Archive | April 2021

TV7 Israel News

TV7 Israel News

TV7 Israel News


1) Tensions escalated in Jerusalem last night when thousands of Jewish extremists from a radical nationalistic movement on the one-hand, and Arab Islamist’ youth on the other-hand, sought to confront each-other, on the streets surrounding the old city’ walls.
2) Israel emphasizes to the UN Security Council that it is not bound by any agreement threatening its existence.
3) U.S. State Department spokesman Ned Price acknowledged that the Biden Administration intends to lift all nuclear-related sanctions which are inconsistent with the 2015 agreement with Iran.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ONI NIGDY NAM NIE WYBACZĄ

Holocaust Memorial Berlin (Bartek Kuzia via flickr)


ONI NIGDY NAM NIE WYBACZĄ

Henryk Grynberg


W Niemczech żyje przeszło dwieście dwadzieścia tysięcy Żydów. Jedna trzecia tego, co przed Zagładą, ale jednak. Znów są żydowskie szkoły, synagogi, seminaria rabiniczne, muzea, festiwale, koszerne kawiarnie, restauracje i – antysemici. „W 1996 roku rząd niemiecki uczynił 27 stycznia (rocznicę wyzwolenia Auschwitz) oficjalnym Dniem Pamięci o Ofiarach Narodowego Socjalizmu” –  przypomina Günther Jikeli” w obszernym artykule „Holocaust Remembrance and Antisemitism in Germany since 1945”, który ukazał się w kwartalniku „Israel Journal of Foreign Affairs (Vol. Fourteen 2020/5781 Number Three). Negowanie Holokaustu jest w Niemczech karalne, tysiące niemieckich studentów zwiedza byłe obozy koncentracyjne i Niemcy są uważane za wzór właściwego podejścia do trudnej przeszłości, skąd więc się biorą „nowe formy antysemityzmu”, które analizuje autor? 

Między innymi z Zimnej wojny, która przerwała denazyfikację, bo obie strony potrzebowały niemieckiej pomocy i „ekspertyzy”. Zbrodnie pomijano milczeniem. W pamięci zbiorowej (polityce, filmie, literaturze) głównymi ofiarami wojny stawali się Niemcy wygnani ze Wschodu, a nie Żydzi czy inne prześladowane narodowości. Świadczą o tym chociażby odszkodowania, które cytuje autor: niemieccy wygnańcy z ziem wschodnich otrzymali prawie tyle, co ofiary nazizmu: 75 miliardów i 77,8 miliardów euro. Rzadko stawiano pod sąd bezpośrednich sprawców zbrodni. Z ponad tysiąca sądzonych tylko dwustu skazano za mord – z tego połowę za mordowanie nie-Żydów. Nawet z dwudziestu dwóch oskarżonych o zbrodnie popełnione w Auschwitz-Birkenau tylko siedmiu uznano za morderców. Starano się to „zostawić za sobą”, odciąć grubą kreską („Schlussstrich”), zrzucić całą odpowiedzialność na kilku głównych przywódców. Nazywa się to „eksternalizacją winy”. I udało się. Według sondażu z 2005 roku tylko trzy procent Niemców przyznawało, że ich krewni za Trzeciej Rzeszy byli „nastawieni antyżydowsko”, i tylko jeden procent, że mogli brać bezpośredni udział w zbrodniach, mało kto dopuszcza, że należeli do sprawców lub korzystali ze zbrodni. W roku 2020 trzy procent twierdziło, że członkowie ich rodzin popierali hitleryzm, a trzydzieści procent, że byli w opozycji.

Nie chcą być więcej bici „pałką moralną”, berliński pomnik Holokaustu nazywają „symbolem wstydu” -którym rzeczywiście jest – ale gorzej, gdy jeden z przywódców trzeciej co do wielkości partii politycznej głosi, że „Hitler i naziści byli tylko ptasim gówienkiem w ponad tysiącletniej historii niemieckich sukcesów”. Chcą, żeby przestano wreszcie mówić o Holokauście,  uważają, że przypominanie hitlerowskiej przeszłości przeszkadza w rozwoju „zdrowej świadomości narodowej”. Co więcej, według sondaży czterdzieści obwinia za ten stan rzeczy – Żydów. „Za dużo mówią o tym, co ich spotkało” – twierdzą respondenci, zresztą nie tylko w Niemczech, dowodząc, że tak trzeba i że jednak jest jakaś kara.

Sposobem na zbiorową winę wobec Żydów jest od wieków zrzucanie jej na nich (bogobójstwo, dzieciobójstwo, epidemie, pandemie). Oczywiste spiski przeciwko Żydom usprawiedliwia się ich rzekomym spiskiem przeciwko światu. Dziś prawica zrzuca na Żydów odpowiedzialność za komunizm, a lewica oskarża nas o nacjonalizm a nawet rasizm, nas – klasyczne ofiary rasizmu i to nie tylko hitlerowskiego. Dlatego Izrael – jedna z nielicznych prawdziwych demokracji na świecie i jedyna na Bliskim Wschodzie – jest bezwstydnie oskarżany o zbrodnie wojenne, apartheid a nawet zbrodnie przeciwko ludzkości. „Izrael stanowi groźbę dla świata” twierdziło blisko dwie trzecie (65 procent) Niemców w sondażu z 2003 roku. Zatem noblista Günter Grass był wyrazicielem autentycznej opinii, gdy powiedział to samo w swoim obłudnym wierszu z 2012 roku „Was gesagt werden muss”. W latach 2019 i 2020 prawie czterdzieści procent Niemców doszło do wniosku, że „to, co Izrael robi z Palestyńczykami, niczym się właściwie nie różni od tego, co robili naziści z Żydami w Trzeciej Rzeszy” – cytuję za profesorem Jikelim i mam nadzieję, że zostanie to zapisane jako rekord bezczelności w księdze Guinessa. Co więcej, jedna czwarta niemieckiej opinii w tym stanie rzeczy nareszcie ”rozumie dlaczego można mieć coś przeciwko Żydom” – czyli być antysemitą. I nadal (życzeniowo) wierzyć, że Żydzi są – cytuję – „okrutni”.

Tłumione poczucie winy  powoduje, że przewlekłe resentymenty ujawniają się w nowych formach – konkluduje badacz. Takich jak relatywizm, nowe teorie spiskowe, oraz inwersja Holokaustu czyli obwiniane Żydów o takie same zbrodnie, jakie popełnili hitlerowcy. Antysemityzm lewicy jest – jego zdaniem – mniej gwałtowny (less violent) od prawicowego, lecz bardziej wpływowy w mainstreamie i przypomina stalinowski ansyjonizm z lat pięćdziesiątych, Mnie zaś do złudzenia przypomina gwałtowny antysyjonizm post-stalinowski, króry wybuchł – zwłaszcza w Polsce – po zwycięstwie Izraela w wojnie czerwcowej 1967 roku. Biorąc po uwagę wyżej wskazane podłoże psychologiczne, nie jest przypadkiem, że „antysyjonizm nabrał popularności wśród niemieckich inteklualistów tamtych lat, często z silnym wydźwiękiem antysemickim, a następnie w niemieckich mediach i społeczeństwie” – twierdzi profesor Jikeli. W Polsce też w mediach i szrokich kręgach społeczeństwa, lecz prawdziwa inteligencja nie uległa trendowi i obłędowi, lecz przeciwnie, stawiła mu opór. Bo w Polsce – w przeciwieństwie do Niemiec – istniała autentyczna opozycja przeciw faszyzmowi i komunizmowi. „Około połowy mieszkańców Niemiec ma dziś negatywną opinię o Izraelu” – stwierdza badacz, dodając, że „dzisiejszy antysyjonizm implikuje likwidację żydowskiego państwa i fizyczne zniszczenie jego obywateli” bez wyjaśnienia, czy włącznie z dwudziesto-procentą mniejszością muzułmańską (lecz można założyć, że tak, skoro arabscy ekstremiści chętnie giną w samobójczych zamachach na Żydów).

polecił: Leon Rozenbaum
Tu autor wskazuje „inny znaczący nurt antysemicki w Niemczech, który nie ma stłumionego poczucia winy za Holokaust”. Chodzi o ludność muzułmańską, wśród której z różnych powodów „poglądy antysemickie są niekwestionowaną normą”, choć przeważnie brzmią jak echo antysemityzmu europejskiego. Na prykład, 66 procent mieszkańców Bliskiego Wschodu i północnej Afryki uważa, że „Żydzi są odpowiedzialni za większość wojen na świecie”. Co jest jeszcze jedną chucpą godną księgi Guinessa, jeśli obliczyć wojny nieustannie prowokowane i prowadzone przez muzułmanów. Jak klasyczni europejscy antysemici, aż 78 procent uważa, że Żydzi mają za duże wpływy w świecie biznesu. Egipskie Bractwo Muzułmańskie oraz radykalne organizacje z Turcji i Syrii sieją w Niemczech antysemicką i antyzachodnią propagandę w meczetach, muzułmańskich szkołach, księgarniach i wszelkich placówkach kulturalnych. Ponad czterdzieści procent niemieckich Żydów twierdzi, że najgoszych napaści doświadczyli z rąk Muzułmanów; dwadzieścia procent, że ze strony prawicy, a szesnaście procent ze strony lewicy. Żeby nie uchodzić za „rasistów”, Niemcy – w tym także uczeni – wolą przemilczać to, że sprawcami najczęstszych i najgorszych incydentów antysemickich są muzułmanie – twierdzi profesor Jikeli. Bowiem – to już mój wniosek – nawet w Niemczech lepiej być antysemitą niż uchodzić za islamofoba.

Niemiecki Dzień Pamięci o Ofiarach Narodowego Socjalizmu jest rodzajem uniku, bo nie wszystkie ofiary nazizmu były ofiarami Holokaustu i nie wszyscy mordercy Żydów byli nazistami. Rocznica „wyzwolenia Auschwitz” też jest nieścisłością, bo Auschwitz nikt nie wyzwolił. Gdy sowieckie wojsko po półrocznym staniu z bronią u nogi wreszcie tam weszło, nie było już kogo wyzwala, bo: żywych Niemcy zabrali ze sobą, a nielicznych półżywych sami od siebie uwolnili. Żydów wśród tych, co przeżyli, było niewielu. Mordercy Żydów byli bezsprzecznie antysemitami, lecz do dziś nie ma w Niemczech, ani w żadnym innym miejscu na świecie, Dnia Pamięci Ofiar Antysemityzmu. Wnikliwa analiza profesora Jikelego jest potwierdzeniem tego, co ktoś już dawno powiedział: że oni nigdy nam nie wybaczą Holokaustu.

Henryk Grynberg

21t april 2021


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Sarah Halimi’s Law

Sarah Halimi’s Law

BERNARD-HENRI LÉVY Translated from the French by Steven B. Kennedy.


A man who savagely beat and murdered an old Jewish woman while screaming ‘Allahu akbar’ is set free because he was high. Another man in France recently received a prison sentence for killing a dog.

FRED VIELCANET/GAMMA-RAPHO VIA GETTY IMAGES / March for Sarah Halimi in Paris, Jan. 5, 2019

Everything about this case is heartbreaking.

The fate of a retired kindergarten teacher, beaten and then thrown from a window.

The evasiveness about whether a murder committed to cries of “I’ve killed the devil!” was or was not an anti-Semitic act.

The silence of the feminist groups that typically do such remarkable work in support of battered women and victims of domestic abuse, but who had nothing to say about this case.

The December 2020 decision of the court of appeals, confirmed by the high court on April 17, that Kobili Traoré, the killer, whose criminal record contains 20-odd convictions, was, in this instance, overcome with a delirious episode and thus could not be held criminally responsible.

Not to mention the good souls who, clearly perceiving that the courts have spoken but justice not done, keep repeating that they “understand the feelings of the Jewish community,” as if it were the latter alone, and not the French nation as a whole, that had reason to feel cheated by a trial that was whisked away, making it impossible to reach closure.

In the face of this legal and moral defeat, I offer three observations.

First, since judges are ordinary mortals, subject to prejudice, errors of judgment, and even emotion, it is not inappropriate, contrary to ubiquitous assertions to the contrary, to “comment on a court decision.”

Indeed, the derailment inflicted by the high court is revolting.

Indeed, we live in a country, France, where a man who throws his dog from his fourth floor is sentenced to a year in prison, whereas if he murders an old Jewish woman, he may face no consequences whatsoever.

Indeed, it is worrisome to know that the murderer, who had no history of psychiatric problems, who suffered and suffers from no pathology, and who, since his hospitalization, has received no medication, will soon regain his freedom.

And, no, it is not inappropriate to worry about the state of a legal system that is too often the prisoner of the culture of excuses: In Sarcelles, we witnessed the inability to call by its proper name the act of an individual armed with a knife who attacked three people leaving a synagogue wearing yarmulkes.

Second, it is true that the high court is charged with judging not the substance but the legal form of the cases that come before it.

But this does not mean that the court is made up of robots.

It is not true, as has been repeated endlessly in an act of bewildering masochism, that its role must be limited to verifying the conformity of a legal decision with the present state of the law.

The high court could have perfectly done here what it does all year round and gone beyond a narrow interpretation of the statutes. It had the right to comment on the silence of a statute that fails to distinguish between a “delirious episode” and “insanity.” In other words, it could have raised the question of the vagueness of the law and, keen to avoid confusing legal irresponsibility with moral impunity, decided as follows:

“We certainly do not pass judgment on mental patients, for it is understood that someone whose judgment is impaired by insanity is not legally responsible, but what of someone who is not insane? What of a jihadist who takes Captagon, an amphetamine to summon up the courage to carry out a terrorist act? What of a subject who, by ingesting a substance known to lower inhibitions, himself contributes to his neuropsychological disturbance?”

In so doing, the high court would have sent the accused back to a new examining magistrate who probably would have recommended a new trial.

And in so doing, I repeat, it would have done what it does all the time, something known as “jurisprudence.” It does it when it intervenes, through its opinions, in labor law; it does it when it recommends the amendment of the terms of self-employment of Uber drivers; it is a creative source of law when it looks into major financial infractions such as money laundering. Why should it fail to take the initiative in the face of the clear risk of legal confusion—and, thus, of injustice—present in this case?

Third, when a statute is flawed or unsuitable, or when it no longer leads to wise decisions, it is the mark of a democracy’s greatness to take on the task of reworking it.

And that is why, confronted with the increase in anti-Semitic acts that everyone agrees are often nothing more, by definition, than “deliriums,” the fruit of “delirious episodes” and “impaired judgment,” it is the place of the legislature to begin debate toward giving the judiciary—and the sovereign people—what they need so they no longer have to pass the buck to psychiatrists.

That is what President Macron has proposed.

That is what the government spokesman, Gabriel Attal, is suggesting when he declares that drug consumption should not be a license to kill.

And that is what certain representatives and senators have in mind in proposing a clarification of Article 122­1 of the criminal code to draw distinctions among the various causes of impaired judgment that lead to a crime.

To achieve this, do we need the statutory amendment sought by France’s attorney general to “restore confidence in the legal system”?

Or do the seriousness of the stakes, the pressing need to respond to the acts of anti-Semitic and racist killers, even those intoxicated by drugs, or identitarian cult leaders, or Salafist imams, call for specific new legislation?

I am inclined toward the second solution.

And, even if the new legislation will not make it possible to render retrospective justice to the victim of this latest hate crime, I suggest calling it Sarah Halimi’s Law.


Bernard-Henri Lévy is a philosopher, activist, filmmaker and author of more than 30 books including The Genius of Judaism, American Vertigo, Barbarism with a Human Face, Who Killed Daniel Pearl?, and The Empire and the Five Kings. His latest book is The Virus in the Age of Madness.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Upamiętnienie Archiwum Ringelbluma

Upamiętnienie Archiwum Ringelbluma

Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce


19 kwietnia, w 78 rocznicę powstania w getcie warszawskim, oddajemy warszawiakom Upamiętnienie Archiwum Ringelbluma przy ul. Nowolipki 28, składając tym samym hołd bohaterom grupy Oneg Szabat, twórcom Podziemnego Archiwum Getta Warszawy, jednego z największych świadectw cywilnego i intelektualnego oporu podczas II wojny światowej.

Pierwszą część Archiwum odnaleziono w ruinach budynku przy Nowolipki w 1946 r., drugą w 1950 r. Od tego czasu Archiwum, zawierające ponad 35,000 stron dokumentów, znajduje się pod opieką Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce w depozycie Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma. W 1999 r. Archiwum zostało wpisane przez UNESCO na Listę “Pamięć Świata” jako zabytek światowego dziedzictwa.

Upamiętnienie Archiwum Ringelbluma, autorstwa Łukasza Mieszkowskiego i Marcina Urbanka, pojawia się na mapie Warszawy dzięki partnerstwu Stacji Muranów, Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce, Społecznego Komitetu Upamiętnienia Archiwum Ringelbluma, ponad 40 darczyńców z Polski i świata oraz wielu innych ludzi, którzy dołożyli wszelkich starań, aby godnie upamiętnić bohaterów grupy Oneg Szabat.

Stowarzyszenie Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych „Stacja Muranów” razem z Komitetem Upamiętnienia Archiwum Ringelbluma przeprowadziły działania administracyjne w Urzędzie Dzielnicy Wola, umożliwiające realizację Upamiętnienia. Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce odpowiadało za zebranie środków na budowę Upamiętnienia oraz za cały proces realizacji.

Zapraszamy na Nowolipki 28!

———————–

Inicjatorzy Upamiętnienia:
Społeczny Komitet Upamiętnienia Archiwum Ringelbluma

Partnerzy:
Stowarzyszenie Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych “Stacja Muranów”, Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce

Projekt Upamiętnienia:
Marcin Urbanek, Łukasz Mieszkowski

Darczyńcy-Mecenasi:
Oscar Kazanelson, Neocity Polska, Zygmunt Rolat, Ronson Development, Piotr Wiślicki

Darczyńcy-Współtwórcy:
Bracia Alster, Sigrid i Borno Janekovic, Mark Katzenelson, Keemple Polska Sp. z. o. o., Marek i Agnieszka Nowakowscy, Rick Parasol, Andrzej Rojek, Juliusz Windorbski, White Stone Development, Krzysztof Zorde

Dziękujemy także pozostałym darczyńcom z Polski i zagranicy, którzy wsparli projekt

Patronat:
Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma, Urząd Dzielnicy Wola M. St. Warszawy

Realizacja Projektu:
Społeczny Komitet Upamiętnienia Archiwum Ringelbluma: Aleksandra Engler-Malinowska, Tomasz Kapliński, Jacek Leociak, Łukasz Mieszkowski, Łukasz Prokop, Marcin Urbanek

oraz osoby wspierające prace Społecznego Komitetu Upamiętnienia Archiwum Ringelbluma:
Eleonora Bergman, Katarzyna Górska, Paulina Kieszkowska-Knapik, Alicja Mroczkowska, Aleksandra Sajdak, Paulina Sobieszuk

Fundraising:
Agnieszka Dulęba, Bartosz Dymarek, Aleksandra Maj, Anna Miszewska, Anna Szcześniak

Koordynacja:
Beata Chomątowska, Michał Majewski

Administracja:
Anna Moniewska

Opieka prawna:
mec. Magdalena Małocha z “DMS Kancelaria prawnicza”, Kancelaria prawna TK Legal

Tłumaczenia i redakcja:
Nili Amit, Havi Dreifuss, Dominika Gajewska, Aleksandra Król, Alan Lockwood, Dominik Wódz

Inspektor nadzoru:
Konrad Gawrysiak

Kierownik budowy:
Łukasz Matulaniec

Generalny wykonawca:
Gemard Sp. z o.o.

Projektant konstrukcji:
Piotr Szczepański

Prace szklarskie:
Archa Inženiring d.o.o., Studiostopa

Projekt graficzny tablic:
to/studio

Prace kamieniarskie:
Imag Sp. z o. o.

Wykonanie kopii dokumentu:
Musea Łukasz Smutek

Nadzór archeologiczny:
Ryszard Cędrowski

Produkcja materiału filmowego:
Jakub Gryżewski, Ivo Krankowski, Dominik Śmiałowski

Specjalne podziękowania za wsparcie dla:
American Friends of POLIN Museum, Beit Lohamei HaGeta’ot, Alex Carnegie, Sam Kassow, Rafał Kowalczyk, Michał Krasucki, Katarzyna Madoń-Mitzner, Mateusz Matejewski, Avraham Novershtern, Anna Osińska-Cocker, Grażyna Orzechowska-Mikulska, Agnieszka Reszka, Adam Siwek, Krzysztof Strzałkowski, Grzegorz Tomczewski, Marian Turski, Tomasz Urzykowski, Marcin Wojdat, Małgorzata Wosińska, Michał Zadrzyński, Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami Dzielnicy Wola, Ludwik Żmijewski

oraz Mieszkańcy Muranowa.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kanał na aryjską stronę, czyli zwycięstwo Kazika Ratajzera

Szymon Ratajzer/Symcha Rotem z lewej (ARCHIWUM PRYWATNE)


Kanał na aryjską stronę, czyli zwycięstwo Kazika Ratajzera

Paweł Smoleński


Kazik Ratajzer, wówczas 17-letni żołnierz Żydowskiej Organizacji Bojowej, wyprowadził z getta około 40 towarzyszy broni z ŻOB. Marek Edelman powie potem, że przez te kilka majowych dni 1943 r. Kazik Ratajzer zrobił więcej, niż znakomita większość ludzi dokona przez całe życie.

.

Marek Edelman poprosił: „Kazik, pójdziesz?”. Był dowódcą, ale wtedy nie wydawało się rozkazów, nawet 17-letnim łepkom. Pytanie padło pod wieczór 30 kwietnia 1943 r., jedenastego dnia powstania w getcie.

Po aryjskiej stronie miał czekać Antek Cukierman, jeden z przywódców ŻOB – wygląd polskiego szlachcica, dlatego po stronie aryjskiej, akcent i słownictwo jak ze sztetla – z planem ewakuacji.

Kazik Ratajzer razem z Zygmuntem Frydrychem znajdują tunel pod Bonifraterską. Może przed powstaniem służył do szmuglowania żywności, a może wykopali go żołnierze Żydowskiego Związku Wojskowego. Nie wiedzą, dokąd prowadzi. Nie wiedzą, co zastaną za murem getta i co zorganizował Cukierman. W gruncie rzeczy nie wiedzą, gdzie mają iść i o co prosić. Bez dokumentów, bez jedzenia, głodni, wymordowani.

O świcie spotkają dozorcę na polskim podwórku. Kazik powie, że są szmuglerami, że powstanie zaskoczyło ich po żydowskiej stronie. Dozorca pokaże im kąt podwórka, gdzie leżą ciała zabitych Żydów. Trudno o gorszą wróżbę.

Nocą z 30 kwietnia na 1 maja Kazik Ratajzer przekroczył granicę getta, by znaleźć sposób ucieczki dla ostatnich walczących powstańców. Nie miało prawa się udać.

Zawadiaka z Czerniakowa

To było jedyne zwycięstwo w powstaniu w getcie warszawskim. Przynajmniej tak mówił Marek Edelman, jeden z komendantów ŻOB, w getcie do ostatnich chwil walk. To bardzo surowa ocena, gdyż jak się zdaje, samo powstanie było już zwycięstwem.

Jeśli jednak zgodzimy się z opinią Edelmana, wiedzmy, że autorem triumfu był Kazik Ratajzer (w Izraelu nazywał się Simcha Rotem i mieszkał w Jerozolimie), chłopak z warszawskiego Czerniakowa (chciałoby się powiedzieć, że wówczas raczej chłopaczek, ale czy wolno mówić tak o bohaterze?).

Naprawdę ma na imię Szymon. Kazik to pseudonim z konspiracji. Przed wojną ulicznik i łobuziak, mimo że z dobrej, bogobojnej rodziny. Ojciec był chasydem, matka – jasnowłosa, niebieskooka, władająca polszczyzną wolną od żydowskiej składni i akcentu. Mieli sklep chemiczny z mydłem i spirytusem przemysłowym w kamienicy na Podchorążych.

Zawadiaka, warszawska gwara, nosi się jak małoletni apasz ze stołecznego przedmieścia. A nade wszystko ma tak zwany „dobry aryjski wygląd” – w okupacyjnej Warszawie dla Żyda największy kapitał. No i urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, bo w misji, której się podjął, szczęście było tak samo potrzebne jak tupet, brawura, odwaga.

Kazik Ratajzer podczas okupacji

Kazik Ratajzer, wówczas 17-letni żołnierz Żydowskiej Organizacji Bojowej, wyprowadził z getta około 40 towarzyszy broni z ŻOB. Nie zapamiętał nazwisk wszystkich. Był 10 maja 1943 r., właz do kanałów na ulicy Prostej, gdzie dzisiaj stoi pomnik, a wówczas, nieco ponad sto metrów dalej, był niemiecki posterunek. Powstanie trwało już trzy tygodnie, od poranka 19 kwietnia. Niemcy zdążyli zmienić dzielnicę żydowską w morze gruzów, płomieni i cmentarz kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy uchronili się przed wcześniejszymi wywózkami do komór Treblinki.

Bić się i uciec

Marek Edelman nazwał też powstanie w getcie warszawskim najbardziej polskim ze wszystkich polskich powstań. Gdyby powstańcy nie czytali Mickiewicza i Słowackiego, pewnie by tego nie zrobili. Bo – mówił Edelman – polscy Żydzi odegrali wielką rolę w walkach wolnościowych o Polskę. To było pierwsze polskie powstanie podczas II wojny.

Bez szans na cokolwiek, nie mówiąc o zwycięstwie. Bez broni – bojownicy ŻOB mieli kilkadziesiąt pistoletów i granatów dostarczonych przez polskie podziemie, trochę własnej broni, butelki z benzyną, karabin maszynowy kupiony na czarnym rynku, a do niego 25 naboi. Garść młodych ludzi, a między nimi nikogo, kto mógłby wykazać się jakimkolwiek poważnym wojskowym przygotowaniem, postanowiła walczyć. Po prostu.

Mówiono potem, że walczyli o honor. Jaki honor? Co uwłacza zagazowanej ofierze Treblinki, że musi ten honor odzyskać?

O godność? Godności pozbawili się ci, którzy organizowali Zagładę, uczestniczyli i pomagali w niej.

Ci młodzi ludzie chcieli zabijać Niemców. Czasami im się udawało. No i – jak mówi Kazik – nie chcieli dusić się w komorach gazowych. Każdy inny los był po prostu lepszy. Nie wiem, jak Kazik Ratajzer mógł to zmierzyć, ale wiem, że mógł.

Walczyli więc, bo walczyli. Wystarczy. Wiele lat po wojnie Kazik spierał się z Edelmanem, czy komendanci ŻOB – Mordechaj Anielewicz, którego Kazik poznał jeszcze przed wojną, i właśnie Edelman – wyznaczyli powstaniu jakiś inny cel poza walką. Edelman mówił, że była to nadzieja, gdyż bez nadziei nie można się bić. Kazik nie zgadzał się, bo jego zdaniem nie pokazano bojowcom dróg odwrotu.

Przecież na zdrowy rozum nie było wówczas ani nadziei, ani szlaków ucieczki na aryjską stronę. Kazik – może dlatego, że młodziak – miał w głowie jedno i drugie.

W getcie i po aryjskiej stronie

Wrzesień 1939 r. Ratajzer (używał jeszcze nadanego przy urodzeniu imienia Szymek) spędził na oszczędzanym przez bombardowania Czerniakowie. Do czasu. Tuż po święcie Jom Kipur, gdy obowiązują post i pokuta za grzechy, na dom Kazika spadają dwie półtonowe bomby. Giną dziadkowie, wujek, kuzynka i młodszy brat Izrael. Kazik sam wygrzebuje się spod gruzów, cały w pyle, zapłakany i ubabrany krwią – nie pozna go najbliższa rodzina. Kiedy wreszcie trafi do szpitala, będzie zbyt późno, by wyciągnąć mu wszystkie odłamki. Ma 14 lat.

Do getta zagnają go dopiero w 1942 r. z gospodarstwa rolnego na Czerniakowie. Zamieszkają oni w piwnicznej klitce przy Miłej (albo Świętojerskiej, kto to zapamięta?); nędzne to, ale inni mają gorzej.

Zresztą to bodaj najgorszy rok wojny. Hitler oblega Stalingrad, jego wojska zdobywają wielkie połacie Afryki Północnej i wtargnęły do Egiptu. Paryż jest roztańczoną metropolią, gdzie niemieccy żołnierze mogą się świetnie zabawić. Tysiące mieszkańców getta wysłano już do Treblinki.

Kazik często wychodzi na aryjską stronę. Boi się, ale z głodu można poważyć się na każde ryzyko.

Bo choć obrazy z getta plączą się w jego wspomnieniach – pamięta głód ponad ludzką wyobraźnię, spuchnięte trupy leżące na ulicach, ludzi oszalałych, bo nie jedli od wielu dni, do tego terror, codzienne strzelaniny. No i niewiarygodny smród.

Jedzenie trzeba wyżebrać lub wymienić na coś, co zostało sprzed wojny, np. koszulę. Trzeba uważać przy przechodzeniu za mur, a po aryjskiej stronie – mieć oczy wokół głowy, wypatrywać szmalcowników wystających w miejscach, gdzie można spodziewać się Żydów.

Kazika ratuje blond czupryna i warszawska gwara, a czasem zwyczajna przyzwoitość. Już działał w konspiracji, gdy zagadał do pewnego granatowego policjanta; nie ma pojęcia, dlaczego uznał, że od niego uzyska pomoc.

Koledzy mówili potem: – Zwariowałeś, wygubisz wszystkich.

Ale Ratajzer się nie pomylił. Miał szczęście, choć wokół trwało piekło. Przydało mu się, gdy wybuchło powstanie. Później zresztą też.

Łatwo łapie kontakt z żydowską konspiracją – jeszcze przed wojną poznał młodych, bardzo lewicujących syjonistów marzących o państwie w Palestynie. Był między nimi Mordka Anielewicz, starszy o kilka lat, ale wówczas wydawał się dorosłym mężczyzną. Do syjonistów rychło dołączyli socjaliści z Bundu. Tylko narodowa prawica trzymała się na uboczu, wolała stworzyć własną organizację, Żydowski Związek Wojskowy. Wszyscy zginęli, ostatni poza murami getta wydani przez szmalcowników.

Mordechaj Anielewicz Fot. Yadwashem.org

– Stał się cud możliwy raz na tysiąc lat – opowiadał po latach. – Ludzie różni od siebie jak dzień i noc stanęli w jednym szeregu. Może dlatego, że wszyscy byli bardzo młodzi. A może było im wszystko jedno, z kim trzymają, bo wiedzieli, przeciwko komu walczyć. Zresztą jakie to ma znaczenie?

Przed nami życie do rana

18 stycznia 1943 r. ŻOB po raz pierwszy strzela do zaskoczonych Niemców. Konspiratorzy potrzebują pieniędzy na broń, więc rabują bogatych mieszkańców getta. Przydaje się słowiański wygląd Kazika udającego członka polskiego podziemia współpracującego z ŻOB, bo wiadomo, że wielu Polaków z Żydami nie żartuje. Bojowcy organizują zamachy na konfidentów i szefa żydowskiej policji Józefa Szeryńskiego. Uwalniają więźniów aresztowanych przez żydowskich policjantów.

Kazik jest w oddziale Henocha Gutmana. Mieszkają razem, razem śpią i jedzą, jeśli jest co. Poznaje tam Deborę, śliczną dziewczynę z Wołynia. Debora zginie, być może w bunkrze ŻOB na Franciszkańskiej. Gdy pod koniec powstania Niemcy otoczą bunkier, będzie pocieszać przyjaciół: – Przed nami jeszcze cała noc. Przed nami życie do rana…

Ratajzer namawia rodziców, by wyszli z getta. Nie chcą, lecz w końcu ulegną. Kazik odwozi ich do podwarszawskich Siekierek, podówczas wsi. Sam wraca do getta.

Rodzice przeżyją wojnę, podobnie jak siostra, Raja. Starsza Dora (ma 12 lat) tuż przed powstaniem przychodzi do getta, żeby zobaczyć starszego brata. Nie wiadomo, co się z nią stało.

Bitwa, która jest ucieczką

Po południu 19 kwietnia Kazik trzyma wartę. Daleko, na ulicy Nalewki, widzi Niemców stojących w kolumnach między samochodami pancernymi. Ma pistolet Vis i granat. Cichnie strzelanina w centralnym getcie. Niemiecki samochód z megafonem jadący Wałową ogłasza, że nie będzie wywózki. Kurierzy z centralnego getta przynoszą informacje, że te strzały to początek powstania.

Żydowscy rabini – brzmiał niemiecki podpis pod tym zdjęciem zamieszczonym w raporcie Stroopa Fot. AP

Następnego dnia o świtaniu kolumna SS wjeżdża do getta przez bramę przy Wałowej. Powstańcy odpalają minę. Niemcy uciekają. Nie ma ich w getcie.

Gdy wracają, mają już nową taktykę – burzą kamienicę po kamienicy, by pod gruzami zginęło jak najwięcej Żydów, a ruiny wypalają miotaczami ognia. Ogień trawi wszystko, nie ma czym oddychać, tylko czasami swąd spalenizny przebija się przez zapach palonych ludzkich ciał. Jest tak gorąco, że kałuże zamieniają się w parujące plamy. Powstańcy owijają głowy mokrymi ścierkami, noszą zmoczone ubrania. Są głodni, umordowani, nie mają co pić. Ulicami ciekły asfalt płynie niczym woda w wiosennych strumykach. Walczą.

Raz wpadli przez strawiony ogniem strop do głębokiej piwnicy. Jakby wskoczyli w hałdy ciepłego białego śniegu. To był popiół z ludzkich ciał, gdzieniegdzie walały się niedopalone szczątki. W kącie stała beczka sztucznego miodu. Jedli, rzygali, jedli. Znów mieli trochę sił.

To powstanie nie wyglądało jak bitwa. Raczej jak ciągła ucieczka z jednej piwnicy do drugiej, żeby doczekać następnej godziny.

A po drodze zaczaić się, wypatrzyć Niemców, zanim oni wypatrzą, strzelić z nadzieją, że się zabije.

Niemowlę leżące na stercie trupów. Płacze, ale przecież nie można go zabrać. Droga wolna, aż do następnej kamienicy. Jutro może też będzie dzień.

Nikt nie może pomóc?

Gdy rankiem 1 maja Kazik i Zygmunt wyjdą z podwórka kamienicy przy Bonifraterskiej, wnet natkną się na grupę szmalcowników, których nie zwodzi dobry wygląd Kazika. Ale akurat przejeżdża ciężarówka, więc czepiają się paki i znów się udaje. Docierają na Wolę; w konspiracyjnym mieszkaniu sióstr Wąchalskich (działaczek Polskiej Partii Socjalistycznej i podziemia) na ul. Krzyżanowskiego czekają na Cukiermana.

Opowieści z getta i z powstania są tak przerażające, że łączniczka Cukiermana następnego dnia popełni samobójstwo. Okazuje się, że po aryjskiej stronie nic nie jest przygotowane do ewentualnej ucieczki, bo po prostu przygotowane być nie mogło – po przypadkowej wpadce Armia Krajowa zrywa kontakty z ŻOB ze względów bezpieczeństwa.

Antek chce wracać do getta. Kazik tłumaczy, że to samobójstwo, a jego wysłano po życie. Kłócą się, Cukierman wpada w depresję. Ratajzer miota się po warszawskich ulicach, szuka pomocy, ale przecież nikt pomóc nie może.

Cywia Lubetkin (1914-78) i jej mąż “Antek” Cukierman (1915-81) pochodzili z Kresów – ona przyszła na świat w Byteniu, który w II RP znajdował się w województwie nowogródzkim, on – w Wilnie. Oboje byli działaczami syjonistycznymi. Na początku wojny znowu znaleźli się na wschodzie Polski i spod okupacji radzieckiej przedostali się do Warszawy, gdzie w getcie współtworzyli konspirację. Lubetkin walczyła w powstaniu i 10 maja 1943 r. wraz z Markiem Edelmanem i innymi bojowcami wyszła kanałami na stronę aryjską wyprowadzona przez “Kazika” Ratajzera. Cukierman, jako delegat ŻOB, podczas powstania znajdował się po stronie aryjskiej. Nieco ponad rok później oboje walczyli w powstaniu warszawskim w szeregach AL. Po pogromie kieleckim wyjechali do Palestyny. Fot. Sergiusz Pczek / AG

ŻOB ma kontakty z komunistami. Kazik przypadkiem spotyka na Zielnej Franciszka Jóźwiaka ps. „Witold” z Gwardii Ludowej. Jóźwiak kontaktuje go z „Krzaczkiem” – Władysławem Gaikiem (zginie później zastrzelony przez swoich, najpewniej za domniemaną zdradę). „Krzaczek” załatwia kontakt z „królem szmalcowników” mieszkającym przy Prostej, tuż obok muru getta i wejścia do kanału. „Król” daje się zbajerować legendą o akcji AK; po żydowskiej stronie został polski oddział i teraz trzeba go wydostać. Załatwia dwóch kanalarzy – przewodników. Wchodzą pod ziemię nocą z 8 na 9 maja.

Kazik ma ze sobą butelkę wódki i pistolet. Poi kanalarzy, a kiedy to nie wystarcza – straszy bronią. Gdy w ciemnościach wychodzi z kanału, widzi tylko łuny pożarów i światła niemieckich reflektorów przeczesujących teren.

Kanałami na Prostą

W bunkrze przy Franciszkańskiej nie ma nikogo. Gdzieś w pobliżu natyka się na jakichś ludzi. Nie mają sił, by iść. Mówią tylko, że była bitwa i powstańcy polegli. Kazik słyszy samotny głos, a może to tylko omamy. Nie – znajduje kobietę z połamanymi nogami. Nie może jej pomóc.

Błądzi po getcie kilka długich godzin. Jest sam między ruinami i zgliszczami. Szukał, ale nikogo nie znalazł. Zdaje mu się, że jest ostatnim warszawskim Żydem, może ostatnim Żydem na świecie. Wrócił do getta, żeby zginąć między trupami towarzyszy walki. Coś w środku podpowiada mu, żeby przysiadł, odpoczął, może się zdrzemnął. Ale inny głos nakazuje wracać do kanału.

Znów schodzi pod ziemię, słyszy jakieś szepty. Może to Niemcy, może szum wpuszczonych gazów. Sięga po pistolet. Zza rogu kanału wychodzi na niego grupka Marka Edelmana, kilkadziesiąt ludzkich cieni.

Kazik pyta, czy jest między nimi Debora. Nie ma. Z bunkra na Franciszkańskiej nikt nie przeżył. W bunkrze na Miłej, gdzie był Mordechaj Anielewicz, powstańcy popełnili samobójstwo. Ocalała garść bojowców ze Świętojerskiej.

Znów idą kanałami. Stają pod włazem przy Prostej. To bardzo niski kanał, nie można wyprostować się, nie ma powietrza. Ratajzer nakazuje, by wszyscy trzymali się jak najbliżej włazu. Ponad nimi tętni życie warszawskiej ulicy.

W biały dzień, między przechodniami, Kazik wychodzi na zewnątrz. Dociera do „króla szmalcowników”, myje się, zakłada czyste ubranie, wybiega na miasto organizować transport. Po południu znów jest nad włazem. Wpuszcza przez szparę kartkę, że na razie wszystko się jakoś układa. Dostaje odpowiedź: bojowcy są tak zmordowani, że już chcą wyjść. Wieczorem „Krzaczek” spuści im na dół garnek kartoflanki.

Powstanie w getcie warszawskim Instytut Pamięci Narodowej

10 maja, tuż po godzinie policyjnej, Kazik jest na Prostej. Czeka godzinę, dwie, aż wreszcie zjawia się umówiona ciężarówka, tylko jedna (miały być dwie), niewielka (miały być duże). Kierowca boi się, prowadzi pod pistoletem. Dookoła przechodnie.

Ratajzer stuka we właz. Pokrywa uchyla się i na oczach ciekawskich z kanału wychodzą bojowcy. Wyglądają jak zjawy, utytłani nieczystościami, śmierdzą, słaniają się na nogach. Wchodzą na pakę ciężarówki, kładą jeden na drugiego. Jest między nimi Edelman. Milczy, bo to Kazik dowodzi akcją. Po latach Ratajzer powie, że milczenie dowódcy było największym wsparciem, jakie wówczas mógł dostać.

Tłum nad włazem gęstnieje, gada, komentuje.

Zjawia się granatowy policjant, przygląda się chwilę, a potem odchodzi w stronę niemieckiego posterunku. Podchodzi do niego Kazik: „To akcja polskiego podziemia. Lepiej dla pana będzie, by nic pan nie widział”.

Mija pół godziny, już żadna głowa nie wychyla się z kanału. Kazik każe odjeżdżać, a wtedy Cywia Lubetkin krzyczy, że na dole zostali jeszcze ludzie: wysłała ich, by zebrali bojowców, którzy nie mogli wytrzymać ścisku pod włazem.

Ale nikt nie wychodzi. Ciężarówka rusza. Niebawem dojadą do zagajnika w podwarszawskich Łomiankach.**********************************************

Marek Edelman w Monte Carlo, 1946 rokMarek Edelman w Monte Carlo, 1946 rok Fot. ARCH. MAREKA EDELMANA

Czy zrobiłem wszystko?

Tam znów wybucha awantura między Cywią a Kazikiem. Ratajzer widzi, że w grupie ocalonych brakuje kilku bojowców, między innymi Szlamka, najbliższego przyjaciela Kazika. Wrzeszczą na siebie, wymachują pistoletami. Cywia mówi, że w kanałach zostawili ludzi, a ona – komendantka – obiecała, że nikogo nie zostawią. Kazik wie, że gdyby nie odjechali, najpewniej wszyscy już dawno by nie żyli.

Ale zastanawiał się całe lata, czy naprawdę zrobił wszystko, co mógł. Może powinien poczekać na drugą ciężarówkę (choć nie wie, czy przyjechała)? Może zostać przy włazie jeszcze kilka minut?

Po kilku godzinach Kazik Ratajzer wraca do Warszawy. Przy placu Bankowym widzi zbiegowisko. To daleko od Prostej, ale ma złe przeczucia. Na chodniku leżą trupy dwóch znajomych. Ludzie gadają, że Żydzi wychodzili z kanałów i Niemcy ich wystrzelali. A później ktoś z tłumu gapiów wydał Niemcom tych, którzy pomagali Żydom.

Według Edelmana przez te kilka majowych dni 1943 r. 17-letni Kazik Ratajzer zrobił więcej i piękniej, niż znakomita większość ludzi dokona przez całe życie.


Korzystałem z tekstu „Pierwsze powstanie było w getcie”, Agnieszki i Alicji Maciejowskich, zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej” oraz książki „Bohater z cienia. Kazik Ratajzer” Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com