„O Izraelu pisze się na ogół albo politycznie, albo turystycznie” – stwierdza Konstanty Gebert we wstępie do książki Pawła Smoleńskiego „Arab strzela, Żyd się cieszy”. „Z tej pułapki Paweł Smoleński znalazł niezmiernie eleganckie wyjście. On nie pisze o Izraelu ani politycznie, ani turystycznie. On pisze o tym, jak się żyje na co dzień w miejscu, w którym nawet to, co turystyczne, jest polityczne” (s. 5).
Uwaga jak najbardziej słuszna, aczkolwiek – z całym szacunkiem – mało w istocie treściwa. Ani bowiem pisanie polityczne, ani tym bardziej turystyczne nie jest w ogóle zadaniem reportera. W każdym razie reportera pokroju Pawła Smoleńskiego, a więc uprawiającego reportaż fabularny (w opozycji do publicystycznego). Jego celem jest eksploracja kultury, a nie zdawanie relacji z aktualnych wydarzeń politycznych, opisywanie lokalnych ciekawostek przyrodniczych, katalogowanie zabytków czy reprodukcja stereotypów na temat miejscowych obyczajów. Poprzez rozmowy z konkretnymi ludźmi stara się on raczej uchwycić specyfikę świadomości zbiorowej danej społeczności. Umieścić ją w szerszym kulturowym kontekście, a jednocześnie tłumaczyć ten kontekst tą właśnie częścią rzeczywistości, którą opisuje. A tym samym skłonić do (auto)refleksji tych, którzy poprzez lekturę jego tekstów mają okazję zetknąć się z Innym. Pozwala zatem lepiej zrozumieć świat i nas samych, zanurzonych w tym świecie w sposób o wiele bardziej istotowy, niż na ogół skłonni jesteśmy to przyznać.
Dla takiego reportera pułapka pisania politycznego/turystycznego w ogóle zatem nie istnieje, nie musi więc szukać z niej jakiegoś bardziej czy mniej „eleganckiego wyjścia”. Po prostu robi swoje. Pisze fabularną, choć nie fikcyjną, literaturę, nie publicystykę ani przewodnik. Poprzez konkret zmierza do ujęć uniwersalizujących, nigdy wszelako nie werbalizując ich wprost. Opisywana rzeczywistość ma mówić sama przez się, tj. zasadniczo przez wypowiadających się bohaterów. Autor nadaje jej wprawdzie pewne interpretacyjne ramy, są one jednak tak nienachalne, subtelne i niemal niezauważalne, że ostateczne – albo i nie – wnioski pozostają w gestii odbiorcy. Reportaż taki stanowi zatem garść celowo dobranych faktów do samodzielnego przemyślenia, skłaniając do nadawania im znaczeń i sensów wedle wytycznych własnych doświadczeń, wiedzy i przekonań. Czytelnik bardziej świadomy będzie się starał posługiwać w tym celu rozumem krytycznym, ten bardziej naiwny natomiast głównie stereotypami, uprzedzeniami i idiosynkrazjami. Wychodząc naprzeciw rozmaitym pragnieniom odbiorców – pozostawiając im znaczną swobodę interpretacyjną – reportaż zaspokaja rozmaite czytelnicze gusty, od wysoce wyrafinowanych do najbardziej prostackich, co jest, moim zdaniem, jedną z głównych przyczyn jego rynkowego sukcesu. Reportaż spełnia bowiem wszelkie kryteria wyśnionego przez wydawców ideału książki „dla wszystkich”, która nie byłaby jednocześnie książką dla nikogo. Książki takie są w stanie „zrozumieć” wszyscy, aczkolwiek inny będzie – w zależności od horyzontów myślowych – poziom czy jakość tego rozumienia.
Jeśli wierzyć Wojciechowi Jagielskiemu, istnieje niepisana umowa pomiędzy polskimi reporterami zagranicznymi, według której każdy z nich posiada określoną „strefę wpływów” i na ogół starają się wzajemnie nie wchodzić sobie w drogę. A może po prostu operują w regionach, których realia są im najlepiej znane i które potrafią opisywać rzetelniej od innych. I tak Paweł Smoleński zawładnął domeną izraelsko-palestyńską, o której ukazały się dotąd trzy jego książki (choć pisał także o Polsce, Ukrainie czy Iraku). Dwie z nich, „Izrael już nie frunie” i „Arab strzela, Żyd się cieszy” tworzą swoisty symetryczny dyptyk. Symetria ta polega m.in. na tym, że o ile w pierwszej tytułami rozdziałów były imiona wypowiadających się w nich osób, to w drugiej są nimi nazwy miejscowości. Symetria ważniejsza dotyczy postaci bohaterów-narratorów, którymi w pierwszej książce byli w większości Żydzi, w drugiej natomiast izraelscy Arabowie (co najmniej jedna postać, sprzedawca Said, występuje w obu książkach), czyli tacy Palestyńczycy – nie-Palestyńczycy, którzy na skutek historycznych zawirowań miewają fundamentalne problemy z określeniem własnej tożsamości. Żyją bowiem w państwie, które jest i nie jest ich państwem. Inni Arabowie nazywają ich „śmietanką Arabów”, jako że rzekomo żyje im się lepiej od nich. Uważają ich bez mała za Żydów, choć dla Żydów, jak sami mówią, są tylko Arabami. I tak np. Amir głęboko wierzy, że nie jest Palestyńczykiem, aczkolwiek kim jest, nie ma pojęcia: „chyba tylko arabskim chłopakiem z Tiry” (s. 73).
Ramiego jednakowo złości, gdy ktoś krzyczy „zniszczyć Gazę!” albo „zniszczyć Izrael!”. Nie rozumie tych swoich uczuć i zdaje mu się, że jest znikąd: „To dziwne, bo w Izraelu nie jestem obcy, ale do końca nie jestem u siebie” (s. 120). Czuje więź z Palestyńczykami z Gazy i z Terytoriów, choć jednocześnie wydają mu się oni jacyś inni, obcy: „Arabowie to moi bracia, choć zdaje mi się, że jakoś odlegli. Należę do jakiegoś innego narodu. Lecz do jakiego, do końca nie wiem (s. 120).
Heszem jest Arabem z Palestyny, któremu jak innym zabrano ziemię i wiele praw, bez których nie może być prawdziwym obywatelem. Czuje się gorszy, codziennie odzierany z godności, choć nie widzi ku temu żadnych powodów: „Palestyńczycy zza muru to jego najbliższa rodzina, choć Autonomia niezbyt mu się podoba. Nie ma innej ojczyzny niż Izrael, ale Izrael nie chce być jego ojczyzną. Dlatego czuje smutek, złość, ale najczęściej – bezradność (s. 120).
Wadi twierdzi, że Izrael nie jest jego państwem, choć jest jedynym, jakie ma i innego nie chce: „Bo szanuje to państwo, choć wścieka go i niepotrzebnie drażni. Więcej – Wadi lubi być Izraelczykiem nawet wtedy, gdy bardzo nie lubi” (s. 158).
W owym tożsamościowym rozchwianiu przejawia jedna z fundamentalnych cech, konstytuujących rzeczywistość Izraela. Jest nią mnogość przebiegających ją wzdłuż i wszerz głębokich, choć nie zawsze jednoznacznych podziałów na to, co żydowskie, chrześcijańskie, muzułmańskie, arabskie i izraelskie, swoje i obce. „Wadi rysuje wykresy i przecinające się kółka. Ilustruje, jak pokręcony jest Izrael, ile w nim podziałów, różnic, splątanych interesów. Powiedzieć, że dzieli się na żydowską większość i arabską mniejszość to nie powiedzieć nic” (s. 158). Istnieje bowiem jeszcze podział na Aszkenazyjczyków (emigrantów z Europy) i Sefardyjczyków (tych z północnej Afryki), na religijnych i świeckich („podział fundamentalny i ekstremalny”), na starą i na nową emigrację, na urodzonych tutaj i przyjezdnych itd.
Inną symetrię stanowią wspólne pragnienia zarówno Żydów, jak i ich arabskich braci-wrogów. Łączy ich mianowicie wspólna fantazja, iż któregoś dnia się obudzą, a tych innych – odpowiednio Żydów lub Arabów – już nie będzie. „Ale inaczej układają się nasze sprawy” (s. 110). Fakt, że marzenie to – którego spełnienie musiałoby być jednocześnie koszmarem dla drugiej strony – jest praktycznie nieziszczalne, powinien w zasadzie prowadzić do jedynego możliwego wniosku, który profesor Riad Aqbaria z Ber Szewy, pierwszy i jedyny dziekan narodowości arabskiej na izraelskim uniwersytecie, formułuje prosto jako „rozsądny kompromis”: „Oparty na respektowaniu równych praw każdego człowieka i wyrzeczeniu się nierealnych marzeń (nie będzie Arabów, Żydzi pójdą precz), co brzmi jak polityczny banał. Profesor wie, że nie da się tego zadekretować” (s. 151).
To, że owego koniecznego i rozsądnego kompromisu – mimo, iż jego konieczność jest więcej niż oczywista – nie udaje się osiągnąć już od sześćdziesięciu z górą lat, i to na wszystkich poziomach: jednostkowym (tu z małymi wyjątkami) i społecznym, psychologicznym i politycznym, jest chyba najbardziej przygnębiającym aspektem książki Pawła Smoleńskiego. Tym bardziej, że – jak się wydaje – jest to konstatacja i trafiająca w sedno, i symboliczna, i – niestety – uniwersalna.
Książka:
Paweł Smoleński, „Arab strzela, Żyd się cieszy”, Świat Książki, Warszawa 2012. * Grzegorz Tomicki, poeta, krytyk literacki, publicysta. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Odra” oraz kwartalnikiem „FA-art”. „Kultura Liberalna” nr 204 (49/2012) z 4 grudnia 2012 r.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
SpaceIL’s lunar module will blast off on a SpaceX Falcon 9 rocket and land on the moon two months later.
Determined to continue its race to the moon despite the expiration of the $20 million Google Lunar XPRIZE competition last March, Israel’s nonprofit SpaceIL announced plans to launch its unmanned module on a SpaceX Falcon 9 rocket from Cape Canaveral in Florida in mid-December.
If the module reaches the moon as expected on February 13, 2019, it will make history as the smallest and first privately funded unmanned spacecraft to land on the moon.
“Our mission was never about winning the prize money – although $20 million would have been nice,” said SpaceIL CEO Ido Anteby. “It’s about showing the next generation that anything is possible – that even our small country can push the limits of imagination.”
On July 10, SpaceIL gave the press its first look inside the Israel Aerospace Industries (IAI) MABAT Space facility in Yehud near Israel’s airport, where the nonprofit organization has been collaborating with IAI for eight years to build the 1,322-pound (600-kilogram) spacecraft.
Until now, only three world superpowers — the United States, Russia, and China — have achieved controlled lunar landings.
Lacking the resources of those superpowers, SpaceIL turned to private donors to fund the project. SpaceIL was the first of 16 Google Lunar XPRIZE competitors to sign a launch contractand one of only five teams to reach the finals.
Approximately $88 million was invested in the spacecraft’s development and construction. SpaceIL President Morris Kahn has donated about $27 million to the effort and decided to proceed even after the contest deadline passed and effectively ended without any finalists achieving the goal.
“After eight challenging years, I am filled with pride that the first Israeli spacecraft, which is in its final construction and testing phases, will soon be making its way to the moon,” said Kahn. “I have experienced numerous challenges in my life, but this was the greatest challenge of all.”
Kahn said the lunar launch “will fill Israel, in its 70th year, with pride. It is a national accomplishment that will put us on the world’s space map.”
From left, Aviad Shmaryahu of the Israel Space Agency; SpaceIL founders Yariv Bash and Kfir Damari; philanthropist Morris Kahn, SpaceIL CEO Ido Anteby; and head of IAI’s space division Ofer Doron. Photo courtesy of Space IL
The craft and the journey
The spacecraft’s design and development process began in 2013, two years after Yariv Bash, Kfir Damari and Yonatan Winetraub founded SpaceIL and registered for the Google Lunar XPRIZE competition. Construction began at the IAI MABAT Plant last year.
In the coming months, the Israeli spacecraft will undergo intensive checks and tests at IAI to prove that it can withstand the launch, flight and landing conditions, said Anteby. The dimensions of the spacecraft are 1.5 meters (4.9 feet) high and 2 meters (6.5 feet) in diameter. The fuel it will carry will comprise some 75 percent of its total 600kg weight. Its maximum speed will reach more than 10 kilometers per second (36,000 kilometers, or nearly 22,370 miles, per hour).
Anteby said the SpaceIL craft – bearing an Israeli flag — will disengage from the launch rocket at an altitude of 60,000 kilometers (37,282 miles) and will begin orbiting Earth in elliptical orbits. Upon receipt of a command from the control room, the spacecraft will enter a higher-altitude elliptical orbit around Earth, which will reach a point near the moon.
At this point, it will ignite its engines and reduce its speed to allow the moon’s gravity to capture it. It will then begin orbiting the moon, until the appropriate time to begin the landing process. This process will be executed autonomously by the spacecraft’s navigation control system.
The entire journey, from launch to landing, will last approximately two months.
SpaceIL’s module is to take photos and video of the landing site and measure the moon’s magnetic field as part of a scientific experiment designed by Weizmann Institute researchers. The data will be transmitted to the IAI control room during the two days following the landing.
The program has always had STEM education as a secondary goal, aiming to encourage Israeli children to choose to study science, technology, engineering and mathematics. With the help of a broad network of volunteers, SpaceIL has already made presentations to about 900,000 children nationwide.
For children from any country, SpaceIL introduced its Moon Kids website in English, chock full of fun interactive content about the moon and outer space.
IAI has been a full partner in the project from its inception. Over the years, additional partners from the private sector, government companies and academia have joined, including Weizmann Institute of Science; Israel Space Agency; the Ministry of Science, Technology and Space; Bezeq and others.
IAI CEO Josef Weiss said he regards the launch of the first Israeli spacecraft to the moon as an example of the amazing capabilities once can reach in civilian space activity.
“The State of Israel, which is already firmly planted in the realm of space in its military activity, must harness resources for the benefit of civilian space, which is an engine of innovation, technology, education and groundbreaking around the world,” said Weiss.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Members of the Ugandan Abayudaya community visit the Western Wall in Jerusalem during their Taglit-Birthright trip. Photo: MAROM.
Some 40 Ugandan youths landed in Israel this past Tuesday, as part of the first-ever Taglit-Birthright group from the Jewish Abayudaya community.
The group entered the arrivals hall at Ben-Gurion International Airport near Tel Aviv while dancing and singing in Hebrew, “David, the king of Israel, lives and endures,” and, “Am Yisrael Chai!”
Others in the hall soon joined the celebration, which was accentuated by drum beats and occasional blows of the shofar. They later recited the “Shehecheyanu,” a Jewish prayer of gratitude for new or special occasions.
The group spent the first two days of its trip in northern Israel, before arriving in Jerusalem to celebrate the Jewish Sabbath.
Our #MaromUganda Taglit-Birthright Israel group arrived in Israel!! #AbayudayaInIsrael ברוכים הבאים לישראל תגלית מרום אוגנדה משבט אבאיודאיה! #IsraelExperience #Birthright #MasortiMovement
While Birthright, which offers eligible young Jews from across the world free 10-day tours of Israel, is partially funded by the Israeli government, the Abayudaya community’s religious status is not officially recognized by Jerusalem.
In June, a member of the community was denied a request to obtain Israeli citizenship under the Law of Return pertaining to the Jewish Diaspora, in a decision the Interior Ministry said extended to all Abayudayas.
That stance has been rejected by leaders of Conservative Judaism, whose rabbis converted a majority of the 2,000-member Ugandan community starting in 2002, as well as by the Jewish Agency, a quasi-governmental body that oversees Jewish immigration to Israel and officially recognized the Abayudayas as Jewish since 2009.
Now led by Rabbi Gershom Sizomu, the group traces its roots to African chieftain Semei Kakungulu, who began observing some Jewish religious practices in the early 20th century. It has since adopted more formal Jewish observances and withstood persecution, including under the dictatorial rule of Idi Amin, who outlawed Judaism and destroyed synagogues after assuming power in 1971.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
UROCZYSTOŚĆ PRZYZNANIA NAGRÓD IM. ŻABIŃSKICH DLA POLAKÓW RATUJĄCYCH ŻYDÓW ZDOMINOWALI POLITYCY. NIE POJAWIŁA SIĘ NA NIEJ TERESA ŻABIŃSKA-ZAWADZKI, WYRAŻAJĄC W TEN SPOSÓB SWÓJ SPRZECIW WOBEC PRZYJĘTEJ FORMUŁY. NIEOBECNOŚĆ CÓRKI PATRONÓW ZWRÓCIŁA UWAGĘ MEDIÓW NA UPOLITYCZNIENIE TEGO WYDARZENIA. NIE ODNIESIONO SIĘ JEDNAK DO ZASAD PRZYZNAWANIA NAGRODY, KTÓRE PODWAŻAJĄ JEJ WIARYGODNOŚĆ.
Polityka to nie wszystko
18 września odbyła się w warszawskim zoo ceremonia wręczenia nagród im. Antoniny i Jana Żabińskich dla Polaków, którzy w czasie II wojny światowej ratowali Żydów. Uczestniczyła w niej spora grupa polskich prawicowych polityków oraz przedstawiciele izraelskiego Knesetu, amerykańskiego Kongresu i Ambasady Wielkiej Brytanii w Polsce. Nagrody wręczał między innymi Dean Cain, hollywoodzki gwiazdor lat dziewięćdziesiątych, znany z tytułowej roli w serialu „Nowe przygody Supermana”.
Większość mediów opisała wydarzenie raczej zdawkowo, nie kwestionując wiarygodności i wagi nagrody. Krytyczną analizę przebiegu uroczystości przedstawiły jedynie TVN i „Gazeta Wyborcza”, a powodem tego była nieobecność córki Żabińskich i polityczna formuła wydarzenia. Problemy z nagrodą im. Żabińskich nie zostałyby jednak rozwiązane, gdyby polityki na scenie nie było. Element „wiecowy”, jak to określono, jest tylko jednym z nadużyć w tej próbie honorowania Polaków ratujących Żydów. Kiedy jednak przyjrzymy się formalnym podstawom nagrody, oburzenie polityką schodzi na dalszy plan.
Fundacja
Nagroda oficjalnie nazywa się „From the Depths Żabiński Award”, ponieważ inicjatorem jej ustanowienia jest działająca w Polsce od trzech lat fundacja „From the Depths”. Jej założyciel, Jonny Daniels, pochodzi z Wielkiej Brytanii, jest przyjacielem wielu obecnie rządzących polityków, a jego agencja PR obsługuje państwową spółkę PLL LOT. W mediach Daniels publicznie popiera dążenia Polski do uzyskania niemieckich reparacji wojennych i propaguje teorię, w której termin „polskie obozy śmierci” jest celowo używany w niemieckich mediach, aby odpowiedzialnością za Zagładę obarczyć Polaków.
Dawkowanie informacji
Fundacja „From the Depths” chce stawiać „mosty pomiędzy przeszłością a przyszłością” i „kształtować i budować lepszą przyszłość”. „Dotyka tematu pamięci o Zagładzie”, rozumiejąc, że nie można „iść po linii najmniejszego oporu, wypełniając to ważne zadanie”. Problem tylko w tym, że nie wiadomo, na czym to zadanie w praktyce miałoby polegać. Projekty prowadzone przez fundację sprawiają wrażenie spontanicznie organizowanych akcji, opartych głównie na dużej promocji w mediach (Jonny Daniels często i chętnie wypowiada się o nich w prawicowych gazetach, telewizji i na swoim twitterze) oraz obecności zagranicznych celebrytów. Zostają one nagłaśniane jako bezprecedensowe przykłady wkładu w ochronę żydowskiego dziedzictwa w Polsce. Prawicowa „Gazeta Polska” chwali na przykład Danielsa za to, że w ciągu dwóch lat zrobił więcej dla stosunków polsko-żydowskich niż inni przez ostatnich osiem.
Równie enigmatyczny, jak opis działalności fundacji, jest skład jej rady, w który wchodzą dwie osoby niemające powiązań z ochroną życia żydowskiego w Polsce ani z szeroko rozumianą kulturą żydowską (na stronie fundacji nie są nawet wymienione z nazwiska). Jak przyznaje Daniels, „From the Depths” to on i Lena Klaudel, czyli dyrektorka biura jego agencji PR (taką informację można było znaleźć przynajmniej do niedawna, kiedy strona agencji była jeszcze dostępna). Nie wspomina o współpracy z historykami lub ośrodkami badawczymi.
Brak regulaminu
Do tej pory odbyły się dwie ceremonie wręczenia nagrody, wciąż jednak niejasne są zasady jej przyznawania. Na stronie fundacji nie ma żadnej informacji na ten temat, oprócz tej, że wyróżnienie otrzymują Polacy ratujący Żydów w czasie II wojny światowej. Nie wiadomo, jaki jest regulamin i kryteria przyznawania nagrody, czy istnieje komisja wybierająca nominowanych, a jeżeli tak, to kto w niej zasiada, czy wreszcie, w jaki sposób weryfikuje się i poświadcza historie o ratowaniu. Fundacja „From the Depths” nie udzieliła nam odpowiedzi na te pytania, choć takie informacje powinny być dostępne publicznie. Również Teresa Żabińska-Zawadzki nie zna zasad przyznawania nagrody. Łatwo odnieść wrażenie, że jej laureaci wybierani są przypadkowo lub według znanego tylko Danielsowi klucza.
Selektywny wybór uhonorowanych
Skoro nie wiadomo, kto i według jakich zasad wybiera laureatów wyróżnienia, pojawiają się pytania o obiektywność wyboru, szczególnie jeśli honoruje się rodzinę, której potomkowie to znani politycy. Jan Kawczyński wraz z żoną i córką zginęli, ratując Żydów. Podczas ceremonii nagrodę w ich imieniu odebrał Daniel Kawczyński, wnuk brata Kawczyńskiego, brytyjski parlamentarzysta, członek partii konserwatywnej, który podczas uroczystości zapewniał, że będzie apelował do brytyjskiego rządu o pomoc w staraniach o reparacje wojenne.
Choć trudno wymagać od organizatorów, żeby ustalali, co mówią osoby przyjmujące nagrodę, ciężko oprzeć się wrażeniu, że obecność Kawczyńskiego była skrupulatnie zaplanowanym elementem politycznej narracji tej uroczystości.
„Formalna”konkurencja dla Yad Vashem
Ideą towarzyszącą powstaniu nagrody była chęć uhonorowania tych, którzy z powodów formalnych nie mogli otrzymać medalu z Yad Vashem. Te „powody formalne” są zresztą jedynym tropem wskazującym sposób wyboru wyróżnianych osób.
Kiedy Jonny Daniels dwa lata temu zaproponował Teresie Żabińskiej-Zawadzki, żeby nagroda nosiła imię jej rodziców, zgodziła się między innymi dlatego, że jej brat także nie dostał medalu z Yad Vashem z „powodów formalnych”. Według niej wymagania stawiane przez Yad Vashem nie miały odniesienia do sytuacji jej rodziny, ponieważ udział brata w ratowaniu Żydów został dobrze udokumentowany, również, co według wytycznych Yad Vashem jest konieczne, przez uratowanych. Jednak, żeby dostać medal, Ryszard Żabiński musiałby sam o niego zabiegać, a tego nie chciał. Żabińska-Zawadzki uznała więc, że pomysł Danielsa daje wyraz pięknej idei, a w dodatku pozwoli uhonorować osoby będące w podobnej sytuacji, które nie chcą udowadniać, że mówią prawdę. Ryszard Żabiński w zeszłym roku jako pierwszy otrzymał nagrodę im. Żabińskich.
Jednak w tym roku nagrody trafiły do osób, o których jerozolimski instytut nawet nie słyszał.
Jak udało się ustalić, zarówno rodzina Kawczyńskich, jak i Jakoniuk (dwoje z trojga tegorocznych odznaczonych) nigdy nie zostały zgłoszone do Yad Vashem. Trudno zatem mówić o „powodach formalnych”, które sprawiłyby, że komisja odznaczająca Sprawiedliwych postanowiłaby tego nie robić. Fundacja Jonny’ego Danielsa, zamiast zasugerować zgłoszenie do Yad Vashem, postanowiła sama (lepiej?) uhonorować ratujących.
Trzecie odznaczenie trafiło natomiast do zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Zaledwie rok temu kilka sióstr należących do zgromadzenia zostało pośmiertnie odznaczonych medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Instytut Yad Vashem nie przyznaje jednak odznaczeń całym społecznościom czy wspólnotom. Wyjątek stanowiła jedynie polska organizacja Żegota, w której działalność zaangażowana była cała siatka osób, i Duńczycy (jako cały naród), którzy wspólnym wysiłkiem sprawili, że niemal wszystkim duńskim Żydom udało się przeżyć wojnę. Dostali oni jednak nie medale i tytuły, a drzewka w Alei Sprawiedliwych. Yad Vashem zapewne odznaczyłby całe zgromadzenie Sióstr Franciszkanek, gdyby uznał, że ratowały wszystkie siostry.
Kto jest bohaterem?
Przyjęło się, że określenie Sprawiedliwi, pisane wielką literą, odnosi się wyłącznie do osób odznaczonych medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Yad Vashem weryfikuje zeznania ratowanych, ratujących i świadków. Na tej podstawie orzeka, czy udzielona pomoc motywowana była wyłącznie słusznymi pobudkami. Medal może być przyznany tylko w wypadku, kiedy ratujący narażał swoje życie i kiedy jasno stwierdzono, że nie robił tego dla korzyści materialnych bądź jakichkolwiek innych lub z powodu chęci przekonania kogoś do zmiany wiary. Cała procedura jest czasochłonna, ale rzetelnie przeprowadzana. Do tej pory nikt jej nie kwestionował.
Fundacja „From the Depths” nie ujawnia, czy współpracuje z historykami, co budzi zasadne podejrzenie, że tego nie robi. Brak jasnych procedur może doprowadzić w przyszłości do niesłusznego uznania za bohatera kogoś, kto nim w rzeczywistości nie był.
Jeżeli potencjalni wyróżnieni nie otrzymali medalu z Yad Vashem, trzeba najpierw dotrzeć do informacji, dlaczego tak się stało. Jest to o tyle skomplikowane, że dokumenty z posiedzeń komisji rozpatrującej przyznanie tytułu Sprawiedliwych są tajne, więc w najlepszym wypadku można się dowiedzieć, że sprawę zawieszono. Powody, dla których tak się stało, nie będą ujawnione. Oprócz niekompletnej dokumentacji, mogą to być przecież niejasne okoliczności ratowania albo żądanie opłaty od ratowanego. Większość spraw nie jest udokumentowana tak dobrze, jak pomoc, której udzielali Żabińscy i ich syn Ryszard.
Co dalej ze Sprawiedliwymi?
Większość Sprawiedliwych nie żyje już od lat. Ich dzieci o działalności rodziców wiedzą często jedynie z opowiadań, bo w czasie wojny były zbyt małe, żeby świadomie pomagać lub nawet pamiętać to, co wtedy się działo. Umierają ostatni uratowani, a jeśli żyją, często nie są już w stanie opowiedzieć swojej historii. I właśnie w tym momencie następuje w Polsce gwałtowny wzrost inicjatyw mających upamiętnić ratujących. W 2016 roku powstaje Kaplica Pamięci w toruńskim sanktuarium wybudowanym z inicjatywy Tadeusza Rydzyka [czytaj więcej], a Radio Maryja odnajduje tysiące Polaków, którym należałby się medal Yad Vashem. W tym samym czasie fundacja Jonny’ego Danielsa zaczyna wręczać medale Polakom, którzy ratowali Żydów. Pojawiają się nowe historie, często pochodzące już tylko z przekazu kolejnych pokoleń, podczas gdy narzędzi do weryfikacji ich wiarygodności jest coraz mniej.
Należy zatem zadać pytanie, czy powinno honorować się nieżyjących, gdy brakuje świadectw ich bohaterskich czynów? Zrozumiałe jest, że wiele rodzin czuje się pokrzywdzonych przez bardzo precyzyjnie sformułowane zasady Yad Vashem, ale ryzyko nadużyć jest spore, zarówno ze strony rodzin opowiadających o swoich przodkach, jak i pragnących rozgłosu twórców nagród.
Z kolei Instytut Yad Vashem powinien na nowo przemyśleć formułę, a być może nawet zakończyć przyznawanie tytułu Sprawiedliwych, gdyż odchodzą ostatnie osoby, które mogłyby zaświadczyć o przypadkach ratowania Żydów podczas wojny.
Upolitycznienie Żabińskich
Antonina i Jan Żabińscy zostali Sprawiedliwymi już w 1965 roku, czyli trzy lata po powołaniu komisji przyznającej wyróżnienia. Pomogli około stu Żydom, a przynajmniej tyle przypadków dobrze udokumentowano. Trudno wskazać dokładną liczbę osób, gdyż Żabińscy pomagali na różne sposoby. W willi na terenie warszawskiego zoo, którego Jan Żabiński był dyrektorem, ukrywało się w różnych okresach wiele rodzin, ale Żabiński zajmował się Żydami już na etapie wyprowadzania ich z getta: organizował kryjówki, załatwiał fałszywe papiery. Pomógł między innymi Racheli Auerbach, jednej z trzech osób, które przeżyły wojnę i wiedziały o lokalizacji miejsca ukrycia archiwum getta. Dokumenty, nazwane Archiwum Ringelbluma, zdeponowano po wojnie w Żydowskim Instytucie Historycznym. Są one bezcennym źródłem wiedzy o życiu w getcie. Historia Żabińskich zyskała międzynarodowy rozgłos dzięki hollywoodzkiemu filmowi „Azyl”, który premierę miał w marcu tego roku.
„Jestem Polakiem-demokratą” – pisał Jan Żabiński, wyjaśniając swoją motywację do pomocy Żydom. „Do żadnej partii nie należę i żaden program partyjny nie był moim przewodnikiem. Nie można mnie podciągnąć pod jakikolwiek strychulec. Czyny moje były i są konsekwencją pewnego nastroju psychicznego w wyniku wychowania postępowo-humanistycznego, jakie otrzymałem zarówno w domu rodzinnym, jak i w gimnazjum Kreczmara” – te słowa cytuje Teresa Żabińska-Zawadzki, komentując uroczystość przyznania nagród.
Córce Jana i Antoniny Żabińskich obecność polityków nie przeszkadza, pod warunkiem, że są oni gośćmi i nie wykorzystują uroczystości do realizowania swoich celów. „Z tego zrobił się wiec polityczny, a chyba nie taka była idea, nie o to chodziło” – mówiła. Swoje poglądy Żabińska-Zawadzki przedstawiła też organizatorowi uroczystości przyznania nagród im. Żabińskich, fundacji „From the Depths”, jej zdanie nie zostało jednak uwzględnione.
Żabińska wspomina przy tej okazji ceremonię, która odbyła się w Teatrze Narodowym w 2008 roku, podczas której krzyżami komandorskimi zostali odznaczeni Polacy ratujący Żydów, w tym jej rodzice. „Wspaniała, cudowna uroczystość” – wspomina, zaznaczając, że byli na niej obecni politycy różnych opcji, ale odbyła się ona bez zbędnych przemów. Odznaczenia w imieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego wręczała wtedy Maria Kaczyńska.
Promocja Polski
Podczas uroczystości wręczenia nagród im. Żabińskich po raz kolejny okazało się, że polscy Sprawiedliwi służą kreowaniu takiej narracji historycznej, z której wyeliminowane zostaną postawy obojętności i wrogości wobec Żydów. Mówienie o zbrodniach popełnionych na polskich Żydach przez Polaków od jakiegoś czasu traktowane jest jako prowokacja i zamach na dobre imię narodu. Sprawiedliwi są jednym z głównych środków, jakimi próbuje się budować płynące w świat pozytywne przesłanie o postawie Polaków wobec Żydów w czasie wojny [czytaj więcej]. Tyle że świat nie da temu wiary, jeśli nie zachowa się odpowiednich proporcji.
Niegodziwością wobec Sprawiedliwych jest forsowanie tezy, która sugeruje, że ich postawa była powszechna. Nie była i dlatego należy się im uczciwe przyznanie, że wyróżniali się wyjątkową postawą. Tego także zabrakło na uroczystości przyznania nagród im. Żabińskich. Wicepremier Mateusz Morawiecki w swoim przemówieniu stwierdził, że „cały naród polski powinien mieć jedno wielkie drzewo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Ta wypowiedź dobrze oddaje ton dominującej w Polsce polityki historycznej.
Raj dla Żydów
Podczas uroczystości Jarosław Kaczyński potępił Zagładę („była arcyzbrodnią, wyrazem skrajnego, najskrajniejszego zła”) oraz zwrócił uwagę na problem współczesnego antysemityzmu. „Dziś antysemityzm często przejawia się jako wrogość względem Państwa Izrael, tak charakterystyczna w szczególności dla całej europejskiej lewicy” – mówił. Wtórował mu inny polityk Prawa i Sprawiedliwości, sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Jan Dziedziczak: „Powinniśmy stale przypominać o Holokauście, o tym, co Niemcy zrobili z Żydami. Dlaczego? Dlatego, że antysemityzm się odradza. My tego w Polsce nie widzimy. Warszawa to jedna z nielicznych europejskich stolic, gdzie Żyd może spokojnie iść w jarmułce i nie grozi mu za to pobicie czy nawet zabicie. Niestety, o innych stolicach, zwłaszcza na zachód od naszych granic, tego nie można powiedzieć”.
Złudną troskę posła Dziedziczaka o europejskich Żydów najlepiej pokazuje notka, którą opublikował na swojej oficjalnej stronie w czerwcu 2015 roku. Bronił się wtedy przed zarzutami o bycie „lobbystą” na rzecz Izraela. „W swoich wypowiedziach nigdy nie ukrywałem, że w konflikcie Izraelsko-Palestyńskim jestem po stronie Izraela” – pisze [pisownia oryginalna]. Wyjaśnia, że Izrael w „zderzeniu cywilizacji” broni nas przed radykalnym islamem, ale też podkreśla, że państwo żydowskie jest ważne po to, aby naród żydowski „nie musiał tułać się po całym świecie”, czyli „uciekać np. do Polski”. „Wspierajmy go zatem dyplomatycznie w procesie bliskowschodnim. To się nam jako Polsce opłaca” – konkluduje, dając do zrozumienia, że im bardziej Polska będzie wspierać Izrael, tym mniej żydowskich tułaczy zostanie nam na głowie w Polsce.
W wywiadach Teresa Żabińska-Zawadzki retorycznie pyta, co z nagrodą imienia jej rodziców mają wspólnego obecne stosunki Polski z Izraelem. Na temat braku antysemityzmu w Polsce też ma „trochę inne zdanie”, o którym przypomniała, mówiąc o paleniu kukły Żyda i odradzających się bojówkach ONR.
Reprezentacja Polski
Środowiska żydowskie na uroczystości w warszawskim zoo reprezentował przewodniczący TSKŻ-u Artur Hofman oraz rabin Chabadu Szalom Dow Ber Stambler. Oni też w sierpniu 2017 r. fotografowali się z Jarosławem Kaczyńskim z okazji „owocnego spotkania z liderami środowisk żydowskich w Polsce” (słowa Danielsa). Uczestnicy spotkania zostali wtedy jednogłośnie skrytykowani przez trzynaście polskich organizacji żydowskich, które we wspólnym oświadczeniu podkreśliły, że żaden z nich nie ma upoważnienia do mianowania się reprezentantem „środowisk żydowskich” podczas spotkań z politykami.
Polityków opcji innej niż PiS w zasadzie zabrakło. Grzegorz Schetyna i Hanna Gronkiewicz-Waltz wysłali swoje listy, a na uroczystości pojawiła się posłanka Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer, która jako jedyna w swoim przemówieniu zwróciła uwagę na niepokojące zjawiska w Polsce.
Nie pojawili się reprezentanci Ambasady Izraela w Polsce (Ambasador miała inne zobowiązania), przedstawiciele i rabini Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP ani przedstawiciele kilkunastu innych organizacji żydowskich. Wszystko znów, tak jak podczas sierpniowego spotkania, odbyło się w wąskim gronie, a w świat wysłano przesłanie pokazujące zgodność i współpracę pomiędzy władzą a środowiskami żydowskimi. Większość zagranicznych mediów, w których została odnotowana uroczystość, nie próbowała zgłębić tematu. Jedynie amerykański „Forward” 8 października 2017 r. opublikował artykuł o tym, jak w krajach dawnego bloku wschodniego Chabad umniejsza rzeczywistą skalę antysemityzmu, żeby zdobyć przychylność władz i publiczne fundusze. Zostało w nim wspomniane sierpniowe spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z przedstawicielami Chabadu, Jonnym Danielsem i Arturem Hofmanem.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
It’s an undeniable fact that extremist, anti-Israel Democrats have won their party’s nomination for Congress.
American Jews partcipate in the annual Israel Day Parade 370. (photo credit: REUTERS)
In a recent op-ed carried in the Jewish media, Halie Soifer, the newly-appointed executive director of the Jewish Democratic Council of America (JDCA), preaches the same talking points we hear from Jewish Democratic leaders every election year: Republicans should give up on the Jewish vote.
Her arguments are not convincing. First she asserts that American Jewish values are Democratic values. Then she claims that Democrats are more pro-Israel than Republicans. Both of those statements are simply false.
The Jewish community may still tilt Democrat, but Soifer conveniently forgets to mention that Republicans have received increasing shares of the Jewish vote over the last 25 years. She also ignores the strong support for Republican policies and candidates among the growing population of Orthodox voters in America. Clearly, Jewish values are not identical with the Democratic Party platform if a significant majority of observant Jews vote Republican.
Jewish voters, like all Americans, want economic policies that promote job growth and unleash the economic power of America. They want national security policies that protect our citizens from terrorism, secure our national borders and stop threats from our enemies abroad.
All of us saw the results of eight years of Democratic values in action under the Obama administration: more regulations, more taxes and higher unemployment at home, along with weakness, concessions and alienated allies abroad. Today, Republican leaders and Republican policies are bringing us back to prosperity, strength and security.
The most distressing part of Soifer’s essay was her attempt to use the Democratic Party’s historic support for Israel as cover for the many anti-Israel Democratic candidates who are rising to prominence in their party.
It’s an undeniable fact that extremist, anti-Israel Democrats have won their party’s nomination for Congress. They include: Alexandria Ocasio-Cortez (NY), Leslie Cockburn (VA), Ilhan Omar (MI), Rashida Tlaib (MI) and Scott Wallace (PA). That’s not to mention Rep. Keith Ellison, the Democratic nominee for Minnesota attorney-general. According to Democratic Party leaders, being anti-Israel is acceptable. Democratic Party co-chairman Tom Perez said Ocasio-Cortez represents the “future the Democratic Party.” She and the others mentioned here have the full support of the Democratic Party and, with the exception of Tlaib, the endorsement of Jewish Democratic groups like JDCA and J Street. We have yet to hear Soifer or her organization, the JDCA, oppose the rest of these troubling candidates.
In contrast, when anti-Israel, white supremacist candidates run for office as Republicans, the Republican Jewish Coalition and the Republican Party are quick to speak out. The Republican Party and the RJC have denounced them and denied them any support. Their ideology is evil and such people have no place in the party of Lincoln.
Unfortunately, Soifer has to contend with the fact that Republicans are overwhelmingly more supportive of Israel than Democrats at the grassroots as well. Polls show that Republican support for Israel is near 80%, while Democratic support is less than 30%. We have seen Democrats shifting away from Israel for years, and the partisan gap in support for Israel is now the widest it has ever been.
The RJC will continue to educate and energize the growing Jewish Republican movement in this country. Jewish voters deserve to have a voice in the party that is pro-Israel, supports economic growth and national security, and reflects their values. And that party is the GOP.
The writer is the executive director of the Republican Jewish Coalition.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com