Archive | 2026/04/30

Kto ma wejść do tunelu?

Anna Grabowska (Źródło zdjęcia – Facebook)


Kto ma wejść do tunelu?

Anna Grabowska (Anne Goldschmid)


Nie chodzi o to, że ludzie, którzy dzisiaj najgłośniej krytykują Izrael, naprawdę tłumaczą mu, jak ma się bronić, bo oni nie tłumaczą niczego. Nie mają żadnego planu, żadnej odpowiedzi ani instrukcji, którą dałoby się zastosować w realnym świecie, a nie na szanownym panelu dyskusyjnym, w gazecie, na uniwersytecie albo w poście pisanym z bezpiecznego mieszkania w Europie. Nie mówią, jak państwo ma rozbroić organizację terrorystyczną siedzącą wśród cywilów. Nie mówią również jak ma odzyskać zakładników i jak ma wejść do tuneli, zniszczyć wyrzutnie, składy broni, dowództwo, terrorystów, którzy przez dziesięciolecia wybierali izraelskich cywilów jako cel. Oni mówią jedno: Izraelowi nie wolno, Izrael przesadza i ma przestać. Ma się ograniczyć, uważać i nade wszystko ma być humanitarny. Izrael ma obowiązek chronić cywilów, a nie zabijać. Jakże pięknie i jakże humanitarnie. Tylko niech wreszcie ktoś z tej bańki opiniotwórców – dziennikarzy, komentatorów, politologów, wykładowców, artystów, ludzi kultury, influencerów, tych wszystkich osób, które mają wpływ na swoich czytelników, studentów, widzów, wielbicieli i naśladowców – powie coś więcej niż zdanie nadające się na transparent i tytuł. “Nie wolno zabijać cywilów”. Oczywiście, że nie wolno chcieć śmierci cywilów i że każde niewinne życie ma znaczenie. Ale to zdanie, powtarzane bez odpowiedzi na pytanie, co Izrael ma zrobić z ludźmi, którzy mordowali jego cywilów i chowają się między własnymi cywilami, staje się tylko pustą gadką. Owszem, ładną i podniosłą – i kompletnie bezużyteczną. Co ma zrobić państwo, którego dzieci mordowano w szkołach, którego rodziny zabijano w domach, którego obywateli wysadzano w restauracjach, autobusach i hotelach, którego zakładników wciągnięto pod ziemię? Ma czekać, aż profesorowie napiszą kolejny list? Aż ONZ uchwali kolejną rezolucję a artysta wrzuci na ekran czarny kwadrat i napisze, że cierpi? Tu właśnie zaczyna się wygodna bezradność ludzi, którzy niczym nie ryzykują. Nie w samej krytyce Izraela, bo – powtarzam tysięczny raz – państwo można i trzeba krytykować. Izrael nie jest świętym obrazkiem. Żadne państwo nie jest. Ale jeśli krytyka zmienia się w systematyczne odbieranie Izraelowi prawa do skutecznej obrony, a za tym nie idzie żadna realna alternatywa, to nie jest już analiza sytuacji tylko biczowanie. Zawsze tych samych. Żydów. To jest cholernie wygodny akt oskarżenia pisany przez ludzi, którzy nie płacą za swoje zdania życiem własnych dzieci. Uniwersytet nie zawsze chroni przed głupotą; często dostarcza jej przypisów.

Żeby zrozumieć izraelską doktrynę bezpieczeństwa, trzeba zacząć nie od telewizyjnego studia, czy od teatralnego gestu jakiegoś artysty. I nie od otwartego listu profesorów zza biurka ale od nazw miejsc, w których terroryzm pokazał swoją twarz bez żadnej maski. Ma’alot, maj 1974 roku. Terroryści z Demokratycznego Frontu Wyzwolenia Palestyny przedostali się z Libanu do Izraela. Po drodze zabili cywilów, a potem weszli do szkoły i wzięli za zakładników ponad stu uczniów. Szkoła, moi drodzy moraliści, nie baza wojskowa, posterunek ani sztab. Szkoła – miejsce, w którym przy tablicy powinna leżeć kreda, na biurkach zeszyty, kanapki w tornistrach i największy strach powinien być zwykłym dziecięcym strachem przed klasówką. Miejsce zamienione w pułapkę, dzieci w narzędzie szantażu, komunikat polityczny, środek nacisku. Zginęło 31 Izraelczyków, w tym wielu uczniów; opisy tej masakry mówią o 25 zabitych zakładnikach i sześciu innych cywilach. To nie była walka z armią, tylko wejście w najbardziej bezbronną przestrzeń życia po to, żeby złamać państwo przez jego dzieci. I zanim ktoś z bezpiecznej europejskiej sali wykładowej zacznie opowiadać o “kontekście przemocy”, niech zatrzyma swoją mądrą głowę przy tej jednej scenie: uzbrojeni ludzie i dzieci w szkole. Bo właśnie od tego zaczyna się prawda, którą tak wielu ludzi zajmujących się tworzeniem opinii najchętniej wyrzuciłoby z całej opowieści.

Potem Coastal Road, marzec 1978 roku. Terroryści z Fatahu przypłynęli z Libanu, przedostali się do Izraela i porwali autobus jadący nadmorską drogą. Autobus przecież też nie jest bazą wojskową, tylko najbardziej zwyczajnym środkiem lokomocji na świecie. Ludzie jadą do domu, do pracy, do rodziny, z dziećmi, torbami, zmęczeniem, małymi planami na resztę dnia. I właśnie dlatego terroryzm wybiera taki autobus, bo chce nie tylko zabić ludzi, ale normalność. Chce, żeby zwykła droga stała się miejscem rzezi, żeby podróż do domu mogła skończyć się śmiercią i żeby każdy cywil w Izraelu wiedział, że jest celem. W masakrze na Coastal Road zginęło 38 izraelskich cywilów, w tym 13 dzieci, a dziesiątki zostały ranne. Jeszcze raz: cywilów. Dzieci, ludzi jadących autobusem. Nie żołnierzy na froncie, czy komandosów w akcji. Zwykłych ludzi. To był jasny przekaz do państwa żydowskiego: wasze drogi, wasze autobusy, wasze rodziny, wasze dzieci, wasze codzienne życie – wszystko to może być celem. I potem mamy udawać, że ta izraelska obsesja bezpieczeństwa spadła z nieba? Że to jakiś żydowski polityczny kaprys? Że Izrael wymyślił sobie strach, bo lubi być trudny? To jest bezczelność albo ignorancja. A często jedno i drugie.

Rok później, Naharijja. 22 kwietnia 1979 roku terroryści Palestyńskiego Frontu Wyzwolenia przypłynęli łodzią z Libanu do północnego Izraela. Nie szukali frontu ani wojskowej bazy. Weszli w cywilne miasto i dotarli do domu rodziny Haran. Porwali Danny’ego Harana i jego czteroletnią córkę Einat. Danny został zastrzelony na plaży. Einat została zamordowana. Według materiałów dotyczących sprawy Samira Kuntara dziecku roztrzaskano głowę kolbą karabinu. Dwuletnia Yael Haran zginęła podczas ukrywania się z matką, Smadar, która próbowała ją uciszyć, żeby terroryści nie odkryli kryjówki. Zginął też policjant Eliyahu Shahar. Czyli znowu, moraliści świata, do was mówię: dom, matka, małe dzieci, plaża, noc, strach, krzyk, śmierć. Nauczcie się tej wyliczanki na pamięć. Potem jeszcze drugi akt tej samej hańby: Samir Kuntar został po latach w Libanie przyjęty przez część środowisk jak bohater, a w 2008 roku uwolniony w ramach wymiany z Hezbollahem za ciała izraelskich żołnierzy Ehuda Goldwassera i Eldada Regeva. Człowiek skazany za udział w zbrodni na rodzinie i dziecku stał się dla niektórych symbolem oporu. W tym właśnie miejscu widać całą odrazę, bo jeśli ktoś potrafi zrobić bohatera z człowieka, przy którego historii leży martwe dziecko, to problem nie kończy się wyłącznie na przemocy. On leży głębiej. W kulturze politycznej, która umie nazwać morderstwo cywilów walką, a zabójcę dziecka bojownikiem. Taki to opór, zgnilizna ubrana we flagę.

Ta historia nie skończyła się w latach siedemdziesiątych. W sierpniu 2001 roku zamachowiec samobójca wysadził się w pizzerii Sbarro w Jerozolimie. Ponownie – pizzeria, zwyczajne miejsce rodzinne, pełne dzieci, młodzieży, ludzi jedzących obiad, rodzin, które przyszły na pizzę, a nie na wojnę. Zginęło 16 cywilów, w tym siedmioro dzieci i kobieta w ciąży, a ponad sto osób zostało rannych. W marcu 2002 roku, w czasie święta Pesach, zamachowiec wszedł do hotelu Park w Netanji, gdzie ludzie siedzieli przy sederowym stole. Pesach – święto wyjścia z niewoli, święto pamięci. Święto rodzinne jak Wasze Boże Narodzenie. I to święto zostało zamienione w salę śmierci. Zginęło 30 osób, rannych zostało około 140. Wśród ofiar byli ludzie starsi, także ocaleni z Zagłady. Trzeba naprawdę mieć serce z kamienia albo głowę pełną ideologicznych idiotyzmów, żeby nie rozumieć, czym jest taki wybór celu. Restauracja, hotel, święto, rodzina przy stole. Ludzie, którzy już raz w historii mieli być bezbronni wobec cudzej przemocy, znowu zabijani tam, gdzie przecież powinni czuć się najbezpieczniej. Terroryzm doskonale rozumie symbole, dlatego wybiera szkołę, autobus, pizzerię, hotel podczas święta, dziecko, starca, rodzinę przy stole. Ktoś pomyśli, że być może “nie ma innej metody walki”. Niestety, nic z tego. Terroryści wiedzą, że ta metoda działa na wyobraźnię, zastrasza, kaleczy pamięć na zawsze i wbija nóż w codzienne życie.

W 2011 roku, Itamar. Dwóch palestyńskich napastników weszło nocą do domu rodziny Fogel i zamordowało pięć osób: Udiego i Ruth Fogel oraz troje ich dzieci: jedenastoletniego Yoava, czteroletniego Elada i trzymiesięczną Hadas. Niemowlę. Znów nie na froncie: w domu, w łóżku. Dwunastoletnia Tamar wróciła później i znalazła swoją zamordowaną rodzinę. Tu nie trzeba literatury. Rzeczywistość jest wystarczająco potworna. I proszę mi potem nie opowiadać spokojnym głosem o spirali przemocy, jakbyśmy mówili o dwóch równorzędnych abstrakcjach. Tu nie ma żadnej abstrakcji. Tu jest noc, dom, rodzice, dzieci, niemowlę, dziewczynka wracająca do mieszkania, w którym nie ma już rodziny. Ta historia jest ważna nie dlatego, że cierpienie izraelskie ma unieważnić cierpienie kogokolwiek innego. Nie unieważnia, ale pokazuje ciągłość pewnego wzoru: wejść w życie cywilne, w dom, w rodzinę, w dziecko, w intymność, w to miejsce, w którym człowiek powinien mieć prawo przestać się bać. A potem jeszcze słuchać, jak ludzie z daleka mówią o “kontekście”. Kontekst nie wyciera krwi z dziecięcego łóżka, nie przywraca zamordowanej matki, nie strzela do niemowlęcia.

I potem był 7 października 2023 roku. I znów szanowne grono komentatorów opiniotwórczych krzyczała na trwogę: “eskalacja”, “tragiczny dzień po obu stronach”, ta wygodna formuła ludzi, którzy chcą mówić tak, żeby nie dotknąć prawdy. Kiedy o was myślę, mam mdłości. 7 października był zaplanowanym atakiem Hamasu i innych grup z Gazy na izraelskich cywilów: kibuce, miejscowości przygraniczne, domy, rodziny, osoby starsze, dzieci, uczestników festiwalu muzycznego Nova. Zamordowano około 1200 osób, a ponad 250 uprowadzono jako zakładników do Gazy. To nie był gniew biednych przeciwko silnym. To nie była rozpacz, która przypadkiem wymknęła się spod kontroli, tylko metoda. Ta sama tylko większa, masowa, bezwstydna, filmowana, transmitowana, opowiadana potem światu przez tych, którzy z ludzkiej śmierci potrafią zrobić widowisko polityczne. I po tym wszystkim znowu pojawia się ta sama bańka ludzi opinii, ci sami prestiżowi komentatorzy, profesorowie, artyści, dziennikarze i aktywiści od cudzej wrażliwości, i mówią: Izrael przesadza, Izrael nie może, Izrael powinien, Izrael musi, Izraelowi nie wolno. Tylko że za tym nie idzie żadna odpowiedź na pytanie, jak państwo ma chronić swoich obywateli przed powtórką. Jak ma żyć obok organizacji, która mordowała ludzi w domach i porywała cywilów do tuneli. Jak ma prowadzić wojnę z przeciwnikiem, który od początku zaciera granicę między polem walki a przestrzenią cywilną. Jak wreszcie ma bronić życia własnych ludzi, jeśli nie wolno mu użyć siły wystarczającej do zniszczenia infrastruktury tych, którzy przyszli po jego obywateli.

I właśnie dlatego chcę powiedzieć rzecz najprostszą: to nie jest opowieść o zemście. Zemsta jest prywatna, ślepa, często zrozumiała w bólu, ale nie może być zasadą państwa. Żadnego. Obrona jest czymś innym, oznacza, że państwo po Ma’alot, Coastal Road, Naharijji, Sbarro, Netanji, Itamar i 7 października mówi swoim obywatelom: zrobimy wszystko, żeby to się nie powtórzyło. Nie wszystko, co robi państwo w trakcie wojny, jest automatycznie słuszne. Izrael, jak każde państwo demokratyczne, musi odpowiadać za błędy, musi ważyć środki, musi minimalizować śmierć cywilów. Izrael nie jest państwem idealnym, bo nie ma idealnych państw. W Izraelu są głębokie spory, jest rozdział wewnątrz społeczeństwa, jest ogromne napięcie polityczne, są decyzje rządów, które można krytykować, są problemy religijne, społeczne, prawne, są także problemy z najbardziej radykalnymi środowiskami osadniczymi, o których mówiłam zawsze i których nie trzeba zamiatać pod dywan. Ale czym innym jest krytyka państwa, rządu, osadników, konkretnych decyzji politycznych czy wojskowych, a czym innym wrzucanie całego Izraela do worka z napisem “ludobójstwo”, “apartheid”, “zamordyzm”, jakbyśmy mówili o państwie zbudowanym wyłącznie na przemocy wobec innych. To jest fałsz. W Izraelu żyją arabscy obywatele, pracują, głosują, studiują, leczą, uczą, są lekarzami, prawnikami, parlamentarzystami, sąsiadami, współpracownikami. Oczywiście, jak w każdym państwie wieloetnicznym i w kraju żyjącym w stanie ciągłego napięcia, istnieją nierówności, konflikty, dyskryminacje i uprzedzenia, których nie wolno udawać, że nie ma. Ale mówienie, że Izrael jest państwem apartheidu w tym prostym, propagandowym sensie, w którym każdemu Arabowi odmawia się człowieczeństwa i praw, jest kłamstwem wygodnym dla ludzi, którzy nie chcą widzieć tej złożoności. Tam ludzie żyją obok siebie, pracują obok siebie, leczą się u siebie, handlują ze sobą, rozmawiają ze sobą. Sąsiedzi bywają sąsiadami, nie tylko figurami z plakatu. I właśnie dlatego ten prymitywny język oskarżenia jest tak amoralny: kasuje całe realne społeczeństwo, wszystkie jego napięcia, wszystkie jego codzienne relacje, żeby zostawić tylko jeden obraz – Izrael jako potwór.

Ale nie wolno zacierać zasadniczej różnicy między państwem walczącym z organizacją terrorystyczną działającą wśród cywilów a organizacją, która cywilów izraelskich wybiera jako cel, a cywilów palestyńskich traktuje jako osłonę, narzędzie presji i paliwo propagandy. To nie jest symetria. To jest różnica między tragedią wojny a dogmatem terroru. Izrael nie zabija cywilów dlatego, że chce zabijać cywilów. Izrael prowadzi wojnę w warunkach narzuconych przez przeciwnika, który zbudował swoją strategię na tym, że każda śmierć cywilna będzie pracowała przeciwko państwu żydowskiemu. Najpierw uderzyć w izraelskich cywilów, potem schować się między własnymi cywilami, potem pokazać światu obrazy skutków wojny i powiedzieć: patrzcie, to Izrael jest winny. Wstrętne, skuteczne i znane.

I dlatego ludzie opinii, którzy potrafią z wielkim gestem potępiać Izrael, ale nie potrafią powiedzieć, jak Izrael ma przeżyć, uczestniczą w czymś więcej niż w zwykłym sporze politycznym. Krytyka Izraela sama w sobie nie jest antysemityzmem. Trzeba to mówić jasno, bo inaczej tekst staje się zbyt łatwy do odrzucenia. Ale systematyczne odbieranie Izraelowi prawa do skutecznej samoobrony, przy jednoczesnym milczeniu o tym, jak ma chronić swoich obywateli przed organizacjami mordującymi cywilów, staje się współczesną formą antyżydowskiego podwójnego standardu. Tak, to wykluczenie nie zawsze przychodzi w starym języku nienawiści, dziś wybiera język humanizmu, język akademicki, język kultury i praw człowieka, w języku ludzi, którzy doskonale wiedzą, jak napisać list otwarty, esej, raport, rezolucję, odezwę, wygodne wypracowanie zza biurka, ale nie wiedzą, jak uratować dziecko w kibucu, rodzinę przy sederowym stole, pasażera autobusu, czy zakładnika w tunelu.

Widać to bardzo dobrze po nazwiskach i instytucjach, które nadają temu ton. Moja “ulubienica “, której poświęciłam co najmniej 15 artykułów – Francesca Albanese, specjalna sprawozdawczyni ONZ do spraw sytuacji praw człowieka na terytoriach palestyńskich okupowanych od 1967 roku, mówi o Izraelu, oskarżeniem: ludobójstwo, wymazywanie kolonialne, apartheid, kolonializm, zbrodnia. ONZ produkuje rezolucje, raporty, apele, oświadczenia, całe tony papieru o tym, czego Izraelowi nie wolno. Nie wolno eskalować, nie wolno odpowiadać za mocno, nie wolno blokować, nie wolno uderzać tak, nie wolno uderzać inaczej, nie wolno powodować cierpienia cywilów. Część tych zdań jest oczywiście słuszna jako ogólna zasada prawa i humanitaryzmu. Jakież to jednak cyniczne, kiedy z tych zasad nie wynika żadna realna metoda działania wobec organizacji, która trzyma zakładników, buduje tunele pod miastami, strzela z terenów cywilnych i ukrywa się między ludźmi, których później pokazuje światu jako dowód winy Izraela. ONZ potrafi powiedzieć państwu żydowskiemu, czego mu nie wolno. Nie potrafi powiedzieć, kto konkretnie ma rozbroić Hamas, kto ma wejść do tuneli, kto ma wyprowadzić stamtąd zakładników, kto ma zatrzymać Hezbollah, kto ma powstrzymać Iran, kto ma przerwać cały system rakiet, dronów, milicji, pełnomocników, wyrzutni, składów broni i szantażu cywilami. Kto weźmie odpowiedzialność za izraelskie dzieci, jeśli państwo izraelskie zostanie sparaliżowane przez cudze rezolucje? Kto stanie na granicy? Kto wejdzie do tunelu? Kto zatrzyma pocisk w powietrzu? Raport???

To samo widać w świecie filozofów, pisarzy i intelektualistów. Judith Butler po 7 października wywołała burzę, gdy mówiła o ataku Hamasu jako o “akcie zbrojnego oporu”; później tłumaczono, że jej wypowiedź została wyrwana z kontekstu, ale sam fakt, że taki język mógł się pojawić w ustach jednej z najbardziej znanych postaci współczesnej teorii krytycznej, mówi bardzo dużo o stanie tej debaty. Étienne Balibar też pisał o “celowym ludobójstwie” w Gazie, Ilan Pappé od lat opisuje Izrael językiem kolonialnym i antysyjonistycznym, a w ostatnich latach jeszcze mocniej mówił o izraelskiej wojnie nie jako o samoobronie, lecz jako o jawnej zbrodni. Do tego dochodzą izraelscy krytycy z lewej strony: Amos Goldberg, Omer Bartov, David Grossman, Gideon Levy, Amira Hass – ludzie różni, o różnych biografiach, o różnym ciężarze intelektualnym i osobistym, których nie można wrzucić do jednego worka ani zbyć prostą etykietą. Ale wspólny problem pozostaje ten sam: w ich języku bardzo często pojawia się wielkie oskarżenie wobec Izraela, natomiast znacznie rzadziej pojawia się konkretna odpowiedź na pytanie, co państwo żydowskie ma zrobić z Hamasem, z tunelami, z zakładnikami, z wyrzutniami, z Hezbollahem, z Iranem, z całym systemem, który chce Izrael osłabić, osaczyć, wypalić nerw po nerwie i jeszcze oskarżyć go o to, że się broni. Humanizm brzmi tam pięknie, czasem nawet wzruszająco, ale zatrzymuje się dokładnie tam, gdzie zaczyna się pytanie o skuteczność.

W Polsce ten mechanizm ma własną wersję: akademicką, publicystyczną, środowiskową. Można wskazać Andrzeja Ledera, znanego filozofa, którego tekst o Izraelu wywołał polemikę Lewkowicz, Jana Hartmana, Beaty Lewkowicz i moją. Można wskazać Adama Lipszyca, który coraz częściej zabiera głos w tonie, w którym Izrael staje się przede wszystkim oskarżonym, a pytanie o jego realne bezpieczeństwo znika pod warstwą wzniosłych słów. Nie chodzi o to, żeby każdego z nich wrzucić do jednego worka z aktywistami ulicznymi albo internetowym tłumem. Właśnie nie, chodzi o coś gorszego: o ludzi wykształconych, oczytanych, obytych, piszących z pozycji autorytetu, ludzi, którzy siedzą za biurkiem, piszą długie wypracowania o winie Izraela, o przemocy, cierpieniu, historii, a potem nie odpowiadają na najprostsze pytanie: co dokładnie ma zrobić państwo, któremu zamordowano obywateli i porwano ludzi do tuneli? Bardzo wygodnie siedzi się za biurkiem i pisze teksty o humanizmie, potwierdzam, ale tylko wtedy, kiedy to nie własne dziecko siedzi w schronie, nie własna matka została porwana, nie własny syn jest w wojsku, nie własny kraj ma nad sobą rakiety, drony, Hezbollah, Hamas i Iran. Bardzo łatwo jest być szlachetnym, gdy cudzy strach traktuje się jak materiał do eseju.

I najbardziej perfidne według mnie jest właśnie to, że ten język wygląda na szlachetny. Mówi o prawach człowieka, o cywilach, o cierpieniu, o dzieciach, o humanitaryzmie. I oczywiście armia państwa demokratycznego musi działać możliwie humanitarnie: ostrzegać cywilów, rozróżniać cele, minimalizować straty, badać błędy, odpowiadać za nadużycia. Ale humanitaryzm nie jest magiczną metodą wojenną. Nie wyciąga zakładników z tunelu. Nie niszczy wyrzutni rakiet. Nie rozbraja ludzi, którzy własnych cywilów wypychają przed siebie, a cudzych cywilów wybierają jako cel. Humanizm jest konieczny jako granica działania państwa. Nie wystarcza jednak jako odpowiedź na organizację, która uczyniła z cywilów – izraelskich i palestyńskich – narzędzie własnej strategii. Można mówić o humanizmie, siedząc w sali wykładowej, przy mikrofonie, na panelu literackim, w redakcji, na uniwersytecie, w studiu telewizyjnym. Ale państwo po masakrze nie może obronić swoich obywateli samym humanistycznym tonem. Może i powinno działać w granicach prawa wojny, ale nie może udawać, że wojny nie ma tylko dlatego, że ludziom opinii tak się podoba i tak wygodniej.

Ich słowa schodzą potem niżej, do mas, do fanów, do studentów, do czytelników. Artysta rzuca hasło, dziennikarz nadaje mu rytm, politolog daje pozór jakiejś analizy, akademik dopisuje przypis, influencer puszcza dalej, a potem tłum wie już, że ma potępiać Izrael, choć często nie wie, czym były Ma’alot, Coastal Road, Naharijja, Sbarro, Netanja czy Itamar. Wie, że ma mówić “cywile”, ale nie wie, co zrobić z organizacją, która cywilów zamieniła w narzędzie swojej wojny.

Izrael nie ma obowiązku popełnić samobójstwa, żeby zadowolić europejskie salony opinii.

To zdanie trzeba zostawić bez ozdób, bo tu leży sedno. Izrael ma obowiązek chronić swoich obywateli, tak jak każde państwo. Nie ma obowiązku być idealną ofiarą cudzej wrażliwości. Nie ma obowiązku czekać, aż ludzie, którzy mordowali dzieci, zestarzeją się w spokoju albo przejdą szkolenie z języka praw człowieka. Nie ma obowiązku udawać, że tunele są metaforą, rakiety są desperacją, zakładnicy są komplikacją negocjacyjną, Hezbollah jest tylko “aktorem politycznym”, Iran tylko “państwem reagującym” a masakra jest “kontekstem”. Wyliczać te bzdury mogłabym długo. Państwo, które nie broni swoich ludzi po takich doświadczeniach, przestaje być państwem. Staje się dekoracją do cudzych seminariów. Dlatego trzeba wracać do tych nazw, wcale nie po to, żeby urządzać swoisty katalog cierpienia i nie po to, żeby mówić, że cierpienie jednych unieważnia cierpienie drugich. Trzeba do nich wracać, bo bez nich opowieść o Izraelu zaczyna się od izraelskiej odpowiedzi, a wycina wszystko, co ją poprzedzało: dzieci w szkole, autobus na drodze nadmorskiej, rodzinę Haran, pizzerię Sbarro, seder w Netanji, rodzinę Fogel, kibuce i festiwal Nova. Kto pomija ten początek, nie analizuje rzeczywistości. Pisze akt oskarżenia w zeszycie z wyrwanymi stronami.

Nie, nikomu nie chodzi o zabijanie cywilów. Nikt nie chce, żeby zginął choćby jeden niewinny człowiek, ani jedno niewinne dziecko. Ale skoro tak wielu ludzi wie, czego Izraelowi nie wolno, niech wreszcie powiedzą, co wolno. Niech wskażą choć jedną realną drogę: jak rozbroić Hamas, jak zatrzymać Hezbollah, jak odpowiedzieć Iranowi, który wysyła na Izrael rakiety i drony, jak przerwać cały ten system terroru, pełnomocników, tuneli, wyrzutni, zakładników i szantażu cywilami. Jak zniszczyć infrastrukturę przemocy ukrytą wśród ludzi i jednocześnie nie narazić nikogo niewinnego. Nie zrobi się tego rezolucją. Nie zrobi się tego listem otwartym. Nie zrobi się tego moralizującą gadką ludzi, którzy za własne zdania nie płacą życiem swoich dzieci. Niech powiedzą wprost: co ma zrobić Izrael, kiedy z jednej strony ma Hamas w Gazie, z drugiej Hezbollah przy północnej granicy, za nimi Iran, który finansuje, uzbraja, inspiruje i sam potrafi wysłać w stronę Izraela rakiety i drony? Ma czekać, aż rezolucja ONZ zatrzyma pocisk w powietrzu? Aż list otwarty rozbroi tunel? Aż profesor od humanizmu przekona człowieka z wyrzutnią, że cywile są święci?

Dlatego celowo zostawiam ten tekst otwarty. Niech ci, którzy tak łatwo oskarżają Izrael, pokażą teraz własne człowieczeństwo: nie tylko w pięknych słowach o cywilach, ale w uczciwej odpowiedzi na pytanie, jak państwo po Ma’alot, Coastal Road, Naharijji, Sbarro, Netanji, Itamar i 7 października ma obronić swoich ludzi przed następną masakrą, następną rakietą, następnym tunelem, następnym porwaniem, następną wojną narzuconą mu przez tych, którzy sami nie mają żadnego problemu z cudzą śmiercią.

Bonne soirée !


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Asking the wrong questions about antisemitism


Asking the wrong questions about antisemitism

Jonathan S. Tobin


As the arts world legitimizes bias against Israel in the post-Oct. 7 world, a hit play about author Roald Dahl’s Jew-hatred explores the intersection of culture and prejudice.

British novelist Roald Dahl (1916-1990) at home in the United Kingdom, Dec. 10, 1971. Photo by Ronald Dumont/Daily Express/Getty Images.

If only every person who hates Jews were as open about their biases as author Roald Dahl (1916-1990). The famed children’s writer, who earned literary immortality with books such as Charlie and the Chocolate Factory, Matilda, James and the Giant Peach, The Fantastic Mr. Fox and The BFG, was widely acclaimed as one of the 20th century’s greatest storytellers, as well as among its best-selling authors. A cultural icon in his own time, his fame has continued decades after his death. So, too, has his notoriety; he was also an unabashed and self-identified antisemite.

That aspect of his life story is given a thorough examination in the hit play “Giant” by British playwright Mark Rosenblatt, which recently opened on Broadway at New York’s Music Box Theater after an award-winning run on London’s West End.

Ripped from the headlines

Antisemitism has been surging throughout the West since the Hamas-led Palestinian Arab terror attacks on Israel on Oct. 7, 2023. It has only grown during the two-and-a-half years since then as the Jewish state has been waging war on those terrorists, their Hezbollah allies and their Iranian sponsors. That has made the play’s topic even more relevant, as those flocking to sold-out performances to see actor John Lithgow’s brilliant star turn as Dahl are asked to absorb more than two hours of the title character’s mix of charm, wit and monstrous bile. Audience members walk away contemplating the difficult dilemma that his behavior posed for those who profited from publishing his books or lived with him. Indeed, with Israel being blasted for bombing Gaza, Iran and Lebanon—just as was true more than 40 years ago, when the events of the drama unfolded, and Israel was in the world’s crosshairs—it could be said to be ripped from the headlines.

“Giant” presents the truth about the author in a way that leaves no wiggle room about acknowledging the depths of his hatred. We can wonder what caused a man who was responsible for so much work that was as life-affirming as it was delightful to go down that dark road. And we can also puzzle over the questions about how to separate a decent person’s disgust with his views from how they feel about his books and whether they can think about them the same way once they witness his antisemitism.

Even as the play basks in generally well-earned praise from critics as well as audiences, its topicality is deceptive. For all of the skills of the playwright, director and cast, it doesn’t offer much that is of use in navigating a world in which many of Dahl’s horrible ideas about Israel and Jews, which were considered beyond the pale in his lifetime (these days, no longer considered disqualifying), have been mainstreamed. They have become not merely commonplace, but are now a fashionable orthodoxy whose adherents dominate the worlds of academia and culture while also gaining an increasingly secure foothold in politics.

Respectable antisemitism

The trouble is that, unlike Dahl, most of those who are currently spreading hatred of Jews in academia, popular culture and politics are doing so while also claiming to oppose such prejudice. They are, they insist, just “criticizing” the Israeli government and its leaders, calling into question their right to self-defense.

But peel away that veneer, and the real issue becomes transparent: their battle is against the existence of Israel itself. While seeking to legitimize the war to eliminate the one Jewish state on the planet and oppose efforts to strip its enemies of the means to achieve that vile goal (such as the Iranian nuclear program), they tell us that they like Jews and wish to defend them—or, at least, the “good” ones who condemn Israel, rather than the “bad” pro-Israel or Zionist ones.

Even as they float conspiracy theories that could have been lifted out of The Protocols of the Elders of Zion, popular podcasters on the right, like Tucker Carlson, and those on the left, like Hasan Piker, deny that they are antisemites. New York City Mayor Zohran Mamdani, whose entire career has revolved around his obsession with destroying Israel and stigmatizing its Jewish supporters, does so while attending Passover seders that conveniently leave out any message of the essential element of Jewish identity relating to the land of Israel.

But not so Dahl. He was ahead of his time in terms of a popular figure taking up the cause of Jew-hatred. That marked him as an outlier in polite society during his lifetime. Meanwhile, much of what he believed is now so prevalent that it is a surprise when one encounters a famous writer or artist who resists the demand to virtue-signal their animus for Israel.

Escaping cancellation

Dahl made clear his hatred for the State of Israel—and all Jews, for that matter—in 1983, when he wrote a review praising a book about the 1982 Lebanon War and again in an equally infamous interview with The New Statesman magazine. In an essay published in the Literary Review, he didn’t just engage in one-sided and unfair criticisms of Israel’s part in that conflict; he also vented his belief that the Jewish state and its supporters were analogous to the Nazis. Indeed, he aimed his poison pen at a broad array of targets in such a way as to blame Jews everywhere for the supposed crimes of Israel, not the least of which was its creation.

For this, he was widely criticized. Still, despite his own conviction that Jews ruthlessly silenced and punished their opponents, he didn’t suffer much, if at all, for exposing his bigotry so brazenly. His books continue to sell briskly—with many having been made into movies—and he was never accorded the pariah status that one might otherwise think would be given to someone who utters such vile language and holds such hateful views. The worst of the repercussions was that he was denied a knighthood from the British government and offered a lesser honor instead, which he refused. Nor did Tom Maschler, the Jewish publisher who had championed his work and considered him a friend—himself a child survivor of the Holocaust—disavow him.

In 2020, some 30 years after his death, his family and the Roald Dahl Story Company that controls the rights to his work issued an apology for his antisemitism. The admission was prompted by a belief that amid the ex-post facto cancellations of many famous figures for past sins of racism, real or otherwise, amid the moral panic that swept the West after the death of George Floyd in Minneapolis, Dahl’s legacy might also suffer.

But they were wrong to think that the mobs toppling statues during the Black Lives Matter summer of 2020 were interested in punishing Jew-hatred or wanted retrospective atonement for it. And in the wake of Oct. 7, Dahl’s anti-Israel diatribes don’t seem as shocking as they did back in the 1980s.

The author’s reaction to the 1982 First Lebanon War, in which Israeli forces sought to push the terrorists of the Palestine Liberation Organization out of their strongholds in Southern Lebanon and Beirut, was, after all, a preview for the fighting now going on with Hezbollah. Until then, the PLO operated as a state within a state, using Lebanon as a base from which it could launch both deadly terrorist raids and missile attacks on Israel, as Hezbollah terrorists also did.

Lebanon in 1982 was the moment when the tiny, embattled and besieged Jewish state started being viewed as the “Goliath” of the Middle East while the Palestinians, who stubbornly refused to make peace with the Jews, were dubbed the new “David.”

The screed was, in equal turns, ignorant about the Jews, Israel and the Middle East conflict. But Dahl’s controversial essay didn’t just engage in the usual bashing of the Israeli government and its efforts to fend off terrorist opponents. He saw the creation of the Jewish state as illegitimate and wrong. He wrote that the Jews were sympathetic when they were the victims of the Nazis, but had become a race of “barbarous murderers.”

He raged at their temerity for acting in the same way any sovereign state would behave when placed in a similar situation. He viewed any Jew who would not join him in supporting Israel’s destruction as being equally guilty. Dahl’s boundless sympathy for Palestinian and Lebanese killed or injured in the war against Israel was rooted in complete indifference to Israeli victims of Arab terrorism.

As respected historian Paul Johnson wrote at the time in The Spectator, it was “the most disgraceful item to appear in a respectable British publication for a very long time.”

Antisemitic hypocrisy

Some 43 years after its publication, what ought to strike the reader is how similar much of it is to so much contemporary “criticism” of Israel. Indeed, how different is it from contemporary attacks on Israel published in “respectable” publications in Britain or the United States about Jerusalem’s efforts to ensure that Hamas, and its Hezbollah and Iranian allies, can’t perpetrate another Oct. 7? The writers who denounce Israel’s existence in The New York Times or The Guardian are perhaps more cautious about also venting age-old tropes of antisemitism. But the podcast conspiracy-mongers on both left and right who speak to far larger audiences are not.

In “Giant,” a fictional character—a Jewish woman who works for Dahl’s American publisher—is assigned the task of pushing back at the author. She is a “good” “progressive” Jew who sees Israel as flawed and agrees with its government’s detractors. But she does point out that Israel didn’t behave any differently than Britain did when it was attacked in World War II.

The mention of the fire-bombing of Dresden is also telling. It was an arguably defensible military raid in the context of a total war against Adolf Hitler’s Germany, albeit one that resulted in indiscriminate slaughter that was far worse than anything Israel has ever done. Had someone actually said that to Dahl, it might have stung a man who was a decorated pilot in the Royal Air Force during the Second World War, and thus a hypocrite for saying that only “barbarous” Jews and Nazis behave in this manner. More of that would have made the analogy between Dahl’s rants and today’s “criticism” of Israel even more obvious.

But Dahl’s real sin in the play is for merging his loathing of Israel with his equally venomous animus toward all Jews.

The version of Maschler depicted in the play is eager to downplay his friend’s indiscreet signaling of his prejudices and allow them both to get on with the business of publishing books and making money. He also wants nothing to do with Israel or the struggles of the Jews, even as his pal Roald goads him, like the playground bullies the publisher encountered as a child. He believes that Dahl’s brilliance justifies any effort to make the controversy go away with minimal gestures of contrition that the author doesn’t want to make.

The play’s Maschler is the sort of Jew whose complaint about the post-Oct. 7 wave of antisemitism is that it leaves so little room for those who just want to get on with their lives, without being drawn into the drama of Israel-related hate. Like the American sales rep, he may even agree with some of Dahl’s Israel-bashing, even if it goes too far for their taste. But the author’s pathological need to bully and demean Jews is too great to accommodate them.

It is only in the play’s final scenes, when Lithgow acts out the actual transcript of Dahl’s New Statesman interview, that the full portrait of his character is revealed. Having indulged in the crudest of stereotyping and claiming that Hitler was likely justified in thinking ill of the Jews, he owns the label of antisemite. That leaves neither the audience nor those in Dahl’s life with the ability to deny that he is anything other than a hate-monger.

It may be, as some critics have noted of Lithgow’s performance, that Dahl was a Shakespearean character who is a mix of good and evil that epitomizes the complexity of the human condition. As I wrote at the time of his family’s apology, his antisemitism shouldn’t mean that we ought to cancel his books. Great art has nothing to do with good character. That is something that is proved over and over again in the examination of the lives of great musicians, painters, and, yes, the authors of beloved children’s books.

A distinction without a difference

Dahl was also living proof that once you remove the thin veneer of justifiable concern about any misdeed that Israelis are supposed to have committed, the gap between anti-Zionism and antisemitism is revealed to be a distinction without a difference. And that is why so much of the commentary about this play and antisemitism in general is still asking the wrong questions about the subject.

Some 78 years after the birth of the modern-day State of Israel, we should no longer be trying to draw distinctions that will allow Israel-bashers to avoid being tagged as what they really are: antisemites. Instead, we should be noticing the painfully obvious similarities that unite all anti-Zionists, whether they are as uncivil as Dahl or not.

Those who cheer for or rationalize attacks and violence, including the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust that took place on Oct. 7, as well as deny Israelis the right to defend themselves against those who pledge its repeat, are on the same level as Dahl.

Are students or college professors who chant for Jewish genocide (“From the river to the sea”) or terrorism against Jews wherever they live (“Globalize the intifada”) really idealists who should be accorded the respect that sophisticated theater-goers are forced to retrospectively deny to a nasty old man who thinks the Jews deserved the Holocaust?

Is the contemporary journalist or politician who traffics in blood libels about Israelis committing a mythical “genocide” someone to agree to disagree with? Is that akin to how we are expected to react to an open neo-Nazi who does so in a less dignified manner?

The real lesson to be drawn from “Giant” isn’t the answer to the age-old debate about what to think about good art created by bad people. Nor is it a guide about how to behave when a favorite childhood author turns out to be a rotten bigot.

It is this: Those who embrace the cause of Israel’s destruction and the genocide of half of the world’s Jewish population that goes with that belief don’t deserve the benefit of the doubt when it comes to evaluating their character. Some may act in a less repugnant manner than Dahl and pretend to oppose antisemitism even as they support it, as is the case with the mayor of New York. Others are less civil or arguably even crazier, as might be said of some anti-Israel podcasters. But they are all part of the same evil cause. And they all deserve the same opprobrium a decent society should accord to antisemites like Roald Dahl.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


America’s Real ‘Special Relationship’ When the Pageantry Is Stripped Away


America’s Real ‘Special Relationship’ When the Pageantry Is Stripped Away

Jonathan Sacerdoti


US soldiers stand next to a Patriot anti-missile battery (not seen) west of Jerusalem, Oct. 23, 2012. Photo: REUTERS/Ronen Zvulun

King Charles came to Washington this week to renew an old claim: that Britain remains America’s closest friend, joined by history, language, culture, and long alliance. There is truth in that. The ties are real. Yet the visit also exposed a tension no amount of ceremony could quite conceal. Beneath the pageantry, the handshakes, and the polished invocations of shared destiny, the old “special relationship” seemed less like a settled fact than a British hope. For today, America’s most “special” ally is surely Israel. Who says so? Britain’s own ambassador to the United States, caught in a leaked recording only weeks before the king arrived.

The royal visit was intended to mark 250 years of American independence, an anniversary born from rupture, and was tasked with displaying friendship between two nations whose elected leaders plainly have little warmth for one another.

For decades, the phrase “special relationship” has been used as a kind of Anglo-American incense, waved over every disagreement until the room smelled less of conflict. US President Donald Trump has battered British Prime Minister Keir Starmer for months, leaving the relationship between Washington and London looking bruised, transactional, even contemptuous. The royal visit was supposed to place something older and grander above that. And it nearly worked.

But Britain’s ambassador to Washington, Christian Turner, said the quiet part aloud.

The Financial Times obtained a leaked recording of Turner speaking to British students, in which he called the phrase “special relationship” nostalgic and backward-looking. But there was, he said, one country that could probably claim such a relationship with the United States: Israel. The Foreign Office insisted his remarks were informal and did not represent official policy, but the damage was done.

Turner’s point was awkward because it was true. The United States still values Britain. The historic and cultural ties remain deep. But a special relationship requires more than shared history and flags in matching colors. It requires instinctive trust in moments of danger. Under Starmer, that trust has more than frayed — it is in shreds.

Trump has been quite frank about his anger. He attacked Starmer over Britain’s hesitancy during the US-Israeli campaign against Iran, saying the prime minister was “not Winston Churchill” and criticizing the delay over the US use of its own Diego Garcia base in British territory. Britain initially withheld access to the strategic base for offensive operations.

Trump has also mocked Starmer’s caution, complaining that Britain was no longer what it had been, and treating the prime minister less as an indispensable ally than as a nervous functionary who cannot decide which way to face.

The contrast with Israel is stark. Trump recently praised Israel as a “GREAT Ally” on social media, calling the Jewish state “Courageous, Bold, Loyal, and Smart” and adding it “fights hard” and knows how to win.

US Secretary of War Pete Hegseth has been even sharper. In an official Pentagon briefing just three weeks ago, he thanked Israel for being a “brave, capable, and willing ally,” saying the “rest of our so-called allies saw what real capabilities look like” and should “take some notes.”

Britain gets nostalgia. Israel gets admiration.

Trump’s contempt for Starmer is mirrored back home, where the latter’s popularity has collapsed. YouGov’s March polling put him on a net favorability rating of minus 48, with 70 percent of Britons viewing him unfavorably. In April the same poll showed a similarly cringeworthy net favorability rating of minus 48, with 69 percent of the nation seeing the Labour leader negatively.

The public has watched a prime minister who promised seriousness lurch from one retreat to another: winter fuel payments, farming inheritance tax, digital ID, the two-child benefit cap, tax promises, the Muslim pedophilia rape-gangs inquiry, the Chagos deal … He appears like a man constantly dragged by events he failed to understand.

Even on the day of the king’s address to the US Congress, Starmer narrowly escaped a dangerous Commons vote over the Peter Mandelson affair — his disastrously chosen, Jeffrey Epstein-linked previous choice for US ambassador. Parliament rejected a Conservative motion to refer him to the Privileges Committee only after Labour MPs were instructed to vote against it. While the king spoke in Washington of continuity and alliance, the prime minister survived in London only by party discipline, whipping, and arithmetic.

Trump, for his part, played the royal moment beautifully. His White House speech was warm, even lavish. He called Charles “a very elegant man,” praised Britain’s ancient contribution to American liberty, invoked Runnymede, Churchill, Roosevelt, and yes, the special relationship. The president spoke of the two countries as heirs to a shared civilizational inheritance.

King Charles then took the same project to Congress, his speech masterfully wrapping political argument in historical courtesy. He joked about Parliament taking a hostage when the monarch visits Westminster, praised American democracy, Magna Carta, the Bill of Rights, and the Atlantic partnership. He was visiting, he said, in an era “more volatile and more dangerous” than the world his mother addressed in 1991.

This was royal diplomacy, but it was politics all the same. The king spoke under the protection of reverence. Americans treat the British monarch as a figure of ceremony, curiosity and continuity, almost outside the normal reach of partisan argument. That gave him room to press on the places where Britain differs from Trump’s America: Ukraine, NATO, climate, the global order, the Middle East, the language of shared democratic restraint.

Trump likes royalty. He respected the late queen. He was polite to her son, King Charles. But courtesy is not conversion. A historic royal speech in Congress cannot make an ailing prime minister look strong. A successful state visit cannot make Britain seem reliable if we are led by a prime minister who keeps failing the test when decisions arrive.

The ambassador’s leak cut through the bunting. Britain came to Washington trying to prove it was still America’s closest ally. Its own man in Washington had already suggested otherwise. Israel fights beside America. Britain explains itself to America. That is the difference, and everyone can see it.

The king’s visit brought out military bands and inspections: soldiers in dress uniforms — a spectacular display of ceremonial closeness. Speechwriters crafted their finest flourishes to describe historic ties, cultural affection, and family bonds across the Atlantic. But it was Britain’s most important diplomat, not our prime minister or even our king, who told the truth. His words were embarrassing not because they were shocking, but because he simply said what we already knew.

Just as President Trump and Secretary Hegseth have been saying for weeks, the real military display to demonstrate a truly special relationship was not on show on the South Lawn of the White House, but in the skies, the seas, and on the ground in the Middle East: Israeli and American brothers in arms, fighting barbarism and evil, bound by a common enemy, common goals, and common values. They are fighting for Israel, for America, for the West, and the entire civilized world. That is what a special relationship looks like when the pageantry is stripped away.


Jonathan Sacerdoti, a writer and broadcaster, is now a contributor to The Algemeiner.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com