Kiedy uniwersytety przestają się rumienić


Kiedy uniwersytety przestają się rumienić

Paul Finlayson


Istnieje w dyskursie politycznym pojęcie — beznamiętnie określane mianem Okna Podtekstów — które opisuje zakres idei uznawanych przez społeczeństwo za dopuszczalne do wyrażania. Można o nim myśleć prościej jako o niewidzialnej granicy między tym, co można powiedzieć bez konsekwencji, a tym, czego powiedzieć nie można. Poza oknem leży to, co nie do pomyślenia; wewnątrz — to, co jedynie kontrowersyjne; a w jego centrum — to, co wygodnie ortodoksyjne.

Rzadziej zauważa się natomiast, w jaki sposób to okno się przesuwa. Nie otwiera się z hukiem. Przesuwa się. To, czego nie dało się powiedzieć, staje się możliwe do wypowiedzenia. To, co można było powiedzieć, staje się możliwe do obrony. A to, co jest bronione, z czasem często staje się zupełnie niebudzące zdziwienia.

Jedną z bardziej dezorientujących cech naszej chwili jest to, że ten ruch przestał być subtelny. W istocie zaszedł tak daleko, że satyra — niegdyś niezawodne narzędzie obnażania absurdów — staje się coraz bardziej zbędna. Nie dlatego, że rzeczywistość się poprawiła, lecz dlatego, że tak wyraźnie się pogorszyła. Dziś spotyka się twierdzenia — wygłaszane z pełną powagą — które kiedyś wymagałyby parodii, by w ogóle zostały rozważone. Pojawiają się nie jako żarty, lecz jako argumenty; nie jako prowokacje, lecz jako wnioski.

Weźmy na przykład tezę — dziś ani rzadką, ani szeptaną — że masakra około 1200 Izraelczyków dokonana przez Hamas 7 października była w istocie winą Izraela. Nie w znanym języku krzywd czy przyczynowości, lecz w znacznie bardziej pomysłowej sugestii, że Izrael w pewien sposób sam zaaranżował rzeź własnych obywateli. Na tym etapie polemika staje się ozdobnikiem. Nie sposób rozumować z poglądem, który wyemancypował się od potrzeby spójności.

To, czego jesteśmy świadkami, to nie tylko błąd, lecz odwrócenie porządku. Celowe zabijanie cywilów — niegdyś uznawane za najbardziej oczywistą granicę moralną — jest dziś w pewnych kręgach czymś, co się usprawiedliwia, kontekstualizuje, a czasem nawet oklaskuje.

A gdy ta granica zostaje przekroczona, nie układa się ona uprzejmie gdzie indziej. Jeśli można świętować zabijanie Żydów w jednym miejscu, zasada została już przyjęta. Geografia nie daje schronienia moralnego. Odległość między „tam” a „tu” nie mierzy się w milach, lecz w zasadach — a gdy te zostają porzucone, dystans się zapada.

Nie jest to już zjawisko ograniczone do marginesu. Na Uniwersytecie Guelph-Humber wielu członków kadry publicznie reagowało na wydarzenia z 7 października w sposób usprawiedliwiający lub wręcz celebrujący — i to nie prywatnie, lecz w formach utrwalonych. Jedno z porównań zestawiało Hamas z Ukraińcami broniącymi swojego państwa — ujęcie, które niegdyś natychmiast wywołałoby krytyczną reakcję.

Najbardziej wymowne nie jest jednak samo to, że takie wypowiedzi padają, lecz jak są formułowane: otwarcie, bez wahania i bez widocznej obawy przed konsekwencjami. Gdy jeden z wykładowców został publicznie skrytykowany za długą historię antyżydowskich komentarzy, odpowiedzią nie był odwrót, doprecyzowanie ani nawet taktyczne milczenie. Była nią kontynuacja. Wpisy nie ustały; trwały nadal.

Nie jest to zachowanie człowieka nierozważnego. To zachowanie kogoś, kto dokonał oceny — i z jego perspektywy racjonalnej — środowiska, w którym funkcjonuje. Sugeruje to przekonanie, że jakakolwiek zewnętrzna krytyka się pojawi, nie przełoży się na realne konsekwencje instytucjonalne.

I to jest punkt poważniejszy. Instytucje rzadko ogłaszają swoje stanowiska moralne wprost. Ujawniają je poprzez tolerancję, poprzez bezczynność, poprzez ciche zapewnienie, że pewne granice można przekraczać bez kosztów. Nie trzeba dowodzić formalnego poparcia, by dostrzec faktyczne przyzwolenie.

Skutki nie są abstrakcyjne. Są doświadczane. Jedna ze studentek Guelph-Humber opisuje, że niechętnie nosi na kampusie kurtkę reprezentacyjną z Igrzysk Maccabiah — zwykły wyraz tożsamości, który dla bezpieczeństwa należało do ukryć. Inna relacjonuje, że po rozwinięciu palestyńskiej flagi podczas ceremonii ukończenia studiów — przy uśmiechach i oklaskach — poczuła dyskomfort nawet wobec samego uczestnictwa w swojej własnej uroczystości. Ceremonia mająca celebrować osiągnięcie stała się, w jej odczuciu, czymś, do czego należy podchodzić z ostrożnością.

Inni mówią o wrogich hasłach wykrzykiwanych otwarcie na korytarzach, po czym skargi spotykają się nie z działaniem, lecz z lekceważeniem. Nie trzeba rozstrzygać każdego zarzutu, by dostrzec wzorzec, jaki opisują te relacje: środowisko, w którym część studentów zaczyna dozować swoją widoczność, ważyć swój udział, decydować, kiedy bezpieczniej jest nie zabierać głosu.

W tym miejscu zaczyna się rozchodzić to, co oficjalne, z tym, co faktyczne. Z jednej strony instytucje nadal publikują swoje rytualne oświadczenia — wygładzone, wyważone i całkowicie zapominane — odnotowujące żydowskie święta językiem inkluzywności tak starannie wycyzelowanym, że grozi on utratą jakiegokolwiek znaczenia. Z drugiej strony codzienne doświadczenia opisywane przez niektórych studentów sugerują coś znacznie mniej uspokajającego.

Jest w tym pewna niezamierzona szczerość. Oświadczenia mówią o wartościach; milczenie ujawnia priorytety.

I nie jest to percepcja ograniczona do jednej instytucji. Podobne obawy pojawiają się na różnych kampusach — na Uniwersytecie w Toronto, na York University, w Langara College i na McGill University. Różne przypadki, różne fakty — lecz powracające oskarżenie, że granica między tym, co potępiane w zasadzie, a tym, co dopuszczane w praktyce, się poszerza.

Tymczasem Okno Podtekstów się przesuwa. Nie dramatycznie, nie przez deklaracje, lecz przez kumulację. To, czego nie dało się powiedzieć, staje się możliwe do wypowiedzenia. To, co można było powiedzieć, staje się możliwe do obrony. A to, co można obronić, z czasem staje się rutyną.

Często słyszy się w tym miejscu, by nie przesadzać. By nie spekulować. By nie sugerować, że dzisiejsze tolerancje mogą stać się jutrzejszymi normami. „Nie mów, że to mogłoby się wydarzyć” — pada odpowiedź, zwykle z nutą uprzejmego niedowierzania.

Właśnie o to jednak chodzi.

Pięć czy dziesięć lat temu zasugerowanie, że w renomowanych instytucjach można ponosić zawodowe ryzyko za potępienie uznanej organizacji terrorystycznej, podczas gdy wrogość wobec Żydów może być wyrażana bez widocznych konsekwencji, uznano by za niedorzeczne — jeśli nie złośliwe. Przypomniano by zapewne, nie bez zniecierpliwienia, że uniwersytety kierują się standardami, że takie asymetrie nie mogą istnieć.

A jednak spójrzmy na to, co dziś uchodzi bez natychmiastowej reakcji instytucjonalnej. Na Uniwersytecie w Toronto dziekan stomatologii użył w prezentacji dydaktycznej średniowiecznej karykatury Żyda — otoczonego pieniędzmi — jako obrazu zgnilizny i rozkładu. Nie był to ulotny komentarz ani zasłyszana uwaga, lecz przygotowany materiał wizualny w formalnym kontekście akademickim. Instytucja nie zareagowała z własnej inicjatywy. Dopiero sprzeciw studentów sprawił, że sprawa w ogóle ujrzała światło dzienne.

Prosi się nas teraz, by przyjąć jako wyjaśnienie, że takie obrazy — niemal dosłownie zaczerpnięte z najbardziej rozpoznawalnej ikonografii antysemickiej lat 30. — zostały użyte bez świadomości ich znaczenia. Mówi się, że nie była to złośliwość, lecz ignorancja. Każdy może sam ocenić, co jest bardziej uspokajające.

Tymczasem schemat stał się niemal podręcznikowy. Wydawane jest oświadczenie — wyważone, inkluzywne i całkowicie pozbawione konsekwencji. Deklaracja, że instytucja „tego nie popiera”, połączona z ogólnikową życzliwością wobec wszystkich. Rodzaj moralnej dymnej zasłony: starannie uformowanej, bez smaku i zaprojektowanej przede wszystkim tak, by nikogo nie urazić, nie spełniając przy tym żadnego standardu. Prawdziwym celem nie jest korekta, lecz zarządzanie kryzysem — uprzejmie sformułowana prośba, by pozostawić sprawę samą sobie, aż zniknie z pola uwagi publicznej.

I znika. Zawsze znika. Wraca cisza. Czas robi swoje. A jak zaobserwowano w innych instytucjach, osoba, której sprawa dotyczyła, po cichu wraca do swoich obowiązków, być może poprzedzone to zostaje stosownie nijakimi przeprosinami.

Teza, która kiedyś brzmiała jak satyra — że takie asymetrie mogą istnieć — dziś nie wymaga już żadnej przesady.

A jednak znajdujemy się w sytuacji, w której debatujemy właśnie o takiej asymetrii.

Tak działa rozpęd. Nie ogłasza się jako rozpęd. Na każdym etapie jawi się jako wyjątek, niuans, szczególny przypadek. To, co kiedyś szokowało, staje się dyskutowalne. To, co dyskutowalne, staje się tolerowane. A to, co tolerowane, z czasem staje się rutyną.

Nie trzeba przewidywać, że uniwersytety w określonym dniu zaczną wprost wykluczać studentów żydowskich. Można szczerze mieć nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie. Nieroztropne jest jednak twierdzenie, że jest to nie do pomyślenia. Odległość między tym, co uznaje się za niemożliwe, a tym, co później akceptuje się jako nieuniknione, okazała się w ostatnich latach zaskakująco krótka.

Można zapytać, dlaczego miałoby to mieć znaczenie poza zamkniętym światem akademii. Odpowiedź jest prosta. Uniwersytety nie tylko odzwierciedlają społeczeństwo; one je wyprzedzają. Kształtują założenia, odruchy i słownik moralny tych, którzy z czasem zasilą inne instytucje. Dzisiejszy student to jutrzejszy profesjonalista. To, co zostaje znormalizowane w sali seminaryjnej, nie pozostaje w niej.

Zawsze było tak, że uniwersytety skłaniają się ku lewicy w społeczeństwach, które je utrzymują. Samo w sobie nie jest to niczym niezwykłym. Niezwykła jest natomiast skala, w jakiej pewne skrajności zdają się korzystać ze szczególnej immunizacji — milczącego, lecz silnego przeświadczenia, że nie będą poważnie kwestionowane.

A więc linia się przesuwa. Cicho. Uporczywie. Niemal uprzejmie. 

Aż pewnego dnia przestaje być w ogóle widoczna. Wtedy satyra staje się zbędna.

Nie ma już nic do wyolbrzymiania.


Link do oryginału:

Freedom to Offend
When Universities Stop Blushing: The Overton Window on Anti-Semitism
There exists a concept in political discourse—bloodlessly termed the Overton window—which describes the range of ideas a society considers acceptable to express. One might think of it more simply as the invisible boundary between what can be said without consequence and what cannot. Outside the window lies the unthinkable; inside it, the merely controve…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com