Archive | February 2021

O kryzysach humanitarnych i kryzysie humanistycznym

O kryzysach humanitarnych i kryzysie humanistycznym

Andrzej Koraszewski


Bojówkarze Huti w 2015 r. mieli jeszcze prymitywną broń i nie byli umundurowani. Dziś wyglądają bardziej atrakcyjnie i trudno sobie wyobrazić, żeby byli terrorystami – https://twitter.com/i/status/1324417310568960001 (Zdjęcie Wikimedia Commons)

Richard Landes i Mark Pickles napisali obszerną analizę ludobójczego antyizraelizmu. Poczynając od zamiany przez Iran Libanu w antyizraelską bazę terrorystyczną ze 150 tysiącami rakiet rozmieszczonych na gęsto zaludnionych terenach południowego Libanu, a kończąc na zamianie Organizacji Narodów Zjednoczonych w antyizraelską szczujnię zdominowaną przez kraje bandyckie wspierane przez zachodnie demokracje.

Znakomita analiza, którą postanowiliśmy udostępnić polskim czytelnikom, a nawet za kilka złotych wypromować na Facebooku, żeby ten tekst dotarł do szerszego kręgu. Moja reklama została odrzucona z następującą informacją:    

Reklama mogła zostać odrzucona, jeśli dotyczy polityków lub ważnych kwestii społecznych mogących wpłynąć na opinię publiczną, sposób głosowania oraz rezultat wyborów albo na proponowane rozwiązania prawne.

Trudno o wątpliwości, że tego rodzaju analizy mogą wpłynąć na opinię publiczną, chociaż zapewne w niewielkim stopniu. Rozumiem jednak głęboką troskę. Dla sprawdzenia, czy jest to systemowe działanie natychmiast przelałem pieniądza za tę reklamę na artykuł mieszkającego w Izraelu palestyńskiego dziennikarza Khaleda Abu Toameha pod tytułem Palestyńczycy: Nie dla normalizacji z „syjonistycznym tworem. Ta reklama została również odrzucona. Ciekawe.

Znakomity amerykański historyk Richard Landes i brytyjski chrześcijański publicysta Mark Pickles piszą:

Przy kosztach w odebranym życiu ludzkim (setki tysięcy rocznie, głównie muzułmanie) można się zastanawiać, dlaczego tak wielu chce popierać palestyńskie organizacje, które jawnie dążą do unicestwienia maleńkiego kraju, który jest domem dla połowy Żydów świata (i grubo ponad miliona Arabów) i używają samobójczego terroru, by do tego doprowadzić. Ta apokaliptyczna ideologia, która marzy o eksterminacji Żydów jako pierwszym etapie w morderczym podboju świata, przenika nie tylko dżihadystyczne organizacje, takie jak Hamas, Hezbollah, Al-Kaida i ISIS, ale części świata muzułmańskiego, często charakteryzowanego przez mędrców telewizyjnych Zachodu jako „umiarkowani”. W rzeczywistości obecnie #GenerationCaliphate jest największym apokaliptycznym ruchem milenijnym na planecie, ale ewidentnie większość ludzi na Zachodzie niewiele o tym wie.

Autorzy przypominają historię islamizmu, jego związki z europejskim nazizmem, kluczowe prace głównego ideologa Bractwa Muzułmańskiego, Sajjida Kutba Nasze walki z Żydami (1950) oraz wydane na dwa lata przed jego śmiercią Kamienie milowe. W tej drugiej książce Kutb naszkicował  terminarz zamienienia całego świata w Państwo Islamskie, a proces ten miał zacząć się od krajów muzułmańskich, które wszystkie, zdaniem Kutba, popadły w dżahilijję, czyli pogańską ciemność i ignorancję, odchodząc od „czystego” islamu. Ten proces używania rewolucyjnych i politycznych środków do doprowadzenia muzułmanów „z powrotem” do „czystego” islamu, tym samym zdobywając świat dla swojego państwa Boga skoncentrowanego na Jerozolimie (czyli „Al-Kuds”), Bractwo Muzułmańskie nazwało „islamizmem”.

Mimo arabsko-irańskiego antagonizmu książki Kutba są przełożone na farsi i są podstawą ideologiczną islamskiej rewolucji w Iranie. Konflikt między islamem sunnickim i szyickim jest krwawy, ale w pewnym sensie pozorny. Jest to konflikt o to, kto bardziej nienawidzi Żydów i kto ma przewodzić w walce o podporządkowanie świata islamizmowi. (Iran i Turcja mogą się sprzymierzyć przeciw Zachodowi, ale równie dobrze może dojść do zbrojnego konfliktu między nimi).

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z ludobójczym antyizraelizmem? Landes i Pickles piszą:

Haras Rafiq, czołowy brytyjski ekspert muzułmański w sprawach zapobiegania terroryzmowi, wygłosił w czerwcu 2019 roku wykład na Oxford University, wyjaśniając, że celem islamizmu jest „narzucenie własnej wersji Fiqh [jurysprudencji], która pochodzi z szariatu… jako prawa państwowego dla wszystkich [nie tylko muzułmanów] na Ziemi”. Powiedział, że metafizycznym warunkiem wstępnym dla spełnienia tego celu jest „wymazanie Izraela z mapy” przez ludobójstwo popełnione na Żydach. Unicestwienie Izraela i Żydów jest podstawą islamizmu, a jego uczeni wyznawcy i przywódcy polityczni – włącznie z prezydentami, premierami i szejkami niektórych krajów muzułmańskich – tego nie kryją.

Jak bardzo ludobójczy jest islamizm? Islamskie Państwo Iraku i Syrii (ISIS) przez kilka lat dawało światu lekcję bezmiaru barbarzyństwa islamskiego fanatyzmu. Trwające ludobójstwo chrześcijan w Afryce i na Bliskim Wschodzie nie trafia na pierwsze strony zachodnich gazet, (być może dlatego, że niektórzy wyobrażają sobie, że chrześcijaństwo dotarło tam wraz z europejskimi kolonialistami, nie domyślając się tego, że tam się zaczęło).

Pochodzący z rodziny koptyjskich imigrantów z Egiptu amerykański badacz Raymond Ibrahim od lat dokumentuje prześladowania chrześcijan w krajach islamu. Na Bliskim Wschodzie populacja chrześcijan spadła z 20 do 4 procent. Z krajów takich jak Pakistan czy Nigeria niemal każdego tygodnia napływają doniesienia o spalonych wsiach, mordach, porwaniach kobiet, przymusowych konwersjach, podpaleniach kościołów, oskarżeniach o bluźnierstwo, prowadzących nierzadko do wyroków śmierci.

Jak się wydaje ludobójczy islamizm największe żniwo śmierci zbiera wśród samych muzułmanów. Szóstego lutego inny badacz amerykański, Majid Rafizadeh (pochodzący z rodziny imigrantów z Iranu) opublikował artykuł o polityce Iranu w Jemenie. Pisał  w nim o długiej historii dostarczania broni dla szyickiej milicji Huti, o strategicznym znaczeniu tego kraju, ze względu na możliwości atakowania państw Zatoki i dalszej ekspansji na Afrykę. Rafizadeh przypomina atak na największą na świecie rafinerię ropy naftowej w Arabii Saudyjskiej, po którym rządowa gazeta „Kayhan” pisałaHuti wystrzelili pociski na Rijad,  Dubaj będzie następny.

Dysponujące coraz nowocześniejszą bronią oddziały Huti całkowicie świadomie zmierzają do maksymalnej ilości ofiar cywilnych. Ataki na cywilne lotniska, na tankowce i inne cywilne obiekty mają na celu niszczenie infrastruktury, destabilizację i sterroryzowanie przeciwnika. Rafizadeh zaledwie wspomina o sprawie rzekomego ostrzelania elektrowni atomowej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Szukając jakiegoś potwierdzenia tej informacji dotarłem do artykułu w „New York Times” z 3 grudnia 2017 roku, którego tytuł informuje, że Emiraty czemuś zaprzeczają. Jak się okazuje witryna internetowa Huti opublikowała oświadczenie, że skutecznie ostrzelała rakietami elektrownię nuklearną. Władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich istotnie zdementowały tę informację. Czyli zostajemy z wiedzą, że fanatycy Huti zrobiliby to bez chwili wahania, gdyby tylko mogli, że być może nawet coś próbowali, tylko nie wyszło.

Istotne jest tu to, co wiemy od dawna, dla fanatyków życie ludzkie nie ma najmniejszego znaczenia.

W tym samym dniu, w którym ukazał się artykuł Rafizadeha o irańskiej polityce w Jemenie, „New York Times” poinformował, że amerykański Departament Stanu zapowiedział zdjęcie milicji Huti z listy organizacji terrorystycznych. Artykuł dwójki autorów, Lary Jakes i Erica Schmitta informuje, że 80 procent populacji Jemenu (około 24 miliony) żyje na obszarach kontrolowanych przez Huti i według Organizacji Narodów Zjednoczonych ludzie ci są zagrożeni „największym głodem od dziesięcioleci”. Według senatora Christophera S. Murphy’ego zdjęcie milicji Huti z listy organizacji terrorystycznych będzie ratować życie. Jak twierdzi ten polityk:

Desygnowanie Huti nie dotknęło Huti w żaden sposób, ale uniemożliwiło dostarczanie żywności i innej praktycznej pomocy na terenie Jemenu i utrudniło skuteczne polityczne negocjacje”.

Znając praktyki Talibów, Al-Kaidy, ISIS, Hezbollahu, Hamasu, islamiści zawsze dają pozwolenia na dostarczanie pomocy wyłącznie na swoich warunkach, a skuteczne pokojowe negocjacje z tymi organizacjami to raczej opowieści o żelaznym wilku. Autorzy artykułu w NYT przyznają, że Huti znajdowali się na liście organizacji terrorystycznych zaledwie przez miesiąc i dodają, że nie jest jasne, czy mogło to tę organizację jakoś zatrzymać, a najważniejsze, że nie zagraża ona w żaden sposób Ameryce.

Rebelianci, czytamy dalej w tym artykule, kontrolują stolicę Jemenu Sanę, która jest głównym punktem dostarczania pomocy z całego świata.

Autorzy piszą, że rebelianci Huti są najemnikami Iranu i są przez Iran zaopatrywani, ale ta pomoc mimo narzuconych przez Trumpa sankcji, nadal trwała.

Jako część kampanii presji na Iran administracja Trumpa chciała ograniczyć militarne wpływy Teheranu w Jemenie, gdzie wysyłano broń i inną pomoc dla bojowników Huti. Uderzenie pana Trumpa w rebeliantów plasuje Stany Zjednoczone w wojnie w Jemenie po stronie Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników, dostarczając im, mimo zastrzeżeń Kongresu, danych wywiadowczych i miliardów dolarów.

Autorzy przypominają, że prezydent Biden zapowiedział zakończenie poparcia dla Arabii Saudyjskiej.

Administracja prezydenta Bidena wszczęła już kroki w celu ponownego przystąpienia do tzw. umowy nuklearnej z Iranem. Czy to też z myślą o pokoju i zapobieganiu kryzysom humanitarnym? Grupa irańskich dysydentów ryzykując wolność, a nawet swoje życie wyraziła na ten temat inną opinię.

Pierwszego lutego 38 mieszkających w Iranie dysydentów przesłało „List otwarty do Prezydenta Stanów Zjednoczonych Joego Bidena”, prosząc go o zachowanie „maksymalnego nacisku” na Iran. W zakończeniu tego listu czytamy m.in.:

Wydarzenia w Iranie w połączeniu z podpisaniem Porozumień Abrahamowych sygnalizują  geopolityczne zmiany na Bliskim Wschodzie. Rzeczywiście Islamska Republika Iranu doświadcza spadku wpływów w Syrii, Libanie, Iraku i na całym obszarze Bliskiego Wschodu. W efekcie obecnej rzeczywistości teokratyczna Islamska Republika Iranu znajduje się na skraju załamania.

Panie Prezydencie, głęboko wierzymy, że nowa polityczna rzeczywistość w Iranie i na Bliskim Wschodzie daje irańskiemu narodowi historyczną okazję osiągnięcia pokoju i przejścia do świeckiej demokracji. Dlatego też z wyrazami szacunku prosimy, aby Pana administracja w ustalaniu polityki wobec Iranu wzięła pod uwagę następujące:

· Uznanie wyższości aspiracji większości irańskiego narodu i świeckiej demokratycznej konstytucji nad sprawą przetrwania teokratycznej Islamskiej Republiki.

· Zachowanie maksymalnej politycznej, dyplomatycznej i finansowej presji na reżim irański.

· Obronę praw człowieka w Iranie i zwolnienie wszystkich więźniów politycznych i osób więzionych za swoje przekonania.

· Poparcie irańskiej determinacji w dążeniu do świeckiego demokratycznego rządu poprzez pokojowe, wolne i sprawiedliwe referendum.

Jako były działacz Amnesty International (w czasach, kiedy ta organizacja zajmowała się wyłącznie więźniami sumienia), czytając ten napisany i wysłany z narażeniem życia list, byłem przekonany, że nie mógł być zignorowany przez tę organizację, ani przez Human Rights Watch. Mógł i został zignorowany. Być może w tym przypadku jeszcze ważniejsze są reakcje (a raczej ich brak) ze strony amerykańskich mediów. W chwili, gdy to piszę list został odnotowany przez Voice of America i „Newsweek”. Milczą „New York Times”, „Washington Post”, NBC, CNN i praktycznie wszystkie wielkie redakcje. Milczy również BBC. (Nie dziwi milczenie „Gazety Wyborczej”, chociaż mnie osobiście uwiera to równie mocno, jak milczenie Amnesty International).

Obawiam się, że decyzja o zdjęciu islamistów Huti z listy organizacji terrorystycznych nie ma wiele wspólnego z troską o kryzys humanitarny w Jemenie. Może mieć bardzo wiele wspólnego z kryzysem humanizmu.

Podobnie jak Kościół katolicki rości sobie pretensje do monopolu na miłość bliźniego i dobroczynność, tak dzisiejsza lewica domaga się monopolu na wartości humanistyczne. Lewica ma ogromne zasługi w walce o prawa pracowników najemnych, równość praw, prawa kobiet. Wartości humanizmu są jednak wartościami ludzkimi i próba ich zmonopolizowania przez lewicę aż nazbyt często była i nadal jest nie tylko uzurpacją, ale i zasłoną dymną ukrywająca znacznie mniej szlachetne cele.

Tak niedawno byliśmy świadkami kryzysu humanitarnego Jazydów, od lat jesteśmy świadkami kryzysu humanitarnego Syryjczyków, o trwającym kryzysie humanitarnym Palestyńczyków w krajach arabskich nie znajdujemy żadnych wzmianek w mediach głównego nurtu.

Sygnatariuszka listu irańskich dysydentów (żeby było ciekawiej, nauczycielka religii), Fatemeh Sepehri, w wywiadzie dla mieszkającej na Zachodzie Iranki Masih Alinejad mówiła, że sankcje nigdy nie są kierowane na produkcję czy dostarczanie żywności i leków, że dyktatorzy zawsze zasłaniają się sankcjami, pieniądze zużywają na inne cele, a ludzie zostają w biedzie.

Kryzys humanitarny w Jemenie jest faktem. Podobny kryzys był faktem po przejęciu władzy przez komunistów w Etiopii, podobny kryzys jest faktem w Wenezueli. Fanatycy (często jak niegdyś w Biafrze) całkowicie świadomie i celowo, czasem w głębokim przekonaniu, że mają świetne pomysły, tworzyli klęski głodu w przeszłości i robią to nadal.

Kiedy nowego sekretarza stanu USA, Antony’ego Blinkena, zapytano podczas przesłuchania w Senacie 19 stycznia 2021 o egzekucje ludzi w Iranie – coś, co popiera  minister spraw zagranicznych Iranu, Dżavad Zarif  — Blinken odpowiedział, że Stany Zjednoczone będą w „znacznie lepszej pozycji”, by zająć się takimi sprawami, jeśli dadzą priorytet powstrzymaniu Iranu przed możliwym zdobyciem broni nuklearnej w niedalekiej przyszłości.

Czy jest to tylko wątpliwa ocena rzeczywistości, czy też mamy do czynienia z poważniejszym kryzysem wartości niż nam się zdaje? Dodatkowe wątpliwości wzbudziła we mnie lektura obszernego artykułu w magazynie „Time”. Nie wiem, czy komukolwiek będzie się chciało odtworzyć ten link: https://time.com/5936036/secret-2020-election-campaign/, dla mnie był to jeden z najbardziej zdumiewających tekstów, jakie czytałem w ostatnich tygodniach.


Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Death to Me!

Death to Me!

DAVID MIKICS


Police photographs of Grigori Zinoviev, taken by the NKVD after his arrest, 1934WIKIMEDIA/NKVD

And here I stand before you in filth, crushed by my own crimes,” confessed Yuri Pyatakov in January 1937, “bereft of everything through my own fault, a man who has lost his Party, who has no friends, who has lost his family, who has lost his very self.” Pyatakov, once the head of the Soviet State Bank, admitted his crimes of Trotskyism and Hitlerism after a month of being tortured by an old friend, Nikolai Yezhov, head of the NKVD.

Yet the accused in Stalin’s show trials confessed for many reasons beyond the rigors of interrogation and torture. Sometimes they hoped to save themselves or their families through an energetic performance, as in the cases of Grigori Zinoviev and Lev Kamenev, Stalin’s old allies, who were judged and executed during the 1936 Moscow Trials. (“Some hoped to save their heads, others at least to save their wives or sons,” Arthur Koestler wrote.) Sometimes they found it unthinkable to betray the party, even if they had lost faith in Stalin. As Nikolai Bukharin, once Stalin’s equal in the party leadership, remarked in 1935, “It is not [Stalin] we trust but the man in whom the Party has reposed its confidence.” Trotsky himself declared in 1924, before he became Stalin’s archenemy, that “we can only be right in and through the Party, for history has provided no other way of being right.”

The ice-cold logic of Marxism dictated that it was impossible to dispute, or even wish to dispute, the will of the party. As Pyatakov wrote, “For such a Party a true Bolshevik will readily cast out from his mind ideas in which he has believed for years.” The party was a lifeline, a mother, a god. Bukharin said, “For three months I refused to say anything. Then I began to testify. Why?” Bukharin explained that “an absolutely black vacuity suddenly rises before you with startling vividness.” You have to give your death a meaning, and the only real meaning is to sacrifice yourself for the party in whose will you long ago drowned your own.

Bukharin’s remarks were the seed of Koestler’s Darkness at Noon and Orwell’s 1984. Koestler went on to stress the basis for the Bolsheviks’ guilt feelings, namely their constant betrayals and murders. Bukharin and so many others had blood on their hands, and their confessions were a way to expiate their real crimes.

The role that public confessions play in demonstrating and validating the power of ideologies that refuse any criticism is worth revisiting for the obvious reason that such confessions are now part of our culture, too. Now, as then, the most baffling and disturbing aspect of these confessions is the enthusiasm with which the accused embrace their supposed guilt.

Many have wondered why the Soviets spent so much time procuring confessions at all. The answer is clear: In the absence of real evidence and reporting, public confessions helped buttress the credibility of the system. Even skeptics might think there was a grain of truth to the charges. And the outside world was, for the most part, easily convinced.

Last Friday, Donald G. McNeil Jr., a science reporter for The New York Times since 1976, and one of the mainstays of the paper’s coverage of the coronavirus pandemic—a matter of life and death for millions of people around the planet—was forced to leave the paper. “Dean and Joe” (Dean Baquet, the paper’s executive editor, and Joe Kahn, managing editor) announced to Times staffers that McNeil had cited a racial slur in a conversation with two high school students, and therefore had to go, since “We do not tolerate racist language regardless of intent” (italics mine; I will come back to those words later). The editors then helpfully appended McNeil’s resignation letter to their email:

To the staff of The Times:

On a 2019 New York Times trip to Peru for high school students, I was asked at dinner by a student whether I thought a classmate of hers should have been suspended for a video she had made as a 12-year-old in which she used a racial slur.

To understand what was in the video, I asked if she had called someone else the slur or whether she was rapping or quoting a book title. In asking the question, I used the slur itself.

I should not have done that. Originally, I thought the context in which I used this ugly word could be defended.

I now realize that it cannot. It is deeply offensive and hurtful. The fact that I even thought I could defend it itself showed extraordinarily bad judgement. For that I apologize.

To the students on the trip, I also extend my sincerest apology. But my apology needs to be broader than that.

My lapse of judgment has hurt my colleagues in Science, the hundreds of people who trusted me to work with them closely during this pandemic, the team at “The Daily” that turned to me during this frightening year, and the whole institution, which put its confidence in me and expected better.

So for offending my colleagues—and for anything I’ve done to hurt The Times, which is an institution I love and whose mission I believe in and try to serve—I am sorry. I let you all down.

Donald G. McNeil Jr.

If I were Donald G. McNeil Jr., I would want to tell The New York Times, and its publisher, A.G. Sulzberger, to go jump in a lake. Instead, McNeil chose to declare his love for the paper and proclaim his guilt for having “hurt” many hundreds of people. For McNeil’s professional death to have meaning, the party—or the paper—must be infallible. Death to me!

That this kind of groveling confession is not unique to the Times, but rather plays a key functional role in the politics of woke anti-racism, can be judged with the frequency with which such apologies are staged across institutional and corporate settings where wokeness holds sway. Consider this open letter by an academic named Matthew J. Mayhew who, after weeks of bullying and abuse, publicly recanted a seemingly anodyne op-ed he wrote for Inside Higher Ed expressing his enjoyment of college football as a distraction—one with the capacity to unite us all during the pandemic. Apparently, Mayhew learned a lot from the furious reaction of his colleagues to such an ignorant, hateful, and deeply damaging viewpoint:

I learned that I could have titled the piece “Why America Needs Black Athletes.” I learned that Black men putting their bodies on the line for my enjoyment is inspired and maintained by my uninformed and disconnected whiteness and, as written in my previous article, positions student athletes as white property. I have learned that I placed the onus of responsibility for democratic healing on Black communities whose very lives are in danger every single day and that this notion of “democratic healing” is especially problematic since the Black community can’t benefit from ideals they can’t access. I have learned that words like “distraction” and “cheer” erase the present painful moments within the nation and especially the Black community. …

I am just beginning to understand how I have harmed communities of color with my words. I am learning that my words—my uninformed, careless words—often express an ideology wrought in whiteness and privilege. I am learning that my commitment to diversity has been performative, ignoring the pain the Black community and other communities of color have endured in this country. I am learning that I am not as knowledgeable as I thought I was, not as antiracist as I thought I was, not as careful as I thought I was. For all of these, I sincerely apologize.

Up with the revolution!

Untold millions of true believers lived and died in Stalin’s Soviet Union. When told they were guilty, they sooner or later agreed with the charges against them, even if they couldn’t locate their guilt in anything they had actually done. When the exhausted prisoner finally gives in to the party, which has sole grasp on truth, a soothing relief may come: History has spoken. Koestler and Orwell testify as much in their famous novels.

Admittedly, at times the prisoners were merely surrendering to a superior force that worked through the deprivation of sleep and food and relentless interrogations—and through more baroque tortures. And there were always those who refused and resisted. But the Soviet system stood for decades on the bedrock of shared guilt.

In the absence of real evidence and reporting, public confessions helped buttress the credibility of the system.

Reporting for The New York Times about the Moscow Trials of 1936, Walter Duranty commented that “it was unthinkable that Stalin and Voroshilov … could have sentenced their friends to death unless the proofs of guilt were overwhelming.” Other newspapers signed off on Stalin’s executions, too. In fact, the New Statesman (Sept. 5, 1936) argued, the defendants had demanded the death sentence for themselves! Surely they must have been guilty.

Stalin’s most celebrated victims were themselves used to humiliation and self-abasement. As Robert Conquest writes in his indispensable book The Great Terror, “Their surrender was not a single and exceptional act in their careers, but the culmination of a whole series of submissions to the Party that they knew to be ‘objectively’ false.” Conquest tells of a former member of the Soviet Supreme Court who was informed by an interrogator, “Well, the Party demands that you, as a Bolshevik, confess that you are an English spy.” The man responded: “If the Party demands it, I confess.”

These days we repeatedly confess our racism and misogyny, suppressing any sense that we are perhaps not as sinful as we are told. Maybe we haven’t harassed, demeaned, or insulted anyone—but the very impulse to defend ourselves indicates our guilt. After all, we are all part of “the system,” and only a thoroughgoing racist would dispute the idea that the system is guilty.

Of course, America is not Soviet Russia, or, for that matter, Xi’s China. Our new political commissars don’t use torture, prison cells, and executions. Today’s woke ideology can be publicly attacked, unlike communism in the Soviet Union. Its critics are in fact legion: According to polls, most Americans of all genders and ethnicities think political correctness is a problem. But people are afraid for their careers, and so they remain silent—no matter how much “power” or “privilege” they ostensibly have.

For those who believe in the power of institutions to moderate the ideologically driven madness of this moment, the most worrisome aspect of McNeil’s firing is the about-face of Dean Baquet, the paper’s editor. At first Baquet had declared, after an HR investigation of the Peru trip, that McNeil would stay. “He showed extremely poor judgment, but it did not appear to me … that his intentions were hateful or malicious,” Baquet wrote. While one can quibble with the word “extremely”—a sop to the woke—the editor’s decision was surely a reasonable one, given McNeil’s decades of meritorious service and the paper’s presumed need to provide its readers with informed reporting on the coronavirus crisis.

Yet a few days later, Baquet abruptly reversed himself, and McNeil was fired. What changed? Had some new, damning piece of evidence surfaced? No, only a mob uprising, a familiar phenomenon at the Times of late. On Wednesday afternoon 150 Times staffers wrote a letter to A.G. Sulzberger demanding McNeil’s ouster. “Our community is outraged and in pain,” they lamented like the chorus of a Greek play. Oh, the fragility of the masses when they are set on vengeance!

“Our harassment training makes clear that what matters is how an act makes the victims feel,” wrote the Times staffers. Even if McNeil “didn’t act maliciously or with hateful intent,” they added, that doesn’t matter, since “intent is irrelevant.” Instead, what matters is the “victim’s” perception (fantasy? imagination?) of what happened. In other words, what had begun as a case about punishing stray bits of private conversation had become a contest over a very serious ideological precept—namely, the idea that the seriousness of a crime can and must be measured by its impact on its self-proclaimed victims. Anything can therefore be a crime, whose impact can in turn be beyond measure.

Yes, the students who complained about McNeil had parents who paid $5,500 for a two-week tour, suggesting that they were hardly an oppressed bunch. But they were “harmed” nonetheless, as was the entire staff of The New York Times. Among other things, McNeil, the Times staffers had learned, “reportedly made claims that white supremacy doesn’t exist,” a hanging offense. Moreover, there were rumors swirling that he “has shown bias against people of color … over a period of years.” Not one specific incident was cited in support of this claim, and indeed, none was necessary. Such vagueness lets readers freely imagine just how racist Donald McNeil Jr. is. Beyond measure would be putting things lightly.

Refusal to recite the required mantra that white supremacy rules America now leads directly to getting yourself fired. If you show resistance to the prescribed formula, you “hurt” many people: your colleagues, your employer, your community. Your recalcitrance in admitting the fullness of your guilt only increases the harm that you are causing. Though the only concrete speech crime that anyone could cite was McNeil’s repetition of the N-word, that would have to do.

Racist language must be forbidden “regardless of intent,” Baquet and Kahn decided. Astoundingly, the editors of The New York Times are now on the record saying that the mere appearance of a word in one’s mouth renders one guilty, “regardless of intent.”

OK, fine. If that utterly nonsensical standard indeed applies at The New York Times, then let’s consider the evidence of the paper’s own guilt: A quick search of the Times archives reveals a total of 135 uses of the N-word and 23 uses of a common slang variant over the past five years.

Though you might not want to type that word in the search bar, if you value your job, consider what this terrible number says about the paper’s own guilt, and what punishment would be appropriate. If the harm caused by McNeil’s repetition of the N-word before two high school students in Peru mandates his firing and public humiliation, the harm that the paper has done 158 times over, in public, before an audience of 4 million subscribers, as well as potentially every person on the planet with access to the internet, numbering perhaps 3 to 4 billion—is incalculable, even genocidal.

Shouldn’t every writer and editor at the Times—starting with Dean Baquet and Joe Kahn, and of course publisher A.G. Sulzberger—resign their jobs, right now? Resign! But first, confess—so that your departure can have meaning, and so that America’s once-greatest newspaper can continue leading us into a future free from hatred, bigotry, want, need, fear, and war, just like in the old Soviet Union.


David Mikics is the author, most recently, of Stanley Kubrick (Yale Jewish Lives). He lives in Brooklyn and Houston, where he is John and Rebecca Moores Professor of English at the University of Houston.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Spielberg Jewish Film Archive – Hassidic Music

The Spielberg Jewish Film Archive – Hassidic Music

    Hebrew University of Jerusalem



Abstract: Part of the Israel Music Heritage Project. The central role played by music in the daily life of the Hassidic community.

The Spielberg Jewish Film Archive –
The 500 films, selected for the virtual cinema, reflect the vast scope of documentary material collected in the Spielberg Archive. The films range from 1911 to the present and include home movies, short films and full length features.

שם: המוסיקה בחסידות
שנה: 1994
אורך: 00:28:05
שפה: אנגלית

תקציר: חלק מפרויקט מורשת המוסיקה של ישראל, “עם וצליליו”. תפקידה המרכזי של המוסיקה בחיי היום יום בקהילות החסידים.

ארכיון הסרטים היהודיים על שם סטיבן שפילברג –
חמש מאות הסרטים שנבחרו עבור הקולנוע הווירטואלי משקפים את ההיקף הנרחב של החומר התיעודי בארכיון שפילברג. באתר ישנם סרטים משנת 1911 ועד ימינו אלה ביתיים, קצרים ובאורך מלא.

כל הזכויות שמורות לארכיון הסרטים היהודיים על שם סטיבן שפילברג ולאוניברסיטה העברית בירושלים 2010; דף הבית; www.spielbergfilmarchive.org.il

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Irański duchowny wzywa do pokoju z Izraelem

Abdol-Hamid Masoumi-Tehrani (Zrzut z ekranu).


Irański duchowny wzywa do pokoju z Izraelem

Hugh Fitzgerald
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Reportaż o uczony szyickim duchownym, utalentowanym kaligrafie, jednym z najodważniejszych Irańczyków – nie, jednym z najodważniejszych wśród żyjących ludzi na świecie – można przeczytać tutaj: Z Iranu, duchowny mówi izraelskiej telewizji, że wrogość między tymi dwoma krajami powinna się zakończyć, ”Times of Israel”, 25 stycznia 2021 roku:

“W bezprecedensowym wywiadzie dawniej wysoki rangą irański duchowny, a dzisiaj postać irańskiej opozycji, wystąpił w poniedziałek wieczorem w izraelskiej telewizji, mówiąc z Teheranu i wezwał do zakończenia wrogości między tymi dwoma krajami.”

Samo udzielenie wywiadu izraelskiej telewizji, nawet gdyby nie powiedział nic poza opisaniem swojej pracy kaligrafa, wystarczyłoby normalnie do zgarnięcia go na przesłuchanie w więzieniu Evin. Ale Abdol-Hamid Masoumi-Tehrani jest poważnym problemem dla reżimu. Pochodzi z dystyngowanej rodziny uczonych i duchownych. Był ajatollahem – i choć reżim odebrał mu ten tytuł, nie może odebrać mu szacunku, jaki zyskał zarówno ze strony swoich starych nauczycieli, jak i masy sympatyków, którzy doprowadzili go do uznania za ajatollaha i marja’ at-taqlid — “wzoru do naśladowania”. Kiedy duchowny gromadzi krytyczną masę sympatyków (znanych jako muqallid) i zarabia na szacunek swoich nauczycieli, jest powszechnie uznawany jako ajatollah.

“Pora, by reżim irański przestał zmyślać wrogów, którzy nie istnieją” powiedział były ajatollah, Abdol-Hamid Masoumi-Tehrani, izraelskiemu Kanałowi 12”.

Republika Islamska została zbudowana na nienawiści: nienawiści do Szacha, nienawiści do starych władz; nienawiści do Żydów, chrześcijan i bahajów, nienawiści do Ameryki i, szczególnie, do Izraela. Jest to emocjonalne spoiwo, które utrzymuje ten przerażający reżim przed upadkiem. Tłumy są nieustannie podżegane do marszów i wykrzykiwania sloganów przeciwko Wielkiemu Szatanowi (Ameryce) i Małemu Szatanowi (Izraelowi), a irańska tłuszcza niszczy, depcze, drze i podpala portrety „szatańskich” przywódców i flagi ich krajów. Choć oba są uznawane za wrogów Iranu, Republika Islamska i jej Najwyższy Przywódca najbardziej chcą zniszczyć maleńki Izrael: Ameryka jest zbyt potężna, by się na nią rzucić, ale mały Izrael – jeśli Iran zdobędzie broń jądrową – można unicestwić jedną salwą pocisków balistycznych z jądrowymi głowicami.

Masoumi-Tehrani zadaje mocny cios, kiedy oskarża reżim o tworzenie wrogów tam, gdzie ich nie ma, w celu – czego nie musi dodawać, bo jest to zrozumiałe – utrzymywania ludzi w gotowości do poświęcenia tak wielu swobód, jakie mieli dawniej, znoszenia takiej biedy, ponieważ są nieustannie karmieni nowymi kłamstwami o domniemanych wrogach, którzy ich otaczają, i wzywani do skupiania na nich swojego gniewu, kiedy to sam reżim irański stworzył tych wrogów i potrzebuje ich, by przetrwać.

Masoumi-Tehrani, któremu Teheran odebrał honorowy tytuł “ajatollaha” z powodu jego odmiennych opinii, powiedział, że “nie ma problem” z państwem żydowskim.


Szydził także z częstych deklaracji Republiki Islamskiej o zamiarze zniszczenia Izraela: “Nie zapominajcie, te slogany wypowiadał także [były przywódca iracki] Saddam Husajn, a wiemy, gdzie jest dzisiaj”.


Masoumi-Tehrani powiedział, że Republika Islamska jest dyktaturą, która dławi odmienne opinie oraz wolność słowa.  


Zapytany, czy obawia się o swoje życie za wystąpienie w izraelskiej telewizji, powiedział prowadzącemu wywiad Ohadowi Hemo: “Mówię wyraźnie od 20 lat. Jeśli nie podoba im się to, że mówię do was lub do kogokolwiek innego, to jest ich problem”.

To jest bezpośrednie wyzwanie reżimu, który nazywa “dyktaturą, która dławi odmienne opinie oraz wolność słowa”. Wszystko to jest prawdą, ale jaka dyktatura może tolerować to, że opisuje się ją zgodnie z prawdą? A Masoumi-Tehrani mówi takie rzeczy od 20 lat – i istotnie, siedział w irańskim więzieniu, choć widocznie jego status ajatollaha chronił go przed karą śmierci lub długotrwałym uwięzieniem. Teraz jednak skrytykował irańską Republikę w stacji telewizyjnej izraelskiego wroga: czy taki czyn może ujść bez kary?

Być może irański reżim uważa, że najlepiej go nie wsadzać do więzienia ze względu na wielu zwolenników wśród Wiernych zarówno w kraju, jak poza Iranem, że lepiej ignorować go. Kiedy sprezentował prześladowanym bahajom w Iranie ilustrowane dzieło kaligrafii z wersetami z pism świętych bahajów, które sam stworzył, otrzymał powszechne pochwały od muzułmańskich przywódców od Wielkiej Brytanii do Indii, włącznie z Fiyazem Mughalem, dyrektorem Faith Matters w Wielkiej Brytanii, Ibrahimem Mogrą, zastępcą sekretarza generalnego Muslim Council of Britain, Es’haqiem Al-Sheikhiem, znanym bahrańskim dziennikarzem i Maulaną Chalidem Raszid Farangi Mahlim, przewodniczącym Islamskiego Centrum Indii.

Być może Najwyższy Przywódca postanowił nie ruszać sprawy, żeby nie dać Masoumi-Tehraniemu więcej nagłośnienia lub, co gorsza, zamienić go w męczennika za tolerancję i współistnienie, gdyż wówczas jego portret byłby noszony przez skandujących demonstrantów w Teheranie, Maszhadzie, Isfahanie, a także za granicą. Lepiej go całkiem ignorować.

“Irańczycy i Żydzi mają za sobą wiele lat przyjaźni – powiedział. – Nie spotkałem Irańczyka, który nie miałby pozytywnej opinii o Izraelu”.


“Nie mamy problemu — ani z Izraelem, ani z żadnym innym krajem na świecie” – dodał.


Powiedział, że gdyby zdrowie mu na to pozwoliło, przyjechałby do Izraela, dodając, że jego dawnym pragnieniem jest pójście do Jerozolimy i “modlenie się przy Ścianie Zachodniej”.

Zaintrygowany jego uwagą o Irańczykach, którzy mają “pozytywną opinię o Izraelu”, sprawdziłem z dobrze poinformowanymi mieszkańcami Iranu, którzy zapewnili mnie, że mimo tego, co można wnioskować na podstawie zainscenizowanych festiwali nienawiści wobec państwa żydowskiego, uwaga Masoumi-Tehraniego była w znacznej mierze prawdą. Iran ma 82 miliony ludzi; może dwa miliony z nich jest Prawdziwymi Wiernymi reżimu, ale reszta jest zrażona i wielu pełnych wstrętu do korupcji i okrucieństwa władz. Są świadomi imperium biznesowego Najwyższego Przywódcy, o którym mówi się, że jest warte 95 miliardów dolarów, i o wielu innych, choć mniejszych, oszustach w klasie rządzącej Iranem.  Barbarzyństwo reżimu zostało właśnie dobitnie potwierdzone raz jeszcze przez egzekucję dwóch mistrzów zapaśnictwa, Hamida Afkariego i Mehdiego Ali Hosseiniego. A kiedy te zrażone miliony słyszą, jak nienawistny reżim nieustannie potępia Żydów i Izrael, ich naturalną reakcją jest dokładnie odwrotne myślenie.

Proszę także zauważyć, co Masoumi-Tehrani mówi o Jerozolimie. Nie powiedział: „Chcę się modlić w meczecie Al-Aksa”. Nie zadeklarował chęci odwiedzenia “Haram al-Szarif”. Nie, umyślnie powiedział, że chce “modlić się przy Ścianie Zachodniej”, świętym miejscu judaizmu, uznając tym samym żydowskość Jerozolimy. Takie słowa muszą doprowadzać duchownych Iranu do szaleństwa wściekłości.

“Z Bożą pomocą, jeśli pozostanę żywy, bardzo pragnąłbym spotkać was i zobaczyć koniec tej nielogicznej wrogości między narodami irańskim i izraelskim” – powiedział.  

Wyraża pragnienie spotkania się z Izraelczykami, których Republika Islamska przez 41 lat przedstawiała jako spiskujących wrogów Iranu. Ośmiela się zbywać nienawiść Iranu do Izraela jako coś bezpodstawnego, “nielogiczną wrogość między narodami irańskim i izraelskim”. Szydzi z tej “nienawiści” do Izraela i Żydów, do której Republika Islamska nadal podżega. Jak śmie? Te zdradzieckie poglądy muszą zostać ukarane, ale taka kara, niestety, niewątpliwie przyniesie mu więcej życzliwej uwagi i sławy, zarówno w Iranie, jak za granicą. Jeśli reżim z Teheranu uwięzi go – lub gorzej – z pewnością zamieni go to w „męczennika”. Lepiej ignorować te umyślne prowokacje. Wystudiowane milczenie jest najlepszym sposobem radzenia sobie z tym krnąbrnym duchownym.

W latach 1980. Masoumi-Tehrani opublikował religijne orzeczenie przeciwko mianowaniu najwyższego przywódcy Iranu, Alego Chameneiego i powiedział Kanałowi 12: “Z mojej wcześniejszej wiedzy o nim argumentowałem, że z pewnością zrujnuje zarówno religię, jak kraj. Za to i za przeciwstawianie się mu odsiedziałem pięć lat w więzieniu. Ta niezgoda trwa po dziś dzień”.

To nie jest człowiek, który boi się więzienia. Był więziony wielokrotnie. Odsiedział pięć lat za opozycję – i widoczną pogardę – dla Najwyższego Przywódcy, który, jak przewidywał, kiedy zdobędzie władzę, „zrujnuje zarówno religie, jak kraj”. Nie musiał dodawać – było to jasne z jego tonu – że uważa, iż ta przepowiednia sprawdziła się.

Ten duchowny był wiele razy aresztowany za opozycję wobec reżimu. Jest wybitnym orędownikiem rozdziału meczetu i państwa, praw mniejszości i prawa protestu przeciwko przywódcom.


Masoumi-Tehrani jest znakomitym kaligrafem i niedawno napisał hebrajską kopię biblijnej Księgi Ezry. Powiedział, że przesłuchiwano go wiele razy w wielu różnych sprawach, również za hebrajską kaligrafię.  

Stworzył w kaligraficznej formie Torę, Psalmy i część pism Baha’ullaha, proroka-założyciela bahajów, jak również Koran. Nie tylko jest tolerancyjny wobec innych wyznań, ale okazał dla nich głęboki szacunek. A to – szczególnie jego solidarność a bahajami, którzy są prześladowani w Iranie – rozwścieczyło mułłów. Jednak szacunek, jaki zyskał jako ajatollah oraz jego grono zwolenników, które jest bardzo rozległe, nie pozwoliły, jak dotąd, reżimowi na uwięzienie go na dziesięciolecia ani na inne pozbycie się go, jak to niewątpliwie wielu we władzach chciałoby zrobić.

Jest wyjątkowym zjawiskiem. W jego kraju, gdzie homoseksualiści są rutynowo wieszani, gdzie mistrzowie zapaśnictwa, którzy odważają się demonstrować przeciwko reżimowi, zostają fałszywie oskarżeni o przestępstwa, a następnie traceni, on nadal wypowiada  zdumiewające słowa prawdy i przeciwstawia się, podważa i wyszydza istotę ideologii reżimu. Jest on niewątpliwie jednym z najodważniejszych ludzi w Iranie. Na razie jest bezpieczny, ponieważ ci we władzach, którzy uważają, że ignorowanie go jest najbardziej sensowną polityką jako sposób powstrzymania jego sławy, jak dotąd przeważają. Ten pogląd może się jednak zmienić. Pokojowa Nagroda Nobla mogłaby zapewnić jego bezpieczeństwo. Mogę wymienić kilku ludzi, którzy otrzymali tę nagrodę całkowicie niezasłużenie – na myśl natychmiast przychodzą Jaser Arafat i Barack Obama. Z drugiej strony, Abdol-Hamid Masoumi-Tehrani prawdziwie na nią zasłużył.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


*

Is the site damaged by Palestinian road works Joshua’s Altar?

Is the site damaged by Palestinian road works Joshua’s Altar?

ROSSELLA TERCATIN


“Even for those who do not believe that the altar was built by Joshua, in my opinion the site remains one of the most important in Israel from the period of the Iron Age I.”

The archaeological site known as Joshua’s Altar in the West Bank. / (photo credit: AARON LIPKIN – LIPKIN TOURS AGENCY)

In 1980, Haifa University archaeologist Adam Zertal was conducting a vast archaeological survey in the area of the city of Nablus, the biblical Shechem, in the West Bank, when a heap of stones caught his attention. He went on to uncover a rectangular structure approximately 9m. x 7m. long. Because of its character and location, Zertal was ready to proclaim five years later that he had uncovered the altar built by Joshua after the Israelites entered the Promised Land.

Four decades later, identification of the site among scholars is still controversial, and many scholars dismiss Zertal’s claims.

However, a few days after damage was reported in the area caused by construction works carried out on behalf of the Palestinian Authority, Dr. Shay Bar from Haifa University, who took over the work of publishing the site’s findings after Zertal’s death in 2015, stressed that several factors support his thesis, even if much more work is needed before he can give a definitive answer.

Mt. Ebal is mentioned in the Bible, in the books of Deuteronomy (27:4-8) and Joshua (8:30-35). The site is currently located in Area B of the West Bank under Palestinian authority.

“At that time Joshua built an altar to the LORD, the God of Israel, on Mount Ebal, as Moses, the servant of the LORD, had commanded the Israelites – as is written in the Book of the Teaching of Moses – an altar of unhewn stone upon which no iron had been wielded. They offered on it burnt offerings to the LORD, and brought sacrifices of well-being,” reads a passage of the Book of Joshua.

For those who believe that the Bible reflects historical events, what is described in the Book of Joshua took place during the Iron Age I (1200-1000 BCE).

Zertal based his understanding on the altar’s location, as well as its structure, which he said bore a striking resemblance to the altar that stood in Jerusalem’s Second Temple a millennium later.

The archaeologist was harshly criticized by colleagues for his presumption.
“Archaeological studies are based on two elements, data and interpretation,” Bar explained to The Jerusalem Post. “However, in order to offer an interpretation about a discovery, it is important to rely on complete data. The results of the excavation at the site have never been fully published. For this reason, many who have offered their views over the years, have done so without looking at the complete picture.”

The archaeologist said that most scholars agree that the site dates back to the Iron Age. In addition, many believe that it was indeed a cultic site – even though some suggest that it was not an altar but possibly a tower to guard the surrounding fields.

The remains consist of a well-built structure abutted by two courtyards. A ramp located between the courtyards reaches the top of the structure.
“We could see the same arrangement in the later altar in Jerusalem,” Bar pointed out, adding that the structure is surrounded by some 30 installations, filled with jars and animal remains that might have been brought there as offerings to the priests.

“I am not ready to give an answer on whether Joshua was the one who built this site, because I believe it would be unethical to do so based only on partial data,” Bar said. “However, I would say … in the current state of research, if I look at the architecture and the pottery, and the other findings it seems to me that we are indeed talking about a cultic site from the relevant period… All Mount Ebal has been surveyed meter by meter for the past 45 years by the Menashe Hill Country Survey team under Professor Zertal and later myself. Other than this structure, the hill is almost completely bare. People did not live here, there are no water sources, it would be hard to cultivate this area. But in the Iron Age, someone, maybe Joshua, maybe someone else built a very imposing site with a great view towards north and east.”

“The Bible speaks about an altar built there, and it is the only source available, so it seems possible that this was indeed Joshua’s altar, even though we cannot know for sure. We need to carry out more work to verify it,” Bar added. “Only then will I be able to give a better answer.”
Regarding the damage, Bar said that nothing critical has been destroyed yet because it only involved the external part of the site, and not the ancient structure itself, but he did express concern about what could happen without proper protection and supervision.

The damage was caused by workers who were building a road connecting the town of Asira ash-Shamaliya with the nearby Palestinian city of Nablus.
The municipality has apologized for the damage which it said was accidental.

“We are currently working on renovating the road that connects the village with the eastern part of Nablus,” the municipality said. “The work is being carried out by a private contractor who apparently caused damage to a wall near the road. The contractor will repair the damage, which was caused unintentionally.”

On Friday, President Reuven Rivlin called on the IDF to investigate the damage.

“The reports of damage to the altar site… concern me deeply, and I am writing to you to thoroughly investigate the case to ensure no further damage is done to heritage sites,” Rivlin wrote in a letter he sent to Alternative Prime Minister and Defense Minister Benny Gantz. “Our land has a bounty of holy sites of immense religious, historic and archaeological value. These sites, including the altar of Joshua… are heritage sites of incalculable national and universal value.”

“Even for those who do not believe that the altar was built by Joshua, in my opinion the site remains one of the most important in Israel from the period of the Iron Age,” Bar concluded.


Tovah Lazaroff and Khaled Abu Toameh contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com