Archive | January 2022

11 stycznia 1943. Hermann Höfle wysyła telegram o przebiegu operacji „Reinhard”

11 stycznia 1943. Hermann Höfle wysyła telegram o przebiegu operacji „Reinhard”

Przemysław Batorski


79 lat temu, 11 stycznia 1943 roku, brytyjski wywiad przechwycił telegram nadany z Lublina przez majora SS Hermanna Höflego. Brytyjczycy potrafili odczytywać wiadomości szyfrowane przez Niemców z użyciem Enigmy, ale nie rozumieli treści dokumentu. Dopiero w 2000 roku, gdy telegram został odtajniony, wyszło na jaw jego znaczenie dla dziejów Zagłady.

The_Hoefle_Telegram_1.jpgTelegram Höflego z 11 stycznia 1943 roku. Wyróżniony fragment dotyczy Zagłady Żydów w ramach operacji „Reinhard” w 1942 roku. The National Archives, Wielka Brytania, domena publiczna

Ściśle tajne! Do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, do wiadomości SS Obersturmbannführera Eichmanna, Berlin

Ściśle tajne! Do dowódcy Policji Bezpieczeństwa, do wiadomości SS Obersturmbannführera Heima, Kraków.

Dotyczy: 14-dniowy raport Operacja Reinhard.

Zarejestrowane przyjazdy do 31 grudnia 1942, L 12761, B 0, S 515, T 10335 łącznie 23611. Stan na 31 grudnia 1942, L 24733, B 434508, S 101370, T 71355, łącznie 1274166.

Dowódca SS i policji w Lublinie, Hoefle, Sturmbannführer.

Adolf Eichmann był kierownikiem biura IV B 4 Gestapo odpowiedzialnego za „sprawy żydowskie”, Franz Heim – zastępcą szefa Policji Bezpieczeństwa i wywiadu SS w Generalnym Gubernatorstwie w Krakowie, a Höfle – szefem sztabu wspomnianej w telegramie operacji „Reinhard”. Osobiście koordynował pociągi zmierzające do obozów zagłady. 22 lipca 1942 roku ten „tęgi, łysy jegomość” – jak go opisał świadek Marcel Reich-Ranicki – przyjechał do siedziby warszawskiego Judenratu, by obwieścić Adamowi Czerniakowowi, że w Warszawie jest „za dużo Żydów”.

reich_hofle_2_cut_fb.jpg [386.17 KB]em>Fragment relacji Marcela Reicha (Marcela Reicha-Ranickiego), tłumacza Judenratu, z początku wielkiej deportacji z getta warszawskiego, w której wspominany jest Hermann Höfle. Zbiory Archiwum ŻIH

Pierwsze pięć liczb z telegramu dotyczy statystyk z ostatnich dwóch tygodni 1942 roku. „L” – to Lublin, czyli obóz na Majdanku, „B” – Bełżec, „S” – Sobibór, „T” – Treblinka. W tym okresie do obozów przewieziono 23 611 Żydów. Druga seria liczb przedstawia, ilu Żydów Niemcy deportowali w toku akcji „Reinhard” przez cały 1942 rok:

Lublin/Majdanek – 24 733 osoby
Bełżec – 434 508 osób
Sobibór – 101 370 osób
Treblinka – 713 555 osób
Łącznie – 1 274 166 osób

W oryginalnym telegramie w liczbie ofiar Treblinki brakuje jednej cyfry 5. Tylko po jej uzupełnieniu otrzymujemy sumę 1 274 166, która pokrywa się z liczbą Żydów „przepuszczonych” („durchgeschleust”) przez obozy w Generalnym Gubernatorstwie, którą statystyk SS dr Richard Korherr podał w raporcie dla Heinricha Himmlera w marcu 1943 roku.

Trzeba podkreślić, że liczby te oznaczają prawdopodobnie wywiezionych, a nie zamordowanych, chociaż oczywiście niemal wszyscy deportowani zginęli w komorach gazowych albo – jak w Majdanku – podczas pracy przymusowej lub z głodu. Nielicznym Żydom udawało się wyskoczyć z pociągów. Często jednak wracali do gett, z których zostali wywiezieni, i trafiali do ośrodków zagłady w kolejnych transportach.

Rok 1942 nie przyniósł końca operacji „Reinhard”. Deportacje trwały aż do jesieni 1943 roku, kiedy po powstaniu w Sobiborze Niemcy rozstrzelali wszystkich Żydów pozostałych w dystrykcie lubelskim.


W roku 2022 będziemy przypominać o 80. rocznicy rozpoczęcia operacji „Reinhard”, czyli planu eksterminacji polskich Żydów. W sposób szczególny będziemy upamiętniać Żydów z Warszawy, Mazowsza i wielu mniejszych miejscowości, którzy zostali zamordowani w Treblince.

Mogą Państwo uczestniczyć w naszych staraniach o zachowanie pamięci o ofiarach Zagłady. Zachęcamy do przeglądania relacji ocalałych, które udostępniamy regularnie na portalu DELET:

https://delet.jhi.pl/pl/library/relacje-ocalalych-z-zaglady

Całą relację Marcela Reicha-Ranickiego znajdą Państwo tutaj:

https://delet.jhi.pl/pl/library/item/1281611


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


When It Comes to Soup, Looks Aren’t Everything

When It Comes to Soup, Looks Aren’t Everything

LEAH KOENIG


Consider a bowl of a humble but heartwarming everyday classic: mushroom barley

VEGANBAKING.NET/CREATIVE COMMONS

Whenever I eat at B&H Dairy, the beloved, 84-year-old Jewish dairy restaurant in Manhattan’s East Village, I invariably order soup. B&H just has this way with soup—a rainbow of comforting potages ladled from a half-dozen aluminum pots steaming behind the counter. Sometimes I go for the borscht, which is bright red and brimming with softened cabbage and potatoes. Other times it’s the vegetarian chicken soup with floating, slippery noodles and a pillowy matzo ball. But when it’s especially blustery outside or I am in need of some soulful restoration, I invariably choose mushroom barley. Thick and savory with nibbles of tender grain, that soup is the equivalent of pulling on a cozy sweater and falling into a great hug.

Mushroom barley soup is not a holiday-specific dish, and therefore is rarely touted as a titan of Ashkenazi Jewish cuisine. And yet it is undeniably part of the culinary canon. Along with split pea soup, lentil soup, and creamy potato soup, it is one of the simple, inexpensive, nourishing dishes that sustained Eastern European Jews (and their non-Jewish neighbors) for generations. According to Gil Marks’ The Encyclopedia of Jewish Food, “In some households, it was eaten on a daily basis.”

Barley is one of the world’s most ancient cultivated species. Long before potatoes were introduced to Eastern Europe from the New World, barley was one of the region’s most important starches. So it is perhaps not surprising that the real soul of mushroom barley soup is the barley, not the mushrooms. This fact is reinforced by the dish’s Yiddish name, krupnik, which stems from the archaic Slavic word for hulled and polished grains, krupa. (Fittingly, the name krupnik also refers to an old-fashioned Polish cordial brewed with grain-based vodka, honey, and spices.)

While many recipes for krupnik do indeed include mushrooms, they were not always ubiquitous. In Jewish Cookery, a classic Jewish American cookbook written by Leah Leonard in 1949, the krupnik recipe includes leeks, carrots, and turnips, but noticeably not mushrooms. Mildred Grosberg Bellin’s The Jewish Cook Book from 1941 includes four barley soup recipes (plus a barley-based cholent), only one of which contains mushrooms. And even in contemporary, non-Jewish versions of the recipe, mushrooms are considered optional.

And yet there is a reason why, over time, mushrooms became an integral part of the soup’s identity, particularly in the United States. Part of it had to do with iconic Jewish restaurants like the Second Avenue Deli and Ratner’s, which flavored their barley soups with mushrooms and helped to standardize the duo. But it more than likely started with home cooks. Mushrooms grow in wild abundance across Eastern Europe, and were an important source of nourishment that could be gathered for free. “The best foragers, often peasant women, would gather extras after a rain spell and sell them at markets,” writes Liz Alpern in The Gefilte Manifesto cookbook.

Since krupnik was an everyday dish for Jewish families, many recipes did not contain meat—both because of the added expense of using flanken, and also so the soup remained pareve (and therefore more versatile from a kosher perspective). Without the meat to provide a base of hearty, umami flavor, mushrooms—particularly dried mushrooms—became the logical stand-in.

According to Alpern, dried porcini mushrooms were commonly used in Eastern Europe, and were an ingredient found in the United States as well. Jewish immigrants to America drew comfort from finding their beloved fungi in their new home. But since foraging on the Lower East Side proved next to impossible, many balaboostas purchased their mushrooms from street peddlers described by historian Jane Ziegelman in the Forward as typically an “older gentleman who roamed the streets bedecked with dried mushroom garlands around his neck,” and was “distinguished by the fact that he also wore edible ‘bracelets,’ bands of dried mushrooms that went up his arm.”

When making mushroom barley soup at home, I tend to fall into the nonmeat camp. Meaty krupniks cross too far into cholent territory—too fancy for daily consumption and, for those of us who keep kosher kitchens, robbed of the greatest pleasure that comes along with meat-free soups: a hefty dollop of sour cream bobbing on top. I also take great care to construct a flavor profile that maximizes the dish’s comforting appeal. Too many mushroom barley soup recipes have gone the way of gummy porridge, thickened with a cornstarch slurry and lacking in any distinctive flavor. But a well-made mushroom barley soup is transformative.

My go-to recipe, which I developed for The Jewish Cookbook, takes a few creative liberties from more traditional versions. To the mushroom base (I use dried porcinis plus sliced fresh creminis), I throw in some chopped fresh thyme, a little soy sauce for extra oomph, and a splash of cider vinegar to brighten things up. Even with the modern additions, it is a rather homely soup—a reminder that looks aren’t everything. As Claudia Roden writes about mushroom barley soup in The Book of Jewish Food, “It looks very unappealing, but it is heartwarming in winter.” Amen, and pass the sour cream.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Interview Resurfaces of Late Sidney Poitier Saying Jewish Coworker Taught Him to Read

Interview Resurfaces of Late Sidney Poitier Saying Jewish Coworker Taught Him to Read

Shiryn Ghermezian


Actor Sidney Poitier arrives at the 2014 Vanity Fair Oscars Party in West Hollywood, California March 2, 2014. Photo: REUTERS/Danny Moloshok.

The death of Bahamian-American trailblazing actor and director Sidney Poitier at the age of 94, announced Friday, has inspired an outpouring of tributes and remembrances, with “CBS Sunday Morning” sharing a 2013 interview in which the Academy Award winner revealed that a former Jewish coworker taught him how to read English.

The youngest of seven children, Poitier was born three months early on Feb. 20, 1927, in Miami, where his Bahamian parents travelled to sell tomatoes. He lived in the Bahamas until age of 15, when his parents sent him back to Miami to live with his older brother.

He left for New York at age 16 and tried to launch an acting career, though he had only two years of schooling and was unable to read well. However, a Jewish waiter at a restaurant where Poitier worked washing dishes devoted time to helping him, he told “CBS Sunday Morning” anchor Lesley Stahl.

Poitier recalled: “One of the waiters, a Jewish guy, an elderly man, had a newspaper and walked over to me and said, ‘What’s new in the paper?’ And I looked up at this man and said to him, ‘I can’t tell you, I can’t read very well.’ He says, ‘Let me ask you something, would you like me to read with you?’ And I said to him, ‘Yes, if you’d like.’”

“Every night, the place is closed, everyone’s gone, and he sat there with me, week after week after week,” Poitier added. “I learned a lot, a lot. And then things began to happen.”

In 1992, when Poitier was given the Life Achievement Award by the American Film Institute, he told the audience, “I must also pay thanks to an elderly Jewish waiter who took time to help a young Black dishwasher learn to read. I cannot tell you his name. I never knew it. But I read pretty good now.”

Poitier started off his career with an acting apprenticeship at The American Negro Theater, before going on to star on Broadway in “Anna Lucasta” in 1948. Two years later, in 1950, he landed his first movie role in “No Way Out,” playing a doctor who faced racism from a prisoner played by Richard Widmark.

The prolific actor starred in more than 50 films. In 1959, he became the first Black man nominated for an Oscar as best actor for his role as an escaped convict in “The Defiant Ones,” also starring Tony Curtis. He was the first Black actor to kiss a white woman in the 1965 film “A Patch of Blue,” and when he won the Oscar for best actor in 1964 for his role in “Lillies of the Field,” he was the first Black actor to do so and remained the only one until 2002, “CBS Sunday Morning” reported.

In 1967, he starred in three films at a time when segregation was enforced in many parts of the United States, Reuters noted. In “Guess Who’s Coming to Dinner,” starring Katherine Hepburn, he played a Black man with a white fiancée, and “In the Heat of the Night,” he took on the role of a Black police detective wrongfully accused of murder while investigating the crime. That same year, he played a teacher in “To Sir, With Love.” Other notable films included “The Blackboard Jungle” and “A Raisin in the Sun,” which Poitier additionally performed on Broadway.

He directed nine films, including “Uptown Saturday Night” in 1974 with co-directors Harry Belafonte and Bill Cosby, and 1980’s “Stir Crazy” with Richard Pryor and Gene Wilder.

Poitier was knighted by Britain’s Queen Elizabeth II in 1974 and served as the Bahamian ambassador to Japan and UNESCO. He was on Walt Disney Co.’s board of directors from 1994 to 2003, and published a number of books, including three autobiographies. In 2009, then-President Barack Obama awarded Poitier with the Presidential Medal of Freedom.

Poitier is survived by his second wife, actress Joanna Shimkus, and six daughters.

.

Watch his 2013 interview with “CBS Sunday Morning” in the video below.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Listy do mojego palestyńskiego sąsiada

Listy do mojego palestyńskiego sąsiada

Yossi Klein Halevi – 07 lipca 2020


Yossi Klein Halevi w 2012 r. Fot. Rachelgr713 / Wikimedia Commons

Po drugiej intifadzie, jak większość Izraelczyków, stwierdziłem: staraliśmy się zawrzeć pokój i zostaliśmy odtrąceni w możliwie najbrutalniejszy sposób. Lecz jako osobie religijnej nie wolno mi przyjąć istnienia tej otchłani na zawsze, nie wolno mi zawierać pokoju z rozpaczą.

.

Drogi Sąsiedzie,

nazywam Cię „sąsiadem”, ponieważ nie znam Twojego imienia i prawie nic o Tobie nie wiem*. Zważywszy na okoliczności, w jakich przyszło nam żyć, słowo „sąsiad” może wydać się zbyt poufałe i nie oddawać istoty naszych relacji. Jesteśmy intruzami nawzajem nawiedzającymi się w naszych snach, wzajemnie profanujemy pojęcie tego, czym jest dom. Jesteśmy żywym ucieleśnieniem naszych najgorszych koszmarów na temat historii. Sąsiedzi?

Jednak nie wiem, jak inaczej mógłbym się zwracać do Ciebie. Kiedyś wierzyłem, że naprawdę się spotkamy, i piszę do Ciebie z nadzieją, że jeszcze może to nastąpi. Wyobrażam sobie Ciebie w Twoim domu na najbliższym wzgórzu, widzę Cię z mojego balkonu. I choć nigdy się nie spotkaliśmy, nasze losy są ściśle splecione.

A zatem: Sąsiedzie.

Dzieli nas mur

Żyjemy po obu stronach betonowego muru, który przecina naszą wspólną ziemię. Mieszkam w dzielnicy zwanej French Hill we Wschodniej Jerozolimie w ostatnim rzędzie domów przypominających schody wbudowane we wzgórze.

Ze swojego mieszkania z trudem dostrzegam punkt kontrolny, przez który musisz przechodzić – jeśli w ogóle posiadasz pozwolenie – by wejść do Jerozolimy. Jednak wyczuwam stałą dominację kontroli, wszechogarniającą obecność kontrolnego posterunku. Czasem moją codzienną praktykę, czyli poranną medytację i modlitwę, zakłóca przeciągłe trąbienie zdenerwowanych kierowców czekających przed posterunkiem. Może akurat właśnie Ty tkwisz w tej rozpaczliwej kolejce.

Czasem dostrzegam dym unoszący się nad Twoim wzgórzem. Jak od dawna mi wiadomo, czarny dym zazwyczaj oznacza palenie opon, zaś młodzi ludzie obrzucają wówczas żołnierzy kamieniami. A potem pojawia się biały dym – to żołnierze rozpylają gaz łzawiący. Jak Ci się udaje – jeśli w ogóle – w miarę normalnie żyć?

Jestem Izraelczykiem, zaś Ty, Palestyńczyk, nie masz praw wynikających z posiadania obywatelstwa. Zniesienie owej nierówności stanowi powód, dla którego popieram rozwiązanie polegające na istnieniu dwóch państw.

Za chwilę nadejdzie świt. Jestem w swojej pracowni na wprost Twojego wzgórza. Słychać nawoływanie muezzina, jest subtelne, jakby nie chciało zakłócać ciszy nocnej. Owijam się białym szalem modlitewnym i siadam ze skrzyżowanymi nogami na poduszce medytacyjnej. Dotykam czołem podłogi, przyjmuję płynące z naprzeciwka nawoływanie do modlitwy. W swojej bardzo intymnej rozmowie z Bogiem mam nadzieję, że mówię też do Ciebie.

Za murem na pustyni wschodzi blade słońce. Oplatam ramię czarnym rzemieniem tefilin, mocuję czarne pudełeczko na lewym przedramieniu tuż przy sercu, drugie zakładam na czole. Serce i umysł jednoczą się w akcie oddania Bogu. W pudełeczkach umieszczone są wersety z Biblii oraz brzemienna w treści żydowska modlitwa głosząca jedyność Boga: „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden”. Lub jak mówi Koran: „On – Bóg jeden, Bóg Wiekuisty! Nie zrodził i nie został zrodzony” (tłum. Józef Bielawski).

Z mojego okna w dalekiej pustynnej przestrzeni widać wyraźnie tę niemal absurdalną plamę błękitu: Morze Martwe. Zaś dalej są już wzgórza Jordanii. Wyobrażam sobie, że wnikam w tę przestrzeń, w tę część Bliskiego Wschodu…


Jestem wdzięczny za istnienie muru, którym jednocześnie pogardzam. Ponieważ czuję, że nie mam wyboru

Yossi Klein Halevi


Jednak mur przywołuje mnie do rzeczywistości, ogranicza do skrawka ziemi tuż za moim progiem.

Żyd, który pokochał islam

Kiedyś, zanim zbudowano mur, zanim wszystko jeszcze bardziej się pogorszyło, próbowałem Cię poznać. Pod koniec roku 1998, co, jak się teraz wydaje, miało miejsce w innym życiu – a tak naprawdę było to w innym stuleciu – wyruszyłem na pielgrzymkę do światów islamu i chrześcijaństwa, religii moich sąsiadów na Ziemi Świętej. Wyruszyłem jako religijny Żyd, poszukując nie tyle klucza do zrozumienia Waszych teologii, ile kierując się pragnieniem doświadczenia Waszego życia religijnego. Chciałem się dowiedzieć, jak się modlicie, jak wygląda Wasze najbliższe, najbardziej intymne spotkanie z Bogiem.

Chciałem się przekonać, czy Żydzi i muzułmanie mogą razem dzielić pewną cząstkę obecności Boga, czy mogą praktykować swoje wierzenia w tych wszystkich miejscach, gdzie imię Boga jest tak często przywoływane, by usprawiedliwiać obelgi i odrazę. Pragnąłem osiągnąć stan polegający na poczuciu, że w meczecie jestem u siebie, że islam nie jest zagrożeniem, lecz duchową szansą. W nawoływaniu muezzina chciałem usłyszeć dokładnie to, czym ono ma być: wezwaniem do przebudzenia.

W judaizmie jest jeden jedyny grzech, którego nie można odpokutować nawet poprzez post w Jom Kipur – to profanacja imienia Boga. Winą za ten czyn może zostać obarczona jedynie osoba religijna, która w imię Boga postępuje niewłaściwie. Wierzę, że spotkanie różnych religii uświęca imię Boga. Nawiązywanie relacji z wyznawcami innych religii prowadzi do pokory, do uznania, że prawda i świętość nie przynależą tylko do jednej drogi. Judaizm to mój język. Kocham go, bo daje mi możliwość intymnej rozmowy z Bogiem; zarazem wiem, że Bóg mówi wieloma językami.

Wyczekiwałem, by świętować owe liczne rozmowy, by dotknąć zaledwie cząstki bezmiaru Boga. Takie było moje pragnienie, gdy wszedłem w świat islamu.

Miałem rzadki przywilej, by jako Żyd modlić się w kilku meczetach. Uczestniczyłem w tej niezwykłej choreografii muzułmańskiej modlitwy, zatracając się cieleśnie w wielbieniu Boga. Nauczyłem się, że akt oddania rozpoczyna się w momencie formowania szeregu, gdy stajesz ramię w ramię z sąsiadem po obu stronach. A potem następuje ten święty rytuał: skłon, wyprost, pad na twarz, powstanie. Powtarzasz to: aż poczujesz, że twoje ciało staje się wodą, cząstką wielkiej fali modlitwy, która istniała dawno przed twoim urodzeniem i będzie trwała długo po twojej śmierci.

Często gwarancją współistnienia na Ziemi Świętej jest wzajemna separacja. Podział na cztery dzielnice Starego Miasta Jerozolimy – muzułmańską, żydowską, chrześcijańską i ormiańską – jedynie umacnia ten przekaz: bezpieczeństwo wyznacza dystans, jaki istnieje między nami. Moja podróż stała się naruszeniem współistnienia opartego na dystansie, presją, by osiągnąć bliskość.

Droga zgłębiania islamu zaprowadziła mnie do obozu uchodźców An-Nusajrat w Strefie Gazy, dokąd zaprosili mnie przyjaciele. W 1990 roku jako żołnierz patrolowałem tamtejsze wąskie uliczki. Nastolatkowie rzucali w nas żelastwem i potłuczonymi butelkami, skandując: „Amnon b’salem aleik” – „Amnon was pozdrawia”. W ten sposób czynili aluzję do Amnona Pomerantza, rezerwisty, który skręcił w niewłaściwą ulicę i znalazł się w sąsiednim obozie uchodźców Al-Burajdż, gdzie został żywcem spalony przez tłum.

A teraz po dziesięciu latach wróciłem do An-Nusajrat jako pielgrzym. Szajch Abd ar-Rahim był starszym przywódcą niewielkiego meczetu sufich, mistyków, dla których najistotniejszą funkcją poznania jest serce. Szajch przywitał mnie w meczecie zbudowanym naprzeciw cmentarza, niejako ku przestrodze wiernych przed lekkomyślnością. Na początku usiłował nawrócić mnie na islam, prosząc, abym uniósł palec i powtórzył za nim słowa szahady, muzułmańskiego wyznania wiary. Wyjaśniłem, że nie przyszedłem, by wyrzec się swojej wiary, ale by poznać, jak moi muzułmańscy sąsiedzi służą Bogu. Szajch nie ustępował: „Nie ma innej drogi do Boga – powiedział – niż za pośrednictwem Proroka”.

Po chwili wstał i zaprowadził mnie na cmentarz. Weszliśmy do grobowca jego nauczyciela. Staliśmy w milczeniu. Ujął mnie za rękę i przysiągłbym, że obaj doznaliśmy wówczas tego samego, na wskroś przejmującego poczucia śmiertelności.

Po kilku miesiącach powróciłem. Tym razem szajch Abd ar-Rahim uśmiechnął się do mnie i przyłożył dłoń do serca. Powiedział: „Odkąd wszedłeś do grobowca i pozwoliłeś, by zetknęły się nasze dłonie, uważam cię za jednego z nas. Wszyscy moi uczniowie, muzułmanie czy żydzi, są w moim sercu”.

Pod koniec rocznej podróży pokochałem islam. Podziwiałem, z jak nieustraszonym sercem staje w obliczu śmierci. Ludzie Zachodu – w przeciwieństwie do muzułmanów – często uciekają przed konfrontacją z własną śmiertelnością. Dowiedziałem się, że islam ma niesamowitą zdolność zaszczepiania wszystkim swoim wyznawcom niezłomnego poczucia własnej tymczasowości.

Podczas politycznych sporów z Palestyńczykami słyszę niekiedy: Po co kłócimy się o ziemię, skoro w końcu ta ziemia będzie posiadać ciebie i mnie? Identyczne wyrażenie występuje także w mojej tradycji. Odwaga polegająca na stałej świadomości przemijania mogłaby odegrać pozytywną rolę w stworzeniu religijnego języka pokoju pomiędzy naszymi narodami, który byłby podstawą politycznej elastyczności i położyłby kres głoszeniu absolutystycznych sądów.

Piszę Ci o tym, Sąsiedzie, ponieważ zakładam, że jak większość Palestyńczyków, których znam, jesteś osobą religijną i jeśli gorliwie nie praktykujesz, to przynajmniej wierzysz. Wiedz, proszę, że moja podróż do Twojej religii była próbą opanowania religijnego języka, by jaśniej i prościej rozmawiać o pokoju. Jak sądzę, różne wysiłki podjęte w dobrej wierze przez dyplomatów nie powiodły się także z tego powodu, że w dużej mierze nie przywiązywali oni wagi do religijnego zaangażowania po obu stronach. Pokój, jeśli miałby zapanować na Bliskim Wschodzie, musi w jakiś sposób przemówić do naszych serc.

Zatem jako osoba wierząca zwracam się do Ciebie jako do osoby wierzącej.

Bez względu na to, jak różnie to wyrażamy, w wierze podzielamy istotny światopogląd: że niewidoczne jest ostatecznie bardziej rzeczywiste aniżeli materialne, że ten świat nie jest tworem przypadkowym, lecz odzwierciedla, choć w sposób nieoczywisty, celowe stworzenie. Że przede wszystkim nie jesteśmy ciałem, lecz duszą zakorzenioną w Jedynym. Dla mnie nie ma bardziej absurdalnego pojęcia niż to, że cud życia, cud świadomości są tylko zbiegiem okoliczności.

Jak wyczerpała się moja zdolność do dalszego wyciągania ręki

Wniknąłem w społeczeństwo Palestyńczyków nie tylko po to, by poznać Wasze życie religijne, lecz także aby móc na ten konflikt – choćby wyrywkowo – spojrzeć Waszymi oczami. Zmusić się do otwarcia na palestyńską tragedię: rozbicie narodu, którego obecną zasadą porządkującą jest destabilizacja, a najważniejsze rocznice sprowadzają się do upokarzających klęsk.

Usilnie starałem się wyjść poza własną narrację i zmierzyć się z palestyńską historią i krzywdami, jakich doznaliście z naszej strony. Spotkałem ludzi, których domy zostały zburzone przez Izrael, ponieważ zbudowali je bez pozwolenia władz miejskich Jerozolimy – choć wszyscy wiedzą, że takie pozwolenia są dla Palestyńczyków niezwykle trudne do uzyskania. Słuchałem Waszych relacji, odkrywałem palestyńską historię, pamiętniki i poezję. Wasza opowieść zaczynała na mnie ciążyć.


Miałem rzadki przywilej, by jako Żyd modlić się w kilku meczetach. Uczestniczyłem w tej niezwykłej choreografii muzułmańskiej modlitwy, zatracając się cieleśnie w wielbieniu Boga

Yossi Klein Halevi


Nie oznacza to, że powrót Żydów do domu – jak my, Żydzi, to określamy – miałby kiedykolwiek przestać być obiektem mojej miłości. Pielęgnuję to w sobie jako opowieść o wytrwałości, odwadze i nade wszystko wierze. Lecz nie potrafię już dłużej ignorować Twojej wersji o najeździe, okupacji i wygnaniu. I oto stało się, że nasze dwie narracje, przeciwstawne wersje tej samej historii, zaczęły we mnie współistnieć.

Przez wiele lat my, Izraelczycy, ignorowaliśmy Was, byliście dla nas niewidoczni, przezroczyści. Podobnie jak świat arabski zaprzeczał, że Żydzi mają prawo do określania się jako suwerenny naród, tak i my odmawialiśmy Palestyńczykom prawa do nazywania się odrębnym ludem w arabskiej wspólnocie zasługującym na miano suwerennego narodu. By rozwiązać nasz konflikt, musimy przyznać sobie nawzajem nie tylko prawo do samostanowienia, lecz także prawo do samookreślenia.

Wielu Izraelczyków dzisiaj akceptuje już zasadność prawa Twojego ludu do samookreślania się jako naród. Po pierwszej intifadzie, palestyńskim powstaniu pod koniec lat 80. XX wieku, wielu Izraelczyków mojego pokolenia było przekonanych, że nazywając okupację katastrofą – tak dla nas, jak i dla Was – izraelska lewica od dawna miała rację. Zorientowaliśmy się, że cena realizacji naszego historycznego roszczenia obejmującego całą ziemię pomiędzy Jordanem a Morzem Śródziemnym jest zbyt wysoka. Nie mogliśmy pozostać demokratycznym państwem realizującym żydowskie wartości etyczne, będąc jednocześnie okupantem Waszego narodu, czego w gruncie rzeczy nie chcieliśmy. Nie po to sam powróciłem do domu, by odebrać dom innym ludziom. Mam nadzieję, że mnie usłyszysz, gdy mówię, że nie mam zamiaru ignorować Twoich roszczeń lub Twojego bólu.

Oczywiście wielu Izraelczyków nadal utrzymywało, że sprawiedliwość jest wyłącznie po naszej stronie, Wy zaś nie macie rzeczywistych argumentów historycznych. Jednak właśnie wtedy duża liczba osób zaczęła myśleć odmiennie. Powstał obóz „winnych Izraelczyków”. Byliśmy przekonani, że na Izraelu jako okupancie spoczywa obowiązek wystąpienia do Palestyńczyków z poważną propozycją pokojową. Z tego powodu popieraliśmy premiera Izraela Icchaka Rabina, gdy 13 września 1993 r. przed Białym Domem wymienił uścisk dłoni z Jasirem Arafatem, oficjalnie rozpoczynając proces pokojowy w Oslo.

A potem, we wrześniu 2000 r., wybuchła druga intifada. Na naszych ulicach zginęły lub zostały ranne tysiące Izraelczyków. Wraki wysadzonych autobusów wpisały się w izraelski krajobraz. Poszczególne zamachy stopiły się w jedną wielką tragedię. Chcę tu wspomnieć tę dla mnie szczególną: samobójca wysadził się w kawiarni niedaleko mojego biura w Jerozolimie, zabijając ojca i córkę w wieczór poprzedzający jej ślub; następnego dnia goście weselni zebrali się na jej pogrzebie. Byłem z tą rodziną związany i odwiedziłem dom żałoby. Widziałem, jak pogrążona w smutku matka i żona przyjęła na siebie rolę pocieszycielki, jak starała się swoją wiarą i determinacją uspokoić każdego z przybywających. I wtedy pojąłem, że już nic nigdy nie wygna Żydów z tej ziemi.

W tamtych latach oboje z moją żoną Sarą wychowywaliśmy dwóch nastolatków. Codziennie rano musiałem pamiętać, by pocałować ich na pożegnanie, bo nie byłem pewien, czy ich znów zobaczę. Obaj co jakiś czas ocierali się o jakiś zamach. Trzynastoletni Koby Mandell, którego mój syn Gavriel znał z letniego obozu, został ukamienowany; ciało Koby’ego odnaleziono w jaskini, było tak zmasakrowane, że identyfikacja była możliwa tylko dzięki badaniom DNA.

Izraelczycy i Palestyńczycy toczą głęboki spór o to, kogo należy obarczyć odpowiedzialnością za przerwanie procesu pokojowego, i niewątpliwie ów spór będzie trwał nadal. Większość Izraelczyków, do których ja także należę, jest przekonana, że w tamtym czasie nasi przywódcy usiłowali zawrzeć pokój, podczas gdy Wasi odrzucili kompromis i chcąc podłamać ducha Izraelczyków i wymóc na nich dalsze ustępstwa, wkroczyli na ścieżkę terroryzmu. […]

Druga intifada to moment, w którym większość z nas, poczuwających się do winy Izraelczyków, straciła wiarę w pokojowe intencje palestyńskich przywódców. I terroryzm nie był jedynym powodem. Straciliśmy wiarę, ponieważ najgorsza fala terroryzmu w naszej historii nastała po tym, jak Izrael złożył dwie, w naszym odczuciu wiarygodne, propozycje zakończenia okupacji. […]

Dla wielu Izraelczyków, którzy wierzyli w pokojowe rozwiązanie konfliktu, był to wstrząsający moment. Znam osoby, które poświęciły się przekonywaniu swoich współobywateli, że władze Palestyny chcą pokoju z Izraelem, że powinniśmy jedynie przedstawić wiarygodną propozycję, a Wasza strona na pewno ją przyjmie. Tragedia izraelskiej lewicy polegała na tym, że zdołała przekonać większość naszego społeczeństwa, by zaufała, że to możliwe. I w tym właśnie momencie proces pokojowy dosłownie wybuchł nam prosto w twarz.

W 2008 r. premier Izraela Ehud Olmert zaoferował palestyńskiemu przywódcy Mahmudowi Abbasowi pełne wycofanie się z części ziem okupowanych i wymianę terytoriów. Abbas nie zareagował. Dziś dla zwyczajnych Izraelczyków, którzy usilnie pragną normalnego życia w normalnym kraju w pokoju ze swoimi sąsiadami, owi lewicowcy, którzy wciąż utrzymują, że palestyńscy przywódcy chcą pokoju, są po prostu ludźmi chorymi z urojenia.

Zamieszki w czasie drugiej intifady były przerażające, jednak dla Izraelczyków nie mniej straszny był jej główny motyw: zaprzeczenie, że my, Żydzi, mamy prawo do istnienia jako suwerenny naród na tej najmniejszej części ziemi, zaprzeczenie idei, że tę ziemię powinny dzielić dwa narody. Doświadczyliśmy terroryzmu, który wyrażał jeszcze głębszą patologię: w swoim zamyśle miał położyć kres obecności żydowskiej na tej ziemi. Bunt nie przeciwko okupacji, ale bunt przeciwko istnieniu Izraela. […]

Przywódcy palestyńscy nigdy nie zmieniają retoryki kierowanej do swojego narodu głoszącej, że istnienie państwa Izrael nie ma historycznej racji bytu. Owi przywódcy przekonali nas, że w tym konflikcie wcale nie chodzi o granice, osiedla, o Jerozolimę i miejsca święte. Jest to wyłącznie konflikt o nasze prawo do istnienia. Do istnienia tutaj. Nasze prawo, by uważano nas za naród. Naród, który stąd się wywodzi.

Upadek izraelskiej lewicy przekształcił politykę mojego kraju na całe pokolenie. Po fiasku porozumień z Oslo do władzy powróciła prawica. Izraelski obóz pokoju, który w 1990 r. potrafił zmobilizować setki tysięcy demonstrantów do wyjścia na ulice, dziś z trudem zwołuje ich kilka tysięcy.

Wielu Izraelczyków doskonale zdaje sobie sprawę, że nasza strona ma ogromny udział w tym straszliwym impasie, jaki nastąpił pomiędzy naszymi dwoma narodami. Gdy trwały negocjacje w Oslo, dalej budowaliśmy osiedla, podważając zaufanie Twojego narodu do naszej obietnicy rozwiązania konfliktu i wzmagając poczucie bezsilności Palestyńczyków. Jednak kiedy nadszedł decydujący moment, gdy można było zażegnać konflikt, pamiętamy, że nasi przywódcy powiedzieli „tak”, a palestyńscy powiedzieli „nie”.

Piszę o tym, ponieważ jest to ten moment, który zmienił społeczeństwo izraelskie, zmienił mnie. To również wyjaśnia, jak mogę żyć z moralnym obciążeniem okupacją. Jak mogę żyć z murem, który mam za oknem.

Moje wędrówki w głąb palestyńskiego społeczeństwa skończyły się. Stały się zbyt niebezpieczne: Izraelczykom wjeżdżającym na terytorium kontrolowane przez władze palestyńskie groził lincz. Ostatecznie Izrael zabronił swoim obywatelom przebywania na tych terenach. Relacje, jakie nawiązałem z Palestyńczykami, rozmyły się.

Gdy ludzkie bomby wybuchały w pierwszych latach XXI wieku, tak jak wielu Izraelczyków, poparłem budowę bariery odgradzającej Zachodni Brzeg od Izraela, Twoje wzgórze od mojego. Był to rozpaczliwy wysiłek, by zatrzymać tę niesamowitą łatwość, z jaką zamachowcy-samobójcy przechodzili z Zachodniego Brzegu do suwerennego Izraela, wsiadali do naszych autobusów i wchodzili do naszych kawiarni.


Jestem Izraelczykiem, zaś Ty, Palestyńczyk, nie masz praw wynikających z posiadania obywatelstwa. Dlatego popieram rozwiązanie polegające na istnieniu dwóch państw

Yossi Klein Halevi


I to podziałało. Gdy postawiono mur, fala samobójczych zamachów ustała. Istnienie muru jest dla mnie gwarancją bezpieczeństwa moich dzieci, mojego przetrwania na Bliskim Wschodzie. Zatem jestem wdzięczny za istnienie muru, którym jednocześnie pogardzam. Ponieważ czuję, że nie mam wyboru.

Wraz z drugą intifadą wyczerpała się moja zdolność do dalszego wyciągania ręki; nie sądziłem, żebym jeszcze kiedykolwiek miał się podjąć tego typu wyprawy. Nie chciałem już dłużej słuchać Waszych historii, Waszych roszczeń, Waszych żali. Chciałem wyjść i krzyknąć w stronę Twojego wzgórza: Mogło być inaczej! Współpracujcie z nami i wynegocjujcie kompromis! I dostrzeżcie mnie, uznajcie moje istnienie! Ja też mam historię do opowiedzenia. […]

Jak może dojść między nami do pojednania, skoro ja nie istnieję, skoro nie mam prawa istnieć?

Ten mur oznacza, że pomiędzy nami jest znacznie grubszy mur. Nie potrafimy się porozumieć na poziomie podstawowego wspólnego języka. Moją obecność w tym miejscu postrzegam jako element powrotu rdzennego, wygnanego stąd narodu, a odrodzone państwo żydowskie jako akt sprawiedliwości dziejowej, formę zadośćuczynienia. Jestem Żydem w Jerozolimie pod rządami Izraela i jest to dla mnie źródłem otuchy i religijnej inspiracji.

Twoją obecność na tej ziemi rozumiem jako niezbywalny element jej istnienia. Palestyńczycy często porównują się do drzew oliwnych. Wasze zakorzenienie, Wasza miłość do tej ziemi są dla mnie ogromną inspiracją.

A jak Ty postrzegasz mnie? Czy w Twoich oczach przynależę do najazdu kolonialnego, który był zbrodnią dziejową i pogwałceniem religii? Albo: czy dla Ciebie żydowska obecność tutaj jest równie autentyczna jak Twoja? Czy moje życie na tej ziemi można porównać do wyrwanego z korzeniami drzewa oliwnego, które znów posadzono na swoim miejscu?

Tak jak pogłębia się konflikt między nami, mur zdaje się coraz bardziej wnikać w krajobraz, wchłonięty przez domy i wzgórza, nawet przez zmieniające się światło. Mur często znika całkowicie: moje oko nauczyło się, jak go nie widzieć. Mieszkam na tyle wysoko, że mogę patrzeć ponad murem, na pustynię daleko poza nim. Potrafię niemal wyeliminować to ograniczenie i cieszyć się otwartą przestrzenią.

A jednak mur wciąż pozostaje zniewagą. Zaprzeczeniem mojej najgłębszej nadziei dla Izraela, polegającej na odnalezieniu swojego miejsca pośród naszych sąsiadów.

Raczej się nie przekonamy

Cztery lata po drugiej intifadzie podobnie jak większość Izraelczyków stwierdziłem: staraliśmy się zawrzeć pokój i zostaliśmy odtrąceni w możliwie najbrutalniejszy sposób. Lecz było to nazbyt proste. Jako osobie religijnej nie wolno mi przyjąć istnienia tej otchłani na zawsze, nie wolno mi zawierać pokoju z rozpaczą. Koran z mocą podkreśla, że rozpacz jest równoznaczna z niewiarą w Boga. Niewiara w pojednanie oznacza ograniczenie mocy Boga, zwątpienie w możliwość zaistnienia cudu – szczególnie na tej ziemi. Tora nakazuje mi: „Szukaj pokoju i idź za nim” – nawet wtedy, gdy zawarcie pokoju okazuje się niemożliwe, być może właśnie wtedy.

Zatem zwracam się do Ciebie, Sąsiedzie, z nadzieją, że uczciwa opowieść o mojej historii być może Cię poruszy – i pomoże stworzyć między nami przynajmniej nić zrozumienia, jeśli nie porozumienia. Chcę, aby mój rząd czynnie dążył do rozwiązania konfliktu polegającego na utworzeniu dwóch państw, by rozważył najwątlejszy cień możliwości zawarcia porozumienia. Chcę, aby mój rząd nie przemawiał tylko językiem bezpieczeństwa i zagrożenia, lecz także językiem nadziei, współistnienia i moralnej odpowiedzialności. I chcę, aby mój rząd powstrzymał ekspansję osadnictwa. Nie tylko ze względu na Ciebie, ale też i na mnie. Prawicowy rząd Izraela, który działa, gdy piszę te słowa, zdaje się niezdolny do wykrzesania z siebie jakiejkolwiek wizji.

Dziś mam już jakąś nadzieję, że w obliczu katastrofy zaistniałej w krajach wokół nas – potworności w Syrii i w innych miejscach na Bliskim Wschodzie – Palestyńczycy i Izraelczycy wydobędą się z tej otchłani i wybiorą życie. Lecz żeby to nastąpiło, musimy nawzajem poznać swoje marzenia i lęki. […]

Piszę te listy, bo po raz kolejny chcę wyruszyć w podróż. W podróż do Ciebie. Lecz z tą jedną różnicą: ostatnim razem, gdy odbyłem podróż w głąb społeczeństwa palestyńskiego, usiłowałem Cię zrozumieć. Prawie w ogóle z Tobą nie dyskutowałem i ani słowem nie wspomniałem o sobie. Usiłowałem słuchać.

Teraz chcę się z Tobą podzielić cząstką mojej wiary i mojej historii, które się ze sobą ściśle splatają. Jestem Żydem z powodu historii. To ona mnie tu przywiodła i to dzięki niej jestem Twoim sąsiadem.

Raczej nie przekonamy się nawzajem do swoich odmiennych opowieści. Każdy z nas żyje w historii tak głęboko zakorzenionej w swojej egzystencji, tak mocno precyzującej nasze zbiorowe i indywidualne istnienie, że rezygnacja z naszych narracji byłaby zdradą.

Musimy jednak kwestionować historie, jakie opowiadamy nawzajem o sobiei jakie zdominowały nasze społeczeństwa. […]

Zatem, Sąsiedzie, oto jestem. Zapraszam Cię do mojego duchowego domu z nadzieją, że pewnego dnia będziemy mogli wzajemnie się powitać w naszych fizycznych domach.


Fragment pierwszego rozdziału książki „Listy do mojego palestyńskiego sąsiada”, która ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa Austeria. Śródtytuły pochodzą od redakcji
Tłum. Maria Makuch
Tekst ukazał się w kwartalniku Więź”, lato 2020


Yossi Klein Halevi – ur. 1953 w Nowym Jorku jako syn ocalonego z Zagłady. Pisarz i publicysta. Pracuje w edukacyjno-badawczym Shalom Hartman Institute w Jerozolimie. Zaangażowany w dialog międzyreligijny. Autor m.in. książek „At the Entrance to the Garden of Eden: A Jew’s Search for God with Christians and Muslims in the Holy Land”, „Like Dreamers: The Story of the Israeli Paratroopers who Reunited Jerusalem and Divided a Nation” oraz „Listy do mojego palestyńskiego sąsiada”. Od 1982 r. mieszka w Jerozolimie. W roku 2020 Polska Rada Chrześcijan i Żydów nadała mu tytuł Człowieka Pojednania.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Zygmunt Bauman: Palestinian persecution echoes the Shoah, which began with discrimination, ghettoes and pogroms

Zygmunt Bauman: Palestinian persecution echoes the Shoah, which began with discrimination, ghettoes and pogroms

PAUL MUTTER
[ SEPTEMBER 5, 2011 – but the internet remembers ]


Zygmunt Bauman. Foto: A. Astes / Alamy / Alamy

Several weeks ago, the renowned sociologist Zygmunt Bauman gave a stunning interview to the Polish journal, Polityka, on Zionism, the Holocaust, and Israel’s cult of war. In it he charges Israel’s leaders with actively discouraging peace, with seeking war instead of peace, and accuses them of manipulating the Holocaust’s lessons to justify repression. In one of his most charged claims, he says the wall surrounding the Occupied Palestinian Territory is little different than the walls surrounding the Warsaw Ghetto.

Bauman is one of the foremost social theorists in Europe, an alchemist of post-Marxist, post-modernist thought whose work has tackled everything from the Holocaust to globalization to “liquid modernity.” He is also a member of the Holocaust generation, a Polish-born Jew who survived Hitler by escaping to the Soviet Union only to be forced out of Eastern Europe for good during Poland’s 1968 anti-Semitic purges. As such, his words carry enormous influence, and his interview has stirred up a small frenzy.

Bauman’s interview is, at the moment, only available in Polish. Eva Smagacz has been gracious enough to provide to this site with an English translation of some of the highlights of the interview, which you can read below.

I don’t know how people will interpret what is happening today when they will look back at it in 25 years. But the fact of it being an unknown does not mean that we shouldn’t judge what is happening in front of our eyes.

I would use the point made by [Tony] Judt in his memorable article published in the New York Review of Books in 2003, that Israel is becoming a “belligerently intolerant, faith-driven ethno-state”, that the middle eastern “peace process” is finished – “it did not die – it was killed.”

I was expressing similar sentiments nearly 40 years earlier in “Haaretz” as I was leaving Israel in 1979. My concerns were related to the toxic and corrosive characteristics of the Occupation, its putrefying effect on ethics and the moral scruples of the occupiers. I was concerned at that time that the younger [Israeli] generation was growing in the belief that state of war and military readiness – in 1971 still treated as “state of emergency” – was normal, natural, and probably unavoidable.

I was concerned with a country that was learning to hide its numerous and inevitably growing internal social problems, washing its hands of those problems by inciting and inflaming the sense of external threat, [thus] losing the skill to deal with these problems in the process.

Inside that besieged fortress, arguing – no, even expressing a simple difference of opinion – is [becoming] both criminal and treason.

I was also disconcerted with the inversion of the Clausewitzian doctrine of war, where war is a continuation of policy, and transmogrifying policy into . . . military ventures, the consequence of which has been the remorseless erosion of democratic habits.

I was concerned with the deepening inability of Israel to live in a state of peace and with people’s growing disbelief in the possibility of life without war, and with the political elite’s fear of peace when they would no longer know how to govern [without war].

I also share the fear expressed by Judt as to the use of Holocaust by Israel’s rulers as a get-out-of-jail card for their own depravity and absolution of their sins, both those that they have already committed and those they are going to commit.

I also wrote about it in “Modernity and the Holocaust” (1989), citing Menachem Begin when he calls Palestinians Nazis, and paints having them as neighbors of Israel, of seeking another Auschwitz. Begin was answered – very mildly and in an oblique way – by Abba Eban, who was a minister in the Labor Party, that it was time for Israel to stand on its own feet, rather than standing on the feet of six million murdered victims.

The way of “commemorating” the Holocaust in Israeli politics is one of the main obstacles in realizing the potential of the Shoah as a moral purging [for Jews] – and in a way is a post-mortem triumph for Hitler, who dreamed of creating conflict between Jews and the whole world, and between the whole world and the Jews, in preventing Jews from ever having peaceful coexistence with others.

[My] radically opposite way of “commemorating” the Holocaust can be summarized as follows: It is forbidden to stay silent in the face of Israeli crimes and their persecution of Palestinians exactly because the fate of Jews in Europe had similar beginnings – discrimination, pogroms, ghettoes, concluding with the Shoah.

And there you have it. It is a mission of the survivors of the Shoah to bring salvation to the world and protect it from repeated catastrophe: to expose those hidden from the world, but still suffering – to prevent another disgracing of civilization.

The greatest of historians of the Holocaust, Raul Hilberg, understood that mission when he used to stubbornly repeat that the Shoah machine did not differ in its structure from the “normal” organization of German society. To put it another way: the Shoah was one of the expressions of that society. And again, theologian Richard Rubinstein remembered that just as personal hygiene, subtle philosophical concepts, superb works of art, or sublime music are expressions of civilization, so too is imprisonment, war, exploitation, and the concentration camp. The Shoah – he said in conclusion – “was not an expression of a collapse in civilization but of its progress.”

Unfortunately, this is not the only lesson of the Shoah. Another one is that the one who hits first becomes the top dog, and the more iron the fist, the better chance of getting away with it.

The rulers of Israel are not the only ones that draw on and amplify this sinister lesson, they are not the only ones that should be blamed for the post-mortem triumph of Hitler. Yet when Israel, whose founders took up the mantle of being the custodians of Jewish fate, does these things, then the shock is much greater than in other cases – because this fact also destroys a myth, a myth accepted by us, that is important to us:

That suffering ennobles, that victims come out cleansed, exalted and altogether saintly. And here it turns out how things turn out in reality: As soon as their suffering is over, victims stand waiting for the first opportunity to pay back their persecutors; and if taking revenge on yesterday’s persecutors is somehow unattainable or inconvenient, they rush to erase the dishonor of yesterday’s weakness . . . and show that they also know how to wave the baseball bat and crack the whip – and that they will use whatever is at hand to achieve victory.

What is the wall built around the Occupied Territories if not an attempt to surpass the creators of the wall surrounding the Warsaw Ghetto?

Hurting people debases and morally destroys those who are doing the hurting . . . [Hurting others] does, however, initiate the process that the great anthropologist Gregory Bateson named “schizmogenesis” – a sequence of action and reaction where each consecutive behavior may exaggerate one another, leading to an ever more deepening schism.


BEFORE YOU GO – Stories like the one you just read are the result of years of efforts by campaigners and media like us who support them by getting the word out, slowly but doggedly.

That’s no accident. Our work has helped create breakthroughs in how the general public understands the Palestinian freedom struggle.

Mondoweiss plays a key role in helping to shift the narrative around Palestine. Will you give so we can keep telling the stories in 2022 that will be changing the world in 2023, 2025 and 2030?


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com