Archive | May 2019

Dzieci Holocaustu.

Dzieci Holocaustu. Dobrze jest podać cyjanek, a źle wyrzucić przez okno?

Monika Tutak-Goll


Żydowskie dzieci uratowane przez Irenę Sendlerową (BE&W)

Alina nie chciała pójść ze swoją biologiczną matką. Wyznała mi: “Ona nie wybaczyła mi tego do końca życia”.

Patrycja Dołowy – ur. w 1978 r. w Bostonie, pisarka, artystka multimedialna, społeczniczka, autorka bloga „Widoczki: Pamięć miasta/Pamięć ciała”. W 2012 r. razem z Justyną Biernacką napisała książkę „Miasto oczami kobiet”. Współautorka książek „25 rozmów na 25-lecie” i „Przecież ich nie zostawię” oraz sztuk teatralnych, m.in. „The Hideout/Kryjówka”, „Matki”, „Dziady. Twierdza Brześć” i „Hindełe, siostra Sztukmistrza” (z Pawłem Passinim). Właśnie ukazała się jej najnowsza książka „Wrócę, gdy będziesz spała. Rozmowy z dziećmi Holocaustu”

Monika Tutak-Goll: Wszystko zaczęło się w tym ciemnym pokoju.

Patrycja Dołowy: Pewnego wieczoru, kiedy usypiałam dzieci. Nagle dotarło do mnie, że ta ciemność panuje też w mojej rodzinie. Że są historie, które nigdy nie ujrzały światła. Że w środku naszej rodziny jest ból, ale jak go wypuścisz na zewnątrz, to może stanie się mniejszy, i że to będzie jak masaż – dobry masaż musi przecież boleć, kiedy jesteś spięta, ale potem zaczynasz odczuwać ulgę. I tak jest z tymi historiami.

Co to były za historie?

– Wszystkie te, które opowiada się między wierszami.

Kiedy dzieci nie chciały jeść, to się słyszało: „Zjedz, gdybyś wiedziała, jak było w getcie!”, „Ubierz się cieplej, masz w co”.

Od małego wiedzieliśmy, że takich rzeczy nie wynosi się z domu na zewnątrz, że nie wolno. Bo to tylko takie nasze, rodzinne sprawy. Nie potrafiliśmy o nich rozmawiać. Dorastałam w przekonaniu, że to tylko taka nasza historia rodzinna i nie ma jej gdzie indziej.

Kiedy okazało się, że w innych rodzinach są podobne tajemnice, zaczęłam się zastanawiać: to gdzie jeszcze? Szłam warszawskimi ulicami i myślałam: skąd się wzięły pagórki na Muranowie? Z czego postawiono te budynki po wojnie? Skąd wzięli cegły?

Wyobrażam sobie, że pierwsze pokolenie nie mówiło o Holocauście, bo to była za duża trauma. Drugie nauczyło się, że nie należy o tym mówić. A trzecie to po prostu bezwiednie dostało.

Zaczęłam więc pytać i pewnego dnia ojciec przyniósł mi dyktafon. Ten moment zupełnie odmienił energię w moim domu.

Co na nim było?

– Jego opowieść: że babcia była w łódzkim getcie, potem w Auschwitz. Że babci było już wszystko jedno, kiedy szła w marszu śmierci, upadła, pomyślała: „Niech mnie już zabiją”, ale podszedł niemiecki strażnik, dał kawałek chleba i powiedział: „Ty musisz iść dalej, bo jeszcze parę dni – wy wygracie, my przegramy”. Babcia Donia podniosła się, postanowiły z siostrą bliźniaczką, że uciekną, ale osobno, każda innego dnia. Zupełnie przypadkowo spotkały się w opuszczonym domu, w dodatku w dniu swoich urodzin.

PATRYCJA DOŁOWY, UROCZYSTOŚĆ POSADZENIA DRZEWKA MIRABELKI NA MURANOWIE W WARSZAWIE FOT. FRANCISZEK MAZUR / AGENCJA GAZETA

Potem się dowiedziałam, że jedna z cioć straciła córkę w getcie. Nie wiem jak, może zmarła z głodu, może ją oderwano od matki, mogę tylko snuć wyobrażenia. Historia cioci Wandy była jedną z tych, o które się nie pyta. Tak samo jak o szwagierkę Wandy – Fanni.

Historie opowiadane w dzieciństwie to były historie dzielnych dziewczyn, brawurowych ucieczek, niesamowicie wymyślonych kryjówek. A potem, kiedy byłam dorosła, odkryłam, że była jakaś kuzynka Fanni, jej mąż Aleksander i ich mały synek Jurek. Wszyscy połknęli cyjanek. Jurek pewnie myślał, że mama daje mu lekarstwo.

Jak zareagowałaś na to nagranie od ojca?

– O tej ucieczce z Auschwitz coś tam słyszałam od babci, ale byłyśmy wtedy z siostrą małe, to brzmiało jak bajka, kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z grozy sytuacji.

Myślałam, że babcia jest jakąś superbohaterką, skądś uciekła, nie było w tym całej tej otoczki śmierci.

Odbierałam te historie zupełnie inaczej. Opowiadała nam na przykład o kostkach do gry, że w getcie z siostrą robiły kostki z kawałków chleba. Dla mnie to było oczywiste, no wiadomo, że lepiej mieć kostki do gry niż kawał suchego chleba. O co chodzi?

Dopiero jako dorosły człowiek zrozumiałam, jaki to był wybór – że mimo totalnego głodu wybrały resztki normalności. Bo były 17-letnimi dziewczynami i chciały zagrać w kości. Zapewne je później zjadły.

Miałam czego szukać. A zaczęłam, kiedy zostałam matką.

I wtedy zaczęły przychodzić do ciebie historie żydowskich matek?

– Nieustannie się pojawiały, dotyczyły nie tylko kobiet w mojej rodzinie. Zdałam sobie sprawę, że jestem w stanie przepracować wszystko – bycie w kryjówce, getto, Auschwitz, a historii tych matek nie jestem w stanie dotknąć, bo się boję.

Więc zrobiliście z Pawłem Passinim spektakl „Matki”.

– Zastanawialiśmy się, co te matki mogły czuć, jak myślały, co nimi kierowało, kiedy oddawały swoje dzieci. W samym środku toczących się historii była w naszym spektaklu trójka dzieci żydowskich uratowanych przez matki: Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, którego matka oddała polskiej matce i powiedziała: „Pani jest chrześcijanką, pani wierzy w Jezusa, więc niech pani w imię tego Żyda, w którego pani wierzy, uratuje moje dziecko. Gdy dorośnie, zostanie księdzem”.

I tak się stało.

– Potem Jakub porzucił kapłaństwo, pracuje teraz w Yad Vashem. W spektaklu jest też historia Inki Sobolewskiej-Pyz adoptowanej przez Polaków i Elżbiety Ficowskiej.

WARSZAWA, UL. KARMELICKA, LESZNO. TRAMWAJ Z GWIAZDĄ DAWIDA NA ULICY GETTA. NA ZDJĘCIU JEST MODEL Z 1907 R. FOT. ZE ZBIORÓW ŻYDOWSKIEGO INSTYTUTU HISTORYCZNEGO

Bieta – czyli Elżbieta Ficowska – miała pół roku, kiedy została uśpiona luminalem i przewieziona w skrzynce na aryjską stronę w wozie z cegłami. W skrzynce była łyżeczka z jej imieniem i datą urodzenia. Uratowała się dzięki Irenie Sendlerowej.

– O tym, że jest Żydówką, dowiedziała się od swojej polskiej matki, kiedy miała 17 lat. Gdy mówi „mama”, to myśli o tej jedynej, którą znała i kochała. Pierwszej nie widziała.

Przyjaciółka Sendlerowej, Anna, powiedziała mi, że ona marzyła o książce, która będzie opowiadała historie matek. Nie chciała książki o sobie, powtarzała, że to, co dzieje się wokół jej osoby, odrzuca ją, nie chce tego mitologizowania. A osoby, o których trzeba pisać, to matki. Te, które musiały ratować swoje dzieci, je oddać, i te, które dawały im nowy dom.

Pamiętam, jak spotkałam się z Aliną, jedną z bohaterek książki. Powiedziała mi: „Nic nie pamiętam. Miałam amputowane dzieciństwo”.

„Amputowane dzieciństwo”?

– Alina mówi, że nie ma nic, co mogłaby odtwarzać. Jej historia jest przejmująca: matka ukryła ją w klasztorze, a potem z klasztoru odebrała ją kuzynka. Matka była dla Aliny oschła i niedostępna, w czasie wojny skoncentrowała się na tym, by działać, zorganizować ratunek, nie było czasu na bliskość. Kuzynka dała jej ogromnie dużo bliskości. Ale nie powiedziała, że nie jest jej matką. Alina przebywała z kuzynką parę miesięcy do wyzwolenia, aż przyjechała jej mama, żeby ją zabrać, a ona powiedziała:

„Ty nie jesteś moją mamą, bo moja mama ma na imię Zosia”. Nie chciała z nią pójść. Alina mi wyznała: „Mama nie wybaczyła mi tego potem do końca życia”.

Pierwsze wspomnienie Inki z dzieciństwa to moment spotkania z drugimi rodzicami. Nie pamięta nic wcześniej. To jest właśnie amputowane dzieciństwo. Inka powiedziała mi: „Pamiętam poznanie z drugimi rodzicami, ale jak to brzmi? Przecież to nie byli »drudzy« rodzice, to byli po prostu moi rodzice!”.

To nie tylko opowieść o matkach, ale też o ludziach, którzy mieli dwa życia, dwie tożsamości.

– Niektórzy pierwszy raz opowiadali swoją historię z perspektywy dziecka. Mieliśmy do tej pory głównie męską narrację, kobiecą wypierano, a historia dzieci była w ogóle niesłyszalna. To trochę tak jak w hierarchii społecznej: „Dzieci, co tam dzieci! Co mają do powiedzenia”. I tak było z nimi, a to przecież ostatni świadkowie. Oni wcześniej nie mówili. A jak mówili, to słyszeli – tak jak Ola – „Na czym polega ta twoja trauma, przecież nic nie pamiętasz, byłaś cały czas ze swoją mamą, zmienili ci tylko nazwisko, wywieźli na wieś, nie wiedziałaś, że jesteś Żydówką – to co za problem, nic ci nie jest”.

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.

– To prawda. Dwuletnia Jadwiga została porzucona na wiejskiej drodze. Kiedy ją znaleziono, ciągle powtarzała: „Mama płakała, ciocia płakała”. Nic więcej.

Kiedy Jadwiga opowiadała ci tę historię, nie bała się, że jej matka będzie oceniana? Jako ta, która porzuciła dziecko?

– Ja się tego bałam. Że moi bohaterowie i bohaterki będą się źle czuli z powodu tego, co powiedzieli. Że matka, która zostawia dziecko na drodze albo pod chatą, która wyrzuca dziecko przez okno, będzie stawiana w opozycji do tej, która tego nie zrobiła.

Ale nie mamy prawa oceniać. Bo co ocenisz – to kontra to? Porównasz te historie? Powiesz, że dobrze jest podać cyjanek, a źle wyrzucić przez okno? Albo że niedobrze jest oddać dziecko obcym ludziom? Bieta mówi: „Jak ja byłam szczęśliwa z tą drugą mamą! Czuję wdzięczność do mojej mamy, że zdecydowała się mnie oddać na drugą stronę!”.

My musimy po prostu zrozumieć.

REPRODUKCJE FOTOGRAFII Z GETTA WARSZAWSKIEGO FOT. AGATA GRZYBOWSKA/AGENCJA GAZETA

Co się stało z Jadwigą, tą dwuletnią dziewczynką zostawioną na drodze?

– Wzięło ją polskie małżeństwo, dali jej dom. Ale nie układało im się, rozstali się. Dziewczynka została z matką, chociaż to ojciec kochał dziecko. Matka jej nie chciała. Zabrała ją prawdopodobnie po to, żeby zrobić na złość ojcu. Znęcała się nad nią. Mówiła: „Ty wstrętna Żydówo”. Potrafiła pakować jej tobołek w środku nocy i mówić: „Idź sobie, Żydów i tak nikt nie chce!”.

To rodzaj najgorszego odrzucenia. Jadwiga opowiadała, że przemoc fizyczna nie była tak straszna jak te wyzwiska, obelgi.

Kiedy Jadwiga podrosła, uciekła od matki. Dopiero na emeryturze pojechała w miejsce, w którym zostawili ją biologiczni rodzice. Weszła do domu, który pamiętała ze wspomnień – okazało się, że właśnie w nim mieszkał jej przybrany ojciec. Zmarł dwa miesiące wcześniej, nie zdążyli się spotkać. Całe życie jej szukał. Przepisał jej tę chatynkę. Okazało się też, że miał list z Izraela – Jadwigi szukała jej żydowska rodzina. Odnalazła ją całkiem niedawno. Ciocia, z którą rozmawiała, powiedziała jej: „Klarciu, kocham cię, przyjeżdżaj!”. Dzięki temu Jadwiga dowiedziała się, jak naprawdę miała na imię.

Katarzyna w twojej książce mówi: „Sieroctwo jest trudniejsze niż żydostwo”. Dzieci często mają żal: „Co dziecko obchodzi, że rodzic ratuje mu życie? Dziecko obchodzi, że rodzic je porzuca”.

– Katarzyna przez całe życie miała w głowie: „Matka uratowała mi życie. Krok po kroku opracowała scenariusz mojego przeżycia”. Matka Kasi nauczyła córkę, jak się schować i dokąd ma iść, gdy jej zabraknie. Dziewczynka trafiła do klasztoru, uratowała się. Kasia zdaje sobie jednak sprawę z tego, że wdzięczność nie wyklucza żalu – że matka nie uratowała też siebie, że pozwoliła, by dziecko było sierotą.

Irit buduje wdzięczność do rodziców, wyjeżdżając z kraju, zakładając szczęśliwą rodzinę w innym miejscu – dostała życie, więc je docenia.

Są tam historie kilkuzdaniowe: „Nic nie mam do powiedzenia o mojej matce, nic o niej nie wiem”.

– Bardzo chciałam przywrócić im ważność. Bo jest całe morze takich urwanych historii. Tam nie ma nic. To na przykład opowieść o chłopcu, który został wsadzony do pociągu i jeździł tak długo, aż ktoś go w końcu wziął. Nie wie o sobie nic.

Nie opowiadamy zwykle o tych historiach, bo są krótkie, bo brakuje narracji. A czemu ich nie opowiadać? To niesamowite przykłady uratowania.

Dramatem było porzucenie czy oddanie dziecka, ale jeszcze większym dramatem był czasem powrót biologicznej matki.

– Bo dzieci, które przywykły do matek polskich, nie chciały wracać z kobietami, których nie znały.

Jak Tosia.

– Matka przyszła po nią po wojnie, ale ona nie wierzyła, że to jej matka. W Izraelu opowiadała dzieciom, że została porwana, że Żydzi porywają dzieci polskim rodzicom, że Żydzi zabrali ją od matki i umieścili gdzieś w kibucu.

Podobnie mogła myśleć dziewczynka, o której opowiadała mi Bieta: kiedy matka zjawiła się po nią dwa lata po wojnie, dziecko nie chciało z nią pójść. Miało pięć lat. Kochało nową rodzinę, miało przybranego brata. Dziewczynka mówiła: „Mama, nie oddawajcie mnie tej kobiecie, dlaczego ja, oddajcie Andrzejka”. Tragedia, płacz, krzyki.

Czy to nie jest jeden z tych pierwotnych lęków dzieciństwa, że nagle przyjdzie ktoś obcy i powie, że cię zabiera od mamy?

Rozstać nie umiały się też polskie matki.

– To był ogromny dramat. Jedna mówi do matki żydowskiej, która przyszła po swoją córkę: „Zostaw mi ją, masz jeszcze jedną”. Ale nie ma wyjścia, musi oddać dziecko.

Lei nie chce też oddać pani Falkowska. Ojciec ocalał, wrócił po Auschwitz. Kobieta mówi mu, że chce adoptować dziewczynkę. Kiedy ojciec odmawia, Falkowska żąda wysokiej sumy – może z nadzieją, że ojciec nie będzie miał tych pieniędzy?

REPRODUKCJE FOTOGRAFII Z GETTA WARSZAWSKIEGO FOT. AGATA GRZYBOWSKA/AGENCJA GAZETA

Lea wcale nie chce iść z ojcem.

– Nie chce, bo on wygląda jak potwór, jest po Auschwitz, wychudzony, chodzi o kulach. Ale idzie, bo musi. W Izraelu ojciec porzuca córkę emocjonalnie. Gdyby nie ciocia, która dawała jej bliskość, czułość, nie miałaby tam nikogo. Dziewczynka zajmowała się ojcem jak opiekunka, on już nie mógł być dla niej ojcem, on już nie umiał sobie poradzić z życiem.

W tych relacjach bardzo często zastyga sytuacja z wojny – dzieci się dostosowują, bo mama dyktuje, co ma się wydarzyć, organizuje życie jak w kryjówce, a te dzieci muszą słuchać, by przeżyć.

Irena z Wrocławia mówi o relacjach z prawdziwą mamą, że były niezwykle silne, ale mama chciała o wszystkim decydować, że dopiero wtedy, gdy mama odeszła, Irena stała się odważna i energiczna. Wcześniej cały czas była tą małą dziewczynką.

Matka Anny próbowała ją utopić, kiedy miała pięć lat. Kazała jej wskoczyć ze sobą do rzeki, dziewczynkę i matkę cudem uratowali piaskarze. Jak Anna żyła z tą świadomością?

– Ona to zupełnie wyparła. Nie pamięta.

Jej matka uznała, że skoro piaskarze uratowali im życie, to ona musi żyć z wdzięczności dla nich. I od tamtej pory żyła bardzo dobrze i robiła wszystko, by siebie i tę córkę uratować. O tym wszystkim Anna dowiedziała się przypadkiem jako dorosła. Takie historie trudno unieść – matka próbowała cię zabić, a potem jest dla ciebie najlepszą mamą.

Podobnie nie do poniesienia jest historia Ireny. Jej przybrana matka była wcześniej jej nianią, kochała ją nad życie. Wbrew rodzinie zajęła się żydowską dziewczynką, ukryła u siebie. Dla brata i ojca Ireny znalazła kryjówkę gdzieś na wsi. Cieszyła się, że im pomogła. A w tej kryjówce jej bracia ich zamordowali. Co zrobić z taką historią?

Ty rozmawiałaś z ludźmi, którzy niosą taką odziedziczoną winę.

– Rozmawiałam z nimi przy okazji spektaklu „Kryjówka”, rozmawiałam, jeżdżąc po Polsce. Wiele razy. Mówili, czego nie zrobili, a co mogli zrobić, co złego wydarzyło się w ich miejscowościach, o małych pogromach. Potrzeba opowiadania była bardzo ważna, uwalniająca. Przestrzeń na takie rozmowy otwierała się coraz bardziej. Teraz się zamyka. Nie sądzę, by po tym, co na przykład stało się w Pruchniku, można było tak rozmawiać jak kiedyś.

Czemu?

– Przez ostatnie cztery lata zrobiliśmy ogromny krok wstecz. A to, co działo się w zeszłym roku wokół ustawy o IPN, miało ogromne konsekwencje, zwłaszcza dla tej zwykłej, subtelnej, tkanej roboty przywracania pamięci, dla historii ludzi, też tych z odziedziczonym poczuciem winy. Rozmawiałam z wieloma osobami, które lokalnie pracują z tymi historiami, i nie wiedziały, co zrobić. Czy te małe stowarzyszenia mają się zamknąć? Bo przecież nie mamy jak pytać, oni już nic nie powiedzą.

Stosunki Polska – Izrael nie są tu najważniejsze, najważniejsze jest to, co przez tę ustawę wydarzyło się właśnie między ludźmi.

Pojedyncze osoby, które chciały opowiadać o historiach w rodzinach, miasteczkach, już nie chcą. Bo albo będą uznawane za „zdrajców narodu”, albo za „kupionych przez Żydów”.

Takie sytuacje jak ta w Pruchniku już przydarzały się w Polsce. Wieszanie Judasza, tego typu performance’y odbywały się tu od zawsze. Cały problem polega na tym, że już nie ma tego wstydu, antysemickie bluzgi zostały bezpośrednio wypowiedziane. W Pruchniku ludzie mówili to, co słyszą w rządowych mediach: kiedy okładali kukłę Judasza pałkami, krzyczeli: „Za odszkodowania! Za kamienice”. W mowę nienawiści, którą słyszą, włożyli swoją siłę. I swoich dzieci, które też prały kukłę.

I co teraz? Co z tymi dziećmi?

– Praca. Ja znajduję pocieszenie w tym, co robią organizacje lokalne. A pracują z nauczycielami, z bibliotekarkami, rozmawiają z dziećmi, opowiadają. Z Forum Dialogu przyjeżdżają edukatorzy i pomagają pracować z tymi historiami miasta, które są nieopowiedziane. I tłumaczą: Żyd z pieniążkiem to antysemicki symbol, to okropny stereotyp Żyda inkasenta, który ma pieniądze i rządzi światem. W niektórych domach obraz Żyda z pieniążkiem wiesza się nawet do góry nogami – by mu te monety wypadały.

KSIĄŻKA PATRYCJI DOŁOWY ‘WRÓCĘ, GDY BĘDZIESZ SPAŁA. ROZMOWY Z DZIEĆMI HOLOCAUSTU’ MATERIAŁY PRASOWE

Co jeszcze trzeba tłumaczyć?

– Że nie mówimy „judzić”, „żydzić”, a jest to bardzo częste, powiedziała tak nawet znana aktorka w programie śniadaniowym. Wizjer w drzwiach niektórzy nazywają „judaszem” – bo zdradza, kto jest za drzwiami. To wszystko klisze, kalki, stereotypy, bardzo zakorzenione w języku. W niektórych redakcjach na błędy ciągle mówi się „żydki”, a Paweł Passini opowiadał mi kiedyś, że siedział w teatrze i usłyszał nagle: „Żyd! Żyd!”. Okazało się, że zrobiła się przerwa w kurtynie i o takim defekcie też się mówi „żyd”. Trzeba tłumaczyć, że nie wyzywamy od „płaczek żydowskich”, nie ściszamy głosu, gdy mówimy o Żydach, jakby samo słowo było obelgą.

To przyciszanie głosu jest bardzo znaczące – słowo „Żyd” traktowane jest jak brzydki wyraz.

Ktoś mi opowiadał, że dzieci w szkole wyzywały się „ty Żydzie”. Jak reaguje pani nauczycielka? „Dlaczego go tak brzydko wyzwałeś?!”. Nie próbowała tłumaczyć, spytać, co miałeś na myśli, nie powiedziała: „Nie traktuj tego jak wyzwiska”.

Oprawcą można być na poziomie słów. Trzeba zwracać na to uwagę, bo większości takich sformułowań używa się nieświadomie. W małych miasteczkach, do których jeździłam, mają już dużą wrażliwość na język. Bardzo uważają na słowa, mówią, że pozbywają się ich ze swojego słownika. Gdy rozbierze się to na czynniki pierwsze, widać, że często ci ludzie nie mają nic złego na myśli. Tylko trzeba z nimi rozmawiać, tłumaczyć, dlaczego mimo wszystko jest to złe.

W Pruchniku też?

– Wszędzie. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, co zrobi z tym władza i co zrobi opinia publiczna. Palenie kukły Żyda to stary, antysemicki zwyczaj, obrzydliwy, ale kiedy nie traktuje się go jak okazji do nakręcania nienawiści, to może tam przyjechać Forum Dialogu i próbować z tym pracować. Mamy możliwość rozmowy, znalezienia różnych metod na przepracowanie. Potępiamy, ale potem proponujemy, co z tym zrobić.

A teraz jest taka sytuacja: potępiają to media lewicowe, nie potępia rząd. Tym samym daje przyzwolenie. A jeśli ludzie w Pruchniku jeszcze słyszą, że po ich stronie stanął profesor, w tym wypadku prof. Żaryn, który mówi: „To tylko obrządek, nie wtrącajcie się do naszych katolickich zwyczajów”, to oni czują, że przecież nic złego nie zrobili, i się buntują: „Dlaczego nazywacie nas mordercami?!”.

Mimo to trzeba zacisnąć zęby i chociaż nie ma pieniędzy, jeździć i rozmawiać z tymi ludźmi. Bo samo potępianie tylko zaostrza konflikt. To trudna robota, ale wykonują ją aktywiści. Bo co, wszyscy teraz stąd uciekną i ostatni zgasi światło? Tak się nie da.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Agi Mishol …Nagrody im. Zbigniewa Herberta

Agi Mishol…Nagrody im. Zbigniewa Herberta

Stanisław Obirek


Może w gorączce bieżących wydarzeń medialnych i politycznych warto na moment wstrzymać emocje i przeczytać parę wierszy.

Okazją może być przyznanie siódmej już Nagrody im. naszego znakomitego poety Zbigniewa Herberta. Byłem na ceremonii jej przyznania 15 maja w Teatrze Polskim w Warszawie, stąd kilka słów na ten temat. Po pierwsze nigdy wcześniej o tej poetce nie słyszałem, a po drugie o wcześniejszych laureatach (poza polskim poetą Ryszardem Krynickim) nie miałem zielonego pojęcia. Myślę, że dzieje się to ze szkodą dla mojego rozumienia rzeczywistości, a zwłaszcza tego, co w niej najistotniejsze, czyli właśnie poezji.

W tej chwili można już przeczytać zarówno o Nagrodzie, jak i jej laureatach w powszechnie dostępnych źródłach, więc pozostawiam to zadanie zainteresowanym. Ja tylko wspomnę o motywach, które skłoniły jurorów do przyznania nagrody właśnie jej.

Tak więc dowiedziałem się, że Agi Miszol jest jedną z najbardziej znanych i cenionych poetyckich osobowości w Izraelu. Doceniają ją zarówno krytycy i jurorzy międzynarodowych nagród literackich, jak i szerokie grono czytelników z całego świata. A jedną z najbardziej błyskotliwych opinii na temat tej twórczości sformułował wybitny izraelski pisarz Amos Oz, przekonując, iż wiersze Miszol „potrafią w tym samym czasie opowiadać historie, śpiewać oraz tańczyć”, są też w stanie w tajemniczy sposób przezwyciężyć głęboki smutek radością. Być może poetka spełnia w ten sposób dziedzictwo swoich rodziców, wyznając, iż po ojcu odziedziczyła przede wszystkim intensywne poczucie humoru, podczas gdy znacznie głębsze emocjonalne porozumienie wiązało ją z matką, z jej smutkiem i depresjami.

Wspomnieć też wypada jej związki ze Zbigniewem Herbertem, którego poznała w roku 1991 w Jerozolimie, gdy odbierał tam Jerusalem Prize for the Freedom of the Individual in Society.Dziś sama ocenia: „kiedy czytam wiersze Herberta, Miłosza (we wspaniałych przekładach Davida Weinfelda) czy Szymborskiej, mam wrażenie, że są one hebrajską poezją”. O tych związkach z poezją polską mówiła też, dziękując za przyznaną jej nagrodę, którą oprócz statuetki oznacza wymierną korzyść finansową – 50 tysięcy dolarów.

nadesłał: Leon Rozenbaum
Pewnie planowane wydanie tomu jej poezji przez Wydawnictwo a5 włączy poezje w Agi Mishol do obiegu polskiej poezji, tym bardziej że od 15 lat przekłady Angeliki Adamczyk i Justyny Radczyńskiej czekały na taką właśnie okazję.

Adam Zagajewski, jeden z jurorów Nagrody słusznie powiedział, że narody polski i żydowski dzieli krew, ale łączy poezja. Nigdy te słowa nie brzmiały bardziej prawdziwie niż dziś, gdy politycy i eksperci od polityki historycznej Polski i Izraela licytują się bezwstydnie, który naród więcej cierpiał, a ich licząca na poklask wyborców konkurencja odbija się na wzajemnym postrzeganiu.

Oby wreszcie poezja doszła do głosu i zagłuszyła gromkie okrzyki ideologów, tak jak to się stało dzięki poezji Herberta, Miłosza, Różewicza u Szymborskiej z polskiej strony oraz Amichaja i Yeshuruna z izraelskiej.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


TRZY SYNAGOGI

TRZY SYNAGOGI

JAN JAGIELSK


Do czasów II wojny światowej Warszawa była największym skupiskiem Żydów w Europie.

Wielka Synagoga w Warszawie

Do czasów II wojny światowej Warszawa była największym skupiskiem Żydów w Europie. Dzielnica żydowska zajmowała tutaj blisko piątą część miasta. W Warszawie, która ustępowała liczbą ludności żydowskiej tylko Nowemu Jorkowi, rozwijało się żydowskie życie, które było zarówno tradycyjne, jak twórcze, konserwatywne religijne, jak i narodowe — pisał o przedwojennej Warszawie Israel Gutman w „Walce bez cienia nadziei”. — Żydom warszawskim brakowało tradycji i charakteru, które stanowiły ważną cechę społeczności takich miast jak Kraków, Lublin czy Lwów, gdzie Żydzi mieszkali od pokoleń. Warszawie brakowało zarówno starych budowli, jak i owianych tradycją wspomnień świetnej przeszłości. Nie było w niej liczących kilkaset lat synagog jak w Krakowie. Nie była także nigdy siedzibą słynnych uczonych żydowskich. Społeczność żydowska w Warszawie nie miała za sobą długiej tradycji. Najstarszy nagrobek na cmentarzu żydowskim pochodził z 1807 r. Pomimo to Warszawa dawała nowo przybyłym szansę odegrania roli w dziejach miasta, czuło się w niej ducha szybko postępującego rozwoju. Stosunkowo nowa zabudowa miasta i gwałtowne przemiany sprzyjały przełamywaniu tradycyjnej izolacji. Nowi przybysze i przejściowi goście dobrze czuli się w tym mieście.

Warszawa szybko stała się światową stolicą kultury diaspory żydowskiej. Funkcjonowało tutaj ponad 440 synagog i domów modlitwy. Wraz z wybuchem II wojny światowej, a potem narastającymi represjami niemieckiego okupanta warszawscy Żydzi stracili możliwość normalnego funkcjonowania w tym odbywania praktyk religijnych w swoich synagogach. W styczniu 1940 roku zostały zamknięte wszystkie synagogi i bożnice. 20 maja 1941 roku władze niemieckie zezwoliły jednak na otwarcie trzech synagog, które znalazły się w granicach getta: synagogi Moriah, Małżonków Nożyków oraz Wielkiej Synagogi na Tłomackiem.

WIELKA SYNAGOGA PRZY UL. TŁOMACKIE 7

Wielka Synagoga zbudowana przy Tłomackie 7 była jedną z najwspanialszych polskich budowli wzniesionych w XIX w. Jej uroczyste otwarcie przypadło na dzień 26 września 1878 roku w święto Rosz ha-Szana. Podczas ceremonii rabin Izaak Cylklow przywitał rosyjskiego namiestnika hr. Pawła Kotzebue nie w języku rosyjskim, hebrajskim czy jidysz, lecz w polskim, co odebrano jako zgodę na wygłaszanie kazań w tym języku, gdyż ten ostatni nie zaprotestował. Wieczne światło przed Aron ha-kodesz zapalił Henryk Natanson.

Do dziś zachowały się jedynie plany architektoniczne synagogi, schematy rzutów parteru i poziomu galerii dla kobiet oraz kilka pocztówek przedstawiających budowlę. Wprawne oko dostrzeże jednak i na nich podobieństwo synagogi do innych dobrze znanych warszawskich budowli. Jej fasada przypominała jedną z elewacji Pałacu na Wyspie w warszawskich Łazienkach, a reprezentacyjne wejście jest bliskie kolumnowemu portykowi dzisiejszego Urzędu Miasta.

Wnętrze Wielkiej Synagogi zaskakiwało. Poruszenie wśród ówczesnych bywalców synagog budził jego renesansowy charakter i nawiązania do bazylik starochrześcijańskich. W środku znalazło się 2200 miejsc siedzących, biblioteka, pomieszczenia kancelarii oraz pokój zaślubin. Widocznym przykładem włoskich inspiracji były nawy z arkadami krużganków, centralnie umieszczona absyda, w której znajdowała się bima (podwyższenie do czytania Tory) i Aron ha-kodesz (szafa ołtarzowa do przechowywania Tory). Górną część absydy wypełniała koncha pokryta rozetami w kształcie gwiazd. Dość podobnie skonstruowane jest wejście do kościoła św. Anny w Wilanowie.

Wielka Synagoga spełniała nie tylko funkcje religijne. Odbywały się w niej również nabożeństwa z okazji odzyskania niepodległości przez Polskę, uchwalenia Konstytucji 3 maja, rozpoczęcia roku szkolnego czy nabożeństwo żałobne w dniu śmierci Józefa Piłsudskiego.

Wielka Synagoga jako magazyn w roku 1942/43 / źródło: Archiwum ŻIH

SYNAGOGA IM. MAŁŻONKÓW NOŻYKÓW

Synagoga im. Zalmana i Ryfki Małżonków Nożyków
źródło: Wikipedia

Synagoga im. Małżonków Nożyków na ul. Twardej 6 jest jedyną zachowaną spośród znaczniejszych synagog w Warszawie. Codziennie odbywają się tutaj nabożeństwa, a cztery razy do roku wspomina się zmarłych fundatorów Rywkę i Załmana Nożyków.

Działkę pod budowę synagogi przy Twardej 6 zakupił Załman Nożyk już w 1893 roku. Prace konstrukcyjne, podług planów budowniczego Karola Kozłowskiego rozpoczęły się wiosną 1898 roku. Po niecałym roku budynek był gotów: 

Wzniesienie nowej synagogi przy ul. Twardej kosztem p. Nożyka nie jest projektem, jak pisma codzienne podają, lecz faktem dokonanym, synagoga bowiem znajduje się już pod dachem. [„Izraelita”, 1/13 stycznia 1899 r.]

Uroczyste otwarcie odbyło się 12 maja 1902 roku w święto Lag ba-Omer. Uroczyste mowy wygłosili dwaj rabini a modły prowadził kantor Lewinsohn. Sam Załman Nożyk zaś uroczyście włożył Torę do Aron ha-Kodesz.

Budynek synagogi wzniesiono na planie prostokąta z ryzalitem w stylu neoromańskim, z licznymi elementami bizantyjskimi, neorenesansowymi oraz mauretańskimi. Wnętrze podzielono na trzy nawy. Synagoga powstała dla społeczności ortodoksyjnej z miejscami dla kobiet w galeriach, do których prowadzą osobne wejścia i klatki schodowe. Bimę lekko przesunięto w kierunku centrum sali głównej, a nad zwieńczeniem Aron ha-kodesz znalazła się wnęka na chór.

Synagoga Nożyków została zamknięta, podobnie jak wszystkie inne domy modlitwy w styczniu 1940 roku. Ponownie otwarto ją we wrześniu 1941 roku. W lipcu 1942 roku synagoga została ponownie zamknięta, a po likwidacji tzw. „małego getta” znalazła się po stronie aryjskiej. Wówczas budowla została zamknięta i zdewastowana przez hitlerowców – służyła między innymi jako magazyn paszy i stajnia dla koni. W czasie powstania warszawskiego została poważnie uszkodzona, ale jej solidna konstrukcja się nie zawaliła.

Dziś w odnowionej synagodze oprócz praktyk religijnych odbywają się liczne wystawy, koncerty, wernisaże i inne spotkania kulturalne.

SYNAGOGA MORIAH

Synagoga Moriah (Morija) na ul. Dzielnej 7 powstała w 1908 roku, ale już na jesieni 1904 roku w „Izraelicie” można było przeczytać:

Nowa synagoga „Morija”. D. 28 z. m. (tzn. w sierpniu) położona została pierwsza cegiełka pod fundament mającego się wkrótce urzeczywistnić projektu pewnego grona Żydów, mieszkańców tutejszych, której staraniem stanie przy ul. Dzielnej No.7 synagoga, odpowiadająca tak wymogom higieny, jak wymogom estetyki. Uroczystość z powodu nabycia na ten cel domu rozpoczął śpiew kantora synagogi Nożyka, p. M. Lewinsona, który wraz z chórem odśpiewał hymn „Ma-towu”. (O jak piękne są twe namioty Jakubie!) oraz kilka jeszcze modlitw dziękczynnych, poczem przemówił kaznodzieja p. Nisenbaum. Następnie członek komitetu budowy nowej synagogi p. M. Pros, objaśnił, iż zakupiono dom przy ul. Dzielnej za sumę rb. 100,300, oraz, że z wypuszczonych 1000 udziałów po 100 rb. każdy, nabyło 314 członków 438 udziałów, za sumę rb. 43,800. [„Izraelita” 1904, nr 41]

Synagoga najprawdopodobniej nie powstała jako nowy budynek, ale na jej potrzeby zaadaptowano istniejące wnętrze. Aron ha-kodesz stanowiła czteroboczna „altana” arkadowa, przekryta kopułą i bimą. Symetrycznie po obu stronach umieszczono tutaj menory. Wewnątrz ustawiono dwa rzędy ławek, z których każdy przeznaczony był dla ośmiu osób. Światło do synagogi wpadało przez zdwojone okna, co może wskazywać, że była ona umiejscowiona na kondygnacji wyższej niż sąsiednia zabudowa.

Po zajęciu Warszawy przez Niemców w styczniu 1940 roku synagoga została zamknięta. Podczas uroczystego, ponownego otwarcia 6 września 1941 roku modły odprawił kantor Izrael Mowsza Rudnicki z chórem pod kierownictwem doktora Gutwerka. Uroczystą mowę wygłosił zaś rabin Goldsztejn. Dodatkowo odczytano pismo powitalne wieloletniego kaznodziei – Izaaka Nisenbauma. Krótko po otwarciu, we wrześniu 1942 roku, na kamienicę i synagogę spadła bomba, doszczętnie je niszcząc. Teren Muranowa został zrównany z ziemią i dziś trudno nawet odnaleźć miejsce, gdzie stała synagoga.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Cynthia Ozick’s Long Crusade

Cynthia Ozick’s Long Crusade

Giles Harvey


In the spring of 1978, the literary critic Harold Bloom was invited to take part in “an amiable discussion of the rival claims of Judaism and the aesthetic” at the Jewish Museum in Manhattan. His interlocutor was to be Cynthia Ozick, the author, at the time, of three well-reviewed but not-much-read works of fiction. Bloom, who had never met Ozick but rated her novellas “Envy; or, Yiddish in America” and “Usurpation (Other People’s Stories)” as “unequaled in her generation,” agreed to participate with the understanding that neither of them was to read from a prepared text.

On the night in question, however, Bloom arrived at the venue to find Ozick, a short, compact woman of 50 with whitening hair and round spectacles, brandishing an “enormous” typescript. “This splendid lady sandbagged me,” Bloom said in a recent phone conversation, with the lofty, ungrudging admiration of an old general recalling an opposite number’s surprise attack at some long-ago battle. Flummoxed, he asked if they had not made an agreement. Ozick, Bloom recollects, said, “When you are dealing with the devil, you must be prepared to do anything!”

“I was not aware,” Bloom said, “that I was His Satanic Majesty.”

“Oh, you’re beautiful,” his diminutive opponent replied, “but I’m going to destroy you!”

Over the course of the evening, in front of a boisterous capacity crowd, Ozick proceeded to do just that. Bloom, already a figure of titanic reputation, was then in the process of rolling out his agonistic theory of poetic lineage, in books like “The Anxiety of Influence” (1973) and “Kabbalah and Criticism” (1975). By his reckoning, great poets are those who evade a feeling of belatedness — that there is, and can be, nothing new under the sun — by creatively misreading their mighty predecessors whose influence would otherwise be stifling. Because, for Bloom, the history of English poetry since the Renaissance consists of this “perverse, willful revisionism,” with each generation strenuously remaking its forebears, the “meaning of a poem can only be another one.”

Ozick was having none of this. Her text from the evening does not survive, but we can discern its outlines in an essay she published in Commentary the following year. Bloom’s conception of poetry as a self-enclosed system that referred to nothing but itself, she charged, was a form of idolatry. The very idea of belatedness, so central to Bloom’s theory, was, in Ozick’s view, anathema to the Jewish tradition, according to which there were no latecomers. This was the meaning of the words in the Passover Haggadah, “We ourselves went out from Egypt,” and the midrash that states, “All generations stood together at Sinai.” In Jewish thought, there is “no power struggle with the original, no envy of the Creator.” The idol-maker, by contrast, “hopes to compete with the Creator, and schemes to invent a substitute for the Creator.” In short, her adversary had violated the Second Commandment, and must be punished.

“She beat the crap out of him,” Gordon Lish, who as the fiction editor of Esquire had published several of Ozick’s short stories, told me. “She cleaned his plow.”

Ozick, who is now 88 (“piano keys,” as she sprightfully said when I congratulated her on her recent birthday), has not ceased from the mental fight in the intervening years. She remains a crusader, a missionary or, as she recently put it to me, “a fanatic” in the cause of literature. With one hand she has written some of the strangest, most intellectually daring and morally intelligent fiction of recent times, including “The Shawl” (1989) and “The Puttermesser Papers” (1997); with the other she has produced a prose brick of lit crit, essay after essay on subjects ranging from the Book of Job and Gershom Scholem to Helen Keller and Susan Sontag. You could furnish a room with the prizes she has won, and yet the embrace of a wide readership and extraliterary fame has proved elusive; and no wonder. Public demand for the exacting insights of practitioner-critics, never high, has been in steady decline for a good while now.

This, at any rate, is the contention of her new book, “Critics, Monsters, Fanatics, and Other Literary Essays,” which comes out in July. It is Ozick’s seventh volume of criticism in three decades and is written out of a sense of cultural emergency, of alarm and anguish at “the dying of the imagination through the invisibility of the past.” Ozick came of age at the century’s midpoint, during the heyday of the New York Intellectuals, the group of largely Jewish writers and thinkers who, possessed by left-wing politics and a belief in the primacy of literature as a tool for comprehending self and society, “refused to be refused” by a WASP-dominated cultural establishment. The book bristles with recollections of this time — when “the publication of a serious literary novel was an exuberant communal event” — and portraits of its leading figures, among them Saul Bellow, Bernard Malamud and Lionel Trilling.

All that, Ozick believes, is now defunct. The readers are disappearing, casualties of television and the internet — or, in the case of American undergraduates, of “egotism and moralizing, politicized self-righteousness.” Trilling, once an epoch-defining mind, is now “so reduced as to have become a joke to certain young critics who favor flippancy and lightness.” Lest it be said that these are the typical accents of literary octogenarianism, we ought to remember that Ozick has always sounded like this. Ours, we are told, in “Art and Ardor” (1983) is “an era in which the notion of belles-lettres is profoundly dead.” These are not fashionable opinions; and indeed, it may testify to the soundness of Ozick’s bleak assessment that she herself, one of the last great exemplars of the values whose eclipse she laments, is now so underrecognized.

“What a falling off was there!” can sometimes seem like the only thing she has to say to the present, and yet she lives not so much in the past as out of time altogether. She stands at a kind of belletristic Sinai, alongside all the other literary generations. “There are, in fact, no ‘generations,’ ” she has written, “except in the biological sense. There are only categories and crises of temperament,” which “crisscross and defy and deny chronology.” It is this sense of timelessness that makes reading her so thrilling, especially in our compulsively up-to-the-minute era. Literature, her work announces above the contemporary din, is a zone of radical freedom — perhaps the only one we have left.

recommended by: Leon Rozenbaum

Like her characters, a sorry gaggle of pallid shut-ins and thwarted fantasists, Ozick doesn’t get out much. She has spoken of her aversion to stages and of her impatience with what Henry James, her lifelong inspirator, called “the twaddle of mere graciousness.” She writes at night, for years at the Sears, Roebuck desk she has owned since childhood, measuring her existence “in sentences pressed out, line by line, like the lustrous ooze on the underside of the snail.” When I first wrote to her to propose this article, she responded with a detailed message about her unsuitability. As far as she could tell, her life was altogether devoid of public action, public interest. “I once wrote that I’d flown cross-country, solo, from the Westchester County airport to the Rocky Mountains in a single-engine 180-horsepower Piper Cherokee,” she added promisingly. “But that was a lie.” Her last public reading, she said, took place more than six years ago, and nowadays she didn’t venture beyond the local supermarket. There was an admirable humility to all this, but also, perhaps, a certain frostiness, a desire to be left alone to get on with her sentence making. Of life, she once wrote: “I dislike it. I notice no ‘interplay of life and art.’ Life is that which — pressingly, persistently, unfailingly, imperially — interrupts.”

It was, then, with some trepidation that I recently traveled to the bedroom community of New Rochelle, in Westchester County, where Ozick and her husband, Bernard Hallote, a retired lawyer, have lived since the mid-1960s. Ozick had agreed to talk, but would she spend the interview resenting my very presence? I was, after all, an emissary from life, the interrupter. Would she pounce on some unwittingly idolatrous remark of mine and eviscerate me as she had done Bloom? Or was I in for the kind of treatment that Norman Mailer received at a notoriously fractious debate about feminism at New York City’s Town Hall in 1971, where Ozick, rising from her seat in the audience during the Q. and A. session, asked the author of “The Prisoner of Sex” (apropos of his remark that “A good novelist can do without everything but the remnant of his balls”): “Mr. Mailer, when you dip your balls in ink, what color ink is it?”

Ozick in “Town Bloody Hall,” a documentary on the debate between Norman Mailer and a group of feminists in 1971.CreditFilm still from Pennebaker Hegedus Films

My mood was considerably improved, however, by the taxi driver, a paunchy man in a white golfing visor and orange-tinted sunglasses, whom I met at the train station.

“The old lady?” he said when I gave him Ozick’s address.

“ … yes,” I said uncertainly.

It turned out that he had been ferrying Ozick and her husband around New Rochelle for years. He spoke warmly of their conversations and made them sound almost like old friends.

“She’s getting on,” he said fondly, “but she’s still got all her marbles.”

Encouraged, I asked him if he’d read any of her books.

“She writes books?”

So Ozick was unknown, unread, even in her own backyard.

“Yeah, she’s written a few,” I said. In fact, I added, she had a new one coming out soon.

“There you go,” he said, with a little cluck of satisfaction. “Still got all her marbles.”

New Rochelle is only a short drive from Pelham Bay, the Bronx neighborhood where Ozick grew up. Her parents were Russian Jews who fled the old country to escape the pervasive anti-Semitism that overtook the empire at the turn of the 20th century. They owned a drugstore, Park View Pharmacy, which Ozick repeatedly evokes in her writing as a place of Edenic security and contentment. The rest of the neighborhood was less benign. At the local public school, Ozick was taunted as a “Christ killer” when she refused to sing Christmas carols in assembly. Her father tutored her in Hebrew and Russian, though she told me that her knowledge of the former is poor and that, of the latter, only one phrase remains: “Ya khochu morozhenoye.” (“I want ice cream.”)
In an unpublished letter to Saul Bellow from the late 1980s that Ozick shared with me, she quotes some of Bellow’s words back to him: “As the son of immigrant parents, I recognized at an early age that I was called upon to decide for myself to what extent my Jewish origins … were to be allowed to determine the course of my life. I did not mean to be wholly dependent on history and culture. Full dependency must mean that I was done for.” Then Ozick writes: “It’s otherwise for me. I keep wanting to become my mother and father … and as I get older, I’m shocked now and again by the discovery of the music of their brains in my brain. … I’m not a runaway.” It made me think of her essay on Kafka from the new book, in which Ozick castigates John Updike for claiming that the author of “The Metamorphosis” transcends his “Jewish parochialism.” Such a view, she writes, “diminishes and disfigures” Kafka, whose feelings of ethnic marginality were, in her estimate, the source of his genius. This is true of Ozick herself: Her Jewishness is definitional without being delimiting. Quite the opposite.
Certainly it is impossible to understand Ozick’s pessimism, and its relevance to our current moment, without appreciating the essential Jewishness of her critique. To be a Jew, her work insists, is to recognize the tenuousness of cultural transmission. “All the World Wants the Jews Dead,” as the searing title of her 1974 essay has it, and the Jews, to be sure, have not made it this far by taking continuity for granted. The extraordinary dynamism of Ozick’s thinking and writing derives from the conviction that thinking and writing, the study of certain sacred texts, are not merely ends in themselves but matters of survival.

“And the language was lost, murdered,” she writes in “Envy; or, Yiddish in America,” from “The Pagan Rabbi and Other Stories” (1971). “The language — a museum. Of what other language can it be said that it died a sudden and definite death, in a given decade, on a given piece of soil?” These are the thoughts of the novella’s protagonist, Edelshtein, a widowed, childless, untranslated Yiddish-language poet of Russian birth who ekes out a livelihood giving talks on his mother tongue — his mamaloshen — at synagogues and community centers in the New York metropolitan area. It is tempting to see in Edelshtein’s tragicomic day-to-day efforts on behalf of Yiddish a bitter self-parody of Ozick the practitioner-critic, Ozick the elegist of a vanished cultural past.
“Never occurred to me,” Ozick said when I asked if she had at any time considered moving further afield. “In fact, there used to be a nice old stone out in the yard that I thought would be my gravestone. Though of course it may be illegal to be buried in your own yard.”We were sitting at the dining-room table, on which she’d laid out tea and a plate of madeleines — this being proper, she suggested, for a literary conversation. Elfin, soft-spoken, plainly dressed in a black blouse and a long black skirt (with white sneakers peeping out from beneath the hem), Ozick was an affable and attentive presence. She has precise silver-gray bangs and wears thick rectangular glasses; thin, clear creases (“smile-ruts,” she calls them) run from the corners of her nose to the sides of her wide, thin-lipped mouth. Her in-person voice is high, brittle, lilting, with traces of the Bronx (“the vowels hang on,” as she has said): pretty well the opposite of the emphatic and authoritative voice on the page. When I broke off a corner of a madeleine and dipped it in my tea, Ozick shivered and clasped her elbows in her hands, as though to ward off some more violent paroxysm. “You’re doing exactly the right thing!” she said. “Just what Proust did! Oh, it’s so perfect what you’ve just done! It moves me.”

My apprehension had evaporated the moment I arrived. Ozick’s extreme congeniality took me by surprise, though perhaps it shouldn’t have: All writers live under an assumed identity. Later, in an email, Ozick questioned Bloom’s account of the evening at the Jewish Museum, even as she acknowledged his formidable powers of recall, and said she couldn’t imagine herself ever speaking to him so brashly. They have become friends (Bloom’s recent book, “The Daemon Knows,” is enthusiastically reviewed in the new collection) and occasionally chat on the phone.

For college, Ozick traveled only as far as the other end of the 6 line. She attended New York University, in Greenwich Village, the center of bohemianism, but says she spent most of her undergraduate career in the basement of the library. “Such a strange, lonely time,” she recalled. “Other students were meeting people and going to classes and having a social life, and there I was all by myself reading Milton’s Latin poems, with a dictionary.”

It was to her parents’ house that Ozick returned in the early 1950s, after completing a master’s degree at Ohio State University. She spent her 20s and a good part of her 30s immured in her childhood bedroom, writing a never-to-be-published novel called, after a line from Blake, “Mercy, Pity, Peace, and Love” — or “Mippel,” as she refers to it. (“The Mippel on which I sucked for so long”). “I was ashamed of my life, and I lived only to read and write,” Ozick has said of these years. Meanwhile, her contemporaries were getting on, publishing second and third novels, building reputations.

“I was mired in envy,” Ozick told me, nervously fondling a napkin and smoothing and resmoothing the checkered burgundy tablecloth. “I think there is such a difference in the entire life span of a writer when there is early recognition. Once you’ve been through isolation and obscurity and seeing your generation flourish, I think that remains your mind-set forever.” Her first novel, “Trust,” was finally published in 1966, when Ozick was 37, and she has labored steadily in her vocation since then; “Critics, Monsters, Fanatics” is her 18th book. Were these, and the raft of plaudits and prizes they received, any consolation for her youthful struggles? “I haven’t done enough,” she said, speaking of her fiction, which, she made it clear, she derives more satisfaction from than her essays. (She is currently at work on a new batch of short stories.) “I haven’t done enough,” she said again, more slowly, as though talking to herself. “I wanted to do more.”

By any reasonable standard, Ozick has done plenty, and with resounding distinction. In 1999, David Foster Wallace said that he regarded Ozick, together with Cormac McCarthy and Don DeLillo, as “pretty much the country’s best living fiction writers.” To put it conservatively, Ozick is responsible for some of the finest sentences of the past half century; she is an authentic and unmistakable stylist, and there are never more than a handful of those in any generation.In her short stories and novellas, in particular, she seems to want to invest prose with the heft and pressure of poetry. Here is Lars, in “The Messiah of Stockholm” (1987), a lowly newspaper book critic (and perhaps another Ozick self-parody) who has been so powerfully affected by the work of Bruno Schulz, the Polish writer murdered by the Nazis, that he’s come to believe that he is Schulz’s son: “He wrote [his review] straight off, a furnace burning fat. It was as if his pen, sputtering along the line of rapid letters it ignited, flung out haloes of hot grease. The air brightened, then charred. He was very quick now, he was encyclopedic, he was in a crisis of inundation.” Or here, again, is poor Edelshtein: “In the train going back to Manhattan he slid into a miniature jogging doze — it was a little nest of sweetness there inside the flaps of his overcoat, and he dreamed he was in Kiev, with his father.”

Ozick’s sentences can often seem like that, little nests of sweetness, walled gardens in the midst of dark satanic mills; but she is more than simply a crafter of exquisite phrases. Perhaps because of her abundant gifts — the metaphorical fecundity, the dash and brio of her cadences — Ozick is ever vigilant against the temptation of mere aestheticism. “The writers who insist that literature is ‘about’ the language it is made of,” she has said, “are offering an idol: literature for its own sake, for its own maw: not for the sake of humanity.
”There are those who accuse Ozick of narrowness, of the very hermeticism she herself warns against, and “Critics, Monsters, Fanatics” is unlikely to put this line of argument to rest. The book is single-mindedly literary and, for the most part, backward-looking: Only a few of the authors Ozick discusses are living, and almost all of them are figures she has written about before. At times, Ozick’s despondency can seem like a product of her aloofness. If she got out more, you feel, she might begin to realize that literary culture, however embattled, is not quite the scorched and smoking landscape she takes it for.As you read through the new collection, however, you realize that what seems at first like narrowness, or mere repetition, is in fact intellectual self-consistency, dogged allegiance to the highest artistic ideals. “You should be loyal to your intellectual or cultural or spiritual priorities,” Leon Wieseltier, the former literary editor of The New Republic and the collection’s dedicatee, told me. “Once you’ve decided what’s important, there is glory in sticking with it.” Here, too, we see how deeply Ozick’s being is suffused with Jewish thought. For Jewishness, her work also insists, depends upon the principle of havdalah, or distinction making. Jew and gentile, God and man, or (to recall the terms of her “amiable discussion” with Bloom), God and idol: These are categories that should not be muddled. The same goes for literature, and for the judgment of literature. According to Ozick, literature is different from all other human activities, and its singularity consists in its recognizing and honoring human difference. Its purpose, she has said, is “to light up the least grain of being, to show how it is concretely individual, particularized from any other.

Ozick the channeler of the literary past may seem remote from our present literary debates, dominated as they are by issues of representation, but her work offers a liberating model of engagement with identity. Her commitment to Judaism sharpens her powers of discrimination and inoculates her against the dubious allure of the universal. In a marvelously indignant essay on Anne Frank, she protests the diarist’s assimilation by mainstream culture, the way in which she has been “infantilized, Americanized, homogenized, sentimentalized; falsified, kitschified and, in fact, blatantly and arrogantly denied.” Sapped of quiddity, she has become “an all-American girl.
”But Ozick, however fierce her identification as a Jew, is admirable in her freedom from identitarian parti pris. T.S. Eliot’s rank anti-Semitism does not blind her to his poetic virtues; she praises Tolstoy’s early novel “The Cossacks” despite its whitewashing of genocidal Cossack violence against Jews (Ozick’s ancestors among them). Above all, she resists the idea that writers are, or ought to be, representatives of a certain group, for it is then that “imagination flies out the door, and with it the freedom and volatility and irresponsibility that imagination both confers and commands.”
Over tea, Ozick recalled Kafka’s words to his fiancée, Felice Bauer: “I have no literary interests; I am made of literature.” After a moment, she added, “If a writer doesn’t feel that line in his marrow, then he’s really not a writer.” There was a time in her youth when she came to question this all-consuming investment; she wondered if to live for nothing else besides literature wasn’t its own kind of idolatry.

“I thought it was wrong,” she told me, at last raising her cup of long cold tea to her lips. “At this point, I don’t think it’s wrong.”


Giles Harvey is a contributing writer for the magazine and a senior editor at Harper’s Magazine.

Sign up for our newsletter to get the best of The New York Times Magazine delivered to your inbox every week.

A version of this article appears in print on , on Page 32 of the Sunday Magazine with the headline: Cynthia Ozick’s Long Crusade. Order Reprints | Today’s Paper | Subscribe


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com