Gdyby apartheid był choć w połowie tak dobry jak w Izraelu, być może nigdy nie opuściłabym Republiki Południowej Afryki
„Izrael jest państwem apartheidu” – gdy nie wolno wiedzieć, że jest inaczej, a to nikomu nie przeszkadza
Anjuli Pandavar
Gdyby apartheid był choć w połowie tak dobry jak w Izraelu, być może nigdy nie opuściłabym Republiki Południowej Afryki
Premier Benjamin Netanjahu spotyka się z młodym żołnierzem IDF, który padł ofiarą napaści ze strony policji. Gdyby Izrael rzeczywiście był państwem apartheidu, byłby to materiał idealny. Z jakiegoś powodu nikt nie wykorzystał tej znakomitej okazji. Być może ofiara była zbyt czarna.
Dorastałam i wchodziłam w dorosłość w Republice Południowej Afryki pod rządami apartheidu. Na studiach prowadziłam szczegółowe badania nad mechanizmami funkcjonowania systemu, który kontrolował moje życie oraz życie milionów innych czarnoskórych mieszkańców kraju. W skład Wydziału Specjalnego (Special Branch), tajnej policji państwa apartheidu, wchodzili również czarni funkcjonariusze, w tym czarni oprawcy. Sama miałam z tą formacją krótką styczność, która – na szczęście – nie pozostawiła trwałych następstw, choć z pewnością nie chciałabym przeżyć tego ponownie.
Celem powyższego akapitu jest jedynie pokazanie, że sam fakt bycia osobą czarnoskórą i dorastania pod rządami apartheidu nie czyni nikogo autorytetem w sprawie apartheidu ani nie daje prawa do swobodnego posługiwania się tym pojęciem czy oskarżania innych o jego stosowanie. Nie uprawnia mnie to do tego, by mnie słuchano, a tym bardziej traktowano poważnie. Muszę wykazać się wiedzą na temat przedmiotu, przedstawić prawdę – na tyle, na ile ją rozumiem – i konfrontować tych, którzy nie wiedzą, o czym mówią, czy to z niewiedzy, złej woli, czy z obu tych powodów jednocześnie.
Czym był apartheid?
To prawda, że apartheid – czyli „oddzielenie” (apartheid w języku afrikaans oznacza właśnie „oddzielność”) – był oficjalną polityką rządu Republiki Południowej Afryki od 1948 roku do początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy usunięto ostatnie jego pozostałości z systemu prawnego. W rzeczywistości jednak apartheid określał charakter państwa już od 1935 roku. Otwarty apartheid z okresu powojennego, wraz z rozbudowanym rasistowskim ustawodawstwem, był jedynie muchą siedzącą na odchodach.
Apartheid był przede wszystkim systemem dyskryminacji, a dopiero wtórnie systemem separacji, choć oba zjawiska naturalnie się przenikały.
Na każdym poziomie życia społecznego i w każdej dziedzinie „biali” (w czasach mojego dzieciństwa określani jako „Europejczycy”) mieli zagwarantowany lub – w przypadku Afrykanerów – podnoszony poziom życia dzięki zatrudnieniu w sektorze państwowym i podobnym przywilejom. Natomiast „niebiali” („nie-Europejczycy”) byli systematycznie blokowani gospodarczo i obciążani różnego rodzaju ograniczeniami. Wszystko to wynikało przede wszystkim z dyskryminacji, a nie z samej separacji.
„Oddzielność”, która była zjawiskiem złożonym i wielowymiarowym, była zarazem skutkiem dyskryminacji i środkiem służącym jej utrwalaniu.
Dobrym przykładem są podręczniki szkolne.
W szkołach dla białych uczniowie otrzymywali podręczniki bezpłatnie i mogli je zatrzymać.
W szkołach dla dzieci określanych jako „kolorowe” oraz dzieci pochodzenia południowoazjatyckiego („Indians”, później „Azjatów”) podręczniki również były darmowe, ale po zakończeniu roku należało je zwrócić, aby mogły służyć kolejnym rocznikom.
Natomiast dzieci afrykańskie – znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji materialnej – musiały za podręczniki płacić. Ich szkoły otrzymywały najmniejsze finansowanie, a nauczyciele mieli najsłabsze kwalifikacje.
Jak wspomniałam wcześniej, hierarchia apartheidu opierała się na jednym podstawowym podziale: „biali” i „niebiali”.
Wśród białych główną linię podziału wyznaczały język i kultura: z jednej strony anglojęzyczni mieszkańcy, głównie pochodzenia brytyjskiego (w tym Żydzi), z drugiej – osoby mówiące językiem afrikaans, wywodzące się od osadników holenderskich, francuskich i innych.
Również wśród „niebiałych” istniał zasadniczy podział.
Po jednej stronie znajdowali się „Bantu” – czarni Afrykanie – po drugiej wszyscy pozostali „niebiali”.
Czarni Afrykanie zostali podzieleni na dziesięć narodów plemiennych.
Pozostałych „niebiałych” klasyfikowano jako „Koloredów” (specyficzną kategorię ludności mieszanej rasowo) oraz „Indian” (osoby pochodzenia południowoazjatyckiego). Obie te grupy posiadały jeszcze dalsze podkategorie.
Chińczyków uznawano natomiast za „honorowych białych”.
Historia apartheidu zna wiele ludzkich tragedii rodzin rozdzielonych nie tylko dlatego, że rodzice zostali zakwalifikowani do różnych grup rasowych, ale również dlatego, że nawet rodzeństwo z jednej rodziny mogło zostać zaliczone do różnych kategorii.
W kontekście hasła „Izrael jest państwem apartheidu”
Wróćmy teraz do sytuacji czarnych Afrykanów pod rządami apartheidu.
Pierwszą formą apartheidu w Republice Południowej Afryki – jeszcze pod koniec XIX wieku – było zamykanie czarnych robotników zatrudnionych w kopalniach w męskich barakach zwanych hostelami, a następnie odsyłanie ich na wieś po zakończeniu kontraktu.
Warunki życia w kopalniach były prymitywne, jednak wynagrodzenie – według standardów ich rodzinnych społeczności – było bardzo wysokie. Po powrocie do domu wielu z nich stawało się zamożnymi ludźmi.
Dla wielu moment możliwości zakupu własnej broni oznaczał koniec konieczności dalszej pracy w kopalniach.
Pierwszym zadaniem apartheidu było więc zubożenie tych robotników według ich własnych standardów życia, tak aby stali się zależną i łatwą do kontrolowania siłą roboczą.
Późniejsze przywiązanie czarnych Afrykanów do wiejskich „ojczyzn” (homelands), początkowo nazywanych „Bantustanami”, było jedynie rozwinięciem tej wcześniejszej polityki.
Apartheid po 1948 roku stał się w pełni rozwiniętą ideologią.
Jej logicznym celem końcowym było uzyskanie „niepodległości” przez każde z dziesięciu czarnych narodów plemiennych we własnym państwie afrykańskim, tak aby ich mieszkańcy stali się cudzoziemskimi pracownikami zatrudnionymi na terytorium przyszłej białej Republiki Południowej Afryki z niewielkimi mniejszościami niebiałych.
Krótko mówiąc, apartheidowa Republika Południowej Afryki chciała pozbyć się swojej czarnej ludności, jednocześnie zachowując jej ekonomiczną zależność od pracy wykonywanej na rzecz południowoafrykańskiej gospodarki.
Izrael i jego czarnoskóra ludność
Gdy zaczyna się badać sytuację osób czarnoskórych w Izraelu, od razu zwraca uwagę pewien szczegół. Są one niemal zawsze określane jako Etiopczycy (w sensie religijnym – Beta Israel), a nie po prostu jako osoby czarnoskóre.
Jestem przekonana, że za takim sposobem identyfikacji kryje się złożona rzeczywistość społeczna, i nie sugeruję, że świadczy to o jakimkolwiek problemie. Jeśli już, podejrzewam raczej, że określanie siebie mianem „Etiopskich Izraelczyków” lub „Etiopskich Żydów” zapewnia pewną ochronę przed destrukcyjnym wpływem amerykańskiej polityki tożsamościowej związanej z ruchem Black Lives Matter.
Dr Shalva Weil w swoim artykule z lat 1996–1997 pt. „Religion, Blood and the Equality of Rights: The Case of Ethiopian Jews in Israel” rozpoczyna streszczenie następującym stwierdzeniem:
„Przedmiotem analizy jest status prawny Żydów etiopskich, którym umożliwiono migrację do Izraela. Wykazuję, że formalnie cieszą się oni równymi prawami i obowiązkami z innymi Żydami w Izraelu we wszystkich najważniejszych sferach życia, choć w praktyce pozostają częściowo odseparowani, co rodzi poczucie deprywacji.”
W państwie apartheidu takie zdanie byłoby całkowicie pozbawione sensu.
Inaczej mówiąc: mogą istnieć trudności związane z integracją w izraelskim społeczeństwie i właśnie z tego powodu Izrael nie może być państwem apartheidu.
Nie oznacza to, że nie istnieją poważne problemy natury rasowej.
Przykładowo, odsetek zakażeń wirusem HIV/AIDS wśród Żydów etiopskich był znacząco wyższy, niż wynikałoby to z ich udziału w populacji. Był to niezwykle złożony problem, który – jak opisuje dr Weil – w kulminacyjnym momencie rzeczywiście doprowadził do sytuacji przypominającej pod pewnymi względami Republikę Południowej Afryki z czasów apartheidu.
29 stycznia 1996 roku około 20 tysięcy Żydów etiopskich demonstrowało przeciwko praktyce utylizowania krwi oddawanej przez Etiopczyków. Protest zakończył się gwałtownymi starciami z policją w pobliżu biura premiera.
Do tego dochodziła wyjątkowo obraźliwa decyzja naczelnego rabinatu, który domagał się, aby Żydzi etiopscy ponownie przeszli formalną konwersję na judaizm – „na wszelki wypadek”. To również wywołało masowe protesty.
Oczywiście nie o tym mówią sąsiadujący z Izraelem Arabowie palestyńscy, gdy oskarżają Izrael o apartheid.
W obrazie „państwa apartheidu”, który przedstawiają, Etiopczycy w ogóle nie istnieją.
Państwem, o którym mówią, jest „Palestyna”, rozumiana jako całe terytorium Izraela, a ofiarami rzekomego apartheidu mają być wyłącznie Arabowie palestyńscy.
Zaakceptowanie sloganu „Izrael jest państwem apartheidu” oznacza w praktyce zaprzeczenie istnieniu Żydów etiopskich.
Aliya Żydów etiopskich
Migracja Żydów etiopskich (alija, dosłownie „wstąpienie”, czyli emigracja do Izraela) rozpoczęła się jeszcze w okresie Mandatu Brytyjskiego, lecz miała niewielką skalę.
Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy naczelni rabini Izraela oraz inni przedstawiciele społeczności żydowskiej udali się do Etiopii, aby odnaleźć swoich współwyznawców i sprowadzić ich do Izraela. Następnie działania te zostały wsparte przez rząd izraelski oraz Siły Obronne Izraela (IDF).
Jak pisze dr Weil:
„W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wysłannicy z Izraela oraz Żydzi z innych krajów odwiedzali Etiopię i zachęcali tamtejszych Żydów do emigracji. Jednak alija nie stała się rzeczywistością aż do połowy lat siedemdziesiątych, kiedy sefardyjski naczelny rabin Owadia Josef w 1973 roku, a następnie aszkenazyjski naczelny rabin w 1975 roku uznali Falaszów za Żydów, którzy mogą osiedlić się w Izraelu. Większość tej społeczności przybyła lub została przetransportowana drogą powietrzną w latach osiemdziesiątych, m.in. podczas Operacji Mojżesz (1984–1985), oraz w latach dziewięćdziesiątych, w tym podczas Operacji Salomon w 1991 roku.”
Rząd Izraela zrobił dokładnie odwrotnie niż rząd apartheidowej Republiki Południowej Afryki.
Podczas gdy Pretoria starała się pozbyć jak największej liczby czarnoskórych mieszkańców, Izrael – ponosząc ogromne koszty i ryzyko – uratował około 22 tysięcy czarnoskórych Żydów z Etiopii i zapewnił im nowe życie w Izraelu.
Administracja prezydenta Ronalda Reagana pomogła ponadto przetransportować do Izraela około 500–600 Żydów, którzy utknęli w Sudanie.
Proces integracji z izraelskim społeczeństwem nie przebiegał bez problemów, ale wszystkie strony prowadziły go z autentycznym zaangażowaniem i dobrą wolą.
„To nie jest państwo apartheidu.”
Do końca 2024 roku społeczność Żydów etiopskich w Izraelu liczyła już 177 600 osób, czyli około 1,9% populacji kraju.
Nowe pokolenie czarnoskórych Izraelczyków wnosi dziś swój wkład we wszystkie dziedziny życia państwa.
Sama obecność licznej społeczności czarnoskórych obywateli Izraela stanowi potężny argument przeciwko oskarżeniom o apartheid, z którego Izraelczycy z niewiadomych powodów nie korzystają.
Zamiast tego pozostawiają się bezbronnymi wobec „oszczerstw rytualnych” (blood libels), które wielu Żydów nieświadomie podtrzymuje poprzez własną mentalność ofiary.
Dlaczego Arabowie palestyńscy, których tożsamość opiera się na dążeniu do zniszczenia Żydów, mieliby nie wykorzystywać tej psychologicznej słabości?
Żydzi dostrzegają jedynie samą zniewagę, nie rozumiejąc, że mają do czynienia z wojną psychologiczną.
Zamiast odpowiedzieć kontratakiem, próbują tłumaczyć:
„Nie jesteśmy państwem apartheidu. Mamy Arabów zasiadających w Knesecie. Co więcej, arabski sędzia skazał żydowskiego premiera na więzienie.”
Ten ostatni argument bywa przedstawiany z wielką dumą jako rozstrzygający dowód.
Nigdy jednak nie przynosi zamierzonego skutku.
Jak podkreśla, w prawdziwym apartheidzie problemem nie byli Arabowie.
Problemem byli czarni Afrykanie.
Palestyński działacz i polityk dr Mustafa Barghouti niemal w co drugim zdaniu używa określenia „państwo apartheidu”.
Oczywiście samo nieustanne powtarzanie tego sformułowania nie czyni go prawdziwym.
Jednak dla osób, które już wcześniej były skłonne potępiać Izrael, określenie „państwo apartheidu” staje się czymś więcej niż tylko twierdzeniem – przestaje podlegać weryfikacji pod kątem prawdziwości.
Dr Barghouti równocześnie domaga się utworzenia niepodległego państwa palestyńskiego.
Arabowie palestyńscy nie są mieszkańcami Izraela w taki sposób, w jaki czarni mieszkańcy byli obywatelami Republiki Południowej Afryki pod rządami apartheidu.
A nawet gdyby nimi byli, nie należą do tej grupy ludności, wobec której stosowano apartheid w jego historycznym znaczeniu.
Rząd Republiki Południowej Afryki nigdy nie próbował pozbywać się wszystkich „niebiałych”. Jego polityka była wymierzona przede wszystkim w ludność czarnoskórą.
Jeśli przyjąć logikę oskarżenia o apartheid, to fakt, że Izrael sprowadzał czarnoskórych ludzi do kraju, nadawał im obywatelstwo i integrował ich ze społeczeństwem, podczas gdy Republika Południowej Afryki nie pozbawiała obywatelstwa innych grup niebiałych po to, by uczynić z nich cudzoziemców, oznacza, że Izrael nie może być państwem apartheidu.
Dlatego nazywanie Izraela państwem apartheidu jest przejawem świadomej manipulacji jeszcze bardziej niż niewiedzy.
Takich oskarżeń można się spodziewać ze strony Arabów palestyńskich.
Ale jak oceniać ludzi niezwiązanych z konfliktem na Bliskim Wschodzie, którzy równie chętnie posługują się tym określeniem?
O lizusach, kłamcach i „pożytecznych idiotach”
Weźmy jako przykład wysoką przedstawicielkę Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kaję Kallas. Kallas jest tak głęboko przekonana o oczywistości oskarżenia o apartheid, że wypowiada je z całkowitą pewnością, iż nigdy nie będzie musiała ani uzasadniać swoich słów, ani sama się z nich tłumaczyć. Przecież wszyscy mówią, że Izrael jest państwem apartheidu. Palestyńczycy tak twierdzą – czego jeszcze potrzeba? Kilka izraelskich organizacji pozarządowych również tak uważa – więc sprawa jest zamknięta. Właśnie w ten sposób dane twierdzenie zostaje wyłączone spod wszelkiej dyskusji. Nawet kilka izraelskich NGO powtarza, że Izrael jest państwem apatheidu. To nie tylko kończy dyskusje, ale
samo kwestionowanie takiego twierdzenia zaczyna być traktowane niemal jak zdrada.
To moment, w którym człowiek przestaje samodzielnie myśleć.
Jego umysł należy już do tłumu.
Pozostaje jedynie pilnować, by powtarzać to samo, co wszyscy inni.
12 czerwca portal Euractiv opublikował, w którym przypisano Kai Kallas użycie określenia „apartheid”.
Tekst nie zawierał dosłownych cytatów, a jedynie stwierdzał, iż chodziło o sposób traktowania Palestyńczyków w Judei, Samarii i Strefie Gazy.
Pojawia się tu ta sama sprzeczność co w wypowiedziach Mustafy Barghoutiego.
Kaja Kallas uzasadnia oskarżenie o apartheid, odwołując się do Palestyńczyków, całkowicie pomijając jedyny właściwy punkt odniesienia, czyli sytuację czarnoskórej ludności Izraela.
Jednocześnie Kallas mówi: „Jedyną realną drogą do pokoju na Bliskim Wschodzie pozostaje rozwiązanie dwupaństwowe.”
Czy oznacza to, że Kaja Kallas rzeczywiście posiada wystarczającą wiedzę o Bliskim Wschodzie, jego problemach i możliwych rozwiązaniach?
Czy też jest jedynie kolejną osobą bezrefleksyjnie manifestującą własną moralną wyższość?
Wojna psychologiczna
Problem nie polega na tym, że przeciwnicy Izraela kłamią, posługują się „oszczerstwami rytualnymi” (blood libels) czy zachowują się niesprawiedliwie.
Kiedy używają określeń takich jak „przemoc osadników”, „państwo apartheidu” czy „ludobójstwo”, nie próbują opisywać rzeczywistości ani przedstawiać faktów.
Ich celem jest prowadzenie wojny psychologicznej przeciwko izraelskim Żydom i osłabienie ich morale.
To właśnie dlatego zarzuty te nie muszą być prawdziwe.
Mają skłonić Żydów do wejścia w pułapkę, którą sami na siebie zastawiają: nieustannej potrzeby zdobycia sympatii przeciwników.
Izraelscy Żydzi niemal zawsze reagują w ten sam sposób.
Najpierw okazują zranienie i frustrację.
Następnie zaczynają przedstawiać dowody świadczące o tym, że oskarżenia są nieprawdziwe.
Był czas, gdy Żydzi wierzyli, że jeśli ich przeciwnicy poznają prawdziwe informacje, przestaną ich nienawidzić.
To błędne założenie.
Nie chodzi bowiem o wykazanie, że Kaja Kallas nie ma racji.
Faktyczna poprawność jej wypowiedzi wcale nie jest jej celem.
Celem jest zaszkodzenie Izraelowi.
Dlatego mój cały wcześniejszy opis apartheidu miał służyć jednemu zadaniu:
umożliwić czytelnikowi zrozumienie, czym naprawdę był apartheid, aby mógł z pełnym przekonaniem obnażać nieuczciwość osób posługujących się tym oskarżeniem.
Nie należy koncentrować się na obalaniu samych zarzutów.
Należy demaskować ludzi, którzy je wysuwają.
Jeżeli obali się jeden argument, wrócą z następnym, równie absurdalnym jak poprzedni.
I cała dyskusja rozpocznie się od nowa.
Celem jest zrozumienie sposobu myślenia ludzi, do których przemawiają hasła takie jak „państwo apartheidu”, „przemoc osadników” czy „ludobójstwo”.
Wrogowie Izraela nie prowadzą oni debaty.
Prowadzą wojnę.
Wojnę psychologiczną.
Dlatego należy odpowiadać własną wojną psychologiczną.
Atakować ich.
Walczyć z nimi.
Pokonać ich.
Przede wszystkim zaś nie żywić nadziei, że uda się ich przekonać.
Jeśli sami zmienią zdanie – tym lepiej.
Ale nie jest to zadanie Izraela ani jego zwolenników.
Na zakończenie przywołuje jeszcze raz słowa dr Shalvy Weil:
„Żydzi etiopscy w Izraelu korzystają z równych praw i obowiązków we wszystkich najważniejszych sferach życia. Na poziomie oficjalnym nie istnieje dyskryminacja w zatrudnieniu. Mają dostęp do mieszkań publicznych i prywatnych. Dzieci Żydów etiopskich uczą się w religijnych, a czasem także świeckich szkołach państwowych. Mogą również ubiegać się o wszystkie stanowiska polityczne.”
„Gdyby apartheid był choć w połowie tak dobry, być może nigdy nie opuściłabym Republiki Południowej Afryki.”
Link do oryginału:
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
