15 marca 2026, izraelski żołnierz po służbie na plaży w Tel Avivie. (Fot. REUTERS/Tyrone Siu)
Izraelski prawnik: Netanjahu i Trump nie poprzestaną na łamaniu prawa międzynarodowego
Michael Sfard
https://en.wikipedia.org/wiki/Michael_Sfard
Michael Sfard (Hebrew: מיכאל ספרד; born 1972) is an Israeli lawyer and political activist specializing in international human rights law and the laws of war. He has served as counsel in various cases on these topics in Israel. Sfard has represented a variety of Israeli and Palestinian human rights and peace organizations, movements and activists at the Israeli Supreme Court.[1][2]
Sfard is the grandchild of Holocaust survivor Zygmunt Bauman.[4] His parents had been expelled from Poland for their involvement in the University of Warsaw student uprisings against the Communist Government in 1968.[5][6][7] When he was five, his family moved to an apartment building in Ma’alot Dafna that was home to many journalists.[3][8]
Sfard completed a law degree (LLB) at Hebrew University of Jerusalem.[9]
Michael Sfard: Nie było bezpośredniego zagrożenia ze strony Iranu, a Teheran proponował ustępstwa. Ta wojna nie może być uznana za defensywną według żadnej uznanej definicji.
W Izraelu nie ma już prawdziwych redakcji. Gazety, portale, telewizje przejęła grupa wojowników, którzy uwielbiają wszystko, co pachnie mundurem Israel Defence Forces lub amerykańskim, odurzają się zapachem prochu strzelniczego i wykazują niemal erotyczny entuzjazm wobec działań sił powietrznych.
Nic dziwnego, że podczas setek godzin transmisji, paneli, debat i analiz wojny z Iranem, żaden spośród dziennikarzy, komentatorów i ekspertów – niemal samych mężczyzn – nie zadał prostego pytania: Czy ta wojna jest legalna?
Na całym świecie to pytanie jest często zadawane. Omawiają je czołowi eksperci od prawa wojennego i międzynarodowego, ponieważ globalna opinia publiczna chce i musi wiedzieć, co prawo mówi o użyciu tak ogromnej siły i setkach, jeśli nie tysiącach, ofiar śmiertelnych.
Na całym świecie, ale nie w Izraelu. U nas, jak się okazuje, podstawowe pytanie o tę wojnę nie interesuje producentów wiadomości.
A może interesuje i właśnie dlatego wolą go unikać. Bo niepokojąca odpowiedź brzmi: wśród czołowych międzynarodowych specjalistów panuje rzadki konsensus – że wojna z Iranem jest nielegalna.
Istnieją zasady określające, kiedy wolno rozpocząć wojnę, a napisano je krwią. Dużą ilością krwi. Prawa regulujące użycie siły ukształtowały się wskutek tysięcy lat okrucieństw wynikających z niezliczonych konfliktów, a zwłaszcza po dwóch wojnach światowych, które spustoszyły wszystkie kontynenty i pochłonęły dziesiątki milionów ludzi.
Karta ONZ, opracowana w czerwcu 1945 roku, zawierała rewolucyjny, jak na swoje czasy, zakaz użycia siły w stosunkach międzynarodowych. Społeczność międzynarodowa pod przywództwem państw zwycięskiej koalicji pozostawiła dwa wyjątki:
-
- zastosowanie siły sprawiedliwej w przypadkach zatwierdzonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, która zatem wyraża – biorąc poprawkę na zaistniałe, a wynikające z gry interesów mocarstw, wypaczenia czy niesprawiedliwości – szeroki konsensus narodów świata;
- oraz użycie siły spełniające definicję samoobrony.
Wśród prawników do dziś toczy się zażarta debata, czy samoobrona dotyczy wyłącznie odpowiedzi na atak na państwo atakowane, czy też obejmuje “antycypacyjne samoobrony”, czyli uderzenie mające zapobiec czyjejś nadchodzącej agresji militarnej.
Moim zdaniem w erze nuklearnej trudno zaakceptować, że trzeba czekać na atak, zanim zacznie się bronić – bo gdy już atak nastąpi, nie będzie czego ani czym się bronić. Z drugiej strony, rozszerzenie definicji obrony o wojnę prewencyjną stwarza wielkie zagrożenie. Każdy agresor będzie twierdził, że on tylko zapobiega atakowi na siebie – i wrócimy do świata, w którym w praktyce nie ma ograniczeń na użycie siły.
1945, amerykański plakat rządowy promujący ideę ONZ domena publiczna
Dlatego, aby atak prewencyjny kwalifikował się jako samoobrona, musi opierać się na mocnych dowodach potwierdzających zdolność i zamiar ataku drugiej strony – oraz na braku alternatyw mogących mu zapobiec.
Izrael i Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę bez uzyskania zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ lub znaczącej koalicji państw. Taka koalicja nie uczyniłaby ich wojny legalną, ale przynajmniej zwiększyłaby jej legitymację polityczną.
A czy można postrzegać tę wojnę jako akt samoobrony Izraela?
Iran chce zniszczyć Izrael. Jego przywódcy deklarują to od lat. Organizują lub wspierają grupy terrorystyczne w regionie i na całym świecie. Osiągnęli postępy w budowie broni jądrowej. Ale czy to, czego Iran chce, wystarczy, by zgodnie z prawem rozpocząć z nim wojnę?
Pytanie dotyczy nie tylko jego woli, ale również tego, co zamierzał i co był zdolny osiągnąć w najbliższym czasie.
Przypomnijmy, że zaledwie osiem miesięcy temu prezydent Donald Trump chwalił się, że irański program nuklearny został “zniszczony”. Premier Benjamin Netanjahu powiedział, że osiągnięto historyczne zwycięstwo, które “przetrwa pokolenia”, a egzystencjalne zagrożenie dla Izraela zostało usunięte. Jednocześnie Iran niedawno był gotów zawrzeć porozumienie: rezygnuje z rozwoju broni jądrowej, zachowując prawo do wzbogacania uranu w ograniczonym stopniu.
To sugeruje, że w przeddzień wojny nie było bezpośredniego zagrożenia ze strony Iranu. Co więcej, każda próba przedstawienia tej wojny jako defensywnej kompromituje się w obliczu retoryki agresorów, którzy nie ukrywają, że ich celem była zmiana reżimu w Iranie.
W związku z tym ta wojna nie może być uznana za defensywną według żadnej uznanej definicji.
Od kilku lat świat dąży do powrotu do wielowiekowej darwinowskiej rzeczywistości politycznej i militarnej sprzed dwóch wojen światowych, która doprowadziła do największych okrucieństw ludzkości i do której ludzkość przysięgła nigdy nie wrócić.
Fakt, że w Islamskiej Republice Iranu rządzi zły reżim, opresyjna fundamentalistyczna dyktatura, której upadku powinien pragnąć każdy humanista, jest nieistotny. Prowadzenie wojny, która nie spełnia definicji samoobrony i nie została zatwierdzona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, jest równoznaczne z uznaniem, że nie ma żadnych zasad.
Wszystko będzie dozwolone – bo każdy, autokrata, dyktator czy tyran fundamentalista też, może powiedzieć, że kieruje się swoimi zasadami i oceną. Jeśli Trump i Netanjahu mogą zaatakować inny kraj, to Putin też ma prawo – przecież ma swoje argumenty – podobnie jak irańscy przywódcy. I tak oficjalnie zastąpiliśmy rządy prawa rządami broni.
Z funkcjonowaniem instytucji międzynarodowych od lat jest poważny problem. Ich osiągnięcia w radzeniu sobie z okrutnymi reżimami takimi jak irański, które uciskają obywateli, tworzą komórki terrorystyczne i pielęgnują obsesję na punkcie zniszczenia kraju, z którym nawet nie dzielą granicy, są znikome. Cynizm polityki międzynarodowej, stawianie interesów ponad wartości oraz system weta, który paraliżuje Radę Bezpieczeństwa ONZ i uniemożliwia jej utrzymanie pokoju i bezpieczeństwa na świecie, wskazują na potrzebę głębokiej reformy instytucji mających nas chronić.
Jednak Trump i Netanjahu nie próbują naprawiać wad porządku światowego, by chronić wartości, które miał promować.
Otwarcie dążą do całkowitego rozbicia prawa międzynarodowego.
Przedstawiają nam świat diametralnie różny od tego, jaki wyobrażali sobie twórcy Karty ONZ i jakiego chcą ci, którzy opowiadają się za reformą ONZ: mroczny i brutalny świat przypominający epickie serie fantasy, coś na kształt stechnicyzowanego średniowiecza, w którym siła militarna i okrucieństwo są legalnymi, ba, podstawowymi narzędziami do osiągania celów w stosunkach międzynarodowych.
Przykład tuż sprzed ataku na Iran: gdy Trump powrócił do Białego Domu na drugą kadencję, wspólnie z Netanjahu przekształcił pomysł wyrzucenia dwóch milionów mieszkańców ze Strefy Gazy, czyli czystki etnicznej, a więc zbrodni przeciwko ludzkości – niegdyś szeptany tylko na najbardziej rasistowskim i mesjańskim marginesie izraelskiej polityki – w oficjalny plan. Na tyle poważny, że zaczęto przygotowywać operacyjne szczegóły realizacji.
Oprócz wrogości wobec prawa międzynarodowego Trumpa i Netanjahu łączy jeszcze jedno. Obie firmy – bo tym w istocie są – z determinacją rozkręcają procesy, które odbierają demokratyczne cechy rządom swoich krajów. Osłabiają lub rozbijają instytucjonalnych strażników, mianują niekompetentnych lojalistów na wrażliwe stanowiska, przeprowadzają nieustanne ataki na środowisko akademickie, media, kulturę i wymiar sprawiedliwości, uprawomocniają korupcję oraz wyzwalają przemoc polityczną. Dużo korupcji i dużo przemocy.
Przez dwa stulecia w Stanach Zjednoczonych i przez dekady w Izraelu skrupulatne wysiłki zbudowały systemy administracyjne i kultury rządzenia, które mimo wad, wypaczeń, naturalnych ludzkich ambicji i słabości, opierają się na podziale władz, na społeczeństwie obywatelskim kontrolującym rządy, na niezależnym i profesjonalnym sądownictwie oraz na gwarancjach wolności głosu dla opozycji.
Binjamin Netanjahu Fot. REUTERS/Ronen Zvulun
Dziś te wszystkie instytucje, spisane w kodeksach lub oparte na umowie społecznej zasady, stały się celem politycznego i prawnego ostrzału Trumpa i Netanjahu. Ci dwaj jednocześnie podważają prawo międzynarodowe, atakują ideę konstytucjonalizmu i demontują liberalną demokrację. Co w sumie nie powinno dziwić: skoro liberalna demokracja i powojenny porządek międzynarodowy oparty na zasadach były ze sobą powiązane, to i zamiana demokracji w wydmuszkę i erozja prawa międzynarodowego idą w parze.
Benjamin Netanjahu stoi u siebie w kraju przed sądem pod wieloma zarzutami korupcji, jest poszukiwany przez Międzynarodowy Trybunał Karny za zbrodnie wojenne i przeciwko ludzkości w Gazie, ale nic z tego go nie powstrzymuje. Przeciwnie, raczej skłania do kolejnych kroków. Ucieka do przodu, przesuwając kolejne granice.
Od trzech dekad odmawia wolności i samostanowienia milionom Palestyńczyków oraz kieruje Izrael ku autorytaryzmowi, motywowany nie lepszą czy gorszą ideologią, lecz by zapewnić sobie przetrwanie polityczne. To samo czyni teraz, gdy przedstawia wojnę z Iranem jako kampanię na rzecz wolności narodu irańskiego i praw człowieka.
Po hebrajsku nazywa się to hipokryzją. W jidysz nazywa się to “chutzpah”.
[ webmaster: Czy to tylko mnie sie wydaje? ze emigracja 1968 do ktorej sam naleze w wypadku Izraela dziala jak V-kolumna ]
redagował Marek Markowski
Michael Sfard – urodzony w 1972 r., prawnik, specjalizuje się w prawach człowieka i prawie wojennym. Wnuk Zygmunta Baumana. Był sanitariuszem w armii izraelskiej, a powołany jako rezerwista odmówił służby na Terytoriach Okupowanych i siedział w więzieniu. Autor książki “Okupacja od środka: Podróż do korzeni konstytucyjnego zamachu stanu”.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com




