Archive | 2026/07/01

„Izrael jest państwem apartheidu” – gdy nie wolno wiedzieć, że jest inaczej, a to nikomu nie przeszkadza

Gdyby apartheid był choć w połowie tak dobry jak w Izraelu, być może nigdy nie opuściłabym Republiki Południowej Afryki


„Izrael jest państwem apartheidu” – gdy nie wolno wiedzieć, że jest inaczej, a to nikomu nie przeszkadza

Anjuli Pandavar


Gdyby apartheid był choć w połowie tak dobry jak w Izraelu, być może nigdy nie opuściłabym Republiki Południowej Afryki


Premier Benjamin Netanjahu spotyka się z młodym żołnierzem IDF, który padł ofiarą napaści ze strony policji. Gdyby Izrael rzeczywiście był państwem apartheidu, byłby to materiał idealny. Z jakiegoś powodu nikt nie wykorzystał tej znakomitej okazji. Być może ofiara była zbyt czarna.

Dorastałam i wchodziłam w dorosłość w Republice Południowej Afryki pod rządami apartheidu. Na studiach prowadziłam szczegółowe badania nad mechanizmami funkcjonowania systemu, który kontrolował moje życie oraz życie milionów innych czarnoskórych mieszkańców kraju. W skład Wydziału Specjalnego (Special Branch), tajnej policji państwa apartheidu, wchodzili również czarni funkcjonariusze, w tym czarni oprawcy. Sama miałam z tą formacją krótką styczność, która – na szczęście – nie pozostawiła trwałych następstw, choć z pewnością nie chciałabym przeżyć tego ponownie.

Celem powyższego akapitu jest jedynie pokazanie, że sam fakt bycia osobą czarnoskórą i dorastania pod rządami apartheidu nie czyni nikogo autorytetem w sprawie apartheidu ani nie daje prawa do swobodnego posługiwania się tym pojęciem czy oskarżania innych o jego stosowanie. Nie uprawnia mnie to do tego, by mnie słuchano, a tym bardziej traktowano poważnie. Muszę wykazać się wiedzą na temat przedmiotu, przedstawić prawdę – na tyle, na ile ją rozumiem – i konfrontować tych, którzy nie wiedzą, o czym mówią, czy to z niewiedzy, złej woli, czy z obu tych powodów jednocześnie.

Czym był apartheid?

To prawda, że apartheid – czyli „oddzielenie” (apartheid w języku afrikaans oznacza właśnie „oddzielność”) – był oficjalną polityką rządu Republiki Południowej Afryki od 1948 roku do początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy usunięto ostatnie jego pozostałości z systemu prawnego. W rzeczywistości jednak apartheid określał charakter państwa już od 1935 roku. Otwarty apartheid z okresu powojennego, wraz z rozbudowanym rasistowskim ustawodawstwem, był jedynie muchą siedzącą na odchodach.

Apartheid był przede wszystkim systemem dyskryminacji, a dopiero wtórnie systemem separacji, choć oba zjawiska naturalnie się przenikały.

Na każdym poziomie życia społecznego i w każdej dziedzinie „biali” (w czasach mojego dzieciństwa określani jako „Europejczycy”) mieli zagwarantowany lub – w przypadku Afrykanerów – podnoszony poziom życia dzięki zatrudnieniu w sektorze państwowym i podobnym przywilejom. Natomiast „niebiali” („nie-Europejczycy”) byli systematycznie blokowani gospodarczo i obciążani różnego rodzaju ograniczeniami. Wszystko to wynikało przede wszystkim z dyskryminacji, a nie z samej separacji.

„Oddzielność”, która była zjawiskiem złożonym i wielowymiarowym, była zarazem skutkiem dyskryminacji i środkiem służącym jej utrwalaniu.

Dobrym przykładem są podręczniki szkolne.

W szkołach dla białych uczniowie otrzymywali podręczniki bezpłatnie i mogli je zatrzymać.

W szkołach dla dzieci określanych jako „kolorowe” oraz dzieci pochodzenia południowoazjatyckiego („Indians”, później „Azjatów”) podręczniki również były darmowe, ale po zakończeniu roku należało je zwrócić, aby mogły służyć kolejnym rocznikom.

Natomiast dzieci afrykańskie – znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji materialnej – musiały za podręczniki płacić. Ich szkoły otrzymywały najmniejsze finansowanie, a nauczyciele mieli najsłabsze kwalifikacje.

Jak wspomniałam wcześniej, hierarchia apartheidu opierała się na jednym podstawowym podziale: „biali” i „niebiali”.

Wśród białych główną linię podziału wyznaczały język i kultura: z jednej strony anglojęzyczni mieszkańcy, głównie pochodzenia brytyjskiego (w tym Żydzi), z drugiej – osoby mówiące językiem afrikaans, wywodzące się od osadników holenderskich, francuskich i innych.

Również wśród „niebiałych” istniał zasadniczy podział.

Po jednej stronie znajdowali się „Bantu” – czarni Afrykanie – po drugiej wszyscy pozostali „niebiali”.

Czarni Afrykanie zostali podzieleni na dziesięć narodów plemiennych.

Pozostałych „niebiałych” klasyfikowano jako „Koloredów” (specyficzną kategorię ludności mieszanej rasowo) oraz „Indian” (osoby pochodzenia południowoazjatyckiego). Obie te grupy posiadały jeszcze dalsze podkategorie.

Chińczyków uznawano natomiast za „honorowych białych”.

Historia apartheidu zna wiele ludzkich tragedii rodzin rozdzielonych nie tylko dlatego, że rodzice zostali zakwalifikowani do różnych grup rasowych, ale również dlatego, że nawet rodzeństwo z jednej rodziny mogło zostać zaliczone do różnych kategorii.

W kontekście hasła „Izrael jest państwem apartheidu”

Wróćmy teraz do sytuacji czarnych Afrykanów pod rządami apartheidu.

Pierwszą formą apartheidu w Republice Południowej Afryki – jeszcze pod koniec XIX wieku – było zamykanie czarnych robotników zatrudnionych w kopalniach w męskich barakach zwanych hostelami, a następnie odsyłanie ich na wieś po zakończeniu kontraktu.

Warunki życia w kopalniach były prymitywne, jednak wynagrodzenie – według standardów ich rodzinnych społeczności – było bardzo wysokie. Po powrocie do domu wielu z nich stawało się zamożnymi ludźmi.

Dla wielu moment możliwości zakupu własnej broni oznaczał koniec konieczności dalszej pracy w kopalniach.

Pierwszym zadaniem apartheidu było więc zubożenie tych robotników według ich własnych standardów życia, tak aby stali się zależną i łatwą do kontrolowania siłą roboczą.

Późniejsze przywiązanie czarnych Afrykanów do wiejskich „ojczyzn” (homelands), początkowo nazywanych „Bantustanami”, było jedynie rozwinięciem tej wcześniejszej polityki.

Apartheid po 1948 roku stał się w pełni rozwiniętą ideologią.

Jej logicznym celem końcowym było uzyskanie „niepodległości” przez każde z dziesięciu czarnych narodów plemiennych we własnym państwie afrykańskim, tak aby ich mieszkańcy stali się cudzoziemskimi pracownikami zatrudnionymi na terytorium przyszłej białej Republiki Południowej Afryki z niewielkimi mniejszościami niebiałych.

Krótko mówiąc, apartheidowa Republika Południowej Afryki chciała pozbyć się swojej czarnej ludności, jednocześnie zachowując jej ekonomiczną zależność od pracy wykonywanej na rzecz południowoafrykańskiej gospodarki.

Izrael i jego czarnoskóra ludność

Gdy zaczyna się badać sytuację osób czarnoskórych w Izraelu, od razu zwraca uwagę pewien szczegół. Są one niemal zawsze określane jako Etiopczycy (w sensie religijnym – Beta Israel), a nie po prostu jako osoby czarnoskóre.

Jestem przekonana, że za takim sposobem identyfikacji kryje się złożona rzeczywistość społeczna, i nie sugeruję, że świadczy to o jakimkolwiek problemie. Jeśli już, podejrzewam raczej, że określanie siebie mianem „Etiopskich Izraelczyków” lub „Etiopskich Żydów” zapewnia pewną ochronę przed destrukcyjnym wpływem amerykańskiej polityki tożsamościowej związanej z ruchem Black Lives Matter.

Dr Shalva Weil w swoim artykule z lat 1996–1997 pt. „Religion, Blood and the Equality of Rights: The Case of Ethiopian Jews in Israel” rozpoczyna streszczenie następującym stwierdzeniem:

„Przedmiotem analizy jest status prawny Żydów etiopskich, którym umożliwiono migrację do Izraela. Wykazuję, że formalnie cieszą się oni równymi prawami i obowiązkami z innymi Żydami w Izraelu we wszystkich najważniejszych sferach życia, choć w praktyce pozostają częściowo odseparowani, co rodzi poczucie deprywacji.”

W państwie apartheidu takie zdanie byłoby całkowicie pozbawione sensu.

Inaczej mówiąc: mogą istnieć trudności związane z integracją w izraelskim społeczeństwie i właśnie z tego powodu Izrael nie może być państwem apartheidu.

Nie oznacza to, że nie istnieją poważne problemy natury rasowej.

Przykładowo, odsetek zakażeń wirusem HIV/AIDS wśród Żydów etiopskich był znacząco wyższy, niż wynikałoby to z ich udziału w populacji. Był to niezwykle złożony problem, który – jak opisuje dr Weil – w kulminacyjnym momencie rzeczywiście doprowadził do sytuacji przypominającej pod pewnymi względami Republikę Południowej Afryki z czasów apartheidu.

29 stycznia 1996 roku około 20 tysięcy Żydów etiopskich demonstrowało przeciwko praktyce utylizowania krwi oddawanej przez Etiopczyków. Protest zakończył się gwałtownymi starciami z policją w pobliżu biura premiera.

Do tego dochodziła wyjątkowo obraźliwa decyzja naczelnego rabinatu, który domagał się, aby Żydzi etiopscy ponownie przeszli formalną konwersję na judaizm – „na wszelki wypadek”. To również wywołało masowe protesty.

Oczywiście nie o tym mówią sąsiadujący z Izraelem Arabowie palestyńscy, gdy oskarżają Izrael o apartheid.

W obrazie „państwa apartheidu”, który przedstawiają, Etiopczycy w ogóle nie istnieją.

Państwem, o którym mówią, jest „Palestyna”, rozumiana jako całe terytorium Izraela, a ofiarami rzekomego apartheidu mają być wyłącznie Arabowie palestyńscy.

Zaakceptowanie sloganu „Izrael jest państwem apartheidu” oznacza w praktyce zaprzeczenie istnieniu Żydów etiopskich.

Aliya Żydów etiopskich

Migracja Żydów etiopskich (alija, dosłownie „wstąpienie”, czyli emigracja do Izraela) rozpoczęła się jeszcze w okresie Mandatu Brytyjskiego, lecz miała niewielką skalę.

Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy naczelni rabini Izraela oraz inni przedstawiciele społeczności żydowskiej udali się do Etiopii, aby odnaleźć swoich współwyznawców i sprowadzić ich do Izraela. Następnie działania te zostały wsparte przez rząd izraelski oraz Siły Obronne Izraela (IDF).

Jak pisze dr Weil:

„W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wysłannicy z Izraela oraz Żydzi z innych krajów odwiedzali Etiopię i zachęcali tamtejszych Żydów do emigracji. Jednak alija nie stała się rzeczywistością aż do połowy lat siedemdziesiątych, kiedy sefardyjski naczelny rabin Owadia Josef w 1973 roku, a następnie aszkenazyjski naczelny rabin w 1975 roku uznali Falaszów za Żydów, którzy mogą osiedlić się w Izraelu. Większość tej społeczności przybyła lub została przetransportowana drogą powietrzną w latach osiemdziesiątych, m.in. podczas Operacji Mojżesz (1984–1985), oraz w latach dziewięćdziesiątych, w tym podczas Operacji Salomon w 1991 roku.”

Rząd Izraela zrobił dokładnie odwrotnie niż rząd apartheidowej Republiki Południowej Afryki.

Podczas gdy Pretoria starała się pozbyć jak największej liczby czarnoskórych mieszkańców, Izrael – ponosząc ogromne koszty i ryzyko – uratował około 22 tysięcy czarnoskórych Żydów z Etiopii i zapewnił im nowe życie w Izraelu.

Administracja prezydenta Ronalda Reagana pomogła ponadto przetransportować do Izraela około 500–600 Żydów, którzy utknęli w Sudanie.

Proces integracji z izraelskim społeczeństwem nie przebiegał bez problemów, ale wszystkie strony prowadziły go z autentycznym zaangażowaniem i dobrą wolą.

„To nie jest państwo apartheidu.”

Do końca 2024 roku społeczność Żydów etiopskich w Izraelu liczyła już 177 600 osób, czyli około 1,9% populacji kraju.

Nowe pokolenie czarnoskórych Izraelczyków wnosi dziś swój wkład we wszystkie dziedziny życia państwa.

Sama obecność licznej społeczności czarnoskórych obywateli Izraela stanowi potężny argument przeciwko oskarżeniom o apartheid, z którego Izraelczycy z niewiadomych powodów nie korzystają.

Zamiast tego pozostawiają się bezbronnymi wobec „oszczerstw rytualnych” (blood libels), które wielu Żydów nieświadomie podtrzymuje poprzez własną mentalność ofiary.

Dlaczego Arabowie palestyńscy, których tożsamość opiera się na dążeniu do zniszczenia Żydów, mieliby nie wykorzystywać tej psychologicznej słabości?

Żydzi dostrzegają jedynie samą zniewagę, nie rozumiejąc, że mają do czynienia z wojną psychologiczną.

Zamiast odpowiedzieć kontratakiem, próbują tłumaczyć:

„Nie jesteśmy państwem apartheidu. Mamy Arabów zasiadających w Knesecie. Co więcej, arabski sędzia skazał żydowskiego premiera na więzienie.”

Ten ostatni argument bywa przedstawiany z wielką dumą jako rozstrzygający dowód.

Nigdy jednak nie przynosi zamierzonego skutku.

Jak podkreśla, w prawdziwym apartheidzie problemem nie byli Arabowie.

Problemem byli czarni Afrykanie.

Palestyński działacz i polityk dr Mustafa Barghouti niemal w co drugim zdaniu używa określenia „państwo apartheidu”.

Oczywiście samo nieustanne powtarzanie tego sformułowania nie czyni go prawdziwym.

Jednak dla osób, które już wcześniej były skłonne potępiać Izrael, określenie „państwo apartheidu” staje się czymś więcej niż tylko twierdzeniem – przestaje podlegać weryfikacji pod kątem prawdziwości.

Dr Barghouti równocześnie domaga się utworzenia niepodległego państwa palestyńskiego.

Arabowie palestyńscy nie są mieszkańcami Izraela w taki sposób, w jaki czarni mieszkańcy byli obywatelami Republiki Południowej Afryki pod rządami apartheidu.

A nawet gdyby nimi byli, nie należą do tej grupy ludności, wobec której stosowano apartheid w jego historycznym znaczeniu.

Rząd Republiki Południowej Afryki nigdy nie próbował pozbywać się wszystkich „niebiałych”. Jego polityka była wymierzona przede wszystkim w ludność czarnoskórą.

Jeśli przyjąć logikę oskarżenia o apartheid, to fakt, że Izrael sprowadzał czarnoskórych ludzi do kraju, nadawał im obywatelstwo i integrował ich ze społeczeństwem, podczas gdy Republika Południowej Afryki nie pozbawiała obywatelstwa innych grup niebiałych po to, by uczynić z nich cudzoziemców, oznacza, że Izrael nie może być państwem apartheidu.

Dlatego nazywanie Izraela państwem apartheidu jest przejawem świadomej manipulacji jeszcze bardziej niż niewiedzy.

Takich oskarżeń można się spodziewać ze strony Arabów palestyńskich.

Ale jak oceniać ludzi niezwiązanych z konfliktem na Bliskim Wschodzie, którzy równie chętnie posługują się tym określeniem?

O lizusach, kłamcach i „pożytecznych idiotach”

Weźmy jako przykład wysoką przedstawicielkę Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kaję Kallas. Kallas jest tak głęboko przekonana o oczywistości oskarżenia o apartheid, że wypowiada je z całkowitą pewnością, iż nigdy nie będzie musiała ani uzasadniać swoich słów, ani sama się z nich tłumaczyć. Przecież wszyscy mówią, że Izrael jest państwem apartheidu. Palestyńczycy tak twierdzą – czego jeszcze potrzeba? Kilka izraelskich organizacji pozarządowych również tak uważa – więc sprawa jest zamknięta. Właśnie w ten sposób dane twierdzenie zostaje wyłączone spod wszelkiej dyskusji. Nawet kilka izraelskich NGO powtarza, że Izrael jest państwem apatheidu. To nie tylko kończy dyskusje, ale

samo kwestionowanie takiego twierdzenia zaczyna być traktowane niemal jak zdrada.

To moment, w którym człowiek przestaje samodzielnie myśleć.

Jego umysł należy już do tłumu.

Pozostaje jedynie pilnować, by powtarzać to samo, co wszyscy inni.

12 czerwca portal Euractiv opublikował, w którym przypisano Kai Kallas użycie określenia „apartheid”.

Tekst nie zawierał dosłownych cytatów, a jedynie stwierdzał, iż chodziło o sposób traktowania Palestyńczyków w Judei, Samarii i Strefie Gazy.

Pojawia się tu ta sama sprzeczność co w wypowiedziach Mustafy Barghoutiego.

Kaja Kallas uzasadnia oskarżenie o apartheid, odwołując się do Palestyńczyków, całkowicie pomijając jedyny właściwy punkt odniesienia, czyli sytuację czarnoskórej ludności Izraela.

Jednocześnie Kallas mówi: „Jedyną realną drogą do pokoju na Bliskim Wschodzie pozostaje rozwiązanie dwupaństwowe.”

Czy oznacza to, że Kaja Kallas rzeczywiście posiada wystarczającą wiedzę o Bliskim Wschodzie, jego problemach i możliwych rozwiązaniach?

Czy też jest jedynie kolejną osobą bezrefleksyjnie manifestującą własną moralną wyższość?

Wojna psychologiczna

Problem nie polega na tym, że przeciwnicy Izraela kłamią, posługują się „oszczerstwami rytualnymi” (blood libels) czy zachowują się niesprawiedliwie.

Kiedy używają określeń takich jak „przemoc osadników”, „państwo apartheidu” czy „ludobójstwo”, nie próbują opisywać rzeczywistości ani przedstawiać faktów.

Ich celem jest prowadzenie wojny psychologicznej przeciwko izraelskim Żydom i osłabienie ich morale.

To właśnie dlatego zarzuty te nie muszą być prawdziwe.

Mają skłonić Żydów do wejścia w pułapkę, którą sami na siebie zastawiają: nieustannej potrzeby zdobycia sympatii przeciwników.

Izraelscy Żydzi niemal zawsze reagują w ten sam sposób.

Najpierw okazują zranienie i frustrację.

Następnie zaczynają przedstawiać dowody świadczące o tym, że oskarżenia są nieprawdziwe.

Był czas, gdy Żydzi wierzyli, że jeśli ich przeciwnicy poznają prawdziwe informacje, przestaną ich nienawidzić.

To błędne założenie.

Nie chodzi bowiem o wykazanie, że Kaja Kallas nie ma racji.

Faktyczna poprawność jej wypowiedzi wcale nie jest jej celem.

Celem jest zaszkodzenie Izraelowi.

Dlatego mój cały wcześniejszy opis apartheidu miał służyć jednemu zadaniu:

umożliwić czytelnikowi zrozumienie, czym naprawdę był apartheid, aby mógł z pełnym przekonaniem obnażać nieuczciwość osób posługujących się tym oskarżeniem.

Nie należy koncentrować się na obalaniu samych zarzutów.

Należy demaskować ludzi, którzy je wysuwają.

Jeżeli obali się jeden argument, wrócą z następnym, równie absurdalnym jak poprzedni.

I cała dyskusja rozpocznie się od nowa.

Celem jest zrozumienie sposobu myślenia ludzi, do których przemawiają hasła takie jak „państwo apartheidu”, „przemoc osadników” czy „ludobójstwo”.

Wrogowie Izraela nie prowadzą oni debaty.

Prowadzą wojnę.

Wojnę psychologiczną.

Dlatego należy odpowiadać własną wojną psychologiczną.

Atakować ich.

Walczyć z nimi.

Pokonać ich.

Przede wszystkim zaś nie żywić nadziei, że uda się ich przekonać.

Jeśli sami zmienią zdanie – tym lepiej.

Ale nie jest to zadanie Izraela ani jego zwolenników.

Na zakończenie przywołuje jeszcze raz słowa dr Shalvy Weil:

„Żydzi etiopscy w Izraelu korzystają z równych praw i obowiązków we wszystkich najważniejszych sferach życia. Na poziomie oficjalnym nie istnieje dyskryminacja w zatrudnieniu. Mają dostęp do mieszkań publicznych i prywatnych. Dzieci Żydów etiopskich uczą się w religijnych, a czasem także świeckich szkołach państwowych. Mogą również ubiegać się o wszystkie stanowiska polityczne.”

„Gdyby apartheid był choć w połowie tak dobry, być może nigdy nie opuściłabym Republiki Południowej Afryki.”


Link do oryginału:

Murtadd to Human
“Israel is an apartheid state” – when it’s forbidden to know otherwise and you’re OK with that
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Who will win the Trump foreign-policy ‘Apprentice’ contest?


Who will win the Trump foreign-policy ‘Apprentice’ contest?

Jonathan S. Tobin


U.S. Vice President JD Vance and U.S. Secretary of State Marco Rubio are pursuing competing approaches to Iran and Lebanon. Is this a genius grand strategy or destructive chaos?

U.S. Secretary of State Marco Rubio attends working-level peace talks with Israel and Lebanon at the White House, April 23, 2026. Credit: Freddie Everett/U.S. State Department.

If, like me, reality shows don’t interest you, then President Donald Trump’s hit television show “The Apprentice” and its “Celebrity” spinoff came and went without notice. But it looks like we’re being given another chance to watch something very much like the series, which ran from 2004 to 2017, and whose popularity helped boost Trump’s presidential ambitions.

U.S. Vice President JD Vance, 41, and U.S. Secretary of State Marco Rubio, 55, appear to be pitted against each other while pursuing competing approaches to solving the administration’s Middle East dilemma. Their efforts have taken on the appearance of the shows, where contestants competed against each other for Trump’s favor.

High stakes

But the stakes involved in the foreign-policy version of “The Apprentice” are a lot higher than the $250,000 per annum job in the Trump organization that went to the winners of the TV show. They involve not only the prospects for war and peace in the Middle East, but are also inextricably tied up with the chances for either man to succeed Trump as the Republican presidential nominee in 2028.

Enough people found “The Apprentice” entertaining to make it a hit show. And there may be something to be said for a managerial style in business that forces subordinates to be on their toes and always pushing for an advantage. On the other hand, it can also be argued with equal, if not greater, validity that cultivating such a cutthroat culture in any enterprise is likely to do far more harm than good.

But when it comes to the question of putting an end to the nuclear threat from Iran, as well as its ballistic-missile program and its continued status as the world’s leading state sponsor of terrorism, it remains to be seen whether the Vance-Rubio competition will do more harm than good to the world, the United States or either man’s career.

The contradictions between the competing worldviews and strategies that Vance and Rubio are attempting to implement are obvious. Depending on your point of view, this is either the latest illustration of Trump’s strategic genius or proof that while his approach can work wonders sometimes, at other moments, they are evidence that a lack of presidential principle is a formula for defeat.

Alongside Israel, Trump launched a war against Iran on Feb. 28. At the beginning of that campaign and for several months beforehand, Rubio, who also serves as national security advisor, seemed to be Trump’s right-hand man. He led the way during the administration’s actions against Venezuela and other initiatives. But despite great military success being achieved by the allies against the Islamist regime, it neither fell nor surrendered. And by menacing shipping in the Strait of Hormuz, it created a global economic problem for a president who lacks a clear strategic vision or the patience for a drawn-out conflict.

Vance’s gambit

This left Trump stuck with an unpopular war that made gas prices spike and started doing him real political damage. Rather than sticking with the campaign to grind the Iranians down via a combination of military and economic pressure, he seems to have bailed on the war, agreeing to a ceasefire and then negotiations that have allowed Iran to regain the initiative and credibly claim to have defeated the Americans. At this point, Rubio seemed to be shunted aside and replaced to some extent by Vance, who had made no secret of his opposition to the decision to go to war.

In fact, Vance, who had been sidelined during the war, was then thrust into the position of leading the negotiations to extricate the United States from the conflict. In doing so, he started sounding and acting more like a representative of former President Barack Obama than of Trump, while seeking to ingratiate himself with the Iranians as he trashed America’s Israeli ally.

Yet the vice president quickly found himself being faced with the same delaying tactics, disingenuous statements and provocations that the Iranians had used against Obama and former President Joe Biden’s envoys. He’s tried to make nice and grant them concessions on a variety of points, including their continued possession of nuclear material, while leaving missile production and terrorism out of the talks. Even worse, with Trump’s support, Vance has agreed to link Israel’s efforts to prevent Iran’s Hezbollah allies from making northern Israel unlivable to the nuclear bargaining—in effect, legitimizing Hezbollah and Iran’s use of them to hold Lebanon hostage.

Despite all that, Vance and his fellow negotiators—special envoy to the Middle East Steve Witkoff, and presidential son-in-law and adviser Jared Kushner—have struck out in their efforts to turn the current ceasefire into something they can label as a “peace” agreement with a regime that has no interest in anything of the kind.

Rubio was not left waiting off-stage waiting to see what happened next. He was responsible for another competing negotiating track involving the conflict between Israel (which has been completely cut out of the talks with Tehran) and Iran’s Hezbollah auxiliaries in Lebanon. While Vance, Witkoff and Kushner got nowhere, Rubio actually managed to get the government of Lebanon to sign an agreement with Israel. It creates a framework for a process to restore Lebanese sovereignty, disarm Hezbollah, and thereby, work to achieve peace between Israel and its neighbor to the north.

Thanks to the intransigence of Hezbollah and its Iranian masters, as well as the weakness of the Beirut government, it’s more than likely that none of that may ever happen. Still, in contrast to what Vance has been trying to do with Iran, it conceded nothing to the enemies of both America and Israel, and was carried out from a position of strength as opposed to one of desperation. That sends Iran a powerful and much-needed message that it should not think it can get whatever it wants from the Americans.

Flipping the GOP on Israel

Vance’s foreign-policy positions have shifted, as is the case with many of his stands on a variety of issues, during the course of his young political career. He used to be a more conventional conservative but has gradually become something of a neo-isolationist who disdains most of America’s foreign-policy commitments other than an interest in fending off the geo-strategic challenge from China.

He touted Israel as the perfect MAGA ally in 2024 because it provided the United States with tangible assets and fought for itself. Now, however, he speaks of the Jewish state in much the same way as traditional U.S. State Department Arabists and right-wing antisemites have done: as an unruly and widely despised vassal state that compromises American interests and needs to do as it is told. Indeed, his recent verbal abuse of Jerusalem sounds like something that could just as easily come out of the mouth of one of his friends—former Fox News host and current antisemitic podcaster Tucker Carlson—or anti-Israel Democrats.

His approach to the current situation seems based on the notion that what began as a joint U.S.-Israeli war on Iran to prevent it from obtaining a nuclear weapon, as well as to halt its missile production and export of terrorism, was a bad idea. And he seems to regard the Jewish state’s efforts to prevent Tehran’s Hezbollah auxiliaries in Lebanon from continuing to make northern Israel unlivable as an unnecessary complication to his efforts to get a deal with the Iranians at virtually any cost.

That’s a reality that many Trump supporters find hard to accept. They prefer to believe that his acceptance of a Memorandum of Understanding with Iran, coupled with handing off diplomacy with Tehran from Rubio to Vance, is a clever misdirection play that would eventually turn what appeared to be an abject defeat into a victory. Their optimism has been buoyed by both the exchange of attacks between the United States and Iran in recent days, as well as Rubio’s brokering of an agreement between Israel and Lebanon, as proof that they were right.

But Trump’s detractors, including some who up until now regarded him as a reliable friend of Israel and a man who understood that Iran could not be relied upon to stand by any agreement, look at the same evidence and see something else.

The Iranians’ willingness to provoke Washington seems like a test of whether Trump is serious about restarting the war if the Islamist regime fails to negotiate seriously. Though the United States recently struck back over Iran’s firing on ships in the Persian Gulf, the limited nature of those strikes probably told leaders in the Islamic Revolutionary Guard Corps, who seem to be in charge in Tehran these days, that they need not fear a resumed war and that they have Trump’s measure, much as they did with Obama and Biden.

Who will win?

While Rubio has been derided by far-right critics as a “globalist,” the accusation is untrue. He is the genuine realist of the two Trump deputies since he labors under no delusions about Iran’s interest in, as Obama once said, “getting right with the world.” He also knows that the United States cannot safely abandon its allies in the Middle East without compromising its own interests or endangering its ability to confront China in the Pacific.

And so, which man will come out ahead in the competition to do Trump’s bidding—or to accomplish something that the president can live with, let alone help him boost his popularity ratings?

Vance’s determination to carry out a Republican version of Obama’s appeasement policy toward Iran could, if he is willing to keep giving in on every issue, potentially end the conflict for now and lower gas prices in the United States. That might make him the “Apprentice” winner, at least in the short term.

The problem with that path is that, as unpopular as the war might be, a demonstration of weakness that produces an Iranian defeat of the administration would be even worse for the president. It will tarnish his brand as the unpredictable but powerful world leader. After already investing so much political capital in the war, exchanging lower fuel prices for an Iranian victory won’t undo the damage done to the administration’s favorability ratings. Nor will it make the GOP more likely to win the midterms.

Moreover, if Trump realizes that the secretary of state’s stronger stand and a return to the effort to defeat Iran gives him the only pathway to a policy that won’t guarantee a defeat at the hands of a country he has long detested, that could make Rubio the winner of the competition.

A nightmare scenario

Vance’s flip-flop on Israel seems to be not so much rooted in belief in Iran as a credible negotiating partner or even disdain for involvement in wars in the Middle East. Rather, it could be a function of his reading of the current political climate in which demonization of Israel has been mainstreamed.

Though the majority of Republicans are still pro-Israel, a portion of the right, especially among younger voters, has been immersed in the same toxic ideas about race and Jews that have transformed the Democrats into a party that tolerates antisemitism. They’ve also been exposed to the drumbeat of anti-Israel and antisemitic incitement coming from podcasters like Carlson, far-right political commentator Candace Owens, neo-Nazi Holocaust denier Nick Fuentes and their celebrity enablers like Megyn Kelly.

Vance may have come to the conclusion that the path to victory in 2028 is one based on turning the GOP away from Israel. If Trump, ever the transactional actor and keenly sensitive to the polls, thinks he’s right about that, then he could discard his position as the most pro-Israel president since the founding of the modern Jewish state. That might lead, among other things, to him backing Vance as his successor and shelving Rubio and his pro-Israel policies.

It’s a nightmare scenario that should scare friends of Israel and those Republicans who believe that adopting left-wing positions—on Iran or anything else—is both a calamity and political poison.

It’s also a prospect that many of Trump’s Jewish supporters utterly reject. They prefer to believe that the entire contest is an example of him trolling his opponents at home and abroad. From this point of view, the president is playing three-dimensional chess and setting up Vance to fail. They are counting on him to dump the appeasement track as soon as it makes political sense for him to do so.

In their favor is the likelihood that, regardless of the White House’s current intentions, Iranian intransigence will soon force Trump to discard Vance’s placating that country’s mullahs and military. That would mean that either in the coming weeks and months or after the midterms, Trump will resume the effort to force Tehran’s surrender or the fall of the terrorist regime. His faithful adherents base that hope on Trump’s pro-Israel record, as well as his detestation of bad bargains like the one his vice president has sought in vain to achieve.

Moreover, sticking with the position that led him to join the war isn’t just sound policy. Standing back and counting on the Democrats’ hopes for a return to power being sunk by their willingness to embrace antisemitic socialist extremists seems like the more sensible course of action.

If so, Rubio might eventually emerge as the victor in this bizarre contest with Vance. If not, the results of this new version of “The Apprentice” won’t just be disastrous for the secretary of state. It will be a blow to the effort to preserve the GOP as the party dedicated to opposing wokeness, antisemitism and appeasement, whether it comes from the left or the far right.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ben-Gurion’s Terminal One reopens to domestic flights following Iran war closure


Ben-Gurion’s Terminal One reopens to domestic flights AARON GLICK


Terminal One was initially closed in March following the outbreak of the Iran war, with all flights moved to Terminal Three.

View of the Departure hall in Terminal 1, at Ben-Gurion Airport. December 1, 2020. / (photo credit: YOSSI ALONI/FLASH90)

Ben-Gurion Airport’s Terminal One reopened to domestic flights on Sunday, according to the Israel Airports Authority (IAA), which announced the terminal’s renewed operations on Wednesday.

The IAA added that international flights would begin operating from the terminal starting July 1, in time for the school holiday travel rush.

Prior to the closure, international flights from the terminal were primarily operated by budget airlines, which preferred it to Terminal Three’s higher usage fees.

Terminal One was initially closed in March following the outbreak of the Iran war, with all flights moved to Terminal Three.

Airplanes take off from Ben Gurion Internationalo Airport on June 8, 2026. (credit: YOSSI ALONI/FLASH90)

The terminal’s reopening follows an announcement that US Air Force refueling aircraft stationed at Ben-Gurion are set to be relocated due to the constraints their presence places on the airport’s capacity.

IAF bases to host USAF refueling aircraft

According to Maariv, the USAF aircraft will be moved to Israel Air Force bases, with IAF aircraft themselves being moved to other bases to make room for the refuelers.

National Security Council Director Shmuel Ben-Ezra is overseeing the relocation operation, which follows comments by IAA Director General Sharon Kedmi in May that Ben-Gurion is operating at one-third capacity.

“We are at the limit of our capabilities,” Ben-Ezra told KAN’s Reshet Bet radio station, emphasizing the NIS 700 million loss already suffered by the IAA.


Anna Barsky and Jerusalem Post Staff contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com