Anna Grabowska (Źródło zdjęcia – Facebook)
Kto ma wejść do tunelu?
Anna Grabowska (Anne Goldschmid)
Nie chodzi o to, że ludzie, którzy dzisiaj najgłośniej krytykują Izrael, naprawdę tłumaczą mu, jak ma się bronić, bo oni nie tłumaczą niczego. Nie mają żadnego planu, żadnej odpowiedzi ani instrukcji, którą dałoby się zastosować w realnym świecie, a nie na szanownym panelu dyskusyjnym, w gazecie, na uniwersytecie albo w poście pisanym z bezpiecznego mieszkania w Europie. Nie mówią, jak państwo ma rozbroić organizację terrorystyczną siedzącą wśród cywilów. Nie mówią również jak ma odzyskać zakładników i jak ma wejść do tuneli, zniszczyć wyrzutnie, składy broni, dowództwo, terrorystów, którzy przez dziesięciolecia wybierali izraelskich cywilów jako cel. Oni mówią jedno: Izraelowi nie wolno, Izrael przesadza i ma przestać. Ma się ograniczyć, uważać i nade wszystko ma być humanitarny. Izrael ma obowiązek chronić cywilów, a nie zabijać. Jakże pięknie i jakże humanitarnie. Tylko niech wreszcie ktoś z tej bańki opiniotwórców – dziennikarzy, komentatorów, politologów, wykładowców, artystów, ludzi kultury, influencerów, tych wszystkich osób, które mają wpływ na swoich czytelników, studentów, widzów, wielbicieli i naśladowców – powie coś więcej niż zdanie nadające się na transparent i tytuł. “Nie wolno zabijać cywilów”. Oczywiście, że nie wolno chcieć śmierci cywilów i że każde niewinne życie ma znaczenie. Ale to zdanie, powtarzane bez odpowiedzi na pytanie, co Izrael ma zrobić z ludźmi, którzy mordowali jego cywilów i chowają się między własnymi cywilami, staje się tylko pustą gadką. Owszem, ładną i podniosłą – i kompletnie bezużyteczną. Co ma zrobić państwo, którego dzieci mordowano w szkołach, którego rodziny zabijano w domach, którego obywateli wysadzano w restauracjach, autobusach i hotelach, którego zakładników wciągnięto pod ziemię? Ma czekać, aż profesorowie napiszą kolejny list? Aż ONZ uchwali kolejną rezolucję a artysta wrzuci na ekran czarny kwadrat i napisze, że cierpi? Tu właśnie zaczyna się wygodna bezradność ludzi, którzy niczym nie ryzykują. Nie w samej krytyce Izraela, bo – powtarzam tysięczny raz – państwo można i trzeba krytykować. Izrael nie jest świętym obrazkiem. Żadne państwo nie jest. Ale jeśli krytyka zmienia się w systematyczne odbieranie Izraelowi prawa do skutecznej obrony, a za tym nie idzie żadna realna alternatywa, to nie jest już analiza sytuacji tylko biczowanie. Zawsze tych samych. Żydów. To jest cholernie wygodny akt oskarżenia pisany przez ludzi, którzy nie płacą za swoje zdania życiem własnych dzieci. Uniwersytet nie zawsze chroni przed głupotą; często dostarcza jej przypisów.
Żeby zrozumieć izraelską doktrynę bezpieczeństwa, trzeba zacząć nie od telewizyjnego studia, czy od teatralnego gestu jakiegoś artysty. I nie od otwartego listu profesorów zza biurka ale od nazw miejsc, w których terroryzm pokazał swoją twarz bez żadnej maski. Ma’alot, maj 1974 roku. Terroryści z Demokratycznego Frontu Wyzwolenia Palestyny przedostali się z Libanu do Izraela. Po drodze zabili cywilów, a potem weszli do szkoły i wzięli za zakładników ponad stu uczniów. Szkoła, moi drodzy moraliści, nie baza wojskowa, posterunek ani sztab. Szkoła – miejsce, w którym przy tablicy powinna leżeć kreda, na biurkach zeszyty, kanapki w tornistrach i największy strach powinien być zwykłym dziecięcym strachem przed klasówką. Miejsce zamienione w pułapkę, dzieci w narzędzie szantażu, komunikat polityczny, środek nacisku. Zginęło 31 Izraelczyków, w tym wielu uczniów; opisy tej masakry mówią o 25 zabitych zakładnikach i sześciu innych cywilach. To nie była walka z armią, tylko wejście w najbardziej bezbronną przestrzeń życia po to, żeby złamać państwo przez jego dzieci. I zanim ktoś z bezpiecznej europejskiej sali wykładowej zacznie opowiadać o “kontekście przemocy”, niech zatrzyma swoją mądrą głowę przy tej jednej scenie: uzbrojeni ludzie i dzieci w szkole. Bo właśnie od tego zaczyna się prawda, którą tak wielu ludzi zajmujących się tworzeniem opinii najchętniej wyrzuciłoby z całej opowieści.
Potem Coastal Road, marzec 1978 roku. Terroryści z Fatahu przypłynęli z Libanu, przedostali się do Izraela i porwali autobus jadący nadmorską drogą. Autobus przecież też nie jest bazą wojskową, tylko najbardziej zwyczajnym środkiem lokomocji na świecie. Ludzie jadą do domu, do pracy, do rodziny, z dziećmi, torbami, zmęczeniem, małymi planami na resztę dnia. I właśnie dlatego terroryzm wybiera taki autobus, bo chce nie tylko zabić ludzi, ale normalność. Chce, żeby zwykła droga stała się miejscem rzezi, żeby podróż do domu mogła skończyć się śmiercią i żeby każdy cywil w Izraelu wiedział, że jest celem. W masakrze na Coastal Road zginęło 38 izraelskich cywilów, w tym 13 dzieci, a dziesiątki zostały ranne. Jeszcze raz: cywilów. Dzieci, ludzi jadących autobusem. Nie żołnierzy na froncie, czy komandosów w akcji. Zwykłych ludzi. To był jasny przekaz do państwa żydowskiego: wasze drogi, wasze autobusy, wasze rodziny, wasze dzieci, wasze codzienne życie – wszystko to może być celem. I potem mamy udawać, że ta izraelska obsesja bezpieczeństwa spadła z nieba? Że to jakiś żydowski polityczny kaprys? Że Izrael wymyślił sobie strach, bo lubi być trudny? To jest bezczelność albo ignorancja. A często jedno i drugie.
Rok później, Naharijja. 22 kwietnia 1979 roku terroryści Palestyńskiego Frontu Wyzwolenia przypłynęli łodzią z Libanu do północnego Izraela. Nie szukali frontu ani wojskowej bazy. Weszli w cywilne miasto i dotarli do domu rodziny Haran. Porwali Danny’ego Harana i jego czteroletnią córkę Einat. Danny został zastrzelony na plaży. Einat została zamordowana. Według materiałów dotyczących sprawy Samira Kuntara dziecku roztrzaskano głowę kolbą karabinu. Dwuletnia Yael Haran zginęła podczas ukrywania się z matką, Smadar, która próbowała ją uciszyć, żeby terroryści nie odkryli kryjówki. Zginął też policjant Eliyahu Shahar. Czyli znowu, moraliści świata, do was mówię: dom, matka, małe dzieci, plaża, noc, strach, krzyk, śmierć. Nauczcie się tej wyliczanki na pamięć. Potem jeszcze drugi akt tej samej hańby: Samir Kuntar został po latach w Libanie przyjęty przez część środowisk jak bohater, a w 2008 roku uwolniony w ramach wymiany z Hezbollahem za ciała izraelskich żołnierzy Ehuda Goldwassera i Eldada Regeva. Człowiek skazany za udział w zbrodni na rodzinie i dziecku stał się dla niektórych symbolem oporu. W tym właśnie miejscu widać całą odrazę, bo jeśli ktoś potrafi zrobić bohatera z człowieka, przy którego historii leży martwe dziecko, to problem nie kończy się wyłącznie na przemocy. On leży głębiej. W kulturze politycznej, która umie nazwać morderstwo cywilów walką, a zabójcę dziecka bojownikiem. Taki to opór, zgnilizna ubrana we flagę.
Ta historia nie skończyła się w latach siedemdziesiątych. W sierpniu 2001 roku zamachowiec samobójca wysadził się w pizzerii Sbarro w Jerozolimie. Ponownie – pizzeria, zwyczajne miejsce rodzinne, pełne dzieci, młodzieży, ludzi jedzących obiad, rodzin, które przyszły na pizzę, a nie na wojnę. Zginęło 16 cywilów, w tym siedmioro dzieci i kobieta w ciąży, a ponad sto osób zostało rannych. W marcu 2002 roku, w czasie święta Pesach, zamachowiec wszedł do hotelu Park w Netanji, gdzie ludzie siedzieli przy sederowym stole. Pesach – święto wyjścia z niewoli, święto pamięci. Święto rodzinne jak Wasze Boże Narodzenie. I to święto zostało zamienione w salę śmierci. Zginęło 30 osób, rannych zostało około 140. Wśród ofiar byli ludzie starsi, także ocaleni z Zagłady. Trzeba naprawdę mieć serce z kamienia albo głowę pełną ideologicznych idiotyzmów, żeby nie rozumieć, czym jest taki wybór celu. Restauracja, hotel, święto, rodzina przy stole. Ludzie, którzy już raz w historii mieli być bezbronni wobec cudzej przemocy, znowu zabijani tam, gdzie przecież powinni czuć się najbezpieczniej. Terroryzm doskonale rozumie symbole, dlatego wybiera szkołę, autobus, pizzerię, hotel podczas święta, dziecko, starca, rodzinę przy stole. Ktoś pomyśli, że być może “nie ma innej metody walki”. Niestety, nic z tego. Terroryści wiedzą, że ta metoda działa na wyobraźnię, zastrasza, kaleczy pamięć na zawsze i wbija nóż w codzienne życie.
W 2011 roku, Itamar. Dwóch palestyńskich napastników weszło nocą do domu rodziny Fogel i zamordowało pięć osób: Udiego i Ruth Fogel oraz troje ich dzieci: jedenastoletniego Yoava, czteroletniego Elada i trzymiesięczną Hadas. Niemowlę. Znów nie na froncie: w domu, w łóżku. Dwunastoletnia Tamar wróciła później i znalazła swoją zamordowaną rodzinę. Tu nie trzeba literatury. Rzeczywistość jest wystarczająco potworna. I proszę mi potem nie opowiadać spokojnym głosem o spirali przemocy, jakbyśmy mówili o dwóch równorzędnych abstrakcjach. Tu nie ma żadnej abstrakcji. Tu jest noc, dom, rodzice, dzieci, niemowlę, dziewczynka wracająca do mieszkania, w którym nie ma już rodziny. Ta historia jest ważna nie dlatego, że cierpienie izraelskie ma unieważnić cierpienie kogokolwiek innego. Nie unieważnia, ale pokazuje ciągłość pewnego wzoru: wejść w życie cywilne, w dom, w rodzinę, w dziecko, w intymność, w to miejsce, w którym człowiek powinien mieć prawo przestać się bać. A potem jeszcze słuchać, jak ludzie z daleka mówią o “kontekście”. Kontekst nie wyciera krwi z dziecięcego łóżka, nie przywraca zamordowanej matki, nie strzela do niemowlęcia.
I potem był 7 października 2023 roku. I znów szanowne grono komentatorów opiniotwórczych krzyczała na trwogę: “eskalacja”, “tragiczny dzień po obu stronach”, ta wygodna formuła ludzi, którzy chcą mówić tak, żeby nie dotknąć prawdy. Kiedy o was myślę, mam mdłości. 7 października był zaplanowanym atakiem Hamasu i innych grup z Gazy na izraelskich cywilów: kibuce, miejscowości przygraniczne, domy, rodziny, osoby starsze, dzieci, uczestników festiwalu muzycznego Nova. Zamordowano około 1200 osób, a ponad 250 uprowadzono jako zakładników do Gazy. To nie był gniew biednych przeciwko silnym. To nie była rozpacz, która przypadkiem wymknęła się spod kontroli, tylko metoda. Ta sama tylko większa, masowa, bezwstydna, filmowana, transmitowana, opowiadana potem światu przez tych, którzy z ludzkiej śmierci potrafią zrobić widowisko polityczne. I po tym wszystkim znowu pojawia się ta sama bańka ludzi opinii, ci sami prestiżowi komentatorzy, profesorowie, artyści, dziennikarze i aktywiści od cudzej wrażliwości, i mówią: Izrael przesadza, Izrael nie może, Izrael powinien, Izrael musi, Izraelowi nie wolno. Tylko że za tym nie idzie żadna odpowiedź na pytanie, jak państwo ma chronić swoich obywateli przed powtórką. Jak ma żyć obok organizacji, która mordowała ludzi w domach i porywała cywilów do tuneli. Jak ma prowadzić wojnę z przeciwnikiem, który od początku zaciera granicę między polem walki a przestrzenią cywilną. Jak wreszcie ma bronić życia własnych ludzi, jeśli nie wolno mu użyć siły wystarczającej do zniszczenia infrastruktury tych, którzy przyszli po jego obywateli.
I właśnie dlatego chcę powiedzieć rzecz najprostszą: to nie jest opowieść o zemście. Zemsta jest prywatna, ślepa, często zrozumiała w bólu, ale nie może być zasadą państwa. Żadnego. Obrona jest czymś innym, oznacza, że państwo po Ma’alot, Coastal Road, Naharijji, Sbarro, Netanji, Itamar i 7 października mówi swoim obywatelom: zrobimy wszystko, żeby to się nie powtórzyło. Nie wszystko, co robi państwo w trakcie wojny, jest automatycznie słuszne. Izrael, jak każde państwo demokratyczne, musi odpowiadać za błędy, musi ważyć środki, musi minimalizować śmierć cywilów. Izrael nie jest państwem idealnym, bo nie ma idealnych państw. W Izraelu są głębokie spory, jest rozdział wewnątrz społeczeństwa, jest ogromne napięcie polityczne, są decyzje rządów, które można krytykować, są problemy religijne, społeczne, prawne, są także problemy z najbardziej radykalnymi środowiskami osadniczymi, o których mówiłam zawsze i których nie trzeba zamiatać pod dywan. Ale czym innym jest krytyka państwa, rządu, osadników, konkretnych decyzji politycznych czy wojskowych, a czym innym wrzucanie całego Izraela do worka z napisem “ludobójstwo”, “apartheid”, “zamordyzm”, jakbyśmy mówili o państwie zbudowanym wyłącznie na przemocy wobec innych. To jest fałsz. W Izraelu żyją arabscy obywatele, pracują, głosują, studiują, leczą, uczą, są lekarzami, prawnikami, parlamentarzystami, sąsiadami, współpracownikami. Oczywiście, jak w każdym państwie wieloetnicznym i w kraju żyjącym w stanie ciągłego napięcia, istnieją nierówności, konflikty, dyskryminacje i uprzedzenia, których nie wolno udawać, że nie ma. Ale mówienie, że Izrael jest państwem apartheidu w tym prostym, propagandowym sensie, w którym każdemu Arabowi odmawia się człowieczeństwa i praw, jest kłamstwem wygodnym dla ludzi, którzy nie chcą widzieć tej złożoności. Tam ludzie żyją obok siebie, pracują obok siebie, leczą się u siebie, handlują ze sobą, rozmawiają ze sobą. Sąsiedzi bywają sąsiadami, nie tylko figurami z plakatu. I właśnie dlatego ten prymitywny język oskarżenia jest tak amoralny: kasuje całe realne społeczeństwo, wszystkie jego napięcia, wszystkie jego codzienne relacje, żeby zostawić tylko jeden obraz – Izrael jako potwór.
Ale nie wolno zacierać zasadniczej różnicy między państwem walczącym z organizacją terrorystyczną działającą wśród cywilów a organizacją, która cywilów izraelskich wybiera jako cel, a cywilów palestyńskich traktuje jako osłonę, narzędzie presji i paliwo propagandy. To nie jest symetria. To jest różnica między tragedią wojny a dogmatem terroru. Izrael nie zabija cywilów dlatego, że chce zabijać cywilów. Izrael prowadzi wojnę w warunkach narzuconych przez przeciwnika, który zbudował swoją strategię na tym, że każda śmierć cywilna będzie pracowała przeciwko państwu żydowskiemu. Najpierw uderzyć w izraelskich cywilów, potem schować się między własnymi cywilami, potem pokazać światu obrazy skutków wojny i powiedzieć: patrzcie, to Izrael jest winny. Wstrętne, skuteczne i znane.
I dlatego ludzie opinii, którzy potrafią z wielkim gestem potępiać Izrael, ale nie potrafią powiedzieć, jak Izrael ma przeżyć, uczestniczą w czymś więcej niż w zwykłym sporze politycznym. Krytyka Izraela sama w sobie nie jest antysemityzmem. Trzeba to mówić jasno, bo inaczej tekst staje się zbyt łatwy do odrzucenia. Ale systematyczne odbieranie Izraelowi prawa do skutecznej samoobrony, przy jednoczesnym milczeniu o tym, jak ma chronić swoich obywateli przed organizacjami mordującymi cywilów, staje się współczesną formą antyżydowskiego podwójnego standardu. Tak, to wykluczenie nie zawsze przychodzi w starym języku nienawiści, dziś wybiera język humanizmu, język akademicki, język kultury i praw człowieka, w języku ludzi, którzy doskonale wiedzą, jak napisać list otwarty, esej, raport, rezolucję, odezwę, wygodne wypracowanie zza biurka, ale nie wiedzą, jak uratować dziecko w kibucu, rodzinę przy sederowym stole, pasażera autobusu, czy zakładnika w tunelu.
Widać to bardzo dobrze po nazwiskach i instytucjach, które nadają temu ton. Moja “ulubienica “, której poświęciłam co najmniej 15 artykułów – Francesca Albanese, specjalna sprawozdawczyni ONZ do spraw sytuacji praw człowieka na terytoriach palestyńskich okupowanych od 1967 roku, mówi o Izraelu, oskarżeniem: ludobójstwo, wymazywanie kolonialne, apartheid, kolonializm, zbrodnia. ONZ produkuje rezolucje, raporty, apele, oświadczenia, całe tony papieru o tym, czego Izraelowi nie wolno. Nie wolno eskalować, nie wolno odpowiadać za mocno, nie wolno blokować, nie wolno uderzać tak, nie wolno uderzać inaczej, nie wolno powodować cierpienia cywilów. Część tych zdań jest oczywiście słuszna jako ogólna zasada prawa i humanitaryzmu. Jakież to jednak cyniczne, kiedy z tych zasad nie wynika żadna realna metoda działania wobec organizacji, która trzyma zakładników, buduje tunele pod miastami, strzela z terenów cywilnych i ukrywa się między ludźmi, których później pokazuje światu jako dowód winy Izraela. ONZ potrafi powiedzieć państwu żydowskiemu, czego mu nie wolno. Nie potrafi powiedzieć, kto konkretnie ma rozbroić Hamas, kto ma wejść do tuneli, kto ma wyprowadzić stamtąd zakładników, kto ma zatrzymać Hezbollah, kto ma powstrzymać Iran, kto ma przerwać cały system rakiet, dronów, milicji, pełnomocników, wyrzutni, składów broni i szantażu cywilami. Kto weźmie odpowiedzialność za izraelskie dzieci, jeśli państwo izraelskie zostanie sparaliżowane przez cudze rezolucje? Kto stanie na granicy? Kto wejdzie do tunelu? Kto zatrzyma pocisk w powietrzu? Raport???
To samo widać w świecie filozofów, pisarzy i intelektualistów. Judith Butler po 7 października wywołała burzę, gdy mówiła o ataku Hamasu jako o “akcie zbrojnego oporu”; później tłumaczono, że jej wypowiedź została wyrwana z kontekstu, ale sam fakt, że taki język mógł się pojawić w ustach jednej z najbardziej znanych postaci współczesnej teorii krytycznej, mówi bardzo dużo o stanie tej debaty. Étienne Balibar też pisał o “celowym ludobójstwie” w Gazie, Ilan Pappé od lat opisuje Izrael językiem kolonialnym i antysyjonistycznym, a w ostatnich latach jeszcze mocniej mówił o izraelskiej wojnie nie jako o samoobronie, lecz jako o jawnej zbrodni. Do tego dochodzą izraelscy krytycy z lewej strony: Amos Goldberg, Omer Bartov, David Grossman, Gideon Levy, Amira Hass – ludzie różni, o różnych biografiach, o różnym ciężarze intelektualnym i osobistym, których nie można wrzucić do jednego worka ani zbyć prostą etykietą. Ale wspólny problem pozostaje ten sam: w ich języku bardzo często pojawia się wielkie oskarżenie wobec Izraela, natomiast znacznie rzadziej pojawia się konkretna odpowiedź na pytanie, co państwo żydowskie ma zrobić z Hamasem, z tunelami, z zakładnikami, z wyrzutniami, z Hezbollahem, z Iranem, z całym systemem, który chce Izrael osłabić, osaczyć, wypalić nerw po nerwie i jeszcze oskarżyć go o to, że się broni. Humanizm brzmi tam pięknie, czasem nawet wzruszająco, ale zatrzymuje się dokładnie tam, gdzie zaczyna się pytanie o skuteczność.
W Polsce ten mechanizm ma własną wersję: akademicką, publicystyczną, środowiskową. Można wskazać Andrzeja Ledera, znanego filozofa, którego tekst o Izraelu wywołał polemikę Lewkowicz, Jana Hartmana, Beaty Lewkowicz i moją. Można wskazać Adama Lipszyca, który coraz częściej zabiera głos w tonie, w którym Izrael staje się przede wszystkim oskarżonym, a pytanie o jego realne bezpieczeństwo znika pod warstwą wzniosłych słów. Nie chodzi o to, żeby każdego z nich wrzucić do jednego worka z aktywistami ulicznymi albo internetowym tłumem. Właśnie nie, chodzi o coś gorszego: o ludzi wykształconych, oczytanych, obytych, piszących z pozycji autorytetu, ludzi, którzy siedzą za biurkiem, piszą długie wypracowania o winie Izraela, o przemocy, cierpieniu, historii, a potem nie odpowiadają na najprostsze pytanie: co dokładnie ma zrobić państwo, któremu zamordowano obywateli i porwano ludzi do tuneli? Bardzo wygodnie siedzi się za biurkiem i pisze teksty o humanizmie, potwierdzam, ale tylko wtedy, kiedy to nie własne dziecko siedzi w schronie, nie własna matka została porwana, nie własny syn jest w wojsku, nie własny kraj ma nad sobą rakiety, drony, Hezbollah, Hamas i Iran. Bardzo łatwo jest być szlachetnym, gdy cudzy strach traktuje się jak materiał do eseju.
I najbardziej perfidne według mnie jest właśnie to, że ten język wygląda na szlachetny. Mówi o prawach człowieka, o cywilach, o cierpieniu, o dzieciach, o humanitaryzmie. I oczywiście armia państwa demokratycznego musi działać możliwie humanitarnie: ostrzegać cywilów, rozróżniać cele, minimalizować straty, badać błędy, odpowiadać za nadużycia. Ale humanitaryzm nie jest magiczną metodą wojenną. Nie wyciąga zakładników z tunelu. Nie niszczy wyrzutni rakiet. Nie rozbraja ludzi, którzy własnych cywilów wypychają przed siebie, a cudzych cywilów wybierają jako cel. Humanizm jest konieczny jako granica działania państwa. Nie wystarcza jednak jako odpowiedź na organizację, która uczyniła z cywilów – izraelskich i palestyńskich – narzędzie własnej strategii. Można mówić o humanizmie, siedząc w sali wykładowej, przy mikrofonie, na panelu literackim, w redakcji, na uniwersytecie, w studiu telewizyjnym. Ale państwo po masakrze nie może obronić swoich obywateli samym humanistycznym tonem. Może i powinno działać w granicach prawa wojny, ale nie może udawać, że wojny nie ma tylko dlatego, że ludziom opinii tak się podoba i tak wygodniej.
Ich słowa schodzą potem niżej, do mas, do fanów, do studentów, do czytelników. Artysta rzuca hasło, dziennikarz nadaje mu rytm, politolog daje pozór jakiejś analizy, akademik dopisuje przypis, influencer puszcza dalej, a potem tłum wie już, że ma potępiać Izrael, choć często nie wie, czym były Ma’alot, Coastal Road, Naharijja, Sbarro, Netanja czy Itamar. Wie, że ma mówić “cywile”, ale nie wie, co zrobić z organizacją, która cywilów zamieniła w narzędzie swojej wojny.
Izrael nie ma obowiązku popełnić samobójstwa, żeby zadowolić europejskie salony opinii.
To zdanie trzeba zostawić bez ozdób, bo tu leży sedno. Izrael ma obowiązek chronić swoich obywateli, tak jak każde państwo. Nie ma obowiązku być idealną ofiarą cudzej wrażliwości. Nie ma obowiązku czekać, aż ludzie, którzy mordowali dzieci, zestarzeją się w spokoju albo przejdą szkolenie z języka praw człowieka. Nie ma obowiązku udawać, że tunele są metaforą, rakiety są desperacją, zakładnicy są komplikacją negocjacyjną, Hezbollah jest tylko “aktorem politycznym”, Iran tylko “państwem reagującym” a masakra jest “kontekstem”. Wyliczać te bzdury mogłabym długo. Państwo, które nie broni swoich ludzi po takich doświadczeniach, przestaje być państwem. Staje się dekoracją do cudzych seminariów. Dlatego trzeba wracać do tych nazw, wcale nie po to, żeby urządzać swoisty katalog cierpienia i nie po to, żeby mówić, że cierpienie jednych unieważnia cierpienie drugich. Trzeba do nich wracać, bo bez nich opowieść o Izraelu zaczyna się od izraelskiej odpowiedzi, a wycina wszystko, co ją poprzedzało: dzieci w szkole, autobus na drodze nadmorskiej, rodzinę Haran, pizzerię Sbarro, seder w Netanji, rodzinę Fogel, kibuce i festiwal Nova. Kto pomija ten początek, nie analizuje rzeczywistości. Pisze akt oskarżenia w zeszycie z wyrwanymi stronami.
Nie, nikomu nie chodzi o zabijanie cywilów. Nikt nie chce, żeby zginął choćby jeden niewinny człowiek, ani jedno niewinne dziecko. Ale skoro tak wielu ludzi wie, czego Izraelowi nie wolno, niech wreszcie powiedzą, co wolno. Niech wskażą choć jedną realną drogę: jak rozbroić Hamas, jak zatrzymać Hezbollah, jak odpowiedzieć Iranowi, który wysyła na Izrael rakiety i drony, jak przerwać cały ten system terroru, pełnomocników, tuneli, wyrzutni, zakładników i szantażu cywilami. Jak zniszczyć infrastrukturę przemocy ukrytą wśród ludzi i jednocześnie nie narazić nikogo niewinnego. Nie zrobi się tego rezolucją. Nie zrobi się tego listem otwartym. Nie zrobi się tego moralizującą gadką ludzi, którzy za własne zdania nie płacą życiem swoich dzieci. Niech powiedzą wprost: co ma zrobić Izrael, kiedy z jednej strony ma Hamas w Gazie, z drugiej Hezbollah przy północnej granicy, za nimi Iran, który finansuje, uzbraja, inspiruje i sam potrafi wysłać w stronę Izraela rakiety i drony? Ma czekać, aż rezolucja ONZ zatrzyma pocisk w powietrzu? Aż list otwarty rozbroi tunel? Aż profesor od humanizmu przekona człowieka z wyrzutnią, że cywile są święci?
Dlatego celowo zostawiam ten tekst otwarty. Niech ci, którzy tak łatwo oskarżają Izrael, pokażą teraz własne człowieczeństwo: nie tylko w pięknych słowach o cywilach, ale w uczciwej odpowiedzi na pytanie, jak państwo po Ma’alot, Coastal Road, Naharijji, Sbarro, Netanji, Itamar i 7 października ma obronić swoich ludzi przed następną masakrą, następną rakietą, następnym tunelem, następnym porwaniem, następną wojną narzuconą mu przez tych, którzy sami nie mają żadnego problemu z cudzą śmiercią.
Bonne soirée !
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com