Archive | August 2019

O solidarności z małej litery pisanej

O solidarności z małej litery pisanej

Leszek Kołakowski


Agencja Gazeta

17 lipca 2009 r. w Oksfordzie. Filozof, historyk filozofii. Zaczynał jako zwolennik marksizmu, później stał się jego krytykiem. Po marcu 1968 r., wyrzucony z Uniwersytetu Warszawskiego, opuścił Polskę. Wykładał m.in. na Yale, w Berkeley, Chicago czy Oksfordzie. Opublikował m.in.: „Światopogląd i życie codzienne”, „Świadomość religijna i więź kościelna”, „Obecność mitu”, „Główne nurty marksizmu”, „Jeśli Boga nie ma…”, „Moje słuszne poglądy na wszystko”, „Mini wykłady o maxi sprawach”, „O co nas pytają wielcy filozofowie”.

Tekst za zbiorem jego esejów „Niepewność epoki demokracji”, który ukazał się w 2014 r. nakładem Wydawnictwa Znak. Przekład: Mieczysław Godyń, Ireneusz Kania, wybór i słowo wstępne Zbigniew Mentzel.

Solidarność z dużej litery pisana to temat dla historyków; ona udaje jeszcze, że istnieje, że w swojej wątłej postaci przechowuje ciągłość tamtej „S”, ale wszyscy wiedzą, że ta ciągłość została przerwana, i wiemy dlaczego: „S” z dużej litery pisana zasługiwała na swoją nazwę, bo jej energia wywodziła się stąd, że solidarni ze sobą byli ludzie, co ją tworzyli, że „s” z małej litery pisana dawała jej moc, a gdy się skończyła, obumarła także „S” z dużej litery pisana. Dlaczego zaś i kiedy „s” z małej litery pisana rozpadła się w tym ruchu, to właśnie pytanie historyczne, przez wielu ludzi zresztą roztrząsane.

Teraz jednak o tę drugą solidarność mi chodzi, tę z małej litery pisaną. Zapytajmy – można zadać takie pytanie, nie siląc się na definicję solidarności, poprzestając na potocznym rozumieniu – czy solidarność jest cnotą, czy jest dobrem. Spontaniczna odpowiedź twierdząca może być natychmiast zakwestionowana: cóż powiedzieć o solidarności gangsterów, mafii, terrorystów, jakiejś zbrodniczej organizacji państwowej, na przykład esesmanów (SS)? Nie zaprzeczymy, że w takich zbiorowościach solidarność może istnieć.

***

Na tę obiekcję można bodaj tak odpowiedzieć: tak, solidarność może służyć złym celom, ale trudno chyba znaleźć cnoty jakie albo dobre idee i zalecane ludzkie cechy, których nie można na złe użyć, a jednak nie wynika stąd, że odróżnienie dobra i zła jest bezprzedmiotowe czy niesensowne.

Można z hasła miłości bliźniego i miłości do Boga sporządzić koktajl morderczy; można z miłości do jakiegoś człowieka innego człowieka uśmiercić (jest to nawet godne uwagi pytanie: czy mężczyzna, który żonę zabija, bo chce się zejść z inną kobietą, którą kocha, zabija z miłości?). Niechętnie tak powiemy, ale nie jest to powiedzenie absurdalne; prawdomówność może być na złe użyta, podobnie odwaga, podobnie różne intelektualne zalety.

Wolno też wierzyć, że nawet w zgromadzeniach całkiem złu oddanych przechowuje się jakiś ślad zmącony czegoś dobrego. Solidarność jest przecież we właściwym sensie gotowością do bezinteresownego wsparcia i pomocy tym, z którymi coś nas łączy?- może to być rodzina lub plemię albo naród, albo klasa społeczna, albo zbiorowość tego samego zawodu, albo ludzie w tym samym miejscu pracujący, gdzie wytwarza się esprit de corps”, albo kibice tej samej drużyny futbolowej, albo sąsiedzi. Ile rodzajów tych zbiorowości, tyle oczywiście różnych wersji solidarności: trwałe i przejściowe, silne i słabe, dla dobra i zła.

Powtarzam: chodzi o gotowość do bezinteresownego wsparcia – choćby wbrew własnym interesom – tej zbiorowości, z którą się do solidarności poczuwamy. Jeśli tylko strach podtrzymuje naszą lojalność, o solidarności trudno mówić, można zaś, gdy potrafimy okazywać solidarność, bo czujemy i wierzymy, że to słuszne.

Były mafioso – na praworządność nawrócony – wyjaśniał w sądzie, że korupcja nawet do mafii się wkradła, że mafia, niestety, to już nie to, co kiedyś. Terrorysta irlandzki albo palestyński, który morduje przypadkowych ludzi, bo należą do jakiejś znienawidzonej przez niego zbiorowości (są na przykład protestantami albo żydami), jest ponad wszelką wątpliwość nosicielem zła, zła bez ograniczeń; skoro jednak gotów jest dobrowolnie ponieść śmierć za swój wyczyn, jest solidarny, jak mniema, z własnym plemieniem, a sama w sobie solidarność jest dobra, choć może spotwornieć i zwyrodnieć w zbrodniczy fanatyzm.

Czyżbyśmy więc powinni zawierzyć kwakrom i mówić jak oni, że w każdym człowieku jest coś dobrego, jakaś iskra boskości, choćby przygaszona, ale niewygaszona ze szczętem, że nikt nie jest skorumpowany absolutnie, nieodwracalnie, choćby ten właśnie terrorysta mordujący przypadkowych cywilów, choćby oprawca pracujący dla jakiejś władzy tyrańskiej, choćby despota krwawy? Z trudem dajemy się na taką wiarę nawrócić, zwłaszcza gdy przywołujemy na pamięć liczne przykłady ludzi, w których poszukiwanie owej iskry boskości wydaje się zadaniem beznadziejnym.

Ta kwakierska wiara o tyle jednak godzi się z tradycją chrześcijańską, o ile ta tradycja głosi, że nic, co istnieje, nie może być złe, jako że Bóg jest jedynym Stwórcą, że nie ma zła w bycie, a zło moralne jest dziełem zepsutej woli ludzkiej czy diabelskiej. Ale czy wola może być zepsuta absolutnie i nieuleczalnie? Kto wierzy w piekło wieczne, powinien chyba twierdząco na to pytanie odpowiedzieć.

Znamy jednakowoż myślicieli chrześcijańskich, poczynając od niektórych Ojców wschodnich, którzy sądzili, że ostatecznie odkupienie obejmie cały świat ludzki, a w końcu także szatański, że kary nie są wieczne, choćby najbardziej zasłużone, i że wszyscy kiedyś dostąpią zbawienia. To prawda, że w dziejach myśli chrześcijańskiej tylko niewielka mniejszość tak myślała, wydaje się jednak, że w naszych czasach ta mniejszość stała się całkiem istotna i rośnie.

Ale jeśli to uznamy, ową obecność czegoś dobrego czy iskry Bożej w każdej istocie ludzkiej, co by miało stąd wynikać? Nie wynika przecież, że mamy ludzi za ich zbrodnie nie karać, nie potępiać, występków ich nie odsłaniać. Nie, terrorystów godzących w życie całkiem przypadkowych ludzi trzeba, jeśli to wykonalne, zabijać albo pakować do więzień na długie lata. Wolno zabijać oprawców i tyranów, jeśli to wykonalne. Fakt, że niektórzy z nich czy wielu z nich wmawiało sobie, że ich zbrodnie nie są zbrodniami, bo oni działają w imię solidarności z własnym plemieniem, nie ma pod tym względem znaczenia.

***

Jakieś konsekwencje praktyczne wolno jednak wyciągnąć z tej wiary kwakierskiej. Wolno uznać, że nie należy nigdy z góry zakładać, że jakieś wysiłki nauczycielskie są beznadziejnie bezskuteczne. Należy po prostu uznać, że wychowywanie ludzi, szczególnie dzieci i młodzieży, w duchu solidarności z innymi, bez nienawiści i fanatyzmu, może być skuteczne; wynik może banalny i ubogi, ale ważny.

Solidarność z kim? Oto pytanie główne. Solidarność z całym rodzajem ludzkim, chociaż głoszona przez wielkie religie – chrześcijaństwo i buddyzm nade  wszystko – jest, przynajmniej w odczuciu wielu z nas, może większości, nieco abstrakcyjna; łatwo i nawet wygodnie wyznawać tę wiarę, ale jak ją praktycznie stosować?

Jest oczywiście bez liku rozmaitych organizmów międzynarodowych i nadnarodowych, są liczne instytucje i ludzie pracujący – jakby się wydawało – nie dla wyróżnionych segmentów ludzkości, narodów czy państw, ale dla ludzkości całej; większość z nich to po prostu miejsca współzawodnictwa albo negocjacji, nie solidarności. Organizacja Narodów Zjednoczonych nie jest budującym przykładem, a takie w założeniu szlachetne miejsce ogólnoludzkich spotkań jak igrzyska olimpijskie też mało się nadaje jako wzór chwalebny.

Pojedynczy ludzie czy małe zbiorowości rzadko mogą z pełnym przekonaniem twierdzić, że „służą ludzkości”. Najlepszymi wzorami są zapewne dobrowolne zrzeszenia, jak Médecins Sans Fronti?res, lekarze i pielęgniarki śpieszący z pomocą do ludzi najbardziej cierpiących, upośledzonych i bezradnych w różnych kątach świata; również misjonarze idący do dżungli albo do najokropniejszych ośrodków miejskiej nędzy, ale nie tylko, by ludzi do swego Kościoła przygarnąć, ale by nieść im nadzieję, pocieszenie i pomoc.

To są przykłady solidarności osadzonej na idei. Jednakże większość przykładów ma inny charakter. Zdaje się, że najsilniejsze więzy solidarności widzimy tam, gdzie jest ona spontanicznie wymierzona przeciwko dobrze określonemu przeciwnikowi czy wrogowi – plemienna, narodowa, klasowa. W tych przypadkach mamy oczywiście do czynienia z jakimś interesem zbiorowym: naród, który musi stawić czoło agresji; robotnicy, chłopi czy inaczej określone warstwy upośledzone, które organizują się w walce o lepsze warunki życia oraz większy dostęp do dóbr, w ich osądzie, a nieraz naprawdę wedle reguł sprawiedliwości, źle rozdzielonych.

Można by tu wysunąć obiekcję: mówiliśmy z początku o solidarności jako gotowości do pomocy bezinteresownej, teraz jednak podajemy przykłady więzi opartej na interesie zbiorowym, który jest zarazem interesem każdego poszczególnego członka zbiorowości. Należy jednak poczynić tu zastrzeżenie: ruchy społeczne oparte na kolektywnych roszczeniach z reguły wytwarzają, a w każdym razie wytwarzały, osłony ideowe – sprawiedliwość społeczną, prawa pokrzywdzonych, równość, socjalizm – które przeobrażały motywacje interesowne w patos walki o najważniejsze ludzkie dobra i przez to cementowały więź, jaka często bywała nadzwyczaj mocna, jak to było kiedyś w ruchu komunistycznym, gdy jeszcze istniał, dawno temu, jako żywa wiara uzdalniająca ludzi do poświęceń i wyrzeczeń, a także do bezwzględności i okrucieństwa.

Być może – choć wahałbym się tak stanowczo twierdzić – solidarność jest najsilniejsza tam, gdzie tworzy ją więź negatywna, wrogość do innego. Liczne chwalebne przykłady ludzkiej solidarności znamy z przykładów katastrof i klęsk żywiołowych, gdzie sama natura jest wrogiem; są to jednak objawy solidarności chwilowej; ale i takie sytuacje nie zawsze są budujące – tonący mogą sobie wydzierać koła ratunkowe.

W warunkach najokropniejszego ucisku przez ludzi stworzonego różnie bywa: ci, którzy przeżyli horror obozów koncentracyjnych, przekazali nam zarówno przykłady zwierzęcej walki o przetrwanie kosztem współwięźniów, jak też niezłomnej solidarności; te pierwsze są bodaj liczniejsze. Nic w tym dziwnego, sam instynkt może wystarczyć, by matka poświęcała życie dla swojego dziecka, ale pewnie rzadko wystarcza, gdy chodzi o drugiego człowieka, z którym los zetknął nas przez przypadek; tu potrzebna jest nadzwyczaj intensywna motywacja ideowa.

W solidarności plemiennej czy narodowej mamy zwykle dwie strony: poczucie więzi ze swoimi, zdolność do pomagania im i poświęcania się dla nich, a także bardzo często nienawiść do innego razem ze wszystkim, co może powodować. Nie należy twierdzić, rzecz jasna, że jest to prawo natury, że nie możemy być solidarni z własnym plemieniem inaczej niż przez nienawiść do plemion sąsiednich albo tylko wtedy, gdy jesteśmy zagrożeni. Nie, nie ma w tym nic nieuchronnego, solidarność plemienna może istnieć bez negatywnego tła, prawdą jest jednak, że to negatywne tło ogromnie ją wzmacnia.

Zarówno plemienne i narodowe, jak też klasowe solidarności włączały, najczęściej w swoich warstwach ideowych, poczucie ciągłości historycznej i odwoływały się do autorytetu historii. Historia – prawdziwa czy legendarna, to nie ma znaczenia – tworzyła te ramy ideowe, nawet jeżeli, jak w przypadku ruchu robotniczego, ideologia kazała raczej patrzeć w przyszłość niż wstecz.

Ideologia nie jest koniecznie potrzebna w przypadku solidarności doraźnych – górnicy mogą strajkować, a chłopi urządzać niszczycielskie blokady dróg bez żadnej ideologii, odwołując się do zwykłego poczucia bezpośredniego interesu – ale gdy solidarność opiera się na jakiejś ideologii, która ma pretensje daleko sięgające, a tym bardziej uniwersalne, odniesienie do historii jest nadzwyczaj ważne, a często niezbędne, jak w przypadku ruchów nacjonalistycznych.

***

Widzimy jednak – takie przynajmniej odnosi wrażenie nawet mało uważny obserwator europejskich konfliktów politycznych – że świadomość historyczna i potrzeba legitymizacji historycznej coraz mniejszą mają wagę, nawet w przypadku małych narodów niemających państwa odrębnego, u których jednak ogniska separatyzmów nie tylko nie gasną, ale coraz silniej gorzeją, jakby na przekór tak zwanej globalizacji świata (Korsykanie, Baskowie, Katalończycy, Szkoci, Włosi z Piemontu i Lombardii i tak dalej).

Również w Polsce – gdzie poczucie ciągłości historycznej i walka o utrzymanie tej ciągłości ważyły tak ogromnie na losach narodu i, być może, przyczyniły się decydująco do uchronienia go przed zagładą – wiara w historię jako źródło prawomocności politycznej, jako wsparcie roszczeń ideowych, wydaje się słabnąć. Spójrzmy na partie polityczne. Nawet dzieje najnowsze, przez większość pamiętane, dzieje PRL-u, już w małym stopniu są zarzewiem politycznych namiętności; nie wróżę wcale powodzenia partiom politycznym, które liczą na to, że zdobędą poparcie i zbudują swoją tożsamość za pomocą samych haseł antykomunistycznych i oburzenia na komunizm. Nie, nie zdobędą.

Tym bardziej nie uda się zbudować skutecznej ideologii wokół ubeckich teczek. Słyszałem wprawdzie, że istnieje w Polsce partia monarchistyczna (więc pewnie ku historii zwrócona), ale sądzę, że nie ma w tym nic złego, dzieci zawsze przecież lubiły bawić się w króla i nie ma powodu, by przestały (pamiętamy przecież tę zabawę: „Dzień dobry, królu lulu, dzień dobry, dzieci śmieci”).

Nie słychać na szczęście, by jakieś ruchy polityczne stawiały sobie za cel przywrócenie wschodnich granic przedwojennej Polski. Ideologie mocarstwowe, okręcone wokół historycznych praw i roszczeń, były wcale silne w Polsce międzywojennej, istniała przecież nawet Liga Morska i Kolonialna, która na serio wyobrażała sobie, że ktoś – nie wiadomo kto mianowicie i dlaczego – podaruje Polsce jakieś kolonie w Afryce. Każdy naród europejski ma własną swoistą odmianę narodowej głupoty, i to był jeden z przejawów tej głupoty specyficznie polskiej.

Nie wiem – a chciałbym wiedzieć – czy uczniowie polskich gimnazjów i liceów interesują się prawdziwie historią ponad to, czego potrzebują, by szkołę ukończyć, czy wierzą, że wiedza historyczna wzbogaca ich duchowo, czy potrafią kłócić się o ocenę historycznych wydarzeń. Nie wiem tego, ale przytoczę w związku z tym małą anegdotę: opowiadała mi znajoma, że przy jakiejś okazji zapytała swoją córkę, panienkę piętnastoletnią, czy słyszała kiedy nazwisko Lenin, a panienka powiedziała: „Oczywiście, przecież to jeden z Beatlesów”.

Chodzi mi o to, że ubóstwienie historii i niezachwiane zaufanie do jej mniemanych werdyktów może nas ogłupiać, daje się też łatwo eksploatować jako podstawa ideologii szowinistycznych. Ale lekceważenie historycznej ciągłości, niezdolność do tego, by cenić sobie tradycję jako tradycję – cenić sobie, choć nie mamy z tego zarobku – jest również niebezpieczne, chociaż inaczej. Poczucie obecności naszej w historycznym czasie, nawarstwieniach tradycji, jest, jak się zdaje, konieczne, byśmy umieli nie tylko własną tożsamość określać, wiedzieć, kim jesteśmy, ale jest też konieczne, byśmy umieli żyć w solidarności z innymi, to znaczy, by istniała solidarność ludzka inna niż tylko utylitarna i bezpośrednia. Solidarność jako skupianie sił dla obrony wyraźnych interesów zbiorowych nie wymaga żadnych odniesień do historii, wymaga jednak ta solidarność, która odwołuje się do świadomości wspólnego losu ludzkiego.

Łatwo powiedzieć: „Gdybyśmy czcili bez zastrzeżeń tradycję jako taką, wierzylibyśmy do dziś, że Ziemia jest płaska”; to prawda, ale gdybyśmy gardzili tradycją bez zastrzeżeń, żylibyśmy poza kulturą. Nie tylko religia żyje dzięki tradycji, dzięki tradycji żyje odróżnianie zła od dobra i wszystkie reguły nieutylitarne życia; nie tylko sztuki są dzięki niej możliwe, ale i ten rozum, dzięki któremu dowiedzieliśmy się, że Ziemia nie jest płaska: i on nie mógł był się rozwinąć bez siły tradycji, której musiał także się opierać. Rozum, jak to często zauważano, nie może sam siebie ufundować, zawsze może być kwestionowana jego prawomocność, zawsze można pytać o to, gdzie są jej źródła.

Kultura rośnie na glebie tradycji, ale by żyła, musi też tradycję kwestionować. Pozwolę sobie zacytować samego siebie sprzed wielu lat: gdyby ludzie nie buntowali się nieustannie przeciwko tradycji, żylibyśmy nadal w jaskiniach; jeśliby bunt przeciw tradycji stał się kiedyś totalny, będziemy znowu żyli w jaskiniach.

Od kiedy gospodarka rynkowa, czyli kapitalizm, jęła ogarniać Europę i jej przyczółki, rozpoczęły się biadania nad upadkiem duchowym człowieka i zanikiem więzi ludzkich, innych aniżeli te, którymi pieniądz rządzi; europejska kultura romantyczna unosiła w różnych wersjach te niepokoje. Było ich wiele w ruchach anarchistycznych, w powieści XIX-wiecznej.

Biadania te nie ustały nigdy i możemy je ciągle słyszeć; nie zatrzymały one triumfalnego pochodu kapitalizmu przez świat i nie zatrzymają go w naszych czasach. Ale było w nich coś żywotnie potrzebnego. Kiedy zauważamy obumieranie tradycyjnych wspólnot i tradycyjnych solidarności, musimy się niepokoić. Tradycyjna wspólnota, jaką była wieś, nieodwołalnie wkroczyła na drogę ku zagładzie. Istnieje oczywiście wspólnota rodzinna, ale i ona marnieje; sama instytucja domu rodzinnego, wielopokoleniowa rodzina także chyli się ku upadkowi. Lamenty na ten temat, choć uzasadnione, nie pomagają.

***

Wracamy tedy do sprawy solidarności jako sprawy ogólnoludzkiej. Idea powszechnego braterstwa przyświecała nam od wieków i niosła zarówno piękną obietnicę, jak złowrogą groźbę. Groźba polegała na tym – o czym wielu pisało, nieraz i ja sam – że utopia powszechnego braterstwa łatwo rodzi pokusę, by wypracować technikę instytucjonalnego ustanowienia owego świata przyjaźni braterskiej, a ogólnoludzkie braterstwo ustanowione instytucjonalnie, a więc przymusem, nieuchronnie jest własną karykaturą, obozem koncentracyjnym. Komunizm był przecież tym: instytucjonalizacją ludzkiej solidarności środkami przemocy, i nie mógł być czym innym, niż był?- jego historyczny korzeń stanowiło przecież marzenie o świecie, gdzie solidarność i pomoc wzajemna będą panować w ludzkich społecznościach.

Jeśli pominąć fantazje platońskie, gdzie klasa rządząca w państwie idealnym miała żyć bez własności prywatnej, komunizm ustanowili chyba apostołowie Jezusa, którzy, jak czytamy, wszystko mieli wspólne. Komunizm, który zgodnie z doktryną Marksa definiuje się jako zniesienie własności prywatnej, jest w rzeczy samej wynalazkiem doskonałym, pod warunkiem że jest dobrowolny (albo, jak nieraz zauważono, dobry jest dla apostołów, w ogólności dla świętych, ale świętych wśród nas nie ma wielu).

Niewielkie wspólnoty, gdzie własność jest zbiorowa, istniały rzeczywiście i istnieją (przykładem są zakony żebracze, kibuce), i na pewno okazują coś dobrego, do czego ludzie, niektórzy ludzie, są zdolni, nie ma jednak powodów, by wierzyć, że można rozszerzyć zasady tych małych wspólnot tak, aby ogarnęły ludzkość – są natomiast liczne powody, by wierzyć, że jest to niemożliwe.

Własność prywatna w naszym świecie jest nieodzowna nie tylko dla rozwoju gospodarczego, ale także dla utrzymania fundamentalnych dóbr ludzkich, bez których żyć trudno, a które są związane z wolnością. Jest nadzwyczajnie ważne dla znośnego życia zbiorowego, by były wyraźne, dobrze określone reguły prawne, które mówią o tym, jakie są legalne formy, w których własność jest nabywana, przekazywana, wymieniana i tracona. Sławny ekonomista peruwiański Hernando de Soto dowodzi, że gigantyczna korupcja i biurokracja, którymi przeżarte są różne kraje Ameryki Łacińskiej, ma za główną przyczynę niejasność i zagmatwanie spraw własności w tych krajach.

Lecz i w tym punkcie potrzebne jest zastrzeżenie: stąd, że niepodobna przerobić ludzkości na wzór apostołów Jezusa, że agresja, chciwość, żądza władzy i okrucieństwo towarzyszyły rodzajowi ludzkiemu, od kiedy znamy jego dzieje, i, wolno rozsądnie przypuszczać, będą mu towarzyszyły nadal, nie wynika, by wszystkie wysiłki, żeby ideę solidarności ludzkiej krzewić, są beznadziejne i naiwne. Próby utopii przemocą zaprowadzonej kończą się w rzeczy samej gułagiem, ale głoszenie dobrych wzorów nie jest wcale bezskuteczne.

Od dawna słychać wszędzie narzekania na ogromne nasycenie programów telewizyjnych i filmów obrazami przemocy. Cóż – powiadają nam czasem – tego chcą widzowie, to się podoba, to ekscytuje, gdyby ludzie uważali te obrazy za odpychające, nie robiłoby się takich filmów, a zresztą nikogo się przecież nie zmusza do ich oglądania.

Ten argument nie jest bezzasadny, ale sprawy nie wyczerpuje; tak, lubimy oglądać sceny przemocy na ekranie, gdy sami siedzimy bezpiecznie w fotelu we własnym pokoju, ten kontrast zapewne zwiększa psychologicznie korzystne poczucie bezpieczeństwa. Jednakże argument głoszący, że ludzie oczekują takiej właśnie, a nie innej sztuki filmowej, pomija fakt, że mamy tu do czynienia z dodatnim sprzężeniem zwrotnym; dajemy ludziom taki pokarm duchowy i przez to sprawiamy, że jest to pokarm pożądany; ostatecznie jest to wynik podobny jak w przypadku narkotyków; jeśli od wczesnej młodości karmią nas narkotykami, skłonni jesteśmy uważać je za naturalną część życia. Jest to prawo pierwszego kroku.

Zapewne trzeba założyć, że tkwi w naszym ustroju potencjalnie coś, co sprawia, że możemy narkotyki lubić; ale ten, kto nie brał ich od młodości i nie znajduje w nich nic miłego, nie jest przecież potworem ani dewiantem. Producenci narkotyków mogą też powiedzieć: popyt stwarza podaż, gdybyście nie chcieli ich brać, nie byłoby handlarzy narkotyków z ich niebotycznymi zyskami, nie byłoby producentów, nie byłoby wojen gangów ani mordów, a wreszcie nie byłoby tych niezliczonych narkomanów, którzy giną albo życie sobie rujnują wskutek nałogu.

Tak, gdyby nie było popytu, nie byłoby podaży, to prawda, ale podaż też umie sobie stwarzać popyt, widzimy to codziennie. Z pewnością gdy widzimy na filmie ludzi spokojnie pracujących w biurze lub w fabryce albo dzieci beztrosko uczące się w szkole, może nam to się wydawać nudne w odróżnieniu od scen, gdzie są mordy, gwałty i tortury.

Jakże zatem: czy mamy założyć po prostu, że dobro jest nudne, a zło ciekawe? Może tak jest, może warto zastanowić się nad tym, dlaczego tak jest, może to nas doprowadzić do grzechu pierworodnego i diabła, ale poprzestać na takiej teorii to uznać nie tylko, że zło jest w większości nieuleczalne, ale ponadto że sprzeciw wobec zła jest z natury rzeczy bezskuteczny, a stąd nasuwa się absurdalna konkluzja, że nieuchronne jest każde zło poszczególne.

Na zakończenie wracam do początku. Solidarność w złym, solidarność gangsterów lub mafii tym się odznacza, że jest motywowana ich politycznymi marzeniami. Solidarność w dobrym ma inną formę duchową: nie wymaga żadnego określonego celu, jest albo dyspozycją, gotowością do bezinteresownej pomocy bliźnim, albo samym aktem tej pomocy, nie wymaga też koniecznie teorii, a wystarcza samo przeświadczenie, że drugi człowiek jest tak samo człowiekiem jak ja.

Z pewnością solidarność nie może być nakazem bezwarunkowym?- niepodobna uniknąć walki między ludźmi i uchylać się od udziału w tej walce, niepodobna też okazywać solidarności względem wszystkich. Wezwanie do solidarności bez zróżnicowań wydawać się musi hasłem pustym zarówno dlatego, że interesy i aspiracje ludzkie są z natury rzeczy skłócone i solidarność z jednym wyklucza solidarność z innym, jak i dlatego, że istnieje rzecz taka jak solidarność w złym, a i dlatego wreszcie, że jest naturalne, iż mamy bliższe i dalsze kręgi ludzkiego zainteresowania; gdy wojna się toczy, nie mogę okazywać solidarności dla obu stron wojujących, nie mogę też bratać się z gwałcicielami, nie mogę opiekować się wszystkimi, nie mogę wspierać wszystkich dobrych spraw na świecie.

To wszystko wydaje się oczywiste. Czy więc nic nie zostaje dobrego z tego słowa „solidarność” w jego znaczeniu najogólniejszym, bez restrykcji? Chyba jednak coś zostaje: nie doktryna żadna, ale właśnie moralne poczucie, że los ludzki jest jeden, że uczestniczy w nim zarówno ów handlarz narkotykami i mafioso i że nie można z góry przewidzieć, w jaki sposób moje własne przyczynki, jakkolwiek wydają się nikłe, mogą świat odmienić; podobnie uczą nas, że nieznaczne zmiany w jednym miejscu mogą powodować wielkie a nieprzewidywalne skutki gdzie indziej. Pocieszamy się więc tym właśnie, że żyjemy w chaosie i nie znamy z góry wyników własnych ruchów, ale możemy, a nawet powinniśmy wierzyć, że każdy z nas jest świata demiurgiem i jako taki za los świata odpowiada.

2004


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Jewish contribution to the Allied Cause: World War I and WW II

The Jewish contribution to the Allied Cause: World War I and WW II

Dr. Alex Grobman


In sharp contrast to the Arabs, the Jewish community of Palestine actively supported the Allied cause in both World War I and World War II.

Nine part must-read series that details the influence of the propaganda arena in the war between the Palestinian Arabs and Israeli Jews.

For previous parts, click here.

Part VI

In sharp contrast to the Arabs, the Jewish community of Palestine actively supported the Allied cause in both World War I and World War II. The Yishuv provided technical assistance, established espionage networks, assembled military production lines, and even volunteered to fight in Europe. Future Israeli Defense and Foreign Minister Moshe Dayan lost his eye while fighting Vichy forces in Syria. While much of the Arab world either fought with or cheered for the demise of the British and French, and the ascendancy of the Ottomans and the Nazis, Palestinian Jewry remained committed to the Allied cause.

NILI Spy Ring

In Agents of Empire: Anglo-Zionist International Operations, Anthony Verrier wrote that after Turkey joined the Central Powers during the First World War, the Jews in Palestine realized that a German victory, with its designs on the Far East, might preclude the restoration of a Jewish commonwealth in Palestine.

This prompted the founding of NILI, a pro-British spy ring that provided critical intelligence about the state of the Turkish military, and the internal conditions in the region.

By late 1915, NILI members exposed the low morale and the rampant illness in the military forces of Djemal Pasha on the Palestine Front, where he also served as military governor of Turkish Syria.

    • In mid-1917, NILI gave the British the Turkish order of battle, an analysis of their organization, and unit configuration, including the number of forces assigned to Mesopotamia according to Verrier.
    • A report provided on the availability of water in the Sinai desert was invaluable to General Allenby, since almost half of his soldiers were cavalry and mounted infantry. Knowing where to find water allowed Allenby to assemble his cavalry, infantry and transportation at Beersheba, a town at the eastern edge of Turkish defenses, which was not as securely protected as Gaza.

After Allenby captured Beersheba, he attacked from the east and outflanked Gaza. Two previous attempts to capture Gaza by Allenby’s predecessor, Sir Archibald Murray in March-April 1917, had failed.

NILI was led by Aaron Aaronsohn, a world renowned scientist, who directed the Jewish Agricultural Experiment Station at Atlit, approximately 12 miles south of Haifa, his brother Alexander, who attained a level of prominence as a writer in the U.S., and Absalom Feinberg, an accomplished poet who was secretary of the Experiment Station.

Aaronsohn was aided by 23 active members who traveled throughout Palestine collecting information and transmitting it to EMSIB (Eastern Mediterranean Special Bureau in Egypt), with the aid of trawlers that went from Palestine to Port Said in Egypt, and by 12 individuals who took a less active day role. Aaronsohn was in regular communication with, among others, General Gilbert Clayton, chief political officer to General Allenby, and with Colonel Wyndham Deeds, of British intelligence service.

After arriving in London in October 1916, historian Martin Gilbert noted that Aaronsohn met with Sir Mark Sykes, a Conservative Member of Parliament, to explain the pre-war accomplishments of the Jews in Palestine. Consequently, and in large part because of these conversations, the British government sent a note to the Italian government, with whom they were in discussions, asking them to grant the British railway rights in the impending Baghdad-Haifa railway, and to “generally respect the civic and colonizing rights of the Jews in Palestine.

During his second premiership (1951-1955), Gilbert added, Winston Churchill praised the Jewish contribution in both World Wars, especially Chaim Weizmann’s development of a new way to manufacture acetone, used in explosives vital to winning the war, and Albert Einstein’s generation of the physics of the atomic bomb with which “we were able to put the seal” on World War II.

Jewish Military Assistance

In September 1940, the British established a Palestinian battalion attached to the East Kent Regiment, but the Jews wanted to fight under their own Jewish flag. The British wanted the battalion to be composed of equal numbers of Jews and Arabs, but this was unrealistic due to the large number of Jews who volunteered and the “greater proneness to desertion of the Arabs.” Christopher Sykes, Conservative Member of the British Parliament 

By the end of war, Israeli historian Yehuda Bauer said there were more than 26,000 Jewish men and women from Palestine serving in the British Air Force, Navy, and Army. After six years of protracted wrangling by the leaders of the Jewish Agency, the British allowed the formation of the Jewish Brigade in September 1944. The Brigade fought in Italy in the last battles of the war.

Jewish efforts on behalf of the British amounted to little more than a moral victory, Bauer concluded, as they had little effect on changing British policy. The importance of the Brigade became apparent at the end of the war when the soldiers aided Jews in the Displaced Persons (DP) camps, assisting them to immigrate illegally to Palestine and to acquire arms.

In the spring of 1940, the Haganah, the Yishuv’s underground military organization, secretly offered to provide the British with Romanian-speaking agents to help incapacitate Romanian oil fields, but this turned out to be too ambitious a task. The contacts did lead the British military to training members of the Haganah in fighting behind enemy lines.

In May 1941, after the British defeated Greece but had not yet subdued Crete, members of the Haganah, under the command of a British officer, tragically failed to destroy the oil fields in Tripoli, Libya. Also in May, members of IZL (Menachem Begin’s Irgun Zeva’i Le’umi, National Military Organization) were involved in trying to kidnap the Mufti in Baghdad, where he was inciting rebellion, according to journalist Pierre van Paassen.

On July 15, 1940, the Royal Air Force established the Haifa Investigation Bureau, an interrogation office headed by Immanuel Yalan and staffed by Jews, to interview escaped British prisoners who had found their way to the Middle East Yehuda Bauer said. Later on, the escapees were mostly Jews. The bureau’s objective was to obtain information about Germany’s military aims, any economic and industrial secrets as well as the temperament of the people under enemy control. By the time it closed in November 1944, 4,400 people had been interviewed. A similar bureau was established in 1943 in Istanbul to interrogate refugees coming from the Balkans.

During 1941, Bauer added that the Haganah was in Syria and Lebanon, sometimes under British command, to gather intelligence and initiate clandestine propaganda campaigns.

    • Free French radio broadcasts in Arabic and French, Bulgarian and Hungarian originated from the home of David Hacohen, director of the Histadrut Construction Company Solel Boneh, and continued until Syria was occupied.
    • In June 1941, two Jewish saboteurs were sent to Aleppo, where they destroyed the railroad station and an army camp. Toward the end of 1940, the Vichy secret police in Syria captured 12 members of the unit and put them in prison where they were tortured, ending this chapter of their activities.
    • When the British entered Syria and Lebanon in July 1941, a platoon of Haganah scouts guided them and acted as saboteurs.

When it appeared that the Germans would be advancing towards the Middle East, Bauer stated that Professor Yohanan Rattner, head of the National Command of the Haganah, who was a staff officer in the Russian army during World War I, was recruited to help the British in determining the vulnerable points along the possible route the Germans might take. Rattner targeted railroad tunnels in the Taurus Mountains and other strategic transport links in Turkey, Iraq and Syria. By the summer of 1941, the plans were complete.


Dr. Alex Grobman
Dr. Alex Grobman is a historian and author of The Palestinian Right To Israel. He co-authored Denying History: Who Says The Holocaust Never Happened And Why Do They Say It? .A Hebrew University-trained historian, he is senior resident scholar at the John C. Danforth Society and a member of the Council of Scholars for Peace in the Middle East


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘Supreme Court ruling makes Israel a state of all its citizens’

‘Supreme Court ruling makes Israel a state of all its citizens’

Arutz Sheva Staff


Outrage after Supreme Court fines company for refusing to sell J’lem apartment to Arab couple. “Bullying in the form of a judge’s robe.”

Meni Mazuz / Miriam Alster, Flash 90

The High Court of Justice on Tuesday ruled against a company which refused to sell an apartment to an Arab couple in Jerusalem.

A panel composed of High Court Justices ruled that the apartment company had discriminated against the couple and ordered him to pay a fine of NIS 40,000.

The couple have been living in Jerusalem for the past 20 years. They wanted to buy an apartment to suit their disabled son, and were interested in an apartment in a new residential project in the Pisgat Ze’ev neighborhood, which is being marketed by entrepreneurial company Mi-Tal Engineering. In a telephone conversation with the company’s representative, it was made clear to them that the company would not sell any apartments in the project to Arabs.

The Movement for a Jewish and Democratic state slammed Justice Meni Mazuz following his ruling.

“Sir, Justice Minister Amir Ohana,” the movement wrote, “while you are appointing a new CEO (may you have good luck with that), Honorable Justice Meni Mazuz has already made Israel the state of all its citizens. From now on, it is impossible to refuse to sell an apartment to an Arab anywhere in Israel except in small religious communities. The judicial revolution is underway, and the High Court is laughing with disregard all along the way, galloping into doom.”

“From now on, there is no longer a city that is not mixed in the country (except of course Arab cities, which a Jew would not dare to live in …). From now on, when the legislature decides something – his royal highness, the Supreme Court, states the opposite. This is bullying in a judge’s cloak.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Brygada Świętokrzyska to dla mnie faszyści, naziści i kolaboranci.

Dla prawicy Brygada Świętokrzyska to bohaterowie. Dla mnie to faszyści, naziści i kolaboranci

Mirosław Maciorowski


Żołnierze Brygady Świętokrzyskiej (Archiwum)

Świadczą o tym fakty, których nie sposób zinterpretować wbrew ich znaczeniu. Polemika z obrońcami Brygady Świętokrzyskiej

Podczas obchodów 75. rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych, które pod patronatem prezydenta Andrzeja Dudy zorganizowane zostały na placu Piłsudskiego w Warszawie, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Kasprzyk autorytatywnie orzekł, że formacja ta nigdy nie kolaborowała z Niemcami. Nie wyjaśnił, na czym opiera to twierdzenie.

Głosy oburzenia na prawicy wywołało również nazywanie Brygady „nazistami” albo „faszystami”, jak to zrobił m.in. Stanisław Aronson „Rysiek”, powstaniec warszawski, żołnierz Kedywu.

Czy twierdzenie Kasprzyka i oburzenie prawicy są uzasadnione? Spróbujmy się zastanowić.

Nie ma jednej obowiązującej definicji faszyzmu podobnie jak nazizmu.Opisując ideologie, które legły u podstaw sukcesów Benita Mussoliniego, który w 1922 r. zdobył władzę we Włoszech, oraz Adolfa Hitlera, od 1933 r. kanclerza Niemiec, badacze się spierają.

Zmarły niedawno prof. Jerzy W. Borejsza, wybitny badacz systemów totalitarnych, ostrożnie gospodarował tymi pojęciami w odniesieniu do ustrojów autorytarnych panujących w XX-leciu międzywojennym poza Włochami i III Rzeszą. Ale nie brakuje historyków, którzy faszystowskimi nazywali np. rządy sanacji w Polsce, szczególnie w ich końcowej fazie. Borejsza tak radykalny nie był. Charakteryzując polski system polityczny po zamachu majowym, użył w rozmowie ze mną obrazowego porównania: „Piłsudski pozostawił Polakom lufciki swobody, choć na pewno nie okna. Nie zlikwidował systemu wielopartyjnego. Sądy, choć znalazły się pod presją, zachowywały resztki niezawisłości. Srożyła się cenzura, ale istniała prasa krytyczna wobec sanacji. Gdyby tych lufcików nie było, to niewątpliwie mielibyśmy do czynienia z systemem typu faszystowskiego”.

Faszyzm ani nazizm żadnych bowiem lufcików nikomu nie zostawiały. Co więc przewidywały?

Prof. Henryk Olszewski, wybitny poznański historyk prawa, autor haseł w „Słowniku języka polskiego” PWN, uważa nazizm (narodowy socjalizm) za radykalną odmianę faszyzmu. Obie ideologie rozwinęły się z ruchów protestu przeciw porządkowi ustanowionemu w Wersalu po I wojnie światowej. Były ideologiami pokonanych, rozczarowanych i spragnionych odwetu.

W opisie prof. Olszewskiego miały wiele cech wspólnych. Oto najważniejsze:

  • obie występowały przeciw liberalizmowi, pluralizmowi partyjnemu, parlamentaryzmowi, demokracji, kapitalizmowi, marksizmowi i bolszewizmowi;

  • walczyły ze wszelkimi przejawami indywidualizmu wprost wiązanego z liberalizmem;
  • lansowały kult silnego, hierarchicznego państwa, z charyzmatycznym, nieomylnym wodzem, utożsamianym z narodem; miał być liderem jedynej legalnej partii, dowodzić siłami zbrojnymi, stanowić prawa i normy moralne;
  • zasada jednego wodza łączyła się z bezwzględnym eliminowaniem jego wrogów poprzez zalegalizowany prawnie terror;
  • integralną cechą faszyzmu i nazizmu był skrajny nacjonalizm; obie ideologie, by zyskać szerokie poparcie, odwoływały się też do socjalizmu.

A różnice?

Pisze o nich m.in. prawnik i historyk prof. Roman Tokarczyk w podręczniku akademickim „Współczesne doktryny polityczne”. Zauważa, że najbardziej widoczna „dotyczy znaczenia rasy niemal pomijanej w faszyzmie włoskim, a przybierającej rozmiary obsesyjne, szczególnie antysemityzmu, w nazizmie. Mussolini określił Niemcy lat 30. jako rasistowski, lunatyczny azyl . Faszyści włoscy nie osadzali też tak silnie jak hitlerowcy swego nacjonalizmu w tradycji ludowej”.

Inna różnica dotyczy intensywności terroru – we Włoszech nie powstały obozy koncentracyjne i nie było tak wielu więźniów politycznych jak w III Rzeszy. Ponadto niemiecki nazizm był antyreligijny, a faszyzm oczekiwał poparcia Kościoła. „Wreszcie – pisze lubelski naukowiec – inne były uzasadnienia podboju innych krajów, faszyści robili to w imię agresywnego imperializmu, zaś zwolennicy Hitlera pod hasłami obsesyjnego rasizmu”.

Jak na tym tle wyglądają poglądy ludzi, którzy stali za utworzeniem Brygady Świętokrzyskiej?

Wywodzili się z tzw. Organizacji Wewnętrznej, tajnej struktury o charakterze mafijnym, jak to określiła prawicowa historyczka Lucyna Kulińska, działającej w Stronnictwie Narodowym (SN). W 1934 r. jej członkowie pożegnali macierzyste ugrupowanie i utworzyli Obóz Narodowo-Radykalny (ONR). Rok później ONR rozpadł się na ONR „Falangę” skupioną wokół Bolesława Piaseckiego oraz ONR „ABC”, której liderem był Henryk Rossman.

Olgierd Grott z Uniwersytetu Jagiellońskiego w książce „Partie faszystowskie i narodowosocjalistyczne w Polsce” wprawdzie ONR-u nie wymienia, ale – jak wyjaśnia – zajął się wyłącznie organizacjami, które „w nazwach lub oświadczeniach przywódców określiły się same jako faszystowskie albo narodowosocjalistyczne”. Radykałowie z ONR-u wprost tak raczej się nie określali. Jednak w ich wypowiedziach i deklaracjach łatwo znaleźć poglądy tożsame z poglądami włoskich faszystów i niemieckich nazistów.

Po pierwsze, opuścili SN dlatego, że – podobnie jak hitlerowcy i wyznawcy Mussoliniego – kwestionowali demokratyzm macierzystej partii. Opowiadali się bowiem przeciw pluralizmowi politycznemu i systemowi wielopartyjnemu.

Po drugie, również byli nacjonalistami. W deklaracji programowej głosili przecież, że „gospodarzem [kraju] powinien być naród polski zorganizowany jako jedna niepodzielna całość”.

Po trzecie, przewidywali system wodzowski. W ich ujęciu „władzę w państwie powinna sprawować hierarchiczna organizacja Narodu”. Jeśli więc miała być hierarchiczna, to na szczycie musiała być osoba bądź wąskie ciało decyzyjne o wodzowskich uprawnieniach.

Po czwarte, do faszyzmu i nazizmu upodabniała ich sama idea zorganizowania państwa jako „organizacji zbrojnej Narodu, w którym duch żołnierski przenika Naród, a duch narodowy Armię (…)”.

Po piąte, byli przeciwnikami indywidualizmu, komunizmu, ale też kapitalizmu w wersji zachodnich demokracji. Własność prywatna miała być traktowana wyłącznie „jako podstawa bytu rodziny, nie zaś jako źródło wyzysku i nadużyć”. „Jedynym gospodarzem”, czyli właścicielem środków produkcji, miał być „Naród Polski”, a z kraju należało przegnać cały obcy kapitał.

Do narodowych socjalistów upodabniało ich ponadto podejście do rasy. W oficjalnych wypowiedziach i deklaracji programowej otwarcie głosili hasła antysemickie. Twierdzili, że Żyd (pisany w deklaracji konsekwentnie małą literą) „nie może być obywatelem Państwa Polskiego – póki jeszcze ziemie polskie zamieszkuje, powinien być traktowany jedynie jako przynależny do państwa”. W tym zdaniu zawarta jest więc zapowiedź pozbycia się Żydów z Polski.

Wspomniana dr Kulińska ideologię ONR „ABC” nazywa wprost socjalnarodową, jak zresztą określali ją sami członkowie tej organizacji.

Żołnierze Brygady Świętokrzyskiej NSZ wraz z Aliantami – Narodowe Siły Zbrojne. Archiwum

Wojenną kontynuacją ONR „ABC” były dwie organizacje – polityczna, tzw. Grupa Szańca, i wojskowa – Związek Jaszczurczy. To właśnie z nimi badacze łączą powołanie Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

Czy była to formacja kolaborancka?

„Słownik języka polskiego” PWN definiuje kolaborację lapidarnie: „Współpraca z niepopieraną przez większość społeczeństwa władzą, zwłaszcza z władzami okupacyjnymi”. I na tym można skończyć udowadnianie tezy, że Brygada była formacją kolaborancką, bo wycofując się z Polski, współpracowała z Wehrmachtem, który był przecież niepopieranym przez większość społeczeństwa okupantem. Jednak np. w niemieckim słowniku Konrada Dudena hasło „kolaboracja” jest rozwinięte – ta współpraca powinna bowiem „godzić w interesy własnego kraju”. I tej brzytwy chwycili się Jan Kasprzyk oraz inni obrońcy Brygady, którzy rozgrzeszają ją, twierdząc, że nie podjęła działań zbrojnych z Wehrmachtem ani żadnych szkodzących krajowi.

Idąc tym tropem, można ich zapytać, czy zwykli folksdojcze również nie byli kolaborantami, skoro nie podejmowali u boku hitlerowców działań zbrojnych, lecz jedynie im się wysługiwali?

Jeśli nawet uznać pochód Brygady u boku Wehrmachtu do Czechosłowacji za pragmatyzm i ratowanie życia, to wcześniejsze wyczyny niektórych jej żołnierzy nie pozostawiają wątpliwości. Najczęściej przywoływany jest przykład Huberta Jury „Toma”, denuncjatora skazanego na śmierć zarówno przez AK, jak i NSZ. Jura ocalił życie dzięki pomocy gestapo, a później wynegocjował współpracę Brygady z Niemcami.

O jej wcześniejszych wyczynach mówi też świadectwo szefa wywiadu Inspektoratu Kieleckiego AK, które przytoczył w artykule dla „Wyborczej” prof. Rafał Wnuk:

„Współpraca [NSZ] z gestapo była w zasadzie jawna i poszczególni dowódcy nie kryli się z tym, że otrzymują broń i amunicję do walki z komuną od władz okupacyjnych. Znany jest przypadek (styczeń lub luty 1944), gdzie oficerowie NSZ z bronią przyjeżdżali na gestapo w Ostrowcu [Świętokrzyskim], tam omawiali obławy na PPR i przekazywali gestapo materiał odnośnie komórek PPR. (…) Niemcy już wówczas uważali NSZ za polski narodowy socjalizm prowadzący jawną walkę z Rosją, robiący dywersję w ugrupowaniach politycznych Polski podziemnej i rozbijający spoistość Armii Krajowej”.

Jeśli dodamy do tego odmowę scalenia z AK, rozbijackie działania we własnych szeregach, zabójstwa zwolenników współpracy z Polskim Państwem Podziemnym, to nie można mieć wątpliwości, że narodowcy z Brygady działali na szkodę kraju.

Nie mam więc też wątpliwości, że 11 sierpnia na placu Piłsudskiego oddano hołd kolaborantom, faszystom i nazistom. Patronował temu prezydent Andrzej Duda.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Primo Levi’s Comedy of Hell

Primo Levi’s Comedy of Hell

David Mikics


HeaderThe chemist and survivor—author of the most necessary of all books about the Shoah—would have turned 100 today

On the first page of If This Is a Man, later retitled Survival in Auschwitz, Primo Levi turns the Shema, Judaism’s most famous prayer, into an indelible curse. This is holy blasphemy, and unforgettable, as Levi intended it to be. Just before the gates of hell he grabs you with both hands, and doesn’t let go:

Meditate that this came about:
I commend these words to you.
Carve them in your hearts
At home, in the street,
Going to bed, rising;
Repeat them to your children,
Or may your house fall apart,
May illness impede you,
May your children turn their faces from you.

The practical-minded Levi, in a lovely image, once described his Jewishness as “like having a spare wheel, or an extra gear.” Here he uses what he knew about Jewish prayer, and so devastates us. The fact of the camp Auschwitz requires your constant meditation, or else you must endure a survivor’s curse.

The words of Levi’s book, the most necessary of all books about the Shoah, are carved in your heart because they demand not just that you lament, but that you grasp what happened. (As if you could.) This is the Shema of Jewish desolation in the 20th century. And it echoes beyond the disaster visited on the Jews. I’ve been told, teaching this book, by students from Bosnia and Cambodia that it opened a door for them that would otherwise have stayed closed.

Hier ist kein warum” (there is no why here), one of the camp’s barbaric guards shouts at Häftling 174517, who used to be Primo Levi. But Levi disobeyed the order, driven by the need to find out why human beings acted as they did in Auschwitz, as both murderers and victims. Remembering Dante’s Ulysses, whose desire for knowledge made him human, Levi studied life in the camp with the tenacity of the scientist he was, relying on the durable tools of novelistic realism.

Levi feels compelled to judge the people in Auschwitz, though he does so gently, as if compensating for the savage necessities of the lager. Having escaped from the inferno, he finds moral rules more, not less, pressing. He wants us to weigh each of the men and women he describes, so we can know what this place of mass death does to its inhabitants. This is no easy task, which is why Levi’s great book, unlike Elie Wiesel’s Night, works so well in the classroom. While Wiesel prompts reverence, never a promising mood for class discussion, Levi urges us to argue about his people. Wiesel clings to memories of emotional solidarity, whereas Levi is more interested in how prisoners use one another to survive.

There is something else that divides these two most famous memoirists of the Shoah. Wiesel writes in a deeply moving, pitched monotone, while Levi has an antic sensibility that sometimes resembles Kafka’s. Yes, Levi is a comic writer, a bizarre fact given the inexhaustible darkness of his subject matter. We might expect from him the grim humor of his beloved Dante, but instead his jokes are often light. Levi speaks of “the spoons which, in those days, we kept with us day and night, ready for any and every improbable emergency, the way the Knights Templar bore their swords.” There is much darker comedy too in Levi, like the brutally absurd test for diarrhea undergone by prisoners in Ka-Be, the Auschwitz infirmary, a scene worthy of Kafka’s The Trial.

Levi’s readers often think his title, If This Is a Man, refers to the Musulmänner, the barely human drowned ones shambling mutely through the senseless cruel tasks that make up life in the lager. Yet these faceless Musulmänner are not the main characters in Levi’s book. How could they be, since, so nearly dead, they no longer have any character at all?

Levi focuses on the brilliant perverse operators, the swindlers, connivers, and power brokers among the prisoners. No reader can forget the superhuman dwarf Elias, with his vicious temper and herculean muscles, who carries stupendous loads, shouts, sings, curses, and laughs with “the violent mimicry of the deranged” (this last word is milder in the Italian—dissociato, dissociated), and steals constantly, downing 15 pints of soup at a time while others starve. Elias is a grotesque worthy of Rabelais, Levi’s favorite author, and his insane gusto makes him the most fitting of all human types for the lager, Levi decides. The vignette ends with a shock: “Elias, as far as we can judge from outside, and as far as the phrase can have meaning, was probably a happy person.”

In a later book, Moments of Reprieve, Levi shows us another bizarrely cheerful prisoner, Rappoport. Like Elias, he is a well-fed, insolent operator. “Shrewd, violent, and happy as the adventurers of earlier days,” Rappoport, when he hears an air raid siren, steals a pail of soup in the midst of the chaos. He chatters constantly of the good times before Auschwitz. “While I could I drank, I ate, I made love, I left flat gray Poland for that Italy of yours.” He remembers the Italian women, the black-market steaks, the wine. “Things went well for me … and all that good has not disappeared. It’s inside me, safe and sound,” he brags.

“If I meet Hitler in the other world,” says Rappoport, “I’ll spit in his face and I’ll have every right to …”—here a bomb falls on a warehouse, so Rappoport has to talk louder—“because he didn’t get the better of me.” Rappoport’s defiance is in part mere delusion, yet Levi admires it. “In the sad event that one of you should survive me,” Rappoport announces, “you will be able to say that Leon Rappoport got what was due him, left behind neither debits nor credits, and did not weep or ask for pity.” Reacting to this boast, which is worthy of Dante’s Farinata, Levi is mordant but also respectful: “I have reason to believe that Rappoport did not survive. So I considered it my duty to perform as best I could the task with which I was entrusted.”

***

Levi judged not only the Holocaust’s victims and perpetrators but the ones who stood by with averted eyes while it happened. Judging, he knew, if it was going to be worth anything, had to come from understanding. And there was something in the Germans that Levi could never understand, though it was crucial that he keep trying.

The most pressing instance for Levi was Ferdinand Meyer, the chemist who appears under the name Müller in The Periodic Table. When Levi arrived in the chemistry lab at Buna-Monowitz (Auschwitz III), Meyer helped him. He gave him a pair of leather shoes and, just as important, spoke to him using the formal sie, rather than the familiar, insulting du that Germans used when talking to Jews in the camps. But Meyer was still one of the German masters, on the other side of an insurmountable wall.

Throughout his life after Auschwitz Meyer was burdened by guilt. In 1967 he began writing to Levi, who had tracked him down through a mutual friend, and told him, “I was filled with joy that you escaped the hell of Auschwitz.” (These details are taken from Ian Thomson’s superbly researched biography of Levi.)

The camp’s worst cruelty was that one’s survival seemed stolen from another.

Levi still had mixed feelings about Meyer, who seems to have been willfully oblivious to the real purpose of Auschwitz. When Levi asked Meyer what he knew about Birkenau’s death factory, he replied, “During my short stay at Auschwitz I was not aware of any incident aimed at exterminating the Jews.” In The Periodic Table Levi comments on this acidly: “He too, obviously, had not demanded explanations from anyone, not even from himself, although on clear days the flames of the crematorium were visible from the Buna laboratory.”

But Levi goes on, softening a little. “I did not love him, and I didn’t want to see him,” he writes about Meyer, “and yet I felt a certain measure of respect for him. … He was not cowardly, or deaf, or a cynic, he had not conformed, he was trying to settle his accounts with the past and they didn’t tally: he tried to make them tally, perhaps by cheating a little bit.” Meyer’s “condemnation of Nazism was timid and evasive, but he did not seek justifications.”

Levi in the end decided that Meyer was “neither infamous nor a hero,” and that the way he relied on clichés about human evil, barbarism and hope in his letters to Levi “was better than the florid obtuseness of the other Germans: his efforts to overcome [the past] were clumsy, a bit ridiculous, irritating and sad, and yet decorous. And didn’t he get me a pair of shoes?” Levi got an anguished phone call from Meyer and in the end agreed to see him, but Meyer died from a sudden heart attack before their meeting could happen. What remains is Levi’s finely turned reflection on Meyer’s evasions, which is also about his own struggle to respond to the German chemist.

Only a few survived the camps without renouncing part of their moral world, Levi wrote, and he was not among those few. Levi knew his own moral failures, though he knew too that there was no comparison between the victims’ guilt and the murderers’. He was never cruel, but he did learn indifference to the panorama of suffering, as the terrible law of the lager required. The Musulmänner ready for death seemed merely repellent; the needy prisoners, with their hard luck stories, were useless and therefore to be avoided.

The camp’s worst cruelty was that one’s survival seemed stolen from another. Levi thought he had survived the selection of October 1944 only because the SS officer who decided with a glance who would live and who would go to the gas had confused him with a healthier prisoner named René, who stood next to him in the line.

This moment, deftly touched on in If This Is a Man, stands in for a more crucial loss. Levi’s beloved, Vanda Maestro, had been deported to Auschwitz with him. In the fall of 1944 an Italian friend saw Vanda, “white as chalk,” and heard her say “those awful words, which I can never forget,” “Io non ritornerò,” “I’m not coming home.” In January 1945 Levi found out that Vanda, by then a human skeleton, had been sent to the gas chamber months before. “I knew with extreme clarity that I would suffer later for her death,” he said. “Levi felt he should have died in Vanda’s place,” Thomson writes.

In October of 1945 Levi reached Turin after his long wanderings through Soviet territory, and on his first night home he slept with a piece of bread under his pillow. He rehearsed his memories of Auschwitz, telling his tales to anyone who would listen. Once on a train a fellow passenger, overhearing Levi, asked him to speak louder, so compelling was his story.

Just as he did on that train, Levi in his books persuades you to listen, and not only to the history of the murdered Jews but to the equally unimaginable histories that scar more recent times. Now, 100 years after his birth, Primo Levi still demands that you listen.


David Mikics is the author, most recently, of Bellow’s People: How Saul Bellow Made Life Into Art. He lives in Brooklyn and Houston, where he is John and Rebecca Moores Professor of English at the University of Houston.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com