Archive | January 2021

Wywiad z Janem Rochwergerem


Wywiad z Janem Rochwergerem

Ewa Koźmińska-Frejlak


W dniu 28.08.2019 w wieku 103 lat zmarł nasz wieloletni pracownik i kolega Jan Rochwerger. Chcielibyśmy przypomnieć rozmowę, jaką z panem Janem przeprowadziła nasza pracowniczka naukowa Ewa Koźmińska-Frejlak. Wywiad ukazał się w czasopiśmie „Midrasz” w 2005 r.

Czy mógłby pan w skrócie opowiedzieć, jak pan trafił do wojska w czasie II wojny światowej? Chciałabym także prosić o kilka słów na temat pańskiego życia i rodziny przed wojną…

Moja rodzina była religijna. Pamiętam, że matka w sobotę zapalała świece. Z ojcem chodziłem do Templa, chociaż się buntowałem przeciwko temu. Bar micwę miałem w Templu, dostałem wtedy od doktora Ozjasza Thona modlitewnik – niestety przepadł. Miałem brata młodszego o siedem lat. Ojciec był z zawodu technikiem ceramikiem. Po wybuchu wojny uruchamiał cegielnie na Ukrainie, na terenach, które dawniej należały do Polski. Zmarł, jak dowiedziałem się po wojnie, na zapalenie nerek, w szpitalu. Brata udało się ulokować w Przemyślanach u rakarza. Tam chodził do szkoły. Co się z nim stało później, kiedy wybuchła wojna z Niemcami – nie wiem. Matka mieszkała w Samborze, była tam tak zwaną bieżenką, to znaczy uchodźczynią – tak samo jak ojciec i ja. Pewnego dnia została wezwana do sądu. Oskarżono ją o nielegalne przekroczenie granicy. Dostała wyrok – sześć miesięcy. Odsiedziała je gdzieś pod Kijowem. Do Lwowa wróciła po sześciu miesiącach już jako pełnoprawna obywatelka sowiecka. Nie obowiązywał jej ani zakaz pobytu w miastach wojewódzkich, ani zakaz swobodnego mieszkania w pasie granicznym. Osiedliła się więc we Lwowie. Po raz ostatni widziałem się z nią chyba w drugim dniu wojny, miałem wtedy wyjazd służbowy z Sambora do Lwowa. Już po wojnie wstąpiłem do Lwowa, pamiętałem wtedy, gdzie mieszkała moja matka. Od jej sąsiadki dowiedziałem się, że zabrano ją na Piaski. Mnie, nawiasem mówiąc, wtedy słowo Piaski nic nie mówiło, a to było miejsce, gdzie Niemcy rozstrzeliwali lwowskich Żydów. W 1939 roku znalazłem się na Kresach. Dotarłem do Równego, stamtąd pojechałem do Lwowa, gdzie starałem się o przyjęcie na uniwersytet, chciałem kontynuować studia. Miałem ukończone trzy lata chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Podobno jednak zginęły dokumenty, a moim jedynym dokumentem sprzed wojny był indeks, który zabrałem, uciekając z Polski. Po jakimś czasie ukończyłem kurs kolejowy i zacząłem pracować na kolei w dyrekcji lwowskiej. Kiedy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, ewakuowaliśmy się z Sambora. Po drodze, chyba spod Kołomyi, przyszła wiadomość, że są pociągi, które trzeba ewakuować, ale nie ma obsługi. Zgłosiłem się między innymi i ja, a ze mną jeszcze jeden Żyd. Nazywał się Beer Mosze. Prowadziliśmy wspólnie pociąg, nie pamiętam już, do jakiej stacji. Później wróciliśmy do swojego ewakuacyjnego pociągu, którym dotarłem do Stalingradu. Tam dostaliśmy uposażenie, zdaje się za trzy miesiące, i dano nam do wyboru – zostać na kolei i nasączać progi kolejowe jakimiś chemikaliami, żeby je zabezpieczyć, albo iść do kołchozu. Jeden z ewakuowanych, Rosjanin, też kolejarz, poradził mi, żeby raczej iść do kołchozu, bo tam zawsze będzie co jeść. A więc poszliśmy do kołchozu.

Mówi pan cały czas w liczbie mnogiej…

Wtedy już byłem sam. Chciałem jeszcze wspomnieć, jakie znaczenie w owym czasie miał mundur kolejarski. Byłem uchodźcą, nie przysługiwało mi prawo pobytu w pasie granicznym, miastach wojewódzkich i tak dalej, a ja normalnie, w ramach swojej pracy, byłem co najmniej dwa razy w tygodniu na samej granicy. Mundur kolejarza był święty. Kontrole pograniczników w pociągach osobowych były bardzo ścisłe, ale mnie nikt o nic nie pytał. Nigdzie nie mieszkałem, nigdzie nie byłem zameldowany. Korzystałem z domów dla kolejarzy – to się u nich nazywało koszary. Jeżeli miałem przerwę nocną w służbie, szedłem tam i dostawałem pokój, czystą bieliznę. Przespałem się i znowu na służbę. Gdy przyjeżdżałem do Lwowa, mieszkałem w tym samym miejscu, co w czasie nauki. To było częściowo zniszczone seminarium prawosławne, właściwie to była duża sala, gdzie mieszkali sami uchodźcy. Pewnego dnia dowiaduję się, że na dole jest NKWD i zabierają wszystkich. Trudno – myślę, przecież nie będę się chował, znajdą mnie… Wychodzę w tym mundurze i oni ani słowa! Kołchoz nazywał się “Swietłyj Jar”. Mieszkałem u Rosjan. Pracowałem najpierw w polu, później nauczyłem się paść bydło, cielaki. W końcu awansowałem na magazyniera, co mnie nawet trochę zdziwiło. Co prawda wtedy już bardzo dobrze opanowałem rosyjski, ale jednak byłem uchodźcą. Po pewnym czasie dotarła do mnie wiadomość, że formuje się Wojsko Polskie. Napisałem podanie – bez odpowiedzi, po jakimś czasie drugie podanie – także bez odpowiedzi. Dowiedziałem się, że powstaje wojsko czeskie. Ponieważ urodziłem się w Czechach, postanowiłem zaryzykować. Dostałem więc wezwanie do Stalingradu do Wojenkomatu. Przyznam się, że trochę się bałem tej rozmowy. Oficer mi powiedział, że fakt, iż urodziłem się w Czechach, nie znaczy, że jestem Czechem. Odrzucił moje podanie. W tym czasie Niemcy zbliżyli się do Stalingradu. Rozpoczęła się bitwa o Stalingrad. Z przewodniczącym kołchozu miałem umowę, że w razie konieczności ewakuacji kołchozu pognam bydło za Wołgę. Pewnego dnia wezwali mnie do gminy, do wioskowej władzy. Stanąłem przed oficerem, prawdopodobnie z tak zwanego zagriad-otriadu, to znaczy z oddziału, który miał oczyszczać linię frontu z “niepożądanych elementów”. Zaczęła się rozmowa – co, jak, gdzie i tak dalej. Mówię, że jestem tu już od czterdziestego pierwszego roku, że nie jestem jakimś przybłędą, że tutaj pracowałem, że mogę nawet przynieść dokumenty, że pracowałem na kolei. Kazał mi iść po dokumenty i jeszcze raz się stawić.

Gdy zabierałem swoje rzeczy, dostałem od gospodarzy torbę sucharów, dopiero później zrozumiałem dlaczego. Wróciłem i pod eskortą odesłano mnie do powiatowego miasta, gdzie oficer zarzucił mi, że jestem niemieckim spadochroniarzem. To, że miałem dokumenty, nie przesądzało sprawy, bo – jak dowodził – ojciec miał na imię Adolf, przed I wojną światową rodzice mieszkali w Krakowie, więc byli obywatelami austriackimi, Austria teraz to kolonia niemiecka, więc wszystko jasne… Wezwał żołnierza, który mnie odprowadził do Stalingradu, do więzienia. Dostał rozkaz, by strzelać, jeżeli będę próbował uciekać. Na dziedzińcu więzienia pełno było zatrzymanych. Zacząłem się dopominać o rozmowę z komisarzem – miałem dobre wyobrażenia o Związku Sowieckim, o komisarzach. W końcu dostałem się do komisarza, przyzwoitego człowieka. Przedstawiam mu całą swoją historię. Podniósł słuchawkę i obdzwonił różne komisariaty milicji w Stalingradzie. Wreszcie zgodzili się mnie przyjąć w komisariacie kolejowym. I znowu rozmowa, znowu pokazuję dokumenty, a ci mówią – idź z powrotem. Chciałem, żeby dali mi dokument, bo jak wrócę, znowu mnie zaaresztują, pomyślą, że uciekłem, nie wiadomo, co się stanie. Oni na to, że nie dostanę żadnego dokumentu. Odparłem, że nigdzie się stąd nie ruszę. To taka trochę śmieszna sytuacja. W końcu mi napisano, że zostałem doprowadzony, sprawdzony i odesłany, nawiasem mówiąc – na świstku papieru, ale z pieczątką rzecz jasna. Wróciłem do wioski. Gospodarze byli zdziwieni, przyzwyczaili się, że jak się trafia do takich organów, to się już nie wraca. Dalej pracowałem w kołchozie, z tym, że otrzymałem paszport – normalny dowód osobisty obywatela sowieckiego…

A musiał pan się zadeklarować jako obywatel sowiecki czy wpisano to panu automatycznie?

Wpisano automatycznie i przysłano mi. Po tym napisałem kolejne podanie, tym razem do Ludowego Wojska Polskiego, do armii Berlinga. Wezwali mnie i dotarłem do Sielc, gdzie odbywało się coś w rodzaju targu niewolników, to znaczy wszyscy stawali w szeregu, wchodzili oficerowie sowieccy i wybierali, kto do jakich oddziałów. Ja trafiłem do kompanii rusznic przeciwpancernych. Przyjechało razem ze mną, z różnych stron, kilku Żydów, ale zostali odesłani. Mnie się udało, może dzięki temu, że miałem ukończoną szkołę średnią, już rozpoczęte studia wyższe…

A tamci zostali odesłani…

Nie wiem, ale przypuszczam, że mieli za dużo chętnych, więc mogli przebierać. Trafiłem do kompanii rusznic. Dowódcą był chyba kapitan, Rosjanin o pięknym polskim nazwisku – Kostia Pińkowski. Prawdopodobnie miał polskie korzenie i dlatego trafił do wojska polskiego. Tak zaczęła się moja służba w Wojsku Polskim, przez Lenino, szereg kursów różnego rodzaju. Najpierw I Dywizja, później X Dywizja, jako dowódca kompanii rusznic przeciwpancernych, kurs Akademii Sztabu Generalnego, Sztab Generalny, no i 1967, 68 rok. Potem zostałem skierowany na komisję lekarską…

Mówi pan już o okresie powojennym…

To był 1967 czy 1968 rok – skierowano mnie na komisję. Komisja lekarska stwierdziła, że jestem w pełni zdrów, zdatny do służby wojskowej. Zaproponowano mi, bardzo elegancko się ze mną obeszli, stanowisko poza Warszawą, stanowisko, które – byłem wtedy już w stopniu pułkownika dyplomowanego – według mojego rozeznania mógł pełnić jakiś podoficer po szkole podstawowej. Zresztą wtedy wiadomo było, że z Warszawy nikt nie będzie się chciał ruszyć. Nie mogłem odmówić, ale napisałem odwołanie, że uważam, iż z moją praktyką, wyszkoleniem i tak dalej bardziej przydałbym się na innym stanowisku. Dostałem odpowiedź – oni nie widzą takiego miejsca. Zwolniono mnie do rezerwy. Kiedy dowiedziałem się, że mnie zwalniają, rozmawiałem po linii partyjnej, nieważne, z kim. Mówię: “Przecież zwalniacie mnie tylko dlatego, że jestem Żydem”. Nikt mi nie odpowiedział. Potem szukałem pracy, zaproponowano mi stanowisko w jakimś zakładzie na Ochocie albo jeszcze dalej, ale jak się dowiedziałem, że tam prowadzą produkcję między innymi dla wojska – już wtedy byłem zorientowany, jaki jest stosunek do tych zwalnianych “syjonistów” – to zrezygnowałem. Wiedziałem, że jak się tam zgłoszę, to mnie odrzucą. W tamtym okresie spotkałem na ulicy generała Skibińskiego, którego znałem jeszcze z Akademii Sztabu Generalnego. Pyta mnie: “Co robisz?”. “Nic, zwolnili mnie…”. A on na to: “Zwolnili cię, bądź szczęśliwy, że teraz nie stawiają tak jak dawniej gdzie indziej – pod ścianę”. Później trafiłem do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Namówił mnie do tego profesor – ówczesny docent – Marian Fuks, który tam pracował. Od tego czasu pracuję w Instytucie.

Od którego roku?

Nie pamiętam dokładnie, ale to był chyba sześćdziesiąty dziewiąty rok.

Wspominał pan o różnych podejmowanych przez pana próbach dostania się do wojska. Co pana ciągnęło do wojska?

Co mnie ciągnęło?… Całe życie w Polsce – wychowany byłem w Polsce, związany z kulturą polską. Myśmy nie mieli w gimnazjum wydzielonej lekcji wychowania obywatelskiego, ale to wychowanie obywatelskie, nazwijmy – miłość do Polski, wpajano w ucznia w czasie lekcji polskiego, geografii, historii. Nie uczono mnie – kochaj Polskę, ale tę miłość do kraju jakoś przekazywano. Nic dziwnego, że czułem się Polakiem! Do wojska przed wojną nie poszedłem dlatego, że studiując na uniwersytecie, miałem kategorię “B”, dostałem odroczenie. Potem, kiedy trafiłem do tej wioski pod Stalingradem, najbliższy Polak był w odległości trzystu, czterystu kilometrów. Chciałem wrócić do Polski…

A czy w kołchozie ktoś wiedział o pańskim żydowskim pochodzeniu?

Ich to nie interesowało. Traktowali mnie jak Polaka – bieżeńca z Polski. Było wiadomo, że nie jestem prawosławny. Przyznam jednak, że nie zetknąłem się ani razu z pytaniem, aluzją – niczym, co by wskazywało, że traktują mnie jakoś inaczej. Trafiła do tego kołchozu żydowska rodzina z Mołdawii. On był z zawodu blacharzem. Mówił po żydowsku. Żydowski o tyle rozumiem, że znam niemiecki, czytam – powoli, ale czytam w jidysz…

A w domu u pana po jakiemu się mówiło?

Po polsku, ale tak jak chyba w wielu domach, kiedy rodzice chcieli, żebym czegoś nie zrozumiał, mówili po żydowsku.

A później, już w wojsku, czy zetknął się pan z jakimś innym traktowaniem wynikającym z żydowskiego pochodzenia?

Poza tym, że odesłano tych kilku… Ale wtedy nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego ich nie przyjęto. Człowiek jest czasami mądry po szkodzie. W wojsku – nie. Na kursach był taki zwyczaj, na kursie w Rembertowie w każdym razie, że po zbiórce wieczorem była komenda “do modlitwy” i kto chciał, ten się modlił. Występowało wtedy kilku kursantów, katolików i modliło się. W gimnazjum, w klasie maturalnej, było nas wszystkich razem może dwunastu, trzynastu. W tym czterech Żydów i jeden prawosławny. Nauczyciele nie robili żadnej różnicy. Gdy pracowałem w Sztabie Generalnym, naszymi przełożonymi byli przedwojenni oficerowie. W moim wydziale był jeszcze jeden Żyd, a reszta to byli nie-Żydzi, młodzi oficerowie Ludowego Wojska Polskiego lub oficerowie sanacyjni. Moim bezpośrednim przełożonym był Staff – brat Leopolda. Przełożonym wydziału był generał Heliodor Cepa – oficer sanacyjny, wspaniały człowiek. Inni oficerowie, z którymi miałem luźny kontakt, nigdy nie dawali nam nic odczuć. Nie odczuwało się tego… W końcu byli to kulturalni ludzie i jeżeli nawet mieli zastrzeżenia co do Żydów, to tego nie okazywali i nie wypowiadali. Dopiero w 1967, 1968 roku. Obracałem się w zamkniętym środowisku. Co prawda nie żydowskim – katolickim, ale nikt mi nie dawał do zrozumienia – a, ty jesteś Żydem… Zresztą niestety wielu moich kolegów, Polaków katolików, z owego czasu umarło i wszyscy mieli pogrzeb świecki.

Miał pan przed wojną jakieś zdecydowane przekonania polityczne?

Nie należałem do żadnej organizacji – ani syjonistycznej, ani lewicowej. Pamiętam, jak w czasie studiów na Uniwersytecie, podszedł do mnie jakiś student i mówi: “Słuchaj, daj składkę na MOPR”. Pytam: “A co to jest?”. On mówi, że dla wspomożenia rodzin więźniów. Dałem 50 groszy, wtedy to było dużo, ale poprosiłem go o pokwitowanie, bym mógł je pokazać następnemu, który przyjdzie i też poprosi o składkę. MOPR to była Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom, oczywiście nielegalna. Tak więc w kwestiach politycznych byłem niewyrobiony. W domu czytywało się “Nowy Dziennik” – gazetę syjonistyczną. Wisiała u nas skarbonka Keren Kajemet le Israel. Interesowałem się wtedy problemami religii i przeczytałem nawet dosyć dokładnie książkę Cunowa Pochodzenie religii i wiary w Boga. Książka naświetla pochodzenie religii z intelektualnego, lewicowego punktu widzenia. Generalnie więc myślę, że miałem nastawienie lewicowe, dostrzegałem niesprawiedliwość, gdzieś to we mnie tkwiło, ale specjalnie się tym nie przejmowałem.

A czy będąc w wojsku, należał pan do partii?

Przede wszystkim, kiedy skończyłem kurs kolejowy we Lwowie, musiałem wstąpić do Związku Zawodowego. Nie było mowy, żeby nie wstąpić. Do PPR wstąpiłem w wojsku. W podaniu napisałem, że chcę budować socjalizm na całym świecie. Widocznie byłem internacjonalistą, nie nacjonalistą polskim – nie wspomniałem tam o budowie socjalizmu w Polsce, tylko na całym świecie.

Do PPR wstąpił pan jeszcze w czasie wojny czy już po?

To było w czasie jednego z kursów wojskowych po wojnie.

A czy razem z odejściem z wojska oddał pan legitymację?

Zostałem w partii po prostu z bierności.

Czy tuż po wojnie, kiedy pan wrócił do Polski, miał pan jakieś kontakty z życiem żydowskim?

Raczej nie. Jedynie – jeśli życie żydowskie rozciągnąć bardzo szeroko – to miałem kontakty z oficerami, o których wiedziałem, że byli Żydami. To były kontakty towarzyskie. Utrzymywanie ich było trudne, dlatego że się rozjechali, już nie mówię później, do Izraela, za granicę, ale po Polsce. Zresztą czułem się obywatelem Polski, a kwestia, czy jestem Żydem z pochodzenia, czy nie jestem, bo matka i ojciec byli Żydami – dla mnie nie odgrywała żadnej roli. Żydem poczułem się dopiero, kiedy mnie za niego uznano, powiedziano mi – jesteś Żydem. Nie było ważne, czy się uważam za Żyda, Polaka, Chińczyka czy Eskimosa, ale że uważają mnie za Żyda. Mój rosyjski dowódca, Pińkowski, mawiał: “Jak ci mówią, że jesteś pijany, to idź i połóż się spać. Jak ci mówią, że jesteś Żydem – to jesteś”. Chociaż gros moich znajomych, chociażby sąsiedzi, nie robi w tej kwestii żadnych aluzji, z ich strony nic mnie złego nie spotyka.

Pańskie pochodzenie – jak rozumiem z wcześniejszych pana wypowiedzi – nie blokowało awansów przed 1968 rokiem?

Nie.

Wspominał pan kilkakrotnie o swoim stosunku do religii, bardziej intelektualnym niż emocjonalnym. Czy tak pozostało?

Jestem niewierzący, choć szanuję tych, którzy wierzą. Obojętne, czy to są Żydzi, katolicy czy prawosławni, to jest ich sprawa. Zastrzegłem sobie, żeby mnie pochowano na cmentarzu żydowskim, ale bez rabina.


Źródło: „MIDRASZ” nr 1 (93)/2005


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


More False Claims: Israel and Palestinian Diabetes Rates

More False Claims: Israel and Palestinian Diabetes Rates

Adam Levick


View of the United Nations Relief and Works Agency (UNRWA) building in Rafah in the southern Gaza Strip. Photo: Abed Rahim Khatib / Flash90

Blogger Elder of Ziyon posted recently about a webinar held by The Lajee Center, an NGO centered in the Aida UNRWA camp, that featured Health for Palestine Director Dr. Bram Wispelwey arguing that Israel was responsible for high levels of diabetes among Palestinian “refugees.”

However, of greater concern, is the fact that several months ago, the London Review of Books (LRB) published a blog post by Dr. Wispelwey (“Underlying Conditions,” April 18) where he made the same accusation.

Here are the relevant passages:

At nearly 18 per cent officially, and probably higher, the prevalence of diabetes among Palestinian refugees in the West Bank is one of the highest in the world. The official rate in Gaza is 16 per cent. Among adult citizens of Israel, it’s 7.2 per cent

Decades of living in overcrowded refugee camps and a rapid transition to cheap and readily available high calorie foods, in part a result of the neoliberal economic changes that came with the Oslo Accords, have led to an explosive increase in obesity and diabetes among PalestiniansAs in other parts of the world, the prevalence of the disease is linked to land dispossession, structural violence, colonial domination and oppression. [emphasis added]

First, Elder put the charge in context by citing a report from the World Diabetes Foundation showing that the Palestinian diabetes rate, nearly 18%, is similar to other Middle Eastern countries. Additionally, this graph shows that wealthy oil-producing Gulf countries with high levels of expenditures on public health, such as Saudi Arabia and Kuwait, are among those states with higher levels of diabetes than Palestinians.

If the LRB contributor was to make a serious argument about the cause of high levels of diabetes among Palestinians, he would have at least had to acknowledge that other, far wealthier states in the region similarly have a high prevalence of the disease.

But this would have required real research, and forced him to consider that cultural or sociological factors, and individual lifestyle choices regarding diet and exercise within the MENA region may explain such high Palestinian morbidity rates.

But, as the passages above show, no serious research was conducted.

For instance, Wispelwey claims that living in “overcrowded refugee camps” and “neoliberal economic changes that came with the Oslo Accords” led to “readily available high calorie foods,” which resulted in increased diabetes rates. Yet, he doesn’t offer any empirical evidence to demonstrate a correlation between these phenomena, nor any data showing lower levels of diabetes before the Oslo Accords.

Even more clumsily, the LRB contributor posits that the prevalence of diabetes is linked to “land dispossession, structural violence, colonial domination and oppression” — yet he offers no evidence to connect the two. And, even if we were to accept the writer’s accusation about Israeli “colonialism” and “structural violence,” data in the chart above shows the states with the highest levels of the disease have no such political dynamics present.

At the end of the day, all we have is an evidence-free, politically-motivated assertion suggesting Israeli responsibility for high Palestinian diabetes rates — sophomoric anti-Israel agitprop dutifully published by editors at an influential British literary magazine.


Adam Levick serves co-editor of CAMERA UK, an affiliate of the Committee for Accuracy in Middle East Reporting in America (CAMERA), where this article first appeared.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IVC: 2020 was a record year for Israeli tech

IVC: 2020 was a record year for Israeli tech

ZEV STUB


Money / (photo credit: INGIMAGE / ASAP)

Despite the global crisis, Israeli tech companies raised a record $9.9 billion in 578 deals, according to the 2020 Israeli Tech Review published by IVC and Meitar Law Offices.

Those numbers represent an increase of 27% in volume and a 14% increase in the number of deals compared to 2019. The numbers were bolstered by seven large deals worth more than $200 million each, compared to three such large deals in 2019.

The findings parallel those published in a competing report by PwC Israel earlier in the week.

“While in 2020, primarily due to the COVID-19 pandemic, we saw a significant decline in the M&A activity of Israeli companies, we simultaneously experienced an increase in financing rounds by Israeli and foreign investors, in the number of deals as well as the capital invested,” said the report’s authors. “Specifically, financing among growth companies showed a significant increase, as did the total number of rounds. The above demonstrates the maturity and development of the Israeli high-tech industry, manifested, among other things, in the increased number of companies that have crossed the billion-dollar valuation (unicorns).”

“Besides, in 2020, we saw a significant increase in financing by Israeli tech companies on the capital market, partly due to low-interest rates and the general hesitation in the markets in light of COVID-19. SPAC deals also experienced significant growth in 2020, as in the US, it was a record-breaking year in the number of SPAC offerings and the overall amounts raised in these offerings.”

“According to the pipeline we observe, this trend will continue in 2021, and many of the large companies that have matured in recent years will examine the option of public capital markets for continued growth and development. We believe that it will lead to an increase in M&As in these companies, where traded shares will be used as currency,” the report said.
There were 371 VC-backed deals worth $8.7 billion during the year, compared to $6.52 billion in 320 deals in 2019. Investments in early rounds declined in the first two quarters due to the COVID-19 crisis. However, the numbers picked up in the third and fourth quarters.

Some 121 publicly-traded hi-tech companies raised $6.6 billion during the year, compared to $2 billion by 68 companies in 2019. The most significant trend observed among investors was the focus on existing portfolio companies and increased follow-on investments, the report said.

Mature growth companies raised record amounts in 2020, continuing the trend observed over the past two years. Total investments in growth companies were $8.33 billion. Early-stage companies raised $1.6 billion in 2020.
There was a significant decrease in mergers and acquisitions, as 93 companies netted $7.8 billion, after 143 M&As raised $14.24 billion in 2019. As in 2019, US-based corporations accounted for 90% of all M&As.

There were 18 IPOs by Israeli tech companies on local and foreign capital markets in 2020, with a total offering of $1.6 billion. Israeli public companies’ activity on the capital markets was $6.55 billion (including IPOs, follow-ons and RDs, PIPEs, equity, and debt) in 121 deals compared to $1.95 billion raised in 68 deals in 2019.

“2020, which was and continues to be impacted by COVID-19, is ending on a strong note and with hopes for continued activity in financing and offering and renewed increase in M&As,” the report concluded.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Administracja Bidena i “Wojna o prawo powrotu”



Administracja Bidena i “Wojna o prawo powrotu”

Vic Rosenthal
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Wszystkie poprzednie izraelsko-palestyńskie negocjacje pokojowe załamały się, ponieważ izraelscy i zachodni negocjatorzy nie rozumieli najwyższej wagi jednej kwestii – „prawa powrotu”, którego żądali Palestyńczycy. Było to możliwe, ponieważ konsekwentnie nie rozumieli języka – czy to angielskiego, czy arabskiego – używanego przez Palestyńczyków. „Konstruktywna wieloznaczność”, która często charakteryzuje dyplomatyczny język i pozwala stronom, które nie całkiem zgadzają się ze sobą, na podpisywanie porozumień, umożliwiła tym samym słowom mieć diametralnie sprzeczne znaczenie, kiedy wypowiadane są przez ludzi Zachodu i Palestyńczyków.  

Sądząc z niewielu publicznych wypowiedzi o ludziach mianowanych przez Bidena, jego administracja przyjmie to samo stanowisko wobec Izraela i Palestyńczyków jak poprzednia demokratyczna administracja kierowana przez Baracka Obamę.

To znaczy, powróci do koncepcji założenia palestyńskiego państwa w Judei i Samarii mniej lub bardziej w oparciu o linię demarkacyjną sprzed 1967 roku. Powróci do finansowania Autonomii Palestyńskiej, która znajdzie sposób na płacenie terrorystom i utrzymywanie ich rodzin, udając, że nie robi tego, by obejść Taylor Force Act, który wymaga od USA odejmowania takich wypłat od pomocy finansowej dla AP. Administracja prawdopodobnie przymknie oczy na te wybiegi. Powróci do finansowania UNRWA, agencji, która wspiera wykładniczy wzrost bezpaństwowej populacji, która składa się z potomków arabskich uchodźców z 1948 roku, mimo faktu, że istnieje ona dla utrwalania problem, jaki stanowi ta populacja, nie zaś dla jego rozwiązania.

Sądzę, że powróci do zasady, że głównym powodem tego, iż konflikt nie zakończył się, jest to, że Izrael nie uczynił wystarczających ustępstw i że sposobem zakończenia konfliktu jest naciskanie na Izrael, by spełnił żądania Palestyńczyków: żądanie ziemi uwolnionej od Żydów, żądanie nieograniczonej suwerenności, żądanie wschodniej Jerozolimy, a może także żądanie “powrotu” potomków uchodźców. Choć nie jest to bezpośrednia część izraelsko-palestyńskiego konfliktu, ta administracja przypuszczalnie zmniejszy nacisk na Iran i może także powróci do JCPOA, umowy nuklearnej.

Jest zbyt wcześnie, by oceniać, czy przyjmie także otwartą wrogość do żydowskiego państwa, jaka charakteryzowała rządy Obamy. To będzie zależało od ludzi wpływających na Bidena, zarówno wśród jego oficjalnych doradców, jak licznych think tanków, lobby i grup nacisku, które mają interes w konflikcie (włącznie z tym, którym kieruje sam Barack Obama).

Podejrzewam, że administracja będzie miała ręce pełne innych spraw i nie rozpocznie natychmiast nowej inicjatywy “pokojowej”. Nic nie jest jednak pewne. Czasami racjonalność wylatuje za okno, kiedy chodzi o Żydów i ich państwo.

Chociaż niczego nie można zrobić w sprawie tych, którzy przyjmują takie stanowisko, ponieważ uważają to za krok w kierunku ostatecznej likwidacji naszego państwa, nadal istnieją “ludzie dobrej woli”, którzy wierzą, że paradygmat “ziemia za pokój”, inspirujący Umowy z Oslo, istotnie stanowi drogę do zakończenia konfliktu. Jeśli nową administrację zdominują ludzie tego właśnie typu, istnieje nadzieja, że skorygowanie ich fundamentalnych   błędów w rozumieniu sytuacji może prowadzić do bardziej produktywnego działania.

Te błędy bardzo przekonująco wyliczyli Adi Schwartz i Einat Wilf w niedawnej książce The War of Return, How Western Indulgence of the Palestinian Dream has Obstructed the Path to Peace, (All Points Books, 2020). Schwartz i Wilf znajdują się na lewicy na izraelskim politycznym spektrum (Wilf była członkiem Knesetu z ramienia Partii Pracy) i nadal popierają rozwiązanie w postaci dwóch państw. W odróżnieniu jednak od większości swoich towarzyszy, słuchali tego, co mówią Palestyńczycy i rozumieją ich rzeczywiste troski i cele, W książce wyjaśniają, dlaczego tradycyjne podejście zawiodło i proponują wstępne kroki, które są niezbędne dla każdego rozwiązania tego konfliktu.

Wszystkie poprzednie izraelsko-palestyńskie negocjacje pokojowe załamały się, ponieważ izraelscy i zachodni negocjatorzy nie rozumieli najwyższej wagi jednej kwestii – „prawa powrotu”, którego żądali Palestyńczycy. Było to możliwe, ponieważ konsekwentnie nie rozumieli języka – czy to angielskiego, czy arabskiego – używanego przez Palestyńczyków. „Konstruktywna wieloznaczność”, która często charakteryzuje dyplomatyczny język i pozwala stronom, które niecałkowicie zgadzają się ze sobą, na podpisywanie porozumień, umożliwiła tym samym słowom mieć diametralnie sprzeczne znaczenie, kiedy wypowiadane są przez ludzi Zachodu i Palestyńczyków.

Najlepszym przykładem tego jest “sprawiedliwe rozwiązanie problem uchodźców”. Dla Izraelczyka lub człowieka Zachodu może to obejmować naturalizację uchodźców* w krajach, w których żyją, ich emigrację do innych krajów lub ich przesiedlenie do państwa palestyńskiego, kiedy takie zostanie stworzone. To było podejście międzynarodowej społeczności do licznych populacji uchodźców, włącznie z Niemcami żyjącymi w Europie Wschodniej po II wojnie światowej, ocalałymi z Holocaustu, Żydami, którzy zostali zmuszeni do wyjazdu z krajów arabskich po 1948 roku i tak dalej. Stanowiskiem palestyńskim jest jednak, że istnieje tylko jedno “sprawiedliwe rozwiązanie”: każdy, kto ma status uchodźcy, ma niezbywalne prawo „powrotu” do swojego „domu” w Izraelu, jeśli tego chce, lub do otrzymania rekompensaty, jeśli tak woli. I to właśnie znaczy ten zwrot, kiedy go używają.

Naturalnie, przy liczbie Arabów, którzy mogą powołać się na to “prawo”, taki masowy powrót zmieniłby Izrael w państwo o arabskiej większości, nawet zakładając, że Żydzi byliby gotowi opuścić swoje domy i pokojowo oddać je “prawowitym właścicielom”. Absurdalność tego żądania jest oczywista. Niemniej Jaser Arafat wymaszerował z Camp David właśnie dlatego, że Izrael się na to nie zgodził.

Innym zwrotem, którego niejasność nie dopuszcza do porozumienia jest „rozwiązanie w postaci dwóch państw”. Praktycznie rzecz biorąc, wszyscy Izraelczycy, którzy są za tym rozwiązaniem, rozumieją je jako „dwa państwa dla dwóch narodów”. Ale Palestyńczycy chcą jednego, całkowicie oczyszczonego z Żydów państwa palestyńskiego i jednego państwa w którym zostanie zrealizowane prawo powrotu arabskich uchodźców (i które teoretycznie dopuszcza obecność Żydów, przynajmniej na pewien czas). Nigdy nie zaakceptowali idei o jakiejkolwiek żydowskie suwerenności między rzeką a morzem, a więc odrzucają formułę „dwóch państw dla dwóch narodów”.

Schwartz i Wilf wyjaśniają, że zachodni i izraelscy negocjatorzy zawsze zakładali – być może dlatego, że to żądanie jest tak skrajne – że prawo powrotu było kartą przetargową, którą Palestyńczycy wymienią za ustalone granice, usunięcie osiedli lub prawa w Jerozolimie. Mylili się jednak. Żądanie “powrotu” jest samą istotą palestyńskiego ruchu.

Palestyńskie dzieci uczą się o tym aż do wskazywania konkretnego miejsca, do którego każde z nich ma “prawo” powrócić. Uczą się tego w szkołach UNRWA od palestyńskich nauczycieli (99% pracowników UNRWA jest Palestyńczykami). Raz za razem słyszą, że któregoś dnia powrócą, że to jest pewne.

Wszystko, co robi UNRWA, jest nastawione na powiększanie populacji gniewnych ludzi, przekonanych, że wyrządzono im olbrzymią niesprawiedliwość i że jedynym rozwiązaniem dla nich będzie powrót, a dzięki temu powrotowi zmiotą Żydów z powierzchni tej ziem, o której są przekonani, że ukradliśmy im.

UNRWA stworzono po wojnie 1948 roku z zamiarem dostarczenia tymczasowej pomocy uchodźcom, aż zostaną przesiedleni i naturalizowani w taki sam sposób jak wszystkie inne grupy uchodźców. Jedynym krajem jednak, który współpracował, była Jordania, która dała Palestyńczykom obywatelstwo i pozwoliła im zintegrować się z populacją. W Libanie były szczególnie ostre restrykcje i bardzo złe warunki. Krok za krokiem kraje arabskie zmieniły tymczasową UNRWA w permanentne narzędzie do kształtowania armii uchodźców, co do której miały nadzieję, że dokona tego, czego ich konwencjonalne armie nie potrafiły: zlikwidowania państwa żydowskiego.

Dzisiaj UNRWA jest główną przeszkodą do rozwiązania problemu uchodźców. Nie musi nią jednak być. Schwartz i Wilf dostarczają stosunkowo szczegółowego programu do stopniowego wycofania UNRWA w miejscach, w których działa, i dostarczenia rozwiązania dla uchodźców ze strony krajów ich goszczących i innych agencji. Na przykład, na obszarach Autonomii Palestyńskiej proponują przesunięcie odpowiedzialności za uchodźców i pieniędzy, które otrzymuje UNRWA, do AP. Byli uchodźcy uczyliby się w szkołach AP, chodzili do ośrodków zdrowia AP i tak dalej. Są podobne programy dla Gazy, Syrii i Libanu, gdzie mieszczą się pozostałe „obozy” (dzisiaj w większości dzielnice na obrzeżach miast).

Rzeczywisty pokój można tylko osiągnąć, kiedy zmieni się świadomość Palestyńczyków i zrozumieją, że marzenie o powrocie nie zostanie zrealizowane. To byłby długi i trudny proces, który może zacząć się tylko po zlikwidowaniu UNRWA. Musi się jednak zacząć, zanim może się skończyć. Będzie wymagał współpracy wszystkich zachodnich krajów-darczyńców, które finansowo wspierają UNRWA. Być może fakt, że z finansowego punktu widzenia UNRWA wkrótce będzie nie do utrzymania (przecież liczba „uchodźców” rośnie wykładniczo), zachęci je do współpracy.

Na krótką metę niezbędne jest, by wszyscy zaangażowani w sprawę stosunków między Izraelem a Palestyńczykami rozumieli prawdziwe kwestie, które leżą u podstaw konfliktu. I byłoby dobrze, gdyby wszystkie strony zgodziły się na używanie słów w ten sam sposób. Schwartz i Wilf mówią, że “konstruktywną wieloznaczność” powinna zastąpić “konstruktywna jednoznaczność”. Jeśli, na przykład, Unia Europejska uważa, że państwo Izrael powinno zostać zastąpione państwem palestyńskim, to powinna to wyraźnie powiedzieć. Jeśli nie, to powinna jednoznacznie sprzeciwiać się prawu powrotu i działać na rzecz tak szybkiego rozmontowania UNRWA, jak to praktycznie możliwe.

Wróćmy do nadchodzącej administracji Bidena. Mam nadzieję, że oprze się próbom antyizraelskiej lewicy, by odrodzić wrogość z czasów Obamy i zamiast tego wybierze drogę do prawdziwego pokoju.

W tym celu poślę Joemu Bidenowi egzemplarz tej książki z zachętą, by przeczytał ją i puścił w obieg w swoim zespole polityki zagranicznej.


*Od tego miejsca używam słowa “uchodźcy” bez cudzysłowu, chociaż odnosi się do  potomków około 550-700 tysięcy pierwotnych uchodźców, którym ten status nadała UNRWA. Jest ich dzisiaj ponad 5 milionów i ta liczba rośnie codziennie. Żadnej innej populacji nigdy nie nadano takiego statusu uchodźców; agencja UNHCR, która opiekuje się wszystkimi nie-palestyńskimi uchodźcami, nadaje status uchodźcy tym osobom, które nie mogą wrócić do kraju pochodzenia z powodu dobrze uzasadnionych obaw przed prześladowaniem (pełna definicja jest tutaj) i ich dzieciom. W odróżnieniu od statusu uchodźcy UNRWA, ten status nie jest dziedziczny.


Vic Rosenthal – Urodzony w Stanach Zjednoczonych, studiował informatykę i filozofię na University of Pittsburgh. Zajmował się rozwijaniem programów komputerowych. Mieszka obecnie w Izraelu. Publikuje w izraelskiej prasie. Jego artykuły często zamieszcza Elder of Ziyon.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The American Soviet Mentality

The American Soviet Mentality

IZABELLA TABAROVSKY


ussians are fond of quoting Sergei Dovlatov, a dissident Soviet writer who emigrated to the United States in 1979: “We continuously curse Comrade Stalin, and, naturally, with good reason. And yet I want to ask: who wrote four million denunciations?” It wasn’t the fearsome heads of Soviet secret police who did that, he said. It was ordinary people.

Collective demonizations of prominent cultural figures were an integral part of the Soviet culture of denunciation that pervaded every workplace and apartment building. Perhaps the most famous such episode began on Oct. 23, 1958, when the Nobel committee informed Soviet writer Boris Pasternak that he had been selected for the Nobel Prize in literature—and plunged the writer’s life into hell. Ever since Pasternak’s Doctor Zhivago had been first published the previous year (in Italy, since the writer could not publish it at home) the Communist Party and the Soviet literary establishment had their knives out for him. To the establishment, the Nobel Prize added insult to grave injury.

Within days, Pasternak was a target of a massive public vilification campaign. The country’s prestigious Literary Newspaper launched the assault with an article titled “Unanimous Condemnation” and an official statement by the Soviet Writers’ Union—a powerful organization whose primary function was to exercise control over its members, including by giving access to exclusive benefits and basic material necessities unavailable to ordinary citizens. The two articles expressed the union’s sense that in view of Pasternak’s hostility and slander of the Soviet people, socialism, world peace, and all progressive and revolutionary movements, he no longer deserved the proud title of Soviet Writer. The union therefore expelled him from its ranks.

A few days later, the paper dedicated an entire page to what it presented as the public outcry over Pasternak’s imputed treachery. Collected under the massive headline “Anger and Indignation: Soviet people condemn the actions of B. Pasternak” were a condemnatory editorial, a denunciation by a group of influential Moscow writers, and outraged letters that the paper claimed to have received from readers.

The campaign against Pasternak went on for months. Having played out in the central press, it moved to local outlets and jumped over into nonmedia institutions, with the writer now castigated at obligatory political meetings at factories, research institutes, universities, and collective farms. None of those who joined the chorus of condemnation, naturally, had read the novel—it would not be formally published in the USSR until 30 years later. But that did not stop them from mouthing the made-up charges leveled against the writer. It was during that campaign that the Soviet catchphrase “ne chital, no osuzhdayu”—“didn’t read, but disapprove”—was born: Pasternak’s accusers had coined it to protect themselves against suspicions of having come in contact with the seditious material. Days after accepting the Nobel Prize, Pasternak was forced to decline it. Yet demonization continued unabated.

Some of the greatest names in Soviet culture became targets of collective condemnations—composers Dmitry Shostakovich and Sergei Prokofiev; writers Anna Akhmatova and Iosif Brodsky; and many others. Bouts of hounding could go on for months and years, destroying people’s lives, health and, undoubtedly, ability to create. (The brutal onslaught undermined Pasternak’s health. He died from lung cancer a year and a half later.) But the practice wasn’t reserved for the greats alone. Factories, universities, schools, and research institutes were all suitable venues for collectively raking over the coals a hapless, ideologically ungrounded colleague who, say, failed to show up for the “voluntary-obligatory,” as a Soviet cliché went, Saturday cleanups at a local park, or a scientist who wanted to emigrate. The system also demanded expressions of collective condemnations with regards to various political matters: machinations of imperialism and reactionary forces, Israeli aggression against peaceful Arab states, the anti-Soviet international Zionist conspiracy. It was simply part of life.

Twitter has been used as a platform for exercises in unanimous condemnation for as long as it has existed. Countless careers and lives have been ruined as outraged mobs have descended on people whose social media gaffes or old teenage behavior were held up to public scorn and judged to be deplorable and unforgivable. But it wasn’t until the past couple of weeks that the similarity of our current culture with the Soviet practice of collective hounding presented itself to me with such stark clarity. Perhaps it was the specific professions and the cultural institutions involved—and the specific acts of writers banding together to abuse and cancel their colleagues—that brought that sordid history back.

On June 3, The New York Times published an opinion piece that much of its progressive staff found offensive and dangerous. (The author, Republican Sen. Tom Cotton, had called to send in the military to curb the violence and looting that accompanied the nationwide protests against the killing of George Floyd.) The targets of their unanimous condemnation, which was gleefully joined by the Twitter proletariat, which took pleasure in helping the once-august newspaper shred itself to pieces in public, were New York Times’ opinion section editor James Bennet, who had ultimate authority for publishing the piece, though he hadn’t supervised its editing, and op-ed staff editor and writer Bari Weiss (a former Tablet staffer).

Weiss had nothing to do with editing or publishing the piece. On June 4, however, she posted a Twitter thread characterizing the internal turmoil at the Times as a “civil war” between the “(mostly young) wokes” who “call themselves liberals and progressives” and the “(mostly 40+) liberals” who adhere to “the principles of civil libertarianism.” She attributed the behavior of the “wokes” to their “safetyism” worldview, in which “the right of people to feel emotionally and psychologically safe trumps what were previously considered core liberal values, like free speech.”

It was just one journalist’s opinion, but to Weiss’ colleagues her semi-unflattering description of the split felt like an intolerable attack against the collective. Although Weiss did not name anyone in either the “woke” or the older “liberal” camp, her younger colleagues felt collectively attacked and slandered. They lashed out. Pretty soon, Weiss was trending on Twitter.

SCREENCAPTURE COURTESY IZABELLA TABAROVSKY

As the mob’s fury kicked into high gear, the language of collective outrage grew increasingly strident, even violent. Goldie Taylor, writer and editor-at-large at The Daily Beast, queried in a since-deleted tweet why Weiss “still got her teeth.” With heads rolling at the Times—James Bennet resigned, and deputy editorial page editor James Dao was reassigned to the newsroom—one member of the staff asked for Weiss to be fired for having bad-mouthed “her younger newsroom colleagues” and insulted “all of our foreign correspondents who have actually reported from civil wars.” (It was unclear how she did that, other than having used the phrase “civil war” as a metaphor.)

Mehdi Hasan, a columnist with the Intercept, opined to his 880,000 Twitter followers that it would be strange if Weiss retained her job now that Bennet had been removed. He suggested that her thread had “mocked” her nonwhite colleagues. (It did not.) In a follow-up tweet Hasan went further, suggesting that to defend Weiss would make one a bad anti-racist—a threat based on a deeply manipulated interpretation of Weiss’ post, yet powerful enough to stop his followers from making the mistake.

All of us who came out of the Soviet system bear scars of the practice of unanimous condemnation, whether we ourselves had been targets or participants in it or not. It is partly why Soviet immigrants are often so averse to any expressions of collectivism: We have seen its ugliest expressions in our own lives and our friends’ and families’ lives. It is impossible to read the chastising remarks of Soviet writers, for whom Pasternak had been a friend and a mentor, without a sense of deep shame. Shame over the perfidy and lack of decency on display. Shame at the misrepresentations and perversions of truth. Shame at the virtue signaling and the closing of rank. Shame over the momentary and, we now know, fleeting triumph of mediocrity over talent.

It is also impossible to read them without the nagging question: How would I have behaved in their shoes? Would I, too, have succumbed to the pressure? Would I, too, have betrayed, condemned, cast a stone? I used to feel grateful that we had left the USSR before Soviet life had put me to that test. How strange and devastating to realize that these moral tests are now before us again in America.

In a collectivist culture, one hoped-for result of group condemnations is control—both over the target of abuse and the broader society. When sufficiently broad levels of society realize that the price of nonconformity is being publicly humiliated, expelled from the community of “people of goodwill” (another Soviet cliché) and cut off from sources of income, the powers that be need to work less hard to enforce the rules.

But while the policy in the USSR was by and large set by the authorities, it would be too simplistic to imagine that those below had no choices, and didn’t often join in these rituals gladly, whether to obtain some real or imagined benefit for themselves, or to salve internal psychic wounds, or to take pleasure in the exercise of cruelty toward a person who had been declared to be a legitimate target of the collective.

According to Olga Ivinskaya, who was Pasternak’s lover and companion during those years, the party brass, headed by Nikita Khrushchev, was only partly to blame for the nonpublication of Doctor Zhivago. The literary establishment played an important role as well. Reading over her recollections of the meetings at the Writers’ Union, it is hard not to suspect that some of its members were motivated not so much by fear of reprisals or ideological fervor but by simple conformity and professional jealousy. Some, I imagine, would have only been too happy to put spokes in the wheels of a writer whose novel—banned at home, but published abroad—was being translated into dozens of languages and who had been awarded the world’s most prestigious literary prize.

For the regular people—those outside prestigious cultural institutions—participation in local versions of collective hounding was not without its benefits, either. It could be an opportunity to eliminate a personal enemy or someone who was more successful and, perhaps, occupied a position you craved. You could join in condemning a neighbor at your cramped communal flat, calculating that once she was gone, you could add some precious extra square meters to your living space.

And yet even among this dismal landscape, there were those who refused to join in this ugly rite. A few writers, for example, refused to participate in demonizing Pasternak. And is it karma or just a coincidence that most of these people—many of them dissidents, who were outside the literary establishment—remain beloved among Russian readers today, while the writings of the insiders, ones who betrayed and condemned, have been forgotten?

The mobs that perform the unanimous condemnation rituals of today do not follow orders from above. But that does not diminish their power to exert pressure on those under their influence. Those of us who came out of the collectivist Soviet culture understand these dynamics instinctively. You invoked the “didn’t read, but disapprove” mantra not only to protect yourself from suspicions about your reading choices but also to communicate an eagerness to be part of the kollektiv—no matter what destructive action was next on the kollektiv’s agenda. You preemptively surrendered your personal agency in order to be in unison with the group. And this is understandable in a way: Merging with the crowd feels much better than standing alone.

Those who remember the Soviet system understand the danger of letting the practice of collective denunciation run amok. But you don’t have to imagine an American Stalin in the White House to see where first the toleration, then the normalization, and now the legitimization and rewarding of this ugly practice is taking us.

Americans have discovered the way in which fear of collective disapproval breeds self-censorship and silence, which impoverish public life and creative work. The double life one ends up leading—one where there is a growing gap between one’s public and private selves—eventually begins to feel oppressive. For a significant portion of Soviet intelligentsia (artists, doctors, scientists), the burden of leading this double life played an important role in their deciding to emigrate.

Those who join in the hounding face their own hazards. The more loyalty you pledge to a group that expects you to participate in rituals of collective demonization, the more it will ask of you and the more you, too, will feel controlled. How much of your own autonomy as a thinking, feeling person are you willing to sacrifice to the collective? What inner compromises are you willing to make for the sake of being part of the group? Which personal relationships are you willing to give up?

From my vantage point, this cultural moment in these United States feels incredibly precarious. The practice of collective condemnation feels like an assertion of a culture that ultimately tramples on the individual and creates an oppressive society. Whether that society looks like Soviet Russia, or Orwell’s Nineteen Eighty-Four, or Castro’s Cuba, or today’s China, or something uniquely 21st-century American, the failure of institutions and individuals to stand up to mob rule is no longer an option we can afford.


Izabella Tabarovsky is a contributing writer at Tablet and a researcher with the Kennan Institute at the Wilson Center focusing on the politics of historical memory in the former Soviet Union.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com