Archive | March 2019

Piotr Fejgin: Mój ojciec to symbol zbrodni UB.

Piotr Fejgin: Mój ojciec to symbol zbrodni UB. Bronię go jako ostatni, mam prawo być stronniczy

Krystyna Naszkowska


Anatol Fejgin, w latach 1951-53 dyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zeznaje w 1995 r. na procesie Adama Humera, byłego funkcjonariusza MBP oskarżonego o znęcanie się nad więźniami (Fot. Andrzej Iwańczuk / Agencja Gazeta)

Proces mojego ojca Anatola Fejgina oraz Romana Romkowskiego i Józefa Różańskiego miał uratować partię przed faktycznym rozliczeniem ze zbrodni stalinowskich, uratować władzę i jej aparat represji, który był jej nadal potrzebny. Dlatego ograniczono się do trzech Żydów, na nich wszystko zwalono, także to, czego nie robili.

Piotr Fejgin, socjolog, rocznik 1946, od 1971 r. na emigracji w Szwecji. Wyrzucony ze studiów w marcu 1968, trafił do wojska na 9 miesięcy. Po ponownym przyjęciu na uczelnię i ukończeniu studiów nie mógł dostać pracy w zawodzie, pracował m.in. jako spawacz. Po dwóch latach zdecydował się na emigrację. W Szwecji pracował w firmie Volvo, obecnie na emeryturze.

Anatol Fejgin (1909-2002), ojciec Piotra. Komunista od 19. roku życia, przed wojną w Komunistycznej Partii Polski aż do jej rozwiązania w 1938. Po wojnie w PPR, potem w PZPR. Za działalność komunistyczną dwukrotnie przed wojną skazany na kary więzienia, w sumie przesiedział 6 lat. Po II wojnie pracował w Głównym Zarządzie Informacji Wojskowej, skąd w październiku 1949 roku został przeniesiony do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Od 1 grudnia 1951 r kierował w tym ministerstwie X Departamentem, który miał za zadanie wykrywać i likwidować niesowieckie wpływy w partii. X Departament miał własny wydział śledczy, pawilon w więzieniu mokotowskim w Warszawie a nawet własne więzienie w willi w Miedzeszynie pod Warszawą, gdzie przetrzymywano więźniów bez wyroku. Na fali rozliczeń zbrodni okresu stalinowskiego w 1957 r. skazany na 12 lat więzienia za stosowanie niedozwolonych metod przesłuchań. Ułaskawiony w 1964 r.

Krystyna Naszkowska: Jak to jest być synem Anatola Fejgina, człowieka, który stał się symbolem zbrodni stalinowskich?

Piotr Fejgin: Chyba najmocniej mnie zabolało w marcu 1968 r., byłem na czwartym roku socjologii na UW. Na 8 marca został zwołany wiec w obronie Michnika i Szlajfera. I na dzień przed tym wiecem, czyli 7 marca, podeszli do mnie koledzy z uniwersytetu i poprosili, abym następnego dnia nie przychodził na uniwersytet, bo im moje nazwisko naprawdę nie pasuje.

Twoi dobrzy koledzy?

– Moi dobrzy koledzy. Nie poszedłem na wiec, siedziałem w domu. Matka dzwoniła co 15 min. Moich kolegów zamknięto. Paru pobito.

Mnie wyrzucono z uniwersytetu. Nasz wydział rozwiązano, potem ogłosili ponownie listę przyjętych, ale mnie tam już nie było. Po magisterce w ’70 mój promotor wziął mnie na rozmowę i wtedy mi opowiedział, jak to się w ogóle stało, że mnie przyjęto na studia.

Ponownie?

– Nie, w ogóle. Otóż w ’64 przyszła dyrektywa z KW czy KC partii, aby mnie nie przyjmować. Ale jednym z egzaminatorów był Karol Modzelewski, on wystawił mi pozytywną ocenę i mnie przyjęli. Ja nie byłem świadomy tego wszystkiego. Tego dowiedziałem się od prof. Adama Podgóreckiego, który był promotorem mojej pracy magisterskiej, a swego czasu dziekanem wydziału socjologii. Po obronie zaprosił mnie na kawę i opowiedział mi tę historię. Ja w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z wielu rzeczy, które ciągnęły się za mną tylko dlatego, że byłem synem swojego ojca. Był na przykład na wydziale asystent, który mnie nie znosił, okazywał mi jawną wrogość, czego nie rozumiałem. A dużo, dużo później dowiedziałem się, że jego ojciec był więźniem politycznym w czasie, kiedy mój ojciec był w UB.

A kiedy pierwszy raz spotkałeś się z wrogością do nazwiska?

– W 1956 pierwszy raz usłyszałem, że jestem Żydem, i pierwszy raz, że wrednym. To usłyszałem od chłopców ze szkoły, byłem w czwartej klasie podstawówki, miałem 10 lat. To był dzień, kiedy ojca aresztowano. Przyszli po niego nad ranem 24 kwietnia 1956 r. Spałem. Kiedy się obudziłem, ojca nie było w domu, matki nie było. Babka już była wtedy mocno stetryczała, nic mi nie wyjaśniła. Poszedłem jak zwykle do szkoły, w całkowitej niewiedzy tego, co się właśnie stało.

Wiedziałeś, kim jest twój ojciec, gdzie pracuje?

– Tylko, że jest wojskowym. Nic więcej nie wiedziałem. Wróciłem ze szkoły i zastałem w domu zapłakaną mamę. Powiedziała, że ojciec został aresztowany i żebym nie wierzył w nic, co ludzie mówią, to wszystko jest nieprawda. Ojciec jest prawdziwym komunistą. Tak mi powiedziała.

Powiedziała: prawdziwym komunistą, a nie np. dobrym człowiekiem?

– Tak zapamiętałem. Pamiętam również, że się spytałem, co to jest Żyd? Mama na to, że Żyd to człowiek jak każdy inny. Ale to było mało ważne w kontekście tego, że ojciec został aresztowany. (…)

Wychowywano cię w duchu komunistycznym?

– Jasne. Komunistycznym i internacjonalistycznym, Związek Radziecki jest ojczyzną wszystkich pracujących, takie różne. Miałem babcie, które nienawidziły bolszewików – obie miały z nimi do czynienia, jedna na Syberii, druga w Kazachstanie. Ale byłem komunistą młodym, głęboko wierzącym. Przez długi czas wierzyłem, że to można zrobić porządnie, by ludzie byli szczęśliwi.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że istnieje też inny świat?

– Miałem 15 lat. Uderzyła mnie historia powstania warszawskiego. Dowiedziałem się, że kiedy 1. Armia stała po jednej stronie Wisły, to po drugiej płonęła Warszawa. I nikt im nie pomógł. To mi opowiedziała ciotka, siostra mamy.

To był wstrząs?

– Ogromny, nie chciałem wierzyć, dała mi więc książkę o Monte Cassino, tam też było o powstaniu.

Znalazłem w domu broszurkę wydaną przez jakieś radzieckie wydawnictwo w czasie wojny o tym, jak hitlerowcy mordowali ludzi w Katyniu. Pokazałem to ciotce, a ona tylko parsknęła i powiedziała, że to bzdura, wszystko nie tak.

Więc przy okazji którejś wizyty u ojca w więzieniu zapytałem jego. I on mi wtedy powiedział, że wszystko wskazuje na to, że było tak, jak mówiła ciotka. Wtedy uwierzyłem. I zacząłem widzieć degrengoladę działaczy. Mimo że myśmy byli wtedy wykluczeni, nie jeździliśmy do tych domów wczasowych dla ludzi władzy, ale słyszałem różne opowieści. To, co się widziało dokoła, było zupełnie inne niż to, co się słyszało z radia czy telewizora, jakby inny świat, więc zacząłem zadawać pytania.

Komu?

– Mamie, znajomym. Słyszałem w telewizji o dobrobycie, a nam pieniędzy nigdy do pierwszego nie starczało, więc mama musiała się zapożyczać.

Ale zanim ojca zabrali, żyliście inaczej, ojciec był w aparacie władzy. Było wielkie mieszkanie, była gosposia, kierowca.

– To się skończyło, kiedy miałem 10 lat. I nie stykałem się z ludźmi, którzy mieli inaczej. Nie miałem innych znajomych, wszyscy tak żyli, więc to było dla mnie zwyczajne życie. W szkole w mojej klasie bardzo niewielu zapraszało do swoich domów, więc nie bywałem u szkolnych kolegów, tylko u tych, co obok mnie mieszkali. (…)

To kiedy doszedłeś do wniosku, że komunizm jest złym systemem?

– Około 1966-67 r. Ojciec wyszedł z więzienia w 1964 r. na mocy ułaskawienia i dopiero wtedy mogłem się z nim tak naprawdę kłócić, bo kiedy przyjeżdżałem na widzenia, to ciężko było.

Zacząłeś się kłócić o komunizm?

– O politykę, tak. To było bardzo proste, bo ja już wtedy wiedziałem za dużo, żeby milczeć na temat tego, co się dzieje w kraju, polityki zagranicznej Polski, podległości Związkowi Radzieckiemu itd. Mówiłem, że system, który miał być najlepszy na świecie, nie może firmować zbrodni. Taki system nie ma prawa bytu, on jest przeciwko społeczeństwu i tego systemu nie można wyprostować. Nie można, bo on w swoim założeniu ma terror. A jeśli tak, to ja dziękuję, wysiadam z tego pociągu, nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Ojciec bronił systemu?

– Bronił, był strasznie zatwardziały. Mówił, że takie są koszta rewolucji. Natomiast to, co działo się po wojnie w Polsce, nazywał wojną o władzę, całkiem zwyczajnie. I w tej wojnie musiały być ofiary. Między nami były dzikie kłótnie. Mama krzyczała, byśmy przestali się kłócić, bo ona tego nie wytrzyma.

Wrzaski były?

– Straszne. Gdybym mógł, tobym się wyprowadził z domu, bo po prostu nie szło spokojnie rozmawiać na ten temat.

W jakimś momencie przestał się ze mną kłócić. Powiedział, że już nie ma siły rozmawiać na ten temat, bo widzi, że całe życie przewalczył i wyszło z tego „g”.

Chyba kiedy byłem w dziesiątej klasie, zacząłem wypytywać matkę o ojca, jego proces. Ona wtedy wysłała mnie do starego znajomego ojca, który był kierownikiem archiwum partii, a on pokazał mi część protokołów z procesu, które dotyczyły ojca. (…) Dał mi do czytania chyba 30 stron, a tych stron z procesu jest parę tysięcy, dziś je wszystkie mam. Ale całości nie przeczytałem. Nie jestem w stanie. Doczytałem do zeznań Jakuba Bermana i się zatrzymałem. O Bermanie ojciec dużo mówił, bardzo go kiedyś lubił i szanował. Przed wojną. Rzuca mnie, jak czytam jego zeznania.

Co cię rzuca?

– Kłamał bezczelnie, nie jestem w stanie tego przeczytać, zatyka mnie.

A nie zatykają cię zeznania więźniów? I śledczych, tych niskiego stopnia, którzy opowiadają beznamiętnie, jak się nad nimi znęcali?

– Ja znam te opowieści z drugiej strony, najmniej od mojego ojca, znacznie więcej od Romkowskiego, i wiem, ile tu jest manipulacji, przeinaczeń i zwykłych kłamstw.

A dlaczego opowieść wiceministra UB Romana Romkowskiego wydaje ci się bardziej wiarygodna od opowieści ofiar? Czemu wierzysz jemu?

– Bo kiedy mi to opowiadał, było mu naprawdę wszystko jedno, na nic już nie liczył. To były późne lata 60. Żona się z nim rozwiodła, kiedy siedział w więzieniu, i zabrała dzieci. One nie chciały mieć z nim żadnego kontaktu. Cały ten proces miał zwyczajnie uratować partię przed faktycznym rozliczeniem ze zbrodni stalinowskich, uratować władzę i aparat represji, który był jej nadal potrzebny. Dlatego ograniczono się w tym procesie do trzech Żydów, na nich wszystko zwalono, także to, czego nie robili i za co nie odpowiadali.

To nie zmienia tego, że Anatol Fejgin był jedną z najważniejszych osób w MBP i musiał wiedzieć, co się tam dzieje, i to akceptować. Sam nawet przyznał na procesie, że raz kazał zbić pasem jednego z oskarżonych – Szczęsnego Dobrowolskiego.

– Otóż nie akceptował! Kiedy przyszedł do Bezpieczeństwa i przejął od Różańskiego X Departament, to przez mniej więcej pół roku razem ze swoim doradcą Nikołaszkinem analizowali dokumenty z przesłuchań. Nikołaszkin twierdził, że po zeznaniach może stwierdzić, w co człowieka bili, ile czasu go bili itp., by powiedział jeszcze to i to. On kategorycznie do końca życia zaprzeczał, by zgadzał się na tzw. naganne metody przesłuchań. Romkowski i mój ojciec chcieli oddzielenia swego procesu od procesu Różańskiego. Ojciec miał złą opinię o Różańskim i w jakimś momencie przekonał Romkowskiego, by odesłać go z X Departamentu.

Dlaczego? Co wiedział?

– Uważał, że facet nie jest zdrowy psychicznie. Próbowali go usunąć, ale się nie dawało.

Bo?

– Bo Różański był bratem Jerzego Borejszy, przyjaciela Bieruta, Minca. W końcu Różańskiego zdjęli z pracy w bezpieczeństwie, już po śmierci Borejszy, i pierwszy proces Różańskiego odbył się w ’54.

Od lewej: Anatol Fejgin (1909-2002), Roman Romkowski (1907-68) i Józef Różański (1907-81). Ta trójka wysokich funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego stała się symbolem stalinowskich represji w Polsce. W 1957 r. zasiedli razem na ławie oskarżonych pod zarzutem stosowania nielegalnych metod w śledztwie, czyli tortur. Po niespełna dwumiesięcznym procesie sąd skazał Fejgina na 12 lat więzienia, a Romkowskiego (byłego wiceszefa MBP) i Różańskiego (byłego dyrektora Departamentu Śledczego MBP) na 15 lat. Nie odsiedzieli pełnych wyroków, w 1964 r. zostali ułaskawieni. Fot. domena publiczna

W czasie procesu zeznawała kobieta, która mówiła, że ją w śledztwie bito po krzyżu i z tego powodu cierpi na niedowład nóg. Nie oskarżyła bezpośrednio twojego ojca, nigdy go nie widziała, on nie kazał jej bić. A mimo to, ponieważ oskarżeni mieli prawo zadawać pytania świadkom, twój ojciec pytał, jak ona może udowodnić, że ten niedowład spowodowało bicie po krzyżu. Zeznawała przed Bermanem, więc musiałeś to czytać.

– Nie pamiętam tego fragmentu, tylu świadków tam zeznawało. Ojciec był nieukończonym lekarzem, miał teorię na każdy medyczny temat, może uważał, że z medycznego punktu widzenia to jest niemożliwe.

Może miał sto procent racji, ale to jego pytanie mną wstrząsnęło. Mam wrażenie, że nie poczuwał się do winy.

– Jest proces, ludzie czują się osaczeni, rzuceni na pożarcie i reagują jak przyciśnięci do kąta. Z psychologicznego punktu widzenia ja to mogę zrozumieć. Romkowski na przykład bronił Różańskiego, także w rozmowach z moim ojcem, choć wiedział o nim rzeczy mało przyjemne. Ale długo się znali, długo razem pracowali, są lojalności.

Nie. Jeśli jest zbrodnia, to nie ma lojalności.

– Każdy z nich mówił, że to był czas wojny domowej, czas walki i ofiar, na wojnie są dobrzy po naszej stronie i źli, przeciwnicy.

Ojciec mógł odmówić Bierutowi, kiedy wysyłał go do pracy w UB. Byli tacy, którzy odmawiali.

– Mógł, na pewno. Ale zrozum: przemawiali do niego towarzysze partyjni! On miał takie powiedzenie: partia przede wszystkim! On w to wierzył. Wierzył w racje kolektywu partyjnego prawie do ostatniego dnia życia. Jego wiara w słuszność idei była większa niż poczucie osobistej krzywdy, którą miał. Zawsze twierdził, że zanim przyszedł do X Departamentu, to już wszyscy byli wcześniej aresztowani i siedzieli. Za jego czasów osadzono tylko pięć nowych osób.

Przecież nie chodzi o liczby. Czytam jego zeznania i ręce mi opadają, kiedy mówi, że wydając rozkaz zbicia Dobrowolskiego, nie chciał na nim wymusić zeznań, tylko poznać prawdę. Wiemy, że liczył na nowy proces, naprawdę sądził, że zostanie zrehabilitowany? W jaki sposób?

– Nie wiem, co myślał. Wiem, że napisał ileś tam odwołań do Sądu Najwyższego, nachodził Komisję Kontroli Partyjnej, ludzi władzy, próbował ich przekonać do ponownego, tym razem jawnego, procesu. Naprzykrzał się wszystkim aż do upadku PRL.

Wiesz, ja przecież byłem wychowywany też w takim duchu, że ludzie popełniają błędy, ale partia się nie myli.

Partia chce dla wszystkich ludzi jak najlepiej, nikt nie będzie prześladowany za swoje pochodzenie, urodzenie czy kolor skóry. Partia chce nam dać najbardziej sprawiedliwy ustrój na świecie. Ojciec, nawet jak wyszedł z więzienia, to takie komunały wygłaszał.

Wiedziałeś, że to są komunały?

– Widziałem szarą rzeczywistość ulicy, ludzi, którym często nie starczało do pierwszego, do wypłaty pensji, a z drugiej strony widziałem, jak żyją partyjni bonzowie, widziałem rozdźwięk między tymi sytuacjami materialnymi. Dlatego trudno mi było spokojnie słuchać ojca, kiedy wygłaszał te swoje kawałki.

Miał klapki na oczach?

– Tak uważam z perspektywy lat. Dziś, kiedy nie żyje, miałbym ochotę spytać go o wiele rzeczy, chciałbym lepiej zrozumieć jego motywacje, to, co robił i czego nie robił. O wiele rzeczy go nie spytałem, czego żałuję.

O co byś spytał?

– Na przykład o okres lwowski. Ojciec znalazł się we Lwowie w 1940 r., kiedy weszli tam Rosjanie, i był tam do czerwca 1941 r., do wejścia Niemców. Wtedy uciekł na wschód z Armią Czerwoną. Mówił o tym niewiele, ale coś tam się działo. Roman Werfel rzucał pod adresem ojca oskarżenia o to, że we Lwowie stał się współpracownikiem NKWD. Ojciec zaprzeczał, ale faktycznie miał kontakt z NKWD, do czego mi się przyznał. We Lwowie pracował w fabryce zbrojeniowej jako buchalter. I zauważył, że do tej fabryki wchodzi dużo więcej surowca, niż wychodzi gotowych produktów. Podejrzewał sabotaż i poszedł z tym do NKWD.

No, nieźle. NKWD zrobiła porządek z pracownikami?

– Właśnie że nie! Powiedzieli ojcu, że wszystko kontrolują i jest w porządku. Ma się tym nie zajmować.

To co cię niepokoi?

– Za dużo dziś wiem o NKWD, by przyjąć takie tłumaczenie. Oni nie puszczali płazem takich spraw. Dziś bym pomęczył ojca o to, co się dalej działo w tej fabryce, czy miał jeszcze kontakt z NKWD itd.

Ojciec dostał 12 lat, Romkowski i Różański po 15. Wyszli przed końcem kary, w 1964.

– Z Różańskim ojciec nie utrzymywał potem żadnych kontaktów, ale z Romkowskim tak. Nawet obaj z ojcem ubieraliśmy go do trumny, kiedy umarł.

Romkowskiemu też wierzyłeś, kiedy mówił, że nigdy nikogo nie bił?

– Dokładnie. Kiedyś raz na precyzyjne pytanie z mojej strony powiedział, że wiedział, że odbywa się bicie, wymuszanie zeznań i że to się zakończyło w jakimś momencie, i jest to zasługa przede wszystkim mojego ojca.

Wystarczy nie pozwolić spać, niektórzy od tego wariowali.

– Owszem, były wielogodzinne przesłuchania. Na każde musiało być zezwolenie. Zezwolenia wydawał ojciec, Józef Światło, który potem uciekł na Zachód, Romkowski, Różański…

Czy przyszło ci kiedyś do głowy, żeby zmienić nazwisko?

– Tak, to znaczy – nie. Mama spytała, czy nie chcę zmienić nazwiska. Spytała, kiedy ojciec siedział.

Sama nie zmieniła.

– Nie. Wierzyła w jego niewinność. Ale mnie dała wybór. Powiedziałem, że zmienię, jeśli ona też zmieni.

Niewątpliwie łatwiej by ci było, gdybyś zmienił nazwisko.

– Nie wiem. Są tacy, którzy doskonale wiedzą, kto jest kto, i to moje nazwisko by mi i tak wypominano. Mojemu koledze ze studiów znaleźli żydowskie pochodzenie, którego nawet Gestapo nie znalazło. Choć to nazwisko to piętno.

To jak żyć z takim piętnem?

– Człowiek stopniowo się hartuje, poza tym niewątpliwie wsparciem dla mnie byli ludzie, którzy znali ojca i dobrze o nim mówili. Kiedyś, jeszcze przed więzieniem, w niedziele czy w jakieś święta na śniadanie do nas przychodziło mnóstwo ludzi, siedziało się przy stole, rozmawiało. A potem nadal przychodzili – Krzemieniowie, Sztraserowie, Kuhlowie,

Ludzie z informacji wojskowej, czyli kumple ojca.

– Tak, ale ci ludzie się nie odwrócili od nas, mimo że wiem, że ich to dużo kosztowało.

Dziecko ma prawo sądzić swoich rodziców?

– Oczywiście, że ma prawo. Dziedzictwo to jest dobrodziejstwo inwentarza. Przyjmujesz to, co dobre, i przyjmujesz to, co złe. Moja odpowiedzialność w jakimś momencie się kończy. Dziecko nie odpowiada za grzechy rodziców, ale obciążenie jest. (…)

Jak to się stało, że wyjechałeś?

– Mama bardzo naciskała, bym wyjechał. Ale przede wszystkim wyjechałem za dziewczyną. Florka wyemigrowała z rodzicami dwa lata przede mną, w 1969 r. (…)

Rodzice nie wyjechali.

– Ojciec nie chciał wyjeżdżać. Powiedział, że jego moralnym obowiązkiem jest trwać. A poza tym uważał, że musi bronić swoich podkomendnych, bo po 1989 r. zaczęły się procesy, np. Adama Humera. Ojciec był wzywany na świadka.

A dlaczego chciał świadczyć na korzyść Humera i oskarżonych razem z nim śledczych z lat stalinowskich? Musiał wiedzieć, że dręczyli więźniów, byli oprawcami, niektórzy wręcz katami. Czego właściwie chciał bronić?

– Nie wszystkich bronił. Ale generalnie uważał, że to byli bardzo młodzi, niewykształceni ludzie, rzuceni do pracy w UB bez rozeznania, on czuł się za nich odpowiedzialny. Tak mówił: to jest moja odpowiedzialność moralna. I ta odpowiedzialność nie skończyła się w 1958 r., ona będzie do końca życia.

Ludzie z różnych względów przypisywali jemu, Różańskiemu i Romkowskiemu czyny, których oni nie popełnili. Jedyne, co mogę powiedzieć na ten temat, to to, że mój ojciec mówił, iż może bić się w piersi za swoje grzechy, ale nie za cudze. Bo przypisano mu dużo cudzych.

Chciałbyś procesu rehabilitacyjnego twojego ojca?

– Tak. Kiedy żył, to chciałem mu pomóc, a teraz to chciałbym wiedzieć. Negatywna legenda idzie za nim i w jakiś sposób działa przez cały czas na mnie. Dlaczego rozmawiam z tobą na ten temat? Bo pierwszy raz ktoś mnie pyta, co ja na ten temat uważam. Więc owszem, mogę powiedzieć, co uważam. Uważam, że to powinno być zbadane. Czy to zmieni cokolwiek, nawet jeśli się okaże, że on jest biały jak śnieg, a prawdopodobnie nie jest? On był oskarżany o wszystko między niebem a ziemią, o najgorsze rzeczy, a wyrok zawiera tylko część tych oskarżeń, ale one poszły w naród. I do dziś ludzie powszechnie wierzą, że był jednym z trzech największych oprawców.

A może pewne rzeczy są nie do obrony? Nie widzisz, jak jesteś stronniczy?

– Ja jestem chyba ostatnim broniącym mojego ojca. Mam prawo być i prawdopodobnie jestem stronniczy.

Fragment książki „My, dzieci komunistów”, która ukaże się jutro nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne. Złożyło się na nią siedem rozmów – z Agnieszką Holland, Aleksandrą Jasińską-Kanią (Bierutówną), Aleksandrem Smolarem, Włodzimierzem Grudzińskim, Andrzejem Titkowem, Ernestem Skalskim i Piotrem Fejginem. Spotkanie z autorką 12 marca w o godz. 19 w kawiarni Czytelnika przy Wiejskiej 12.

ZE WSTĘPU PROF. ANDRZEJA FRISZKEGO:
(…) Krystyna Naszkowska postanowiła porozmawiać z dziećmi dawnych komunistów o ich rodzinach, o relacjach z rodzicami, o tym, co przekazywali. Ale też zebrać opowieść o ich własnym życiu, pasjach, zaangażowaniach, relacji z otoczeniem. W tych rozmowach obecne jest też pytanie, czy dziedzictwo rodziców ma dla nich znaczenie, czy się do niego poczuwają, czy czują odpowiedzialność za ich czyny. Wśród rozmówców są ludzie różnych branż, zawodów, doświadczeń życiowych. Nikt nie był działaczem, ale większość nie była politycznie neutralna, należała do inteligencji zaangażowanej w polskie sprawy, aktywnej w polskim ruchu wolnościowym (…). Nie wszyscy rozmówcy Naszkowskiej się bliżej znają, większość ze sobą nigdy nie współpracowała, nawet w ruchu „Solidarności” działali na różnych polach, obszarach. Nie stanowią więc grupy, nie mają identycznych doświadczeń i poglądów, choć wszyscy lub prawie wszyscy w okresie walki „Solidarności” z dyktaturą partii ongiś komunistycznej byli po właściwej stronie, a wielu z nich świetnie z tego okresu pamiętamy.

Wydaje się, że jest to sytuacja częsta, jeśli nie typowa, wśród dzieci dawnych kreatorów ustroju o przedwojennych komunistycznych korzeniach. Komunistyczna wiara nie była dziedziczona i można się zastanawiać, dlaczego tak było. Odpowiedzi znajdujemy na łamach tej książki. Część rozmówców Naszkowskiej wyraźnie mówi, że rodzice nie próbowali ich indoktrynować, przekazać wiary w misję często dlatego, że sami tę wiarę tracili. Rozbieżność między mitem, w który kiedyś uwierzyli, a jego realizacją niepokoiła, budziła wątpliwości, często więc unikali dyskusji z krytycznymi wobec rzeczywistości dziećmi. Ale też trzeba zauważyć, że część rozmówców Naszkowskiej swoich rodziców mało znała, zmarli, gdy byli dziećmi lub podrostkami. Wtedy musieli sobie radzić z mitem rodzica, z opinią o nim. Inni mieli szansę dyskusji i szukania zrozumienia, jak Titkow czy Piotr Fejgin. Sytuacja Fejgina była wyjątkowo trudna, gdyż ojciec, dyrektor strasznego X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, oskarżony o znęcanie się nad więźniami, został w 1957 r. skazany na wieloletnie więzienie. W dalszych latach jego nazwisko powracało w różnych okolicznościach jako uosobienie zła i bezprawia. Pułkownik Fejgin nie pogodził się ze swoją winą i po wyjściu z więzienia to niepogodzenie przekazywał synowi, składając odpowiedzialność na innych, marząc o rehabilitacyjnym procesie. Piotr Fejgin, od 1968 r. na emigracji, nadal nie jest pogodzony z problemem win ojca, one mocno wpłynęły na jego życie, co ujawnia w rozmowie. (…)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


WHO TAKES RESPONSIBILITY FOR THE COUNTRY DURING WAR?

WHO TAKES RESPONSIBILITY FOR THE COUNTRY DURING WAR?

TZVI JOFFRE


A former senior official said, “The IDF cannot worry about distributing food to citizens when rockets are falling in Tel Aviv or distribute money to ATMs around the country.”

Maj.Gen.(Res.) Yitzhak Brick in National Criticsm Committee, December 12th, 2018.. (photo credit: MARC ISRAEL SELLEM)

Former IDF ombudsman Maj.-Gen. (res.) Yitzhak Brick has written a report criticizing the readiness of IDF Ground Forces, Walla News has reported. Brick also said there are gaps in readiness of the Home Front Command, the report said, adding that behind the scenes, there is a raging argument between the IDF and the National Emergency Management Authority (NEMA) concerning responsibility over management of the economy during war.

“We’re talking about nothing less than a scandal,” Brick was quoted as saying. “It’s unlikely that the IDF will manage the civilian economy in war. The IDF cannot worry about distributing food to citizens when rockets are falling in Tel Aviv or distribute money to ATMs around the country. The IDF cannot tell the Electric Corporation to save reserves or times of emergency.”

The head of NEMA, Brig.-Gen. Zev Tzuk-Ram, recently wrote to chief of staff Lt.-Gen. Aviv Kochavi about responsibility and readiness for the civilian economy in wartime.

In it, he noted that former defense minister Avigdor Liberman appointed a committee headed by Maj.-Gen. Avi Mizrachi to investigate cooperation between NEMA and the IDF Home Front Command. NEMA was then defined as the authority which would receive “chief responsibility” for evaluations and preparation of the home front.

In May 2018, the “Mizrachi Committee” presented its recommendations. The Home Front Command was designated as the operative body for saving lives, while NEMA was given full responsibility for: preparing government offices for emergency situations; functional continuity of the economy; determining policy for the assessment and preparation of the home front; and acting on these policies in emergency situations.

The committee also determined that NEMA would be responsible for the strategy needed to implement these policies, and prioritizing between the IDF and civilian infrastructure in support of the war effort.

The Mizrachi Committee recommended that the Home Front Command prepare and operate the infrastructure of the civilian economy in regional councils and with local authorities. That recommendation was accepted by Liberman.

However, the letter submitted to the chief of staff said, “The process which the Defense Ministry requests isn’t legal, and contradicts the order of government and law, and the military establishment does not need to engage in the civilian economy.”

In the letter, Tzuk-Ram said the head of the IDF’s Logistical Division told him there was no direction or planning procedure by which the IDF can assist the civilian authority in wartime. 

“Is the IDF the one that needs to engage in these issues during wartime?” Tzuk-Ram wrote. “In my professional opinion, no! According to the definition of the defense minister, the Home Front Command’s objective is saving lives, and NEMA is responsible for the preparation and operation of government offices, as support in the continuity of the functioning of the economy. NEMA establishes the public policies for assessment and preparation of the civilian establishment and sets priorities, including those of the Home Front Command.”

A similar letter was submitted to Attorney-General Maj.-Gen. Avichai Mandelblit. Sources in the defense establishment have claimed that details of the matter have been sent to the state comptroller.

Brick – who is familiar with the fundamental dispute over the legislation, and issues of authority and responsibility between NEMA and the IDF – said, “If the chief of staff Lt.-Gen. Aviv Kochavi sets up a fundamental and professional discussion on the subject, he’d understand after a minute that he isn’t prepared to be responsible for this.” 

Brick added that the defense establishment will wait for election results to see who is appointed public security minister, and whether a decision will be made to transfer responsibility of NEMA and the Home Front Command to that person from the Defense Ministry and the IDF.

An IDF spokesperson said, “The subject is being discussed by the former defense minister and has not yet come to the chief of staff’s desk. And like another series of issues related to the implementation of the work plan of 2019, [it] will be discussed soon.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

The Spielberg Jewish Film Archive – The Illegals

The Spielberg Jewish Film Archive – The Illegals

Hebrew University of Jerusalem   Hebrew University of Jerusalem




Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kobiety żelaznego Feliksa

Kobiety żelaznego Feliksa

Sebastian Duda


W 1905 r. Feliks Dzierżyński zakochał się na zabój w Sabinie Feinstein, warszawiance z zasymilowanej rodziny żydowskiej. Ale równocześnie płomiennym uczuciem zapałała do niego jej młodsza siostra Michalina. Niestety, bez wzajemności, więc zrozpaczona dziewczyna zażyła cyjanek. Za Dzierżyńskim, który w partii nazywany bywał Apollem, rewolucjonistki szalały.

W latach 50. i 60. ubiegłego wieku do kościoła Sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu często zachodziła staruszka o imieniu Aldona. Wstępowała do zakrystii, by zamówić mszę za duszę dawno zmarłego brata. Trochę mitygowała się przed księdzem Bronisławem Bozowskim – znanym duszpasterzem warszawskich chuliganów i wszelkiej maści heretyków: – Proszę księdza, z niego był drań skończony – mówiła. – Ale może miłosierny Bóg sprawił jednak, że siedzi w czyśćcu, a nie w piekle. Proszę o tę mszę, to pewnie dla niego jedyna już dziś pomoc. 

Ksiądz Bozowski się zgadzał, choć wiedział, że po odczytaniu intencji mszy w kościele z pewnością nastąpi poruszenie. Chodziło bowiem o śp. Feliksa Dzierżyńskiego, “czerwonego kata Rosji“, twórcę Czeka (Wszechrosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej do walki z Kontrrewolucją i Sabotażem), czyli powstałej tuż po przejęciu władzy przez bolszewików najkrwawszej w historii policji politycznej. 

Wydawałoby się, że Żelazny Feliks nie miał nic wspólnego z religią, tymczasem Aldona doskonale wiedziała, że jego wiara w rewolucję mocno wiązała się z dość szczególnie pojmowanym chrześcijaństwem. Był na swój sposób religijny, co wynikało z jego egzaltowanej uczuciowości, a ta najsilniej dochodziła do głosu w relacjach z kobietami. 

Aldona przez wiele lat była dla młodszego brata powiernicą. Opowiadał jej o swych ideowych i uczuciowych rozterkach, których od dzieciństwa było niemało. 

Szkolne amory Felisia

Urodzony w 1877 r. Feliks już w wieku pięciu lat stracił ojca. Przypominano mu nieraz, że imię zawdzięcza temu, że szczęśliwie się urodził ( felix to po łacinie szczęśliwy) – dzień przed porodem matka spadła ze schodów i mały Feliś, jak nazywali go bliscy, mocno się poturbował. Wzrastał na dworze w Dzierżynowie na Wileńszczyźnie wśród gromadki rodzeństwa. Jak wspominała Aldona, był “posłuszny, pilny, delikatny i zdolny”, i tak żarliwie pobożny, że rodzina widziała w nim kandydata do seminarium duchownego. 

Podczas nauki w wileńskim gimnazjum mieszczącym się w murach dawnego uniwersytetu (w 1885 r. ukończył je też Józef Piłsudski) młody Dzierżyński wstąpił do Kółka Serca Jezusowego, którego członkowie przysięgali walczyć z caratem w imię niepodległości i Boga. Ksiądz Jasiński, gimnazjalny katecheta, odradził jednak Feliksowi wybór kapłańskiej profesji. Chłopak był przystojny, wciąż uganiały się za nim dziewczęta ze szkoły żeńskiej, które posyłały mu miłosne liściki. Niewiele sobie z tego robił, ale szkolne amory nie uszły uwagi księdza prefekta – znajdował on w swych kaloszach karteluszki z afektowanymi wyznaniami, które do niedoszłego kleryka z Dzierżynowa słała pewna Zosia. Księżowskie kalosze służyły bowiem za skrzynkę pocztową dla obojga, bo ksiądz wykładał zarówno w męskim, jak i w żeńskim gimnazjum. 

Rewolucjonista w Kółku Serca Jezusowego

Pod koniec 1894 r. Feliks już wiedział, że do seminarium nigdy nie wstąpi. Szef Kółka Serca Jezusowego Romuald Malecki zaczął bowiem sympatyzować z socjalistami i pociągnął za sobą swych gimnazjalnych kolegów. W 1922 r. Dzierżyński zwierzył się litewskiemu komuniście Mickevieiusowi-Kapsukasowi: Kiedy byłem w szóstej klasie gimnazjum, zaszedł przełom (…), cały rok nosiłem się z tym, że Boga nie ma, i wszystkim to gorąco udowadniałem. 

Ta radykalna przemiana duchowa zbiegła się w czasie z ciężką chorobą matki. Pod koniec 1894 r. Helenę Dzierżyńską zaczęły nękać bóle i zawroty głowy, a wkrótce doszły ataki furii i wizje religijne. Czy Feliks wyparł się Boga, gdy uznał, że nie ma szans na wyzdrowienie matki, a jej choroba ma związek z wiarą? Zdaniem Sylwii Frołow, autorki biografii Dzierżyńskiego, wydaje się to prawdopodobne. Helena Dzierżyńska zmarła 14 stycznia 1896 r., a wkrótce potem Feliks porzucił naukę w wileńskim gimnazjum i został zawodowym rewolucjonistą, i to nie spod znaku PPS, lecz warszawskich esdeków, czyli członków Socjaldemokracji Królestwa Polskiego, którzy wyrzekali się “polskich mrzonek patriotycznych” na rzecz internacjonalizmu światowej klasy robotniczej. 

Apollo, który bał się kobiet

Między 1897 a 1912 r. Dzierżyński był sześciokrotnie aresztowany. Trzy razy został skazany na zesłanie w głąb Rosji, skąd za każdym razem udawało mu się zbiec. Ciągłe pobyty za kratami nie przeszkadzały jednak młodemu rewolucjoniście prowadzić intensywnego życia miłosnego. 

Jak zanotowali carscy policmajstrzy, Feliks miał dwie arszyny i trzy ósme wierszka wzrostu, tj. ok. 175 cm. Na swoje czasy był wysoki, a uwagę kobiet zwracała jego jasnoruda, bujna czupryna i piękny, wydatny nos. Przez lata – właściwie aż do 1917 r. – starał się też nosić elegancko. Nie bez powodu w partii nazywany był czasem Apollem, a rewolucjonistki za nim szalały. Jednak miał trudności z wchodzeniem w głębsze emocjonalne związki z kobietami. 

W 1898 r. Dzierżyński zadurzył się podczas swego pobytu na zesłaniu w starszej o cztery lata Rosjance Margaricie Nikołajewej. Imponowała mu. Jako studentka wyższych kursów żeńskich w Petersburgu została członkinią tajnych kółek, wydawała i kolportowała nielegalne pisma, za co została skazana na pobyt w Nolińsku. Feliks również bardzo się jej spodobał. 

W tamtych czasach Polacy cieszyli się u Rosjanek opinią niezwykle gorących kochanków, ale młody Dzierżyński w kwestii miłości fizycznej miał akurat wiele skrupułów. W intymnym dzienniku prowadzonym na zesłaniu pod datą 1 grudnia 1898 r. napisał o Margaricie: Jaka szkoda, że ona nie jest mężczyzną. Wówczas moglibyśmy być przyjaciółmi. (…) Kobiet, szczerze powiedziawszy, się boję. Boję się, że przyjaźń z kobietą musi prędzej czy później przemienić się w zwierzęce uczucie.

“Sprawa” ważniejsza od miłości

Romans nie był łatwy dla obojga, i to nie tylko z powodu powściągliwości seksualnej kochanka. Feliksa wkrótce przeniesiono bowiem z Nolińska do innej miejscowości i dopiero tam zdał sobie sprawę, jak Margarita stała się mu bliska. Kocham Panią tak mocno, jak tylko potrafię – pisał 2 stycznia 1899 r. – i jak nigdy nikogo w życiu nie kochałem. Na Pani skupiły się wszystkie moje uczucia, o których nie miałem wcześniej pojęcia, bo tak byłem zajęty sprawą, a wtedy nie ma czasu na rozpatrywanie uczuć. (…) Sprawę stawiamy przecież ponad siebie, nawet jeśli w walce któreś z nas wcześniej miałoby zginąć. Wówczas drugie z jeszcze większą siłą przystąpi do dalszej walki

Kobiet, szczerze powiedziawszy, się boję. Boję się, że przyjaźń z kobietą musi prędzej czy później przemienić się w zwierzęce uczucie
Dzierżyński proponował Margaricie wspólną walkę dla “sprawy”. Zakochana kobieta zaangażowała się więc jeszcze mocniej w działalność rewolucyjną, byle tylko być bliżej Feliksa. W czerwcu 1899 r. dostała pozwolenie na wyjazd i odwiedziny u ukochanego, który jednak przyjął ją z rezerwą. Nosił się już pewnie z zamiarem ucieczki, o czym zapewne nie chciał Margaricie wspominać (zbiegł 28 sierpnia 1898 r.). Pogrążona w rozpaczy kobieta nie miała żadnej wiadomości od kochanka przez następne dwa lata. 

Po zdobyciu jego warszawskiego adresu napisała list, zapewniając, że jej uczucia do niego nie wygasły. Ale on – po kolejnym już aresztowaniu – odpisał oschle i po raz ostatni z więzienia w Siedlcach 27 listopada 1901 r.:Sądzę, Pani zrozumie, że lepiej dla nas będzie nie pisać do siebie, bo to tylko okaże się rozdrapywaniem ran. (…) Jestem włóczęgą, a z włóczęgą żyć to napytać sobie biedy

Margarita Nikołajewa wszystkie listy od Feliksa przechowywała w szkatułce aż do śmierci w 1954 r. Potem trafiły one do Archiwum Państwowego w Moskwie. Jednak dopiero w 2007 r. wydała je rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa, następczyni Czeka i KGB, pod tytułem “Kocham Panią”. Publikacja egzaltowanych wyznań pierwszego szefa bolszewickiej bezpieki wywołała w Rosji sensację. 

Jestem chrześcijaninem!

Widziałem się olbrzymem, nawet porównywałem do Chrystusa i wydawało mi się, że mogę ogarnąć ludzkie cierpienia, cierpieć za innych i odkupić ludzkość – pisał Feliks w jednym z listów do Margarity. Odniesienie do Chrystusa nie było jedynie pustym literackim ornamentem. W 1951 r. władze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej poprosiły siostrę Dzierżyńskiego o wypożyczenie na wystawę rękopisów Feliksa. Znaleziono wśród nich list, który Dzierżyński wysłał z siedleckiego więzienia do Aldony i jej męża Gedymina Bułhaka w październiku 1901 r. Komunistyczne władze nigdy się nie zdecydowały na jego publikację. 

Sądzicie, że stałem się znowu katolikiem – pisał przyszły założyciel bolszewickiej bezpieki. Nie! Nim ja nie jestem! Ja jestem tylko chrześcijaninem, ja wierzę tylko w naukę Chrystusa, w Jego Ewangelię, w miłość Jego niezmierzoną ku ludziom nieszczęśliwym . Ja wierzę, że (…) Jego chwalić można tylko w czynach, prawdzie i duchu, że Jego wyznawcą być można dziś tylko, będąc prześladowanym za miłość ku swym bliźnim i oddając za nich i za siebie zarazem swą duszę i ciało; ja wierzę, że Bóg Chrystus to Miłość. Innego Boga oprócz Niego nie mam

Takie wyznanie wiary człowieka, który w stalinowskiej Polsce był uznany za ikonę idei komunistycznej, nie mogło zostać ujawnione. A Dzierżyński w liście do Bułhaków pomieścił jeszcze więcej: Ja, jakim przedtem byłem, takim i teraz jestem , (…) jak przedtem zamieszkiwał we mnie Chrystus, chociaż nie wiedziałem o tym, tak i teraz mieszka i wiem o tym; jak przedtem nienawidziłem zła, tak i teraz go nienawidzę, jako szatana; jak przedtem dążyłem ku temu, aby nie było niesprawiedliwości, przestępstwa, pijaństwa, rozpusty, zbytków, rozkoszy, uciech diabelskich, domów publicznych, w których ludzie sprzedają albo swe ciało, albo swą duszę, albo to i drugie razem, ucisku, walki, wojen bratobójczych, nienawiści plemiennych, tak i teraz dążę ku temu całą siłą swej duszy (…). Tak! ja jestem chrześcijaninem, ja chcę nim być strasznie i maluczko tylko potrafiłem nim być! Ja chciałbym objąć całą ludzkość swą miłością, ogrzać ją i zmyć ją z brudów; chciałbym tak kochać ją jak Chrystus ukochał (…). 

Nie znaczy to, że rewolucjonista wrócił do dziecięcych marzeń o byciu księdzem. Dla radykalnych socjalistów z przełomu XIX i XX w. Chrystus był uosobieniem idei powszechnej sprawiedliwości. Aldona prawdopodobnie jednak do końca wierzyła, że jej brat, choć wyrzekł się katolicyzmu, nigdy nie przestał być człowiekiem religijnym. 

W liście z siedleckiego więzienia zwraca uwagę mocne potępienie “uciech diabelskich” i “domów publicznych”. Sylwia Frołow sugeruje, że Dzierżyński miał tak wielką obawę przed kontaktami seksualnymi (o czym świadczy też korespondencja z Margaritą), że dużo lepiej czuł się w związkach platonicznych, w roli kochanka korespondencyjnego. Nie ulega jednak wątpliwości, że złamał serca wielu kobiet. 

“Ja palę namiętność swą!”

Gdy w 1901 r. Margarita słała Feliksowi rozpaczliwe listy, związany był już z inną kobietą – znajomą z czasów wileńskich Julią Goldman. Chciała nawet jechać z nim na zesłanie, ale zachorowała na gruźlicę. Zamiast na Syberię udała się więc na kurację do Włoch, skąd wciąż z Dzierżyńskim korespondowała. A gdy w 1904 r. pojechała do sanatorium w Szwajcarii, Feliks kilkakrotnie ją odwiedzał, był przy jej agonii. Jula umarła 4 VI, nie mogłem odejść od jej łoża dniem i nocą. Męczyła się okropnie. Cały tydzień umierała, zachowując aż do ostatniej chwili świadomość – pisał 16 czerwca 1904 r. do Aldony. 

W następnym roku wybucha rewolucja w Rosji i Królestwie Polskim, w której towarzysz “Józef” (takiego pseudonimu Dzierżyński wówczas używał) wziął aktywny udział. 1 maja 1905 r. stanął na czele pochodu robotniczego w Warszawie, podczas którego od kul carskich żołnierzy zginęło 25 osób, a 20 zostało rannych. Działalność rewolucyjna nie pochłonęła jednak “Józefa” całkowicie, wczesną wiosną 1905 r. zakochał się na zabój w Sabinie Feinstein – o dwa lata starszej, świetnie wykształconej (władała kilkoma językami) warszawiance z zasymilowanej rodziny żydowskiej. W domu jej rodziców zbierały się elity artystyczne i czołowi socjaldemokraci, m.in. Róża Luksemburg, Julian Marchlewski i Feliks Dzierżyński. 

Rozmowa z Timothym Snyderem: Do Polski przez naród czy przez rewolucję?
24 marca 1905 r. w liście do Sabiny w charakterystycznym młodopolskim stylu towarzysz “Józef” pisał: Ja palę namiętność swą – pożądanie swoje palę, bo gdybym nie palił – nie spalił jej – zgubiłaby mnie – zabiła. Muszę palić i spalić muszę – nie ma dla niej wyjścia. Jest wyjście – lecz albo wstrętne – ohydne swym fałszem, swym kłamstwem – i albo zabiłoby uczucie samo – albo – jeśli wybrać drugie wyjście niemożliwe dziś do uskutecznienia. Mówię teraz o farsie. Tak, to “farsą” by było – gorzej nawet. Ale teraz – niemożliwe, zupełnie niemożliwe. Lecz kocham – mocno, bezgranicznie kocham. (…) Dusza moja ratuje samą siebie i wyjście znajduje w tych wybuchach i nastrojach mistycznych, w tych uczuciach rzewnych jak dla dziecka ukochanego, najdroższego – dla Ciebie

“Farsa”, o której mowa w liście, to związek małżeński. Esdecki Apollo pałał miłością do 30-latki (wedle ówczesnych kryteriów starej panny), ale wolał tę namiętność raczej spalić, niż zamknąć ją w formalnym związku. 

A jeśli będzie bachor?

W latach 1905-13 r. Feliks i Sabina wymienili mnóstwo listów. Dzierżyński dużo czasu spędził wtedy za kratkami, ale w chwilach wolności nie był (mimo wyrzutów, które sobie czyni) dla Sabiny jedynie platonicznym kochankiem. Kobieta bała się jednak, że zajdzie w ciążę i zostanie z nieślubnym dzieckiem, ale on nie bardzo się tym przejmował. I znów mnie porwał [w ramiona] – odetchnąć nie mogłam – wspominała jedną ze schadzek. – Jedyna Ty moja, a jeśli będzie bachor? – Bachor? – zapytałam. – A więc nie chcesz mu dać nazwiska? Tak brzydko mówisz o dziecku, które będzie naszym, które kochać będziemy

Związek skomplikował się jeszcze bardziej, gdy w Feliksie zadurzyła się młodsza siostra Sabiny Michalina (Micia), także aktywistka SDKPiL. W 1905 r., umykając przed żandarmami, wyskoczyła przez okno i złamała nogę. Kulała do końca życia. Chorowała też na gruźlicę. Dzierżyński nie zwracał uwagi na jej afekty, Micia kochała go bez wzajemności, zdając sobie sprawę z jego uczuć względem siostry. 14 października 1909 r. zrozpaczona popełniła samobójstwo, zażywając cyjanek. Nie męcz się. Żyj spokojnie, bo nie chcę, by myśl o mnie zatruwała (…). To moja prośba, wielka prośba. Zrób J. [towarzysza “Józefa”] szczęśliwym, bądź nią sama. Żegnaj, całuję, droga, droga – napisała w liście pożegnalnym do Sabiny. 

Na przełomie 1909 i 1910 r. Dzierżyński kilkakrotnie proponował Sabinie małżeństwo. Od marca 1910 r. czekał na nią w Krakowie, ale ona, wciąż chyba mając wątpliwości, nie przyjeżdżała. I wtedy w jego życiu pojawiła się inna warszawianka. 

Rewolucjonista przed ołtarzem

Zofia Muszkat podobnie jak Sabina pochodziła z zasymilowanej rodziny żydowskiej. Po skończeniu w 1900 r. gimnazjum przez dwa lata uczęszczała do konserwatorium. Udzielała lekcji gry na fortepianie, jednocześnie działając w SDKPiL. Po wygnaniu jej przez władze carskie za granicę zamieszkała w Krakowie. W ciągu kilku wiosennych i letnich miesięcy 1910 r. połączył ją tam namiętny związek z Dzierżyńskim. W sierpniu wzięli tzw. ślub partyjny. Wstali na zebraniu i oświadczyli, że chcą być razem, deklarację przyjęto gromkimi brawami. Pod koniec miesiąca wyjechali do Zakopanego, a 7 września Sabina napisała z Warszawy do Feliksa dwa zdania: Powiedziano mi, że Pan się ożenił. Czekam na odpowiedź: czy to prawda

Dzierżyński odpisał 25 września. Próbując się usprawiedliwiać, jednocześnie atakował: Pani mnie nie kochała. Były minuty, chwile i była moja miłość. (…) Nie planowałem, nie rozumowałem – przyszło samo i przyjść musiało – jako konieczność – mus mój . (…) Ja się nie usprawiedliwiam – ja nie żałuję – ja, pisząc to, nie zdradzam swej żony

W październiku okazało się, że Zofia jest w ciąży, zdecydowali się wtedy – oboje zdeklarowani ateiści, choć on przecież “wierzący w Chrystusa” – na ślub kościelny. Zawarli go 10 listopada 1910 r. w kościele św. Mikołaja przy ul. Kopernika w Krakowie. Po uroczystości Feliks wysłał świeżo poślubioną małżonkę z materiałami partyjnymi do Warszawy, gdzie w grudniu aresztowała ją carska policja. W więzieniu urodziła chłopczyka, któremu dała imię Jan. Z mężem nie widziała się przez kolejnych osiem lat. 

Cierpienia Feliksa

Po wyjeździe żony Dzierżyński znów zaczął intensywnie korespondować z Sabiną. Zdradziłem Ciebie – tamtą pokochałem – i tamta da mi dziecko, którego tak pragnąłem (…), czy nie zrozumiesz nigdy, jak bardzo mnie dręczy myśl o matce dziecka mego, krzywdy jej wyrządzonej? Podeszła do mnie pierwsza – to prawda. Niby dziewkę wziąłem ją bez miłości… Lecz ona przebaczyła, gdy jej napisałem prawdę – pisał. Jej reakcją na słowa kochanka, który dopuścił się zdrady, były słowa zapisane w intymnym dzienniku: Boisz się, bym Cię nie posądziła o zdradę ” legalnej”, kochanej żony. Mnie wolno było zdradzić

Gdy jednak Sabina doniosła w 1911 r. Dzierżyńskiemu, że rozważa małżeństwo z partyjnym kolegą Kubą Haneckim, Feliks wpadł w szał: Ach tak , więc można być czyjąś żoną bez miłości – nie kochając? (…) Nienawidzę Pani – słyszy Pani – nienawidzę, jak kiedyś bezgranicznie kochałem

Ostatni list do Dzierżyńskiego wysłała Sabina do X Pawilonu Cytadeli w Warszawie 30 lipca 1914 r., gdzie był wtedy więziony. Nigdy nie dotarł do adresata, ale pogrążona w miłosnej rozpaczy Sabina pisała: Wielka wina moja – i grzech wielki. Zrozumiałam – za późno… I płacę (…) życiem moim całym

Sabina nigdy już nie związała się z żadnym mężczyzną. Zmarła w Warszawie w 1964 r. w wieku 89 lat. Kazała się pochować z pierścionkiem matki Feliksa, który przed laty jej podarował. 

Róża ponad wszystkie

Gdy w niedzielę 1 lutego 1919 r. Dzierżyński sprowadził wreszcie legalną żonę i syna do dwupokojowego mieszkania na Kremlu, po powitaniu natychmiast poszedł do pracy na Wielką Łubiankę. Zofia rzadko widywała męża aż do jego śmierci w 1926 r. W gabinecie Dzierżyńskiego znajdował się portret tylko jednej kobiety – Róży Luksemburg. 

Nigdy jednak nie wyrzekł się związków z rodziną z Dzierżynowa, wciąż korespondował z Aldoną, mimo że nie akceptowała jego ideologicznych wyborów, a jej syn Antoni Bułhak został nawet adiutantem Piłsudskiego.Gdybyś widziała, jak żyję, gdybyś mi w oczy zajrzała – zrozumiałabyś, raczej odczułabyś – że pozostałem tym samym co dawniej – pisał Feliks do siostry 15 kwietnia 1919 r. Aldona chyba wierzyła w szczerość jego intencji.

W czasach stalinowskich udało jej się uzyskać ułaskawienie u Bieruta dla kilku skazanych, m.in. Władysława Siły-Nowickiego. Potęga nazwiska Dzierżyńskiego sprawiała, że komuniści przymykali oko na to, że starsza pani daje na mszę za duszę brata. Zmarła w 1966 r. 


Korzystałem m.in. z książki Sylwii Frołow “Dzierżyński. Miłość i rewolucja”, Kraków 2014 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ISRAEL STRIKES 100 GAZA TARGETS AFTER HAMAS AIMS ROCKETS AT TEL AVIV

ISRAEL STRIKES 100 GAZA TARGETS AFTER HAMAS AIMS ROCKETS AT TEL AVIV

MAAYAN JAFFE-HOFFMAN


Underground rocket production site. (photo credit: IDF)

IDF fighter jets and combat helicopters attacked around 100 Hamas terrorist targets throughout the Gaza Strip in the predawn hours of Friday, in retaliation to the launching of two rockets at Tel Aviv the night before.

According to the IDF, one of the targets was the Hamas headquarters in the Rimal neighborhood in central Gaza City which the military said was responsible for directing Hamas terrorist operatives in the West Bank. The headquarters, the IDF said, was from where Hamas helped facilitate – with logistic and financial assistance – terrorist operations in the West Bank.

Another target, the IDF said, was Hamas’s main rocket production facility. This was an underground site which Hamas used to independently manufacture sophisticated rockets in the Gaza Strip.

In addition, several military compounds were attacked, including a Hamas naval force post that the IDF said was also used to manufacture weapons. Outposts and a number of underground infrastructures were likewise attacked.

“The IDF views with great severity any attempt to harm Israeli civilians and will continue to act vigorously against these terrorist acts,” the IDF spokesperson said.

The Israeli Air Force began striking targets in Gaza overnight Friday in retaliation for  two rockets that had been fired at Tel Aviv  Thursday night. This was the first such attack since the 2014 war.

Palestinian sources told international media outlets that the attacks were taking place in the southern Gaza Strip and focused on Hamas targets in Rafah and Khan Yunis.

The army confirmed that it was Hamas that launched the rockets at the center of the country. Though, according to Palestinian sources, the IDF struck several Islamic Jihad targets, as well.

“Hamas carried out the rocket fire against Tel Aviv yesterday evening,” said Lieutenant-Colonel Avichay Adraee, the IDF spokesman for the Arabic language media.

Hamas denied involvement, saying the launches took place as its leaders met Egyptian delegates about efforts to secure a long-term ceasefire with Israel.

A red alert was heard in the Eshkol Regional Council at around the same time that the overnight airs strikes began. A second red alert was activated in the Sha’ar HaNegev Regional Council and Sdot Negev Regional Council soon after. The Iron Dome defense system intercepted one of the rockets.

Many more red alerts sounded Friday morning as rockets were aimed at the Sha’ar HaNegev Regional Council, Ashkelon beach and Sderot. The Iron Dome intercepted some of the rockets. There were no reported casualties.

There was no immediate word of casualties in the air strikes that hit the Gaza buildings either. Further, it was reported that those buildings had been used by the dominant Islamist group’s security forces, but that they had been evacuated as a precaution before the strikes.

Witnesses said powerful explosions from the air strikes rocked buildings in Gaza and lit the skies over targeted sites.
The Israeli military said it was targeting “terror sites” in Gaza.

On Palestinian social media, residents of Gaza were posting sarcastic comments, such as, “Welcome to the morning of the boom.”

Late Thursday, Prime Minister Benjamin Netanyahu convened an emergency meeting of the security cabinet at the Kiriya in Tel Aviv to discuss Israel’s response. Among those participating were Chief-of-Staff Lt.-Gen Aviv Kochavi, National Security Council head Meir Ben-Shabbat, Israel Security Agency (Shin Bet) head Nadav Argaman, and other senior security establishment officials.

Hours before, sirens howled in Tel Aviv, set off by what the military said were two incoming, longer-range rockets from Gaza.

That salvo caused no casualties or damage, missing built-up areas. But it rattled Israeli nerves ahead of an April 9 election in which Netanyahu is seeking a fifth term on the strength of his national security credentials.

According to the IDF, although the Iron Dome missile defense system was activated, but there were no interceptions as both rockets fell in open territory.

Several Israelis were treated for shock.

As the retaliation began, politicians and supporters from around the world reacted in support of Israel.

US Senator Ted Cruz (R-TX) slammed the Hamas terrorist group, for example, saying it is responsible for “unceasing attacks on Israeli civilians launched from the Gaza Strip.

“Our Israeli allies have an absolute right to self-defense, “ he said. “The United States should do whatever possible to bolster that defense.”

US special envoy to the Middle East Jason Greenblatt likewise blasted Hamas in a series of tweets.

“More attempted rockets from Gaza-reports say rockets fell short-inside Gaza,” he wrote. “Presumably all responsible countries/international orgs will condemn attacks/confirm Israel’s right to defend. Anything else is tone deaf – to Israelis, Palestinians & to peace. Time to wake up folks!”

He followed that tweet with another one, noting that “Hamas, PIJ and PFLP are all running for the hills (tunnels) denying responsibility for the rockets tonight. Separately, Hamas violently put down anti-Hamas demonstrations today in Gaza with live bullets, beatings and detentions. Hamas causes much suffering in Gaza!,” Greenblatt wrote.

The European Union’s Ambassador to Israel, Emanuele Giaufret, condemned the Hamas rocket attack on Tel Aviv.

“Following developments with grave concern,” he wrote on Twitter, adding that “targeting civilian areas [is] unacceptable.”

Despite the air strikes, Palestinians report they are planning to protest at the border fence on Friday.

Israeli media said Egypt will likely try to broker a ceasefire on Friday between Israel and Hamas.

Hagay Hacohen and Reuters contributed to this story.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com