Archive | May 2021

Trąby i silniki czołgów: punkt zwrotny w Gazie?

Każda cywilna ofiara jest spowodowana niesprowokowaną agresją Hamasu wobec Izraela. Żadnych ofiar nie byłoby bez tego. Całą strategią Hamasu jest atakowanie izraelskich centrów populacyjnych rakietami, samobójczymi dronami i przez tunele w celu wywołania kontrataku IDF, który zabije cywilów w Gazie, a wszystko to, by oczerniać i izolować Izrael na całym świecie. Na zdjęciu: Pociski wystrzelone przez Hamas z gęsto zaludnionych dzielnic w Gazie lecą ku izraelskim miastom i miasteczkom 16 maja 2021 roku. (Zdjęcie: Mohammed Abed/AFP via Getty Images)


Trąby i silniki czołgów: punkt zwrotny w Gazie?

Richard Kemp
Tłumaczenie:
Małgorzata Koraszewska


Podczas operacji w Gazie w zeszłym tygodniu Izraelskie Siły Obronne zaatakowały kompleks tuneli Hamasu 12 szwadronami 160 samolotów bojowych, które uderzyły w niespełna godzinę w 150 celów setkami rozbijających bunkry pociskami JDAM [Joint Direct Attack Munitions]. Chociaż ocena wyrządzonych szkód nadal trwa, ten rajd zniszczył najważniejszy, być może, element infrastruktury Hamasu, likwidując olbrzymie zapasy broni i prawdopodobnie zabijając dziesiątki, jeśli nie setki wojowników. Był to potężny cios dla Hamasu i może okazać się punktem zwrotnym w konflikcie. Jest to także donośne przesłanie dla Iranu i Hezbollahu, mówiące im o konsekwencjach ataku na Izrael z ich arsenałem dziesiątków tysięcy pocisków w południowym Libanie.

Operacja IDF była starannie skoordynowanym połączeniem wywiadu, inwigilacji, znajomości taktyki wroga, podstępu, zaskoczenia i celnej, przeważającej siły. Z tego wszystkiego kluczowe były podstęp i zaskoczenie. Zaskoczenie jest zasadą wojny w amerykańskiej, brytyjskiej i wielu innych armiach, definiowaną w US Army Field Manual jako “uderzenie wroga w czasie i miejscu lub w sposób, na jaki nie jest przygotowany”. I dalej: “Podstęp może podnieść prawdopodobieństwo osiągnięcia zaskoczenia”. Przez całą historię wojen zaskoczenie osiągnięte przez podstęp prowadziło do zdumiewających zwycięstw militarnych – często wbrew oczekiwaniom.

Podstęp IDF-u przypominał słynny fortel biblijnego przywódcy Izraelitów, Gideona, przeciwko Medianitom. Kazał swoim ludziom dąć w trąby, zapalić pochodnie i wykrzykiwać hasła wojenne, symulując znacznie większą siłę i powodując, że armia wroga, o niezmiernie przeważającej sile, uciekła z pola bitwy.

W czwartek IDF zgromadziła czołgi, artylerię i bojowe pojazdy piechoty na granicy Gazy, z silnikami ryczącymi jak trąby Gideona. Tę koncentrację wojska obserwował Hamas i szeroko informowały o niej międzynarodowe media jako o przygotowaniu do natychmiastowej inwazji lądowej. Podobnie jak Medianici, setki wojowników Hamasu popędziło, by skryć się z sieci tuneli zwanych “metrem”. Te zbudowane przez Hamas po 2014 roku tunele dla pomieszczenia stanowisk dowodzenia, składowania broni i ułatwiania skrytego przemieszczania się ciągną się setkami kilometrów pod Strefą Gazy. Byli tam więc w środku wojownicy, kiedy jeden JDAM za drugim spadał z góry. W wyłaniające się do walki z inwazją, która nie nastąpiła, zespoły przeciwczołgowe i moździerzowe, które przetrwały to bombardowanie podziemi, także były wówczas uderzane z powietrza.

Ten majstersztyk taktycznej synchronizacji, z wszystkimi jego złożonymi elementami, symbolizuje precyzję ataków IDF podczas tej kampanii, Operacji Strażników Murów, która już zadała szkody Hamasowi nie do odrobienia przez lata. IDF wyciągnęła wiele nauk z poprzednich walk z Gazą i od 2014 roku energicznie zbierała dane wywiadowcze i pracowała nad stworzeniem planów bitew i technologicznych rozwiązań, by rozprawić się z Hamasem i jego towarzyszem, Palestyńskim Islamskim Dżihadem.

Hamas nie może równać się z IDF i można by go szybko i znacznie mniejszym kosztem pokonać zdecydowaną i miażdżącą siłą, gdyby nie jedna rzecz – Izraelczycy chcą minimalizować straty wśród cywilów. Hamas wie o tym. Wie, że nie może zwyciężyć IDF i nie ma nawet zamiaru próbować. Ich całą strategią jest atakowanie izraelskich centrów populacyjnych rakietami, samobójczymi dronami i przez tunele w celu wywołania kontrataku IDF, który zabije cywilów w Gazie, a wszystko to, by oczerniać i izolować Izrael na całym świecie i zdobyć międzynarodowe poparcie swojej sprawy. Z ludzką tarczą jako fundamentalnym elementem każdej operacji Hamas jest pierwszą “armią” w historii, która używa życia własnej, cywilnej populacji jako broni wojennej.

Ta strategia, niestety, odnosi sukcesy. Przez wiele lat konfliktu z Gazą większość mediów świata entuzjastycznie donosiła o śmierci palestyńskich cywilów, jak gdyby byli oni umyślnym celem bezlitosnego i morderczego sposobu prowadzenia wojny przez Izrael. Tę jawnie fałszywą propagandę podjęli zwolennicy Hamasu i “użyteczni idioci” na Zachodzie. W USA, Wielkiej Brytanii i w Europie w zeszłym tygodniu widzieliśmy setki antyizraelskich demonstracji, z wymachiwaniem palestyńskimi flagami, paleniem izraelskich flag, wylewaniem nienawiści do państwa żydowskiego i wrzaskami o IDF jako mordercach dzieci. Kalumnie Hamasu stanowią główną motywację nieznoszących Izraela ludzi na zachodnich uniwersytetach i w szkołach, którzy czerpią z tych fałszywych oskarżeń, jak z bogatej kopalni materiału, by indoktrynować pokolenia uczniów i studentów.

Grupy praw człowieka na całym świecie robią to samo. Były dziesiątki antyizraelskich rezolucji w ONZ, często w oparciu o narrację Hamasu, które wypaczają każdy aspekt konfliktu w Gazie. Nagrodą była tegoroczna decyzja Międzynarodowego Trybunału Karnego, by rozpocząć pełne dochodzenie w nadziei na zaciągnięcie izraelskich żołnierzy, urzędników i polityków na ławę oskarżonych w Hadze.

Uczestniczyłem we wszystkich sesjach dowodowych i nadzwyczajnych posiedzeniach Rady Praw Człowieka ONZ w sprawie konfliktu w Gazie w ostatnich 15 latach. Umyślna ignorancja w połączeniu ze złą wolą zawsze zatyka dech w piersiach. Każda komisja dochodzeniowa decydowała o winie Izraela jeszcze zanim spotykała się po raz pierwszy Każda debata i głosowanie przeważającą liczbą głosów i oczywiście, całkowicie fałszywie, zatwierdzała rzekome zbrodnie wojenne i zbrodnie wobec ludzkości Izraela. Tymczasem rzeczywiste, wielokrotne zbrodnie wojenne Hamasu ignorowano.

Rzeczywistość jest bardzo inna niż kłamstwa, jakie wydobywają się z tych nowoczesnych Wież Babel. Atak IDF na tunele “metra” w tym tygodniu zależał od błyskawicznej akcji i koordynacji 160 samolotów atakujących w bardzo krótkim czasie małą przestrzeń. Wraz z tymi ogromnymi problemami IDF zrobiła wszystko, co mogła, by zapewnić minimalne straty wśród ludności cywilnej przez wybieranie celów, gdzie uderzenie dotknęłoby najmniejszą liczbę niewinnych osób, takich jak puste drogi, pod którymi przebiegały tunele, i zachowując ścisłą obserwację terenu, by zapewnić, że nie pojawi się nagle autobus pełen cywilów. Jak dotąd IDF zniszczyła kilka wieżowców zawierających niezmiernie ważną militarną infrastrukturę Hamasu, jak również cywilne biura i mieszkania. Co niezwykłe, wszystkie one zostały rozbite bez żadnych ofiar cywilnych.

Podobnie jak przy poprzednich konfliktach z Gazą, IDF przygotowała radiowe programy po arabsku, wysyłała SMS-y, a także dzwoniła do cywilów w Strefie Gazy, by ostrzec ich przed nadchodzącymi uderzeniami, powiedzieć, dokąd mają pójść dla własnego bezpieczeństwa i jaką wybrać trasę. Gazańczycy w udzielanych wywiadach potwierdzali to.

Kiedy cywile nie opuszczają wytypowanego budynku, IDF czasami spuszcza specjalną, niskowybuchową amunicję (“stukanie w dach”), by zachęcić ich do wyjścia. Przy starannej obserwacji celów Izraelczycy często odwołują planowane wypady, jeśli istnieje zagrożenie, że będą cywilne ofiary.

W konflikcie zaprojektowanym przez Hamas do maksymalizowania śmiertelnych ofiar cywilnych, pewne ofiary są nieuniknione. Jest zbyt wcześnie, by dokładnie oszacować dane o ofiarach i proporcje cywilnych ofiar do kombatantów, ale obecne oszacowania sugerują, że IDF jeszcze bardziej udało się zminimalizować liczbę cywilnych ofiar podczas tej kampanii niż podczas poprzednich starć z Gazą. Wielu ludzi w mediach, grupy praw człowieka i międzynarodowe organizacje pospieszyły z określeniem wszystkich cywilnych ofiar (oczywiście poza tymi, którzy zginęli od rakiet Hamasu) jako zbrodni wojennych. Konwencje Genewskie nie zgadzają się jednak. Powodowanie cywilnych ofiar nie jest nielegalne, pod warunkiem, że militarna akcja jest niezbędna do prowadzenia wojny, nie są one nieproporcjonalne w stosunku do planowanych militarnych korzyści i że dowódca walczącej strony nie celuje umyślnie w cywilów, ale robi wszystko co możliwe, by uniknąć trafienia ich.

Media traktują raporty z ministerstwa zdrowia w Gazie jako autorytatywne i obiektywne. To jest jednak obłuda i dziennikarze doskonale o tym wiedzą. Ministerstwo zdrowia jest kontrolowane przez Hamas i wykonuje jego wszystkie rozkazy. Na przykład, z około 2000 rakiet (do poniedziałku 17 maja terroryści wystrzelili na Izrael od 10 maja ponad 3500 rakiet – M.K.) wystrzelonych jak dotąd przez Hamas w czasie tego konfliktu, około 400 spadło przedwcześnie, lądując na terenie Gazy. Kilka z nich zabiły cywilów, a ministerstwo zdrowia przypisało wszystkie ofiary działaniom IDF.

Sprzecznie z intuicją najskuteczniejszym środkiem ratowania życia gazańskich cywilów jest izraelski system przeciwrakietowy, Żelazna Kopuła. Mimo starań Hamasu, by ją przytłoczyć, Żelazna Kopuła ma 90% sukcesów w niedopuszczeniu, by pociski z Gazy trafiały w ich cel. To nie tylko uratowało życie niezliczonych Izraelczyków, ale także znaczy, że kampania IDF może być ostrożniejsza, bardziej wybiórcza i bardziej precyzyjna. Gdyby setki Izraelczyków ginęło pod rakietami Hamasu, IDF nie miałaby wyboru i musiała uderzyć w Gazę ze znacznie większą ostrością, a siły lądowe już weszłyby do Strefy Gazy w nieunikniony sposób powodując więcej ofiar cywilnych niż widzieliśmy dotąd.

Mimo tego wszystkiego, jak nieustannie pokazują nam media, prawdziwymi ofiarami w tej kampanii są istotnie cywile w Gazie. Media jednak zazwyczaj mylą się co do przyczyny. Wszystkie te ofiary bez wyjątku są wynikiem niesprowokowanej agresji Hamasu na Izrael. Bez tej agresji nie byłoby ani jednej ofiary. Kiedy zakończy się ta runda walk, Hamas zacznie działać, by lepiej przygotować się do następnej – to jest, by odtworzyć swój potencjał militarny zamiast odbudować cywilną infrastrukturę. Jeśli zachodnie rządy, międzynarodowe organizacje i grupy praw człowieka autentycznie chcą uniknąć cierpienia w Gazie, powinny zacząć teraz, dążyć do zakończenia rządów terroru Hamasu w Gazie zamiast popierać je przez papugowanie jego zgubnej narracji.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Second Temple period ‘lucky lamp’ found on Jerusalem’s Pilgrimage Road

Second Temple period ‘lucky lamp’ found on Jerusalem’s Pilgrimage Road

ROSSELLA TERCATIN


Experts believe that the lamp and the building date to the period immediately after the destruction of the Temple at the hands of the Roman in 70 CE.

Second Temple period ‘lucky lamp’ found on Jerusalem’s Pilgrimage Road

A unique bronze ‘lucky charm’ lamp dating back to the end of the Second Temple period was unearthed in Jerusalem in a Roman structure built on the site known as Pilgrimage Road, the Israel Antiquities Authority announced on Wednesday.

The artifact, shaped as a half-face with grotesque features, represents a unique finding in the city and possibly in the whole land of Israel. It was uncovered during excavations carried out by the IAA in the Jerusalem Walls-City of David National Park.

Pilgrimage Road is the path which, according to experts, ancient Jews walked to ascent the Temple Mount as they were performing the commandment of going up to the holy sanctuary three times a year – in the festivals of Passover, Shavuot and Sukkot.

“The street was built during the period of Governor Pontius Pilates,” IAA archaeologist Ari Levy told The Jerusalem Post. “It was inaugurated around the year 30 CE and it was used for about 40 years until the Temple was destroyed in 70 CE.”

The 2,000-year-old road goes all the way from the Shiloah Pool – where pilgrims used to ritually purify themselves as required by Jewish law – to the area adjacent to the Western Wall known as Robinson’s Arch. Its imperial structure, as well as several items found during the excavation, such as stone vessels unable to receive ritual impurity, testify of its role in Jewish history.

The building on the Pilgrimage Road in the City of David, where the bronze oil lamp was uncovered. ( Koby Harati, City of David)

The area was destroyed during the Great Jewish Revolt and lost its Jewish connotation. However, it remained strategic to ensure the access of the city to the pool.

“The Romans considered the location important and built a structure in order to protect the access of the city to the water,” Levy said.

During their work, the archaeologists encountered the building erected on top of the road and decided to excavate its foundations to find materials which would allow them to date it. This way, they also uncovered the lamp.
“This object is very symbolic,” the archaeologists explained. “It is a lamp, and it could have been used to make light, but there is much more to it than that. It was buried in the foundations of the building in order to bring luck to the structure and to the people who used it, in order to guard them.”

“Decorated bronze oil lamps were discovered throughout the Roman Empire,” Dr. Yuval Baruch of the IAA said in a press release. “For the most part, such oil lamps stood on stylish candelabras or were hung on a chain. Collections around the world contain thousands of these bronze lamps, many of which were made in intricate shapes, indicating the artistic freedom that Roman metal artists possessed.”

“Meanwhile, this half of a lamp, and in fact half a face, which was discovered in the City of David, is a very rare object, with only a few discovered in the whole world, and is the first of its kind to be discovered in Jerusalem,” he said.

The reason why the lamp was shaped as only half a face, with bulging eyes and a menacing grin, remains a mystery. According to the archaeologists, it might have been connected to the need of attaching it to a flat object, such as a wall, or had spiritual and ritual reasons.

“The face depicted in the lamp is grotesque, and it appears to similar to a theater mask, which was a common theme in the Greco-Roman culture,” Levy said. “The separate head piece, which was connected in a different way is in the shape of an acanthus leaf, which inspired many artistic motifs in the ancient world, including the Corinthian capitols.”

The researchers were surprised to find out that the lamp still contains its wick. Future analysis will be able to determine whether the lamp was ever used.

Together with the lamp, the archaeologists found coins, pottery and organic material to perform a radio-carbon test, all of which confirmed that the building dated back to the period between the two Jewish Revolts.
After Jerusalem was turned into the Roman colony of Aelia Capitolina in 136 CE, the building and the area were definitely abandoned. Before coming to light again, almost two millennia later.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Two Ex-IDF Soldiers Speak Out Following Attack by Pro-Palestinian Mob in NY

Two Ex-IDF Soldiers Speak Out Following Attack by Pro-Palestinian Mob in NY

i24NEWS English



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


To Hamas, a nie Izrael, jest winny najnowszego rozlewu krwi

Rakiety odpalane z Gazy. Między 10 a 20 maja terroryściu Hamasu i Islamskiego Dżihadu wystrzelili w kierunku izraelskich miast ponad cztery tysiące rakiet. (Część spadała na mieszkańców Gazy.)


To Hamas, a nie Izrael, jest winny najnowszego rozlewu krwi
Bassem Eid
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Urodziłem się na okupowanym przez Jordanię Starym Mieście Jerozolimy i żyłem w obozie dla uchodźców ONZ-u od 1966 do 1999 roku. Podczas pierwszej intifady pracowałem dla B’Tselem, izraelskiego Ośrodka Praw Człowieka na Okupowanych Terytoriach, a w 1996 roku założyłem mieszczącą się w Jerozolimie grupę Monitorowania Palestyńskich Praw Człowieka. Przy takim życiorysie i moim obecnym miejscu zamieszkania we wschodniej Jerozolimie, moglibyście zakładać, że jestem przeciwny obecnej akcji militarnej Izraela. Nie mogłoby to jednak być dalsze od prawdy. Wina za rozlew krwi w tym miesiącu leży wyłącznie po stronie Hamasu.

Ci, którzy pragną odwrócić uwagę od zbrodni wojennych Hamasu, będą pewnie winą za ten ostatni konflikt obarczali skomplikowany prawny spór w dzielnicy Szejk Dżarrah. To jest jednak prywatna sprawa między Żydami, którzy mają tytuł własności tej nieruchomości od lat 1800., a mieszkańcami czterech domów, którzy odmawiają płacenia czynszu. Tego nie da się przedstawić jako „czystki etnicznej”. To jest spór między właścicielem domu a lokatorami. Powinna to być sprawa dla rejonowego sądu, ale zamiast tego skończyło się odwołaniem do Sądu Najwyższego i dostało na łamy prasy. Hamas szybko zwietrzył okazję.

Prezydent Mahmoud Abbas, przywódca partii Fatah, jest obecnie w najsłabszej od lat pozycji.  Właśnie odwołał wybory parlamentarne, ponieważ wiedział, że je przegra. Hamas dostrzegł w Szejk Dżarrah okazję do pokazania Palestyńczykom w Jerozolimie i gdzie indziej, że potrafi “zrobić coś”, czego Fatah nie potrafił.  Hamas szerzył kłamstwa i propagandę w mediach społecznościowych, świadomie podżegając do przemocy Palestyńczyków we wschodniej Jerozolimie. Następnie „odpowiedział” na rozruchy przez wściekły ogień rakietowy na Tel Awiw i Jerozolimę, gwarantując militarną reakcję Izraela.

Hamas nie dba o to, gdzie wylądują te rakiety: Izraelskie Siły Obronne informują, że podczas ostatniej rundy walk co najmniej jedna z siedmiu spadła w samej Gazie (w późniejszym artykule Eid pisze, że ma informacje z samej Gazy, iż około jedna czwarta rakiet Hamasu ląduje w Gazie, i że te rakiety spowodowały już ponad 50 palestyńskich ofiar – M.K.), powodując 20 ofiar śmiertelnych. Hamas widzi nierówną liczbę zabitych jako coś pozytywnego, ponieważ pozwala mu to twierdzić, że Izrael jest agresywną stroną w konflikcie, który Hamas zaczął. Ta islamistyczna grupa terrorystyczna jest niebezpieczna dla naszych ludzi: nie możemy nadal być bazą dla ich działania.

Hamas nie walczy o prawa człowieka; popełnia zbrodnie wojenne, by podnieść swój polityczny status. Niedawne wideo pokazało przywódców Hamasu świętujących ostrzał rakietowy podczas przyjęcia w Katarze. Ci ludzie są w bezpiecznym miejscu. Pozostawiają szeregowych żołnierzy, często młodych i zdesperowanych mężczyzn bez żadnych szans na pracę, by prowadzili ataki z budynków mieszkalnych. Niedawno widzieliśmy izraelskie uderzenie w wieżowiec, w którym mieściła się Al-Dżazira, AP i inne media. Według izraelskich źródeł Hamas miał w tym budynku biura wywiadu wojskowego i poprzednio odpalał rakiety z tego właśnie miejsca, używając zagranicznych mediów jako ludzkiej tarczy. Dane izraelskiego wywiadu wystarczyły, by Amerykanie zaakceptowali zasadność tego uderzenia. „Pokazaliśmy im dymiący rewolwer, dowodząc, że Hamas działał w tym budynku” – powiedział jeden z dyplomatów dziennikarzowi „Jerusalem Post”. – „Rozumiem, że uznali wyjaśnienie za zadowalające”.

Nigdy o tym jednak nie usłyszelibyście w zachodnich mediach, bo relacjonowanie z Gazy nie jest uczciwe. Hamas ściśle kontroluje całą prasę i zagraniczne media mają wybór albo przekazywania wiadomości w sposób, w jaki nakazuje im Hamas, albo w ogóle nie otrzymywania prawa wjazdu do Gazy. Niemal wszystkie media wybierają to pierwsze.

Palestyńczycy muszą wybierać między skorumpowanym, nieudolnym Fatahem, a fanatycznym, ludobójczym Hamasem. Oczywiście to jest w zasadzie akademicka kwestia. Nie ma prawdziwego “wyboru” – nie było wyborów od 15 lat. Jest jednak inna, bardziej paląca sprawa niż wpędzający w depresję stan naszego obecnego przywództwa: odmowa uznania rzeczywistości, że Izrael i Żydzi są tutaj na stałe.

Minęły 73 lata od powstania Izraela. Przywódcy Egiptu, Jordanii, Maroka, Bahrajnu, Sudanu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich zrozumieli, że Izrael nie jest tymczasową plamą na mapie, ale trwałym elementem Bliskiego Wschodu. Niestety, wielu Arabów, włącznie z większością Palestyńczyków, nadal zaprzecza tej oczywistej prawdzie.

Obsesja na punkcie sprawy izraelsko-palestyńskiej była nieszczęściem dla świata arabskiego: zatrzymała rozwój na pokolenia i drogo kosztowała lud palestyński. Izrael jest tutaj – i nie odejdzie. Świat arabski jest wielki i jest w nim mnóstwo miejsca dla nas wszystkich. Zostaliśmy pobłogosławieni naturalnymi zasobami, które mogły dostarczyć szczodrych możliwości. Zamiast skupiać nasze bogactwo i talent na tworzeniu lepszego życia dla nas, nasi przywódcy spędzili dziesięciolecia na walce z Izraelem. Już dawno była pora dla wszystkich Arabów, by przestali marnować zasoby na próby podbicia maleńkiego kraiku, którego nigdy nie pokonają. Tylko wtedy będziemy mieli pokój i dobrobyt.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Americanization of the Israeli-Palestinian Debate

The Americanization of the Israeli-Palestinian Debate

Matti Friedman


Israel, like America, is deeply messed up. But it’s messed up in completely different ways.

THE ATLANTIC

Rereading exodus, the schmaltzy 1958 best seller about Israel that became a Hollywood movie starring Paul Newman, I was surprised by something I hadn’t noticed as a teenager. The author, Leon Uris, describes a utopia of brave young pioneers in khaki shorts, farming when possible and fighting when necessary, quoting Bible verses as they hook up in ancient ruins, and so forth. But the novel isn’t just a fantasy about Israel, as I’d remembered, or even primarily that: It’s about America. Exodus says less about the country where it’s set than about an American tendency, one very much in evidence this month, to imagine people here in Israel as a reflection of themselves.

“She was one of those great American traditions like Mom’s apple pie, hot dogs, and the Brooklyn Dodgers” is how Uris describes his main female character, Kitty Fremont, a nurse who isn’t Jewish but finds herself embroiled in Israel’s War of Independence. The male lead, Ari Ben Canaan, is a blond frontiersman, tough yet sensitive, who knows his way around good cognac, the foxtrot, and an automatic rifle. He’s a Jew worthy of the great American tradition embodied by Kitty, and Exodus ends with them together. That seems, in fact, like the point of the book.

When Uris was writing in the 1950s, most Israeli Jews were natives of the Islamic world who’d either been drawn to the new state or forced from their home by their former neighbors. Many of the rest were survivors of the Holocaust trying to hack out a living without losing what was left of their mind. They lived alongside a sizable Muslim Arab minority, a remnant of those displaced by the war, feared as a fifth column and kept under military rule. Kibbutznik pioneers like Ari Ben Canaan were never more than a tiny share of the population—and as committed socialists, would never have gone anywhere near the foxtrot. Few people here were blond. A more representative hero for Exodus would have been the Arabic-speaking seamstress from the Jewish ghetto in Marrakech.

But Exodus wasn’t about representation, or about a strange country in the Middle East. It was an attempt to get American readers to look at Israel and see themselves. Ari Ben Canaan was a hero from the America of Ernest Hemingway and John Wayne. He was a blue-eyed, chiseled, gorgeous Paul Newman.

Although a close relationship between America and Israel has been taken for granted over the past half century, it solidified only once Americans decided that Israelis were like them. In novels and countless press reports about pioneers and fighters in the ’50s, “Israel and Jews came to be perceived as masculine, ready to fight the Cold War alongside America,” the scholar Michelle Mart wrote in her study of the topic, Eye on Israel. “By contrast, Arabs were increasingly stigmatized as non-Western, undemocratic, racially darker, unmasculine outsiders.”

“In the images of Israelis, then,” she wrote, “Americans constructed their own self-image at mid-century.”

That construction has been on my mind this month as disturbing events unfolding here have been picked up and interpreted abroad. Many Americans are now using their image of home to construct their image of Israel. Indeed, for some on the progressive left, the conflict between Jews and Muslims 6,000 miles east of Washington, D.C., has become jumbled up with American ideas about race.

“What they are doing to the Palestinian people is what they continue to do to our Black brothers and sisters here,” Representative Rashida Tlaib of Michigan shouted to applause at a rally earlier this month, leaving listeners to ponder the word they. Celebrities tweeted the phrase “Palestinian Lives Matter,” echoing the American protests for racial justice. “Until all our children are safe,” Representative Cori Bush of Missouri told the House, “we will continue to fight for our rights in Palestine and in Ferguson.”

I first encountered this sort of American projection about 15 years ago, as a local reporter working for a U.S. news service. A few Israeli motorists had been murdered by Palestinian gunmen on a road between Jerusalem and Tel Aviv that cuts through the West Bank. The army had closed the road to Palestinian traffic, allowing access only to drivers, Jews and Arabs, with Israeli license plates. This decision was effective; the shootings stopped. One of my colleagues in the bureau, a recent arrival from America, asked if we could now say that the road was “segregated.”

Since arriving from Canada as a teenager in the mid-’90s, I’d always tried to understand this place, with its singular complications and steep inequalities, on its own terms. But I realized that when many Westerners peer out at the world, what they’re really looking for is a mirror.

The story of the Jewish minority in Europe and in the Islamic world, which is the story of Israel, has nothing to do with race in America. My grandmother’s parents and siblings were shot outside their village in Poland by people the same color as them. If you stand on a street in the modern state of Israel and look at passersby, you often can’t tell who’s Jewish and who’s Arab. Many Israelis are from Arab countries, and for the 6 million Jews living in the heart of the Arab world (300 million people) and in the broader Islamic world (1.5 billion people), the question of who’s the minority is obviously a tricky one. Most Black people here are Jews with roots in Ethiopia. The occupation of the West Bank is supported by many Israelis mainly because they have rational fears of rockets and suicide bombings, tactics that weren’t quite the ones endorsed by the American civil-rights movement. All of this is to say that although Israel, like America, is deeply messed up, it’s messed up in completely different ways.

Nonetheless, the belief in a fundamental similarity has caught on. While following the protests in Ferguson, Missouri, in 2014, which to me seemed just and necessary, I saw a sign that read from ferguson to palestine. This was puzzling: American soldiers still occupied Iraq and Afghanistan, and American aid money was flowing to repressive regimes throughout the Middle East and beyond. If activists were seeking foreign inspiration for a domestic movement, they had hundreds of ongoing ethnic conflicts to choose from. But something about Palestine struck Americans as relevant to their own experience.

That sentiment has moved into elite opinion. In 2019, The New York Times published an op-ed by the respected scholar Michelle Alexander, the author of an important book on incarceration, that described Israel’s conflict with the Palestinians as “one of the great moral challenges of our time,” the scene of “practices reminiscent of apartheid in South Africa and Jim Crow segregation in the United States.” The essay didn’t explain why this conflict constitutes one of the great moral challenges or offer any indication that the author had ever visited Israel. Last year the Times ran an essay by the author Viet Thanh Nguyen, a Pulitzer Prize winner and a college professor in Los Angeles, that ridiculed “white writers” for their “white privilege,” identified the American dream as “settler colonialism,” and then segued into an attack on Israelis as settler colonialists.

For these Americans, distant Jews have become an embodiment of the American evil, racial oppression. People have always projected fantasies onto other places and groups, but this particular type of projection, in which Jews are displayed as the prime symbol of whatever’s wrong, has a long history. When it surfaces, it usually heralds an impatience with logical analysis and normal politics, and a move toward magical thinking.

In some ways, Americans haven’t progressed from the “Israeli” pioneer of Exodus, who’s white and blond and seems so awfully familiar. We’re still stuck with Ari Ben Canaan— except now he’s a racist. And if Palestinians were disdained in the old novels and reportage as non-Western, dark, and unmasculine, they’re still more or less kept in the same world of stereotypes—except those attributes are no longer considered negative. This helps explain, for example, the passivity of Palestinians in many Western accounts of what’s going on here, and why Western reporters are drawn to the tragedy of Palestinian civilians while remaining relatively uninterested in the ruthless strategy and significant accomplishments of the Palestinians’ Iran-backed military force, Hamas. In both the old and new versions of the fantasy, Israelis are actors and Palestinians are props.
Western observers are often tempted to see foreign countries as mirrors of their own, because it makes a story more compelling for members of their audience, who are interested—who isn’t?—mainly in themselves. And it means they can analyze other societies without going to the considerable trouble of studying them, learning their language, or even visiting. So Narendra Modi of India is Donald Trump, and France’s problem is racial inequality, and Dutch conservatives are Republicans. It’s seductive to think that everything you need to know you learned back in Berkeley.

But believing that foreign countries operate according to American logic is a recipe for confusion, even disaster. Many Americans looking at Iraq in the early years of this century, for example, saw a democracy-in-waiting stymied only by a cruel dictator. America then took steps that resulted, directly and indirectly, in hundreds of thousands of deaths, including those of more than 4,500 American soldiers, with little to show for it. The world is not a mirror. The world is a kaleidoscope that can be understood only by people who are experts in each individual shard, and even then only partially.

The truth is that Israel is a small country in the Middle East that has nothing to do with the demons stalking America. We have our own demons. Conflating them won’t make either country’s problems easier to understand or solve.


MATTI FRIEDMAN is an Israeli journalist and the author, most recently, of Spies of No Country: Secret Lives at the Birth of Israel.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com