Archive | November 2018

“Ubrana właściwie tylko w pierścionek….

 

“Ubrana właściwie tylko w pierścionek ma przy ustach żarzącego się papierosa i nie patrzy w obiektyw”. Tajemnice Iny Benity

Mike Urbaniak


W wielu miejscach można przeczytać, że była Żydówką, choć to nieprawda. Że była kolaborantką, choć to nieprawda. Że zginęła z dzieckiem w kanałach podczas powstania, choć to nieprawda – mówi o przedwojennej aktorce Inie Benicie Piotr Gacek, autor książki “Ina Benita. Za wcześnie na śmierć”.

“Życie jest romansem”, mawiała. Czyżby?

Zależy od tego, jak spojrzymy na ten cytat, bo pochodzi on z czasów, w których Ina Benita mogła tak rzeczywiście z pełnym przekonaniem myśleć. Jej życie w latach trzydziestych – zanim wszystko zmieniło się we wrześniu 1939 roku – było bardzo barwne i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że bezproblemowe.

I bardzo była tajemnicza.

Była bez wątpienia jedną z najbardziej tajemniczych postaci międzywojennej Polski. I tę aurę tajemniczości stwarzała z dużą świadomością.

Dlaczego?

Szybko zrozumiała, że widzów i czytelników magazynów trzeba umieć uwodzić i czarować, a tajemniczość temu sprzyja. Zwłaszcza w czasach bez Internetu i telewizji. Także gazety nie wywlekały wówczas spraw intymnych znanych postaci, bo to po prostu nie uchodziło. I jeszcze jedno – dziennikarze byli w stosunku do gwiazd bardzo taktowni, żeby nie powiedzieć spolegliwi. To wszystko pozwalało Benicie na tworzenie wokół siebie aury tajemniczości.

Franciszek Brodniewicz i Ina Benita w jednej ze scen filmu Dwie Joasie, 1935 r. (fot. NAC)

Była, powiedzielibyśmy, prekursorką PR-u.

Ina Benita bardzo świadomie kreowała swój wizerunek, a z drugiej strony, co ciekawe, podchodziła do życia i kariery dość nonszalancko. Co jeszcze ciekawsze, potrafiła jakoś tę samoświadomość i nonszalanckość świetnie łączyć, ciągle myląc tropy. Udzielała na przykład dwóch wywiadów dwóm magazynom w tym samym czasie i w każdym mówiła niby to samo, ale jednak odrobinę coś zmieniała.

Konfabulantka?

Właśnie nie, nie chodzi tu o kłamanie, ale urocze ubarwianie. Aktorka Lidia Wysocka, która znała Benitę, opowiadała mi, że ona miała w sobie coś ze słodkiej dziewczynki, uważającej, że życie powinno być przede wszystkim kolorowe. Nawet najbanalniejszym, najzwyczajniejszym sprawom codziennym trzeba dodać koloru. I ona miała właśnie taką cudowną umiejętność, a to – musi pan przyznać – jest wielka sztuka.

I rzadka.

Poznałem osobiście jeszcze jedną aktorkę, którą charakteryzowało podobne podejście do życia. Taka była mianowicie Kalina Jędrusik. Też nienawidziła zwyczajności, powszedniości, banału. Po jej śmierci Marian Brandys powiedział, że “była postacią z bajki”. Ina Benita też była z bajki, jakby z innego świata. Powtarzali to wszyscy, którzy znali Benitę. Mówili też, że bez wątpienia wyróżniała się na tle aktorek swoich czasów.

Ina Benita bardzo świadomie kreowała swój wizerunek (fot. NAC)

Była nie tylko piękna i utalentowana, ale też inteligentna, znająca języki obce i niezależna.

Nie była aktoreczką uwieszającą się na bogatym mężczyźnie, by na nim pachnieć, bo mimo wspomnianej “bajkowości” umiała twardo stąpać po ziemi. Benita wiedziała, że liczyć trzeba przede wszystkim na siebie i należy pilnować swojej niezależności, także finansowej.

Choć zamożni panowie nie dawali jej spokoju.

Ale traktowała ich jak równych sobie, a nie potencjalnych sponsorów. Nawiasem mówiąc, była osobą kochliwą i wchodziła w związki z mężczyznami starszymi, czasami sporo.

rekomendował: Leon Rozenbaum

Pisze pan w książce, że szukał Benity przez kilkanaście lat. Dlaczego tak długo?

Bo zupełnie się nie spodziewałem, ile trudności napotkam, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o zjawiskowej kobiecie z okładki.

Okładki przedwojennego “Kina”.

Tak, zobaczyłem nagle, przeglądając kolejne numery “Kina”, kobietę inną od wszystkich. Ina Benita na zdjęciu Leonarda Zajączkowskiego – znanego fotosisty gwiazd, a po wojnie nestora polskich operatorów filmowych – jest magnetyczna. Ubrana właściwie tylko w pierścionek ma przy ustach żarzącego się papierosa i nie patrzy, jak aktorki z innych okładek, w obiektyw. Jest niesztampowa, nieoczywista. Kipi za to erotyzmem. Tak się “poznaliśmy”.

Ina Benita w filmie Ludzie Wisły, 1937 r. (fot. NAC)

Uwiodła pana kilkadziesiąt lat po sesji?

Absolutnie. Uwiodła mnie tak, jak uwodziła kiedyś. I wtedy zaczęły się problemy.

Zdał pan sobie sprawę, jakie się o niej bzdury wypisuje?

W dodatku wzajemnie sobie przeczące!

Skąd się wzięły?

Myślę, że z tej tajemniczości, od której zaczęliśmy rozmowę. To musiało wzbudzać rozmaite plotki, które przekazywane z ust do ust obrastały w kolejne. Druga sprawa to brak dokumentów, które podczas wojny spłonęły albo zaginęły. Zarówno te w Kijowie, gdzie Ina się urodziła, jak i te w Warszawie, gdzie żyła. Kolejna sprawa to ustrój komunistyczny, który nastał w Polsce po wojnie – o wielu rzeczach mówić nie było można, a inne zakłamywano. Z tego wszystkiego narodziły się niestworzone opowieści o Inie Benicie.

Jakie?

W wielu miejscach można przeczytać, że była Żydówką, choć to nieprawda. Że była kolaborantką, choć to nieprawda. Że zginęła z dzieckiem w kanałach podczas powstania, choć to nieprawda.

Dużo nieprawd.

Bardzo. I one powtarzane są właściwie do dzisiaj, bo historia o przedwojennej gwieździe kina, która podczas wojny, będąc Żydówką, ma romans z niemieckim żołnierzem i z jego dzieckiem na rękach ginie w powstaniu warszawskim działa na wyobraźnię.

Roman Zawistowski, Ina Benita i Wojciech Ruszkowski w spektaklu Odrobina miłości w Teatrze Malickiej w Warszawie (fot. NAC)

czytaj dalej tu:“Ubrana tylko w pierścionek…Tajemnice Iny Benity


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


First Muslim Women in US Congress Misled Voters About Views on Israel

First Muslim Women in US Congress Misled Voters About Views on Israel

Soeren Kern


  • “Israel has hypnotized the world, may Allah awaken the people and help them see the evil doings of Israel.” — Ilhan Omar, in a tweet, November 2012.
  • “When a politician singles out Jewish allies as ‘evil,’ but ignores every brutal theocratic regime in the area, it’s certainly noteworthy….” — David Harsanyi, New York Post.
  • “With many Jews expressing distaste for an ‘illiberal’ Israel, it’s little surprise that the bulk of American Jewry isn’t overly bothered about the election of Socialists who are unsympathetic to the Jewish state or consider Zionism to be racist.” — Commentator Jonathan Tobin.

Ilhan Abdullahi Omar (pictured) and Rashida Harbi Tlaib will be the first two Muslim women ever to serve in the US Congress. During her campaign, Omar criticized anti-Israel boycotts. Less than a week after being elected, however, Omar admitted that she supports the boycotts. (Photo by Stephen Maturen/Getty Images)

Ilhan Abdullahi Omar of Minnesota and Rashida Harbi Tlaib of Michigan will be the first two Muslim women ever to serve in the US Congress. Most of the media coverage since their election on November 6 has been effusive in praise of their Muslim identity and personal history.

Less known is that both women deceived voters about their positions on Israel. Both women, at some point during their rise in electoral politics, led voters — especially Jewish voters — to believe that they held moderate views on Israel. After being elected, both women reversed their positions and now say they are committed to sanctioning the Jewish state.

America’s first two Muslim congresswomen are now both on record as appearing to oppose Israel’s right to exist. They both support the anti-Israel boycott, divestment and sanctions (BDS) movement. Both are also explicitly or implicitly opposed to continuing military aid to Israel, as well as to a two-state solution to the Israeli-Palestinian conflict — an outcome that would establish a Palestinian state alongside Israel. Instead, they favor a one-state solution — an outcome that many analysts believe would, due to demographics over time, replace the Jewish state with a unitary Palestinian state.

Ilhan Omar, who will replace outgoing Rep. Keith Ellison (the first Muslim elected to Congress) in Minnesota’s 5th congressional district, came to the United States as a 12-year-old refugee from Somalia and settled in the Twin Cities, Minneapolis and Saint Paul, in the late 1990s.

In her acceptance speech, delivered without an American flag, Congresswoman-elect Omar opened her speech in Arabic with the greeting, “As-Salam Alaikum, (peace be upon you), alhamdulillah (praise be to Allah), alhamdulillah, alhamdulillah.” She continued:

“I stand here before you tonight as your congresswoman-elect with many firsts behind my name. The first woman of color to represent our state in Congress. The first woman to wear a hijab. The first refugee ever elected to Congress. And one of the first Muslim women elected to Congress.”

Omar faced some controversy during the campaign, including a disturbing report  that she had married her own brother in 2009 for fraudulent purposes, as well as a tweet from May 2018 in which she refers to Israel as an “apartheid regime,” and another tweet from November 2012, in which she stated: “Israel has hypnotized the world, may Allah awaken the people and help them see the evil doings of Israel.”

After the tweets came to light, Omar met with members of her congressional district’s large Jewish population to address concerns over her position on Israel, as reported by Minneapolis’s Star Tribune. During a Democratic Party candidates’ forum at Beth El Synagogue in St. Louis Park on August 6 — one week before Omar defeated four other candidates in the party’s primary — Omar publicly criticized the anti-Israel BDS movement. In front of an audience of more than a thousand people, Omar said she supported a two-state solution to the Israel-Palestine conflict and that the BDS movement aimed at pressuring Israel was not helpful in trying to achieve that goal.

Pressed by moderator Mary Lahammer to specify “exactly where you stand on that,” Omar replied that the BDS movement was “counteractive” because it stopped both sides from coming together for “a conversation about how that’s going to be possible.”

Less than a week after being elected, however, Omar admitted that she supports the BDS movement. On November 11, Omar’s office told the website MuslimGirl.com that she favors BDS against Israel:

“Ilhan believes in and supports the BDS movement, and has fought to make sure people’s right to support it isn’t criminalized. She does however, have reservations on the effectiveness of the movement in accomplishing a lasting solution.”

On November 12, Omar told TC Jewfolk, a website catering to the Jewish community in the Twin Cities, that her position on the BDS movement “has always been the same” and pointed to her vote as a state lawmaker against House bill HF 400, which prohibits the state from doing business with companies or organizations that boycott Israel.

In a recent interview with the Star Tribune, Omar characterized the controversy over her tweets about Israel as an effort to “stigmatize and shame me into saying something other than what I believed.”

In a July 8, 2018 interview with ABC News, for a segment entitled, “Progressive Democrats Increasingly Criticize Israel, and Could Reap Political Rewards,” Omar defended her tweets. She said the accusations of anti-Semitism “are without merit” and “rooted in bigotry toward a belief about what Muslims are stereotyped to believe.”

On September 22, Omar was the keynote speaker in Minneapolis at a fundraiser focused on providing monetary support for Palestinians in Gaza, which is ruled by Hamas. The US Department of State has officially designated Hamas a terrorist group. After the event, Omar tweeted:

“It was such an honor to attend the ‘Dear Gaza’ fundraiser … I know Palestinians are resilient people, hateful protesters nor unjust occupation will dim their spirit.”

Writing in the New York Post, political commentator David Harsanyi noted that Omar’s rhetoric had anti-Semitic undertones:

“Now, it isn’t inherently anti-Semitic to be critical of Israeli political leadership or policies. The Democratic Party antagonism toward the Jewish state has been well-established over the past decade. But Omar used a well-worn anti-Semitic trope about the preternatural ability of a nefarious Jewish cabal to deceive the world….

“Omar had a chance to retract, or at least refine, her statement. Instead, she doubled down … blaming Jewish Islamophobia for the backlash….

“To accuse the only democratic state in the Middle East, which grants more liberal rights to its Muslim citizens than any Arab nation, of being an ‘apartheid regime’ is, on an intellectual level, grossly disingenuous or incredibly ignorant. And when a politician singles out Jewish allies as ‘evil,’ but ignores every brutal theocratic regime in the area, it’s certainly noteworthy….

“Omar’s defenders will claim she’s anti-Israel, not anti-Jewish. ‘Anti-Zionism’ has been the preferred justification for Jew-hatred in institutions of education and within progressive activism for a long time. Now it’s coming for politics. Democrats can either allow it to be normalized, or they can remain silent.”

In Michigan, meanwhile, Rashida Tlaib, the daughter of Palestinian immigrants, won a largely uncontested race for the open seat in state’s heavily Democratic 13th congressional district.

In Tlaib’s acceptance speech, delivered with a Palestinian flag, she credited her victory to the Palestinian cause. “A lot of my strength comes from being Palestinian,” she said.

Like Omar, Tlaib has changed her positions on key issues in the Israeli-Palestinian conflict. During her race for the Democratic nomination in the state primary, Tlaib actively “sought out the support and received the endorsement of J Street.” J Street is a left-leaning organization that is highly critical of the Israel government, and through “JStreetPAC,” it also allocates financial support to those who back J Street’s policies.

J Street endorsed Tlaib “based on her support for two states” with the JStreetPAC website claiming that she “believes that the U.S. should be directly involved with negotiations to reach a two-state solution. Additionally, she supports all current aid to Israel and the Palestinian Authority.”

After her primary win on August 7, however, Tlaib radically shifted her positions on Israel, so much so that Haaretz suggested that she pulled a “bait-and-switch.”

In an August 14 interview with In These Times magazine, Tlaib was asked whether she supported a one-state or two-state solution. She replied:

“One state. It has to be one state. Separate but equal does not work…. This whole idea of a two-state solution, it doesn’t work.”

Tlaib also declared her opposition to US aid for Israel, as well as her support for the BDS movement.

When asked why she accepted money from J Street, Tlaib said that the organization endorsed her because of her “personal story,” not her policy “stances.”

In an August 13 interview with Britain’s Channel 4, Tlaib revealed that she subscribes to the specious concept of intersectionality, which posits that the Israeli-Palestinian conflict is fundamentally a dispute between “white supremacists” and “people of color.”

When Tlaib was asked about her position on Israel, she replied, “I grew up in Detroit where every single corner of the district is a reminder of the civil rights movement.”

When Tlaib was asked whether, once in Congress, she would vote to cut aid to Israel, she replied: “Absolutely. For me, US aid should be leverage.”

On August 17, J Street withdrew its endorsement of Tlaib’s candidacy. J Street noted:

“After closely consulting with Rashida Tlaib’s campaign to clarify her most current views on various aspects of the Israeli-Palestinian conflict, we have come to the unfortunate conclusion that a significant divergence in perspectives requires JStreetPAC to withdraw our endorsement of her candidacy.

“While we have long championed the value of a wide range of voices in discussion of the conflict and related issues, we cannot endorse candidates who conclude that they can no longer publicly express unequivocal support for a two-state solution and other core principles to which our organization is dedicated.”

Commentator Jonathan Tobin noted that many American Jews seemed indifferent to victories by these anti-Israel Democrats:

“The base of the Democratic Party has been profoundly influenced by intersectional arguments that, like Tlaib’s slurs, view the Palestinian war on Israel as akin to the struggle for civil rights in the United States….

“For most [American Jews], Israel is, at best, just one among many issues they care about. At the moment, that means most American Jews are far more interested in evicting US President Donald Trump from the White House or expressing solidarity with illegal immigrants than about threats to Israel…

“With many Jews expressing distaste for an ‘illiberal’ Israel, it’s little surprise that the bulk of American Jewry isn’t overly bothered about the election of Socialists who are unsympathetic to the Jewish state or consider Zionism to be racist.”


Soeren Kern is a Senior Fellow at the New York-based Gatestone Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Kto napisze historię Żydów?

Kto napisze historię Żydów? W Polin zaczyna się Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej

Monika Borys


Żydowski Instytut Historyczny . Podziemne Archiwum Getta Warszawskiego tzw. archiwum Ringelbluma. (PRZEMEK WIERZCHOWSKI)

Archiwum Ringelbluma, które działało w getcie warszawskim, to unikatowy zbiór dokumentów opowiadających o życiu Żydów pod okupacją i jedno z najważniejszych świadectw Zagłady. Powstał o nim długo wyczekiwany film, który otworzy rozpoczynający się w poniedziałek Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej.

Wraz z historykiem Emanuelem Ringelblumem konspiracyjne archiwum współtworzyło kilkudziesięciu żydowskich pisarzy, dziennikarzy, naukowców i nauczycieli należących do organizacji Oneg Szabat. Udało im się ocalić kilka tysięcy dokumentów – prasę, listy, akta urzędowe, plakaty, fotografie, literaturę czy nawet etykiety produktów, bez których niewiele wiedzielibyśmy dziś o losach Żydów pod niemiecką okupacją.

Kto napisz naszą historię

Na duży ekran tę historię przeniosła amerykańska reżyserka Roberta Grossman. Fabularyzowany dokument zatytułowany „Kto napisze naszą historię” produkowany był m. in. przez Nancy Spielberg, siostrę Stevena Spielberga, twórcy słynnej „Listy Schindlera”. W filmie zobaczymy Karolinę Gruszkę, Piotra Głowackiego oraz Jowitę Budnik, a głosu Ringelblumowi udzielił Adrien Brody.

– W filmie Grossman bardzo ważny jest wątek narracji historycznej i pytania o to, kto zarządza opowieścią o historii, a przez to wpływa na teraźniejszość – wyjaśnia wicedyrektor festiwalu Ignacy Strączek. Uroczysta projekcja filmu odbędzie się w poniedziałek o godz. 20 w Muzeum Polin.
Jakie jeszcze filmy będzie można obejrzeć w ramach 16. już edycji festiwalu? – Dwa słowa, którymi można określić tegoroczny program, to „współczesność” i „różnorodność” – mówi Strączek.

– Z jednej strony pokażemy filmy o życiu współczesnej diaspory i mieszkańców Izraela, ale nie zapominamy także o tradycji, przypominając np. przedwojenne polskie kino jidysz. Z drugiej strony mamy produkcje zaangażowane społecznie, np. dotyczące problematyki LGBTQ czy życia na styku kilku religii – opowiada Strączek.

Wybór jest duży. Na program składa się 30 filmów z kilku krajów, wśród nich są polskie premiery oraz zwycięzcy ważnych festiwali.

Co warto zobaczyć?

Fani izraelskiego pisarza Etgara Kereta na pewno czekają na jego filmową biografię, którą będzie można obejrzeć w pierwszy dzień festiwalu. Z kolei w sobotę 17 listopada w Muzeum Polin zostanie pokazana rosyjska „Bliskość” nagrodzona w Cannes i na wrocławskich Nowych Horyzontach. To debiut Kantemira Bałagowa współpracującego z Aleksandrem Sokurowem.

Ostatniego dnia festiwalu w Muzeum Polin będzie okazja, by nadrobić zaległości i obejrzeć historię pionierów kina, braci Warnerów, założycieli słynnego studia filmowego Warner Bros. i gwiazd Hollywood, którzy za ocean wyruszyli z małej wsi na Mazowszu. Tego samego dnia odbędzie się polska premiera serialu „Cztery siostry. Bałuty”, o kobietach, które ocalały z Zagłady. To ostatnie dzieło zmarłego w tym roku Claude’a Lanzmanna, autora głośnego „Shoah”.
16. Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej potrwa do niedzieli 18 listopada. Projekcje filmów odbędą się w Muzeum Polin, JCC Warszawa i kinie Praha. Wstęp na wszystkie pokazy jest bezpłatny. Dokładny program na stronie www.wjff.pl

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jak przez Kuronia nie zostałem ministrem i przytuliłem się do Nurii

Jak przez Kuronia nie zostałem ministrem i przytuliłem się do Nurii

Adam Wajrak


16.06.1991. Jacek Kuroń rozdaje ‘kuroniówke’ (Fot. Piotr Wójcik)

Jacek miał piekielnie dobry instynkt, jeśli chodzi o ludzi, i on mu zapewne podpowiadał, że raczej nie mogłem zakochać się w hiszpańskiej faszystce

Książkę Anny Bikont i Heleny Łuczywo „Jacek” kurier przywiózł w środę. Rozpakowałem ją szybko. Z wielkiej, ale jakoś takiej miłej i sympatycznej cegły patrzył na mnie uśmiechnięty on.

To nie był ten Jacek z roku 1989, kiedy się zaprzyjaźniliśmy, bo ten był starszy. To był ten Jacek z mojego dzieciństwa, kiedy był Panem Kuroniem. Ten, który konspirował przy śmietniku, albo wymachując rękami, z kimś dyskutował. Ten, którego co chwila łapali i wsadzali do więzienia. Ten, do którego chodziliśmy z moją siostrą Małgosią i dzieciakami z podwórka po uroczego jamnika Filona, którego każdy chciał wyprowadzić na spacer. To był Jacek z czasów, gdy przez nasze podwórko przechodziła piękna jak indiańska księżniczka Pani Gaja i grała z nami, dzieciakami z Mickiewicza 27 na warszawskim Żoliborzu, w zielone. – Grasz w zielone? – pytała. – Gram – odpowiadaliśmy chórem. – Masz zielone? – Mam – wyciągaliśmy za pleców trawki i listki, za które dostawaliśmy cukierki.

Wieczorem spojrzałem na tego Jacka z mojego dzieciństwa i zacząłem czytać. Przy historii o bracie dziadka Jacka, Franciszku, nieustraszonym bojowcu PPS o pseudonimie „Julek”, który siedząc tyłem na koniu, ostrzeliwał się z dwóch rewolwerów przed carskimi żandarmami, coś mnie tknęło. Jacek tę historię opowiadał jako najprawdziwszą prawdę, choć nigdy raczej się nie wydarzyła.

We wtorek 13 listopada o godz. 19 zapraszamy na spotkanie wokół książki o Jacku Kuroniu „Jacek” autorstwa Anny Bikont i Heleny Łuczywo. Wśród gości: Anna Bikont, Helena Łuczywo, Adam Michnik, Seweryn Blumsztajn i Karol Modzelewski. Wydawcami książki i partnerami spotkania są Wydawnictwo Agora i Wydawnictwo Czarne. Bezpłatne zapisy na spotkanie: biletycjg24.pl lub zgłoszenie telefoniczne: 22 555 54 55

Rano pognałem do komputera, bo musiałem coś sprawdzić. Jacek ubarwiał i uwielbiał legendy i właśnie po ponad 20 latach docierało do mnie, że chyba jedną z takich legend połknąłem zupełnie bezkrytycznie i przez te wszystkie lata sobie z nią dobrze żyłem.

***

To musiało być w na przełomie października i listopada 1995, dokładnie 23 lata temu. Końcówka kampanii prezydenckiej. Najpoważniejszych kandydatów trzech: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i właśnie Jacek.

Zadzwonił, że koniecznie muszę się u niego stawić. Akurat byłem u rodziców w Warszawie, w domu, w którym się wychowałem. Zjawiłem się u niego po minucie, bo ile trzeba, żeby przedostać się z mieszkania numer 46 do mieszkania numer 64 znajdujących się w jednym bloku. Wystarczy zejść z pierwszego pietra, minąć jedną klatkę schodową i wejść na parter.

– Posłuchaj. Zostaniesz w mojej kancelarii ministrem ochrony środowiska. Przedstawimy merytoryczny skład mojego urzędu na spotkaniu z wyborcami w Łodzi za parę dni. Pokażemy ludzi, z którymi będę zmieniał Polskę – Jacek siedział za tym swoim mahoniowym wielkim biurkiem, w którym były tajemne skrytki, i patrzył na mnie bardzo poważnie. Był pełen energii i zapału, ale kampania szła słabo. Choć wszystkim kojarzył się z dżinsową koszulą, wpakowali go w garnitur. Schowany za krawatem, marynarką nagle przestał być tym Kuroniem, którego kochał naród. Wyglądało na to, że pomysł z zaprezentowaniem ministrów prezydenckiej kancelarii ma dać jego kampanii nowy oddech.

– Nie ma mowy – odpowiedziałem spokojnie, choć widziałem po nim, że to nie są żarty. – Jacku, zwyczajnie nie ma mowy. Ja się nie nadaję na żadnego ministra.

Praca przy kilku kampaniach wyborczych, wizyty w Sejmie w ramach obowiązków dziennikarskich, to wszystko wyleczyło mnie bardzo skutecznie z fascynacji polityką i politykami.  

– Jak nie ty, to kto? – Jacek zrobił się srogi

– Radek Gawlik się nadaje – odpowiedziałem, bo Radek był działaczem Unii Wolności, z której poparciem starował Jacek, i znał się jak mało kto na ochronie środowiska

– Dobrze, to będziesz ty i Gawlik

– Jacku, proszę.

– Co ty mi tu pier… – Jacek się bardzo zdenerwował i się na mnie zwyczajnie wydarł. To był ten jeden z dwóch razy, kiedy na mnie nawrzeszczał. Później jeszcze dostałem ochrzan za artykuł, w którym krytykowałem obrońców Góry Świętej Anny przed budową autostrady, bo przecież nie można krytykować ludzi, którzy się organizują i czegoś bronią.

Stałem więc tak prawie na baczność, a Jacek wrzeszczał: – To o Polskę chodzi! O Polskę, a więc nie pier…, bardzo proszę, że się nie nadajesz. Będziesz ministrem!

Wiedziałem, że jest źle, że się raczej nie wymigam. Ale miałem w zanadrzu coś, a raczej kogoś jeszcze. Kogoś dla mnie bardzo ważnego. Kilka tygodni wcześniej w Białowieży, na prywatce u moich przyjaciół Haliny i Karola Zubów, zobaczyłem Nurię. Piękną Andaluzyjkę, która przyjechała na stypendium do Białowieży. Nie mogłem oderwać oczu od jej czarnych jak skrzydła kruka włosów. Wsiąkłem kompletnie. Bardzo się w niej zakochałem, ona we mnie też – ale trochę później.

Niestety stypendium się kończyło i zaraz miała wyjechać do Hiszpanii. A to nie były takie czasy jak teraz, gdy wsiada się w samolot tanich linii i po trzech godzinach jest się w Sewilli. Wtedy do Hiszpanii potrzebowałem wizy, a stać mnie było co najwyżej na potwornie długą podróż autobusem.

– Posłuchaj, Jacku, nie mogę jechać do Łodzi, nie mogę, być tym twoim ministrem, bo się zakochałem.

– Zakochałeś się? – momentalnie zmiękł i przestał wrzeszczeć. Wiedziałem, gdzie ma czuły punkt. Jacka tak naprawdę ruszały tylko krzywda ludzka i miłość. To były najważniejsze rzeczy. Przy nich nic się nie liczyło. Żadne skarby i pieniądze, których zresztą nigdy nie rozumiał i się nimi nie przejmował. I jeszcze Polska była ważna, ale nie tak narodowo-patriotycznie, nie flagi, orły i symbole, za które się ginie, ale raczej jako wspólnota pomagających sobie ludzi. Poza tym, owszem, Polska była ważna, ale na pewno nie tak bardzo jak właśnie miłość albo krzywda. Ktoś skrzywdzony i słabszy albo zakochany był dla niego czymś w rodzaju świętego posiadającego specjalne prawa i immunitet

– Tak, zakochałem się. I ona zaraz wyjeżdża, bo ona jest Hiszpanką, przyjechała tu badać wilki, ale kończy się jej stypendium. To są nasze ostatnie dni razem, może na bardzo długo – opowiadałem.

– No tak, tak – zafrasował się, ale tylko na parę sekund. Po chwili znów zobaczyłem błysk w oku. – Hiszpanką! Ale czy ty wiesz, że ja znałem Dolores La Pasionarię? Możesz to jej powiedzieć i ona to zrozumie, bo to właśnie jest taka sprawa, o jaką walczyła La Pasionaria. Wiesz, o kogo chodzi?

***

Wiedziałem. To ona rzuciła chyba najbardziej znane hasło hiszpańskiej wojny domowej i wciąż żywe hasło lewicy: No pasarán! Czyli „Nie przejdą!”. To hasło zagrzewało do boju żołnierzy Republiki walczących z puczystami generała Franco. To ona powiedziała coś, co dzisiaj widać na czarnych koszulkach podczas polskich Marszów Niepodległości: „Lepiej umrzeć na stojąco, niż żyć na kolanach”.

Pochodziła z baskijskiej rodziny i tak naprawdę nazywała się Isidora Dolores Ibárruri Gómez. Była wierzącą komunistką, która po klęsce Republiki przedostała się do ZSRR. Jej jedyny syn Ruben zginął pod Stalingradem jako żołnierz Armii Czerwonej. Ten pobyt na wschodzie musiał zweryfikować wiele z jej poglądów. Po śmierci Franco wróciła do Hiszpanii i to między innymi dzięki niej hiszpańska partia komunistyczna odcięła się od leninizmu i zerwała kontakty ZSRR.

W tej przemianie było coś podobnego do Jackowego odejścia od komunizmu. Ale wtedy zastanawiałem się tylko nad tym, skąd Jacek wiedział, że La Pasionarią idealnie trafi do Nurii. Nie mógł wiedzieć, że jest wychowana w kulcie Republiki i cieniu wojny domowej, o której często wciąż rozmawiamy. Ja chyba wtedy nawet tego nie wiedziałem. Mogła przecież być potomkinią tych, co maszerowali z Franco. Ten podział przechodzi w Hiszpanii niemal na pół.

Ale trafił idealnie. Miał piekielnie dobry instynkt, jeśli chodzi o ludzi, i on mu zapewne podpowiadał, że ludzie o podobnych wrażliwości się przyciągają, więc raczej nie mogłem zakochać się w hiszpańskiej faszystce. 

Nuria jest republikańska i lewicowa na wskroś. Czasami opowiada mi o dziadkach, których nie znała, ale jeden ledwo uszedł z życiem, bo po zwycięstwie faszystów i donosie znalazł się w więzieniu, prawdopodobnie z wyrokiem śmierci. Wyciągnął go znajomy arystokrata i przyjaciel reżimu. Żona tego arystokraty miała na imię Lina i dziadek tak dał na imię mamie Nurii. Drugi dziadek, który był członkiem katalońskich związków zawodowych, podobno umierając, zażądał od babci, żeby jego trumnę przykryć czerwono-żółto-fioletowym sztandarem hiszpańskiej Republiki. To było przed śmiercią Franco i babcia się bardzo bała, więc mama Nurii włożyła mu do trumny republikańską flagę, ale taką malutką, żeby nikt nie zobaczył. 

Nuria oczywiście nie wiedziała wtedy, kim jest Kuroń, ale ktoś, kto znał La Pasionarię, to musiał być ktoś, kto robi ważne rzeczy. Wybaczyła mi, że spędzimy ze sobą kilkanaście godzin mniej. Później dopiero wyznała mi, że choć podziwia La Pasionarię, to hasła „No pasarán!” nie lubi. Kiedy dziś ktoś mówi albo krzyczy z zapałem „No pasarán!”, ona odpowiada: „Pasaron”, tamci jednak przeszli. Przeszli pomimo cierpienia, męstwa i tysięcy ofiar, a w Hiszpanii na dziesięciolecia zapanowała dyktatura. – To hasło źle wróży. To hasło przegranych, a my musimy wygrywać – powtarza Nuria.

Pojechałem do Łodzi. Było wielkie spotkanie z ludźmi w jakiejś sali. Był Marek Edelman, jego gospodarz. Nie zapamiętałem, kto poza Piotrem Niemczykiem, no i Radkiem Gawlikiem oraz mną miał zostać jeszcze ministrem w kancelarii Jacka. Piotr miał być od bezpieczeństwa.

Spotkanie nic nie dało. Jacek wkrótce przegrał wybory i bardzo to przeżył. Ale wcześniej, zaraz po spotkaniu, stanął na głowie, abym natychmiast dotarł do Nurii. Samochód z kierowcą zawiózł mnie prosto z Łodzi do Białowieży.

Pędziliśmy nocą przez jesienną deszczową Polskę. Jakoś bardzo późno dotarliśmy do Białowieży. Nuria już spała. Przytuliłem się do niej i szybko zasnąłem. I tak przytulamy się do siebie od 23 lat. 

I przez te 23 lata żyłem z przekonaniem, że Jacek znał, a może nawet się przyjaźnił z jedną z najważniejszych postaci hiszpańskiej wojny domowej. Bo niby dlaczego nie? Przecież fascynował go generał Walter i dąbrowszczacy. A może byli na jakimś komunistycznym spotkaniu, gdy Jacek był wierzącym podobnie jak La Pasionaria komunistą?

***

23 lata później zasnąłem z otwartym „Jackiem” Ani i Helenki. Pochłonął mnie zupełnie. Znów byłem w mieszkaniu numer 64, słuchałem opowieści o bojowcach PPS i słyszałem, jak Jacek śpiewa: „O, cześć wam panowie, magnaci, za naszą niewolę, kajdany”. Ale też coś mi drgnęło w najdalszych zakątkach mózgu, bo ta książka nie jest bezkrytycznym peanem o Jacku. 

Więc rano pognałem do komputera. Zacząłem sprawdzać. La Pasionaria, która zmarła w 1989 w Madrycie, nigdy nie była w Polsce. Jacek do 1988 nie wyjeżdżał za granicę. Wtedy pojechał pierwszy raz, ale do Szwecji. Czyli Jacek nie mógł znać La Pasionarii…

– Przecież by się o tym mówiło, Jacek by się chwalił, a mnie nic o tym nie mówił – śmieje się Ania Bikont, gdy opowiadam jej całą historię. Sewek Blumsztajn też twierdzi, że to raczej niemożliwe. 

Ale…

Ale Piotr Niemczyk, z którym próbowaliśmy sobie odświeżyć, kto jeszcze miał być ministrem u Jacka, jest mniej sceptyczny. – Widzisz, może oni się nigdy nie spotkali, może nigdy nawet nie rozmawiali, ale przecież mogli wymienić jakieś listy albo słowa poparcia. Niekoniecznie bezpośrednio, może przez jakichś ludzi. Pamiętaj, europejska lewica bardzo kibicowała temu, co robili za żelazną kurtyną tacy ludzie jak on.

Więc może Jacek tylko odrobinę ubarwił historię o La Pasionarii? Nieważne. Nawet te jego ubarwione historie pchały świat do przodu i zawsze służyły czemuś dobremu oraz ważnemu.


Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl 

'Jacek', Anna Bikont, Helena Łuczywo, Agora/Czarne, Warszawa, Wołowiec
‘Jacek’, Anna Bikont, Helena Łuczywo, Agora/Czarne, Warszawa, Wołowiec
 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


QATAR FLASHES CASH AT GAZA WHILE HAMAS CONTINUES ITS BRUTALITY

QATAR FLASHES CASH AT GAZA WHILE HAMAS CONTINUES ITS BRUTALITY

SHMULEY BOTEACH


As the world’s richest per-capita nation and Hamas’ staunchest ally, the emirate is in a position to make a difference for the people of Gaza.

A Palestinian man inspects the scene of an Israeli air strike on a Hamas security forces site in the southern Gaza Strip October 17, 2018. (photo credit: IBRAHEEM ABU MUSTAFA / REUTERS)

Gaza is in serious trouble.

For nearly a year, news wires have been rolling out stories detailing the humanitarian crisis plaguing the Gaza Strip. The people of Gaza, we are told, do not have the access they need to health care, power or even water. More than half of all medicines are in critically short supply. Electricity is provided for just a few hours daily. Water, too, is being supplied at about 70 liters per capita per day (LCD), far less than the World Health Organization’s recommended amount of 100 LCD. Add to this the fact that the Palestinian Authority has declared diplomatic war on Hamas and is refusing to hand over the funds Hamas needs to pay its government workers and keep the bureaucracy afloat.

What has been long assumed is now beyond question: Hamas has driven Gaza into the ground.

At this point, the bloodthirsty killers in control of the strip are overdue for an official reclassification. Hamas is no longer a terrorist organization, but a terrorist disorganization.

Clearly, something needs to be done.

Enter Qatar.

As the world’s richest per-capita nation and Hamas’ staunchest ally, the emirate is in a position to make a difference for the people of Gaza. As such, one might expect the emirate to pressure Hamas into adopting policies of real change. They could, for example, force Hamas’ leaders to bow out of their obsession with violence. They might force them to redirect government funds and attention from carving terror-tunnels and fashioning missiles to improving infrastructure and casting whatever lines they need to provide their citizens with sufficient health care, energy and water.

Of course, Qatar did no such thing. As we all saw in Qatar’s cynical campaign to get American Jewish leaders to help them earn Trump’s trust and support, the emirate does not, on any level, believe in progress and reform. In trying to woo American Jews, the emirate could have toned down the cascade of antisemitism that is their state-owned Al Jazeera network. They might have also forced Hamas to return the bodies of kidnapped IDF soldiers so that their families might have a grave at which they could pray. Again, they did nothing of the sort.

The colorless, terrorism-supporting monarchy chose to confront these issues with the only thing they’ve ever been able to offer: cold, hard cash. In a move strikingly reminiscent of the $100,000 payouts made to multiple Jewish organizations, Qatar sent millions of dollars into Gaza. Unlike the hushed effort to buy off American Jewry, this was a decidedly photogenic operation. In a move described by fuming PA officials as that of a “gangster,” the Qatari ambassador to Gaza, Mohamed Al Emadi, released a photo of cash-packed luxury leather luggage piled into the trunk of his luxury SUV, itself on its way into Gaza. The money – all of it American currency – would be used to pay the majority of the 40,000 civil servants hired by Hamas since 2007 who have yet to see a paycheck. Apparently briefed for the photo-op, workers assumed nearly identical poses with hundred dollar bills fanned out in hands raised triumphantly in the air above.

So far, $15 million has been brought in. Another $75 million is due to follow.

I wish only the best for all those in Gaza who are not actively engaged in terrorism against innocent Israelis. That said, there is nothing innately wrong in government workers being paid for their work. Nevertheless, Qatar’s actions herein provide nothing of a solution to the suffering citizens of Gaza. After all, this cash will only fortify the root of all Gaza’s perils – the heartless, child-sacrificing deathcult that is Hamas.

Every ounce of agony within the Gaza Strip can be traced back to Hamas. Right on the heels of their electoral victory in 2007, Hamas laid waste to the democratic system that brought them to power. In its place, they instituted a harrowing regime of built on fear and intimidation. Prominent critics of the regime face summary executions enacted by kangaroo courts. Lesser offenders are shot through the knees, leaving them eternally maimed. Public executions have been as brutal as they have been routine, with suspected traitors being dragged through the streets of Gaza City from the backs of motorcycles. Homosexuality is a capital offense and boys are encouraged to murder their own sisters should suspicions of “dishonoring” the family arise. Freedom of the press is replaced with state-sponsored children’s programs that feature Mickey Mouse throwing grenades and a talking bunny rabbit dying in a Gaza hospital after an Israeli air raid.

If Hamas doesn’t grant its citizens their God-given rights, at the very least, we might expect that they’d protect them. After all, it appears to be self-evident that a government’s highest mandate toward its citizens is, if not to guard liberties, then at least to keep them safe.

Far from protecting its citizens, however, Hamas has shown a disgusting willingness to put them in harm’s way.

Since taking control of Gaza in 2007, Hamas has provoked three wars in just over 10 years, hiding weapons caches in civilian areas to draw maximum destruction. All the while, their leadership hung out in villas in Cairo and, of course, Qatar.

During the many border-protests that Hamas has instigated over the past year, local leaders urged civilians “not to fear death but to welcome martyrdom.” Hamas then militarized the protests – again, simply to rack up dead Palestinians to fuel their utterly sinister PR stratagem. According to The New York Times, “The breach of the fence was no mere protest. Those assaulting it threw firebombs and rolled burning tires at the fence to try to melt it; at least some carried pistols.” With dozens of Palestinians killed in the fighting, their efforts clearly paid off.

Yet, Qatar believes itself to be helping ordinary Gazans by keeping these monsters around. Even if Qatar were to send $90 billion into Gaza, the scourge of Hamas oppression and mismanagement would not be even partially alleviated.

Instead of encouraging such futile “donations,” leaders around the world – including those in Israel – need to explain to the terrorism-funding, antisemitism- spouting Qataris the clear and simple truth that Palestinians don’t need their money. They need their freedom.


The writer, “America’s Rabbi,” whom The Washington Post calls “the most famous Rabbi in America,” is the Founder of The World Values Network and, most recently, the author of The Israel Warrior. Follow him on Twitter @RabbiShmuley.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com