Archive | 2026/05/01

1 maja – burzliwa historia Święta Pracy

1 maja 1978 r. Pochód w Warszawie. Fot. PAP / Zbigniew Matuszewski


1 maja – burzliwa historia Święta Pracy

Michał Szukała


Od pochodów i strajków lewicy niepodległościowej w czasie zaborów, przez burzliwe świętowanie w II RP i propagandowe defilady w PRL po pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę – tak 1 maja obchodzono w Polsce na przestrzeni lat Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy zwany Świętem Pracy.

„Ja też śpiewam. A kolor jego jest czerwony. A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew. A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew! Tłum jak wielkie zwierzę. (…) Ja mieszkam w tłumie. Jestem Jonaszem, w kieszeni mam wypełnioną ołowiem pałkę. Tłum waży sześćset ton, tyle, co cztery płetwale, sześćset ton ludzkiego cielska, a kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew. Idziemy Wolską, w stronę Starego Miasta, idziemy powoli i śpiewamy. Z okien czasem ktoś powiewa flagą, czerwoną, biało-czerwoną, krzyczy: »Niech żyje!«. Na Chłodnej dołączają do nas bundowcy i Poalej Syjon Lewica, chwilowo w stanie rozejmu, pochody mieszają się ze sobą, pamiętam to tak dokładnie, chwila zamieszania, pokrzykiwania przodowników i pochód formuje się ponownie, polskie transparenty, transparenty w jidysz, a ja zaraz za Szapirą, Szapiro rozluźniony i uważny, idziemy dalej. Za naszą bojówką bojówka Bundu, prawilne, zadziorne chłopaki, potem bojówka Poalej Syjon” – tak plastycznie opisywał pochód 1 maja w powieści „Król” Szczepan Twardoch. 

Niektórzy bohaterowie „Króla” idący ulicami Warszawy połowy lat trzydziestych mogli mieć w pamięci pochody z czasów panowania rosyjskiego, gdy przedstawiciele lewicy niepodległościowej ryzykowali nie tylko ranami odniesionymi w walkach z przeciwnikami politycznymi, ale także śmiercią z rąk rosyjskiej żandarmerii.

„Święto Funkcjonariuszy Pracy”

Obchody Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy na ziemiach polskich są związane z rozwojem ruchu robotniczego w ostatnich dekadach XIX wieku. W 1886 r. policja stłumiła strajk robotników w Chicago. Co ciekawe, powodem protestu w McCormick Harvester Co. nie było łamanie praw pracowników, lecz planowana modernizacja fabryki, która oznaczała zwolnienie dużej części załogi. 1 maja rozpoczęły się starcia z policją. 4 maja jeden z robotników rzucił w funkcjonariuszy bombą. Zginęło jedenastu robotników i siedmiu policjantów. Sąd skazał siedmiu przywódców zamieszek na kary śmierci (wyrok wykonano wobec czterech). 

Trzy lata później kongres II Międzynarodówki uznał rocznicę rozpoczęcia tych krwawych zamieszek za Święto Funkcjonariuszy Pracy. Socjaliści określali skazanych jako męczenników bitwy o prawa robotnicze. Ogłoszony przy tej okazji hymn „Na dzień 1 maja” wykorzystywał melodię „Warszawianki” Wacława Święcickiego (później nazywanej „Warszawianką 1905”).

Ruch socjalistyczny na ziemiach polskich odradzał się w tym czasie po klęsce I Proletariatu. Pierwsze pochody i strajki organizowały II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 r. w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia w okresie rewolucji 1905 r. Na 1 maja wydawano również specjalne ulotki i jednodniówki. 

Największy autorytet polskiej lewicy niepodległościowej, Bolesław Limanowski, z perspektywy Paryża w kolportowanej w Warszawie odezwie podsumowywał dotychczasowe efekty rewolucji: „Ten niespodziewany w swej potędze przejaw woli ludowej zatrwożył i najeźdźców, i wyzyskiwaczy. Najeźdźcy zaczęli przemawiać do ludu w jego ojczystym języku, który przedtem pogardliwie psim nazywali. Wyzyskiwacze spostrzegli, iż trzeba poczynić robotnikom ustępstwa, pomiarkować nieco swoją chciwość”. 

W przesłaniu Limanowski akcentował wątki niepodległościowe: „Musimy przygotować się należycie do wymiatania śmieci z kraju, kiedy na nas zawołają: już pora. A gdy wymieciemy śmiecie z kraju, to mając broń w ręku, nie pozwolimy, aby ktoś nieproszony gospodarzył w naszym domu, ale sami zostaniemy gospodarzami w naszej Rzeczypospolitej i urządzimy się tak, jak nam będzie najlepiej”.

„Czerwony sztandar”, „Warszawianka 1905”

W zupełnie innym tonie, już u zarania niepodległości utrzymane były pierwszomajowe odezwy organizacji lewicowych, które nie dążyły do budowy własnego państwa. 1 maja 1918 r. Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy wzywała do strajku generalnego wymierzonego w okupantów z Niemiec i Austro-Węgier oraz „na chwałę robotnikom rosyjskim, ich potężnemu zwycięstwu nad caratem i burżuazją, ich przesławnej rewolucji socjalnej”. Ostatecznym celem miało być zjednoczenie z rewolucją bolszewicką w Rosji.

Nieprzypadkowo więc w czasach II Rzeczypospolitej 1 maja na ulicach toczyły się walki nie tylko pomiędzy ugrupowaniami lewicowymi a Narodową Demokracją, ale również zwolennikami lewicy niepodległościowej i Komunistycznej Partii Polski. Oddzielne pochody organizowała też żydowska partia Bund. 

W niektórych regionach własne uroczystości miały również środowiska chłopskie. Były one wyjątkowo okazałe ze względu na udział orkiestr ludowych. Wszystkie pochody i wiece były chronione przez uzbrojone (czasami w broń palną) bojówki partyjne.

W największych ośrodkach przemysłowych – Warszawie, Łodzi i na Górnym Śląsku – robotnicy zbierali się w swoich fabrykach lub dzielnicach i wspólnie dołączali do wielkiego marszu w centrum miasta. „W fabryce Lilpopa o godz. 9 otwarto bramę dla umożliwienia publiczności wzięcia jak najliczniejszego udziału w obchodzie. […] Następnie uformował się pochód w liczbie ponad 3000 osób, reprezentujących fabryki Lilpopa, Franaszka oraz dzielnicę Wola i podmiejską Chrzanów. W pochodzie zwracał uwagę liczny oddział rowerzystów, młodzież ze sztandarami oraz kobiety i dzieci” – pisano w jednej z relacji w latach trzydziestych. 

Niekiedy w pochodach z tamtego czasu niesiono portrety teoretyków socjalizmu – Karola Marksa i Fryderyka Engelsa – oraz Ignacego Daszyńskiego i zamordowanego przez włoskich faszystów przywódcę socjalistów Giacoma Matteottiego. Od wieców odbywających się w innych krajach Europy te organizowane przez polską lewicę niepodległościową odróżniały również śpiewane pieśni: „Międzynarodówkę” zastępowano „Czerwonym sztandarem” i „Warszawianką 1905”. Stołeczne zgromadzenia PPS kończyły się z reguły na placu Dąbrowskiego, gdzie przywódcy formacji wygłaszali płomienne przemówienia.

„W oparciu o przymierze ze Związkiem Radzieckim”

„1 maj w roku bieżącym jest świętem o wyjątkowym znaczeniu. Tradycyjne święto pracy w warunkach odzyskanej niepodległości, w momencie odbudowy naszej państwowości, w momencie dobijania potwora hitlerowskiego w jego własnym, zbójeckim gnieździe – urasta do roli święta ogólnonarodowego” – stwierdzało wydawane na warszawskiej Pradze „Życie Warszawy” w 1946 roku. Artykuł „Święto 1 Maja w Polsce Odrodzonej” jest manifestem ideologicznego przesłania komunistów w pierwszych latach ich władzy. 

1 maja, podobnie jak początkowo tolerowane Święto Konstytucji 3 Maja, miał być wykorzystywany do propagowania ideałów „wolności, demokracji, postępu”. Walka o nie miała być kontynuacją walki z „reżimem sanacji” oraz okupantem niemieckim. „Tylko konsekwentne odgrodzenie się od sanacyjno-ozonowych tradycyj – tylko gruntowne wykorzenienie ich w naszym społeczeństwie – może być warunkiem, że cele, jakie postawiliśmy przed sobą na drodze do Polski demokratycznej, będą w pełni zrealizowane” – podkreślano w artykule podpisanym przez ppłk. Stefana Matuszewskiego, ministra informacji i propagandy w rządzie tymczasowym. „W oparciu o przymierze ze Związkiem Radzieckim potrafimy w całej pełni zapewnić naszemu demokratycznemu Państwu siłę i rozkwit w przyszłości” – dodawał Matuszewski.

Mimo że stolica była w gruzach, propagandowy dziennik wydawany na Pradze zapowiadał uroczystości mające odbyć się na lewym brzegu Wisły. „Już wczoraj w godzinach popołudniowych Warszawa przybrała odświętną szatę. Gmach Opery na Placu Teatralnym i cały szereg ocalałych wśród ruin domów udekorowano portretami Prezydenta Bieruta, Premiera Osóbki-Morawskiego, gen. broni Roli-Żymierskiego i opasano olbrzymimi wstęgami i wieńcami zieleni. Wieczorem na głównych arteriach Warszawy po raz pierwszy od dłuższego czasu zajaśniały żarówki elektryczne latarni ulicznych. […] Radosny nastrój tłumów biorących udział w tej wieczornej manifestacji w przeddzień Święta 1 Maja, jasno oświetlone ulice stolic, artystycznie wykonane dekoracje usunęły nieco w cień smutny obraz gruzów i ruin Warszawy” – opisywali redaktorzy „Życia Warszawy”. 

1 maja pierwsza defilada w Polsce rządzonej przez komunistów przeszła od placu Teatralnego, przez Krakowskie Przedmieście do skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi. Gazeta „szacowała” liczbę manifestantów na 100 tysięcy.

Poza powtarzającymi się „rytualnymi” przemówieniami podkreślającymi wagę przyjaźni ze Związkiem Sowieckim i „przemian demokratycznych” przedstawiciele nowej władzy ostrzegali „wrogów ludu”. „Usiłuje jeszcze bruździć reakcja. My umiemy doskonale odróżnić nieznanych żołnierzy i bojowników, którzy ginęli pod gruzami Warszawy w walce z Hitlerem, od przywódców, od tej złej kliki, przez którą Warszawa została zniszczona. Niech reakcja nie usiłuje zainkasować zasług tych, którzy nie dla niej ginęli, lecz ginęli dla Polski” – mówił reprezentujący PPR minister oświaty Stanisław Skrzeszewski.

Co charakterystyczne dla pierwszego okresu istnienia „Polski ludowej”, obok informacji o obchodach 1 maja zamieszczano zapowiedzi uroczystości w rocznicę Konstytucji 3 maja. W mszy za ojczyznę w ocalałym kościele seminaryjnym miały wziąć udział władze państwowe i wojsko.

„Zobacz, dziecko, to nasz wódz, nauczyciel, przyjaciel”

W kolejnych latach wraz z umacnianiem się nowego systemu obchody 1 maja stawały się coraz bardziej masowe i przymusowe dla robotników, uczniów i „inteligencji pracującej”. Oficjalne ogłoszenie 1 maja świętem państwowym było tylko formalnym potwierdzeniem tego procesu. „Dla zadokumentowania osiągnięć i zwycięstw klasy robotniczej, przodującej siły Narodu, budującego socjalizm, jako wyraz umocnienia się władzy ludowej, w hołdzie dla tysięcy bojowników wolności i postępu, dla zamanifestowania solidarności narodu Polskiego z siłami postępu i pokoju na całym świecie, w 60-tą rocznicę pierwszego obchodu międzynarodowego święta proletariatu w Polsce stanowi się, co następuje: Dzień 1 maja jest dniem święta państwowego, wolnym od pracy” – głosiła ustawa z kwietnia 1950 r. o ustanowieniu 1 maja świętem państwowym.

Propaganda komunistyczna w okresie stalinizmu wydaje się dokładnym odzwierciedleniem zapisów ustawy z kwietnia 1950 r. Podczas wielkiego pochodu 1 maja 1950 r. szczególnie wiele transparentów i słów poświęcono „współpracy i przyjaźni” ze Związkiem Sowieckim. Symbolem „budowy socjalizmu” były liczne hasła zapewniające o wykonaniu tzw. planu sześcioletniego. Wzorem pochodów moskiewskich ważnymi aktorami ich polskich odpowiedników byli przodownicy pracy przepasani szarfami informującymi o przekroczeniu norm prac. Na niektórych wiecach byli obecni weterani ruchu z czasów przewrotu 1905 r. „Cześć wielkim rewolucyjnym tradycjom 60-letnich walk pierwszomajowych” – głosił jeden z transparentów. Konsekwentnie pomijano ich ówczesne barwy partyjne. Przynależność do niepodległościowego PPS kłóciłaby się z czczonymi przez komunistów „tradycjami internacjonalistycznymi” przeciwnej odbudowie niepodległości Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy.

1 maja był także okazją do budowy polskiego odpowiednika stalinowskiego kultu jednostki. W „Polskiej Kronice Filmowej” z maja 1950 r. można było obejrzeć relację z wizyty delegacji młodzieży szkolnej u prezydenta RP Bolesława Bieruta. „Prezydent życzył swym gościom – przodownikom w nauce – żeby w przyszłości stali się również przodownikami pracy” – relacjonował lektor PKF Andrzej Łapicki. Mimo że podczas uroczystości w ogrodach Belwederu uczestniczyli też premier Józef Cyrankiewicz i sowiecki marszałek w polskim mundurze Konstanty Rokossowski, to Bierut był jedynym bohaterem tego wydarzenia. W PKF z 1953 r., szczytowego okresu polskiego stalinizmu, kamera uchwyciła scenę, w której matka pokazywała kilkuletniemu synowi Bieruta na trybunie honorowej. „Zobacz, dziecko, to nasz wódz, nauczyciel, przyjaciel” – głosił komentarz. Zbliżało to dyktatora do propagandowego wizerunku nieżyjącego już wówczas przywódcy ZSRS.

„Prawdę dziś mówi »Miś«”, „Czytajcie »Świerszczyk«, bo nie kłamie”

Po przełomie roku 1956 r. ideologiczne natężenie propagandy nieco zelżało. Zniknęło też wiele „rekwizytów” epoki stalinowskiej – portrety przywódców ZSRS (poza wizerunkami „wodza rewolucji” Włodzimierza Lenina) i hołubieni przez propagandę przodownicy pracy. Rezygnacja z uczestnictwa w pochodzie nie wiązała się również z dużym ryzykiem utraty pracy. W przemówieniu Władysława Gomułki nie pojawiały się wątki dotyczące konieczności nasilenia walki z „krajami imperialistycznymi”, ale raczej podjęcia współzawodnictwa. „O tempie naszego marszu naprzód w ostateczności decyduje bowiem człowiek – jego poziom, jego praca, jego patriotyzm, jego poczucie społeczne, jego twórcza i dalekosiężna myśl” – zaznaczał nowy lider PZPR. Gomułka nie odniósł się w żaden sposób do entuzjazmu społecznego października 1956 r., który wyniósł go do władzy. Wydaje się, że był to jeden z kolejnych przejawów końca odwilży.

Rozczarowanie rządami Gomułki i wydarzenia roku 1968 skłoniły środowiska studenckie do protestu przeciwko represjom. Do najbarwniejszego doszło we Wrocławiu, gdzie studenci przemaszerowali przed trybuną honorową z hasłami: „Prawdę dziś mówi +Miś+” oraz „Czytajcie +Świerszczyk+, bo nie kłamie”. Ironicznie skandowano także imię I sekretarza, naśladując w ten sposób zwyczaje partyjne. Podobnie było w maju 1971 r., kilka miesięcy po masakrach na Wybrzeżu.

Atmosfera 1 maja w latach siedemdziesiątych miała być w zamierzeniu władz partii bardzo swobodna. Polska Kronika Filmowa ukazywała święto 1 maja raczej jako radosny dzień skupiający przedstawicieli wszystkich profesji. Szczególnie okazale wyglądał warszawski pochód 1 maja 1975 r. – u szczytu okresu gierkowskiej prosperity. Propagandowa narracja PKF niemal całkowicie pomijała ideologiczny wymiar święta. Przypominano jedynie o sukcesach ostatniego czterolecia. „Na VII Zjazd Partia przyjdzie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i programem dalszego rozkwitu Polski”. Kamery pokazywały ujęcia z wnętrza pochodu. Skupiały się one nie tylko na robotnikach reprezentujących kluczowe zakłady przemysłowe, ale również na hołubionych przez władzę luminarzach polskiej kultury, szczególnie popularnych aktorach i reżyserach filmowych. Ogromną siłę przyciągania miały też imprezy odbywające się po zakończeniu wiecu, na których można było kupić „towary deficytowe” – słodycze czy owoce cytrusowe.

„Precz z komuną”, „Nie stój z boku, chodź na pochód”

W 1981 r. do oficjalnych obchodów przyłączali się działacze „Solidarności”. Biuro Polityczne KC PZPR odnotowało wiele przypadków „nacjonalizmu i antyradzieckości”. Od roku 1982 wiele świąt 1 maja przeradzało się w zamieszki. W 1985 r. oficjalny pochód w Gdańsku został niemal całkowicie rozbity nie przez „Solidarność”, która zorganizowała niewielki marsz prowadzony przez Lecha Wałęsę, lecz anarchistyczny Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. W 1986 r. opozycji udało się zmniejszyć frekwencję na pochodach dzięki akcji telefonów do zakładów pracy – rozmówcy podszywali się pod działaczy miejscowych komitetów partyjnych i zawiadamiali, że z powodu katastrofy w Czarnobylu obchody odwołano. W latach osiemdziesiątych ciężar autentycznego święta pracy przejęły organizowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę.

Wyjątkowy wymiar miały obchody z 1 maja 1989 r. W atmosferze pierwszej w dziejach PRL prawdziwej kampanii wyborczej ulicami Warszawy przeszedł legalny pochód opozycji, który wyruszył sprzed grobu ks. Popiełuszki przy żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki. Na trasie prowadzącej na Podzamcze skandowano m.in. hasła: „Precz z komuną” i „Nie stój z boku, chodź na pochód”. Niezwykle blado wyglądał z kolei zorganizowany przez władze wiec na placu Zwycięstwa. „Wartki bieg wydarzeń odmienia naszą rzeczywistość. Łatwo nieraz o utratę równowagi, poczucia kierunku, a my musimy iść tylko naprzód, usuwać wszystko to, co się przeżyło, bronić tego, co trwałe, rozwijać to, co jest jutrem socjalizmu” – stwierdził I sekretarz KC PZPR Wojciech Jaruzelski. Zaledwie kilka miesięcy później miało się okazać, że był ostatnim przywódcą swojej partii, który przemawiał 1 maja. W 1989 r. tradycję pochodów, które były już tylko cieniem dawnych uroczystości, udało się podtrzymać m.in. w Bydgoszczy, Poznaniu i Szczecinie. Gdzie indziej ograniczano się do wieców i festynów.

„O zachowanie godności pracy ludzkiej”

Po 1989 r. widoczny w sferze publicznej stał się również religijny wymiar obchodów tego dnia. 1 maja jest także Świętem Józefa Rzemieślnika. Proklamował je papież Pius XII 1 maja 1955 r. W nauczaniu Kościoła kształtowanym od pontyfikatu Leona XIII znaczenie pracy jest jednym z najważniejszych elementów rozważań o społeczeństwie. „Praca ludzka stanowi klucz, i to chyba najistotniejszy klucz, do całej kwestii społecznej, jeżeli staramy się ją widzieć naprawdę pod kątem dobra człowieka” – podkreślał papież Jan Paweł II w encyklice „Laborem exercens”. Najważniejszym ośrodkiem kultu św. Józefa w Polsce jest Narodowe Sanktuarium pod jego wezwaniem w Kaliszu. 1 maja przybywa tam Ogólnopolska Pielgrzymka Pracowników i Pracodawców, organizowana przez NSZZ „Solidarność”.

Ustawa z roku 1950 w niezmienionym kształcie obowiązywała przez ponad pół wieku. W styczniu 2007 r. Sejm RP uchwalił jej nowelizację. „W hołdzie wszystkim tym, którzy swoją pracą tworzyli wielkość Naszej Ojczyzny, wspierali jej rozwój i budowali przyszłość dla następnych pokoleń, dla podkreślenia wartości pracy ludzkiej – rozumianej jako moralny obowiązek człowieka, ale też jako doskonalenie świata nas otaczającego – dokonującej się poprzez wszechstronny rozwój osoby ludzkiej, w trosce o zachowanie godności pracy ludzkiej i wiążącej się z tym wolności i mądrości” – brzmi nowa preambuła uzasadniająca zachowanie Święta Pracy.(PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wynik sekcji zwłok wskazuje, że ks. Jerzy Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia 19 października 1984 r.

Od lewej: dyrektor Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum UJ dr hab. Tomasz Konopka oraz przewodniczący Rady Naukowej Muzeum Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki prof. Paweł Skibiński podczas konferencji prasowej nt. „Sądowo-lekarska analiza przyczyn i okoliczności śmierci ks. Popiełuszki” w siedzibie Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie, 24 kwietnia 2026 r. Fot. PAP/Tomasz Gzell


Wynik sekcji zwłok wskazuje, że ks. Jerzy Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia 19 października 1984 r.

iżu/ agz/


Wynik sekcji zwłok wskazuje, że ks. Jerzy Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia 19 października 1984 r. – przekazał w piątek kierownik Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie dr hab. Tomasz Konopka, odnosząc się do teorii, zgodnie z którą kapelan „Solidarności” został zamordowany 25 października 1984 r.

Na piątkowej konferencji prasowej, poświęconej sądowo-lekarskiej analizie przyczyn i okoliczności śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, dr Konopka przedstawił wyniki analizy dokumentacji zgromadzonej podczas śledztwa i procesu sądowego w 1984 r. i w 1985 r. oraz opinie biegłych wytworzone po 2000 r.

Specjalista przeanalizował również kilkunastogodzinny, filmowy zapis sekcji zwłok księdza Popiełuszki przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku po wydobyciu z jego ciała Wisły.

O konsultację w tej sprawie poprosiła doktora Konopkę Rada Naukowa Muzeum Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie, w związku z pojawiającymi się w przestrzeni publicznej alternatywnymi wersjami zabójstwa. Jedną z nich przedstawił prokurator Andrzej Witkowski, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki dwukrotnie. Najpierw, w latach 1990-1991, w Departamencie Prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie, w latach 2002-2004, w strukturach Instytutu Pamięci Narodowej. Według Witkowskiego, ks. Popiełuszkę zamordowano dopiero 25 października 1984 r., po kilkudniowych torturach i przetrzymywaniu w bunkrze w Kazuniu.

W opinii dr. Konopki ksiądz Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia w noc po porwaniu 19 października 1984 r. Jak zastrzegł, gdyby ks. Popiełuszko był rzeczywiście przetrzymywany w bunkrze od 19 do 25 października, to na jego rękach musiałyby pojawić się odleżyny po skrępowaniu rąk, a na odzieży znajdowałyby się ślady oddawania kału i moczu, czego nie stwierdzono w czasie sekcji zwłok. Dodał, że ślady na ciele nie wskazują również na to, że ks. Popiełuszko był przed śmiercią torturowany.

– Jeżeli stosowano tortury, to co najwyżej psychiczne albo przesłuchania. Prawdziwe tortury zostawiają rzeczywiste obrażenia. Na ciele zmarłego nie było żadnych ran, złamań żeber, zębów, ani nosa. Były tylko podbiegnięcia krwawe w skórze i mięśniach – zaznaczył.

Dr Konopka podkreślił, że przeciw teorii o przetrzymywaniu ks. Popiełuszki w bunkrze świadczy również fakt, że w miejscach obrażeń nie ma nacieku leukocytarnego, czyli skupiska białych krwinek w tkankach, co jest odpowiedzią układu immunologicznego na uszkodzenie. Zaznaczył, że naciek leukocytarny pojawia się po 4-5 godzinach od urazu, a więc jest widoczny jedynie jeżeli ofiara przeżyje co najmniej 4-5 godzin po pobiciu.

– Brak nacieku, którego w tym przypadku szczegółowo poszukiwano w różnych narządach, oznacza, że ksiądz Popiełuszko został pobity mniej niż 4-5 godzin przed śmiercią. Gdyby został zabity 25 października, to by oznaczało, że nie był bity przy porwaniu ani w kolejnych dniach, bo wtedy wylewom krwawym towarzyszyłby jednoznaczny naciek leukocytarny, a nawet cechy gojenia – zastrzegł dr Konopka.

Ekspert przypomniał, że w 2002 roku, w odpowiedzi na pojawiające się w przestrzeni publicznej teorie, że ks. Popiełuszko został zamordowany później niż 19 października, Instytut Pamięci Narodowej zwrócił się do trzech kierowników Zakładu Medycyny Sądowej z Warszawy, z Katowic i Wojskowej Akademii Medycznej, o wydanie opinii w sprawie czasu zgonu. Wówczas biegli – Władysław Nasiłowski, Aleksander Dubrzyński i Jan Dzida – przyjęli na podstawie odnotowanego w protokole sekcyjnym słabego stężenia pośmiertnego, że czas zgonu mógł być krótszy niż przyjmowano to wcześniej.

Dr Konopka wyjaśnił, że stężenie pośmiertne, czyli zesztywnienie mięśni, wykształca się w czasie 6 do 7 godzin od momentu śmierci, przez następne dwie czy doby utrzymuje się niezmienione, po czym zaczyna ustępować i zanika całkowicie po kolejnych kilku dniach, w miarę postępu rozkładu zwłok. – W niniejszym przypadku stopień rozkładu zdecydowanie wyklucza zachowanie nawet słabego stężenia pośmiertnego – zaznaczył dr Konopka.

Jednocześnie zastrzegł, że sztywność kończyn opisana przed sekcją zwłok, która została zinterpretowana jako szczątkowe, ustępujące stężenie pośmiertne, to w przypadku zwłok wyłowionych z zimnej wody stężenie tkanki tłuszczowej spowodowane zimnem, będące efektem skrzepnięcia tłuszczu.

– O tym, że nie było to typowe stężenie pośmiertne, można się przekonać oglądając film z sekcji zwłok, gdzie po sprawdzeniu stężenia w stawach biodrowych (…) sprawdzono jeszcze stężenie w stawach kolanowych. Widać wtedy, że ta sztywność jest inna niż przy rzeczywistym pośmiertnym stężeniu mięśni – mówił.

Dr Konopka dodał, że temperatura w Wiśle we Włocławku w tamtym momencie wynosiła około 6-9 stopni. W wodzie o takiej temperaturze taki stopień rozkładu odpowiada okresowi minimum 10 dni, co oznacza, że ciało ks. Popiełuszki znajdowało się tam od 19 października.

Dodał, że na długi czas od śmierci wskazują dowody gnicia: smugi dyfuzyjne na głowie, spełzanie naskórka z włosami, nasiąknięcie barwnikiem krwi błon wewnętrznych dużych tętnic, zatarcie struktury i brudnoczerwone zabarwienie trzustki, wątroby, nerek.

Zdaniem członka Rady Naukowej Muzeum bł. Jerzego Popiełuszki Pawła Kęski pojawianie się „rozmaitych teorii” na temat śmierci ks. Popiełuszki jest wynikiem „niedostatecznego rozliczenia się ze sprawą PRL-u”.

– Nie ma w ogóle poważnych badań historycznych nad mechanizmami tej epoki, czyli lat 80. Jeżeli chcemy kompetentnie mówić o śmieci księdza Jerzego Popiełuszki to się w ogóle nie ma do czego odwołać (…). Mamy taki problem, że prokuratura prowadzi swoje badania od bardzo wielu lat, nie ma ostatecznych wniosków, dokumenty są niedostępne, więc badania naukowe się nie toczą. Jesteśmy skazani na poziom publicystyczny, który się nie opiera na twardych fundamentach. W związku z tym różne teorie wędrują od lewa do prawa i po prostu jest dużo kontrowersji – ocenił.

Zaznaczył, że opinia doktora Konopki nie oznacza zakończenia dyskusji w tej sprawie. Jednocześnie wyraził nadzieję, że przeniesie ją na poziom naukowy, jakiego ta sprawa od dawna się domaga.

Ks. Jerzy (Alfons) Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. we wsi Okopy. Od maja 1980 r. był wikariuszem w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Po powstaniu Solidarności stał się jej duchowym przywódcą. Od kwietnia 1982 r. odprawiał w ostatnie niedziele miesiąca msze św. w intencji ojczyzny, gromadząc rosnącą liczbę wiernych. Liturgie stały się manifestacją wolności.

19 października 1984 r. ks. Popiełuszko wracał z Bydgoszczy, gdzie odprawił mszę św. w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników. W pobliżu wioski Górsk został uprowadzony.

Pogrzeb bł. ks. Jerzego odbył się 3 listopada 1984 r. i zgromadził około miliona osób. Papież Benedykt XVI 6 czerwca 2010 r. zaliczył duchownego do grona błogosławionych. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why is the media obsessed with violent Israelis?


Why is the media obsessed with violent Israelis?

Jonathan S. Tobin


The purpose of a false narrative about rampaging “settlers” and a new death-penalty law is not just to smear Israelis. It’s to distract attention from Palestinian terror.

Damage to a car set on fire by Jews in the Arab village of Deir al-Hatab, east of Nablus, on March 23, 2026. Photo by Nasser Ishtayeh/Flash90.

The images from the Knesset shocked many around the world. When Israeli Minister of Security Itamar Ben-Gvir popped a bottle of champagne to celebrate the passage of a law imposing the death penalty on terrorists whose goal is to destroy the State of Israel, he was widely condemned for demonstrating execrable taste, for which he was admonished by Knesset Speaker Amir Ohana. Indeed, the blowback against the 62-47 vote in favor of the measure in its final readings went beyond disgust with the always-controversial Ben-Gvir. The law itself was widely denounced as an act of discrimination against Palestinian Arabs, who were, critics claimed, being singled out for punishment.

The international outrage about the so-called “racist” death penalty law is part of a familiar narrative about Israel that has become normalized in mainstream media coverage of the Jewish state in recent years. It fits in with the torrent of stories about an alleged epidemic of “settler” violence targeting innocent Palestinians and the ongoing effort to depict the war against Hamas in Gaza as a nonstop war crime if not an outright “genocide.”

A claim of moral equivalence

Taken together, such coverage paints a dismal picture of the political culture of a country dominated by right-wingers. It applies to all those who support the government of Prime Minister Benjamin Netanyahu, but, in particular, those like Ben-Gvir, who are identified as settlers in Judea and Samaria. They are seen as not merely callous about the taking of life, but also as somehow the moral equivalent to terrorists and morally inferior to ordinary Palestinians.

In doing so, a press that is inherently hostile to the Jewish state can dismiss the arguments about the danger posed not just to Israel but to the West in general from Arab and Islamist terrorism. After all, if Israelis are racists eager to hang Palestinians and complicit in a wave of violence seeking to terrorize their Arab neighbors, then why should Americans or anyone else, for that matter, support the Jewish state?

The “genocide” blood libels about the war against Hamas have worked their way into mainstream discourse, rather than being dismissed as just another antisemitic attempt to delegitimize Israel. Claims that the capital punishment law is racist as well as barbaric, and that settlers are engaged in pogroms tolerated by the Netanyahu government, are just as dangerous.

Unlike the campaign to delegitimize a war against terrorists in Gaza that the overwhelming majority of Israelis support, many Israelis oppose the death penalty and take a dim view of the residents of Judea and Samaria for a variety of reasons. And even if they refute the “genocide” lies because they know them to be false, the Israeli left and even some centrists are all too ready to go along with the assertions that a government in which Ben-Gvir has an important cabinet post is dominated by extremists who have no place in government, let alone passing laws that offend their sensibilities and alienate the international community.

Demonizing the ‘settlers’

A considerable portion of the Israeli electorate also views settlers as religious fanatics who are an obstacle to peace, even while acknowledging that no Palestinian peace partner exists. They are willing to believe that some of those living across the so-called Green Line are likely guilty of everything that the Palestinians and their cheerleaders in the press and non-governmental organization allies say they’ve done. And that, in turn, generates a wave of criticism from liberal American Jews, who are easily persuaded to condemn what they see as Israeli wrongdoers betraying ideas about Jewish ethics and morality.

If the death-penalty law really was as racist as its critics claim—and if the reality of life in the “West Bank” really was one of routine Jewish violence in which Palestinians were living in fear—then those making these assertions might have a leg to stand on. The truth is that whatever one feels about the death penalty and how it might be implemented, the new Israeli law is not racist. It is a reasonable, if debatable, attempt to deal with a real problem.

At the same time, the narrative about “settler violence” isn’t merely false but also a bizarre inversion of reality. It is the Jews who live in the territories who are the victims of a daily tsunami of often murderous Palestinian violence. Indeed, most of the incidents in which such residents are supposedly engaged in thuggish behavior are either acts of self-defense against Arab attacks or Palestinian information operations designed to falsely claim ownership over land to which they have no right.

And yet, the Palestinian terror campaign being waged against Jews living in the territories is ignored by both the secular and Jewish media. Jewish groups, including some that are otherwise supportive of Israel, blindly accept the claims of biased observers like the U.N. Office for the Coordination of Humanitarian Affairs (OCHA) or far-left-wing Jewish groups like B’Tselem, which are the sources for most of the allegations of settler violence.

As Liel Leibovitz wrote in Tablet“Why They Lie About Jewish Terrorists,” and Gadi Taub detailed in “The Settler Violence Myth,” the assertions that thuggish extremist Jews have been allowed by the Israeli government to run riot in Judea and Samaria are simply false.

Not every claim of Jewish misconduct against Palestinians is necessarily untrue. Supporters of Israel don’t have to apologize for the fact that a few people out of a Jewish population of several hundred thousand residents of the territories might be guilty of illegal behavior. But as Leibovitz and Taub make clear, the assertions that the settlers are engaged in an indiscriminate and unprovoked campaign of violence against Arabs is out and out wrong.

An epidemic of Palestinian terror

Breaking down the incidents cited as definitive proof of misconduct, the assumptions about settler violence are easily exploded. Most of these alleged crimes turn out to be the opposite of what is often asserted. Rather than Jews seeking to intimidate Arabs, most recorded instances of Jewish violence turn out to be cases of the so-called settlers defending themselves against rock-throwing or worse. The same is true for contentions that Jews are stealing Palestinian land, uprooting olive orchards of long standing and using force to pressure Arabs to flee their homes.

As Leibovitz points out, “In 2024, there were more than 6,300 Palestinian terror attacks against Jews in Judea and Samaria, leading to 27 murdered Israelis and more than 300 wounded. The deadly trend continued last year, too, with 5,051 attacks by Palestinians, during which 24 Israelis were murdered and 400 wounded. Those included 458 attacks with Molotov cocktails, 655 attempts to blind drivers with laser pointers, 286 explosive charges and 19 terrorist shooting assaults.”

Compare that to OCHA’s claims that 1,400 incidents of settler violence occurred in 2024 and 1,700 such crimes occurred in 2025.

Even if OCHA’s data is to be believed, when lining up the two sets of numbers, the story comes across very differently than the headlines in outlets like The New York TimesThe GuardianPBS or even the liberal Times of Israel about a troubling rise in Jewish gangsterism in Judea and Samaria.

But the point is, no one should believe claims put forth by the United Nations about Jews behaving badly in the territories any more than they should accept the world body’s skewed accusations about Israeli actions in Gaza or any other topic concerning the Jewish state. Taking a deep dive into these statistics, as Leibovitz and Taub have done, shows a thinly veiled effort to gin up a scandal for which there is little or no evidence.

The Jews residing in the territories which form the heart of the ancient Jewish homeland are living in a state of virtual siege, and rather than being encouraged or enabled in violence by the government in Jerusalem or the Israel Defense Forces, many living in these communities feel they are not given adequate protection. That is why a small minority of them sometimes engage in actions that are either misconstrued as “Jewish terrorism” or are, in fact, cases of illegal retaliation against those who are trying to make their lives hell.

But rather than condoning wrongdoing, the IDF seeks to stop them and arrest Jewish perpetrators. That stands in stark contrast to the policy of the Palestinian Authority, which rewards terrorism against Jews with salaries and/or pensions for those who commit such crimes, as well as to their families. In Israeli society, those accused of misbehavior against Arabs are pariahs and derided as extremists. Palestinians who shed Jewish blood are treated as heroes.

An Israeli conundrum

And that is also the context in which the new death-penalty law should be understood.

Rather than being considered as nothing more than evidence of Jewish lust for violence or even revenge, it is an attempt to solve a serious problem for which Israel’s critics have no solution.

In just the last decade, there have been several thousand incidents of Palestinian terrorism against Israelis. Even if you treat the Oct. 7 attacks—the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust—as a singular event, the total of every other such event in which hundreds of Jews were murdered and thousands maimed and wounded amounts to several thousand.

Yet each time a Palestinian Arab commits an act of cold-blooded murder, he or she can be confident that sooner or later, they will avoid punishment. That’s because they know that Hamas and other terror groups are always seeking to kidnap Israelis in an effort to force Jerusalem to free terrorists in exchange for ransoming them. Even those who have committed the most bestial of crimes, including those that occurred on Oct. 7, when the slaughter was particularly depraved and involved what American legal scholars call “aggravating factors” in death-penalty cases such as rape, torture and kidnapping, have been let loose. They return to their homes or go into comfortable exiles, acclaimed as heroes and paid generous sums as a reward for their terrorism. Applying the death penalty to those who committed such despicable crimes may be controversial but it would certainly be justice.

The death penalty exists in Israel, but to date, only one person—Nazi war criminal Adolf Eichmann—has been executed in the Jewish state. Many in Israel, as is true elsewhere, oppose capital punishment in principle. Even Jewish religious law, which allows for the death penalty, places rigorous limits on its application.

But as long as terrorists who commit murder are given, at best, life sentences for their crimes, that sets up a situation not only in which they will eventually be freed, but also a situation in which Palestinians are incentivized to kidnap Jews. And that is exactly what happened on Oct. 7.

Many Israelis believe that the only solution is to execute the terrorists before they can be freed in hostage exchanges.

Will that deter terrorism? That is far from clear, especially since many of those who murder Israelis are motivated by thoughts of martyrdom in the jihad against the Jews.

Nor is it likely that Israel’s liberal-dominated Supreme Court will allow the death-penalty law to be implemented, though, as in many of their other egregious interventions and power grabs, their assertion of a right to overrule the legislation is entirely unsupported by law and inherently anti-democratic.

Still, creating a legal mechanism that removes one major incentive for murders of Jews is not racist. It is simply an attempt to find a way to avoid a cycle of violence in which terrorism is rewarded.

Nevertheless, the argument that this law is more evidence of Israeli barbarism is absurd. While many democratic countries have outlawed the death penalty, the practice is far from rare around the world. In the United States, where some states allow the death penalty and others do not, fewer than two dozen murderers are executed on an annual basis. But executions for a variety of crimes (including for sexual preferences and behavior that is defended as a basic human right in the West) are widespread in Arab and Muslim countries, including in Palestinian-controlled territory, as well as elsewhere in the Third World. China executes thousands of people every year for an unspecified series of offenses against its tyrannical regime, as well as keeps approximately a million prisoners in the laogai, Beijing’s own modern version of the Soviet “gulag archipelago.”

Seen in that context, Israel’s efforts to deter a wave of terrorist murders against its citizens ought not to be considered an outrage or even controversial.

An ideological agenda

So, why are mainstream and even liberal Jewish news outlets treating the death-penalty law, as well as the often distorted if not outright false reports about an epidemic of “settler violence,” as a major issue? And why are they doing this while also refusing to cover the far larger incidence of Palestinian and Islamist terrorism against Israelis in Judea and Samaria?

The answer is simple. It’s part of the general ideological assault on Israel and Jewish rights that has its roots in Soviet disinformation. It has been amplified and weaponized by woke ideological advocates of toxic ideas like critical race theory, intersectionality and settler-colonialism that treat Israelis and Jews as “white” oppressors of Palestinian “people of color.” In this formulation, the former are always in the wrong, no matter what they do, and the latter are always the victims, regardless of their commitment to terrorist violence in their genocidal war against the Jewish state.

Seen in that light, people of good faith and conscience ought not to be duped into believing this false narrative about Israeli violence and moral equivalence to Palestinian crimes. It’s not just based on out-of-context reasoning and unreliable statistics. The claims about the death penalty and the settlers are rooted in antisemitic tropes and false arguments. To lend them credibility isn’t an example of principle, whether on the part of Jews or others. It’s evidence of either bad judgment or bad faith.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com