Archive | May 2021

New York Times Initially Rejected Anti-Hamas Ad, Only Published Revised Version After ‘Epic Battle,’ Group Claims

New York Times Initially Rejected Anti-Hamas Ad, Only Published Revised Version After ‘Epic Battle,’ Group Claims

Ira Stoll


A taxi passes by in front of The New York Times head office, Feb. 7, 2013. Photo: Reuters / Carlo Allegri / File.

The New York Times initially refused to publish an ad from Rabbi Shmuely Boteach’s World Values Network calling out three celebrities for falsely accusing Israel of ethnic cleansing, according to Boteach.

The Times eventually backed down and agreed to print the ad in the Saturday, May 22 newspaper, but only after demanding significant changes, Boteach told The Algemeiner.

“It was an epic battle to get it published,” Boteach said in a phone interview.

The original version of the ad is viewable on Boteach’s Instagram page. The headline reads, “Bella, Gigi and Dua The ‘It Girls’ of Terror-Splaining.” It features images of Bella and Gigi Hadid and Dua Lipa, accompanied by menacing terrorists brandishing weapons. Beneath that image are the words, “Meet the new Hamas Influencer Brigades.”

“They had it for a whole week and they told us mid-week there were issues. They would not be specific. And then, suddenly, on Friday, just as the deadline was arriving, they said, ‘no, it’s been rejected,’” Boteach said. After being told at 1:54 pm Friday “the ad is rejected,” Boteach and his team rewrote it and redesigned it into almost a completely new ad. That version was subject to further Times pushback, until minutes before the Sabbath, he said. “They haggled with us — this line, that line. We had to remind them that as the newspaper of record, they ought to believe in the First Amendment and in the right of a nation that experienced a genocide just 75 years ago, to defend itself.”

As it finally appeared in the Times, the headline of the ad says, “Bella, Gigi and Dua, Hamas calls for a second Holocaust. Condemn them now.” The menacing terrorists brandishing weapons have been replaced by an image of rockets being fired through a night sky.

Dua Lipa, a singer with over 66 million Instagram followers, responded to the ad with a statement that said in part, “this is the price you pay for defending Palestinian human rights.” Her comments brought international news attention to the Times ad.

Boteach said he was pleased the Times finally did publish the ad. He said he hadn’t been tracking the three social media influencers until his daughters brought them to his attention.

The World Values Network has been a frequent Times advertiser for years.


Ira Stoll was managing editor of The Forward and North American editor of The Jerusalem Post. His media critique, a regular Algemeiner feature, can be found here.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Chce mi się płakać, kiedy miejsce mordu Żydów zostaje oddane męczeństwu polskich chrześcijan

Po lewej: rodzina Tejtlów, po prawej: Mikhal Dekel (Fot. archiwum rodzinne Mikhal Dekel)


Chce mi się płakać, kiedy miejsce mordu Żydów zostaje oddane męczeństwu polskich chrześcijan

Mikhal Dekel
przeł. Sergiusz Kowalski


Skoro w browarze Tejtlów zginęli głównie Żydzi, ale też chrześcijanie, to na początek należałoby usunąć krzyż na bramie browaru, który powieszono w 1946 r. i który symbolicznie wisi tam nadal. Trzeba innego symbolu, wspólnego upamiętnia tego miejsca.

.

Po moim tekście Czytelnicy pytali mnie o wojenne losy moich dziadków. Otóż wojnę przeżyli w Samarkandzie w Uzbekistanie i w 1946 r. wrócili do Polski. 26 sierpnia 1946 r. mój ojciec i jego siostra, osiedleni w kibucu w Palestynie, dostali od nich pocztówkę z Dolnego Śląska. Działał tam Wojewódzki Komitet Żydowski, organizacja reprezentująca ocalałych polskich Żydów w relacjach z polskimi władzami i organizacjami międzynarodowymi. Musieli wrócić do Ostrowi, ale nie wiem, co się z nimi stało. Inny jej żydowski mieszkaniec, Josef Jalon, tak opisywał swój powrót:

„W 1946 r. wróciłem do Ostrowi, gdzie większość domów żydowskich legła w gruzach. Oba cmentarze zrównano z ziemią, a w sokolower sztibl [dom modlitewny – red.] jest dziś fabryka. Zburzono browar Tejtlów. Na szczątkach bramy wisi duży krzyż. Tam, jak mówią, zginęło wielu ostrowskich Żydów”.

Nigdy nie dowiem się, czy moi dziadkowie zobaczyli ten krzyż i wtedy wyjechali, czy może spędzili jakiś czas w Ostrowi. Wiem tylko, że wkrótce potem wyjechali z Polski do obozu dla żydowskich przesiedleńców pod Monachium. Byli tam trzy lata. Tam też spoczywają kości mego dziadka Zundela.

Czytelnicy pytają, jakie mam zastrzeżenia do projektów obecnego rządu upamiętniających ofiary wojny. Wyjaśnię to szczegółowo. Przede wszystkim jednak chcę zapewnić, że lubię ministrę [Magdalenę] Gawin i jestem jej wdzięczna za pomoc naukową, jakiej mi użyczyła. Nie napisałem mojego artykułu po to, żeby ją osobiście atakować. Napisałam go z zamiarem odsłonięcia ograniczeń i subtelnej agresji wpisanej w tę politykę pamięci. Ani przez chwilę nie twierdziłam, że nie należy upamiętniać zamordowanych przez nazistów chrześcijańskich Polaków, bez względu na ich etniczność, obywatelstwo czy cokolwiek innego.

Każda ofiara zasługuje na wielką litość, każda budzi grozę. Czuję jednak, że coś jest nie tak, kiedy upamiętnianie i stawianie pomników etnicznym Polakom wiązane są automatycznie z ratowaniem Żydów, którzy stają się pretekstem dla chrześcijańskiego bohaterstwa. Czuję się jeszcze gorzej, kiedy trąbi się o chrześcijańskim heroizmie i dobroci, zagłuszając inną, najmroczniejszą historię. I chce mi się płakać, kiedy miejsce, które należało do mojej żydowskiej rodziny, gdzie zamordowano tylu Żydów, zostaje oddane na wyłączność męczeństwu polskich chrześcijan. Skoro w browarze Tejtlów zginęli głównie Żydzi, ale też chrześcijanie, to na początek należałoby usunąć krzyż na bramie browaru, który powieszono w 1946 r. i który symbolicznie wisi tam nadal. Trzeba innego symbolu, wspólnego upamiętnienia tego miejsca.

The state erects a monument to a relative of the deputy minister, but there is no trace of my ancestors


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


What do ancient coins tell us about Bar Kochba and the Omer period?

What do ancient coins tell us about Bar Kochba and the Omer period?

ROSSELLA TERCATIN


The symbolism behind the coins is clearly stated in the ornaments they feature.

Bar Kochba Coins found in the Judean Desert. / (photo credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

What do ancient coins tell us about the Omer period and the time of the Bar-Kochba revolt, when the 49 days between Passover and Shavuot became associated with death and mourning?

According to the Bible, the seven weeks between the two holidays referred to as ‘omer’ – a unit of measure which was used to quantify the amount of produce to offer as a sacrifice to God – was not meant to carry any specific connotation other than its agricultural meaning.

“And from the day on which you bring the sheaf of elevation offering – the day after the sabbath – you shall count off seven weeks. They must be complete: you must count until the day after the seventh week – fifty days; then you shall bring an offering of new grain to the Lord,” reads the 23rd chapter of Leviticus (verses 14-15).

Later on, however, in the decades after the destruction of Jerusalem’s Second Temple at the hands of the Romans in 70 CE, calamity struck; according to the Jewish tradition, during the counting of the omer, some 24,000 students of the great Jewish sage, Rabbi Akiva died, decimated by a plague or killed by the Roman forces during the rebellion led by Simon Bar-Kochba (132-135 CE).

A window into that period and the life in the land of Israel during those years can be opened today through an unexpected means: the ancient coins minted by the rebels.

“Coins were considered an expression of sovereignty,” Donald T. Ariel, head of the Coin Department at the Antiquities Authority (IAI), told The Jerusalem Post. “Minting coins meant to be free.”

The symbolism behind the coins is clearly stated in the ornaments they feature. They include the Temple facade, trumpets, a harp/violin, vine leaves, palm trees – which at the time were considered the ultimate symbol of Judea – as well as writings such as “Year One of the Redemption of Israel” or “Year Two of the Freedom of Israel” and “Jerusalem.”

The revolt – also known as the Third Jewish Revolt – broke over the religious restrictions imposed by the Romans, as well as their decision to build a Roman city over the ruins of Jewish Jerusalem, including a pagan sanctuary where the Temple had stood.

The geographic distribution of the coins found offers important insights into the vicissitudes of the revolt; as much as the insurgents yearn to return to Jerusalem, they were not able to.

“Some 22,000 coins have been excavated in the area of the Old City of Jerusalem. Of those, three were Bar-Kochba coins. Another few were found in other areas of modern Jerusalem. This is important evidence showing that the city was never captured by the rebels,” Ariel said.

Several hundred such coins have been found in excavations around the Land of Israel – mostly in the area that was known as Judea back then – where the insurgents managed to score some important victories over the Romans and establish a brief independent entity.

Some coins were also discovered in the caves in the Judean desert.
The inhospitable environment was considered a safe haven as the war raged. Jews found shelter in the caves and brought what they thought they needed for their new life. In the most recent discovery unveiled in March, the IAA revealed that several coins were found together with the remains of a biblical scroll.

Most Bar-Kochba coins discovered were made out of bronze, and just a couple of dozens out of silver.

“A bronze coin was worth a couple of loaves of bread at the market,” Ariel explained. “Silver coins were much more precious and could be used to pay for things such as military equipment, so the Romans were especially not happy to see someone striking them.”

A very unique characteristic of the Bar-Kochba series is that they were minted using other coins.

“They were struck over other coins, the bronze ones from Ashkelon and Gaza, the silver ones over Roman coins,” Ariel said. “This is the only full series in the ancient world presenting this element.”

The Bar-Kochba revolt was completely suffocated by the Romans, leading to the destruction of all Jewish towns and villages which had participated in the war as well as to thousands of casualties, including Rabbi Akiva himself.

However, this did not mark the last time that coins were minted by Jews in the Land of Israel until modern times.

“In the following years, there were cities where Jews represented the majority of the population which issued coins, such as Sepphoris, Nablus and Tiberias,” Ariel concluded.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


JOAN RIVERS’ TAKE ON HAMAS ROCKETS IS EXACTLY WHAT THE WORLD IS MISSING NOW

JOAN RIVERS’ TAKE ON HAMAS ROCKETS IS EXACTLY WHAT THE WORLD IS MISSING NOW

Phil Schneider


Joan Rivers is no longer with us. But her blunt words in a 2014 impromptu interview are exactly what no late-night show hosts would never say today. It’s not politically correct to support Israel when a terrorist quasi-state sends a massive missile barrage against it. Every late-night show host bends over backward to prove how progressive they are by blaming Israel for being the core reason that terrorists fire missiles at it.
.

.
Sometimes, you need someone like Joan Rivers to say it like it is. It is really that simple. Israel has some unfriendly countries on it’s borders and some luke-warm friendly countries. But Hamas is basically the equivalent of an ISIS group – with one major exception. It places itself in the heart of a civilian population that it keeps hostage. Then when Israel does what any sovereign country does – defends itself by hitting back – inevitably, civilian casualties pile up, and then Hamas – ISIS and their supporters are able to scream that Israel is committing atrocities. The Hamas – ISIS terrorists actually want more civilians to be killed because it suits their goals well, namely, pressuring Israel to withdraw and weaken Israel’s response.

Today ,we need some fresh clear voices like Joan Rivers who know how to label stupidity as such. Israel is not the aggressor and deserves accolades for using precision bombs. England and the USA did not hold back from bombing German manufacturing plants when civilian casualties lived nearby. These are not minor border skirmishes. This is an ISIS-like entity that is terrifying 7 million people in the State of Israel. The United States would be carpet bombing any country that would do this to 3/4 of it’s population. Joan Rivers is right on.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Świat nie ma kłopotu z Baumanem, Polska ma

Zygmunt Bauman na spotkaniu w Nowym Wspaniałym Świecie Krytyki Politycznej w 2010 roku. Fot. Jakub Szafrański


Świat nie ma kłopotu z Baumanem, Polska ma

Artur Domosławski


„Zdarzało mi się słyszeć słowa jawnej niechęci do Baumana od ludzi uchodzących za otwarte głowy, liberałów, lewicowców dalekich od pasji dekomunizacyjnej. Pomyślałem, że chyba nie o przeszłość Baumana tu chodzi; zapewne nie tylko o nią. Zygmunt Bauman najwyraźniej Polskę uwiera. Pytanie: dlaczego?” Publikujemy fragment książki Artura Domosławskiego „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana”.

Takim go widzę w tej scenie: kruchy mężczyzna w popielatej marynarce, którego twarz zdradza smutek, względnie zmęczenie. Spojrzenie ciemnych, żywych oczu jest spokojne. Chwilami przypisuję mu coś w rodzaju niedowierzania, że to, co widzi, dzieje się naprawdę.

Oto grupa kilkudziesięciu młodych, krótko ostrzyżonych mężczyzn z transparentami nacjonalistycznej organizacji Narodowe Odrodzenie Polski i klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław przerywa uroczyste powitanie w auli Uniwersytetu Wrocławskiego. „Wypierdalaj! Wypierdalaj!” – krzyczą. „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!” Ze stadionowym sznytem śpiewają, że „na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” i żądają „Norymbergi dla komuny”.

On patrzy, podpierając dłonią podbródek. Milczy. Po kilku minutach wysłuchiwania okrzyków mowa jego ciała zdradza zniecierpliwienie.

Jedno z nagrań w internecie ukazujących to zdarzenie opatrzono wpisami: „stalinowski kat” oraz „żydowski komunista”.

Prawie dekadę wcześniej widziałem go w Zamku Królewskim w Warszawie podczas debaty z Samuelem Huntingtonem i Benjaminem Barberem, gwiazdami amerykańskiej politologii. Mimo swoich prawie osiemdziesięciu wówczas lat tchnął młodzieńczą werwą. Wysoki, smukły – można chyba powiedzieć: chudy – z lśniącą łysiną okoloną rozwichrzonymi siwymi włosami kontrastującymi z ciemnym garniturem i żywo gestykulujący, wyglądał jak biblijny prorok. Trochę, a nawet bardziej niż trochę, był prorokiem – współczesnym. Gdy przestrzegał przed takim urządzaniem świata, które pozostawia zbyt wielu ludzi na marginesie. Gdy przestrzegał przed powtórką Zagłady. Gdy mówił o rozpadającym się na naszych oczach ładzie społecznym, życiu w czasach interregnum, naszej niepewności, naszym strachu…

Kiedy rozgrywa się scena z nacjonalistami – w czerwcu 2013 roku – Bauman dobiega dziewięćdziesiątki. Pewnie dlatego wydaje się kruchy. I trudno mu chyba uwierzyć, że po raz kolejny, blisko końca życiowej drogi, znowu ktoś się domaga, by wyrzucić go z kraju, który – choć nie mieszkał w nim przez drugą połowę życia – wciąż uważał za swój. W żadnym innym nie zapuścił korzeni; nie chciał, nie był w stanie.

Policja wyprowadzi skandujących, gospodarz spotkania, prezydent Wrocławia, nazwie ich potem „nacjonalistyczną hołotą”, ale szkoda nigdy nie zostanie naprawiona. Utrata dokona się w sposób nieodwracalny. Znieważonemu odechce się przyjeżdżać do Polski, by wygłaszać wykłady, odbierać nagrody i tytuły honorowe. Incydent we Wrocławiu zaciąży, przynajmniej w polskiej przestrzeni publicznej, nad ostatnimi latami długiego życia.

Zygmunt Bauman miał prawo źle czuć się w ojczyźnie – opluwany, osaczany, chyba nie dość doceniany, a może przede wszystkim po raz kolejny, w szczególny sposób, wypędzany.

***

– Po co pan chce o nim pisać? – znana profesor socjologii pyta tonem, w którym słychać to zdziwienie, to niechęć.
– Był jednym z najwybitniejszych polskich humanistów dwudziestego wieku i początku dwudziestego pierwszego… – odpowiadam, jednak pani profesor nie pozwala mi skończyć.
– Jest pan pewny, że taki wybitny? Znam socjologów z różnych krajów, nikt go nie ceni.
– Ale przyzna pani – robię taktyczny krok w tył – że jest jednym z najbardziej znanych polskich intelektualistów na świecie?
– Tak pan sądzi?
– Tak. Gdy wchodzę do księgarni w Londynie, Barcelonie, Rio de Janeiro czy Limie, często jedynym lub jednym z dwóch, trzech polskich autorów na półkach jest właśnie on.
– Nie wydaje mi się… A wie pan – pani profesor zmienia wątek – że kiedy [pod koniec drugiej wojny światowej] zdobywano Wał Pomorski, to jako oficer polityczny strzelał w plecy żołnierzom, którzy się wycofywali?

Odbiera mi mowę…

Nie zdążę spytać o źródło oskarżenia, bo pani profesor czyni natychmiast zastrzeżenie, że nie spotka się ze mną (rozmawiamy telefonicznie) i nie życzy sobie również, bym cytował ją z nazwiska.

– Wiem, że zaraz mnie pan spyta – asekuruje się – skąd to ­wszystko wiem. Nie prowadziłam badań nad jego życiem, ale mam różne wspomnienia i wiem, co o nim mówiono na uniwersytecie. Niech pan zbada tropy, które panu podsuwam.

Po chwili następuje ciąg dalszy:

– A w ogóle to na socjologię nasłali go z wojska jako komisarza politycznego.
– Z wojska go wyrzucono, więc raczej nie mógł być nasłanym komisarzem – próbuję zasiać w mojej rozmówczyni wątpliwości co do jej wiedzy i pamięci o Zygmuncie Baumanie. – Gdy rozpoczynał studia, na Uniwersytecie Warszawskim nie wykładano socjologii – dodaję.

W czasie tej dziwnej około dwudziestominutowej rozmowy pada jeszcze kilka mocnych i bezpodstawnych oskarżeń. Jestem nimi zaskoczony o tyle, że trzy osoby studiujące socjologię bądź pracujące w katedrze socjologii w czasie, gdy pani profesor była studentką, zapamiętały jej wielką fascynację Zygmuntem Baumanem. Nie zaskakują mnie natomiast oskarżenia same w sobie, ponieważ słyszałem najrozmaitsze od tak wielu lat, że ich wygłaszanie zacząłem traktować jako coś w rodzaju rytuału.

Baumanowi trzeba wypomnieć. Baumanowi trzeba przypomnieć. Baumana wolno szturchnąć. Nie ma środowiska, które będzie go broniło.

Bo mundur, bo pistolet…

Bo nie wyrzekł się wszystkiego, czego – według poszturchujących – wyrzec się należało.

Albo wyrzekł się nie w taki sposób, jakiego oczekiwano.

W ostatniej dekadzie życia i w czasie kilku lat, które upłynęły od jego śmierci, Zygmunt Bauman stał się w Polsce nieomal symbolem okresu stalinizmu; ulubionym obiektem hejtu ze strony odradzających się organizacji nacjonalistycznych oraz demaskatorskich zabiegów historyków i publicystów, biorących udział w przenicowywaniu opowieści o najnowszej historii Polski w duchu antykomunizmu.

Informując o śmierci Baumana w styczniu 2017 roku, telewizja rządowa nazwała go byłym oficerem KBW, który  r ó w n i e ż  zrobił karierę na Zachodzie jako socjolog i filozof. O sławnym uczonym powiedziano, że uczonym był „również”; w domyśle: jego dokonaniem, które przebija wszystkie inne, mającym cechy skazy nie do zmazania, była służba w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego w czasie walk między instalującą się powojenną władzą a zbrojnym podziemiem.

Do incydentu podobnego do wrocławskiego, choć o mniej burzliwym przebiegu, doszło kilka dni później w Poznaniu. Tam władze miasta w obawie przed fizyczną napaścią, do której mogłoby dojść w pociągu, oddały do dyspozycji Baumana i towarzyszącej mu żony, Aleksandry Jasińskiej-Kani, samochód z kierowcą, by odwiózł ich z Poznania do mieszkania na warszawskim Ursynowie.

Czarna legenda o Zygmuncie Baumanie jest zaskakująco skuteczna. Jej siłę uświadomił mi mój syn Aleksander krótko przed podjęciem studiów doktoranckich w Leeds – na uniwersytecie, na którym Bauman kierował katedrą socjologii, i w mieście, które stało się jego drugą ojczyzną (spędził w nim prawie czterdzieści sześć lat). Aleksander przytoczył rozmowę z osiemnastoletnią Polką. Opowiadał jej o Leeds i tamtejszej uczelni. W czasie rozmowy padło nazwisko Baumana. Jak można przypuszczać, osiemnastolatka nie wiedziała nic o pisarstwie uczonego ani o tym, kiedy i dlaczego opuścił Polskę. Kojarzyła natomiast, że to „ten z KBW”.

Takie są – w największym skrócie – polska aura i polski kontekst, w jakich przystępuję do pracy nad opowieścią o Zygmuncie Baumanie.

***

– Zrobiono mu straszną krzywdę.

Teresa Bogucka, znana publicystka, w czasach Polski Ludowej działaczka opozycji demokratycznej, zetknęła się z Baumanem na studiach, kiedy kierował jedną z katedr socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Mówi:

– Po napaści na niego we Wrocławiu poczułam się strasznie. Pomyślałam, że za naszej młodości odruch, by jeździć za nim po Polsce i bronić go przed atakami, byłby oczywisty; zawsze się stawało po stronie szczutych. A teraz co? Zestarzeliśmy się? Zdrewnieli? A może raczej chodzi o to, że łatwiej stawać przeciw władzy niż przeciw społeczeństwu, które idealizowaliśmy w ferworze zmagań z komunizmem…

Kłopot nazwany „Bauman i nacjonaliści” to tylko czubek góry lodowej kłopotów z Baumanem, jakie ma Polska.
Kłopot z Baumanem ma dominujący w sferze publicznej patriotyzm – nie tylko ten spod znaku partii Prawo i Sprawiedliwość oraz jej akolitów.
Kłopot z Baumanem ma polska inteligencja – nie tylko ten jej odłam, który afirmuje wojujący nacjonalizm.
Kłopot z Baumanem mają także ci uchodzący za liberalnych, czasem lewicowych.

Najczęściej powtarzający się zarzut: „Nie rozliczył się z przeszłością”.

Opowiadano mi, jak dziennikarz liberalnego tygodnika wykrzykiwał w czasie redakcyjnej wymiany zdań, że Bauman to „stalinowiec, który mógł zabić mojego dziadka”. Dziadka po wojnie walczącego w szeregach podziemia. Mnie samemu zdarzało się słyszeć słowa jawnej niechęci do Baumana od ludzi uchodzących za otwarte głowy, liberałów, lewicowców dalekich od pasji dekomunizacyjnej. Zszokowały mnie pogardliwe słowa jednego z autorytetów liberalnej inteligencji wypowiedziane w prywatnej rozmowie – tym bardziej że jest to człowiek znany z wysiłków na rzecz zasypywania przepaści między Polakami, którzy w czasach realnego socjalizmu dokonywali odmiennych wyborów politycznych i życiowych. Wtedy po raz pierwszy – kilkanaście lat temu – pomyślałem, że chyba nie o przeszłość Baumana tu chodzi; zapewne nie tylko o nią.

Zygmunt Bauman najwyraźniej Polskę uwiera. Pytanie: dlaczego?

Co w jego życiu i dziele budzi niechęć w ludziach z różnych stron polskich sporów? Ile z tego, co pisze się o nim i mówi, znajduje potwierdzenie w dokumentach, relacjach świadków, rzeczowych analizach utrzymujących racjonalne rygory? A może niechęć tak wielu, która, jak odnoszę wrażenie, dominuje nad sympatią nielicznych, jest zasłużona? Na starcie nie wykluczam żadnej hipotezy, choć mam swoje zdanie.

W podróży przez jego życie, którą zaczynam latem 2018 roku, interesują mnie zarówno jego losy, osobowość, charakter, jak i dzieło oraz historia, w której brał udział. Czasem poprzez dzieje jednego człowieka udaje się zobaczyć również innych ludzi. Grupę. Formację. Pokolenie. Z pewnością nie uniknę konfrontacji z pytaniem, co „przypadek Baumana” mówi o nas jako zbiorowości. O tym, jak myślimy. Wedle jakich kryteriów formułujemy oceny? Co wiemy o sobie i swojej historii? Może przez pryzmat opowieści o człowieku, który był ofiarą, świadkiem, uczestnikiem tak licznych okropieństw XX wieku i który potrafił swoje doświadczenie przekuć w dziesiątki książek czytanych na całym świecie, uda się zobaczyć także fragment tej dawnej i tej dzisiejszej Polski? Znaleźć kilka puzzli do portretu zbiorowego współczesnych?

Do napisania tej opowieści zbierałem się od prawie dekady. Zawsze piętrzyły się przeszkody, znajdowałem wymówki. Możliwe, że nie byłem gotowy. I – co widzę po czasie – potrzebowałem mocnego impulsu. Był, rzeczywiście, uderzający.

W maju 2018 roku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN i Fundacja Klamra uczciły pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia z Polski kilkunastu tysięcy polskich obywateli żydowskiego pochodzenia muralami namalowanymi przy Dworcu Gdańskim w Warszawie. Z tego dworca w 1968 roku wypędzeni przez antysemicką nagonkę wyjeżdżali w różne strony świata. Murale pod wspólnym tytułem „Witamy w domu” przedstawiały portrety sześciu osób: aktorki Idy Kamińskiej, redaktora „Przekroju” Mariana Eilego, poetki Anny Frajlich-Zając, lekarki Aliny Margolis-Edelman, operatora filmowego Jerzego Lipmana oraz Zygmunta Baumana.

Na podobiźnie Baumana domalowano obelgę: „Morderca”.

***

Świat nie ma kłopotu z Baumanem. A ściślej ma o tyle, o ile kłopotu przysparza każdy myśliciel, badacz lub pisarz przykładający palec tam, gdzie boli, obnażający niewidoczne na pierwszy rzut oka kłamstwa, w które – jak mawiał – opakowuje się ludzką niedolę.

Miał ambicję opisania niezwykle szerokiego spektrum ludzkiego doświadczenia, a to zawsze wiąże się ze sporym ryzykiem. Pisał o biedzie i ludzkim strachu, nierównościach i podsłuchach, bezpieczeństwie i edukacji, terrorystach i uchodźcach. O internecie, ekonomii, seksie, szczęściu, władzy, miłości i marzeniach.

Jego książki, teksty, wywiady roją się od myśli przydatnych w zrozumieniu zarówno tego, co za oknem, jak i tego, co na ekranie telewizora. Są inspiracją do własnych poszukiwań oraz zażartych polemik. Kultura popularna przekuwa je w aforyzmy, co czasem jest pożyteczne, bo trafiają pod strzechy; a czasem spłycające i banalizujące – lecz to nie bardzo wysoka cena popularności.

„Wbrew popularnym przekonaniom, nie słychać w historii o zbrodniach popełnianych w imię relatywizmu i tolerancji”.

„Dla tych, których cywilizacja zawiodła, barbarzyńcy są zbawicielami”.

„Tworzenie (podobnie jak odkrywanie) oznacza zawsze łamanie reguł. Działanie w zgodzie z regułami jest czystą rutyną, powtarzaniem tego samego – lecz nie aktem tworzenia”.

„Dawny Wielki Brat zajmował się przyłączaniem – integrowaniem, ustawianiem ludzi w szeregu i trzymaniem ich w szyku. Zajęciem nowego Wielkiego Brata jest usuwanie – wyławianie ludzi »niepasujących« do nowego miejsca”.

„Miłość jest siecią, która próbuje pochwycić wieczność, pożądanie jest próbą uniknięcia obowiązku tkania tej sieci. Zgodnie ze swoją naturą miłość będzie zmierzać do podtrzymania pożądania. Pożądanie z kolei będzie się wzbraniać przed więzami miłości”.

Podobnych zestawów inspirujących myśli – z jego dzieł i wypowiedzi – można ułożyć dziesiątki.

Nieformalny fanklub Baumana na świecie jest przeogromny, inaczej niż w Polsce.

Jego książki, pisane po polsku i angielsku, przetłumaczono między innymi na (wymieniam alfabetycznie): baskijski, białoruski, bułgarski, chiński, czeski, duński, estoński, farsi, fiński, francuski, grecki, hebrajski, hiszpański, islandzki, japoński, kataloński, koreański, litewski, macedoński, niderlandzki, niemiecki, norweski, portugalski, rosyjski, rumuński, serbsko-chorwacki, słowacki, słoweński, węgierski, włoski.

W ostatnim ćwierćwieczu życia sypały się prestiżowe nagrody, wyróżnienia, doktoraty honoris causa. Wśród nich Nagroda Księcia Asturii w dziedzinie humanistyki, zwana hiszpańskim Noblem, Europejska Nagroda Amalfi w dziedzinie nauk społecznych, Nagroda im. Theodora W. Adorno, a także nagroda Dagmary i Vàclava Havlów.

Do fanklubu dołączył nawet człowiek z odległego brzegu: papież Franciszek, który w twórczości Baumana odnalazł język mówienia o krzywdach i niesprawiedliwości w dzisiejszym świecie.

***

Każda biografia to przede wszystkim opowieść o bohaterze, zawierająca jednakowoż okruchy autoportretu tego, kto pisze – jego doświadczeń, światopoglądu, stosunku do bohatera, intuicji, wyczucia, metody pracy. „Nie można pisać w stanie »niezainteresowania« – powiada słynna amerykańska biografistka Janet Malcolm, którą biorę za jedną z przewodniczek w trakcie pisania tej książki. – Można pozować na neutralność, obojętność, dystansować się na siłę od przedmiotu swojego zainteresowania, ale wszystko to będą wybiegi retoryczne. Gdyby były naprawdę autentyczne, gdyby pisarz rzeczywiście nie był emocjonalnie zaangażowany w rozwój wypadków, nie warto by mu było się w nie mieszać”.

Zamierzam się mieszać, już to robię. Jestem „zaangażowany w rozwój wypadków” i uważam, że wstępne zaangażowanie „za” bohaterem lub „przeciwko” niemu nie musi zabijać dociekliwości.

Jak pisze Malcolm, biograf jest zazwyczaj dwiema osobami naraz: jedna może skłaniać się ku obronie bohatera (lub jego oskarżaniu czy demaskacji), druga zaś to alter ego biografa, które niezależnie od osobistego stosunku do obiektu badań popycha go ku rzetelnemu, zgodnemu z kanonami gatunku wykonaniu zadania. Ta druga rola zakłada otwarcie głowy na wszelką wiedzę, również tę sprzeczną z wyobrażeniem biografa o bohaterze opowieści.

Niepisany pakt z czytelnikiem wymaga – jak sądzę – wyłożenia kart na stół. Znałem Zygmunta Baumana osobiście, cieszyłem się jego życzliwością i wyrażanym publicznie uznaniem (prywatne pochwały niewiele kosztują, nie niosą ryzyka). W ciągu kilkunastu lat znajomości, która zaczęła się korespondencyjnie, widzieliśmy się i rozmawialiśmy na żywo zaledwie kilka razy. W różnych momentach wymienialiśmy e-maile na różne tematy.

Zdarzało mi się pisać o jego książkach. W 2011 roku przeprowadziłem z nim obszerny wywiad dla „Polityki” o polityce okupacyjnej Izraela i nieszczęściu Palestyny, za który mocno oberwał w Polsce i w Izraelu od obrońców status quo. Konsultowałem z nim rozmaite kwestie podczas pisania swoich książek: Śmierci w Amazonii, gdzie przywołuję jedną z jego ważnych refleksji o współczesnym świecie, i Wykluczonych. Myślę, że podobnie odczuwaliśmy wiele spraw dziejących się w świecie.

Przede wszystkim jestem mu wdzięczny za żarliwe zaangażowanie w obronę książki, która wywołała w Polsce burzę – Kapuściński non-fiction. Bauman napisał nie tylko entuzjastyczną opinię na okładkę, lecz później także obszerny esej Sztuka pisania o sztuce życia dla „Tygodnika Powszechnego”. Skróconą wersję tego eseju publikowano w innych językach, rozszerzona zaś weszła do jego eseistycznej książki Między chwilą a pięknem. O sztuce w rozpędzonym świecie. Odczuwałem, że solidaryzuje się ze mną, gdy byłem atakowany.

Przy tamtej okazji zdarzyło nam się rozmawiać o kłopotach wielu biografów – większość z nich doświadcza nieporozumień, trafia na wrogość strażników czci, nawet jeśli nie chce owej czci naruszyć.

Tak było i będzie.

„Biografistyka bowiem – pisał historyk i krytyk literatury Michał P. Markowski w eseju Cień biografa – narusza interesy samego bohatera, interesy jego spadkobierców, jego bliskich, agentów, wydawców. Niezauważalna podmiana interesów na wartości jest motorem napędowym niezbyt wyszukanej kazuistyki”.

I dalej: „Można schować papiery w sejfie i zakazać legalnego dostępu do nich. Każdy ma do tego pełne prawo i prawo to powinno być bezwzględnie przestrzegane. Życie jednak nie składa się z pilnie strzeżonych dokumentów i dlatego nie można zakazać nikomu dostępu do czyjegoś życia, bo jest to zwyczajnie niemożliwe. Biograf to interpretator ludzkiej egzystencji, która bez wysiłku zrozumienia ze strony innych ludzi pozostałaby bezsensowna”.

Zapamiętuję te słowa jako jeden z drogowskazów w pracy nad opowieścią o Zygmuncie Baumanie.

***

Myślę, że Bauman był dojmująco świadomy dwuznaczności i niebezpieczeństw, jakie w dobie kultury masowej i tabloidyzacji niesie opowieść biograficzna – niezależnie od intencji piszącego. W odpowiedzi na nieżyczliwe próby lustrowania jego życiorysu odpowiadał, że „w konfesjonałach – zarówno kościoła, jak i ludzkiego sumienia – mikrofonów ani głośników się nie ustawia”. Rozumiem te słowa jako pragnienie zachowania prawa do niezwierzania się pod presją oskarżeń, na dodatek odbieranych przez niego jako niesprawiedliwe. Tym, którzy chcieli zrozumieć jego drogę życiową, czasem o niej opowiadał, choć rzeczywiście niezbyt często i niezbyt chętnie.

Chciał przetrwać w ludzkiej pamięci jako myśliciel, humanista, socjolog, a nie major KBW – postać z czarnej legendy.

Pisanie o człowieku, którego najważniejszą aktywnością było myślenie, zawsze zmusza do postawienia pytania, czy „dzianie się” to jedynie didaskalia do tej najważniejszej części jego życia opatrzonej szyldem „praca twórcza”. Innymi słowy: czy sam żywot myśliciela jest czymś wtórnym, względnie nieistotnym, w konfrontacji z dziełem jego myśli?

Czasem tak jest. Immanuel Kant wiódł nudne życie, przemierzał codzienne tę samą drogę z domu na uczelnię i z powrotem. W życiu „nietwórczym” Baumana działo się tyle, że wydarzeniami z niego wyjętymi można by obdzielić wielu ludzi i nadal każdy z ich żywotów byłby bogaty w „dzianie się”. Życie Baumana to osobny wielki tekst, który inspirował jego dzieło.

Biografia to opowieść o życiu – z konieczności selektywna, pełna wykluczeń i pominięć. W tym wypadku to opowieść także o tym, kim był i co robił Zygmunt Bauman, zanim stał się „wielkim Baumanem”; o tym, jaka droga prowadziła go do panteonu intelektualistów. Jego życzenie, by zostać zapamiętanym wyłącznie jako humanista, filozof i socjolog, jeszcze za jego życia odeszło do sfery tych niespełnionych. W Polsce „major KBW” i „stalinowiec” przebijają często Płynną nowoczesność albo dzieło poświęcone socjologii Zagłady.

W drodze na szczyty nauk humanistycznych Bauman był wielokrotnie zamieszany w Wielką Historię. Z tego powodu doszło do zdarzeń, które zaciążyły nad ostatnimi latami jego życia. Spróbuję tu opowiedzieć, co w istocie się wydarzyło i jakie były okoliczności wypadków prowokujących oskarżenia i osobliwy ostracyzm. Spróbuję oddzielić to, co wiemy, od niewiadomego; czarną legendę od wiedzy możliwej do zweryfikowania, nawet jeśli – jak twierdzi Malcolm – ludzie chętniej trzymają się „swoich fantazji, pomówień i wiecznych plotek”.

Biografia to śledztwo, chodzenie śladami bohatera, zaglądanie do szuflad i schowków ludzkiej pamięci, do archiwów… Kto wie, co się w nich znajdzie?

To także spekulacja. Bo ile naprawdę i z niezachwianą pewnością jesteśmy się w stanie dowiedzieć o innym człowieku? Choćby o splątanej sferze motywacji? Z tych samych faktów różni biografowie mogą ułożyć zupełnie inne opowieści.

Dobrze mieć świadomość – uwaga ta dotyczy i autorów, i czytelników – że nasza wiedza o innych zawsze pozostaje niekompletna, co nie znaczy, że nie warto próbować opowiadać. „Biografia – powiada Markowski – jest gatunkiem moralnym nie dlatego, że przestrzega moralnych reguł, lecz dlatego, że pozwala nam lepiej zrozumieć innych ludzi. A przez to samych siebie”.

„Innego życia mieć nie mogłem” – to zdanie wypowiedziane przez Baumana w ostatnich latach porusza wyobraźnię i ciekawość. Słyszę w nim nie tyle pokłon złożony determinizmowi – ludzie zawsze podejmują jakieś wybory w ramach narzuconych przez los – ile prośbę o zrozumienie. Bez zrozumienia grozy i szaleństwa czasu, w jakim przyszło żyć człowiekowi, nie da się zrozumieć jego wyborów ani postaw.

Możliwe, że Bauman podejmował decyzje i dopuszczał się czynów, które zasługują na krytyczną ocenę, niechęć, nawet potępienie. Trzeba jednak je ustalić, dowieść ich, ukazać je w pełnym kontekście historii. Tymczasem cały publiczny „proces” Baumana, jaki na raty prowadzono przez lata – mam na myśli oskarżenia stawiane mu przez historyków i publicystów napędzanych antykomunizmem – był niesprawiedliwy i nieuczciwy. Niesprawiedliwy – bo wyrok skazujący wydano z góry. Nieuczciwy – bo nieukierunkowany na poznanie motywów, okoliczności i ustalenie prawdy, lecz podporządkowany gromadzeniu poszlak mających uzasadnić domniemaną winę orzeczoną zawczasu.

„Ci, którzy za swoje życiowe powołanie uznali dialog z ludzkim doświadczeniem, niechaj porzucą marzenia o ukojeniu czekającym u kresu podróży. Ta podróż nie zmierza do szczęśliwego końca; jedynym źródłem szczęścia jest samo podróżowanie”. Tę myśl Baumana zabieram ze sobą jako busolę.

Większość potrzebnych materiałów już zebrałem, odbyłem większość rozmów. Brakujące będę uzupełniał w trakcie pisania – dokładnie tak samo, jak w trakcie podróży uzupełnia się zapasy i reaguje na odkrycie nieznanego. Nie wykluczam zmiany marszruty, gdyby było to konieczne. Z takimi założeniami i bagażem ruszam w podróż przez życie Zygmunta Baumana i czasy, w których przyszło mu żyć.


Fragment książki Artura Domosławskiego Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com