Archive | February 2022

Jewish Music of Eastern Europe. Hard times kapelye.

Jewish Music of Eastern Europe. Hard times kapelye.

      blimeyee



Manchester St Petersburg Friendship Society presents an evening of international music in aid of sending the Kalinka Youth Orchestra on a study trip to St Petersburg.
This is known as the “Silver Strings Appeal” The concert took place at St Margarets Church Whalley Range Manchester UK on 13th July2013
Thanks for watching
I appreciate any comments

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Po wojnie chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. I nagle przyjechali po mnie Żydzi

Dom dziecka w Otwocku, 1945 r. (Fot. Julia Pirotte / Żydowski Instytut Historyczny)


Po wojnie chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. I nagle przyjechali po mnie Żydzi

Anna Bikont


Kosowie mnie kochali. Może sami nie zabili moich rodziców, tylko donieśli Niemcom?

.

Gdy Lejb Majzels wyjeżdżał do Staszowa, nie spodziewał się, że podróż, nie tak znowu odległa, zajmie mu trzy dni. Miał wystartować o ósmej z warszawskiego przystanku PKS, ale ciężarówka się spóźniła. Dotarł do Sandomierza dopiero o szesnastej, za późno na transport do Staszowa. Musiał więc na miejscu szukać noclegu. Nie wiedział, że następnego dnia jest święto Wniebowstąpienia Pańskiego i nie będzie żadnej komunikacji. „Zacząłem przedostawać się etapowo” – pisał, co musiało oznaczać podróż furmankami i pieszo. Dotarł do Łoniowa, stamtąd do Osieka „i nareszcie do Staszowa, dokąd przybyłem o godzinie 22-ej”.

16 maja, trzeciego dnia podróży, o piątej rano Majzels wsiadł do kolejki wąskotorowej jadącej do Bogorii.

W małej Bogorii żyło przed wojną ponad pięciuset Żydów. Dziewczynka, którą miał odnaleźć, Alinka Ungerman, była prawdopodobnie jedynym ocalałym tam żydowskim dzieckiem.

W Bogorii znalazł Jana Kosa, jego żonę i niespełna pięcioletnią Alinkę. „Ojciec dziecka, były kupiec leśny, według słów Kosa nie dał mu żadnego wynagrodzenia z góry, twierdził, że wynagrodzenie nastąpi po ocaleniu, rodzice dziecka nie przeżyli. Ob. Ob. Kos są bezdzietnymi zamożnymi gospodarzami, posiadają 5 morg gruntu, 2 krowy, konia, gospodarstwo wzorowe. Z obserwacji stwierdzam, że do dziecka są silnie przywiązani i traktują go jako swoje” – sprawozdawał.

Z obserwacji dokumentów i zeznań mogę stwierdzić, że kiedy ktoś, kto przechowywał Żydów, zaczyna od deklaracji, że nie otrzymał za to żadnego wynagrodzenia, najpewniej je dostał, i to spore. Ci, którzy ukrywali bezinteresownie, rzadko chwalili się swoją szlachetnością.

Kos powiedział Majzelsowi, że koresponduje z ciotką Alinki, która w liście „błaga o zwrot dziecka, obiecując mu w nagrodę dwa razy tyle, ile będzie chciał”, i proponując nieruchomość w Zawichoście. Kos „ma pojechać do Zawichostu celem obejrzenia posiadłości i o ile będzie mu odpowiadała”, odda dziecko.

Ciotka Alinki, która błagała Kosa o zwrot dziecka, pisała w tej sprawie do różnych instytucji żydowskich i to wskutek jej interwencji Majzels znalazł się w Bogorii. Na list Komitetu relacjonujący wizytę Majzelsa odpowiedziała: „To dziecko jest jedyne z mojej całej licznej rodziny, ja swoje własne straciłam tragicznie. Alinka jest moją siostrzenicą, ale chcę ją mieć za własną córkę, ona jest moją jedyną nadzieją w życiu. Już dwa lata biegam po wszystkich organizacjach, nawet interweniowałam u Rabina Herzoga z Palestyny, który będąc w Lampertheimie, obiecał mi pomoc, ale wszystko skończyło się na obietnicy. Zaczęłam więc pisać do ob. Kosa bezpośrednio, obiecując mu cały mój majątek. Proszę i błagam o pomoc i napisanie mi, w jaki sposób mam przeprowadzić akt odpisu placu w Zawichoście na rzecz ob. Jana Kosa”.

Przeczytałam setki świadectw z Zagłady, więc wymóg zapłaty za zwrócenie dziecka mnie nie zaskoczył. W czasie wojny większość Żydów ukrywała się za pieniądze. Nie tylko te uiszczane co miesiąc jako opłata za mieszkanie czy utrzymanie. Cenę miały też drobne, zwykłe czynności: przekazać list od jednego ukrywającego się do drugiego, spieniężyć coś z majątku, wymienić złote monety. Ciotka Alinki Ungerman prosiła, by dziewczynkę „po odebraniu oddać do sierocińca, z którego wysyłają dzieci do Palestyny”, gdyż ona także wkrótce tam wyjedzie.

„Jestem wam niezmiernie wdzięczna za poczynienie kroków odbioru dziecka mojej siostry, która jest jedynym moim skarbem” – dziękowała dwa miesiące później. Apelowała: „Uprzejmie proszę o przyśpieszenie sprawy. Chciałabym już doczekać tej chwili, kiedy dziecko będzie w żydowskich rękach, póki dziecko jest w rękach Kosa, ja nie mam spokoju. Błagam i proszę o przyśpieszenie tej sprawy. Mnie już brak sił na długie czekanie”.

Ciotka jako Leokadia Schmuckler-Krawczyk przebywała wówczas w obozie dla dipisów w Lampertheim w Niemczech, w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Straciła w czasie wojny męża i dwuipółletnią córeczkę, sama przeżyła na fałszywych papierach. Szukam jej śladów. Nie wiem jeszcze, że nazywała się Mala Wajnberg (gdy się urodziła), Mala Szmuklerz (gdy wyszła za mąż), Leokadia Krawczyk (gdy się ukrywała), Leokadia Fiterman (gdy wyszła drugi raz za mąż), Mala Fiterman (po wyjeździe do Izraela). Kilkakrotna zmiana imienia i nazwiska to standard, co nie ułatwia poszukiwań.

Nie załatwiwszy nic za pierwszym razem, Lejb Majzels pojechał do Bogorii po raz drugi 16 sierpnia 1947 roku, trzy miesiące po pierwszej wizycie. Alinki już nie było. Jedenaście dni wcześniej została zabrana przez pracownika Żydowskich Kongregacji Wyznaniowych do ich domu dziecka w Łodzi.

Można więc założyć, że wyjechała z Polski – przedstawiciele kongregacji sprawnie organizowali jak najszybszy przerzut dzieci. Ale gdzie jej szukać po świecie?

Wiedziałam, że w Żydowskim Instytucie Historycznym po lewej stronie holu mieści się Dział Genealogii, który zajmuje się poszukiwaniem krewnych, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę zapytać tam o coś związanego z moją pracą, a nie z rodziną. Aż za czyjąś namową zdecydowałam zapukać do ich drzwi i przedstawić listę poszukiwanych. Tak poznałam Noama Zylberberga.

– Najlepiej zacząć od bazy danych z nazwiskami ofiar Holokaustu umieszczonej na stronie internetowej Yad Vashem – radzi mi Noam. – Jeżeli Alina złożyła w Yad Vashem oświadczenie, że jej krewni zginęli w Zagładzie, to będą tam jej podpis, data i adres.

Jest! Relację o śmierci Dawida Ungermana z Opatowa i jego żony Racheli z domu Wajnberg złożyła Ilan Tamir zamieszkała w Zichron Ja’akow.

Page of Testimony, jedna kartka, dwadzieścia siedem rubryk. Prowadzony przez Yad Vashem projekt zapisania nawet najdrobniejszej informacji o każdej z sześciu milionów ofiar Holokaustu został zaliczony do dziedzictwa pamięci UNESCO. Świadectwa gromadzono od lat pięćdziesiątych, udało się ich zebrać dwa miliony siedemset tysięcy. Zdarza się, że tę samą osobę zapisano w kilku wariantach imienia, nazwiska, losu.

Dane się nie zgadzają, bo ktoś kiedyś o kimś usłyszał, sam albo od rodziny, coś zapamiętał, może źle, ale wypełnia formularz, żeby został ślad.

W rubrykach często pojawiają się znaki zapytania, tak jest też w tym przypadku. Jaki był adres ojca, do jakich organizacji należał, jaki miał zawód, gdzie pracował – same pytajniki. Data śmierci – być może 1945. Okoliczności – rodzice ukrywali się u Jana Kosa we wsi Bogoria, u rodziny chrześcijan. Z końcem wojny chrześcijanie donieśli albo gospodarze zabili.

Formularz został wypełniony dwadzieścia lat temu, ale adres się nie zmienił. Umawiam się z Ilan, że ją odwiedzę, kiedy będę w Izraelu.

Zichron Ja’akow. Domek otoczony kwiatami, uśmiechnięta gospodyni, sportowy styl, niebieska koszula w paski i tenisówki Nike z różową podeszwą. Zdecydowana. Zaczyna mówić po polsku, ale zaraz się wycofuje („Ja znam polski akcent, ale nie znam polskich słów”) i przechodzi na angielski. Oczywiście wolałabym, żeby mówiła w języku swoich dziecięcych doświadczeń. Gdybym była jej psychoterapeutką, mogłabym zasugerować, że lepiej będzie rozmawiać w języku jej traumy. Gdybym była historyczką, przywołałabym teorię, być może istniejącą naprawdę, o wadze źródeł mówionych przekazanych w języku przeżytego doświadczenia. Lecz jestem dziennikarką, intruzką w cudzym domu, i przepełnia mnie poczucie nieskończonej wdzięczności, że ktoś jest gotów dzielić się ze mną swoją opowieścią. Nie naciskam, ale żałuję.

– Mama była z Ożarowa, siedmioro dzieci w rodzinie, tata z Opatowa, ośmioro dzieci. Mamę już mieli wydać za mąż, gdy na ulicy w Staszowie zobaczyła mojego tatę i zakochała się na zabój. Oświadczyła, że nigdy za mąż nie wyjdzie. Tymczasem jej młodsza siostra miała miesiąc po niej wziąć ślub, ale nie mogła, póki starsza nie wyjdzie za mąż. I wtedy w sklepie z materiałami w Staszowie, który należał do dziadka, pojawił się ten młody mężczyzna ze staszowskiej ulicy, przedstawił się: Dawid Ungerman z Opatowa, i poprosił o jej rękę.

Może urzekła ją jego powaga i melancholia, widoczna na jedynej zachowanej fotografii rodziców Ilan? (W rzeczywistości to dwa oddzielne zdjęcia, ojca i matki, ale tak skadrowane i włożone we wspólną ramkę, że mogą uchodzić za ich wspólne zdjęcie).

– Kos pracował dla naszej rodziny w tartaku. To dziadkowie zdecydowali: dzieci trzeba ukryć. Urodziłam się 1 czerwca 1942 roku. Mama miała przede mną dwie dziewczynki, jedną w 1939, drugą w 1941 roku, obie zmarły niedługo po urodzeniu. Dlatego dostałam imię Alte, czyli „stara”. Miałam trzy albo cztery miesiące, kiedy przynieśli mnie do Kosów. Było mi tam bardzo dobrze, nie czułam wojny. Twarz Kosowej mi się rozmyła, ale pamiętam, że wszędzie biegałam za Kosem, wołając: „Tatusiu, poczekaj!”. I że dużo się śmiałam. Potem już nie.

W papierach Ilan oglądam odpis jej aktu chrztu z parafii w Bogorii z 20 września 1944 roku. Figuruje tam jako Alicja Maria Kos.

– Po wojnie miałam dwie kozy do pilnowania, chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. Z innymi dziećmi biegaliśmy z kamieniami, krzycząc „Żyd”, jakbyśmy kogoś goniły. I nagle przyjechali po mnie Żydzi.

Religijni Żydzi, którzy ją odebrali, szukali jej na prośbę jej drugiej ciotki Sali (była siostrą jej ojca, podczas gdy Leokadia, która kontaktowała się z Komitetem, to siostra jej matki).

W archiwum ŻIH jest relacja Sali Ungerman złożona 14 listopada 1945 roku przed Żydowską Komisją Historyczną w Łodzi.

Latem 1942 roku rodzice załatwili szesnastoletniej Sali „aryjskie papiery” i wysłali ją do Lublina. Wróciła do nich, kiedy zaczęły się wysiedlenia okolicznych miasteczek, żeby nie zostawiać ich samych. W czasie akcji deportacyjnej w Opatowie, gdzie mieszkali, podszedł do niej na rynku Niemiec i poprowadził ją jak na rozstrzelanie. Zdziwiła się tylko, że rodzice nie płakali, kiedy odchodziła. Niemiec odeskortował ją za tartak należący do rodziny Ungermanów i powiedział, że ma tu czekać, aż ktoś się pojawi i zawiezie ją do Lublina. Sala krzyczała, że nigdzie nie pojedzie, wraca do rodziców, chyba że esesman przyprowadzi też jej młodszego braciszka. Nie zabił jej, tylko zrobił to, o co prosiła. Sala umieściła brata w obozie pracy, który wydawał się najbezpieczniejszym miejscem, bo chronił przed wysiedleniem. Sama wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu. Wysłana na krótko do Auschwitz, potem do obozu pracy w Niemczech, upierała się, że niesłusznie uznano ją za Żydówkę, aż wywalczyła, żeby w kartotece zapisano ją jako Polkę.

Jej relacja pokazuje, jak mylące jest wyobrażenie o ukrywających się Żydach, które wyraża się w określeniach: ocaleni, przechowani. Jakby byli biernymi odbiorcami pomocy. Tak też się zdarzało, ale rzadko. Sala Ungerman podejmowała dziesiątki samodzielnych decyzji, szybkich i brawurowych. I to dzięki nim się uratowała. Siatkę pomocy tworzyli członkowie jej rodziny, którym udało się uniknąć deportacji.

Sala opowiada dalej, jak po wyjściu z obozu wróciła do Polski, by szukać śladów krewnych: „Chciałam pojechać do Klimontowa, ale po drodze spotkali mnie znajomi i powiedzieli mi, żebym nie jechała, bo Polacy tam po wyzwoleniu zabili pięciu Żydów. Pojechałam do Łodzi. Nikogo z rodziny nie spotkałam. Spotkałam siostrę bratowej, która mi powiedziała, że dziecko brata jest we wsi Bogoria, pow. opatowski, u Polaka Kosa Jana. Jest on bezdzietny. To on zabił mojego brata i bratową (…). Polak ten ma dobry stosunek do tego dziecka i nie chce go w żaden sposób oddać. Możliwe, że zabił rodziców dziecka, żeby dziecko sobie zatrzymać. Brat i bratowa mieli również dużo pieniędzy przy sobie. Dziewczynka ma teraz cztery latka, nazywa się Alinka Ungerman, jak ją teraz nazywają, nie wiem. Byłam u prokuratora, ale na razie nic nie da się zrobić”.

Sala Ungerman zgłosiła się w Łodzi do działaczy kongregacji wyznaniowych. Pojechali do Bogorii, zapłacili Kosom za Alinkę sześćdziesiąt tysięcy złotych i zabrali ją do domu dziecka. Ciotka Sala zamierzała ją stamtąd zabrać.

Ilan Tamir:

– Mieli wizję, że trzeba uratować każde żydowskie dziecko, żeby nie zostało Polakiem. W domu dziecka powiedzieli mi, że jestem Żydówką i że Kosowie to nie są moi rodzice, ale im nie uwierzyłam. Czułam się Polką i chrześcijanką, byłam wściekła, nie chciałam jeść. Zapalałam światło w piątek, a to był religijny dom dziecka. Raz w tygodniu, też w piątek, dostawaliśmy czekoladę, która przychodziła w paczkach z Ameryki. Trzeba się było ustawić w rządku, żeby dostać kawałek. Ja jej nie chciałam, bo nie chciałam niczego.

W dokumentach Żydowskiego Instytutu Historycznego przechowała się karta kolonijna, a w niej „Krótka charakterystyka dziecka: kapryśna”.

– Można tak określić dziecko, które tyle przeżyło? – pytam Ilan.

– Ale ja byłam kapryśna.

Sala, wtedy już Epelbaum, po mężu, odwiedzała bratanicę.

– Mieszkała we Wrocławiu. Dwa razy przyjeżdżała, żeby mnie zabrać, ale powiedziałam: nie.

Raz przyjechał też w odwiedziny Kos.

– Powiedzieli mi: „Kos zabił twoich rodziców”. Dzieci mnie schowały, kiedy się pojawił.

Gdy Alinka dowiedziała się, że jej tata jest fałszywym tatą i mordercą jej prawdziwego ojca, miała sześć lat. O tym, że u Kosa ukrywali się także jej rodzice i tam zostali zamordowani, dom dziecka musiał się dowiedzieć od Sali. Z tego, co udało mi się ustalić, nie przeprowadzono dochodzenia w tej sprawie. Nikt zatem nie wie, czy tak było naprawdę.

Alinka nie chciała zamieszkać z ciotką, a dom dziecka nie naciskał. Pewnie Sala nie była w ich oczach dość religijna. Ilan pamięta, że w jej domu jadło się wieprzowinę.

– Dwa razy wysłali mnie w Polsce do żydowskich rodzin zastępczych. Jedna była bardzo religijna, ale widać zachowywałam się niewłaściwie, bo przywieźli mnie z powrotem. W drugiej ojciec był rabinem, prowadził cheder i miał córkę w moim wieku, która mnie nie lubiła. Ale cheder nie jest przeznaczony dla dziewczynek, tam uczą się sami chłopcy, a ja zakradałam się słuchać, więc też mnie odesłali.

W 1950 roku Alinkę przekazano w końcu „niekoszernej” ciotce. Brawurowo przeżyła wojnę, tyle że teraz była kłębkiem nerwów.

– Sala była w ciąży i miała już papiery na wyjazd do Izraela. Przeze mnie, bo mnie nie było w tych papierach, nie wyjechała. Nie mogła mi tego wybaczyć. Kochałam ją i panicznie się jej bałam. Tłukła mnie, miałam takie sińce na rękach, że latem chodziłam w bluzkach z długimi rękawami. Byłam nieustannie sparaliżowana strachem. Starałam się, jak mogłam, żeby mnie pokochała. Pamiętam, była w ciąży, wokół ciemno, wzięła mnie za rękę, bo dokądś się śpieszyłyśmy, a ja marzyłam, żeby to trwało jak najdłużej, żeby trzymała moją rękę. Nigdy mnie nie objęła. Nie żeby mnie nienawidziła, ale uważała, że jestem źródłem wszystkich jej problemów. Zapytałam ją kiedyś, czy mogę do niej mówić „mamo”. Odpowiedziała, że matka jest tylko jedna i jeśli ona nie żyje, jej dzieci też nie powinny żyć. Jeżeli coś dziś skłania mnie do płaczu, to nie utrata rodziców, tylko czas spędzony z Salą, między ósmym a czternastym rokiem, najgorszy okres w moim życiu. Chciałam wrócić do Kosa. Pewnego dnia, mogłam mieć wtedy dziewięć lat, uciekłam. Doszłam do stacji kolejowej. Na peronach stało wiele pociągów. Pytałam ludzi: „Który z nich jedzie do Bogorii?”. Nikt nie wiedział, więc podeszłam do milicjanta. On zapytał: „Tak jedziesz sama? Gdzie masz bilet?”. Powiedziałam, że jestem Polką, że porwali mnie Żydzi, trzymają mnie siłą i chcę wrócić do moich prawdziwych rodziców. Milicjant zaprowadził mnie do budynku stacji, to był wieczór, powiedział, żebym poczekała na ławeczce, kupi mi bilet. Po jakimś czasie zjawił się wujek, mąż Sali. Milicjant mnie zdradził. Wujek był dla mnie miły, ale bał się żony. Kiedy Sala go zapytała: „Czy ją ukarałeś?”, a on odpowiedział: „Nie”, kazała mu wziąć pas i mnie zbić. I on to zrobił. Było mi go szkoda.

– Chciała pani uciec do Kosa, czyli nie uwierzyła pani, że to on zabił pani rodziców?

– Uwierzyłam. Ale jednocześnie pamiętałam, że byłam u nich szczęśliwa. Rodzice mieli pieniądze, mieli złoto. Po wojnie Kos kupił konie. Nie zapytałam nigdy, czyj był dom, w którym mieszkaliśmy. Nie chciałam źle o nich myśleć, oni mnie uratowali, oni mnie kochali. Może sami nie zabili, tylko donieśli Niemcom? Raz byłam w Polsce, z synem w 2001 roku. Odwiedziłam starszą kobietę, która mnie pamiętała, zapytałam ją o Kosa, odpowiedziała: „Dzikie zwierzęta zabijają”. Jako dziecko nie zadawałam sobie pytań. Nie pamiętam, żebym chociaż raz zastanawiała się nad tym, dlaczego inni mają rodziców, a ja nie. Gdzie były wtedy moje pytania? Żyłam w czasie teraźniejszym. Pierwszy raz zobaczyłam zdjęcie mamy, kiedy miałam dwadzieścia trzy lata. Zanim ujrzałam ją na zdjęciu, tak podobną do mnie w jej wieku, nie byłam wcale pewna, że jestem tym, kim jestem.

W 1956 roku wraz z Salą i jej rodziną – Sala miała już dwoje dzieci – wyjechała do Izraela.

– Byłam dla Sali pyłkiem, nikim. Przewiozła mnie i oddała.

Oddała ją ciotce Mali, tej, która pisała z obozu dla dipisów, że Alinka jest jej jedyną nadzieją w życiu i chce ją mieć za własną córkę. Teraz mieszkała w Tel Awiwie i Alinka nie była już jej jedyną nadzieją.

– Mala wyszła drugi raz za mąż, mieli dziecko, cztery lata młodsze ode mnie, którego nie znosiłam. Mala miała religijnego kuzyna w Hajfie, nazywał się Chil Goldman. Przyjechał do Izraela w latach trzydziestych, zapomniał polskiego, nie nauczył się hebrajskiego, mówił tylko w jidysz. Jemu mnie oddała. Zapisał mnie do szkoły religijnej. Byłam dobra z matematyki i czasami chciałam się odezwać, ale nie znałam hebrajskiego. Nauczycielka powiedziała, że nie mogę mieć na imię Alinka, i dała mi do wyboru trzy inne imiona: Lea, Yael, Ilan. Powiedziałam „Yael”, ona mi dała Ilan. Znała polski i była jedyną osobą, która dużo ze mną rozmawiała. Radziła mi kibuc. Wujek był gotowy zgodzić się tylko na kibuc religijny, ale ja się uparłam i w końcu zaakceptował inny, Kefar Masaryk, blisko Akki, gdzie mieszkała Sala. Więc w 1957 roku zamieszkałam w kibucu. Któregoś dnia trzy lata później, w dniu urodzin młodszej córki Sali, kupiłam jej prezent i pojechałam ich odwiedzić. Drzwi otworzyła mi obca kobieta, powiedziała: „Pomyliłaś adres”. Trzy miesiące wcześniej wyemigrowali do Kanady, nie dali mi nawet znać, nie zostawili adresu.


Tytuł i skróty od redakcji

Książka Anny Bikont 'Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie'Książka Anny Bikont ‘Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie’ Wydawnictwo Czarne

Książka Anny Bikont „Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie” ukaże się 23 lutego w Wydawnictwie Czarne


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Amnesty International’s Obsessive Fixation With Israel

Amnesty International’s Obsessive Fixation With Israel

Alan Baker / JNS.org


Illustration with the logo of Amnesty International on the vest of an observer of a demonstration in Paris, France, Paris, on Dec. 11, 2021. Photo: Xose Bouzas / Hans Lucas via Reuters Connect

Much has been written about the Feb. 1, 2022 Amnesty International report alleging that Israel practices apartheid against the Palestinians.1

From its opening paragraphs and throughout, this report is rife with over-generalized and sweeping accusations and irresponsible value judgments, all of which do nothing but prejudice any claim to professionalism and credibility on the part of the authors of the report, as well as of the organization that has endorsed it.

Any objective or even non-objective reader cannot but observe the bitter fixation, extreme prejudice and blatant hatred of Israel emanating from every line of the report, even to the extent of questioning Israel’s very legitimacy and right to exist.

This intense hatred is so apparent to the eye that it places in question any genuine motivation or aim, as claimed by Amnesty International in its founding principles, that it is an organization “independent of any political ideology,”2 that it does not intervene in political questions, and that it is fair and objective.

On the contrary, through the clear lack of objectivity, the one-sidedness and extreme bias that radiate from every chapter, page and sentence in the report, Amnesty International does not even pretend to conceal its hostility towards and fixation with Israel.

The Amnesty report willfully and deliberately distorts and misrepresents the circumstances surrounding the historic development of the State of Israel. Moreover, through its biased and one-sided presentation and selective value judgments, it ignores, sidelines and downplays the existential dangers that Israel has faced and continues to face from its neighbors and its immediate regional surroundings since its establishment, including ongoing, violent Palestinian terror directed against Israel’s civilian population and territory.

The report blatantly ignores the inherent rights to which Israel is entitled in international law and practice to defend its territorial integrity and protect its civilian population from attack, terror and violence.

In what openly appears to be a perverted, partisan and deceptive manner, the report is drafted in such a way as to willfully misrepresent Israel’s legislative system and governance, social and economic policies, and basic rights as a democratic state.

One can only conclude that the authors of the report, together with the Amnesty International organization as a whole, entertain one and only one overriding purpose — to instill into the international public consciousness the false and misguided notion that Israel, from its establishment, is an illegal, apartheid regime.

They do this through the cynical and selective copying and transposing of terminology and phrases used in international instruments defining the crime of apartheid and crimes against humanity (including the 1976 International Convention on the Suppression and Punishment of the Crime of Apartheid3 and the 1998 Rome Statute of the International Criminal Court4). Through superficial and transparent legal acrobatics, they willfully go to great efforts throughout the report to copy-paste and transpose this international terminology onto the situation of Israel.

The incessant repetition ad nauseam of oft-used, hackneyed and clichéd buzzwords taken, often out of context, from U.N. political resolutions and other forms of international partisan documentation, only adds to the evident bias and lack of credibility of the report.

Sadly, the extreme nature of its distasteful fixation against Israel, as demonstrated in this report, cannot but serve to permanently stain and prejudice Amnesty International’s credibility and reputation, as well as any notion of dignity that its founding fathers intended it to have.

A compendium of countless false accusations

From the large number of ill-advised and misleading accusations contained in the Amnesty report, the following examples are indicative of the questionable methodology adopted by the authors throughout the report, with the aim of misleading, manipulating and even “brain-washing” readers into accepting false allegations and value judgments:

“Territorial fragmentation and segregation”

This accusation appears to form the axis around which Amnesty International builds its apartheid claim against Israel and is repeated fixatedly and incessantly throughout the report, including the absurd allegation that Israel “coerces Palestinians into enclaves within the State of Israel … and in the West Bank and Gaza Strip.”

Curiously, the term “fragmentation” appears to have been adopted by the authors of the report, even though the term, in and of itself, does not appear in any of the authoritative definitions, descriptions and formal elements of the crime of apartheid, and does not appear in relevant documentation regarding any other crime against humanity.

It is not, by any standard, a crime.

In every multicultural society throughout the world, different nationalities, races, religions and cultures, including those with a common language, reside together. This is a natural, social inclination.

Whether in areas, cities and villages throughout the United States, Canada, Australia, the UK, Ireland, Scandinavia, Switzerland, Belgium, Austria, the Far East and elsewhere, people of shared cultures and languages live together in their own communities as part of their national whole. This includes New York, Geneva, Bradford, Belfast, Ottawa, Montreal or anywhere else where communities with common languages and cultures live together. Such social fragmentation is not apartheid.

While Amnesty International does not consider such social and cultural fragmentation anywhere else throughout the world as apartheid, it has nevertheless manufactured and is attempting to apply the false, selective and discriminatory criterion only with regard to Israel and Israel’s governance of the disputed territories.

Since this form of legal acrobatics is applied solely to Israel, and in a most negative connotation, it is in itself discriminatory and unacceptable.

Israel’s multicultural population — Jews, Muslims, Christians, Druze and others, whether religious or non-religious — live in communities that serve their social and spiritual needs. This cannot, by any objective criterion, be considered to be “territorial fragmentation and segregation.” It is an accepted way of life in any society.

To artificially and cynically distort and misrepresent this about Israel by falsely alleging that Israel is responsible for the “fragmentation of the Palestinian people,” in order to maintain an “overall system of oppression and domination,” and that it deliberately intends to “coerce Palestinians into separate enclaves” is a willful and false exaggeration.

Years ago, a visiting US senator asked Jerusalem Mayor Teddy Kollek, “Is Jerusalem a melting pot?” Kollek responded, “A melting pot will not work here. Jerusalem is a mosaic, made up of many distinct pieces that together create a beautiful picture.”5

“Israel responded with a ruthless 11-day military offensive against Gaza”

The selective and one-sided presentation of facts in the Amnesty report is exemplified by its slanted and misleading description of the circumstances surrounding the May 2021 hostilities between the Hamas terrorist rulers of the Gaza Strip and Israel.

The authors of the Amnesty report found it necessary and unavoidable and politically correct to pay minimal lip service to the fact that “Palestinian armed groups fired indiscriminate rockets into Israel from Gaza.”

However, such minimal lip service appears to have overlooked that those unidentified “Palestinian armed groups” were the terror organizations Hamas and Islamic Jihad, and that the “military offensive” was initiated by Hamas, to which the Amnesty writers concluded that Israel had no inherent right, prerogative or duty to defend itself and its population.

The authors of the report appear to have overlooked the fact that more than 4,000 rockets were fired indiscriminately into Israel’s civilian population centers, in violation of every basic humanitarian norm known to and practiced in international law and practice.

They appear to have overlooked that thousands of Palestinian residents in the Hamas-controlled Gaza Strip were placed by the Hamas leadership in immediate danger and used as human shields, in further violation of international humanitarian norms. Misfired Hamas rockets fell short and landed on civilian housing in Gaza, and killed scores of people.

Schools, medical establishments, business premises and private homes were commandeered to conceal rocket emplacements and ammunition storage facilities. Hundreds of kilometers of tactical tunnels underneath civilian centers, public roads and institutions served the Hamas terror infrastructure in its military activities against Israel, thereby endangering the civilian population above those tunnels.

However, rather than accurately and honestly presenting these facts and acknowledging Israel’s right under international humanitarian law to defend itself against such attacks and to act against such military objectives, Amnesty International preferred to overlook and conceal the facts from the readers of its report, and cynically and deceitfully chose to accuse Israel of conducting “a ruthless 11-day military offensive.”

“Forcefully evicting Palestinian families from the Sheikh Jarrah neighborhood of Jerusalem in order to transfer Jewish settlers”

Amnesty International is deliberately misleading the readers of its report.

The issue of the Sheikh Jarrah/Shimon HaTzadik neighborhood in Jerusalem is a long-running, civil real-estate litigation with religious and historic overtones, dating back to the pre-1948 British mandate era. It has been under scrutiny in Israel’s courts since 1972. It involves legitimate, competing property claims by Jewish owners and Palestinian tenants and squatters.

The authors of the Amnesty International report failed to ascertain and present the factual circumstances of the issue. They chose instead to augment their fixated “fragmentation” accusation by blindly adopting and repeating the false, partisan Palestinian accusation against Israel of “a sustained campaign to expand illegal Israeli settlements and transfer Jewish settlers.”

Furthermore, by accusing Israel of arbitrarily arresting “peaceful demonstrators” and dispersing them with “excessive force,” Amnesty International chose to deliberately ignore and misrepresent the violent nature of the demonstrations organized by the Palestinian leadership.

“Israel’s long-standing, unlawful air, sea and land blockade separating Gaza from the West Bank”

In arbitrarily determining that Israel’s maritime blockade of the Gaza Strip is “unlawful,” and in presenting this as a further example of fragmentation and separation imposed by Israel, Amnesty International is deliberately misleading readers of its report and ignoring the findings of the official “Panel of Inquiry on the 2010 Flotilla Incident” established in 2010 by the UN secretary general, according to which: “The fundamental principle of the freedom of navigation on the high seas is subject to only certain limited exceptions under international law. Israel faces a real threat to its security from militant groups in Gaza. The naval blockade was imposed as a legitimate security measure in order to prevent weapons from entering Gaza by sea and its implementation complied with the requirements of international law.”6

“Attacks on Palestinian civil society by misusing counter-terrorism legislation to outlaw six prominent organizations”

The authors of the Amnesty report present to the readers the flawed claim that six “prominent Palestinian civil society organizations” are genuine, innocent human-rights organizations within Palestinian civil society. Once again, the authors of the Amnesty report are misleading and manipulating readers into believing that Israel randomly and illegally outlawed such organizations as part of what Amnesty claims is Israel’s “ongoing oppression and fragmentation of the Palestinians.”

However, as presented to the international community and international media, the Oct. 2021 Israeli decision outlawing six Palestinian NGOs with direct connections to terror organizations was in full accordance with international law norms and obligations as set out in international counter-terrorism conventions and resolutions.

In outlawing those organizations, Israel stressed their connection to and support for the Popular Front for the Liberation of Palestine (PFLP) terror organization.

Clearly, supporting terror outweighs activities ostensibly carried out by such organizations as a cover for terrorist activity.

The linkage between the organizations and the PFLP renders them eligible — and deserving — of criminalization in accordance with provisions of the relevant UN conventions and resolutions.

Such instruments include United Nations Security Council Resolution 1373 (2001), which calls for the criminalization of “willful provision or collection, by any means, directly or indirectly, of funds by their nationals or in their territories with the intention that the funds should be used … in order to carry out terrorist attacks.”8

Other similar instruments criminalizing organizations and groups supporting and financing terror include Security Council Resolution 2642 (2019)9 and the International Convention for the Suppression of the Financing of Terrorism (Financing Convention) (1999).10

As a protection against the PFLP’s active and ongoing actions to undermine Israel’s security and the safety of its citizens, Israel, therefore, is justified in designating PFLP-linked NGOs as terror groups and, as such, protecting itself against prevailing threats to peace and security.

“Suspension of all family reunification procedures for Palestinian residents”

Amnesty International accuses Israel of arbitrarily preventing family unification procedures for Palestinians seeking Israeli citizenship for purposes of marriage. Amnesty presents this as a further example of Israel’s policy of fragmentation and oppression of the Palestinian population.

Like every sovereign state, Israel has the absolute prerogative to grant citizenship, or alternatively to prevent or limit the acquisition of its citizenship, in light of public safety, security and other considerations. This is a prerogative that all nations observe.

The ultimate sovereign prerogative of states to limit immigration and acquisition of citizenship, through legislation, based on their vital interests, is acknowledged by international law and practice, including UN documentation on rights of immigration, while acknowledging the centrality of human rights considerations in granting immigration rights and citizenship.

Israel’s need to restrict rights of residence and acquisition of citizenship by marriage and family unification has been rendered necessary, due to a history of acts of terror committed by those Palestinians who have chosen to abuse the freedoms inherent in their newfound Israeli citizenship.11

Ongoing security instability and incitement to terror and payment of financial incentives by the Palestinian leadership have left Israel little choice but to temporarily restrict the acquisition of Israeli citizenship for purposes of marriage, despite the difficulties that this causes to those genuinely seeking family unification.

The irresponsible, ill-advised and misleading criticism by Amnesty International, as part of its persistent fixation against Israel, deliberately conceals from the readers Israel’s basic sovereign rights and prerogatives regarding the granting of its citizenship.

“Overall system of oppression and domination by Israel … [creates] a separate legal and administrative regime to control the occupied territories”

The claim by Amnesty International that Israel’s system of “oppression and domination over Palestinians,” both within Israel and in the “occupied Palestinian territories,” amounts to apartheid is a false and malicious claim devoid of factual or legal basis.

The Arab population is neither oppressed nor dominated and enjoys to the fullest extent all the rights, privileges and obligations of Israeli citizenship as promised in Israel’s Declaration of Independence and set out in Israel’s basic constitutional legislation.12

South African Judge Richard L. Goldstone, who headed a UN Human Rights Council investigation of the 2008-2009 Gaza war, wrote in an article in The New York Times on Oct. 31, 2011, entitled “Israel and the Apartheid Slander”: “In Israel, there is no apartheid. Nothing there comes close to the definition of apartheid under the Rome Statute: ‘Inhumane acts committed in the context of an institutionalized regime of systematic oppression and domination by one racial group over any other racial group or groups with the intention of maintaining that regime.’ Israeli Arabs — 20 percent of Israel’s population, vote, have political parties and representatives in the Knesset, and occupy positions of acclaim, including on its Supreme Court. Arab patients lie alongside Jewish patients in Israeli hospitals, receiving identical medical treatment.”13

Similarly, Israel’s governance of those parts of the territories under its control and jurisdiction pursuant to the Oslo Accords and pending the outcome of negotiations on their permanent status cannot be labeled as oppression and domination, nor as apartheid.

Amnesty’s claim that such governance is apartheid is spurious, to say the least, mainly because the central elements of the crime of apartheid of institutionalization and permanence, as set out in Article 7 of the Rome Statute of the International Criminal Court, “intent to maintain an institutionalized regime of systematic oppression and domination by one racial group,” simply do not exist.

Israel and the Palestinians are committed, pursuant to the 1991-3 Oslo Accords, to negotiate a permanent-status agreement to replace the interim regime established by the Accords.

When it comes to Israel, the report’s authors appear to be unaware of or ignore accepted rules of armed conflict and international humanitarian law regarding the administration of territory following armed conflict and pending resolution of a territorial dispute.

Instruments of international humanitarian law, including the 1907 Hague Regulations14 and the 1949 Fourth Geneva Convention,15 set out detailed provisions for occupying and administering authorities in their governance of territory and administration of the local population through a legal regime that is by definition separate from that regime applicable within a country’s sovereign territory.

Such international instruments enable the institution of a legal regime vis-à-vis the local population of such territory, including those necessary “limitations on movement” and “restrictions on political participation” condemned in the Amnesty report, in order to ensure safety and good governance of the area pending political resolution of the conflict.

Despite Amnesty’s claims, there is no requirement in international law and practice obliging an administering power to apply in administered territory its own sovereign legal system.

“Palestinians in annexed East Jerusalem … are granted permanent residence rather than citizenship”

The authors imply that Israel maintains a forced differentiation regime with regard to citizenship and residence status in Jerusalem and claim that this stems from deliberate fragmentation and oppression by Israel against the Palestinian population of eastern Jerusalem.

On the contrary, while Israel enables any resident of eastern Jerusalem who so wishes to take up Israeli citizenship, the majority of the Palestinian residents of the city choose to refrain from seeking citizenship as a result of threats and pressures from the Palestinian leadership. They prefer to maintain permanent-residency status, with the concomitant social benefits that accompany such status pursuant to Israeli law.

“Negating the rights of refugees residing outside Israel and the OPT to return to their homes”

The authors of the report attempt to falsely claim the existence of a “right of return for Palestinian refugees” when no such right exists, nor has ever been established.

There exists no “right of return” for refugees in international law or practice, and no international treaty or binding resolution by any international body imposes any such obligation on Israel.

Similarly, none of the agreements and documents agreed upon between Israel and its neighbors in the context of the Middle East peace negotiation process grants a “right of return” to Palestinian refugees.

The only specific, non-binding reference to the “return” of Palestinian refugees appears in article 11 of UN General Assembly Resolution 194(III) of Dec. 11, 1948, where the UN recommended that refugees “wishing to return to their homes and to live at peace with their neighbors should be permitted to do so at the earliest practicable date, and that compensation should be paid for the property of those choosing not to return.”16

This resolution, which was rejected by the Arab states, established no right and no obligation.

Similarly, no “right of return” emanates from any resolutions of the UN Security Council, from the International Covenant on Civil and Political Rights (ICCPR), or the Israeli-Palestinian Peace Process documentation.17

Both Israel and the PLO agreed in the Oslo accords that the issue of refugees would be discussed in the negotiations on the permanent status of the territories. The attempt by Amnesty to prejudge and dictate the outcome of such negotiations is regrettable and should be condemned.

“Occupied Palestinian territory (OPT)”

The phrase “occupied Palestinian territory (OPT)” figures on virtually all of the 211 pages of the Amnesty International report and is used by the authors as a given and accepted lingua franca copied from political resolutions of the UN, assuming that it goes without saying that the territories belong to the Palestinians.

In subscribing to this political fiction, Amnesty International is implying that the territory in its entirety was taken by Israel from the Palestinian people through oppression, domination and fragmentation. By Amnesty’s flawed logic, there neither exists, nor is there any justification for, the historical and legal claim by Israel and the Jewish people to the territory. On the contrary, Amnesty, in its report, rejects any such claim, preferring to deny Israel’s right to exist as a state of the Jewish people.

However, this belies international law and practice. Moreover, it undermines the basic premise of Middle East peace process documentation and relevant UN Security Council resolutions and agreements between the involved parties, all of which have been accepted and endorsed by the international community.

The “West Bank” territory of Judea and Samaria and the Gaza Strip have never been determined by any authoritative and binding legal document, treaty, resolution or declaration to be “Palestinian.” On the contrary, the territory is subject to a dispute, the settlement of which is to be negotiated between the parties.

By subscribing to and constantly repeating the buzzword phrase “occupied Palestinian territory,” Amnesty International is undermining and prejudging the outcome of the 1993-5 Oslo Accords, in which the PLO and Israel divided between them the governance of the territory and agreed that the permanent status of the territory would be negotiated between them.

Since the regime agreed upon by the Palestinians and Israel in the Oslo Accords replaced any previous legal regime, including that based on the 1949 Fourth Geneva Convention, both the denomination of the territory as “Palestinian” and the denomination of the territory as “occupied” are misplaced.

The question as to the outcome of the permanent status negotiations, including whether there will be one, two or three states, or a federation or confederation, will be ultimately determined through negotiation between Israel and the Palestinians, and not through partisan, unilateral, political determinations by Amnesty International.

Since the Palestinian leadership is committed to negotiating this issue, any unilateral determination regarding the status of the Palestinian territory is premature and ill-advised.

Conclusion

The above examples and the general content and tenor of the report indicate a clear political position of open hostility by Amnesty International vis-à-vis Israel.

They also indicate the authors’ highly questionable ethics and methodology in publishing such a blatantly one-sided, partisan and politicized report.

Such underhanded and deceitful methodology and tactics are unbefitting of an international organization that claims to be apolitical, fair and objective.

Notes

1 https://www.amnesty.org/en/documents/mde15/5141/2022/en/

2 https://www.amnesty.org/en/who-we-are/

3 https://www.un.org/en/genocideprevention/documents/atrocity-crimes/Doc.10_International%20Convention%20on%20the%20Suppression%20and%20Punishment%20of%20the%20Crime%20of%20Apartheid.pdf

4 https://www.icc-cpi.int/resource-library/documents/rs-eng.pdf

5 Related by a participant in the meeting, L. Ben-David.

6 Report of the Secretary-General’s Panel of Inquiry on the 31 May 2010 Flotilla Incident http://www.un.org/News/dh/infocus/middle_east/Gaza_Flotilla_Panel_Report.pdf

7 https://aijac.org.au/fresh-air/there-is-ample-evidence-banned-palestinian-ngos-are-pflp-affiliated/

8 https://www.unodc.org/pdf/crime/terrorism/res_1373_english.pdf

9 https://undocs.org/S/RES/2462(2019)

10 https://treaties.un.org/doc/db/terrorism/english-18-11.pdf

For a detailed analysis of Israel’s outlawing of the six organizations see Alan Baker and Lea Bilke “Israel’s Designation of Six Terrorism-Linked NGOs Was in Full Accordance With International Law” https://jcpa.org/israels-designation-of-six-terrorism-linked-ngos-was-in-full-accordance-with-international-law/

11 See Alan Baker “Israel’s ‘Citizenship and Entry into Israel’ Law” https://jcpa.org/article/israels-citizenship-and-entry-into-israel-law/

12 https://m.knesset.gov.il/en/about/pages/declaration.aspx

13 https://nytimes.com/2011/11/01/opinion/israel-and-the-apartheid-slander.html

14 https://theblueshield.org/resources/laws/1954-hague-convention-treaty-law/1329-2/

15 https://ihl-databases.icrc.org/ihl/385ec082b509e76c41256739003e636d/6756482d86146898c125641e004aa3c5

16 http://mfa.gov.il/MFA/InternatlOrgs/MFADocuments/Pages/United%20Nations%20General%20Assembly%20Resolution%20194%20-II.aspx

17 For a detailed analysis of the Palestinian claim to a right of return see Alan Baker “Does a Palestinian ‘Right of Return’ Exist in International Law?” https://jcpa.org/article/does-a-palestinian-right-of-return-exist-in-international-law/


Ambassador Alan Baker is director of the Institute for Contemporary Affairs at the Jerusalem Center and the head of the Global Law Forum. He participated in the negotiation and drafting of the Oslo Accords with the Palestinians, as well as agreements and peace treaties with Egypt, Jordan and Lebanon. He served as legal adviser and deputy director-general of Israel’s Ministry of Foreign Affairs and as Israel’s ambassador to Canada.

This article was first published by the Jerusalem Center for Public Affairs.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- February 20, 2022

News From Israel- February 20, 2022

ILTV Israel News


Israeli alarm bells ringing in the North; As a Hezbollah drone breaches into Israeli airspace
–
A spike in violence between Ukrainian forces and pro-Russian rebel groups. Can world leaders’ calm tensions before it’s too late? Or has that train already left the station?
–
Israeli agriculture stunning the world and breaking records, again

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Wzięli go za Żyda, kazali sprzątać ulicę. Bartoszewski mógł pokazać medalik z Matką Boską, nie pokazał

Władysław Bartoszewski (rys. Krzysiek Ostrowski)


Wzięli go za Żyda, kazali sprzątać ulicę. Bartoszewski mógł pokazać medalik z Matką Boską, nie pokazał

Andrzej Brzeziecki


Wystarczało, by Bartoszewski w negocjacjach z Niemcami napomknął o Auschwitz, a zaraz stawali się koncyliacyjni.

.

W stalinowskim więzieniu Niemcy nazywali go Maschinengewehr – karabin maszynowy, bo szybko mówił. Polscy kryminaliści mówili nań: Zatopek, od biegacza Emila Zatopka, bo Bartoszewski ciągle biegał.

Bartoszewski lubi siebie

Dawno temu, bo przed czterdziestu laty, Władysław Bartoszewski kończył sześćdziesiątkę. Urządzono uroczystość. Bardzo wyjątkową, bo w obozie dla internowanych w Jaworzu. Trwał stan wojenny, a Bartoszewski, co już nie było takie wyjątkowe, był więźniem. Atmosfera była pogodna. Przemawiający Andrzej Szczypiorski dociekał, czy jubilat ma jakieś wady. „Otóż ma – brzmiała konkluzja – bo jest pełny i prawdziwy. Bywa nieznośnie gadatliwy, ma obsesję szczegółu, niekiedy czuje się dotknięty bez uzasadnienia”.

Bartoszewski lubił siebie i to z wzajemnością. Pieczołowicie dokumentował własne życie – zdążył zresztą swoją biografię sprzedać kilka razy paru wydawnictwom. Czy to źle? Gorzej, że wielu z nas nie chce z tej biografii wyciągnąć wniosków. 

Bartoszewski nie uczy się matematyki

„Byłem tak wychowywany, żeby się nie dać. Dziecko ruchliwe, wynalazcze i dosyć samodzielne” – wspominał. Tak się złożyło, że do szkoły poszedł o rok wcześniej – musiał więc udowodnić starszym kolegom, że jest im równy.

Dzieciństwo miał całkiem pogodne. Należał do pierwszego od ponad stu lat pokolenia Polaków urodzonych we własnym państwie. Jego ojciec, także Władysław, wywodził się z chłopstwa – do wszystkiego doszedł sam. Był urzędnikiem Banku Polskiego. Wiara czy narodowość nie miały dlań znaczenia. Jeśli dzielił ludzi, to na uczciwych i pracowitych oraz tych pozostałych. Małomówny, trochę oddalony – uważał, że jeśli syn nie jest głodny, ma w co się ubrać i ma zapewnioną edukację, to zupełnie wystarczy.

Znacznie lepszy kontakt młody Władek miał z matką Beatą z domu Zbiegniewską wywodzącą się ze zubożałej szlachty. Opiekowały się nim też nianie – jedna z nich straszyła go bolszewikami.

Rodzina przeprowadzała się co jakiś czas. W latach 20. Bartoszewscy mieszkali blisko Nalewek – słynnej żydowskiej ulicy. Mały Władek bawił się z tamtejszymi dziećmi. Rozumiał trochę jidysz. Słyszał nieraz, jak mamy wołają do swych pociech, by nie bawiły się z „tym głupim gojem”.

Nieopodal jego domu przy ul. Bielańskiej stała duża synagoga, zaś przy ul. Daniłowiczowskiej znajdował się gmach więzienia śledczego. „Synagoga i więzienie już w dzieciństwie odcisnęły się na moim życiu…” – pisał.

Rodzice nie mieli przesadnych pretensji intelektualnych. W domu książek nie było wiele – klasyka oraz poradniki. Chodził za to do dobrych szkół, katolickich, i miał dobrych wychowawców. Jeden kupił mu raz komplet dzieł Prusa – chłopak spłacał go potem, zgodnie z umową, z kieszonkowego. Bo młody Bartoszewski dużo czytał – kosztem sportu i życia towarzyskiego. Zapowiadał się na humanistę. Jako 12-latek chciał być geografem. „O ile nie będę mógł zostać geografem, bo w życiu różnie się warunki układają, pragnąłbym zostać reporterem” – pisał w gazetce „Moje Pisemko” w czerwcu 1934 r. Jak deklarował: lubił pisać sprawozdania, fotografować i miał niezłą wymowę, czytał już po niemiecku „różne książeczki”.

Z przedmiotów ścisłych szło mu gorzej. Matematyk Witold Sosnowski załamywał ręce. Bartoszewski spotkał go później w Oświęcimiu – wychudzonego i wyniszczonego. Więźniowie tulili się do siebie, próbowali ogrzać, nacierali plecy – a Sosnowski nagle zapytał: „Powiedz, czy ty nie mogłeś się tej matematyki nauczyć, czy nie chciałeś?”.

Z obozu Witold Sosnowski nie wyszedł żywy.

Bartoszewski zdawał maturę w maju 1939 r., gdy stosunki II RP z Niemcami uległy drastycznemu pogorszeniu. Hitler wypowiedział umowę o nieagresji, Józef Beck 5 maja w Sejmie stwierdził, że Polacy mają swój honor i nie znają pojęcia pokoju za wszelką cenę. Maturzysta Bartoszewski, która akurat rozważał wstąpienie do jezuitów, był pewien, że wojna będzie krótka i zakończy się wraz z wkroczeniem Polaków do Berlina.

Bartoszewski zostaje Żydem

Tymczasem niemieckie czołgi podeszły pod Warszawę już 6 września. Miasto było bombardowane. Bartoszewski pomagał w służbach sanitarnych jako noszowy. To było jego pierwsze spotkanie z śmiercią – wraz z innym człowiekiem niósł ranną w brzuch kobietę. Trzeba się było spieszyć, ale nadleciały samoloty. „Położyliśmy się na ziemi (…) nie zapomnę do końca życia tych paru sekund, gdy pociski z broni maszynowej uderzały o metr nad nami. (…) Kiedy wstaliśmy, kobieta na noszach już nie żyła”.

Do szpitala brakło 500 metrów.

Stolica skapitulowała 28 września.

Zaczęło się odgruzowanie ulic – by Hitler mógł przyjąć defiladę. Goniono do tej roboty głównie Żydów. „Miałem duży nos, byłem wychudzony, nosiłem okulary…” – wspominał Bartoszewski, którego wzięto za Żyda i któremu kazano pracować. Spostrzegł wówczas innego Polaka, który pokazywał medalik z Matką Boską i mówił: „Kein Jude, kein Jude”.

„Na miłość boską, to przecież zwykłe świństwo. Ci ludzie już zaczynają się dystansować od Żydów” – pomyślał. Zbulwersowało go, jak łatwo przyszło Niemcom segregować ludzi na lepszy i gorszy sort. Co będzie więc dalej?

Miał podobny medalik, mógł się wykpić, ale został i czyścił ulicę. Twierdził później, że nie był to jakiś przemyślany gest – raczej odruch solidarności. Ale właśnie ten jeden, w sumie drobny i może nawet nie do końca świadomy, gest sprzeciwu młodego chłopaka wobec dzielenia ludzi i zasłaniania się przy tym Matką Boską, był fundamentem całej późniejszej biografii Bartoszewskiego. Wówczas narodził się Sprawiedliwy.

Wiara w pomoc zachodnich sojuszników opadła wraz z liśćmi z drzew. Trzeba było szykować się na długie trwanie. Zimą chwycił mróz, pieniądze traciły na wartości, jedzenia było mało. Bartoszewscy musieli wynająć jeden pokój na Chłodnej – w żydowskim domu.

Władysław, lat 18, czuł się obciążeniem dla rodziny. Chciał pracować, ale miał dwie lewe ręce, a humanistów nikt nie potrzebował. W końcu właściciel mieszkania zaproponował mu współpracę – jego sklep był zamknięty, ale można było towar sprzedać na ulicy. On, Żyd, musiał już nosić opaskę, był przeganiany – Polakowi będzie łatwiej. Bartoszewski dostał walizkę pełną damskiej bielizny, o której, mimo swego oczytania, nie miał wielkiego pojęcia. Wstydził się reklamować towar wśród przechodniów. Szczęśliwie kobiety same podchodziły.

Sprzedając majtki i staniki, zarobił pierwsze pieniądze.

Bartoszewski dostaje numer 4427

Musiał jednak znaleźć legalne zatrudnienie. Był już pełnoletni i istniała obawa, że Niemcy wezmą go do pracy przymusowej. Ojciec pomógł mu zatrudnić się w Czerwonym Krzyżu. Rodzina tymczasem przeniosła się na Żoliborz. Sytuacja wydawała się względnie stabilna. Bartoszewski pracował w przychodni, czuł, że robi coś sensownego. Zarabiał niewiele, ale zawsze. Miał legitymację PCK – ważny i cenny dokument.

Gdyby tylko…

Gdyby tylko miał jeszcze pieczątkę niemiecką. O świcie 19 września 1940 r. Niemcy weszli do mieszkania Bartoszewskich. Aresztowano Władysława w ramach akcji AB, wymierzonej w polską inteligencję – tamtego dnia los taki spotkał około 2 tys. Polaków. Zwieziono ich do koszar SS. Tam sprawdzano dokumenty.

„W oczach niemieckiego oficera dokument bez niemieckiego orła nie miał żadnej wartości. Zostałem uznany za bezrobotnego”.

Trafił do Oświęcimia – oczywiście w bydlęcym wagonie, bez wody i toalety. Trzeba było robić pod siebie.

Nikt wówczas nie wiedział, co to znaczy Oświęcim. Bartoszewski, widząc bramę z napisem „Arbeit macht frei” oraz komin, uspokoił się – to tylko fabryka…

Dostał numer 4427, spodnie w paski i zakrwawioną kurtkę wojskową. Pomyślał: „żołnierz zginął, a jego kurtka posłuży za opakowanie żyjącego trupa. Nieźle”.

Jeszcze żywił nadzieję. „Tak: obóz, grubiaństwo, brutalność, wyzysk nawet, ale zagłada? Byliśmy poniżani, ale zdawało się, że naszemu życiu nic nie grozi”.

Komendant Karl Fritzsch szybko wyjaśnił nieporozumienie. Wskazał na komin i rzekł: „Wszyscy pójdziecie do krematorium, 3 tysiące stopni ciepła”.

Wówczas rozegrała się scena, którą Bartoszewski zapamiętał na całe życie. Kapo – głównie niemieccy więźniowie kryminalni, bardzo brutalni – wyciągnęli z szeregów jednego z więźniów i zaczęli go katować. „Stało nas tam z 5 tysięcy mężczyzn, wyprężonych na baczność. Byliśmy widzami, żaden z nas nic nie zrobił. Uważam to dziś za życiowy wstyd, choć rozumiem to wszystko”.

Innym razem, po ucieczce jednego z więźniów, zwołano apel. Więźniowie stali na baczność kilkadziesiąt godzin. Kto nie wytrzymał, padał. Innych wyciągano i bito. Apel kosztował życie ponad 150 ludzi.

Bartoszewski spotyka księdza

Bartoszewski w Oświęcimiu zaznał wiele złego i dużo dobrego. Widział trupy, widział przemoc. Głodował. Zdarzał się blokowy Polak sadysta, zdarzały się gesty solidarności. Pracował. Najpierw okładał darnią krematorium nr 1. Potem nosił deski, ciągnął betonowe słupy, wyładowywał wagony. Wszystko w biegu. Esesmani dodatkowo kazali więźniom nosić cegły w lewej ręce – taki żart. Bartoszewski tracił siły. Miał odmrożone dłonie. Gorączkował, na ciele wystąpiły wrzody.

Niemal nieprzytomnego zaniesiono go do ambulatorium. Trafienie tam było ryzykowne. Chory, czyli niezdolny do pracy, czyli zbędny. Miał szczęście. Dużo szczęścia. Polski lekarz zapisał w karcie, że ma zakaźną chorobę skórną – Niemcy takich więźniów się bali i ich omijali. W szpitalu spędził Boże Narodzenie 1940 r. Pierwsza Wigilia w niewoli – w całym jego życiu uzbiera ich się dziewięć.

Jedno łóżko przypadało na dwóch chorych. „Byłem tam najmłodszy. Koledzy odnosili się do mnie po ojcowsku”. W kwietniu ’41 został zwolniony – starania rodziny i Czerwonego Krzyża przyniosły skutek. W drodze powrotnej w pociągu dwie uczennice poczęstowały go kanapkami, w samej Warszawie dorożkarz odwiózł go do domu za darmo. Te gesty zostały w pamięci.

Czekała go długa walka o zdrowie – miał m.in. zakażenie krwi. Wśród opiekujących się nim była znajoma harcerka Hanka Czaki. To ona spisała jego relację, która potem stała się jednym ze źródeł pierwszej, wydanej w konspiracji, publikacji na temat Auschwitz. Wkrótce poznał Zofię Kossak, katolicką publicystkę, która namówiła go do współpracy. Równie ważna okazała się rozmowa z ks. Janem Zieją, który przekonał Władysława, że ocalał, by mógł pomagać innym: „Ludzie, którzy potrzebują twojej pomocy, przyjdą do ciebie sami, sami się znajdą, jeśli będziesz uważnie patrzył”. 

I znaleźli się.

W 1942 r. Bartoszewski – jak potem twierdził – zaczął nowe życie. Pomagał Żydom potrzebującym schronienia i dokumentów, zbierał materiały dla podziemia. Latem został zaprzysiężony w AK – jako „Teofil” służył w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej. W BiP poznał Kazimierza Moczarskiego.

W listopadzie rozpoczął pracę dla komórki więziennej Delegatury Rządu – jej zadanie polegało na kontakcie z więzionymi i udzielaniu im wsparcia. Dzięki informacjom na temat przesłuchań można było zapobiec dalszym aresztowaniom i wpadkom. Tak było w przypadku Hanki Czaki – dziewczynę aresztowano, była katowana, ale zdołała przekazać informację, że trzeba oczyścić skrytkę w jej mieszkaniu. Bartoszewski brał udział w dość brawurowej akcji włamania i zabezpieczenia dokumentów.

Ratował życie, ale i jemu je ratowano. Pewnego razu urzędniczka poczty przejęła donos na niego do gestapo. Kapuś informował o pomocy Żydom i podawał adres.  

Gdy wybuchło powstanie, Bartoszewski był w samym centrum Warszawy. Obsługiwał radiostację „Anna”, która służyła wymianie informacji. Śródmieście walczyło najdłużej. Bartoszewski spędził w nim 63 dni.

Bartoszewski nie zostaje kieszonkowcem

Gdy powstanie zostało stłumione, Bartoszewski – jako członek konspiracyjnej organizacji Nie, przewidzianej już na okupację radziecką – wydostał się z miasta. Nie chciał iść do niewoli, choć Niemcy obiecywali dobre traktowanie – wspomnienie Auschwitz było zbyt mocne. Armię Czerwoną witał w Krakowie. Zmęczony konspirowaniem ujawnił się w październiku 1945.

Włączył się w działalność PSL Stanisława Mikołajczyka – pracował w redakcji „Gazety Ludowej”. Właśnie wtedy przystąpił do dzieła, które miało mu dać prestiż i międzynarodowy rozgłos – dokumentował życie okupowanej stolicy oraz los Żydów. Począwszy od 1946 r. opublikował kilkaset tekstów i kilka książek będących efektem prac dokumentacyjnych i historycznych. Wiele lat później Kisiel napisze w „Tygodniku Powszechnym”: „W Polsce wszyscy prócz Władka Bartoszewskiego wszystko zapominają”.

Urząd Bezpieczeństwa jednak o nim nie zapomniał – został aresztowany pod koniec 1946 r. Za kratkami poznał świat kryminalistów – jeden, niejaki Edziu, nie mógł przeboleć, że Bartoszewski, mając takie długie i chude palce, zmarnował szansę na karierę – byłby świetnym kieszonkowcem!

Przesiedział do wiosny ’48. Wolność zawdzięczał jednej ze współpracowniczek Rady Pomocy Żydom, a teraz ważnej figurze w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zapisał się na Uniwersytet Warszawski, ale nacieszył się tym tylko do grudnia 1949 r. Prokurator zapowiedział mu, że tym razem posiedzi dziesięć lat. W śledztwie nie bito go, ale spędził 11 miesięcy w celi w piwnicy UB bez spacerów. Wśród współlokatorów miał esesmana czekającego na wykonanie wyroku śmierci.

Minęły niecałe dwa lata – i kolejny wyrok. Osiem lat za szpiegostwo. Wiedział już, że gdy w więzieniu pytają osadzonego, czy na czymś się zna, należy ochoczo potwierdzać. Zgłosił się do więziennej drukarni, w której Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, zakładając, że pracownicy prędko nie będą mieli kontaktu ze światem, drukowała tajne materiały – w tym wewnętrzne instrukcje. Dzięki ich lekturze Bartoszewski zorientował się, że po śmierci Stalina zapowiada się odwilż – gdyż instrukcje zalecały łagodniejsze traktowanie więźniów.

Raz wstawił się za Żydem, któremu inni dawali w kość – ten z wdzięczności polecił go adwokatowi Jerzemu Meringowi. Mering pomógł – w 1955 r. uznano go za niesłusznie skazanego. W wieku 32 lat Władysław Bartoszewski po raz kolejny rozpoczynał życie.

Bartoszewski traci 700 kilogramów książek

Znalazł zatrudnienie w Stowarzyszeniu Bibliotekarzy Polskich, później związał się z tygodnikiem „Stolica”. Znów publikował na temat okupacji, niemieckiego terroru i oporu Polaków i Żydów. Coraz więcej łączyło go z ludźmi „Tygodnika Powszechnego” i gdy w 1960 r. wyrzucono go ze „Stolicy”, zastępca Jerzego Turowicza, Krzysztof Kozłowski, zaproponował mu pracę. Klub Krzywego Koła zapraszał go na odczyty.

Bartoszewski był w awangardzie publicystów opisujących lata wojny i Zagładę. Nie była to sprawa łatwa – władza narzucała narrację, jakoby w walce z okupantem największe zasługi mieli komuniści. Mieli także ponieść największe ofiary. Mrówczą pracą Bartoszewski przeciwstawiał się – jak byśmy dziś powiedzieli – polityce historycznej państwa. Jednocześnie nie godząc się na szkalowanie akowskiego podziemia, współtworzył trochę zbyt idealistyczny obraz solidarności polsko-żydowskiej. Dziś wiemy, że rzeczywistość była bardziej skomplikowana.

W 1963 r. po raz pierwszy pojechał do Izraela – spotkał tam wielu dawnych towarzyszy niedoli. Trzy lata później otrzymał w Yad Vashem tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

W 1967 r. – akurat gdy państwa arabskie najechały Izrael i w przededniu antysemickiej nagonki w Polsce – ukazała się książka „Ten jest z ojczyzny mojej” zawierająca relacje na temat pomocy Żydom w czasie wojny. Bartoszewski był jej współredaktorem wraz z Zofią Lewinówną i autorem wstępu. Józef Czapski pisał w „Kulturze”: „dzisiejsze zarządzenia w Polsce nie wytrzymają konfrontacji z ładunkiem braterstwa tej Złotej Księgi Bartoszewskiego i Lewinówny”.

Międzynarodowe uznanie, na które nałożyło się poluzowanie reżimu za Gomułki, sprawiło, że Bartoszewski zaczął wyjeżdżać na Zachód – tak nawiązał przyjaźnie w Austrii, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Jeszcze w 1963 r. skontaktował się z Tadeuszem Żenczykowskim – dawniej przełożonym z BiP, teraz zastępcą Jana Nowaka-Jeziorańskiego w Radiu Wolna Europa. Przez następne niemal dwie dekady był jednym z najbardziej tajnych współpracowników rozgłośni z Monachium. Różnymi kanałami, także poprzez zachodnich dyplomatów, przekazywał informacje o sytuacji w Polsce.

Służba Bezpieczeństwa deptała mu po piętach. W IPN zachowały się materiały z jego inwigilacji. W 1970 r. dyrektor III Departamentu MSW informował: „jak obecnie ustalono inspiratorem przekazywania paszkwilanckich informacji do »Wolnej Europy« jest Władysław Bartoszewski”.

Na początku października smutni panowie wkroczyli do jego mieszkania. Zabrali ze sobą około 700 kilogramów książek i innych druków. Oraz Władysława – w grudniu usłyszał zarzut współpracy z antypaństwowymi siłami z RWE. Od procesu wybawił go upadek Gomułki i „wspaniałomyślność” nowej ekipy Gierka. Wspaniałomyślność miała jednak granice – Bartoszewski objęty był zakazem druku (publikował jedynie w specjalistycznych pismach) i nie miał co marzyć o paszporcie. Założono mu za to w mieszkaniu podsłuch. Teczek na temat Bartoszewskiego zachowało się w IPN kilkanaście metrów.

Dopiero po trzech latach w Znaku ukazało się jego monumentalne kalendarium „1859 dni Warszawy”. RWE uzna je za najlepszą książkę wydaną wówczas w Polsce.

Związał się z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim – jako gość prowadził tam wykłady i zajęcia. Później bywał – choć, nie ze swojej winy, nie miał za sobą tradycyjnej ścieżki akademickiej – wizytującym profesorem na zachodnich uczelniach.

Bartoszewski zaprzyjaźnia się z Niemcami

Jeszcze w latach 60. zaczął przerzucać mosty między Polakami a Niemcami i Austriakami. Wraz z przyjaciółmi ze środowiska Znaku szukał kontaktów nad Dunajem i w obu państwach niemieckich. Nieufność po obu stronach była spora, a administracyjne przeszkody i żelazna kurtyna nie ułatwiały zadania. Szczęśliwie środowiska chrześcijańskie podchwyciły temat. W grudniu 1972 r. odbyło się seminarium w Oświęcimiu, które zapoczątkowało całą serię spotkań. Bartoszewski mówił: „Nie ma uczciwego i rzeczywistego pojednania bez świadomej znajomości przeszłości”.

Jednym z najbliższych przyjaciół Polaka był w tamtym czasie Kurt Skalnik, najpierw redaktor tygodnika „Die Furche”, potem współpracownik prezydenta Austrii. Gdy Bartoszewski przylatywał do Wiednia, Skalnik wysyłał po niego prezydencki samochód.

W latach 70. Bartoszewski idzie ramię w ramię z opozycją demokratyczną w Polsce. Protestował przeciw zmianom konstytucji, współtworzył Towarzystwo Kursów Naukowych – za wykłady na Uniwersytecie Latającym władze ukarały go grzywną. W 1979 r. witał Jana Pawła II w Polsce, a w sierpniu 1980 r. podpisał list intelektualistów w sprawie strajków. Wstąpił do „Solidarności”. III Program Polskiego Radia zaprosił go do studia na cykl audycji o powstaniu warszawskim.

Równocześnie dużo jeździł po świecie – głównie odbierał nagrody, brał udział w prestiżowych konferencjach, wygłaszał odczyty. Kolonia, Londyn – w 1977 r. był gościem Rządu Jej Królewskiej Mości – Nowy Jork, Tel Awiw, Wiedeń… Samo wyliczenie przyznanych mu przez całe życie odznaczeń na świecie byłoby dłuższe niż ten artykuł.

W Londynie namawiano go, by został prezydentem Polski na uchodźstwie. Uchylił się od tego zaszczytu – później przyznał, że z jego ówczesnymi dochodami po prostu nie było go stać na to, ale nie wypadało mu tego powiedzieć otwarcie.

Idylla skończyła się 13 grudnia 1981 r. Gdy przyszła milicja, Zofia Bartoszewska, widząc nakaz internowania, zapytała: „Co to ma znaczyć?”. Bartoszewski wyjaśnił żonie: „Obóz koncentracyjny, nie pamiętasz o Oświęcimiu?”.

Osadzono go w Jaworzu wraz z innymi intelektualistami. Jako doświadczony pensjonariusz tego typu przybytków Bartoszewski szybko zagonił młodszych kolegów do pracy: „to będzie nasze mieszkanie na najbliższe miesiące. Wiem, że to nieprzyjemne sprzątać toalety i łazienki, ale ustalimy kolejne dyżury”. Sam zaczął od klozetów.

Międzynarodowe interwencje sprawiły, że wyszedł na wolność wiosną 1982 r. Znów objeżdżał świat – wykładał w Monachium, odbierał doktorat honoris causa Baltimore Hebrew College. W Niemczech Zachodnich był już rozpoznawalną postacią – wydawano tam jego książki, zapraszano do telewizji.

Bartoszewski czuje się mężem stanu

Przełom 1989 r. zastał go w Augsburgu, gdzie gościnnie wykładał. „Pierwszy niekomunistyczny”, czyli Tadeusz Mazowiecki, choć doskonale znał Bartoszewskiego, nie złożył mu żadnej propozycji, mimo że rząd w Warszawie szykował się do przełomu w stosunkach z Niemcami. Później Bartoszewski przyznał się, że czekał na telefon z Warszawy – na próżno. Jesienią do Polski wybierał się kanclerz Kohl i to on zadzwonił doń z ofertą współpracy, ale Bartoszewski uznał, że byłoby to cokolwiek niezręczne. W efekcie historyczną mszę pojednania w Krzyżowej oglądał w telewizji – „nie bez kropli goryczy”.

Relacje refleksyjnego Mazowieckiego z wszędobylskim i gadatliwym Bartoszewskim były mniej więcej takie, jak stosunki depresyjnego Kłapouchego z brykającym Tygryskiem w przygodach Misia Puchatka. Premier, sam aktywny na polu pojednania z Niemcami, zapewne trochę bał się, że przyjaciel Kohla ukradnie mu show.

Wreszcie, już wiosną 1990, za namową żony Bartoszewski poprosił premiera o spotkanie. Pogadali chwilę, zagryzając herbatnikami. Na odchodnym Mazowiecki ni stąd, ni zowąd zakomunikował: „Właściwie to masz pójść do Wiednia”. „Ale czy ja się na tym znam?” – oponował zaskoczony. „A czy ja się na tym znam?” – odbił piłeczkę Mazowiecki.

Pod koniec września nowy ambasador RP w Wiedniu, Władysław Bartoszewski, złożył listy uwierzytelniające. Nad Dunajem z radością witała go cała elita państwa – znał tu dosłownie wszystkich. W przemarszu przed kompanią honorową towarzyszył mu stary przyjaciel Kurt Skalnik. Stolica Austrii jeszcze w czasie zimnej wojny wyrobiła sobie opinię dobrego miejsca do poufnych rozmów różnych międzynarodowych graczy. W ambasadzie Polski kierowanej przez Bartoszewskiego prowadzone były różne takie rozmowy. Sam ambasador o nich dyplomatycznie milczał.

Bartoszewski na dobre wszedł do polityki. Po misji w Austrii został ministrem spraw zagranicznych, senatorem, znowu ministrem, doradcą premierów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Identyfikował się z chadecją, ale blisko mu było do środowiska Unii Demokratycznej i potem Unii Wolności – gdzie skupili się jego towarzysze walki z komunizmem. Czuł się jednak raczej mężem stanu, wyrastającym ponad partie. Był indywidualistą, grał na siebie. Gdy Unia w 1995 r. zaproponowała mu, by był jej kandydatem na prezydenta, odmówił, ale dwa lata później wystartował z listy UW do Senatu. Gdy zaś w 2000 r. unici wyszli z koalicji z AWS, Bartoszewski nie wahał się wziąć szefostwa dyplomacji po Bronisławie Geremku. W ten sposób legitymował rządy pogrążonej w chaosie prawicy. Motywował go instynkt państwowca czy także ambicja? Pewno jedno i drugie.

Niewątpliwie Polska pukająca do bram Unii potrzebowała takiego ministra spraw zagranicznych. Był wizytówką kraju. Swoją biografią zamykał usta tym, którzy prezentowali Polskę jako niepoważny i antysemicki kraj. A jednocześnie wystarczało, by w negocjacjach z Niemcami napomknął o swoim pobycie w Auschwitz, a ci stawali się bardziej koncyliacyjni. 

Bartoszewski usuwa nazwisko

Cieszyła go masowa popularność. U jej szczytu, na początku tego tysiąclecia, oznajmił przyjaciołom z „Tygodnika Powszechnego”, przeżywającego wówczas spadek czytelnictwa, że teraz udziela wywiadów tylko wysokonakładowym gazetom. Zresztą wkrótce zażądał usunięcia swego nazwiska ze stopki redakcyjnej – w proteście przeciw zatrudnieniu w redakcji skrajnie prawicowej dziennikarki znanej z napastliwych tekstów – także wobec niego.

Działo się to wszystko „za pierwszego PiS” – wtedy też zaangażował się w popieranie PO, a właściwie bardziej w krytykowanie PiS. Był surowym recenzentem pisowskiej dyplomacji. Prezydent Lech Kaczyński obraził się nań, gdy skrytykował bojkot Trójkąta Weimarskiego. To wtedy użył słynnego określenia „dyplomatołki”, którego prawica wciąż nie może mu wybaczyć. Dziś, gdy z mównicy sejmowej padają słowa o „mordach zdradzieckich”, widać, jak tamte słowa były niewinne i jak daleko zawędrował spór polsko-polski.

Bartoszewski się nie żołądkuje

„Żona zarzuca mi niekiedy nadmierny optymizm, bo lekceważę sytuacje trapiące, dokuczliwe. Macham ręką, przechodzę mimo – mając w pamięci to, co przeżyłem. Wtedy żona złości się troszkę i mówi, że nie można wszystkiego porównywać z obozem oświęcimskim, bo w ten sposób usprawiedliwiam różne współczesne idiotyzmy i podłości. Żona ma rację, ale tak to już jest…” – mówił w 2008 r. Zresztą oboje potrafili mieć dystans do trudnych przeżyć – gdy podczas wyborów w 1997 r. Bartoszewskiego, kandydata do Senatu, wyzywano od Żydów, pani Zofia skomentowała: „Znowu nam Władka pchają do gazu”.

Prezentował się jako pogodny i ruchliwy staruszek o życzliwym, a nie wątrobianym stosunku do świata.

W jego licznych wspomnieniach trudno znaleźć przyznanie się do popełnionego świństwa lub głupstwa, choć wydaje się, że – żyjąc blisko wiek – nie mógł się ich ustrzec. Gdy wygłaszał swoje credo – „warto być przyzwoitym” – poniekąd wskazywał na siebie. Był człowiekiem instytucją, dobrem narodowym i dawał do zrozumienia, że doskonale o tym wie. Miał świadomość własnych dokonań i posiadania, niemal zawsze, racji – co mogło irytować. Ta słabostka wśród ogromu zalet czyniła go prawdziwszym.


Korzystałem m.in. z licznych książek autorstwa, współautorstwa lub pod redakcją Władysława Bartoszewskiego, Andrzeja Friszkego, Michała Komara, Andrzeja K. Kunerta i Reinholda Lehmanna.

Andrzej Brzeziecki – historyk i dziennikarz, przez wiele lat kierował „Nową Europą Wschodnią”. Autor książek „Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera”, „Białoruś – kartofle i dżinsy”, „Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi”, „Łukaszenka. Niedoszły car Rosji”. Ostatnio wydał: “Wielka gra majora Żychonia. As wywiadu kontra Rzesza”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com