Ludobójstwo, którego nie ma i nie było.


Ludobójstwo, którego nie ma i nie było.

Beata Lewkowicz


Beata Lewkowicz

Ja syjonistka, ja Polka, ja nie-Żydówka znowu muszę tłumaczyć wszystko od podstaw.

Ludobójstwo to pojęcie stworzone, aby opisać celowe, systematyczne mordowanie Żydów przez Niemców.

Holokaust to słowo opisujące wymordowanie dwóch trzecich europejskich Żydów – sześciu milionów ludzi.

Obozy zagłady to określenie sześciu głównych obozów śmierci, w których prawie 3 miliony Żydów zostało zamordowanych, zagazowanych i spalonych zaraz po przybyciu.

Porównywanie Holokaustu do czegokolwiek innego jest wypaczeniem, odwróceniem znaczeń i zanegowaniem historii.

W tej chwili najpopularniejszą formą łączenia ludzi ponad podziałami, w spektrum od Mariusza Szczygła do Konrada Berkowicza, jest międzynarodówka, na której sztandarach widnieje główne i właściwie jedyne hasło, głoszące dogmat, że Izrael popełnia ludobójstwo. Otóż chciałabym napisać tutaj jasno: IZRAEL NIE POPEŁNIA LUDOBÓJSTWA. Fakt, że tysiące ludzi powtarza to pseudo twierdzenie jak papugi, nie oznacza jeszcze, że jest ono prawdziwe, a jedynie tylko tyle, że propaganda okazała się skuteczna.

Ludobójstwo nie oznacza po prostu wielkiej liczby ofiar. Nie oznacza wojny brutalnej, krwawej, wyniszczającej. Nie oznacza nawet wojny, w której ginie ogromna liczba cywilów. Wojna jest rzeczą straszną, ale czasem nie da się jej uniknąć, bo koszty pacyfizmu za wszelką cenę są nie do przyjęcia.

W prawie międzynarodowym ludobójstwo ma konkretne i ściśle zdefiniowane znaczenie. Nie jest potocznym określeniem, które każdy może sobie interpretować w sposób najbardziej wygodny dla swoich celów. Konwencja ONZ z 1948 roku mówi o czynach dokonanych z zamiarem zniszczenia w całości lub w części grupy narodowej, etnicznej, rasowej albo religijnej jako takiej. Kluczowe jest tu słowo zamiar.

Twórcy konwencji pilnowali, żeby pojęcia „ludobójstwo” nie rozszerzać nadmiernie. Już w chwili jej powstania pojawiały się próby, żeby zdefiniować je szerzej, przyporządkowując mu wypędzenia, rozpad struktur społecznych, terroryzm, rozmaite formy przemocy politycznej. ONZ te próby odrzuciła właśnie dlatego, żeby nie zostało w przyszłości użyte instrumentalnie. Gdyby nie postawiono tamy już wtedy, każde państwo mogłoby oskarżać inne państwa o ludobójstwo właściwie przy każdej wojnie.

Niestety, nie zapobiegło to manipulacjom. Zrobiono z tego pojęcia młot propagandowy na Izrael. Wystarczyło oskarżenie i automatycznie został on obwołany państwem zbrodniczym, jego siły zbrojne zostały nazwane armią ludobójczą, jego obywatele w myśl tej logiki stali się współwinni, a każdy, kto próbuje przywrócić precyzję definicji i dowodów, jest natychmiast oskarżany o usprawiedliwianie zbrodni. Właśnie tak działa ten mechanizm, wymyślony i dobrze naoliwiony jeszcze przez specjalistów z KGB.

Pojęcia ludobójstwa w oskarżeniach wobec Izraela zaczęto używać praktycznie od zarania jego państwowości. Początkowo Arabowie, później na pełnej petardzie robił tak ZSRR i jego akolici.

Od tamtej pory ten język stawał się coraz bardziej powszechny. Najpierw wszedł do obiegu akademickiego, potem do organizacji pozarządowych, a następnie do mediów i mediów społecznościowych. Pojawiła się szkoła niby-myślenia, według której ludobójstwo nie musi już oznaczać fizycznego niszczenia grupy z udowodnionym zamiarem, tylko może być „procesem strukturalnym”. Czyli nie musi istnieć plan, nie musi być jasnej intencji, nie muszą się zgadzać kryteria prawne. Wystarczy opowiedzieć historię o kolonializmie osadniczym, w którym wszystko, od 1948 roku po dzisiejszą Gazę, zostaje włączone w jeden ciągły proces „wymazywania”, tworząc cały ten użyteczny aparat pojęciowy, który teraz przejmują aktywiści, Amnesty i połowa internetu.

Od lat przygotowywano podatny grunt, na którym każde oskarżenie wobec Izraela przyjmowało się i rozrastało do niebotycznych rozmiarów. Machina była gotowa do użycia i została uruchomiona natychmiast po 7 października 2023.

Zarzuty o ludobójstwo, już wcześniej wysuwane przez dziesiątki lat, przy każdej okazji – tylko czekały. Operacja była ewidentnie skoordynowana na skalę międzynarodową – media, demonstracje, uniwersytety. Kulminacją tej propagandowej hucpy jest sprawa wniesiona przez Republikę Południowej Afryki przeciwko Izraelowi w grudniu 2023 roku. To zresztą ruch politycznie genialny. Niepotrzebne są żadne dowody. Wystarczy po prostu samo oskarżenie.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nie orzekł, że Izrael popełnia ludobójstwo. Nie stwierdził tego. Nie potwierdził tego. Ale ponieważ sprawa została przyjęta do procedowania i ponieważ w przestrzeni publicznej nikt nie odróżnia proceduralnego etapu badania skargi od wyroku, błoto zostało rzucone i przykleiło się znakomicie. Na tym polega skuteczność tej operacji. Wyrok może zapaść po latach, kontekst może się całkowicie zmienić, ludzie mogą już nie pamiętać, czego dotyczyła sprawa, ale słowo „genocide” już weszło do obiegu i zaczęło żyć własnym życiem.

Jawne, ewidentne i oczywiste związki RPA z rosyjską, pochodzącą jeszcze z czasów ZSRR propagandą i źródłami finansowania, członkostwo wespół z Rosją w BRICS wydają się być dla ludzi rzucających i powielających oskarżenia wobec Izraela całkowicie nieistotne i wręcz niewidzialne.

Trwające od dekad próby rzucenia na Izrael oskarżenia o ludobójstwo w oderwaniu od jakichkolwiek definicji, dowodów czy faktów, w które wielokrotnie zamieszani byli politycy i prawnicy pochodzący z RPA układają się w powtarzalny wzór.

Emocjonalnej, niedokształconej i antysemickiej tak zwanej opinii publicznej oraz przekupnym lub po prostu głupim dziennikarzom całkowicie umyka podstawowy fakt, że w ramach Konwencji ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa każde państwo, będące jej stroną może oskarżyć inne państwo, również będące jej sygnatariuszem – o ludobójstwo. Stać się tak może na podobnej zasadzie jak ta, mająca zastosowanie, gdy dowolny członek społeczeństwa – nazwijmy go obywatelem X – zgłosi się na policję, oskarżając sąsiada Y o kradzież złotego nocnika odziedziczonego po prababce.

Ów dowolny obywatel X nie musi udowadniać, że taki nocnik kiedykolwiek posiadał, że kradzież miała w ogóle miejsce ani że dokonał jej właśnie sąsiad Y. Cały ciężar dowodowy spoczywa na policji, która w toku swoich czynności może wykazać, że rzekomo poszkodowany całą sprawę sobie wymyślił.

Ale uwaga – i to jest najważniejsze – policja nie może mu odmówić prawa złożenia zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa.

I dokładnie tak samo musiał postąpić Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Musiał przyjąć, że w warunkach wojny zarzut ludobójstwa może być „plausible”, wiarygodny, a raczej na tyle nie absurdalny, że może podlegać dalszemu badaniu.Gdyby obywatel X poszedł na policję i powiedział, że okradł go wytresowany przez sąsiada Y dinozaur, policja nie przyjęłaby takiego doniesienia, ponieważ zarzut byłby całkowicie niewiarygodny.

I dokładnie taką samą logiką kierował się Trybunał – uznał wyłącznie, że zarzut nie jest na poziomie oczywistej fantazji. Nie oznacza to potwierdzenia ludobójstwa.

W przestrzeni publicznej to rozróżnienie zostało całkowicie zignorowane. Sam fakt przyjęcia sprawy został uznany za dowód winy. W końcu w grę wchodził Izrael, co oznacza, że każde oszczerstwo jest wiarygodne. Proces potrwa pewnie pięć do dziesięciu lat i w momencie, kiedy dojdzie do jakiejkolwiek konkluzji, nikogo to już nie będzie interesowało. Liczy się tylko obrzucenie Izraela błotem TERAZ i to, żeby się przykleiło trwale i w widocznym miejscu.To idealna forma współczesnej propagandy. Nie trzeba niczego ostatecznie udowodnić. Wystarczy wytworzyć atmosferę. Wystarczy, że media, aktywiści i celebryci będą to słowo powtarzać tysiąc razy dziennie. Wystarczy, że Francesca Albanese napisze o 186 tysiącach ofiar, powołując się na fantazmatyczne spekulacje z The Lancet. Wystarczy, że Al Jazeera, The Guardian, Middle East Eye i konta na TikToku powielą tę liczbę dalej. Wystarczy hasło: „To nie jest skomplikowane. To jest ludobójstwo.” Cały jego sens polega na tym, żeby wyłączyć myślenie. Bo jeśli to nie jest skomplikowane, to nie trzeba już analizować prawa, zamiaru, definicji, intencji ani działań Hamasu, Karty Hamasu, 7 października, rakiet, tuneli, zakładników, wojny miejskiej, używania szpitali i szkół jako osłony, kobiet i dzieci jako żywych tarcz oraz roli Iranu, Hezbollahu, Huti. Niczego już nie trzeba, bo wystarczą pierwotne emocje.A przecież to wszystko jest właśnie skomplikowane.Izrael prowadzi brutalną wojnę z organizacją, która jawnie deklaruje chęć jego zniszczenia, ukrywa swoich ludzi i broń wśród cywilów, wykorzystuje szpitale, szkoły i meczety jako element infrastruktury wojennej, zamienia własną ludność w tarczę i jednocześnie wie, że każde uderzenie odwetowe będzie pracowało na rzecz propagandowego przekazu. Można dyskutować o proporcjonalności. Można krytykować konkretne decyzje wojskowe. Można oceniać błędy, zaniedbania, a nawet możliwe zbrodnie wojenne. Ale nie można bezkarnie skakać od słów „dużo cywilów zginęło” do „to ludobójstwo”, jakby między jednym a drugim nie istniała żadna różnica.

Istnieje. I jest zasadnicza.

Jeżeli celem Izraela byłoby rzeczywiście zniszczenie Palestyńczyków jako grupy, mielibyśmy do czynienia z innym rodzajem działań, innym językiem operacyjnym, inną logiką wojskową i innym wzorcem zachowania. Tymczasem to, co nawet najbardziej krytyczne raporty najczęściej opisują, jest sporem o proporcjonalność, o środki wojenne, o charakter celów, o ochronę cywilów, o blokadę, o odpowiedzialność za skutki wojny. I chociaż są to bardzo trudne kwestie, nadal nie są automatycznie składowymi ludobójstwa. Gdy w 2009 roku raport Goldstone’a formułował zarzuty wobec Izraela po Operacji Płynny Ołów, mówił o możliwych naruszeniach prawa wojennego. Gdy podobne rzeczy opisuje Amnesty w 2024 roku, nagle mamy już nie zbrodnie wojenne, tylko ludobójstwo. Nikt nie odkrywa tutaj nowych faktów, po prostu przyklejana jest inna etykietka.Muszę na marginesie przypomnieć – po raz kolejny – że populacja Arabów palestyńskich wzrosła w latach 1948-2026 od poziomu 1,2 mln do 5,9 mln (strefa Gazy oraz Judea i Samaria czyli tzw. Zachodni Brzeg), a więc czterokrotnie. A więc Izrael, tak skuteczny w wielu dziedzinach, okazał się być całkowitym partaczem, jeżeli chodzi o „ludobójstwo”.Widać, jak bardzo samo to pojęcie zostało zniekształcone od czasów Lemkina, który tworzył termin „genocide”, mając przed oczami próbę fizycznego wyniszczenia narodu żydowskiego. Konwencja ONZ zawęziła to pojęcie jeszcze bardziej, właśnie po to, by nie można go było nadmiernie rozwlekać.

Tymczasem dzisiaj obserwujemy ruch odwrotny. Rozciąga się definicję tak szeroko, że staje się ona pojemnikiem na każdą polityczną obsesję. W efekcie „ludobójstwo” odmienia dziś przez przypadki każdy, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, od aktywistów NGO po celebrytów, od ludzi całkowicie niewykształconych po profesorów, którzy dawno już porzucili rygor prawa na rzecz rygoru ideologii.

Najgroźniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że takie oskarżenie coraz częściej nie zatrzymuje się na państwie Izrael, ale rozszerza się na Żydów jako takich. Pojawia się narracja, że Żydzi wszyscy są w to zamieszani, że żydowskie lobby steruje rządami zachodnimi, że oskarżenie o antysemityzm jest cyniczną metodą zamykania ust wszelkim krytykom, że Izrael „oszukuje świat”, a Żydzi mu w tym pomagają. Czyli klasyczne tropy antysemickie, tylko dla niepoznaki wyrażone w języku praw człowieka. I to jest może najbardziej obrzydliwy sukces całej tej operacji. Stary antysemityzm wraca dziś w nowoczesnym kostiumie NGO, prawa międzynarodowego i postkolonialnej teorii.

Więc po raz kolejny, i kolejny, i kolejny trzeba to powtórzyć – Izrael NIE popełnia ludobójstwa. Można oskarżać go o różne rzeczy, można spierać się o metody wojny, można wskazywać błędy, tragedie i okrucieństwo tej wojny. Ale słowo „ludobójstwo” zostało tu użyte jako narzędzie delegitymizacji, moralnego unicestwienia i politycznej mobilizacji przeciwko Izraelowi. I ta akcja była przygotowywana latami, w ONZ, na uniwersytetach, w ruchu BDS, w organizacjach pozarządowych, w mediach społecznościowych i w mediach głównego nurtu. Dziś zbiera żniwo. Ludzie powtarzają ten slogan jak echo, bo jest łatwy, emocjonalny i daje im poczucie moralnej wyższości.

W tym sensie powielanie oskarżeń Izraela o ludobójstwo w zaskakujący sposób łączy osoby które prawdopodobnie nie podałyby sobie ręki przy innej okazji. A jednak trzeba spojrzeć w prawdzie w oczy – pełna dobrych chęci Agnieszka Holland, stwierdzająca u płonącej rewolucyjnym ogniem Iwony Wyszogrodzkiej, że „moim zdaniem to jest ludobójstwo” i Konrad Berkowicz, krzyczący z sejmowej mównicy o ludobójczym Izraelu, Mariusz Szczygieł, piszący o izraelskim ludobójstwie (z gwiazdkami zamiast trzech środkowych liter, bo „zasięgi”) i nikomu nie znany Jan Kowalski, piszący komentarz w grupie zwolenników Konfederacji o „ludobójczych pejsach” – wszyscy są członkami tego samego klubu – czy tego chcą, czy nie chcą.

Nie są w w tym aż tak oryginalni, przed nimi byli inni, made in USSR.

I tak prawica z lewicą znowu wspólnie stworzyły antysemickie monstrum, przy którym twór barona Frankensteina to Mister Universum.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com