Archive | April 2026

Ludobójstwo, którego nie ma i nie było.


Ludobójstwo, którego nie ma i nie było.

Beata Lewkowicz


Beata Lewkowicz

Ja syjonistka, ja Polka, ja nie-Żydówka znowu muszę tłumaczyć wszystko od podstaw.

Ludobójstwo to pojęcie stworzone, aby opisać celowe, systematyczne mordowanie Żydów przez Niemców.

Holokaust to słowo opisujące wymordowanie dwóch trzecich europejskich Żydów – sześciu milionów ludzi.

Obozy zagłady to określenie sześciu głównych obozów śmierci, w których prawie 3 miliony Żydów zostało zamordowanych, zagazowanych i spalonych zaraz po przybyciu.

Porównywanie Holokaustu do czegokolwiek innego jest wypaczeniem, odwróceniem znaczeń i zanegowaniem historii.

W tej chwili najpopularniejszą formą łączenia ludzi ponad podziałami, w spektrum od Mariusza Szczygła do Konrada Berkowicza, jest międzynarodówka, na której sztandarach widnieje główne i właściwie jedyne hasło, głoszące dogmat, że Izrael popełnia ludobójstwo. Otóż chciałabym napisać tutaj jasno: IZRAEL NIE POPEŁNIA LUDOBÓJSTWA. Fakt, że tysiące ludzi powtarza to pseudo twierdzenie jak papugi, nie oznacza jeszcze, że jest ono prawdziwe, a jedynie tylko tyle, że propaganda okazała się skuteczna.

Ludobójstwo nie oznacza po prostu wielkiej liczby ofiar. Nie oznacza wojny brutalnej, krwawej, wyniszczającej. Nie oznacza nawet wojny, w której ginie ogromna liczba cywilów. Wojna jest rzeczą straszną, ale czasem nie da się jej uniknąć, bo koszty pacyfizmu za wszelką cenę są nie do przyjęcia.

W prawie międzynarodowym ludobójstwo ma konkretne i ściśle zdefiniowane znaczenie. Nie jest potocznym określeniem, które każdy może sobie interpretować w sposób najbardziej wygodny dla swoich celów. Konwencja ONZ z 1948 roku mówi o czynach dokonanych z zamiarem zniszczenia w całości lub w części grupy narodowej, etnicznej, rasowej albo religijnej jako takiej. Kluczowe jest tu słowo zamiar.

Twórcy konwencji pilnowali, żeby pojęcia „ludobójstwo” nie rozszerzać nadmiernie. Już w chwili jej powstania pojawiały się próby, żeby zdefiniować je szerzej, przyporządkowując mu wypędzenia, rozpad struktur społecznych, terroryzm, rozmaite formy przemocy politycznej. ONZ te próby odrzuciła właśnie dlatego, żeby nie zostało w przyszłości użyte instrumentalnie. Gdyby nie postawiono tamy już wtedy, każde państwo mogłoby oskarżać inne państwa o ludobójstwo właściwie przy każdej wojnie.

Niestety, nie zapobiegło to manipulacjom. Zrobiono z tego pojęcia młot propagandowy na Izrael. Wystarczyło oskarżenie i automatycznie został on obwołany państwem zbrodniczym, jego siły zbrojne zostały nazwane armią ludobójczą, jego obywatele w myśl tej logiki stali się współwinni, a każdy, kto próbuje przywrócić precyzję definicji i dowodów, jest natychmiast oskarżany o usprawiedliwianie zbrodni. Właśnie tak działa ten mechanizm, wymyślony i dobrze naoliwiony jeszcze przez specjalistów z KGB.

Pojęcia ludobójstwa w oskarżeniach wobec Izraela zaczęto używać praktycznie od zarania jego państwowości. Początkowo Arabowie, później na pełnej petardzie robił tak ZSRR i jego akolici.

Od tamtej pory ten język stawał się coraz bardziej powszechny. Najpierw wszedł do obiegu akademickiego, potem do organizacji pozarządowych, a następnie do mediów i mediów społecznościowych. Pojawiła się szkoła niby-myślenia, według której ludobójstwo nie musi już oznaczać fizycznego niszczenia grupy z udowodnionym zamiarem, tylko może być „procesem strukturalnym”. Czyli nie musi istnieć plan, nie musi być jasnej intencji, nie muszą się zgadzać kryteria prawne. Wystarczy opowiedzieć historię o kolonializmie osadniczym, w którym wszystko, od 1948 roku po dzisiejszą Gazę, zostaje włączone w jeden ciągły proces „wymazywania”, tworząc cały ten użyteczny aparat pojęciowy, który teraz przejmują aktywiści, Amnesty i połowa internetu.

Od lat przygotowywano podatny grunt, na którym każde oskarżenie wobec Izraela przyjmowało się i rozrastało do niebotycznych rozmiarów. Machina była gotowa do użycia i została uruchomiona natychmiast po 7 października 2023.

Zarzuty o ludobójstwo, już wcześniej wysuwane przez dziesiątki lat, przy każdej okazji – tylko czekały. Operacja była ewidentnie skoordynowana na skalę międzynarodową – media, demonstracje, uniwersytety. Kulminacją tej propagandowej hucpy jest sprawa wniesiona przez Republikę Południowej Afryki przeciwko Izraelowi w grudniu 2023 roku. To zresztą ruch politycznie genialny. Niepotrzebne są żadne dowody. Wystarczy po prostu samo oskarżenie.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nie orzekł, że Izrael popełnia ludobójstwo. Nie stwierdził tego. Nie potwierdził tego. Ale ponieważ sprawa została przyjęta do procedowania i ponieważ w przestrzeni publicznej nikt nie odróżnia proceduralnego etapu badania skargi od wyroku, błoto zostało rzucone i przykleiło się znakomicie. Na tym polega skuteczność tej operacji. Wyrok może zapaść po latach, kontekst może się całkowicie zmienić, ludzie mogą już nie pamiętać, czego dotyczyła sprawa, ale słowo „genocide” już weszło do obiegu i zaczęło żyć własnym życiem.

Jawne, ewidentne i oczywiste związki RPA z rosyjską, pochodzącą jeszcze z czasów ZSRR propagandą i źródłami finansowania, członkostwo wespół z Rosją w BRICS wydają się być dla ludzi rzucających i powielających oskarżenia wobec Izraela całkowicie nieistotne i wręcz niewidzialne.

Trwające od dekad próby rzucenia na Izrael oskarżenia o ludobójstwo w oderwaniu od jakichkolwiek definicji, dowodów czy faktów, w które wielokrotnie zamieszani byli politycy i prawnicy pochodzący z RPA układają się w powtarzalny wzór.

Emocjonalnej, niedokształconej i antysemickiej tak zwanej opinii publicznej oraz przekupnym lub po prostu głupim dziennikarzom całkowicie umyka podstawowy fakt, że w ramach Konwencji ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa każde państwo, będące jej stroną może oskarżyć inne państwo, również będące jej sygnatariuszem – o ludobójstwo. Stać się tak może na podobnej zasadzie jak ta, mająca zastosowanie, gdy dowolny członek społeczeństwa – nazwijmy go obywatelem X – zgłosi się na policję, oskarżając sąsiada Y o kradzież złotego nocnika odziedziczonego po prababce.

Ów dowolny obywatel X nie musi udowadniać, że taki nocnik kiedykolwiek posiadał, że kradzież miała w ogóle miejsce ani że dokonał jej właśnie sąsiad Y. Cały ciężar dowodowy spoczywa na policji, która w toku swoich czynności może wykazać, że rzekomo poszkodowany całą sprawę sobie wymyślił.

Ale uwaga – i to jest najważniejsze – policja nie może mu odmówić prawa złożenia zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa.

I dokładnie tak samo musiał postąpić Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Musiał przyjąć, że w warunkach wojny zarzut ludobójstwa może być „plausible”, wiarygodny, a raczej na tyle nie absurdalny, że może podlegać dalszemu badaniu.Gdyby obywatel X poszedł na policję i powiedział, że okradł go wytresowany przez sąsiada Y dinozaur, policja nie przyjęłaby takiego doniesienia, ponieważ zarzut byłby całkowicie niewiarygodny.

I dokładnie taką samą logiką kierował się Trybunał – uznał wyłącznie, że zarzut nie jest na poziomie oczywistej fantazji. Nie oznacza to potwierdzenia ludobójstwa.

W przestrzeni publicznej to rozróżnienie zostało całkowicie zignorowane. Sam fakt przyjęcia sprawy został uznany za dowód winy. W końcu w grę wchodził Izrael, co oznacza, że każde oszczerstwo jest wiarygodne. Proces potrwa pewnie pięć do dziesięciu lat i w momencie, kiedy dojdzie do jakiejkolwiek konkluzji, nikogo to już nie będzie interesowało. Liczy się tylko obrzucenie Izraela błotem TERAZ i to, żeby się przykleiło trwale i w widocznym miejscu.To idealna forma współczesnej propagandy. Nie trzeba niczego ostatecznie udowodnić. Wystarczy wytworzyć atmosferę. Wystarczy, że media, aktywiści i celebryci będą to słowo powtarzać tysiąc razy dziennie. Wystarczy, że Francesca Albanese napisze o 186 tysiącach ofiar, powołując się na fantazmatyczne spekulacje z The Lancet. Wystarczy, że Al Jazeera, The Guardian, Middle East Eye i konta na TikToku powielą tę liczbę dalej. Wystarczy hasło: „To nie jest skomplikowane. To jest ludobójstwo.” Cały jego sens polega na tym, żeby wyłączyć myślenie. Bo jeśli to nie jest skomplikowane, to nie trzeba już analizować prawa, zamiaru, definicji, intencji ani działań Hamasu, Karty Hamasu, 7 października, rakiet, tuneli, zakładników, wojny miejskiej, używania szpitali i szkół jako osłony, kobiet i dzieci jako żywych tarcz oraz roli Iranu, Hezbollahu, Huti. Niczego już nie trzeba, bo wystarczą pierwotne emocje.A przecież to wszystko jest właśnie skomplikowane.Izrael prowadzi brutalną wojnę z organizacją, która jawnie deklaruje chęć jego zniszczenia, ukrywa swoich ludzi i broń wśród cywilów, wykorzystuje szpitale, szkoły i meczety jako element infrastruktury wojennej, zamienia własną ludność w tarczę i jednocześnie wie, że każde uderzenie odwetowe będzie pracowało na rzecz propagandowego przekazu. Można dyskutować o proporcjonalności. Można krytykować konkretne decyzje wojskowe. Można oceniać błędy, zaniedbania, a nawet możliwe zbrodnie wojenne. Ale nie można bezkarnie skakać od słów „dużo cywilów zginęło” do „to ludobójstwo”, jakby między jednym a drugim nie istniała żadna różnica.

Istnieje. I jest zasadnicza.

Jeżeli celem Izraela byłoby rzeczywiście zniszczenie Palestyńczyków jako grupy, mielibyśmy do czynienia z innym rodzajem działań, innym językiem operacyjnym, inną logiką wojskową i innym wzorcem zachowania. Tymczasem to, co nawet najbardziej krytyczne raporty najczęściej opisują, jest sporem o proporcjonalność, o środki wojenne, o charakter celów, o ochronę cywilów, o blokadę, o odpowiedzialność za skutki wojny. I chociaż są to bardzo trudne kwestie, nadal nie są automatycznie składowymi ludobójstwa. Gdy w 2009 roku raport Goldstone’a formułował zarzuty wobec Izraela po Operacji Płynny Ołów, mówił o możliwych naruszeniach prawa wojennego. Gdy podobne rzeczy opisuje Amnesty w 2024 roku, nagle mamy już nie zbrodnie wojenne, tylko ludobójstwo. Nikt nie odkrywa tutaj nowych faktów, po prostu przyklejana jest inna etykietka.Muszę na marginesie przypomnieć – po raz kolejny – że populacja Arabów palestyńskich wzrosła w latach 1948-2026 od poziomu 1,2 mln do 5,9 mln (strefa Gazy oraz Judea i Samaria czyli tzw. Zachodni Brzeg), a więc czterokrotnie. A więc Izrael, tak skuteczny w wielu dziedzinach, okazał się być całkowitym partaczem, jeżeli chodzi o „ludobójstwo”.Widać, jak bardzo samo to pojęcie zostało zniekształcone od czasów Lemkina, który tworzył termin „genocide”, mając przed oczami próbę fizycznego wyniszczenia narodu żydowskiego. Konwencja ONZ zawęziła to pojęcie jeszcze bardziej, właśnie po to, by nie można go było nadmiernie rozwlekać.

Tymczasem dzisiaj obserwujemy ruch odwrotny. Rozciąga się definicję tak szeroko, że staje się ona pojemnikiem na każdą polityczną obsesję. W efekcie „ludobójstwo” odmienia dziś przez przypadki każdy, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, od aktywistów NGO po celebrytów, od ludzi całkowicie niewykształconych po profesorów, którzy dawno już porzucili rygor prawa na rzecz rygoru ideologii.

Najgroźniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że takie oskarżenie coraz częściej nie zatrzymuje się na państwie Izrael, ale rozszerza się na Żydów jako takich. Pojawia się narracja, że Żydzi wszyscy są w to zamieszani, że żydowskie lobby steruje rządami zachodnimi, że oskarżenie o antysemityzm jest cyniczną metodą zamykania ust wszelkim krytykom, że Izrael „oszukuje świat”, a Żydzi mu w tym pomagają. Czyli klasyczne tropy antysemickie, tylko dla niepoznaki wyrażone w języku praw człowieka. I to jest może najbardziej obrzydliwy sukces całej tej operacji. Stary antysemityzm wraca dziś w nowoczesnym kostiumie NGO, prawa międzynarodowego i postkolonialnej teorii.

Więc po raz kolejny, i kolejny, i kolejny trzeba to powtórzyć – Izrael NIE popełnia ludobójstwa. Można oskarżać go o różne rzeczy, można spierać się o metody wojny, można wskazywać błędy, tragedie i okrucieństwo tej wojny. Ale słowo „ludobójstwo” zostało tu użyte jako narzędzie delegitymizacji, moralnego unicestwienia i politycznej mobilizacji przeciwko Izraelowi. I ta akcja była przygotowywana latami, w ONZ, na uniwersytetach, w ruchu BDS, w organizacjach pozarządowych, w mediach społecznościowych i w mediach głównego nurtu. Dziś zbiera żniwo. Ludzie powtarzają ten slogan jak echo, bo jest łatwy, emocjonalny i daje im poczucie moralnej wyższości.

W tym sensie powielanie oskarżeń Izraela o ludobójstwo w zaskakujący sposób łączy osoby które prawdopodobnie nie podałyby sobie ręki przy innej okazji. A jednak trzeba spojrzeć w prawdzie w oczy – pełna dobrych chęci Agnieszka Holland, stwierdzająca u płonącej rewolucyjnym ogniem Iwony Wyszogrodzkiej, że „moim zdaniem to jest ludobójstwo” i Konrad Berkowicz, krzyczący z sejmowej mównicy o ludobójczym Izraelu, Mariusz Szczygieł, piszący o izraelskim ludobójstwie (z gwiazdkami zamiast trzech środkowych liter, bo „zasięgi”) i nikomu nie znany Jan Kowalski, piszący komentarz w grupie zwolenników Konfederacji o „ludobójczych pejsach” – wszyscy są członkami tego samego klubu – czy tego chcą, czy nie chcą.

Nie są w w tym aż tak oryginalni, przed nimi byli inni, made in USSR.

I tak prawica z lewicą znowu wspólnie stworzyły antysemickie monstrum, przy którym twór barona Frankensteina to Mister Universum.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Aby bronić Porozumień Abrahamowych, Trump musi najpierw bronić ZEA


Aby bronić Porozumień Abrahamowych, Trump musi najpierw bronić ZEA

Robert Williams
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Administracja Trumpa musi zwrócić na to szczególną uwagę: Zjednoczone Emiraty Arabskie nie są jedynie kolejną monarchią Zatoki Perskiej ani kolejnym partnerem energetycznym. Są jednym z najczytelniejszych przykładów w świecie arabskim kraju, który świadomie wybrał modernizację zamiast ideologicznej stagnacji oraz rozwój zamiast starej polityki resentymentu. Na zdjęciu: Na zdjęciu: Prezydent USA Donald J. Trump spotyka się z prezydentem Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejkiem Mohamedem bin Zayedem, 15 maja 2025 r. w Abu Zabi. (Zdjęcie: Win McNamee/Getty Images)

Gdy prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejk Mohamed bin Zayed, odwiedził 6 marca w szpitalu ofiary niedawnych ataków, zrobił coś więcej niż tylko okazał współczucie. Przekazał przesłanie swojemu narodowi, regionowi i światu. Powiedział rannym i ich rodzinom, że ci, którzy mieszkają w Emiratach, są “wśród swojej rodziny w ZEA”. W swoich pierwszych publicznych komentarzach po atakach dał również jasno do zrozumienia, że jego kraj “nie jest łatwą zdobyczą”. Nie była to jedynie empatia. Była to doktryna: jego państwo zamierza bez przeprosin opowiedzieć się po stronie otwartości. Cena, jaką jego kraj zapłacił za jego wybitne przywództwo, była niezwykle wysoka.

Administracja Trumpa musi zwrócić na to szczególną uwagę: Zjednoczone Emiraty Arabskie nie są jedynie kolejną monarchią Zatoki Perskiej ani kolejnym partnerem energetycznym. Są jednym z najczytelniejszych przykładów w świecie arabskim kraju, który świadomie wybrał modernizację zamiast ideologicznej stagnacji oraz rozwój zamiast starej polityki resentymentu. W regionie zbyt często naznaczonym przez milicje i rewolucyjny sekciarski radykalizm Emiraty wybrały państwowość i postęp. Wybrały budować, a nie palić. Ten wybór właśnie sprawia, że są tak ważne — i właśnie dlatego są tak groźne dla sił żyjących z chaosu.

Ten wybór stał się oczywisty w 2020 roku, gdy ZEA podpisały z Izraelem Porozumienia Abrahamowe. Porozumienie formalnie ustanowiło pokój, stosunki dyplomatyczne oraz pełną normalizację między oboma państwami. Jego znaczenie wykraczało daleko poza samą dyplomację. ZEA złożyły strategiczną deklarację, że przyszłość Bliskiego Wschodu nie musi być budowana na odrzuceniu i niekończącej się konfrontacji. Może być budowana na współpracy, handlu, wymianie technologicznej oraz nowej architekturze regionalnej. ZEA nie traktowały pokoju jako symbolu. Traktowały pokój jako strategię dla współczesnego świata.

To właśnie to zerwanie z przeszłością sprawiło, że ZEA stały się celem. Irański reżim i jego pełnomocnicy doskonale rozumieją, co reprezentują Emiraty. Pewny siebie kraj arabski z muzułmańską większością, który przyjmuje nowoczesne rządy, przyciąga inwestycje, ściśle współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi i zawiera pokój z Izraelem, jest żywym zaprzeczeniem całej ich wizji świata. Ideologiczny projekt Teheranu opiera się na przekonaniu regionu, że godność można osiągnąć jedynie poprzez bojowość i trwałą wrogość. ZEA dowodzą czegoś przeciwnego. Pokazały, że suwerenności można bronić bez fanatyzmu, a dobrobyt można budować poprzez pokój zamiast niekończącej się wojny. Dlatego ataki na ZEA nie są jedynie atakami na państwo. Są atakami na model pokojowego współżycia

Administracja Trumpa musi zrozumieć, że ochrona ZEA nie jest tylko gestem solidarności z sojusznikiem. Jest konieczna, jeśli Stany Zjednoczone chcą zachować jakikolwiek poważny, proamerykański porządek na Bliskim Wschodzie. Kraj, który zawarł pokój z Izraelem, odrzucił ekstremizm, inwestował w stabilność i związał się strategicznie z Waszyngtonem, nie może być atakowany bez znaczącej odpowiedzi.

Choć konfrontowanie się z Iranem jest bardzo doceniane, potrzeba zrobić więcej. Bez jednoczesnej ochrony swoich sojuszników w regionie każdy przyjaciel i wróg wyciągnie ten sam wniosek: amerykańskie gwarancje obowiązują tylko wtedy, gdy jest to wygodne. Taki pogląd zagroziłby nie tylko ZEA. Osłabiłby wiarygodność i przyszłość samych Porozumień Abrahamowych.

Prezydent Donald Trump bez wątpienia dostrzega to wyraźnie: jego niezwykłe Porozumienia Abrahamowe pozostają jednym z najważniejszych osiągnięć strategicznych nie tylko tego stulecia, ale całej historii. Biały Dom ogłosił w maju 2025 r., że Trump zapewnił ponad 200 miliardów dolarów nowych umów między USA a ZEA, jednocześnie przyspieszając wcześniej uzgodnione dziesięcioletnie ramy inwestycyjne ZEA w Stanach Zjednoczonych o wartości 1,4 biliona dolarów. Zobowiązania te dotyczyły sektorów kluczowych dla przyszłości świata, w tym infrastruktury sztucznej inteligencji, półprzewodników, energii, produkcji przemysłowej, biotechnologii oraz technologii związanych z obliczeniami kwantowymi. ZEA są poważnym partnerem inwestującym w amerykańską siłę, amerykański przemysł i amerykańską przewagę technologiczną.

Dane handlowe dodatkowo to potwierdzają. Według Biura Przedstawiciela Handlowego Stanów Zjednoczonych łączna wartość handlu towarowego między USA a ZEA wyniosła w 2025 r. 39 miliardów dolarów. Amerykański eksport do ZEA osiągnął 31,4 miliarda dolarów, podczas gdy nadwyżka handlowa USA w handlu towarowym z Emiratami wyniosła 23,8 miliarda dolarów. Mówiąc prościej: ZEA wyraźnie chętnie wspierają amerykański przemysł, amerykański eksport i amerykańską siłę gospodarczą, lecz taki kraj nie powinien zastanawiać się, czy Stany Zjednoczone nadal uważają go za wartościowego sojusznika.

Obrona ZEA jest zatem całkowicie zgodna z realistyczną strategią amerykańską. Stany Zjednoczone nie pomagały w zawarciu Porozumień Abrahamowych po to, by patrzeć, jak ich najodważniejszy arabski partner staje się odsłoniętym celem. Poważna polityka nie wymaga lekkomyślnej eskalacji ani sentymentalnej retoryki. Wymaga powagi: ściślejszej koordynacji wywiadowczej, silniejszej zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej, bardziej zdecydowanego odstraszania wobec irańskiej agresji i działań pełnomocników oraz jednoznacznej publicznej deklaracji, że Stany Zjednoczone zdecydowanie stoją po stronie państw, które wybierają pokój zamiast terroru i sojusz z USA zamiast rewolucyjnego szantażu. To nie jest dobroczynność wobec Abu Zabi. To obrona interesów Ameryki oraz regionalnej równowagi korzystnej dla Stanów Zjednoczonych.

Alternatywa jest znacznie bardziej niebezpieczna. Jeśli Emiraty pozostaną bez ochrony, sygnał dla regionu będzie druzgocący. Powie każdemu reformatorowi, każdemu pragmatykowi i każdemu rządowi rozważającemu bliższe związki z Waszyngtonem, że wybór pokoju przynosi prestiż, ale niekoniecznie ochronę. Powie Iranowi i jego pełnomocnikom, że najodważniejszy arabski partner Porozumień Abrahamowych może zostać dotkliwie uderzony. I powie wrogom pokoju, że Ameryka jest gotowa chwalić nowy Bliski Wschód w przemówieniach, lecz niekoniecznie go bronić w czasie kryzysu.

ZEA mają znaczenie, ponieważ dokonały wyboru, którego w tamtym czasie nikt inny się nie odważył podjąć. Odrzuciły politykę gniewu i fałszywy romantyzm “oporu”. Odrzuciły stare kłamstwo, że świat arabski musi wybierać między dyktaturą, teokracją a upadkiem. Zamiast tego wybrały tolerancję, rozwój i pokój z Izraelem — nie z naiwności, lecz dlatego, że pokój jest jedynym trwałym fundamentem, na którym poważne państwa mogą budować dobrobyt i siłę.

Trump powinien powiedzieć — i udowodnić — coś bardzo prostego: Ameryka stoi po stronie państw, które budują, a nie reżimów, które niszczą; po stronie rządów zawierających pokój, a nie ruchów gloryfikujących przemoc; po stronie tych, którzy rozwijają nowoczesność, a nie tych, którzy cofają region w stronę fanatyzmu.

Aby bronić Porozumień Abrahamowych, Trump musi bronić ZEA.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Król Karol III: Elżbieta II byłaby głęboko zaniepokojona obecnymi czasami


Król Karol III: Elżbieta II byłaby głęboko zaniepokojona obecnymi czasami

bjn/ akl/


Król Karol III. Fot. PAP/EPA/TOLGA AKMEN

Elżbieta II byłaby głęboko zaniepokojona czasami, w których żyjemy, ale wierzyła, że dobro zawsze ostatecznie zwycięży – powiedział brytyjski król Karol III w nagraniu wideo opublikowanym z okazji przypadającej we wtorek setnej rocznicy urodzin swojej matki.

Elżbieta II panowała przez 70 lat i 214 dni – od 1952 r. do śmierci w dniu 8 września 2022 r. – dłużej niż jakikolwiek inny angielski bądź brytyjski monarcha.

– Dzisiaj, gdy obchodzimy setną rocznicę urodzin mojej ukochanej matki, moja rodzina i ja zatrzymujemy się, by wspominać życie i odejście monarchini, która tak wiele dla nas wszystkich znaczyła, oraz by ponownie cieszyć się licznymi błogosławieństwami płynącymi z pamięci o niej – powiedział Karol III.

Podkreślił, że dzień ten powinien być raczej uczczeniem „dobrze przeżytego życia” niż opłakiwaniem jej straty. Spełniona przez nią obietnica, że poświęci się służbie innym, „wpłynęła na życie niezliczonych ludzi w całym naszym kraju, w krajach Wspólnoty Narodów i poza nią” – dodał.

– Jej prawie stuletnie życie było okresem niezwykłych zmian, a jednak w każdej mijającej dekadzie, w każdej przemianie pozostawała niezmienna, niezłomna i całkowicie oddana ludziom, którym służyła. Miliony ludzi zapamiętają ją z ważnych dla narodu chwil, wielu innych – z przelotnego osobistego spotkania, uśmiechu, miłego słowa, które podnosiło na duchu (…) albo z tego cudownego błysku w oku, gdy w ostatnich miesiącach życia dzieliła się z misiem Paddingtonem kanapką z marmoladą – mówił monarcha.

Nie wchodząc w szczegóły, wyraził opinię, że jego matka byłaby zaniepokojona obecnymi czasami. – Podejrzewam, że wiele aspektów czasów, w których obecnie żyjemy, mogłoby ją głęboko niepokoić, ale czerpię otuchę z jej przekonania, że dobro zawsze zwycięży i że jaśniejszy świt nigdy nie jest daleko za horyzontem – powiedział.

W ramach obchodów setnej rocznicy urodzin Elżbiety II we wtorek zaprezentowano jej pomnik, który ma stanąć w Parku św. Jakuba znajdującym się nieopodal Pałacu Buckingham.(PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Donald Trump odwołuje rokowania w Pakistanie. “Za dużo latania”

Irańska delegacja w Islamabadzie (Fot. REUTERS/Akhtar Soomro)


Donald Trump odwołuje rokowania w Pakistanie. “Za dużo latania”

Marta Urzędowska


Negocjacje w sprawie zakończenie wojny pomiędzy USA a Iranem idą jak po grudzie. Na razie nie ma szans na odblokowanie Cieśniny Ormuz.

– Mogą do mnie zadzwonić. To my wygraliśmy i mamy wszystkie karty – skwitował Donald Trump ogłaszając w sobotę (25.04), że jego wysłannicy, Steve Witkoff i Jared Kushner nie polecą do Islamabadu na rozmowy w sprawie porozumienia z Iranem.

Amerykanin dodał, że odwołał podróż amerykańskiej delegacji tuż przed odlotem, a Irańczykom przekazał, że – jeśli chcą negocjować – mogą to robić telefonicznie. Odwołanie misji dyplomatycznej to kolejna oznaka, że obie stron są dalekie od porozumienia.

Trump: Irańczycy zaoferowali sporo. Ale dla nas to za mało

Spytany dlaczego zdecydował się odwołać wizytę, Trump odpowiedział, że Irańczycy przekazali Waszyngtonowi „dokument, który powinien być lepszy”, odnosząc się zapewne do kolejnej propozycji rozejmowej Teheranu.

Zaoferowali dużo, ale nie wystarczająco dużo

Statki w cieśninie Ormuz Fot. REUTERS/Stringer

Negocjacje idą jak po grudzie. Najpierw nie chcieli przyjechać Irańczycy, teraz Amerykanie

8 kwietnia zawarty został rozejm, który początkowo miał trwać dwa tygodnie, jednak został przedłużony bezterminowo przez Donalda Trumpa. Od tej pory nie udało się jednak doprowadzić do negocjacji, które pozwoliłyby zawrzeć trwałe porozumienie, bo obie strony mają różne żądania. Amerykanie chcą, by Iran całkowicie wstrzymał wzbogacanie uranu i pozbył się setek kilogramów tego już wzbogaconego. Irańczycy odpowiadają, że tego nie zrobią, bo mają prawo do pokojowego programu nuklearnego.

W ostatnich dniach wydawało się, że dojdzie do rozmów w Islamabadzie w sprawie przedłużenia rozejmu, jednak przygotowania szły jak po grudzie. Najpierw pojawiły się doniesienia, że wiceprezydent J.D. Vance i pozostali wysłannicy Trumpa lada moment wsiądą w samolot do Pakistanu. A choć i Pakistańczycy szykowali się na ugoszczenie negocjatorów z obu stron, opróżniając drogi i hotel, gdzie mieli rozmawiać i rozstawiając w stolicy posterunki, Irańczycy odmówili przyjazdu. Tłumaczyli, że nie lubią deadline’ów i ultimatów. W efekcie Trump musiał jednostronnie ogłosić, że przedłuża rozejm, inaczej musiałby wrócić do drogiej i kłopotliwej wojny.

W ostatni piątek (24.04) pojawiły się informacje, że z kolei irańska delegacja wybiera się do Pakistanu. Irańczycy rzeczywiście przyjechali porozmawiać z przedstawicielami Pakistanu, którym mieli przedstawić swoje warunki. Z Amerykanami się nie spotkają – dzień później Trump ogłosił, że waszyngtońska delegacja, w której ostatecznie nie miał uczestniczyć Vance, a jedynie jego doradcy, nie poleci do Islamabadu.

.
Jared Kushner i Steve Witkoff Fot. Jacquelyn Martin/Pool via REUTERS

Pakistan nadal przekazuje wiadomości. Co dalej z cieśniną Ormuz?

W tej sytuacji nie są znane dalsze losy rozejmu. Wiadomo jedynie, że Pakistańczycy przekazują wiadomości między Irańczykami i Amerykanami.

Brak rozmów i fakt, że delegacja z Waszyngtonu nie poleciała do Pakistanu, oznacza dalszy impas w cieśninie Ormuz – kluczowym przesmyku, którym w świat płynie arabska ropa. W cieśninie obowiązują dziś dwie blokady. Pierwszą nałożyli Irańczycy na początku wojny i przez kilka tygodni nie przepuszczali żadnych statków poza tymi wywożącymi irańską ropę – głównie do Chin.

W efekcie ceny surowca na światowych rynkach zaczęły gwałtownie rosnąć. Nie mogąc zmusić Irańczyków do zniesienia blokady, dwa tygodnie temu Amerykanie dorzucili własną – kilkanaście jednostek z dziesięcioma tysiącami marynarzy pilnuje, by również Irańczycy nie mogli słać w świat swojego surowca, co uderza w Gwardię Rewolucyjną czerpiącą dochody głównie w ropy i utrudnia Irańczykom prowadzenie wojny.

Skoro nie udało się zorganizować rozmów w Pakistanie, na razie nie ma szans na odblokowanie cieśniny i spadek cen ropy.

W sobotę (25.04) prezydent Iranu Mahmud Pezeszkian rozmawiał przez telefon z pakistańskim premierem Szehbazem Szarifem. Przyznał, że Irańczycy nie będą negocjować z Amerykanami dopóki USA nie zniosą swojej blokady cieśniny.


Redagował Michał Olszewski



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


It’s Zohran Mamdani’s New York now, not Eliot Engel’s


It’s Zohran Mamdani’s New York now, not Eliot Engel’s

Jonathan S. Tobin


The late congressman demonstrated how to be a passionate Zionist and an ardent liberal Democrat—something that is no longer possible.

Rep. Eliot Engel (D-N.Y.) speaks about a trip taken to Israel and Auschwitz-Birkenau as part of a bipartisan delegation from the U.S. House of Representatives in Washington, D.C., Jan. 28, 2020. The liberation of the Nazi concentration and death camp at Auschwitz-Birkenau is remembered on Jan. 27, 1945, around the world on its 75th anniversary. Photo by Samuel Corum/Getty Images.

Former Rep. Eliot Engel outlived the paradigm he once exemplified, but not by much. The former member of Congress, who died on April 17 at the age of 79, was one of the last of his kind. He was a die-hard political liberal who was an ardent supporter of a raft of causes dear to the hearts of left-wing Democrats like single-payer health insurance for all, abortion rights and gun control. But he was just as passionate in his support for Israel and utterly opposed to efforts to pressure it to make concessions to its foes that seek its destruction.

That combination of positions is rarely found in the current political environment. In fact, it’s something that no one who hopes to have a future in the Democratic Party could possibly adopt in 2026. That is why it was almost fitting that in the week following Engel’s passing, the Democrat who runs New York City once again made clear that his support for the war on the Jewish state was his priority.

Mayor Zohran Mamdani’s decision to veto a bill that would have created buffer zones around houses of worship and educational institutions in the city for protection against efforts to harass congregations and students sent an unmistakable signal to New Yorkers. The impetus for the bill was the siege by a pro-Hamas mob last fall against people entering a synagogue on the Upper East Side. It was also motivated by the appalling targeting of Jews on college campuses since the Hamas-led Palestinian-Arab terror attacks on Israeli communities on Oct. 7, 2023.

A safe space for antisemites

The mayor chose not to veto a similar bill that only affected houses of worship because it was passed with a veto-proof majority. But the reasoning for his choice was not so much a defense of the right to conduct antisemitic protests on campuses, even those that are violent and illegal, as it was a desire to show the left-wing Democrats responsible for his election last year that he was not abandoning his lifelong opposition to the existence of Israel. As such, it made it obvious once again that he was on the side of those trying to intimidate Jews wherever they happened to gather.

In the same week, Phylisa Wisdom, the left-wing activist that Mamdani appointed to head an office to combat antisemitism, told a New York City Council hearing that she could not define the term. The point of that statement was not merely to demonstrate that Mamdani’s administration would not use the widely accepted International Holocaust Remembrance Alliance’s working definition of the term. By not adopting any definition, especially the IHRA document that rightly linked efforts to destroy the one Jewish state on the planet and call Jews Nazis to Jew-hatred, she was similarly signaling antisemites that the city government didn’t take the subject seriously.

Taken together with other developments like the recent Senate vote where 40 out of 47 Democrats voted to cut off arms sales to Israel, it’s no longer possible to deny the obvious. At a time when Jew-hatred has surged to unprecedented levels in New York and around the globe, the Democratic Party and the government of the city with the world’s largest Jewish population outside of Israel are both largely hostile to the cause that Engel held dear.

How has this happened?

The hijacking of liberal political institutions like the Democratic Party by so-called progressives is linked to the same trend that has occurred in academia, as well as in the arts and popular culture. Advocates of toxic ideologies like critical race theory, intersectionality and settler-colonialism that exacerbate racial divisions, as well as falsely labeling Israel and Jews as “white” oppressors, have assumed a dominant position throughout these sectors of American life. They’ve made it difficult for people who support Jewish rights and Zionism to stay within them while making them safe places for antisemites.

Changing political fashions and demographics

The situation in New York City, however, is also one that is a function of demography.

Engel, who was born, raised, educated and died in the Bronx, was a product of a now-bygone era of life in Gotham when Jews and white ethnic groups like Irish and Italian-Americans were important, if not dominant forces in local politics. It was once axiomatic that mayoral aspirants would precede their campaigns with visits to the “three I’s”—Ireland, Italy and Israel—to signal their identification with core constituencies. But in the current age of Mamdani, perhaps the moral equivalent would be the two “P’s”—Pakistan and “Palestine.”

That is partly a product of factors like the enormous increase in immigrants from South Asia and other Muslim-majority countries. It’s also a function of the way hostility to Israel—and backing for Palestinian Arabs, whose national identity is inextricably linked with their century-long war on Zionism and the Jews—has become not so much an intellectual fashion on the left as it is the new orthodoxy from which dissent is difficult if not impossible for Democrats.

It’s also the result of the flight from New York of those groups that made the outer boroughs—specifically Brooklyn, Queens and Engel’s native Bronx, along with little Staten Island, which remains a red outlier in a deep-blue city—a check on the power of the left-wing elites who run Manhattan. While the Jewish population of New York City has remained relatively stable in recent decades due to the high birth rates of Orthodox and Chassidic enclaves, the decline of the non-Jewish, white ethnic population has had an enormous impact on New York politics.

Approximately half of New Yorkers are Hispanic or African-American. But even their influence has been offset by others like Asians, South Asians and other diverse groups in a city where voter turnout is low in many areas where the population is economically disadvantaged.

That population shift explains why a New York that elected a Republican like Rudy Giuliani as mayor twice (1993 and 1997) and then an independent like Michael Bloomberg three times (2001, 2005 and 2009), despite the overwhelming registration advantage of the Democrats, simply doesn’t exist anymore. That’s something former Gov. Andrew Cuomo learned when he was easily defeated by Mamdani in a mayoral primary and then again last fall in the general election. That’s why the city is now governed by radicals like Mamdani. And where once it was represented in Congress by Democrats and Republicans who were uniformly pro-Israel, that is no longer the case.

The ranks of New York City’s congressional representatives are now increasingly filled with those like left-wing “Squad” ringleader Rep. Alexandria Ocasio-Cortez (D-N.Y.) and those aligned with her. There are still those who are supportive of the Jewish state—like Rep. Nicolle Malliotakis (R-N.Y.), the sole Republican from Staten Island; Rep. Ritchie Torres (D-N.Y.) from the Bronx; and Minority Leader Rep. Hakeem Jeffries (D-N.Y.), who is now more focused on the national party rather than local politics. But with each incoming class arriving in Washington, their ranks become thinner.

And in keeping with these demographic and ideological shifts, the number of Jews in Congress from New York City has also declined. In 1992, when Engel was serving the second of his 16 terms, he was one of eight Jews representing the city. Now, with Rep. Jerry Nadler (who began his career as a steadfast backer of Israel and is leaving it as just one more liberal who has abandoned it) retiring from Congress at the end of the year, there may be only one: Rep. Dan Goldman (D-N.Y.).

Goldman is a lukewarm supporter of Israel who represents a district in Manhattan and Brooklyn with a significant Jewish population. He is currently facing a stiff primary challenge from former New York City Controller Brad Lander, a Jewish opponent of Israel who’s running with the endorsement of Mamdani. The congressman is an anti-Trump stalwart who was the counsel for the Democrats in their first attempt to impeach the president in 2019. But he is under enormous pressure on the issue of Israel—to the point where he felt compelled to distance himself from his wife and campaign treasurer, Corrine Levy Goldman, because of her online outrage about the Palestinian Arab terrorist attacks on Oct. 7, 2023.

A throwback to a bygone era

No matter the outcome of the midterms in New York, in the foreseeable future, there will be no one representing the city in the same manner as Engel.

Engel was no great orator nor did he possess much charisma. During the course of his long career that stretched from 1989 to 2021, he was best known for his somewhat comical efforts to get seen on national television on the evenings of presidential State of the Union addresses. He always arrived in the House chamber for the joint session hours early so he could secure a seat on the aisle where the president walked in and out, and he could count on a chance to shake hands while the whole country was watching.

While it was a bit ridiculous, his defense of the practice also seemed to hark back to the days when politics was not a blood sport in a bifurcated nation. In 2015, at a point when he was a leading opponent of President Barack Obama’s Iran nuclear deal, he said that, “It’s an honor to shake the hand of the president of the United States, no matter who it is.” He only discontinued that practice in 2017, when the hand he would have shaken was that of President Donald Trump, a disturbing sign of changing times.

That was ironic because support for Israel was always a priority for Engel. While some, like Senate Minority Leader Charles Schumer (D-N.Y.), have posed as faithful defenders of the Jewish state, it was genuinely true of Engel. And when he ascended, by means of seniority, to the positions of ranking minority member (2013-2019) and then chairman (2019-2021) of the House Foreign Relations Committee, he didn’t hesitate to use that perch to pursue policies that would protect Israel’s security.

No one thought of him as a giant of Capitol Hill. In some ways, he was a typical liberal Democrat, and there was much to criticize about some of his positions. Still, he was hard-working, dutiful and respected. That sustained him for many years. Yet in an era in which politics is conducted on social media and with behavior that legislators of the past would have shunned, at a certain point, it was no longer enough.

Engel lost his seat in 2020, when he was easily defeated in a primary by Jamal Bowman, a radical foe of Israel. Part of the problem was Engel’s age and the impression that, as a veteran congressman, he had lost interest in his district. But it was equally true that Engel’s particular brand of ardent pro-Zionist politics was out of fashion in his party. Bowman was part of the second class of the hard-left congressional “Squad,” alongside its founding members: AOC and Reps. Ilhan Omar (D-Minn.), Rashida Tlaib (D-Mich.) and Ayanna Pressley (D-Mass.). His tenure only lasted two terms—not because of his extremism, but due to his incompetence and bad behavior (he was caught pulling a fire alarm in the Capitol to avoid having to attend a vote).

Suffice it to say that a Democratic Party, where it is now axiomatic that taking contributions from supporters of the AIPAC pro-Israel lobby is political poison, is not one in which someone like Eliot Engel could hope to win a Democratic primary in New York City, let alone aspire to serve in Congress for three decades.

Engel’s passing came the same week during which events in Washington and New York illustrated the new reality in which the Democrats have become the anti-Israel party. That provided a tragic counterpoint to the memory of his career. In the years to come, it’s highly unlikely that someone like Engel will again represent the city in Washington. And American Jews, New Yorkers and all Americans will be worse off because of it.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com