aniołem”?

– Częstochowski robotnik Zygmunt Majewski jest komunistą, który przed wojną ożenił się z towarzyszką partyjną, Żydówką. Razem z dzieckiem ukrywają się w czasie wojny. Pracuje w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie jest znany z prawości, ma zresztą pseudonim „Chrystus”. Stoi na czele wydziału do spraw funkcjonariuszy. W czasie pogromu pojawia się na Plantach jako jeden z nielicznych ubeków w mundurze i wyprowadza stamtąd 12-letniego Jakuba Średniego. Trzyma go na muszce, to jedyny sposób, by ocalić mu życie.

Dlaczego takie ważne dla pani było rozróżnienie tych dwóch Majewskich?

– Bo to ostrzeżenie przed szablonowym myśleniem. Jeden ratuje Żydów na Plantach, a drugi zaciera ślady udziału milicjantów w pogromie.

Co się dalej z nimi stało?

– Jeden aresztował drugiego. Bo ten „zły”, ale obrotny Majewski po dezercji w lecie 1946 uciekł do Brzegu nad Odrą, gdzie nawet został przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej. Tam rok później aresztował go ów „dobry” Majewski, który po pogromie został przeflancowany z UB do MO w roli Herkulesa z zadaniem wyczyszczenia stajni Augiasza. Bo komuniści wstydzili się za to, co się stało w Kielcach, i wiedzieli, kto jest za to odpowiedzialny. Wytropił tam wielu eneszetowców, którzy utrwalali władzę ludową, czując się w MO jak ryby w wodzie. Ale to nie skończyło się dla niego dobrze. W maju 1948 został odwołany, a chwilę później zmarł w dość tajemniczych okolicznościach podczas operacji przepukliny.

 

 

Komu mogło zależeć na śmierci tego dobrego Majewskiego?

– Niemal wszystkim, którzy pracowali w KW MO w Kielcach, a których wojenne grzeszki wykrył. Poczynając od jej komendanta z okresu pogromu Wiktora Kuźnickiego, dąbrowszczaka, który nie lubił Żydów i otaczał się kompetentnymi fachowcami, oni zaś – tak się jakoś złożyło – przeważnie byli z Narodowych Sił Zbrojnych.

Dalej w kolejce są wspomniani eneszetowcy, tacy jak personalny KW MO Stefan Latosiński czy porucznik Jan Mazur, w czasie pogromu dowódca Kompanii Operacyjnej MO, podejrzany o wojenne mordy na Żydach w Wilczycach.

A poza tym jest jeszcze galeria milicjantów z Hilfspolizei czy Schupo, szmalcowników i szabrowników.

W kieleckiej MO pracowali wojenni zabójcy Żydów?

– Tak jest. Na przykład kwatermistrzem KW MO był ppor. Antoni Jarosz z Przewłoki, przedwojenny podoficer zawodowy, który w ramach Ludowej Służby Bezpieczeństwa Batalionów Chłopskich polował na Żydów na Sandomierszczyźnie. Stracił rękę w „zasadzce na Żydów”.

Czy śledztwo IPN-owskie nie wpadło na te tropy?

– Z jakichś przyczyn nie poświęcono im należnej uwagi. Nawet tak szokujący wątek jak rola, którą w rozpętaniu pogromu odegrał funkcjonariusz Służby Kryminalno-Śledczej komisariatu przy Sienkiewicza 45 Stefan Sędek, który 4 lipca 1946 wysłał trzy hałaśliwe patrole na Planty, nie została w odpowiedni sposób przebadana. A ów Sędek, inteligent po dwóch latach prawa na UW, to naprawdę ciekawa figura: współzałożyciel kieleckiego ONR, brat dwóch wysokich działaczy Organizacji Polskiej, określanej mianem „Zakonu Wewnętrznego” ONR… Czy to nie dziwne, że osoba z takimi powiązaniami nie zainteresowała historyków wyczulonych na wszelkie ślady prowokacji? Takich jak prof. Jan Żaryn, współautor „Wokół pogromu kieleckiego”, który Organizacji Polskiej poświęcił skądinąd opasły tom?

Więc jednak to był spisek, tyle że NSZ-u?

– Nie, coś znacznie ważniejszego: reguła przetrwania. Najciemniej jest pod latarnią. Wojenni bandyci ukrywali się w MO, w instytucji, która robiła oko do ludu, pod warunkiem skruchy chętnie wybaczała im grzechy płynące z „nieświadomości klasowej”, a jako bonus dawała prawo stosowania przemocy. Pracując w MO, można było skutecznie zastraszać świadków.

A czy w Kielcach była jakaś lokalna „żydokomuna”?

– To komiczne, ale w kieleckiej MO na kilkuset milicjantów, etnicznych Polaków, przez kilka miesięcy pracowało ledwie dwóch Polaków Żydów. Obaj zresztą szybko zdezerterowali. Jeśli zaś chodzi o całe Kielce, to w latach 1945-1946 we wszystkich urzędach, wszędzie, to znaczy w WUBP, PUBP, władzach miejskich i PPR, udało mi się wytropić nie więcej niż tuzin Żydów! Pomnóżmy to przez dwa, bo mogłam kogoś przeoczyć. I na te dwa tuziny Żydów w kieleckich instytucjach społeczeństwo zareagowało tak, jakby nastąpił najazd Hunów. Drażniła ich nagła widoczność, odpowiedzialne stanowiska.

Czy na Plantach 7 mieszkali jacyś ubecy?

– Z całą pewnością nie. Ubecy mieli znacznie lepsze poniemieckie mieszkania przy ulicy Focha (dziś Paderewskiego). Na Plantach 7 było dla nich za biednie i za ciasno. To było schronisko dla rozbitków i kibuc, w którym kolejne grupy młodzieży przygotowywały się do wyjazdu do Palestyny. Plus kilka mieszkań pracowników Komitetu Żydowskiego na drugim piętrze.

Pisze pani, że w Kielcach grano figurą Innego: „posłużyła za parawan skrywający te aspekty grupy, do których nie chciała się ona przyznać sama przed sobą”. Co to za aspekty?

– Najważniejszy wiąże się z wyobrażeniem, że tak zwani żołnierze wyklęci poszli do lasu, a Żydzi – do urzędów. Nieprawda. To etniczni Polacy instalowali i utrwalali władzę ludową. Jak wynika z zachowanych spisów obsady posterunków, przez MO przewinęła się niemal cała Kielecczyzna. Ludzie byli zmęczeni. O tym, jak wielkie to było zmęczenie, może świadczyć fakt, że po rozbiciu więzienia w Kielcach w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. przez oddział Hedy-Szarego z uwolnionych 376 więźniów dziesięciu w ogóle odmówiło wyjścia, a 113 wróciło do więzienia dobrowolnie. Nawet jeśli część z nich stanowili Niemcy i folksdojcze, ta liczba ma swoją wymowę.

Ludzie nie chcieli już walczyć?

– Mieli dosyć śmierci, głodu i chaosu. Instytucje podziemne wyposażały ich w honor, ale nie dawały dachu nad głową, węgla na opał, sortów mundurowych i stołówki.

Jak ustalenie, że w MO pracowali endecy, zmienia pani myślenie o pogromie jako prowokacji?

– Przy takiej kadrze, jaką miała kielecka milicja, prowokacja nie była do niczego potrzebna. Milicjanci rwali się do bicia Żydów. Ubecy, choć też nieświęci, starali się jakoś przeciwdziałać masakrze. Ale byli pozbawieni radzieckiego wsparcia. Rosjanie odmówili przysłania posiłków, bo nie chcieli zostać wkręceni w polską awanturę – tak bali się tłumu, że nawet nie przyszli na Planty w mundurach.

Ta historia zaczyna się zawsze tak samo. Od ucieczki z domu Henia Błaszczyka, który po powrocie zeznaje, że porwali go Żydzi. Próbuje pani dociec, dlaczego tak sobie wymyślił. Chociaż to w zasadzie tylko spekulacje, bo trudno dojść do prawdy.

– Tak, nie mamy kompletu zeznań ani dużej części materiałów ze śledztwa. Ale gdy przeanalizujemy zeznania Henia, zobaczymy, jak dużo mówi w nich o jedzeniu: o kaszy, którą zjadł na śniadanie, o tym, że porywacz zwabił go obietnicą łakoci, i tak dalej. Stąd hipoteza, że Henio uciekł z domu, bo był głodny. Uciekł do wsi Pielaki, niedaleko miejsca, gdzie się urodził. Tam jedzenia było w bród: kartofle, mleko, chleb i wiśnie.

Kiedy wrócił do domu 3 lipca wieczorem, w mieszkaniu zastał zgromadzenie sąsiadów i zapłakanych rodziców. Pytany, gdzie się podziewał, ma dwa wyjścia: powiedzieć prawdę i dostać lanie albo skłamać, że porwali go Żydzi, i przynajmniej na chwilę ocalić skórę. Od tego momentu nie ma już jednak odwrotu: dziecko opowiedziało bajkę, która pokieruje dorosłymi, ponieważ dorośli żyją w tej bajce od dawna.

Skąd pewność, że i Henio ją znał?

– Znał ją jak każde dziecko w Kielcach, o czym wyraźnie mówi w zeznaniach. Pogromowa bajka o złych Żydach, którzy czyhają na dziecięcą niewinność, znana jest w Europie od XII wieku i nadal jest eksponowana w niektórych kościołach, np. w Sandomierzu. Przywiózł ją ze stypendium w Rzymie Piotr Skarga w wersji trydenckiej – w 1475 r. oskarżono gminę żydowską o dokonanie takiego zabójstwa na Szymonie z Trydentu. W „Żywotach świętych pańskich” Skarga przytacza historię Szymona na podstawie hagiografii napisanej przez lekarza, który dokonywał sekcji jego ciała. „Żywoty” były najczęściej wydawaną książką polską poza Biblią, lekturą odczytywaną na głos w izbach, kuchniach i kościołach. Słowem: ta legenda należy do naszych sakraliów narodowo-religijnych i Henio także ją znał.

Ale Henio kłamie. Po pogromie stwierdzi, że do kłamstwa zmusił go dozorca Antoni Pasowski.

– Henio, a później Henryk Błaszczyk, zmienia swoją wersję w zależności od tego, z kim rozmawia. To częste zachowanie ludzi z klas ludowych w obecności dominującego rozmówcy: dla każdego coś miłego. Nie można się oprzeć na jego świadectwie.

Czy z ocalałych z pogromu ktoś jeszcze żyje?

– Kilka osób. Najmłodsza uczestniczka pogromu – Renée Levkovitch, która urodziła się we wrześniu 1946 – na Plantach była jeszcze w brzuchu mamy, Róży Opolskiej. Wyjechali do Kanady. Renée pracowała w dyplomacji, m.in. przygotowywała wizytę premiera Mazowieckiego w tym kraju. Całe życie zmagała się z posttraumatycznym stresem pourazowym. Dręczyło ją poczucie, że ktoś czyha na jej życie.

W Nowym Jorku mieszka też dziewięćdziesięciokilkuletni Józef Fajngold, skrzypek i architekt, który przyjechał tamtego dnia do Kielc szukać śladów zamordowanej w Treblince matki i brata. Został ciężko pobity. Miał tak zmienioną twarz, że ojciec nie mógł go w szpitalu rozpoznać. Przez miesiąc nie mówił. Żaden z prokuratorów prowadzących i pierwsze, i drugie śledztwo nie próbował się z nim skontaktować.

I żyje w końcu Niusia Borensztajn.

Ta, która tego dnia wyszła na pierwszą randkę ze swoim narzeczonym Szmulem Nesterem. I na wieść o tym, że Polacy biegną na Planty, gdzie w piwnicy u Żydów znaleziono dziesięcioro polskich dzieci, wróciła do kibucu?

– Tak, a wchodząc do środka, usłyszała od stojących na placu: „Umrzesz”. Nie umarła. Ma teraz ponad dziewięćdziesiątkę, doczekała się wnuków i mieszka pod Tel Awiwem.

Mogła ją pani zapytać, dlaczego wróciła na Planty, zamiast ratować życie.

– Nie mogłam. Bo ona nie rozmawia z Polakami.

Jej narzeczony nie wrócił z nią na Planty, tylko schronił się u rabina. Rozstali się z Niusią?

– Nie. Spędzili ze sobą całe życie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


COLUMN ONE: A GLIMPSE OF EUROPE’S TRUE FACE

OLUMN ONE: A GLIMPSE OF EUROPE’S TRUE FACE

CAROLINE B. GLICK


EUROPEAN UNION foreign-policy chief Federica Mogherini welcomes Arab League Secretary-General Ahmed Aboul Gheit ahead of a meeting to discuss the Middle East peace process on February 26th in Brussels.. (photo credit: REUTERS/FRANCOIS LENOIR)

Due to an unusual conflation of events, over the past two weeks we’ve caught a rare glimpse of the face of European foreign policy. We shouldn’t let it pass unremarked.

Last Friday, the European Union’s foreign policy chief Federica Mogherini presided over a curious summit in Vienna. In the same hall where she and her colleagues concluded the nuclear deal with Iran three years ago, Mogherini and her comrades tried to concoct ways to save the deal by undermining American power and defying its decision to abandon the deal.

Mogherini was joined in her efforts by the German, French and British foreign ministers. Sitting opposite them were Iranian President Hassan Rouhani, Iranian Foreign Minister Javad Zarif, and the Russian and Chinese foreign ministers. Together they brainstormed ways to undermine the economic sanctions the US will begin implementing next month against Iran and anyone from anywhere that trades with Iran.

The Europeans made some suggestions. For instance, the European Investment Bank, they said, is authorized to invest in projects in Iran. European governments are willing to make direct deposits in Iranian banks to get around US restrictions on bank transfers to Iran.

The Germans apparently are the keenest to continue the money flow to Tehran. Bild, a Berlin-based tabloid, reported on Tuesday that Iran has asked the European-Iranian Trade Bank, which is majority owned by Iranian state-owned banks but registered in Hamburg with the Bundesbank, Germany’s central bank, to permit it to withdraw €350 million in cash. The Iranians intend to fly the cash to Tehran to avoid the prospect of the accounts being frozen once US sanctions are reimposed. According to the Bild report, the German government supports the cash transfer. The Merkel government believes the Iranian claim that the money will be distributed to Iranian businessmen who will be barred from using credit cards in international commerce due to the US sanctions.

The Germans apparently are happy to ignore the fact that Iran routinely uses cash to pay for its wars in Syria and Yemen. Iran regularly transfers millions of dollars in cash to Hamas in Gaza. Cash is its routine method of financing Hezbollah and its terror empire in Lebanon and throughout the world – including in Germany.

The Germans don’t care about that. Their goal is not to prevent terror. Their goal is to flood Iran with money.

Mogherini’s summit in Vienna was a statement of deep contempt for the US. Days before US President Donald Trump was scheduled to arrive on the continent, the leaders of Europe publicly colluded with Iran, China and Russia to undermine and weaken America. While shocking in and of itself, Europe’s behavior didn’t tell us anything we didn’t already know.

Mogherini has been publicly attacking the US for walking away from the nuclear deal and declaring her allegiance to the pact three times a day, every day since May 8 when Trump announced he was pulling the US out of it and reimposing sanctions on Iran.

What we didn’t know until recently is why Mogherini and her colleagues have chosen to stand with Iran against America.
We got the answer on June 30.

Six days before the Vienna summit, Belgian security forces arrested members of an Iranian terror cell as they made their way to Paris to blow up a rally held that day by the Iranian opposition movement Mujahedin e-Khalq. The cell was led by Asduallah Asadi, the head of Iran’s intelligence network in Europe. Asadi is registered as the Iranian intelligence attaché at the Iranian embassy in Vienna. He is an officer of the Revolutionary Guards’ al-Quds Brigade, which is responsible for Iran’s foreign terror operations.

Thousands attended the rally in Paris. Among the many VIPS present were former prime minister Ehud Barak, former Canadian prime minister Stephen Harper and former New York mayor Rudy Giuliani.

The arrests in Belgium drove home the fact that Iran has developed a massive terror infrastructure in Europe. The terror operatives who were arrested lived and operated in at least four countries: Germany, Austria, Belgium and France.
On the face of it, it is amazing than right after terrorists under the direct command of the Iranian regime were caught en route to carrying out an attack in Paris, Europe’s top diplomats sat down with the leaders of the regime and brainstormed how to shower them with cash in open defiance of the United States.

And that isn’t all. It is true that Mogherini and her colleagues insist the nuclear deal they love so much prevents Iran from acquiring nuclear weapons. But it is also true that they know they are lying.

The Europeans don’t need Trump or Prime Minister Benjamin Netanyahu to tell them the deal gives Iran a clear path to a full-blown nuclear arsenal within a decade. They have known that all along. And it’s never bothered them.

So in under a week, an Iranian terror cell tried to blow up a rally in Paris and Europe’s leaders reacted by hosting their bosses in a fancy hall and promising them billions of dollars and a nuclear arsenal within a decade in defiance of the US.
WHY WOULD the Europeans do this? What does this tell us about the nature of their policy?

The first thing all of this tells us is that Europe has a very clear Iran policy. It tells us that there is no connection whatsoever between Europe’s rhetoric – which insists that Iran must not acquire nuclear weapons and that Iran must end its sponsorship of terrorism – and Europe’s policy.

As to the policy itself, Europe’s Iran policy is a policy of pure appeasement, based on profound weakness. Mogherini and her comrades are fully aware that Iran can cause them harm and intends to cause them harm. Through payoffs and betrayal of the US they hope to convince the Iranians to attack someone else instead of them. They don’t care if it’s Israel or Saudi Arabia or America. As far as the Europeans are concerned, Iran can kill whoever it wants, so long as it doesn’t attack Europe.
This is Europe’s Iran policy. It has no other policy.

There is nothing unique about Europe’s Iran policy. Appeasement predicated on weakness and an absence of any will to defend itself stands at the heart of Europe’s policies towards all of its enemies. As for its allies, Europe expects them to serve its needs, and appease it in exchange for nodding, condescending approval.

At the NATO summit on Wednesday, Trump exposed this basic fact in relation to Europe’s Russia policy. When Russia annexed Crimea in 2014, no one condemned the move more passionately than the Europeans. And German Chancellor Angela Merkel stood at the front of the column of denouncers proclaiming Russia’s aggression would not stand.

And yet, as Trump revealed in his blunt repartee with NATO Secretary-General Jens Stoltenberg, while Germany passionately declaimed about Russian aggression and the threat Russia poses to Europe, Merkel was signing massive gas deals with Russia to build and expand the Nord Stream gas pipeline between Russia and Germany. The strategic implication of Germany’s dependence on Russian gas is that the country screaming loudest about Russia has voluntarily rendered its economy dependent on Russian gas.

Merkel did this, Trump noted, while refusing to spend the requisite 2% of German GDP on its national defense and while expecting the US to defend Europe from Russia it on its own dime.

As with Iran, so with Russia, when you see the full spectrum of European actions, you realize there is no connection whatsoever between European rhetoric and European policy. As with Iran, so with Russia, Europe’s actual policy is to appease Russia by paying it off. As with Iran so with Russia, Europe expects the US to pull its fat from the fire when the going gets tough – and pay for the privilege of doing so.

Trump scares the Europeans. He doesn’t scare them because he expects them to pay for their own defense. All of his predecessors had the same expectation. He frightens the Europeans because he ignores their rhetoric while mercilessly exposing their true policy and refuses to accept it. They are scared that Trump intends to exact a price from them for their weak-kneed treachery.

Europe’s policies towards Israel follow a similar script as its other policies. As is the case with Iran and Russia, there is no connection whatsoever between Europe’s rhetoric and its actual policies. With Iran, Europe claims that it is committed to preventing the proliferation of nuclear weapons to Iran while its actual policy is to enable Iran to build a nuclear arsenal. In Israel’s case, Europeans say they strive to advance international law, human rights and peace when their actual policy negates international law, harms human rights and diminishes any possibility of peace.

Whereas Europeans fear the Iranians and the Russians, they hate Israel. And the goal of Europe’s Israel policy is to weaken the Jewish state through delegitimization, political and legal subversion and the constant threat of commercial sanctions.

Israel’s great error in contending with Europe is that we fail to recognize, as Trump recognizes, that European rhetoric doesn’t represent its actual policy. It camouflages it. We send our best lawyers to Europe to explain that our policies conform with international law. We deploy our most talented diplomats to Europe to prove that our actions advance human rights. And our greatest statesmen have spent decades trying to prove our commitment to peace.

And all these efforts are completely irrelevant. The Europeans couldn’t care less about the truth. They aren’t here to promote truth. They prefer lies. Lies help them to hide their policy predicated on hatred of Israel.

The summit in Vienna was a dud. Like Trump, the Iranians understand that European rhetoric gets them nowhere. European banks aren’t willing to lose the American market for Iran. Likewise, European conglomerates are pulling out of deals with Iran one after another to avoid US sanctions.

We don’t know where Trump wants to lead US relations with Europe. But it is clear that he intends to exact a price from Europe for its hostile policies, its weakness towards US adversaries and its double dealing with America.
Israel should draw the appropriate lessons from Trump’s actions and from the truth revealed about the nature of European policy by the events of the past two weeks.

The time has come for Israel to finally stop taking European rhetoric seriously. The time has come for Israel to begin exacting a painful price from Europe for its hostile and damaging policies towards us.

www.CarolineGlick.com


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com