Archive | April 2022

Nie oskarżam, tylko przypominam

Zrzut z ekranu wideo Tygodnika Poradnika Rolniczego.  Zrzut z ekranu wideo Tygodnika Poradnika Rolniczego.


Nie oskarżam, tylko przypominam

Andrzej Koraszewski


Publicyści lubią słowo „oskarżam”, czasem używają francuskiego J’accuse, które kiedyś poruszyło tak wielu, ale mocne słowa powtarzane zbyt często tracą swoją siłę. Oglądam sondaże, z których wynika, że kolejne skandale i wyczyny rządzącego obozu słabo wpływają na postawy i poglądy polskiego społeczeństwa. Trwa wojna pozycyjna, w której wrogie obozy wydają się dobrze okopane i nie mają koncepcji jak przeciągnąć wyborców na swoją stronę.

.

Ponad 30 lat temu, kiedy mówiłem Adamowi Michnikowi w Londynie o niektórych aspektach chińskich reform gospodarczych, mój przyjaciel machnął lekceważąco ręką, stwierdzając, że to inne społeczeństwo i inna kultura. Kiedy później  pisałem do niego, że z „Gazety Wyborczej” zieje pogarda dla mieszkańców wsi, brak zainteresowania i  zdumiewający brak wiedzy o kierunkach rozwoju rolnictwa, Michnik odpowiadał – przesadzasz. Kiedy pisałem, że wieś zmiecie Unię Demokratyczną z politycznej sceny, przestał odpowiadać.

Adam Michnik to wpływowa postać, którą nadal darzę ciepłymi uczuciami; jest klasycznym polskim inteligentem, z wszystkimi zaletami i wadami warstwy aspirującej do wielkiego świata i mającej trudności ze zrozumieniem kraju, w którym mieszkają. Kiedy wspaniały prawnik i cudowny człowiek, Krzysztof Skubiszewski pojechał jako minister spraw zagranicznych na rozmowy z Unią Europejską, wrócił zdumiony i rozgoryczony, bo on chciał rozmawiać o zasadach moralnych, a oni o pietruszce i wołowinie. Kiedy w 1992 roku opublikowałem książkę o międzynarodowym handlu i reformach gospodarczych, Leszek Balcerowicz powiedział, że buntuję chłopów. Kiedy Ryszard Miazek, wtedy jeszcze jako naczelny „Zielonego Sztandaru”, zapytał mnie, czy mógłbym pomóc w doprowadzeniu do okrągłego stołu między „miastem i wsią”, musiałem się roześmiać i powiedzieć mu, do jakiego stopnia byłbym przy takiej próbie niewłaściwą osobą. Na moją radę, żeby najpierw przygotowali zestaw problemów do omówienia i prezentację stanowiska środowisk wiejskich w kwestiach, o których chcieliby rozmawiać, Miazek rozłożył ręce i stwierdził, że nikt nie będzie chciał nic zrobić, póki nie będzie pewne, że dojdzie do rozmów.

Patrzyłem z rozpaczą na umizgi liberalnej partii pod adresem Kościoła, na grabież ziemi i majątku przez byłych działaczy ZSL, na brak prób odbudowania spółdzielczości i wpadanie skupu, przetwórstwa oraz zaopatrzenia rolnictwa w łapy ludzi przyzwyczajonych do życia na kradzionym chlebie. Kiedy mówiłem o rolniczej spółdzielczości w Szwecji, w Danii, we Francji, moi utytułowani koledzy z miejskich kawiarni, machali ręką i prawili, że spółdzielczość to komunistyczny wymysł, od którego ich zdaniem świat odszedł. Znajomi z ruchu ludowego kiwali głowami i zapewniali mnie, że spółdzielczość byłaby dobra, ale chłopi są nieufni i to się nie przyjmie. Kiedy pan prezydent Lech Wałęsa powiedział, że on nie chciałby, żeby była tylko jedna partia chłopska, bo wtedy „rolnicy nie dadzą nam chleba”, nikt z moich kolegów dziennikarzy nie usłyszał, co on właściwie powiedział. A powiedział to, na czym opiera się mentalność mieszkańców miast, że rolnik ma dać chleb. O kierunkach rozwoju rolnictwa perorowali w mediach teatrolodzy, literaci, socjolodzy, domorośli ekolodzy i specjaliści od walki z korporacjami.

Panienki z bardzo dobrych domów publikowały wypracowania o organicznym rolnictwie. Socjologowie domagali się rolnictwa wielkoobszarowego, ministrowie finansów z różnych obozów powtarzali to samo puste hasło, żeby mieszkańcy wsi porzucili rolnictwo nie porzucając wsi.

Rolnicze bunty zaczęły się niemal natychmiast po upadku komunizmu. Rolnicy nieskładnie formułowali swoje żądania, co nie miało znaczenia, bo nikt ich nie próbował zrozumieć. W mediach rosła pogarda do wsi, a tytuły w stylu „Do  kasy i w pole” były codziennością. W kolejnych wyborach obecność liberalnej inteligencji na polskiej arenie politycznej zanikała. Rodziło to dalszą niechęć do suwerena i znudzenie skargami rolników.

Kiedy po 27 latach nieobecności wróciłem do Polski, chciałem oglądać przemiany tam, gdzie są one najlepiej widoczne, osiadłem w miasteczku bez przemysłu, zaniedbanym, źle zarządzanym, obsługującym bardzo tradycyjne rolnictwo na kiepskich gruntach. Założyłem sad wiśniowy i przyglądałem się niewidzialnej ręce, której niedowład w takich miejscach jak to, które wybrałem, jest z natury rzeczy lepiej widoczny niż przez okno miejskiego bloku, czy apartamentowca.

Dziewiątego lutego br. w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł  napisany przez czwórkę dziennikarzy: Paulę Skalnicką-Kirpsza, Martę Danielewicz, Tomasza Cylka i Sandrę Kmieciak, pod tytułem „Agrounia blokuje drogi prawie w całym kraju”. W pierwszych słowach liczącego 666 słów tekstu dziennikarska brygada informuje:

– Rolnicy nie chcą umierać w ciszy. Rolnicy nie pozwalają na to, żeby inni nie widzieli ich problemów – mówił Michał Kołodziejczak, lider Agrounii, zapowiadając na środę 9 lutego blisko 50 blokad dróg, także w centrach miast. Pierwsze rozpoczynają się o godz. 9.

Dalej dowiadujemy się, że część protestów będzie miała charakter stacjonarny inne ruchomy, potem wyjaśniają, o co chodzi protestującym rolnikom:

– Agrounia widzi narastającą drożyznę, na którą się nie zgadza. Ceny w sklepach nie przekładają się na zarobki rolników. Drożyzna dotyka wszystkich. Nie zgadzamy się na wysokie ceny: prądu, gazu, nawozów. Nie zgadzamy się też na tak niskie zarobki, które nie idą w parze z rosnącym cenami – wylicza Filip Pawlik, wielkopolski koordynator Agrounii.

Rolnikom nie podobają się także ceny skupu produktów rolniczych (Pawlik: – Jako producenci żywności za kilogram tucznika, którego nie możemy sprzedać, otrzymujemy 4 zł za kilogram. Wy płacicie za ten sam kilogram 40 zł. Dziś za ziemniaki, jaja otrzymujemy 70 gr, za cebulę – 60 gr. W sklepach ta cebula kosztuje 4 zł, ziemniaki – 3,50).

Kolejny problem to ceny nawozów (dziś saletra kosztuje ponad 3 tys. zł za tonę, a mocznik już ok. 4,5 tys. zł. W styczniu 2021 r. ceny tych nawozów wynosiły odpowiednio ok. 1,2 tys. i 2 tys. zł). Rolnicy twierdzą też, że rząd nie ma kontroli nad importem żywności.

Członkowie Agrounii grożą, że jeśli ich postulaty nie zostaną spełnione, zorganizują strajk generalny w Warszawie. Lider ugrupowania, Michał Kołodziejczak, oczekuje spotkania z premierem Mateuszem Morawieckim.

Dalej mamy mapki i wiele stron komentarzy, które opowiadają więcej niż sam artykuł. Komentarzy jest dużo, bardzo dużo. Między godziną 8.11 a 8.21 czytamy:

bra-tanki

Ciarka, powiedz proszę, ilu już przydusiłeś, pobiłeś, w kocioł zagnałeś, na dołek zawlokłeś, teleskopem dobrodzieja pobiłeś, wodą oblałeś, ile rąk połamałeś, ile wniosków o ukaranie za przeklinanie napisałeś?
Tak, mniej więcej, no ilu?
Strach, bo odwiną?
A to przepraszam.

she_is_the_girl

To rolnikom zawdzięczamy PiS przy korycie, więc teraz, zamiast drzeć pyski, powinni się zamknąć i schować ze wstydu w stodole.

moozq

Koszty romansu z pisem.

Leo767

Zapytam biednych rolników: kiedy zaczniecie płacić składki ZUS w pełnej wysokości? Na razie wasze emerytury i leczenie fundują wam pracujący Polacy.

Vito(ld)60

Ci jak zawsze pokrzywdzeni. Już trzydzieści lat na stratach jadą. Zastanawia mnie, skąd mają na dokładnie do interesu.

amb123

wiocha głosowała na PiS
wieś jest głównym beneficjentem pisowskiego socjalu
blokujcie sobie remizę Panowie Rolnicy

 Przeglądając późniejsze komentarze znalazłem jeden jedyny wpis odbiegający od reszty. Internauta pytał: „Skąd tyle hejtu do Agrounii?”  

Chciałem zajrzeć czy socjolodzy próbowali odpowiedzieć na to, jak powszechne są te postawy mieszkańców miast, ale socjolodzy miast i wsi nie podjęli tego tematu, zastanawiałem się przelotnie, czy może NIK podejmował kiedyś problematykę skupu płodów rolnych i handlu nawozami oraz środkami ochrony roślin, ale niczego nie znalazłem (chociaż mogłem źle szukać), zastanawiałem się, czy może rolnicy zwracali się z tymi problemami do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (ale mogą podejrzewać, że ten Urząd chroni tylko konkurencję). Przypomniałem sobie opowieść Józefa Kuśmierka jak tuż przed wyborami w 1989 roku pewien związany z „Solidarnością” senator pojechał na wieś agitować i słuchacze przerwali mu długą uczoną mowę stwierdzeniem: „panie senatorze, pan tyle nie mówi, będziemy głosowali nawet na krowę, byle miała znaczek ‘Solidarności’”.

Wtedy wieś zawiodła PZPR i przeważyła szalę w stopniu, który wprowadził w osłupienie również naszą stronę. Nie oznaczało to jednak, że wtedy polska inteligencja zaczęła chcieć rozumieć problemy wsi, albo przynajmniej sens traktowania wsi jak partnera.

Tak wiele spraw poszło w zapomnienie. Niedawno minęło czterdziestolecie rolniczego strajku w Bydgoszczy. Przez lata pytałem czasem jak to pamiętają rolnicy i jak to pamiętają liberałowie. Rolnicy pamiętali, że miejska „Solidarność” ich zdradziła. Liberałowie pamiętali, że później rolnicy szli z transparentem „Jaruzelski z chłopami jak Kościuszko pod Racławicami”. Jedni i drudzy pamiętali poprawnie. (Ani jedni, ani drudzy nie pamiętali, że robotnicy szczecińskiej stoczni domagali się uczciwej wymiany towarowej między przemysłem i rolnictwem). Cofanie się do patriotycznych zrywów przeciw zniesieniu pańszczyzny nie ma wielkiego sensu, ani też do międzywojennych zabiegów, żeby ograniczyć reformę rolną do pozorów, ani do szczegółów komunistycznego sojuszu robotników i chłopów, żeby awangardzie proletariatu było dobrze. Te komentarze pod cytowanym artykułem nie wzięły się znikąd, to długa i dobrze okopana tradycja, która jest stale podsycana.

Wybór ścieżki rozwoju polskiego rolnictwa, podyktowany był głównie przez Unię Europejską, co wywoływało ogromne niezadowolenie pisarzy, dziennikarzy i artystów, że Unia hołubi chłopów i nie dba o naszą wspaniałą kulturę. Kilka razy zapraszałem moich starych przyjaciół z Warszawy, żeby kiedyś przyjechali do Polski, ale mogli takie zaproszenie uznać za obraźliwe. Tłumaczenie na odległość, że rolnik nie poświęca kilku godzin dziennie na czytanie gazet, słuchanie radia, oglądanie wiadomości, że nie siedzi godzinami na Facebooku, ani nie obmyśla, co tu napisać na Twitterze, że próbuje być mądry i przetrwać na podstawie informacji znajomych, opinii lokalnych doradców, strzępów wiadomości docierających z otwartego przy obiedzie i kolacji telewizora. Z krajowych mediów, którymi żyje awangarda narodu, dociera tylko świadomość pogardy. Nie jestem pewien jak, ale dociera.

Opowiadanie o afrykańskich i azjatyckich rolnikach wyrzucających europejskich agitatorów opowiadających im bzdury o strasznym GMO i biotechnice są dla nich zbyt dziwne, zbyt egzotyczne. Ich przywódcy nie mają kontaktu z nauką, powtarzają głupstwa zasłyszane na uczelniach, w kościele i w gazetach. Dyskusja o uczciwym handlu i demokracji opartej na wiedzy nie jest jeszcze możliwa. Moi liberalni przyjaciele kochają demokrację, ale nie na tyle, żeby uczyć się słuchać, nie tylko nie umieją mówić zrozumiałym językiem do zwykłych ludzi, ale nie mają nic wsi do powiedzenia, prócz tego, że nią gardzą.

Moje pokolenie odchodzi, wygraliśmy, żeby przegrać niesamowite zwycięstwo. Czy jest sens przypominanie czegokolwiek tym, którzy nie mają już wpływu na decyzje? Młodsze pokolenie nie ma ochoty wracać do przeszłości, nie interesują ich nasze błędy, nie wiedzą również, że zostali odcięci od rzetelnej informacji o rozwoju głównej dziedziny gospodarki, od której zdrowia zależy funkcjonowanie całej reszty. Pomyślałem, że nic się nie da zrobić i przypomniałem sobie, co siedemdziesiąt lat temu powtarzał mi mój nieprzebierający w słowach ojciec: Nie da się parasola w dupie otworzyć, reszta jest kwestią strategii, logistyki i matematyki. I dodawał, żeby nie zapominać o tej ostatniej, bo bez niej łatwo się przeliczyć.                

Kto wie, może ten protest zrozpaczonych kogoś obudzi, coś przypomni, skłoni do rachunku?

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Other History of the Holocaust

The Other History of the Holocaust

Alex Zeldin


A monument to people killed by Nazis in Babyn Yar, Kyiv, Ukraine (Getty; The Atlantic)

Picture a long table covered end to end in crystal bowls filled with cured fish, pickled foods, and salads with an alarming amount of mayonnaise. There’s vodka and black bread on the table too. A man stands up and shouts “Anecdote!”—a common Russian way of announcing a forthcoming joke—and, with a shot of vodka in hand, begins to tell of a conversation in the Soviet Union.

“Comrade Rabinovich, why are you applying for an exit visa to Israel?” asks the Soviet official. “We have built an amazing worker’s paradise!”

“Well, comrade, there are two reasons,” says Rabinovich. “The first is that every night my neighbor comes to my door, drunk and filled with salo, banging and screaming that after they get rid of the Communists, they’re coming for the Jews.”

“But they will never get rid of the Communists,” declares the Soviet official.

“You’re right! Of course you’re right,” says Rabinovich. “That’s the second reason!”

I know this joke, and countless others like it, because like many other Jewish refugees from the Soviet Union, I heard them told repeatedly over the years in the great hall of Russian-speaking Jewish learning: the dinner table. Meals with family and trusted friends were where I learned comedy. These meals with their elaborate vodka toasts, zakuski, and subversive jokes were where I learned about the conquests of Peter the Great, where I saw my friends recite Pushkin poems from memory and be applauded by the beaming adults. I learned about great-power politics, and, more subtly, the difference between vlast i narod—the government and the people. At those meals I learned about the Great Patriotic War and all of our family members who were not sitting there with us because they had died during it. These meals were where I was taught how my parents and our community understood the world and an oral history of what our family had experienced.

I knew when the lessons were serious, because my mother would deliver them in a hushed tone. One time while she was preparing a meal, she quietly told me the importance of knowing which of my neighbors to trust on the basis of how they felt about Jews. I learned this in New Jersey in the ’90s. That understanding of Eastern European history and the attitudes that formed with it have been, surprisingly, showing up in international headlines quite a bit recently; Russian President Vladimir Putin has declared that “de-Nazification” is the objective of his country’s “special operation” in Ukraine, and Ukrainian President Volodymyr Zelensky has invoked the Holocaust in his appeals to Western audiences, particularly the Israeli government, for support in Ukraine’s struggle.

I have not put the worldview my parents taught me to much use in the United States in the decades since. It did, however, teach me that I had a different understanding of things than those around me, even other Jewish communities. American films about the Holocaust and World War II felt like a portal into a different dimension’s history. Nobody in my family who survived the war had numbers tattooed on their arm. Nobody in my family, as far as I was told, died in a labor or death camp. The stories were always about young men who bravely fought and died in the Red Army, and about women, children, and the elderly who, after being evacuated from their homes, came back to rubble and the reality of never seeing their loved ones again. What happened to the people who were not in the army and did not evacuate? I was vaguely told that they had died during the course of the war, with dark hints that Nazi collaborators among their neighbors had helped make that happen. The Nazis were not understood by postwar generations of Soviets to be motivated by hatred of Jews; they were understood to be anti-Soviet and specifically anti-Russian. The vocabulary of Holocaust and genocide to describe what happened to Jews specifically would come later for me, with exposure to Western media and ideas.

When I talked with American Jews whose parents or grandparents had survived the Holocaust, or with survivors themselves, what they described was similar, yet different. They would call it a genocide. They would describe Jews specifically being targeted for destruction. They would talk about camps and the strategies that the Jews in them used to get an extra ration of food to survive. They would tell the stories of their loved ones who died in horrific ways in these labor and death camps. Until I studied it in an academic environment, I did not understand that my family members perished in the same Holocaust as theirs. The Soviet Jews in my family who survived the Holocaust never once referred to themselves as Holocaust survivors—when we were exposed to Western films about this in the ’90s, my family would say the Holocaust was something that the Jews who went through the camps survived.

How could our understandings be so different? An estimated 2 million of the 6 million Jews murdered in the Holocaust were Soviet Jews. I was able to reconcile the two narratives only when I learned of what Western scholars refer to as the Holocaust by bullets—the version of the Holocaust that played out in the Soviet Union (which includes present-day Ukraine), where mass shootings, not death camps, were the predominant means of extermination. I also studied how the Soviet Union memorialized the war in the years and decades after—downplaying in formal education and the media the reasons Jews had been murdered. The truth was not just that Jews happened to have been killed by Nazis and Jew-hating collaborators; what they experienced was a deliberate and state-sponsored form of genocide. The 33,771 human beings who were massacred over two days at a ravine outside Kyiv were not simply “victims of fascism,” as the Soviet government taught its people to think of civilians who died during the war; they were murdered because they were Jews, in the same campaign of extermination that spanned the entire continent. Though years would pass before it became doctrine, the Soviet policy of obscuring the fact that the Nazis were targeting Jews began before the war was even over.

Soviet Jews who survived the war knew that their loved ones had been murdered because of their Jewish ethnicity. They knew that some of their neighbors were Nazi collaborators. The Jewish Anti-Fascist Committee (JAC), partly composed of Soviet Jews who had traveled abroad to raise huge sums of money for the Soviet war effort, went to great lengths to document Nazi atrocities in the Soviet Union in the Black Book.

As the war ended and Joseph Stalin’s government shifted its domestic and foreign policy, a campaign against “Jewish nationalism” and “cosmopolitanism” and “Zionism” began to be waged against Soviet Jews, reaching its climax with the Doctor’s Plot, a conspiracy theory promoted by Stalin’s government claiming that “Zionists” and people with Jewish surnames were attempting to assassinate Soviet officials. The Black Book was suppressed in the Soviet Union in 1947, and many members of the JAC were executed by Stalin’s regime during the height of his anti-Jewish panic. The facts that the committee had methodically documented, including widespread Nazi collaboration by ethnic Ukrainians, Latvians, and others, undermined Soviet propaganda, which claimed uniform support for the Stalinist regime from all Soviet citizens. Jews attempting to put up memorials for their loved ones were punished, their actions characterized as “Jewish particularism”; their recollection of the war didn’t serve the Soviet regime’s interests. The interests of the vlast were not the same as those of the narod, at least the Jewish one.

As a result, the children and grandchildren of Soviet citizens who survived the war did not know that Jews experienced a distinct policy of extermination under Nazi occupation. This was an effective form of Holocaust denial, because it contained a great many truths that lived experience validated: What family in Eastern Europe came out of the war without having lost loved ones? Estimates vary, but approximately 8 million Soviet soldiers, including more than 120,000 Jews, died in the war, and 20 million civilians, including those 2 million Soviet Jewish civilians, died under Nazi occupation.

Every Soviet citizen who grew up in the shadow of the Great Patriotic War was taught in school and by the media how much the entire nation suffered, and nearly every Eastern European Soviet family had personal stories of unimaginable loss to accompany that formal education. Soviet estimates are that Russians suffered the most losses in absolute terms of any part of the Soviet Union under Nazi rule. It was also important for the Soviet regime, particularly under Stalin, an ethnic Georgian, to cultivate the support of Russians in order to maintain its legitimacy. Chauvinistic pandering to ethnic Russians, their language, and their sensibilities manifested in many ways throughout the Soviet period.

This Soviet understanding of the war and of Holocaust memory is receiving new attention amid the Russian invasion of Ukraine. Many Western observers looked on incredulously as Putin attempted to justify his invasion of Ukraine on the grounds of “de-Nazification.” De-Nazify a country with a Jewish leader? To Russians, given their understanding of the Great Patriotic War, de-Nazifying a country led by a Jew does not sound so ridiculous. However, the Russians are not alone in retaining this incomplete understanding of what happened on Soviet territory during the Second World War. Recently, Zelensky, a Jew whose Soviet ancestors died in the Holocaust or while serving in the Red Army, revealed a similar view during a speech to Israel’s Parliament, the Knesset.

Zelensky appealed to the ties between Ukraine and the Jewish people, quoting former Israeli Prime Minister Golda Meir, who was born in Ukraine, to describe his country’s existential struggle with Russia. He reminded Israelis of the hundreds of Ukrainians who were honored by Yad Vashem, Israel’s national Holocaust memorial and research center, for saving Jews during the Holocaust. Zelensky painted this not as a pained and complex history (omitting, for example, why Golda Meir left Ukraine), but as one of consistent mutual solidarity. This is not an understanding shared by Jews outside the Soviet Union, and especially not in Israel, many of whose founders fled the ethnic violence of Central and Eastern Europe to establish a country where they could be included as full citizens. Zelensky’s speech to the Knesset was received, as one colleague who covers Israeli politics put it to me, “like a fart in church.” Many Israeli politicians were not happy, feeling that the Ukrainian leader had downplayed Ukrainian collaboration with the Nazis.

Soon after, Zelensky gave an interview to Fareed Zakaria on CNN. Among other topics discussed, Zakaria asked Zelensky for his thoughts, given his status as a Jew, on Russia’s stated need to de-Nazify Ukraine. Zelensky in his reply opted to focus on Putin’s access to accurate information and the Russian president’s mental well-being.

Zakaria pressed on and asked Zelensky to talk about his grandfather who survived the Holocaust and the war, and what lessons Zelensky had learned from that family history. Zelensky described his family story in a way that was immediately familiar to every Jew from the former Soviet Union: His grandfather and his four brothers served in the Red Army. His grandfather was the only one to survive the war. His grandfather’s parents were killed by the Nazis, who set their village ablaze, an experience that was familiar to Jews and non-Jews alike in occupied Ukraine. “When Russians are telling about neo-Nazis and they turn to me, I just reply that I have lost my entire family in the war, because all of them were exterminated in World War II.” He went on to talk about the Nazi occupation of Ukraine and its parallels to what the Russians are subjecting Ukrainians to today.

In the interview, Zelensky never said the words Holocaust or Jew. Yet, like many other former Soviet Jews, Zelensky no doubt knows that the civilians in his family were murdered because they were Jewish. But his framing is different, thanks to the multiple generations of Soviet propaganda that he and every other former Soviet have been subjected to.

The intellectual framework surrounding the Second World War that the Soviet regime forced upon its citizens, Jewish and non-Jewish alike, did not account for why the Nazis targeted the Jews in particular. Far from being a Holocaust denier who downplays Ukrainian Nazi collaboration, Zelensky is, like the rest of the 2 million Jews who survived Soviet rule, making political appeals using what he knows—or, put more pointedly, what he has been allowed to know.


About the author: Alex Zeldin is a contributing columnist for The Forward. He has written for Tablet Magazine and The Washington Post.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Żydzi na Bałkanach. Kultura, język, pamięć. Obejrzyj nagranie ze spotkania


Żydzi na Bałkanach. Kultura, język, pamięć. Obejrzyj nagranie ze spotkania

Żydowski Instytut Historyczny


Zapraszamy do obejrzenia nagrania ze spotkania „Żydzi na Bałkanach. Kultura, język, pamięć”, które odbyło się w ramach cyklu Czwartki na Tłomackiem online 10 lutego 2022 r. o 18:00. Prof. Jolanta Sujecka, dr Katarzyna Taczyńska i dr Agnieszka August-Zarębska mówiły o kulturze, języku i losach Żydów na Bałkanach. Moderował Franciszek Bojańczyk (ŻIH).

.

Kim są Żydzi bałkańscy? Kim są Sefardyjczycy? Czym jest język ladino? Jak wygląda dyskusja o odpowiedzialności za Zagładę Żydów na Bałkanach? Jak dziś traktowane jest dziedzictwo żydowskie w regionie?

W dyskusji poświęconej pamięci i tożsamości, zorganizowanej z okazji wydania 7. tomu serii „Colloquia Balkanica”, The Balkan Jews and the Minority Issue in South-Eastern Europe, na te i inne tematy rozmawiały:

  • prof. dr hab. Jolanta Sujecka (Wydział „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego) – historyk literatury i kultury, historyk idei, slawistka, bałkanistka. Kierownik Komisji „Bałkańskie Śródziemnomorze” Wydziału „Artes Liberales” UW, edytorka tomu “The Balkan Jews and the Minority Issue in South-Eastern Europe”
  • dr Katarzyna Taczyńska (Polish Commission of Balkan Culture and History – AIESEE) – edukatorka, badaczka, lektorka i tłumaczka. Współpracuje z Polską Komisją Bałkanistyki Historycznej i Kulturoznawczej  afiliowaną przy AIESEE oraz Fundacją Bente Kahan we Wrocławiu.Razem z prof. Sabiną Giergiel realizuje projekt: Rywalizacja pamięci w społeczeństwie multietnicznym. Przypadek Serbii. Autorka m.in. monografii Dowcip trwający dwa i pół roku. Obraz Nagiej Wyspy w serbskim dyskursie literackim i historycznym końca XX i początku XXI wieku (2016) i wielu artykułów naukowych.
  • dr Agnieszka August-Zarębska (Katedra Judaistyki im. Tadeusza Taubego Uniwersytetu Wrocławskiego) – literaturoznawca, badaczka współczesnej literatury sefardyjskiej, czyli tworzonej przez Żydów pochodzących z Hiszpanii. Autorka książki Poezja wobec rzeczywistości. Poetyckie epifanie Jorge Guilléna i Czesława Miłosza.

Spotkanie w ramach cyklu „Czwartki na Tłomackiem” zorganizował Żydowski Instytut Historyczny wraz z Wydziałem „Artes Liberales” UW i Polską Komisją Bałkanistyki Historycznej i Kulturowej (The Polish Commission of Balkan Culture and History (AIESEE)).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Polska mistyków, złodziejów i szaleńców [premiera wierszy Jerome’a Rothenberga po polsku]

Jerome Rothenberg na okładce „Chiduszu” 2/2022 / Autorka: Magdalena Pelc


Polska mistyków, złodziejów i szaleńców [premiera wierszy Jerome’a Rothenberga po polsku]

REDAKCJA


POLSKA PREMIERA WIERSZY JEROME’A ROTHENBERGA, PIERWSZE POGŁĘBIONE STUDIUM NA TEMAT ŻYCIA CHAIMA GRADEGO, ROZMOWA Z RABINKĄ ALISĄ ZILBERSHTEIN O POMAGANIU UKRAINIE, DALSZE LOSY KATE BORNSTEIN ORAZ KOLEJNY ODCINEK AGUNY

NIE CZAS NA BIERNOŚĆ!

Alisa Zilbershtein pochodzi z Chabarowska w Rosji. Przez wiele lat mieszkała w Kijowie. Obecnie kończy studia rabinackie w Żydowskim Seminarium Teologicznym w Nowym Jorku. W tym numerze „Chiduszu” opowiada o tym, jak „zdalnie” ratuje uchodźców. 

Michał Bojanowski: Kto z twoich bliskich został w Kijowie?

Alisa Zilbershtein: Rodzice mojego męża. I oczywiście wielu znajomych i przyjaciół. 

Dlaczego teściowie nie wyjechali?

To nie takie proste. Są już starzy, nie mogą tak po prostu uciec. Teść kilka miesięcy temu przeszedł operację serca, teściowa w tym roku zachorowała na raka. Nie mogą nawet zejść do schronu, bo nie są w stanie biegać w tę i z powrotem. Ewakuacja jest bardzo trudna, szczególnie dla seniorów.

(…)

Wiele osób i organizacji prosi cię teraz o wystąpienia. O czym opowiadasz?

Jeśli rozmawiam z jakąś gminą żydowską, np. na Long Island, mówię im o tym, co robimy, opowiadam o Ukrainie. Często pytają mnie o sytuację Żydów w Ukrainie – ostatnio słyszeli o tym kraju dawno temu w kontekście Zagłady. Nie wiedzą nawet, że są tam jeszcze jacyś Żydzi. Opowiadam im o nas, proszę o wsparcie finansowe w ratowaniu uchodźców. Jedna z tutejszych gmin jest bardzo aktywna, jej członkowie przesłali mi już setki dolarów na moje prywatne konto, żebym mogła wysłać je od razu do potrzebujących. Ufają mi. Myślę, że dużo zależy od rabinów. Rozmawiam z nimi, przekonuję, że powinni się zaangażować. Nie chodzi tylko o wysyłanie pieniędzy, można pomagać na wiele sposobów. Tłumaczę im, żeby nie liczyli na moje wskazówki – muszą być kreatywni. Do mnie nikt nie przyszedł i nie powiedział mi, co robić. 

CZASY NIGDY NIE SĄ WŁAŚCIWE 

Ten numer „Chiduszu” w dużej mierze poświęcony jest życiu i twórczości Jerome’a Rothenberga, amerykańskiego poety, tłumacza i performera, autora ponad dziewięćdziesięciu tomów poezji, cenionego twórcy nowatorskich antologii. Podróż w głąb twórczości Rothenberga rozpoczniemy od jego krótkiego opisu pobytu w Polsce i wiersza Churbn w tłumaczeniu Piotra Rypsona. 

„Moi przodkowie oczywiście pochodzili z Polski – czy raczej z polskiego miasta – ale w żaden znaczący sposób nie myśleli o sobie jako o Polakach. Tak samo było z polskim językiem. Mój ojciec władał nim w niewielkim stopniu, a mama, choć uczęszczała do świeckiego gimnazjum i mówiła płynnie po polsku, prawie nigdy go przy mnie nie używała. Oboje za to posługiwali się biegle jidysz – mówili i pisali w mame-loszn, w swoim «języku matczynym». Czytali literaturę pisaną w jidysz i byli gorącymi zwolennikami tej kultury. Pisząc Polskę/1931, w przedziwny sposób myślałem o swojej pracy jako o tłumaczeniu wyimaginowanego urtekstu, pierwotnie napisanego w jidysz” – opowiada Jerome Rothenberg w rozmowie z Dorotą Czerner. Wraz z wywiadem publikujemy po raz pierwszy po polsku przekłady wierszy pochodzących z tomu Polska/1931

Zapraszamy do barwnych polskich rzeczywistości, które „łączą się i ścigają wzajemnie w kierunku ostrego zakończenia, z egzekucjami, zbiorowymi gwałtami i odgłosem skrzeczących ptaków”. 

Dorota Czerner: Uważam, że Polska/1931 stanowi skarbnicę wiedzy o żydowskich tradycjach, tworząc pomost od Starego do Nowego Świata. Dzieje się tak również poprzez uchylenie rąbka tajemnicy otaczającej ekscesy tamtego życia, dyskretne – lub nie tak znowu dyskretne – gesty transgresji pradawnych zakazów. Czytamy o przodkach, którzy w garnkach warzyli eintopf z ryby i wieprzowiny, o kiełbasie podrzucanej do brytfanki z szabatowym czulentem. Opisujesz dzikie noce spędzane w gojskich burdelach. Chciwi bogacze praktykują czarną magię. Słynni rabini cudzołożą z chętnymi siksami. Sprawność seksualna pewnego cadyka, podobnie jak rozmiar jego genitaliów, przekracza wszelkie wyobrażenia. Rzezimieszki z szajki The Murder Incorporated noszą za pazuchą wizerunki rabinów z wielkimi penisami… Również język, którym się posługujesz, łączy biblijne z wulgarnym – bywa, że w tym samym wierszu.

Czy zaryzykowałbyś stwierdzenie, że możliwość igrania z własnymi demonami świadczy o żywotności kultury? O jej witalnej sile?

Jerome Rothenberg: Jeśli wspomniane wyżej przypadki przypisujesz „demonom”, to trzeba zaznaczyć, że kultura, wewnątrz której je umieściłem, była raczej nieprzychylna wystawianiu tego na pokaz. Dla mnie oczywiście jednym z najważniejszych pomysłów było podjęcie zabawy z demonami – wszędzie tam, gdzie tylko udało mi się je znaleźć lub wymyślić, zwłaszcza w czasie, gdy możliwość łamania takiego tabu dopiero zaczynała się przed nami otwierać. Jako oczywisty przykład przytoczę Świadectwo ucznia – pozwoliłem sobie tutaj na gwałtowne przekroczenie wszelkich granic i przywołanie najlepiej, jak potrafię, klimatu, o którym mówimy:

był ostatnim demonem w ostrowi
przyszedł z wizytą i igrał
z myślami dmuchając cudowne
bańki z czerwonego mydła w cztery
kąty pokoju
włochaty rozśpiewany maleńki
demonek o wielkich
pękatych jajach i bardzo
śmiesznie powykręcany w każdą stronę
jak zwierzaczek z gumy

i dalej:

„kocham mojego demona” śpiewałem
gdy staliśmy razem w tylnym pomieszczeniu
synagogi popijając
piwo od gojów i
strzelając spinaczami
w jedwabie rabina rozpamiętywaliśmy
polskę stare związki schabu i ryb
gotowanych i śmierdzących w jednym
garnku, w który wtykaliśmy
ręce a potem wycierali o brzuch
aż świecił

Jeśli było to z mojej strony na przemian przewrotne, wulgarne, a w rezultacie bluźniercze – albo pewnie wszystko naraz – to rzecz jasna dlatego, że tak właśnie chciałem to widzieć.

CHAIM GRADE. FAKTY Z ŻYCIA

Począwszy od „Chiduszu” 2/2022, opublikujemy w czterech częściach artykuł, w którym zawarte są nieznane dotąd informacje z życia wybitnego jidyszowego pisarza Chaima Gradego. Tekst jest wynikiem badań nad archiwum autora, przeprowadzonych przez historyczkę literatury Susanne Klingenstein i badacza Yehudah DovBera Zirkinda – absolwenta Uniwersytetu Telawiwskiego, pracującego obecnie dla David Cardozo Academy w Jerozolimie.

Gdy 2 maja 2010 roku zmarła w wieku osiemdziesięciu pięciu lat Inna Hecker Grade, w niektórych zakątkach jidyszowego światka literackiego oraz w wąskich kręgach badaczy i archiwistów dało się usłyszeć niezbyt uprzejme westchnienie ulgi. Przez dwadzieścia osiem lat od śmierci Chaima Gradego (26 czerwca 1982 roku) spuścizna literacka tego jednego z najważniejszych jidyszowych prozaików i dokumentalistów, którzy odrodzili się z popiołów Wilna, ukrywana była w mieszkaniu pary na Bronxie, strzeżonym przez rozgniewaną wdowę, która uznała, że świat nie jest godny geniuszu jej męża. Po krótkiej i nieudanej próbie współpracy ze światem wydawniczym spadkobierczyni spoczęła w grobowcu pełnym należących do Gradego skarbów.

Ta cmentarna metafora została użyta po raz pierwszy przez Ralpha Spekena, psychiatrę, który opiekował się Inną Grade w ostatnich miesiącach jej życia. W przeddzień otwarcia mieszkania Speken ostrzegał: „Powinni przejmować to miejsce tak, jakby to był grobowiec Tutanchamona”. Badacze i czytelnicy spodziewali się, że odkrycie pochowanych w szafach i szufladach rękopisów doprowadzi do ich niezwłocznego opublikowania, być może nawet w postaci wydań krytycznych, i spowoduje przywrócenie twórczości Gradego do życia. 

AGUNA 
TRZECI ODCINEK WYBITNEJ POWIEŚCI CHAIMA GRADEGO

Od „Chiduszu” 10/2021 rozpoczęliśmy publikację pierwszego polskiego tłumaczenia Aguny Chaima Gradego w przekładzie Magdaleny Wójcik. Poniżej prezentujemy fragment kolejnego odcinka opowieści o losach szwaczki Merl: 

Obładowana pakunkami, Merl śpieszy z targu do domu rabina z taką radością, jakby czekała tam na nią jej własna rodzina. Dajana jednak nie ma już w domu, a rebecyn siedzi na łóżku z zaciśniętymi wargami, patrząc na agunę złowrogo. Merl wylicza, co kupiła.

– Dziękuję pani – mówi rebecyn zimno i zgryźliwie. – Trudno, skoro już pani kupiła, to po sprawie. Jak tylko dostaniemy pieniądze, rozliczę się z panią za pośrednictwem syna.

– Proszę się nie spieszyć – Merl kręci się po pokoju, jakby była u siebie. – Pożyczę wam parę złotych na mleko dla dziecka. Potem mi wszystko oddacie. Jeśli nie ma pani nic przeciwko, to przyniosę kilka poszewek, ręczników i obrus. Jestem szwaczką, tkanin mam pod dostatkiem.

– Nie – odpowiada rebecyn surowo. – Nic od pani nie chcę. Mój mąż miał rację, nie powinna była pani iść na targ. Gdybym wiedziała wcześniej, tobym się na to nie zgodziła.

– Mówi pani, jakbym była konwertytką czy cudzołożnicą – wykrztusza Merl zagubiona.

– Konwertytką czy cudzołożnicą może i pani nie jest, ale spryt pani ma. Sama się dziwiłam, jak to możliwe, że spotkał nas taki cud – zupełnie obca kobieta się nad nami lituje?! Ale okazuje się, że nikt nie jest taki dobry. Każdy ma swój interes do załatwienia. Nie, pani się nie lituje, pani jest naszym wrogiem, największym wrogiem! – krzyczy rebecyn z twarzą wykrzywioną z bólu i złości. – Widzi pani, jak żyjemy? To niech pani wie, że to wszystko wina mojego męża! Ma taki charakter, że wtrąca się tam, gdzie nie powinien. Są nawet tacy „pobożnisie”, co mówią, że siedzimy bez chleba, bo mój mąż pozwolił ludziom nosić pieniądze w szabat, a dziecko choruje, bo zadarł z doskonałym mohelem. Ja w to nie wierzę, ja wiem, że mój mąż ma rację, ale rabini i gminni bogacze są przeciwko nam. A pani chce tylko dodać nam trosk! Wszyscy rabini zabronili pani brać ślubu, a mój mąż ma pozwolić? Kamieniami nas za to obrzucą!

Merl z trudem powstrzymuje łzy i zaklina się, że wcale nie o to jej chodzi. Ona sama wcale nie chciała wychodzić ponownie za mąż, ale ją namówiono. Teraz jednak nie chce już słyszeć o ślubie. Poszła na targ, bo widzi, że rabin jest szlachetny i dobry. Nie chce, żeby taki człowiek musiał tłoczyć się z koszykiem wśród przekupek.

QUEEROWY STAN WYJĄTKOWY

Prawdziwa historia miłego, żydowskiego chłopca, który wstępuje do Kościoła Scjentologii i odchodzi z niego po dwunastu latach, aby stać się tą uroczą kobietą, którą jest teraz

W szóstej części swoich wspomnień Kate Bornstein opowiada o gwiazdce Hubbardów i tysiącach prezentów wysyłanych im na statek flagowy; o bolesnym rozstaniu z córką Jessicą i swoim drugim małżeństwie; o odbudowywaniu kariery w Sea Org i sprzedawaniu scjentologicznych kursów; i wreszcie o tym, jak po przypadkowym odkryciu ciemnych interesów Kościoła Scjentologii została z niego wyrzucona.

Następnego ranka zgłosiłam się do gościa odpowiedzialnego za europejskie finanse Kościoła. Opowiedziałam mu wszystko to, co wam przed chwilą, tylko bardziej szczegółowo. Rozmawiając z nim przez trzy kolejne dni, musiałam przytrzymywać sobie podbródek. Później przyszły rozkazy – miałam lecieć do Stanów najbliższym lotem. Wracałam do domu! Odkrywając spisek przeciwko Hubbardowi, wykonałam kawał dobrej roboty. Bez dodatkowego stresu napad kręczu powoli przechodził, dzięki czemu przespałam z przerwami cały nocny lot na Florydę.

Gdy wysiadłam z samolotu w Tampie, przy bramce czekało na mnie siedmiu wysokich, muskularnych oficerów w mundurach Sea Org. No cóż, nadal byłam gwiazdą. Zdziwiło mnie jednak, że nie rozpoznałam żadnego z nich, a znałam osobiście każdego wyższego rangą oficera organizacji. Mężczyźni mieli poważne miny. Oznajmili, że należą do nowo powstałej Policji Finansowej. Nigdy wcześniej nie słyszałam o takiej jednostce.

– O co tutaj chodzi?

– Dowiecie się później. I nie odzywajcie się bez pytania.

– Tak jest.

Każdy z nich przewyższał mnie rangą, więc nie mogłam się przeciwstawić. W kompletnej ciszy zawieźli mnie do siedziby Sea Org. Znów czułam rwanie w karku, które groziło szarpnięciem szyi w lewą stronę. Migrena zaczynała właśnie przebijać się do świadomości. Marzyłam, żeby znaleźć się w łóżku z Becky, która wiedziała dokładnie, jak trzymać mi głowę w wygodnej pozycji. Dwóch oficerów zaprowadziło mnie prosto do zimnego, wilgotnego korytarza w piwnicy hotelu Fort Harrison. Posadzili mnie na składanym, metalowym krześle, a sami usiedli na bardziej wygodnych po moich obu stronach. Nie mogłam się odezwać – nadal o nic mnie nie zapytano.

Po trzech godzinach pojawiła się pozostała piątka – wszyscy byli świeżo ogoleni i wykąpani. Czułam na sobie kwaśny zapach potu. Moją twarz pokrywała szczecina jak u Richarda Nixona. Siedmiu oficerów zaprowadziło mnie do pokoju, w którym stał stół, a na nim emetr. Dla wyjaśnienia – zwykle audytowanie przebiega w obecności jednej osoby, audytora. Nigdy nie przesłuchują cię więcej niż dwie osoby. Teraz naprzeciwko mnie siedział jeden funkcjonariusz, który obsługiwał emetr, dwóch stało za nim, kolejnych dwóch za mną i jeszcze jeden przy drzwiach. Wiele lat później dowiedziałam się, że taka praktyka ma swoją nazwę: gang-bang sec check.

SZORTY

W dwudziestu czterech krótkich artykułach – poza napaścią Rosji na Ukrainę – piszemy m.in. o Żydach z Arizony, którzy walczą o zaprzestanie używania cyklonu B do wykonywania wyroków śmierci, Barbarze Engelking, która stała się bohaterką afery mailowej, kontynuacji niesławnego Chłopca w pasiastej piżamie, izraelskim „oszuście z Tindera”, dewastacji cmentarza żydowskiego w Sieradzu czy nowym sezonie Wspaniałej pani Maisel


PRZEKAŻ DAROWIZNĘ

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Intact early Bronze Age jug found by American tourist in Judean Desert

Intact early Bronze Age jug found by American tourist in Judean Desert

JUDITH SUDILOVSKY


Caves have been excavated for decades in the area where Dead Sea Scrolls were found.

An intact 5000-year-old jug which was discovered by an American tourist in the Judean Desert after a section of a cave wall collapsed.
(photo credit: Amir Ganor/Israel Antiquities Authority)

Sometimes it just takes the right person in the right place at the right time.

Recently, American tourist Robbie Brown was that person.

Having returned for a visit to Israel with friends following the lifting of COVID-19 travel restrictions, Brown asked for special permission to visit the site of an archaeological dig in the Qumran region near the Dead Sea where five years ago he had volunteered with Dr. Oren Gutfeld of the Hebrew University of Jerusalem and Dr. Randall Price of the University of Liberty in Virginia.

The excavation of cave 53, as the site is called, was theoretically completed in 2017, said the Antiquities Authority (IAA). At the time, archaeologists uncovered shards of jars and bowls that served as lids for jars, dates and olive seeds, and even a blank piece of ancient parchment scroll – even though the cave had been excavated 30 years earlier by the IAA led by Dr. Yigal Israel and the late Dr. Rudolf Cohen, who had found antiquities from the Neolithic and Roman periods.

However, when Brown and his friends climbed into the cave located 100 meters above the road line, they were stunned to find the remains of a fallen wall, and right next to it an entire, 5,000-year-old pottery jug.

An intact 5000-year-old jug which was discovered by an American tourist in the Judean Desert after a section of a cave wall collapsed. (credit: Amir Ganor/Israel Antiquities Authority)

Having taken part in the excavations of the cave, Brown knew to photograph the jug without moving it or touching it, and contacted the IAA. Amir Ganor, the IAA’S director of the robbery prevention unit, came right out to the site with Gutfeld and Aviam Atar, the Nature and Parks Authority district director.

“It’s amazing,” said Ganor, noting that the cave was part of a survey of Judean Desert caves conducted two years ago by IAA archaeologists, intended to document and locate all ancient finds in the desert caves in an attempt to thwart antiquity thefts.

“It seems that the jar was revealed as a result of the natural collapse of a part of the cave wall at the cave entrance, which can happen over time. This is perhaps the first complete vessel we have found from this period in the caves in the Judean Desert.”

During their cave survey, pottery shard remains were found from the Early Bronze Age, he added.

“It is good that the person who entered the cave was Robbie, who participated in the excavation and is aware of the importance of the finds and their role in completing the archaeological puzzle of the Land of Israel,” said Ganor. “We call on citizens who discover artifacts to leave them in place and call us immediately so that we can maximize the archaeological information from the find.”

Ganor added that climbing without authorization in the cliff areas of the Judean Desert is dangerous and forbidden by law.

The clay jug was removed from the cave and will be scientifically analyzed.

SOME 972 TEXTS dating to the first and second centuries BCE, including the oldest known existing copy of the Old Testament, were discovered in the Qumran caves in this same area in the early years of Israel’s statehood. Since then, thousands of fragments have been found. The majority are written in ancient Hebrew while others are written in Aramaic and Greek.
The first seven scrolls were discovered in clay jars in 1947, according to the traditional story, by a young Bedouin shepherd chasing after one of his goats. What ensued was a thriller-worthy race to purchase the scrolls, and later excavate the area, after an antique dealer who had bought the scrolls from the Bedouin showed part of a scroll to Hebrew University Professor Elazar Sukenik on the eve of Israeli independence. Sukenik managed to buy three of the scrolls before war broke out, and Israel later bought others following the war.

Due to the dry climate of the Dead Sea area, the scrolls were well preserved. They are thought to have been written by members of the Essene Jewish sect living in a community at the bottom of the mountains where the caves are located. Remains from the community were also uncovered in excavations. In addition to shedding light on Jewish life during that period, the scrolls have also provided scholars with information on the emergence of early Christianity.

The first seven scrolls discovered are on display at the specially-constructed Shrine of the Book at the Israel Museum in Jerusalem.

Ownership of the scrolls has been contested by Jordan, which had sovereignty over the Qumran area until 1967, and in 2010 when the scrolls were on exhibit in Canada, Jordan demanded that Israel hand over some that had previously been housed in the Rockefeller Museum in east Jerusalem. Following the Six-Day War, Israel relocated the scrolls to the Shrine of the Book.

Canada and other countries rejected Jordan’s requests that they seize the scrolls when they have been on exhibit in museums abroad.

Israel’s Foreign Ministry told The Jerusalem Post at the time of Jordan’s demand, “Jordan’s occupation of the West Bank was never recognized by the international community, and the kingdom relinquished all claims on the territories. The scrolls have no relation to Jordan or the Jordanian people.”

Other scroll fragments including a complete scroll known as the Copper Scroll – which was found in early excavations but believed to be from a different period than the other scrolls – are on exhibit in a climate-controlled display in the Jordan Museum. The Copper Scroll is made of metal and contains a list of places where gold and silver items are hidden, and has been used as a map by treasure hunters.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com