Archive | February 2019

Arabowie są winni Żydom dużo więcej niż 250 miliardów dolarów

Arabowie są winni Żydom dużo więcej niż 250 miliardów dolarów

Fred Maroun
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Bulwar Ben Guriona w maju 2018, jedno z moich najcenniejszych wspomnień z Tel Awiwu

Według „Times of Israel”  “Izrael przygotowuje żądanie rekompensaty, w sumie 250 miliardów dolarów od siedmiu krajów arabskich i Iranu, za nieruchomości i majątki pozostawione przez Żydów, których zmuszono do ucieczki z tych krajów po powstaniu państwa Izrael”.

Mam nadzieję, że Izrael dostanie te pieniądze, a także mam nadzieję, że dostanie dużo więcej niż to.

Jak dotąd my, Arabowie, walczyliśmy z Izraelem przez 70 lat z dwoma otwarcie deklarowanymi celami: albo zniszczenia Izraela siłą, albo zniszczenia Izraela przez przekształcenie go w państwo arabskie poprzez ”rozwiązanie”, w którym tak zwani palestyńscy uchodźcy ”powrócą” do państwa żydowskiego. Koalicja armii arabskich próbowała pierwszego podejścia w latach 1948, 1967 i 1973, a rozmaite arabskie organizacje terrorystyczne nadal wierzą, że mogą osiągnąć ten cel. Drugie podejście było oficjalną polityką Fatahu (chociaż nie tak przedstawiają to mediom zachodnim) od czasu jego domniemanej akceptacji istnienia Izraela, ale nie jako państwa żydowskiego.
Gdybyśmy zniszczyli Izrael, przeszlibyśmy do historii jako sprawcy drugiego ludobójstwa narodu żydowskiego, niedługo po Holocauście. Przez stawienie oporu i pokonanie koalicji armii arabskich, które próbowały go zniszczyć, Izrael powstrzymał nas przez staniem się kolejnymi nazistami w historii.A gdyby udało nam się zamienić Izrael w państwo arabskie, mielibyśmy jeszcze jedno upadłe państwo arabskie, w którym demokracja jest fikcją, ale tortury, kneblowanie pracy i polityczne zabójstwa nie są fikcyjne. W najlepszym wypadku arabska wersja Izraela byłaby drugim Libanem, krajem staczającym się w muzułmańską teokrację z malejącą wolnością i umierającą gospodarką. Zamiast tego izraelscy Arabowie żyją w demokratycznym kraju, z szerokimi możliwościami ekonomicznymi i z wolnościami jakich nie ma w żadnym kraju arabskim. Palestyńczycy żyjący w Judei i Samarii także mogli osiągnąć te korzyści, gdyby wybrali pokój, a nie wojnę.

Izrael uratował nas przed nami samymi, wielokrotnie wyciągając gałązkę oliwną do nas, podczas gdy my raz za razem robiliśmy wszystko, by nie zasłużyć na gałązkę oliwną.

Izrael dał wszystkim swoim arabskim obywatelom równe prawa, mimo że świat arabski przemocą wygnał praktycznie rzecz biorąc, wszystkich swoich Żydów.

Izrael wita arabskich gości, mimo że Izraelczycy mają zakaz wstępu do większości arabskiego świata i mimo że Izraelczycy są często niemile widziani także w krajach, z którymi Izrael ma zawarte traktaty pokojowe.

Izrael skrupulatnie unika ofiar cywilnych, kiedy walczy z terrorystami, mimo że nasi terroryści otwarcie obierają za cel cywilów Izraela.

Izrael pomagał Syryjczykom rannym w syryjskiej wojnie domowej, mimo że Syria jest nadal w stanie wojny z Izraelem i nadal grozi Izraelowi.

Gdyby Żydzi zachowywali się tak jak my, nie byłoby dzisiaj w Izraelu ani jednego Araba, także w Judei, Samarii i Gazie. Nie można byłoby udawać, że istnieje „Palestyna”.

Podczas gdy my traktujemy Żydów jakby byli mniej niż niczym, oni odpowiadają przez traktowanie nas jak ludzi, nadając nam przy tym nieco godności. Na nasze negowanie ich człowieczeństwa odpowiedzieli uznaniem naszego człowieczeństwa. To jednak, czy zdecydujemy się zobaczyć to wspólne człowieczeństwo, czy też będziemy dalej nienawidzić Żydów, zależy od nas. Izraelczycy mogą traktować nas tak, jakbyśmy należeli do tej samej ludzkości, ale nie mogą zmusić nas, byśmy się po ludzku zachowywali.

Jesteśmy winni Izraelowi więcej niż kiedykolwiek moglibyśmy spłacić, ale możemy spróbować, przynajmniej zaczynając od uznania naszego wspólnego człowieczeństwa.

Handlarz owocami na Bulwarze Ben Guriona w Tel Awiwie

Na targu w Tel Awiwie


Fred Maroun – Pochodzący z Libanu Kanadyjczyk. Wyemigrował do Kanady w 1984 roku, po 10 latach wojny domowej. Jest działaczem na rzecz liberalizacji społeczeństw Bliskiego Wschodu. Prowadzi stronę internetową fredmaroun.blogspot.com


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


GRAPEVINE: ANTISEMITISM GOES MAINSTREAM

GRAPEVINE: ANTISEMITISM GOES MAINSTREAM

GREER FAY CASHMAN


Antisemites have found the Internet to be an effective way of spreading their hate to an unimaginable number of people, according to World Jewish Congress CEO Robert Singer.

WJC CEO Robert Singer speaking at the International Conference on Antisemitism in Rome on January 29, 2018.. (photo credit: SHAHAR AZRAN)

World Jewish Congress CEO and executive vice president Robert Singer addressed the Conference on Combating Antisemitism in the OSCE Region in Slovakia, which this week brought together political leaders, government representatives, stakeholders in academia, civil society organizations and the media.

Singer related to the survey released late last year by the European Union’s Fundamental Rights Agency (FRA) that indicated a high sentiment among Jews of feeling targeted by hate. Noting that “extremists on both the far Left and the far Right, antisemites and other lowlifes find common ground when it comes to hatred of Jews,” Singer said: “On the far Right, extremist parties have entered the mainstream, exploiting and manipulating Holocaust memory and glorifying Nazis as part of a nationalist agenda, denying their own antisemitism by claiming to be pro-Israel. On the far Left, disagreement with Israeli government policies has morphed into a disturbing anti-Zionism that seeks to deny the Jewish people the right to a state of their own, and to delegitimize Israel’s very existence. Antisemitism is no longer the extreme. It is mainstream.”

Antisemites have found the Internet to be an effective way of spreading their hate to an unimaginable number of people, Singer continued, noting that this serious threat pales in comparison to the threat Jewish communities around the world face to their physical security – in Bulgaria, Belgium, Denmark and the United States, to name just a few recent examples.

“We must find new ways to reach young people, whatever their nationality or religion, so they will be able to learn the lessons of history’s greatest tragedy,” Singer said, pointing to further statistics released last month by the Holocaust Memorial Day Trust, which found that one in 20 Britons do not believe that the Holocaust happened, and that 12% think the scale of the genocide has been inflated.

■ SADLY, HOLOCAUST survivors are decreasing in number month by month. Relatives who are disposing of the estates of Holocaust survivors do not always realize the value of things they leave behind, such as yellowed newspaper clippings in foreign languages. Yet such clippings may have great historic value. The situation is even more troubling when a deceased survivor has no relatives, and a stranger simply gets rid of the junk that the deceased left behind. It would be wise, each time a Holocaust survivor dies, to consult with Yad Vashem, in case something of historic value has been left behind.

Yad Vashem’s “Gathering the Fragments” campaign to collect Holocaust-era artifacts for purposes of preserving and sharing them in various ways, is one way to perpetuate Holocaust memory.

Among recent donations to the campaign was a set of baby clothes made for and worn by Abe Reinhold during the Holocaust. In addition to his baby clothes, Reinhold included a series of letters written by a Dutch woman who had hidden him and cared for him during the Holocaust.

Reinhold was born in 1942 to Mosche and Fanny Reinhold, German Jews who, after Kristallnacht in 1939, fled to the Netherlands and joined a Zionist training program of the Halutz (Pioneer) movement.

In 1942, as Fanny was about to give birth, she was transferred to a hospital in Deventer near the Zionist training camp. In April 1943, Mosche and Fanny went into hiding, assisted by a Dutchman named Piet Wildschut.

Their eight-month-old son, Arie, was transferred with the help of members of the Westerweil underground to the care of Thea Klein-Stopper, who raised him until the end of the war. On occasion, Thea brought the baby to the Wildschut house where his parents could see him.

As the risk of raids and deportations increased, Mosche and Fanny Reinhold hid with the assistance of Wildschut in the area of an abandoned brick factory. During the day, the couple hid on the cover of the air system in the chimney, and at night they left the hiding place. During this time, Mosche and Fanny would spin wool for the underground. Whenever possible, they would send some wool to Thea so she could knit clothes for their baby.

In 1964, Yad Vashem recognized Piet Wildschut as one of the Righteous Among the Nations.

The Reinholds were doubly fortunate, not only in surviving, but in having their infant son returned to them. There were many cases in which Christian women developed such a strong affection for the Jewish babies put in their care that they were reluctant to give them back to their biological parents after the war. There were other cases in which the biological parents did not survive and the Jewish babies grew up as members of Christian families, were baptized. In some cases, Jews even entered the priesthood or became nuns, not knowing their true origins, which were sometimes revealed to them on the deathbed of the adoptive parent. There are such people living in Israel today who are torn between the religion in which they were raised and the one into which they were born.

As traumatic as that may be, it is always traumatic for Yad Vashem historians to learn that historic documents, photographs, newspaper clippings and objects salvaged from concentration or death camps by a recently deceased Holocaust survivor, have been discarded by whoever disposed of that person’s property.

Dr. Haim Gertner, director of Yad Vashem’s Archives Division, and Fred Hillman, chair for Holocaust documentation, stress the importance of transferring these fragments of history to Yad Vashem.

Sometimes a single object helps the viewer to better comprehend the enormity of what was lost.

■ EVEN IN the darkest of days, there are points of light. The growing number of antisemitic incidents around the world and in Europe, in particular, have to some extent brought Jewish communities closer together. But more than that they have prompted decent non-Jews to work individually and collectively against all forms of racism and xenophobia, and to do more in their countries to preserve and/or restore Jewish community property damaged by the Nazis or the Communists who came afterward.

Bar-Ilan University, in the framework of an Erasmus Mobility Agreement with Macedonia, has become active in a large-scale project to restore Macedonia’s ancient Jewish cemetery of Bitola, the largest and oldest in the Balkans. Dr. Rachel Levy-Drummer, Prof. Irit Amit, of the Department of Geography and Environment, Prof. Shmuel Refael, director of the Naime and Yehoshua Salti Institute for Ladino Studies, and Dr. Ilia Rodov, chairman of the Department of Jewish Art, are participating in this effort together with researchers from UKLO University in Bitola. Led by Israeli Ambassador to Macedonia Dan Oryan, the project is particularly significant given that Macedonia was home to the most ancient Balkan Sephardi community, 98% of which was annihilated at Treblinka. Out of a community of some 7,400 people, barely 150 survived. Cooperation in this realm is currently being expanded with the support of Prof. Yaron Harel, dean of the Faculty of Jewish Studies, and Prof. Judy Baumel-Schwartz, director of the Arnold and Leona Finkler Institute for Holocaust Research.

“The Israeli Ministry of Foreign Affairs views this project as particularly important in the preservation and commemoration of a Balkan Sephardi community that was almost completely destroyed during the Holocaust,” said Oryan. “We see academic cooperation between Israel and Macedonia as a significant step toward strengthening relations between our countries. Bar-Ilan University’s role in the special ties that we are building with Macedonia is very significant, both in the classical disciplines of academia, and in the unique partnership in advancing the effort to tell the story of the Jewish people in general, and in particular the legacy of the Macedonian Jewish community and the tragedy it endured during the Holocaust.”

BIU has also signed new cooperation agreements in Skopje with UKIM University, Macedonia’s largest university, with the participation of Minister of Health Dr. Venko Filipce and Minister of Education Dr. Arber Ademi.

The agreements, which will establish cooperation between the faculties of medicine and the faculties of humanities and social sciences, were signed by Prof. Karl Skorecki, dean of the Azrieli Faculty of Medicine at BIU, the university’s deputy president Prof. Moshe Lewenstein, and UKIM University rector Prof. Nikola Jankulovski. Cooperation between the Azrieli Faculty and UKIM University was initiated by former Azrieli Faculty dean Prof. Ran Tur-Kaspa, and is now being led by BIU academic secretary Levy-Drummer.

An additional agreement, expected to be signed between BIU and the Macedonian ministries of Health and Innovation, will offer Macedonian physicians a course in clinical bio-informatics. The course will be taught by Levy-Drummer, who specializes in biostatistics and computational biology, and Prof. Ron Unger, director of the Computational Biology Program. The agreement will bring Macedonia one step closer toward breaking into the field of personalized medicine, in which medical decisions, practices, interventions and more are tailored to individual patients. This innovative field does not yet exist in Macedonia.

BIU’s Smart Cities Impact Center, headed by Dr. Eyal Yaniv, director of the School of Business Administration, also has an academic collaboration with Macedonia. As part of Bar-Ilan’s ongoing joint academic activities, a hackathon on the legacy of Macedonian Jewry was held last year.

In the near future Prof. Uri Polat, director of Bar-Ilan’s School of Optometry and Vision Science, will head a delegation of researchers and alumni to Macedonia, where they will perform wide-ranging eye examinations on young children who, without proper diagnosis and treatment, may eventually suffer from learning and social problems.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


WJC President Ronald S. Lauder addresses Fight Against Antisemitism Conference in Brussels

WJC President Ronald S. Lauder addresses Fight Against Antisemitism Conference in Brussels

  World Jewish Congress



A World Jewish Congress delegation led by WJC President Ronald S. Lauder, comprising CEO and Executive Vice President Robert Singer and senior WJC security officials, took part Thursday in a special conference at the European Parliament under the banner The Fight Against Antisemitism: A Common Approach to Better Protect Jewish Communities in Europe – from Policy to Action. The conference was hosted by Romanian Prime Minister Viorica Dancila, whose country holds the rotating presidency of the European Union and featured high-level remarks by WJC President Lauder and top EU officials.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Uparta i ambitna. O „Pismach z getta warszawskiego” Racheli Auerbach

Uparta i ambitna. O „Pismach z getta warszawskiego” Racheli Auerbach [Zapis debaty]

Karolina Szymaniak,
Sylwia Chutnik,
Justyna Czechowska,
Piotr Kieżun


Pisarka, dziennikarka, publicystka, tłumaczka, krytyczka, której przyszło parać się też historią. W czasie wojny współpracownica Ringelbluma, po wojnie pracownica Jad Waszem. O niezwykłej postaci Racheli Auerbach rozmawiały Karolina Szymaniak i Sylwia Chutnik.

„«Ona jest kapkę uparta, ale co to za talent!» – notowała w dzienniku pod datą 7 maja 1944 roku Basia Temkin-Bermanowa, komentując jedną z prac Racheli Auerbach napisanych po wyjściu z getta na zlecenie Żydowskiego Komitetu Narodowego. Tak, bez wątpienia ta wciąż niedostatecznie znana pisarka, krytyczka i dziennikarka, tworząca po polsku i w jidysz, była uparta i utalentowana, niezwykle zdeterminowana, często zapewne szorstka i swoją bezkompromisowością nie zawsze jednała sobie ludzi. Miała jednak poczucie misji i odpowiedzialności wobec zamordowanych”.

Tak o Racheli Auerbach pisze badaczka jej twórczości i zarazem redaktorka jej dzieł Karolina Szymaniak. Kim jest Rachela Auerbach? Jak wygląda jej twórczy dorobek? Dlaczego wiemy o niej tak mało? Szansą na przybliżenie postaci tej niezwykle ciekawej i barwnej żydowskiej pisarki są jej dzienniki i teksty zamieszczone w tomie „Pisma z getta warszawskiego”, który ukazał się nakładem Żydowskiego Instytutu Historycznego. Z tej okazji 26 lutego br. „Kultura Liberalna” i Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury zorganizowały dyskusję wokół pism Auerbach z udziałem Karoliny Szymaniak oraz Sylwii Chutnik. Partnerem wydarzenia był Żydowski Instytut Historyczny. Poniżej prezentujemy skrócony zapis tej rozmowy.

Justyna Czechowska: Czy pamiętacie swoje pierwsze spotkanie z twórczością i postacią Racheli Auerbach?

Karolina Szymaniak: Moje pierwsze spotkanie – nie wiem, czy to nie będzie też pierwsze spotkanie Sylwii Chutnik – zdarzyło się na zajęciach „Poetyka makabry” prof. Jacka Leociaka. Tekst otrzymaliśmy w kserokopii. Wówczas w ten sposób kolportowano jej teksty z getta, a ona sama jako autorka pozostawała niemal całkiem nieznana. To pierwsze zetknięcie z Rachelą, 16 lat temu, głęboko we mnie zapadło, choć przez dłuższy czas nie zajmowałam się jej twórczością. Raczej śledziłam to, co robią inni – Jacek Leociak czy Marta Janczewska. Do Auerbach wróciłam, kiedy zajęłam się modernizmem galicyjskim. Dopiero gdy parę lat temu w ŻIH-u zrodził się pomysł ponownego wydania jej dziennika z getta, wróciłam do jej wojennego pisarstwa i już mnie ta Rachela na dobre pochłonęła.

Sylwia Chutnik: Rzeczywiście, moje pierwsze spotkanie z tekstami Racheli Auerbach to wspomniane zajęcia z „Poetyki makabry”. Zajmowaliśmy się tam przez jakiś czas pamiętnikami z getta warszawskiego i przygotowywałam referat o kobiecych zapiskach z tamtego okresu. Oczywiście Rachela Auerbach również się w tym zestawieniu znalazła, ale oprócz tych pojedynczych kartek zapamiętałam przede wszystkim zdziwienie, że teksty te nie zostały wcześniej wydane. Z tego faktu wysnułam nawet coś w rodzaju teorii spiskowej, według której teksty te nie zostały opublikowane, ponieważ są na tyle wywrotowe, że nie mieszczą się w dyskursie i sposobie opowiadania o tamtych czasach, tamtym miejscu, tamtych wydarzeniach. To niesamowite, że Auerbach doczekała się w końcu swojej Hanny Kirchner, tak jak ma ją Zofia Nałkowska, i że jej zapiski zostały tak szczegółowo opracowane. Można w tym miejscu powiedzieć jedno słowo – wreszcie!

Piotr Kieżun: Opisując swoje pierwsze spotkanie z twórczością Auerbach, zaczęłyście od razu od „Pism z getta warszawskiego”. Jednak kiedy wybucha wojna Auerbach ma 40 lat, jest w pełni ukształtowaną osobą. Kim była Auerbach przed wojną? Z jakim bagażem doświadczeń weszła w ten trudny okres?

Karolina Szymaniak: To jest właśnie ta Rachela Auerbach, którą jako badaczka zajęłam się najpierw. Auerbach urodziła się w Łanowcach i pochodziła z rodziny wiejskich Żydów. Nie małomiasteczkowych, nie miejskich, tylko właśnie wiejskich. Bardzo tę swoją wiejskość podkreślała. Lubiła zresztą ironizować, że wygląda jak porządna, polska, wiejska dziewczyna. Te korzenie są o tyle ważne, że Łanowce powracają u niej jako kraina dzieciństwa w momencie, w którym pojawia się traumatyczne doświadczenie. Poza tym Łanowce dały jej tożsamość, która pozwoliła jej przetrwać po tzw. aryjskiej stronie. Auerbach od 1943 r. do końca wojny ukrywała się jako Aniela Dobrucka. Jest to imię i nazwisko najmłodszej córki sąsiadów z dzieciństwa. Jak pisała Auerbach: „od razu wiedziałam, kim jestem (…) nie można było wisieć w próżni. (…) To musiała być trójwymiarowa tożsamość”. Taką wiarygodną tożsamość mogła stworzyć dzięki znajomości rodziny Dobruckich. Dodatkowo, w imieniu Aniela zachowany jest ten sam układ samogłosek, co w jej imieniu własnym: a-e-a. W ten sposób Rachela może wpisać własną sygnaturę w cudze, przybrane imię, oswaja, czy też przyswaja tę nową tożsamość.

Karolina Szymaniak. Fot. Adam Suwiński

Z Łanowców Auerbach przenosi się z rodziną do Lwowa i tam zaczyna swoją przygodę intelektualistki i pisarki. Studiuje na Uniwersytecie Jana Kazimierza, m.in. u profesora Kazimierza Twardowskiego, i zdobywa wykształcenie filozoficzno-psychologiczne, co bardzo wyraźnie odbija się w całym jej pisarstwie, zarówno przedwojennym, jak i w pismach, które powstają w getcie. Ta formacja decyduje o tym, jak patrzy na zjawiska społeczno-psychologiczne getta, co pisze po wojnie, jak myśli o pracy z ocalałymi. Studiuje też historię. To ważne, bo często podkreśla się, że współpracownicy podziemnego archiwum getta warszawskiego często nie byli historykami, podobnie jak wielu pierwszych historyków-ocalałych. Należy tu więc podkreślić: Rachela Auerbach znała warsztat historyczny. Nie była historyczką, a pisarką, dziennikarką, publicystką, tłumaczką, krytyczką, aktywistką, której przyszło parać się też historią. Nie jest jednak tak, że rzemiosła historycznego wcale nie znała. Zdała nawet egzamin nauczycielski uprawniający do nauczania historii i propedeutyki filozofii w szkołach średnich. Studia w zakresie psychologii i historii usiłowała też kontynuować w latach 30. na Uniwersytecie Warszawskim, ale zapewne z powodów finansowych, szybko z nauki musiała zrezygnować.

Piotr Kieżun: Wróćmy jeszcze na chwilę do przedwojennego Lwowa. W jakich kręgach obraca się Auerbach? Z kim się spotyka? Kto ją inspiruje?

Karolina Szymaniak: We Lwowie Rachela wchodzi mocno w środowisko lwowskich modernistów i zaczyna je animować od jidyszystycznej strony. To nie jest oczywiste, bo Lwów nie jest centrum kultury jidysz, ale Rachela zdaje się lubiła takie trudne przedsięwzięcia. Sama jest całkowicie dwujęzyczna, funkcjonuje na pograniczu żydowsko-polskim. Jednak uważa, że to kultura jidysz powinna być centrum nowoczesnej tożsamości i kultury żydowskiej. We Lwowie Auerbach poznaje Deborę Vogel, którą namawia, by pisała w jidysz i pomaga jej w przejściu z polszczyzny na język jidysz. Vogel zresztą nie była jedyną osobą, którą na taką zmianę Auerbach próbowała namówić. Ocalał list Auerbach do Brunona Schulza, w którym pisze: „Jestem silnie przeświadczona o tym, że Pańskie rzeczy stać się mogą rewelacją na miarę światową, a skoro Pan nie pisze po żydowsku [tj. w jidysz] i nie należy do środowiska, z którego Pan wyrósł, to niechże Pan przynajmniej należy do… świata”. Ten list przypomina nam, że Auerbach była jedną z pierwszych, które rozpoznały talent Schulza. To między innymi za jej sprawą, jak słusznie wspomniał obecny tu Jan Gondowicz, przypisy Schulza do listów słanych do Vogel ujrzały ostatecznie światło dzienne jako „Sklepy cynamonowe”.

Inny aspekt to właśnie galicyjski modernizm i awangarda. W jej gettowych pismach widać zresztą, jak to modernistyczne doświadczenie znajduje odzwierciedlenie w języku i sposobie patrzenia. To jej kadrowanie – poszczególnych scen, form, ludzi – te filmowe ujęcia wyrastają z międzywojennych eksperymentów z montażem i kolażem. Zresztą teoretyczką montażu literackiego jest jej przyjaciółka Debora Vogel. Sama Auerbach w dwudziestoleciu międzywojennym para się głównie reportażem i publicystką, tłumaczeniami. Pisze strasznie dużo, bo musi się utrzymać, ale to pokazuje jej drogę do tych arcydzielnych tekstów, które napisze znacznie później i które do dziś powodują u czytelnika drżenie głosu. W dyskusji z praktykami m.in. grupy Przedmieście [1], zaczyna rozwijać zupełnie inny pomysł na to, czym powinien być reportaż.

Justyna Czechowska: Gdy czytałam „Pisma z getta warszawskiego”, próbowałam sobie wyobrazić, jaką Auerbach była 20-, 30-latką. Czy była popularna, lubiana? Czy jej czegoś zazdroszczono?

Karolina Szymaniak: Na pewno była osoba szalenie upartą i ambitną, i na pewno miała temperament organizatorki – niekoniecznie występując na pierwszym planie. Redagowała pismo, organizowała kongresy. Niesłychanie dużo pisała i tłumaczyła – dla prasy i wydawnictw – żeby móc się utrzymać. Czy była jednak sławna przed wojną? Raczej nie, ale była widoczna, jej rola wzrasta stopniowo dopiero po wojnie. Żydowski Instytut Historyczny wydał właśnie tom „Przemyśleć zagładę” i w genderowym rozdziale jest wspomniana „wpływowa Rachela Auerbach”. Tu rodzi się jednak pytanie, które tak dręczyło Sylwię: jeżeli Auerbach była tak wpływowa i ważna, to dlaczego dopiero teraz wokół niej zaczyna się coś dziać? Długo po prostu brakowało dostępu do jej tekstów, zresztą wciąż słabo znana jest jej twórczość międzywojenna, która pozwala, jak mówiłam, zobaczyć jej późniejsze teksty w nowym kontekście. Wracając do pytania, na pewno była fascynującą umysłowością, bo jako debiutująca w wieku dwudziestu paru lat autorka przyciągała do siebie wybitne osobistości.

W pierwszej połowie lat 30. wiąże się ze wschodzącą gwiazdą poezji jidysz – Icykiem Mangerem, pijakiem, wagabundą i awanturnikiem. To związek bardzo widoczny, obserwowany. Rachela jest podziwiana za sposób, w jaki radzi sobie z Mangerem, jak organizuje mu życie. To do niej zwracają się wydawcy, gdy trzeba coś z poetą załatwić. Ale to nie o taką widoczność i podziw wszak idzie. Tu otwiera się inny, ciemny rozdział życia przedwojennej Racheli Auerbach, o którym we wstępie do „Pism z getta warszawskiego” zaledwie wspomniałam. Auerbach jest bardzo silną kobietą, która potrafi wokół różnych idei, pomysłów coś zorganizować. Ponadto ma swoje zdanie, które jest słyszalne, a jednocześnie w sferze prywatnej jest uwikłana w szereg bardzo trudnych związków. Jej pierwsze małżeństwo się rozpada, a kolejny związek z Mangerem to związek toksyczny i pełen przemocy. W 1938 r., kiedy Rachela ma poddać się operacji wycięcia guza macicy, on robi jej karczemną awanturę i prawdopodobnie bije. Pisarka czuje się tak straumatyzowana, że po operacji nie jest w stanie wrócić do domu. Dopiero wtedy się rozstają. Po Zagładzie jeszcze raz się spotykają. Znów powtarza się to samo. I to nie jest jedyny tak trudny, skomplikowany i toksyczny związek, w który Auerbach się wikła. To jest właśnie ten niewidoczny nurt jej życia, który mnie interesuje. Z jednej strony, czytam jej publiczną biografię, widzę najpierw jej zaangażowanie w sprawę np. emancypacji kobiet, zdecydowanie, później też bezwzględność wobec pracowników. A z drugiej strony, jest jej życie osobiste, które w zasadzie jest serią strasznie skomplikowanych związków. I samotność.

Justyna Czechowska: Skoro wspomniałaś o emancypacji kobiet, zwrócę się teraz do Sylwii Chutnik. Jak twoim zdaniem feminizm Racheli Auerbach wyglądał na tle rodzącego się wtedy feminizmu?

Piotr Kieżun: I czy w ogóle czytasz ją jako autorkę feministyczną?

Sylwia Chutnik: Oczywiście od razu mamy tutaj do czynienia z kontrowersją, bo należałoby zdefiniować pojęcie autorki feministycznej. Na przykład, czy jest to kobieta pisząca po kobiecemu, czy po prostu kobieta pisząca. To jest wielki problem, któremu moglibyśmy poświęcić całe spotkanie. Natomiast pewnego rodzaju wrażliwości, które w „Pismach z getta warszawskiego” można wychwycić, a także różne tematy podejmowane przez Auerbach, dobrze wpisują ją w nurt kobiet-literatek. Na przykład mocne zwrócenie się w stronę dzieci i jej apel, że dzieciństwo w getcie to jest temat, który musi być opisany po wojnie. Poza tym można dostrzec wątki macierzyńskie w jej stosunku do własnych tekstów. Mówi się czasem o białym małżeństwie. W przypadku Auerbach należałoby raczej mówić o „papierowym macierzyństwie”. Wydaje mi się, że Rachela miała swoje dzieci i tymi dziećmi było pisanie i jej twórczość. Karolina Szymaniak pisze we wstępnie o pochylaniu się Auerbach nad własnymi tekstami, o wiecznym skreślaniu, poprawianiu, walce o dokumenty, papiery z archiwum, w którym pracowała, walce o język i kulturę jidysz – myślę, że tu należy doszukiwać się jej macierzyństwa.

Sylwia Chutnik. Fot. Adam Suwiński

Piotr Kieżun: Przejdźmy do pisanego w getcie dziennika, który jest głównym tekstem „Pism z getta warszawskiego”. Czym jest ten dziennik? Reportażem, esejem, raptularzem?

Sylwia Chutnik: Zapiski Auerbach są mocno kolażowe, mają styl notatnikowy, mieszają się w nich i języki, i funkcje językowe, więc jeśli miałabym jednym słowem nazwać ten dziennik, to powiedziałabym, że jest to tekst-kolaż. Te zapiski to być może również wyraz jej niemocy – „tekst wobec Zagłady”. Bo co możemy zrobić z naszym językiem wobec takiego wydarzenia? Jak opowiadać, żeby opisać nieopowiedziane – coś, co było nieprawdziwą prawdą, prawdą, która nie mogła się wydarzyć, ale się wydarzyła? Te swoiste pęknięcia, które znajdziemy w dzienniku, są bardzo symboliczne i robią miejsce na oddech w trakcie lektury tak trudnego tekstu.

Karolina Szymaniak: Próbuję we wstępie do „Pism z getta warszawskiego” nazwać te wszystkie gatunki, które można by przypisać dziennikowi Auerbach, ale niczego ostatecznie nie rozstrzygam, bo nie ma sensu tego robić. Co jest na pewno charakterystyczne dla tych zapisków to mikrocałostki, kadry, z których jest zbudowany. Możemy nazwać to montażem, kolażem heterogenicznych materiałów różnego typu, ulotek, pieśni. Wolałabym jednak nie zamykać tego tekstu w jednym słowie. Może po prostu wystarczyłoby tu określenie konstelacja – konstelacja różnych gatunków. Gdy Rachela wydawała „Dziennik” i inne teksty z tego czasu po wojnie – a wydała go w formie książkowej tylko raz, nie w całości i tylko po hebrajsku, czyli w języku, który najsłabiej znała – to dokonała mocnej ich rekonstrukcji, przestawiając rozmaite całostki. Widać to bardzo wyraźnie, jak układała wtedy te zapiski, w jaki sposób je dzieliła i montowała ponownie. To też była pewna konstelacja, tylko inaczej zbudowana, i tego bym się trzymała.

Kiedy przygotowywałam „Dziennik” do druku zależało mi na tym – co jest oczywiście niemożliwe i złudne – żeby doświadczenie ich lektury w wydrukowanej formie dawało jakieś wyobrażenie o tym, czym jest tekst oryginalny. A jest on też całą serią skreśleń, dziur, wyblaknięć, rozmyć. Wszystkich skreśleń nie notowałam, np. takich, gdzie Auerbach przestawiała kilka wyrazów, ale uwzględniłam te, które pozwalały śledzić jej pracę nad tekstem. Zależało mi również bardzo na tym, żeby zachować wielogłosowość tekstów, w tym zapisy alfabetem jidysz i dopiero później wyjaśniać je w przypisie. Te zmiany alfabetu też coś o autorce mówią. Chciałam wreszcie zachować rytm tego gorączkowego, późnonocnego pisania in extremis, więc choć sama autorka po wojnie tekst cięła na krótsze zdania czy całostki, nie uwzględniłam w wydaniu tych zmian, wychodząc z założenia, że wydajemy dokument tak, jak powstał on tam i wtedy.

Piotr Kieżun: Auerbach nadpisuje, skreśla. Dlaczego? Wiadomo, że pewnych rzeczy w czasie wojny nie mogła zapisać wprost i później je uzupełniała, ale czy można również powiedzieć, że to kreślenie wynika z twórczego niezadowolenia ze swojej pracy? Innymi słowy, czy Auerbach traktowała zapiski z getta jak dzieło literackie?

Karolina Szymaniak: Skreślenia są różnego typu. Po pierwsze, zdarzały się jej pomyłki, ale to z punktu widzenia badacza mało ciekawe. Po drugie, były skreślenia konspiracyjne. Ringelblum, przygotowując ją do pisania konspiracyjnego, ostrzega, by nie miała „długiego babskiego języka”, żeby nie powiedziała za dużo. W pierwszej części tekstu nie trzymała się szczególnie wymogów konspiracji i potem pracowicie wykreślała różne rzeczy, ale da się je rozszyfrować. Trzeci typ skreśleń to skreślenia, pokazujące pracę nad tekstem. Czy ona traktowała ten tekst jak tekst literacki? Na pewno. Ona widzi w tym coś więcej niż tylko zapis dokumentalny. Zresztą po wojnie, zastanawiając się nad tym, jak należy pisać po Zagładzie, Auerbach stwierdza, że to nie może być suchy dokument. I faktycznie, w tym „Dzienniku”, w jego heterogeniczności, montażowości, udaje jej się to osiągnąć. Pisarka zdaje się sugerować, że taki „sztuczny”, jak zauważyła Marta Janczewska, charakter ma sama opisywana materia rzeczywistości getta, narzucająca niejako sposób jej zapisywania. Do najsłynniejszych fraz z „Dziennika” należą bodaj te o „samorzutnym teatrze, samokręcącym się filmie dźwiękowym getta”, o „jarmarku trupów”, „dziwnej ekspresyjności zjawisk” życia getta, spektaklu groteski toczącego się przed jej oczami.

Justyna Czechowska: Sylwio, wiem skądinąd, że twoja powieść „Dzidzia”jest częściowo zainspirowana twórczością Racheli Auerbach, więc wyobrażam sobie, że ty czytasz to jako tekst literacki i warstwa literacka jest dla ciebie ważna.

Sylwia Chutnik: Dla mnie jest to próba uchwycenia tamtych czasów w taki sposób, który ma Racheli Auerbach pozwolić nie oszaleć. W jadłodajni-stołówce, którą prowadziła w getcie, gdzie codziennie karmiła dziesiątki wygłodniałych osób, kluczowy był gest macierzyński – mocno symboliczny. Podobnie jest z jej twórczością. To przykład literatury podtrzymującej nas przy życiu. Mam nadzieję, że nie jest to zbyt egzaltowana refleksja, ale tak odczytywałam ten tekst ponad 15 lat temu, kiedy po raz pierwszy się z nim zetknęłam i tak odczytuję go teraz w opracowaniu Karoliny Szymaniak w formie książkowej. Ta literackość czasami jest zaskakująco uniwersalna. Motyw desperackiej próby pochowania ciała jednej z osób, które przychodziły do tej jadłodajni, pochodzącego z Karlsbadu sportowca Abrahama Braxmeiera, teraz kojarzy nam się jednoznacznie z filmem „Syn Szawła”. Te gesty okazują się nagle powtarzalne.

Justyna Czechowska: Jako varsavianistkę i badaczkę tekstów o mieście te zapiski muszą cię interesować również od strony dokumentalnej.

Sylwia Chutnik: Jeśli chodzi o warstwę varsavianistyczną, właściwie topograficzną, jest to dokument bardzo ciekawy. Zachęca do pójścia szlakiem tych miejsc, o których Auerbach wspomina. Trzeba jednak pamiętać, że topografia terenów byłego getta jest złudna. Tak naprawdę spacery po tym obszarze to spacery z zamkniętymi oczami. Gdyby trzymać się dogmatycznie przykazań przewodnickich, które mówią, że przewodnik może mówić tylko o tym, co możemy zobaczyć, to nie powinno się prowadzić wycieczek po terenach byłego getta, bo po prostu nie ma tam czego pokazać. To są pułapki topografii tamtych terenów. One już nie istnieją i musimy mieć tego świadomość.

Piotr Kieżun: Dlaczego Auerbach, która tak intensywnie walczyła o kulturę jidysz, napisała swój dziennik po polsku?

Karolina Szymaniak: Żebym to ja wiedziała… Mogę sformułować tylko pewne hipotezy. Sama autorka wyjaśnia, że to czysto techniczna sprawa, po prostu pierwsze notatki miała prowadzić w notesie z zapiskami z przedwojennego „Dziennika”. Ale nie jest to w pełni przekonujące wyjaśnienie. Jak już powiedzieliśmy, była w pełni dwujęzyczna. Czy polski wybrała, bo chciała dotrzeć do nieżydowskiej publiczności? Nie jestem pewna, dlaczego wtedy tego nie napisała, tylko szukała jakichś innych wyjaśnień? Polszczyzna była językiem jej studiów uniwersyteckich, a w „Dzienniku” i innych tekstach uruchamia pełne instrumentarium analityczne, czerpiąc z psychologii… Tyle, że robiła to także w jidysz. Być może polszczyzna jako paradoksalnie swój-nieswój język lepiej nadawała się do opisu rzeczywistości getta, dawała dystans, pozwalała uchwycić niesamowitość i groteskę.

Co ciekawe, wielu do dziś jest przekonanych, że to niemożliwe albo podejrzane. Na przykład w głośnym parę lat temu filmie Yael Hersonski „Niedokończony film” nigdy nieskończony właśnie niemiecki film propagandowy kręcony w getcie opatrzony jest komentarzami świadków i cytatami z gettowych dokumentów. Jednym z nich jest „Dziennik” Auerbach, ale o ile inne teksty czytane są w językach oryginału (polskim, jidysz, hebrajskim czy niemieckim), o tyle tekst Auerbach czytany jest w jej autoprzekładzie na jidysz…

Karolina Szymaniak i Sylwia Chutnik. Fot. Adam Suwiński

Przy pytaniu o polszczyznę otwierają się kolejne tematy, cały ich ogrom: Auerbach oceny polskiego antysemityzmu, stosunku do kultury polskiej, tego jak patrzy na antyżydowską przemoc po Zagładzie. Przypomnijmy też, że to ona jest autorką określenia „polskie Kolorado”. Jeszcze w czasie wojny, w 1943 r., stwierdza, że „mord na Żydach był też w pierwszym rzędzie na gigantyczną skalę zakrojonym mordem rabunkowym” oraz że „będą zapewne kiedyś ludzie kopać i kopać treblińskie Kolorado w poszukiwaniu złota i ukrytych skarbów” – tezy, które powróciły najmocniej do polskiej debaty wraz z książką Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross „Złote żniwa”. Dalej to kwestia rzeczy, fascynująca dzisiejszą (post)humanistykę, pytanie o wizualność w reprezentacji Zagłady, o europejską i izraelską pamięć Zagłady…

Z jednej strony, obcując z tekstem „Dziennika” – tak sądzę – dotykamy czegoś, co nie potrzebuje nawet tych wszystkich komentarzy, dopisków, moich czasem szalonych przypisów. To jest bardzo mocny tekst, którego lektura boli, rani. I z którego, jak sądzę, autorkę można wyczytać bez tej całej dodatkowej wiedzy. Z drugiej – to jest niesłychanie fascynująca postać, której biografia nie zasługuje na to leksykonowe spłaszczenie, do którego ogranicza się zasadniczo (z pewnymi wyjątkami) nasza wiedza o jej życiu i twórczości. Postać, od której nie można się oderwać, ale też nie można jej w pełni polubić. Wielowymiarowa, niejednoznaczna. Tutaj w rozmowie zaledwie dotknęliśmy pewnych kwestii. Ta historia jest jeszcze do napisania.


W imieniu Karoliny Szymaniak, tłumaczki oraz redaktorki „Pism z getta warszawskiego”, prosimy wszystkie osoby mające informacje o życiu i twórczości Racheli Auerbach o kontakt pod adresem: kszymaniak (at) jhi.pl


Przypis:

[1] Przedmieście – zespół literacki prozaików działający w Warszawie i Lwowie w latach 1933–1937. Program grupy został sformułowany przez H. Boguszewską i J. Kornackiego w „Deklaracji 7 punktów”, zapowiadającej zainteresowanie życiem proletariatu i mniejszości narodowych oraz metodę zbierania materiału, nawiązującą do twórczości faktograficznej i naturalizmu E. Zoli.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


AMERICAN JEWS AND THE UPCOMING ISRAELI ELECTION

AMERICAN JEWS AND THE UPCOMING ISRAELI ELECTION

ERIC R. MANDEL


But do American Jews know the difference between Bibi, Bogie, Benny and Bugie?

WHAT ARE the effects, in Israel, in the US, and the rest of the world, of the perceived opinions of American Jewry?’. (photo credit: REUTERS)

Israelis will go to the polls this spring to cast their ballots for a myriad of competing parties, one of which will then be asked to try to stitch together an unruly coalition, highlighting how very democratic and disorderly Israel’s parliamentary system is. This is not necessarily the best system for a nation that is in a constant state of war.

American Jews of all stripes are also gearing up to support or demonize their preferred or hated candidates and parties. Actually, it is not so different from what Israelis do themselves. But in the age of US President Donald Trump, where Israelis generally appreciate his support if not his style, many American Jews viscerally hate anything he does, even if it’s something in their interest.

But do American Jews know the difference between Bibi, Bogie, Benny and Bugie? 

Leaving aside the funny nicknames, this is a deadly serious question as Americans want to weigh in on this pivotal election, while the growing Iranian menace threatens Israel from three sides, and Trump plans to announce a peace plan right after the election, which some in the know say might involve some difficult or even unacceptable demands on Israel.

What are the effects, in Israel, in the US, and the rest of the world, of the perceived opinions of American Jewry?

What could be worse for Israel’s international reputation than to have it perceived that the Jews of America on the whole believe the nation; the people of Israel are the intransient party and deserve to be punished?

Weighing in on the Israeli election from 8,000 kilometers away highlights the conflicting perspectives of the 21st century’s two largest Jewish populations.

If Israel is the home of the Jewish people, should American Jews deserve a voice, if not a vote, and be taken seriously? If American Jews don’t put their children in harm’s way, how much should their concerns be considered? After all, it is Israelis who have to live with the consequences.

Yossi Klein Halevi, in a Moment Magazine interview, said that the divide between the communities was inevitable. 

”Israelis live in the most dangerous… neighborhood in the world; American Jews live in the most hospitable environment that Jews have ever lived in… Too many American Jews speak of ending the occupation as if Israel were an island in the South Pacific… not a miniscule country surrounded by some of the most lethal terrorist groups in the world… For Israelis, the essential element is Jewish solidarity and self-protection. For American Jewish liberals, it’s empathy for the other, especially the oppressed.”

American Jews are overwhelming liberal, live in economic and physical security, and haven’t changed their political affiliations despite their changing socio-economic status over generations. Israelis, on the other hand, were much more liberal 25 years ago during the euphoric but illusory days after the Oslo Accord.

All that changed for Israelis with the Second Intifada, as they shifted to the center and right. Even after the Intifada subsided, those still hoping for a reasonable Palestinian partner were disabused of the idea when Abbas refused to even respond to Olmert’s offer of 100% of the disputed territory with land swaps.

American Jews who didn’t suffer the physical and emotional consequences of the Second Intifada didn’t shift their perspective, remaining convinced that this conflict is still simply about territory and an occupation, victimizer and victim. Today many still judge Israel as the primary intransient party, as though this is still 1995.

American Jews do not understand that for most Israelis, security will be their primary concern when they go to the ballot box, not pluralism, even if they abhor the disproportionate influence of ultra-Orthodoxy.

As important as socioeconomic issues are to Israelis – and they are – they take second place to life-and-death security concerns in a society where every citizen is supposed to serve in the armed forces. In America, 1.4% of women and 13.4% of men have ever served in the military, a humbling difference.

When Israelis go to vote, they must balance lives that respect their Jewish values, but can never forget they live in a neighborhood where the weak are slaughtered and the world turns a blind eye to genocide. That is the reality they live in, and which too many Americans ignore. It explains to some extent why Prime Minister Benjamin Netanyahu has endured for so long.

Americans who are interested in the upcoming Israeli election will read about it in their own echo chambers that reinforce their pre-determined points of view, rarely challenging ourselves with different opinions, usually dismissing them because they come from non-trusted sources. 
American liberal Jews will read Haaretz and The New York Times, listen to NPR, watch MSMBC/ CNN and think they know what is really happening in the fistfight of the upcoming April election. Meanwhile, American conservatives will read National Review, the editorials of the Wall Street Journal, watch Fox and think they have all the answers.

From so far away, when American towns and cities are not in the crosshairs of Hamas, Iran and Hezbollah, it is easy to pontificate and give advice to Israelis, claiming your objective perspective and harsh medicine are needed for Israel’s benefit. Some even claim to be pro-Israel, rationalizing that boycotting products from Judea and Samaria (West Bank) is for Israel’s own benefit, while ignoring the incessant and unrelenting Jew hatred from Israel’s erstwhile peace partners.

This is the reality for far too many American Jews, who weigh in and think they know all about the Middle East. They tell me that this is what they have heard from their rabbis, who heard it first hand from Rabbis for Human Rights, or a speaker from J Street, an NGO that claims Israel is not a democracy, or have visited Ramallah with a trip organized by a group like Breaking the Silence, to listen to PA officials who claim it is all the occupation, not their incitement and kleptocracy.

Let’s be clear… Israel has thrown kerosene into the fire of civil relations between the communities by not figuring out some way to respect American Jewish religious denominations, allowing the ultra-Orthodox to disenfranchise the largest Diaspora Jewish community in the world. 

Israelis seem unaware that American Jewish organizations are vital for their security interests by educating members of Congress about the role of Israel as a bulwark of American national security.

Which brings us to the upcoming Israeli election.

Too many American Jews cannot differentiate between Netanyahu, his policies and the State of Israel. They wouldn’t say America doesn’t have a right exist because they hate Trump; we organize and vote for an alternative in the next election. 

But they are angry that the Israeli people have continued to support their current government, so they advocate “tough love” things like BDS that would do serious damage to the nation of Israel. 

When the world’s major forces decide whether or not to throw Israel under the bus, economically or militarily, it does matter what are perceived to be the voices of American Jewry, too often saying that Israel deserves or needs to be punished.

Netanyahu may lose, be indicted, or win, but Israel will remain the democratic nation of the Jewish people long after his political life expires. So to all American Jews across the political spectrum, if you don’t like an Israeli candidate or a government policy, please speak out loud and clear. But don’t mistake a party or candidate for Israel the country, joining those who want to delegitimize Israel the nation. 
Too many American Jews don’t seem to mind throwing out the baby with the bathwater.

The author is the director of Middle East Political and Information Network™ (MEPIN™), and is a regular contributor to The Jerusalem Post. MEPIN™ is a Middle East research analysis read by members of Congress, their foreign policy advisers, members of the Knesset, journalists, and organizational leaders


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com