Archive | April 2022

Sojusz z Ameryką jest jak małżeństwo z hipopotamem

Stare Kiejkuty. Zdjęcie ilustracyjne. (Stare Kiejkuty. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)


Sojusz z Ameryką jest jak małżeństwo z hipopotamem

Andrzej Brzeziecki


Polska nie mogła i nie może być dla USA równoprawnym partnerem – to kwestia skali. Ważne jednak, by stosunki między oboma krajami były uczciwe. Historia polsko-amerykańskiego sojuszu po 1989 r. to cenna lekcja – zwłaszcza teraz.

.

Gdy opadły już emocje po wizycie prezydenta Joego Bidena, wypunktowano ważne słowa i deklaracje, warto przyjrzeć się, jak w dłuższym okresie Amerykanie traktowali Polskę, którą – jak pisze w swej najnowszej książce John Pomfret – często uważano za najbardziej proamerykański kraj na świecie, nie wyłączając Stanów Zjednoczonych.

Trudno o lepszy moment na wydanie książki Pomfreta „Pozdrowienia z Warszawy. Polski wywiad, CIA i wyjątkowy sojusz” niż teraz, gdy NATO przerzuca swoje siły na wschód, prezydent Biden odwiedza Warszawę, a po krakowskim Rynku spacerują amerykańscy żołnierze, kupują suweniry i rozglądają się za rozrywką. Pomfret, wieloletni korespondent „Washington Post” m.in. w Warszawie, bywając w Polsce, wyrobił tu sobie wiele znajomości, które przydały mu się przy pisaniu tej książki. Ma dla Polski i Polaków wiele życzliwości – docenia nasze zaangażowanie, poczucie wolności, przedsiębiorczość i odwagę. Zarazem być może czasem – jak to Amerykanin – patrzy na Polskę w sposób trochę protekcjonalny.

Kiedyś was udupimy

Pomfret pisał swoją książkę z myślą o czytelniku amerykańskim, dlatego z polskiej perspektywy może wydawać się ona pełna uproszczeń i drobnych błędów, ale cenniejsze od ich śledzenia jest przyjrzenie się, co dla Waszyngtonu oznacza sojusz z Polską. Książka nie jest gruba, trochę ponad 300 stron – to zresztą zaleta, bo nikt w Ameryce nie poświęciłby takiemu „drugorzędnemu mocarstwu” jak Polska więcej niż dwa-trzy wieczory. Większy mankament stanowi to, że Pomfret przypisuje zbyt dużą sprawczość służbom wywiadowczym w dziejach Polski. Wychodzi trochę na to, że ani „Solidarność”, ani potem polscy politycy nie mieli takiego wpływu na sterowaniu Polski na Zachód jak Andrzej Derlatka, oficer SB, który pod koniec lat 80. XX w. zaczął przekonywać przełożonych, że warto szukać partnerów w Ameryce.

Polski wydawca, kupując prawa do książki, zapewne myślał, że najatrakcyjniejsze będą wątki szpiegowskie – operacje „Most”, „Samum”, potem współpraca w Iraku. Rzeczywiście, Pomfret błyskotliwe opisuje zarówno kuluarowe rozmowy, jak i brawurowe akcje w terenie. Jego książka to John le Carré i Ian Fleming w jednym. W dodatku są to historie prawdziwe, których bohaterami są Polacy. Czegóż chcieć więcej?

Okazuje się jednak, że dziś książka Pomfreta nabiera większej wartości dzięki rozdziałom poświęconym jakości sojuszu z Ameryką, który Pomfret nazywa – za Radkiem Sikorskim – małżeństwem z hipopotamem: „na początku jest ciepło i przyjemnie, ale nagle hipopotam przewraca się na plecy i miażdży człowieka, nawet tego nie zauważając”.

Podobnie, choć bardziej dosadnie, ujął to już w 1994 r. Michael Sulick, ówczesny szef warszawskiego biura Centralnej Agencji Wywiadowczej, gdy ostrzegał Polaków: „Jesteśmy teraz w niesamowicie dobrych stosunkach, ale w pewnym momencie was udupimy. Nie tak, jak udupiliby was Sowieci. Będziemy myśleli, że mamy jak najlepsze intencje, że wszystko pójdzie świetnie, lecz mimo dobrych chęci was udupimy”.

Kilka lat później jego słowa okazały się prorocze.

Błędy wasze i nasze

To ważna i wciąż aktualna przestroga. Zwłaszcza dziś, gdy Ameryka musi odpowiedzieć na wyzwanie rzucone przez Rosję w postaci inwazji na Ukrainę. Polska stała się krajem przyfrontowym, co oznacza, że w Waszyngtonie nikt nie będzie się bawił w subtelności i polskiego sojusznika może potraktować dość przedmiotowo i instrumentalnie w imię zasady, że nie czas ratować róż (w postaci np. praworządności w Polsce), gdy płoną lasy…

Pomfret pisze gorzko, że Polska popełniła sporo błędów w relacjach z USA, zbyt angażując się w imię zasady, że Ameryce się nie odmawia. Można śmiało założyć, uważa autor, że Polska „nie weszła w sojusz ze Stanami Zjednoczonymi po to, żeby przetrzymywać więźniów Ameryki i pozwalać, by amerykańscy agenci stosowali wobec nich waterboarding na polskiej ziemi”. Krytycznie podchodzi też do postawy Waszyngtonu wobec wydarzeń w Polsce w ostatnich latach, gdy rozmontowywano instytucje państwa ze służbami na czele i zwalczano oficerów wywiadu pracujących dla poprzednich ekip, a CIA „postanowiła nie krytykować kampanii wymierzonej przeciwko ludziom, którzy jako pierwsi zawiązali sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Jak to możliwe, że ta sama organizacja, która przez lata usiłowała zastraszyć Polskę w związku z losem jednego oficera, Ryszarda Kuklińskiego, nie potrafiła stanąć w obronie całego pokolenia polskich oficerów, gdy byli za starzy, żeby walczyć?”.

„Mówiąc ogólniej, rząd Stanów Zjednoczonych zawiódł Polskę, bo nie chciał potępić poczynań polskich władz polegających na pozbawianiu sądownictwa niezależności i podejmowaniu lokalnych uchwał przeciwko homoseksualizmowi. Stany Zjednoczone i ich przyjaciele w Polsce nie po to się trudzili, by wygrać zimną wojnę, żeby autorytarna teokracja miała zastąpić państwo komunistyczne”.

Kukliński i Zacharski

W książce czytelnik znajdzie sporo znanych nazwisk – nie tylko polityków, ale też szpiegów-literatów, jak Marian Zacharski czy Vincent V. Severski. Są też dawni esbecy, którzy przeszli na dobrą stronę mocy. Pomfret opisuje początki sojuszu z USA jeszcze za czasów SB, nieśmiałe obwąchiwanie się w okresie upadku komunizmu, przełom, jakim były dwie najważniejsze operacje: „Most” – czyli pomoc w przerzucaniu tysięcy radzieckich Żydów do Izraela, oraz „Samum” – wywiezienie amerykańskich agentów z Iraku. Potem są kolejne wspólne akcje: Bałkany, misje Gromu, integracja z NATO, Afganistan, Bliski Wschód, terytorium poradzieckie…

W książce nie brak spraw kontrowersyjnych. O więzieniach CIA wspomniałem. Ważne są także wątki Kuklińskiego i Zacharskiego. Historie obu szpiegów są poniekąd lustrzane.

Pierwszy zdradził PRL i pracował dla Amerykanów – wierząc, że robi to w imię polskiej sprawy. Przed 13 grudnia 1981 r. Amerykanie wywieźli go z Polski. Został skazany w Warszawie zaocznie za zdradę. Waszyngton bezpardonowo domagał się już po 1989 r. ułaskawienia go, uzależniając od tego przyjęcie Polski do NATO. Rządzący akurat wtedy Polską postkomuniści musieli to jakoś przełknąć. Ale także część dawnej opozycji nie była szczęśliwa – bo Kukliński nie współpracował z „Solidarnością”, o stanie wojennym ostrzegł nie ją, tylko obce państwo. Najważniejsze wydaje się jednak zdanie profesjonalistów. A oni pytali: „Jak mają uczyć młodych żołnierzy lojalności wobec państwa, jeśli będzie się traktowało szpiega jak gwiazdę”.

Zacharski, który przez lata wykradał Amerykanom tajemnice, został tam skazany, a potem wymieniony. W Polsce go doceniono i po 1989 r. awansował w służbach. Amerykanie ewidentnie zagięli na niego parol i dyskredytowali go przez kolejne lata, gdy Polacy mówili: „Ułaskawcie go. Jesteśmy teraz waszymi sojusznikami”. Być może Waszyngton nie mógł darować Zacharskiemu nie tego, że skutecznie szpiegował przez lata w USA, ale tego, że – już złapany – mimo próśb i gróźb nie przeszedł na stronę CIA…

Miało to swój dalszy ciąg w kolejnej kontrowersyjnej sprawie – oskarżenia Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. To Marian Zacharski – któremu CIA nie ufała – miał trafić na Rosjanina Władimira Ałganowa i wyciągnąć z niego informację, że polski premier to rosyjski agent. Dla Zacharskiego, ale też Andrzeja Milczanowskiego, współtwórcy z Krzysztofem Kozłowskim polskich służb, Oleksy to od tej pory rosyjski agent „Olin”. Pomfret zdaje się jednak bardziej przychylać do opinii, że to Ałganow „wkręcił” Zacharskiego, a nie na odwrót. Ostatecznie Zacharski nie dość, że do wywiadu wszedł jako amator, a nie przeszkolony oficer, to jeszcze ma naturę chwalipięty, „któremu brakowało niezbędnej precyzji dobrego oficera prowadzącego. Zawsze się niepokojono, jak by sobie poradził, gdyby miał się zmierzyć z takim profesjonalistą jak Władimir Ałganow”.

Cel Rosjan wydawał się tu oczywisty – Moskwa sprzeciwiała się wejściu Polski do NATO, a skompromitowanie jej premiera w taki sposób wydawało się dobrym pomysłem na storpedowanie integracji z Sojuszem.

W dodatku Pomfret wyraźnie sugeruje, że Milczanowski rzucił publiczne oskarżenie na Oleksego motywowany politycznie. Był człowiekiem Lecha Wałęsy, który właśnie przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim w wyborach prezydenckich. Amerykanie naciskali na Wałęsę i Milczanowskiego, by nie odpalali tej bomby. Na próżno.

Zapewne i Milczanowski, i Zacharski będą chcieli na ten temat się wypowiedzieć po przeczytaniu książki. Mają prawo bronić swych biografii, tak jak Pomfret formułować swe opinie – wszak polskie śledztwo nie potwierdziło oskarżeń wobec Oleksego. Zapowiada się więc ciekawa dyskusja.

Bezpieczeństwo narodowe, czyli czyje?

Są jednak w książce Pomfreta opinie, które zdenerwują i innych polskich ludzi służb oraz polityków. Można się zgodzić, że Polacy popełnili błędy, zbytnio ufając Ameryce i robiąc, jak to miał rzec Sikorski, im laskę. Więzienia CIA są tego najlepszym dowodem, ale można się domyślać, że polskie elity nie byłyby zachwycone, wiedząc, że traktuje się ich nie jak suwerennych partnerów, ale chłopców na posyłki.

Książkę Pomfreta powinni czytać zwłaszcza ci, którym się wydaje, że można stawiać tylko na bilateralny sojusz z USA, a europejscy partnerzy są bez znaczenia.

Autor „Pozdrowień z Warszawy” pisze, że po 1989 r. CIA przyszła zapukać do polskich drzwi nie po to, „żeby pozyskać jednego agenta, lecz całą służbę”, i dodaje w innym miejscu: „Polacy mieli naiwne zaufanie do CIA i traktowali oficerów agencji w Polsce tak, jakby wszyscy byli członkami tej samej służby”. Wysoki oficer CIA wspomina zaś o swych pobytach w Warszawie i w siedzibie MSW oraz służb specjalnych na Rakowieckiej: „mogłem chodzić po całym ministerstwie bez eskorty”. Inny pracownik Langley stwierdzał zaś: „widzieliśmy wyraźnie, że możemy wykorzystywać ich na różne sposoby, bardzo ważne dla kwestii bezpieczeństwa narodowego”.

Oczywiście rodzi się pytanie, o bezpieczeństwo jakiego narodu chodzi, a podobnych opinii i przykładów ukazujących polską naiwność w książce jest sporo. Trudno powiedzieć, czy tak było od początku. Twórcy niepodległej Polski – jak premier Tadeusz Mazowiecki i Krzysztof Kozłowski, który od wiosny 1990 r. przejmował MSW – z pewnością nie byli tak bezrefleksyjnie proamerykańscy. Rozróżniali sojusz i zbieżność interesów Polski i Ameryki od ich automatycznego utożsamiania. Polacy nie dali się zwerbować USA, ale zaczęli z nimi współpracować – tak przynajmniej to wygląda z polskiej perspektywy.

Sojusznicy za friko

Potem jednak mogło być różnie. Paradoksalnie to postkomuniści pokroju Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego byli bardziej gorliwi w wysługiwaniu się jankesom – by przypodobać się im i wybielić swoją przeszłość.

USA rzeczywiście traktowały czasem Polaków jak najemników i pomagierów. Amerykanie potrafili kadzić i szermować wielkimi słowami, wiedząc, że nic tak nie działa na Polaków jak łopoczące sztandary i zapewnienia o braterstwie, wolności i solidarności.

W książce Pomfreta jej polscy bohaterowie mówią, że czasem wykonywali pewne rzeczy za friko, w imię idei.

Z drugiej strony ten paternalistyczny stosunek amerykańskich agencji i amerykańskiej dyplomacji okazywał się także zgubny dla USA. Polacy nie gęsi i swoje dobre analizy też mają – gdyby Amerykanie ich słuchali uważniej, może nie popełniliby tylu błędów, tropiąc Osamę bin Ladena czy kompromitując się przy odbudowie Iraku.

Pomfret nie ma wątpliwości, że sojusze są niezbędne, a polsko-amerykański przyniósł wiele korzyści, lecz przekonuje, iż obie strony mają sporo do przemyślenia.

Zapewne wojna rosyjsko-ukraińska jest najlepszym pretekstem, by zabrać się do odrabiania tych lekcji już teraz.


Pozdrowienia z Warszawy. Polski wywiad, CIA i wyjątkowy sojusz
John Pomfret
Tłum. Łukasz Müller
Znak 2022


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Decision on the Danube

Decision on the Danube

SUSAN RUBIN SULEIMAN


Fidesz election billboard in Mosonmagyarovar displays, from left, leader of the opposition Péter Márki-Zay, former Prime Minister Ferenc Gyurcsány, and Prime Minister Viktor Orbán. Hungary will hold its parliamentary election on April 3, 2022.TOMAS TKACIK/SOPA IMAGES/LIGHTROCKET VIA GETTY IMAGES

I reclaimed my Hungarian citizenship just in time to vote in Sunday’s historic election

.

For the first time in my long life, I will be voting on Sunday in a Hungarian election. That’s because after talking about it for years without much action, in the fall of 2020, when there was little else to do, I finally jumped through the necessary bureaucratic hoops to obtain my Hungarian passport. Born in Budapest but having left the country as a young child in 1949 (at the time, my family was declared “stateless,” refugees from the Holocaust and from communism), I was entitled to reclaim my Hungarian citizenship, provided I could furnish my birth certificate, my mother’s birth certificate, and my parents’ marriage certificate, among other pieces of paper. I did.

Last June, the passport arrived in the mail: Deep red like all the European Union passports, it bears Hungary’s emblem, the shield of Saint Stephen, on its cover, along with the words ÚTLEVÉL (Passport) and Magyarország (Hungary). In earlier, more democratic times, official documents named the country Magyar Köztársaság, Hungarian Republic, but one of the Orbán government’s many changes to the constitution since 2010 was dropping “Republic” from the country’s name. Inside, my own name looks strange to me: Suleiman, Zsuzsanna Magdolna, my first and middle names just as they appear on my birth certificate.

I am now the owner of two passports, my split identity embodied in the red and the blue. The red one entitles me to stand in the shorter “EU Passports” line at Charles de Gaulle Airport in Paris, a precious advantage to travelers. More importantly, it also allows me to vote in the parliamentary elections on April 3. Having written extensively over the past few years about the autocratic tendencies of the Orbán regime, which has been in power since 2010, I treasure the opportunity to cast a vote—all the more so because, for the first time since then, it looks like Orbán’s party, Fidesz, will face a well-organized opposition. According to recent polls, the opposition candidates present a real challenge to the party in power.

Four years ago, Fidesz won a supermajority in Parliament even though it received less than 50% of the actual votes—a quirk in Hungary’s election rules that, like America’s electoral college system, can similarly override the popular vote. Fidesz’s victory was due in large part to the still hot-button issue of the 2015 migrant crisis, which it exploited through a long-running campaign against George Soros, whom it portrayed as the architect of a “plan” to overwhelm Christian Europe with refugees “from Africa and the Middle East” (read: Blacks and Muslims). Its two-thirds majority allowed Fidesz to push through a number of important constitutional changes to its advantage.

The other reason for Fidesz’s victory in 2018 was that the opposition parties were splintered, allowing for a “divide and conquer” strategy. Calls for a coalition of the opposition parties against Fidesz, notably by the highly respected philosopher Agnes Heller, fell on deaf ears back then, largely because the left-leaning parties could not bring themselves to form an alliance with the right-wing party, Jobbik. Founded in 2003, Jobbik in its early years was notorious for its racist and rabidly nationalist pronouncements. Starting in 2017, however, it began to moderate its positions, so that today it is considered to be to the left of Fidesz. Jobbik’s most rabid members broke off from the party after the 2018 elections and founded their own party, Our Homeland (Mi Hazánk), which is polling at about 3%-4% in the upcoming elections. Jobbik, meanwhile, has become what one Hungarian friend calls “presentable in good society” (szalonképes). It is now the second-ranking member, in terms of numbers, of the six-party coalition that constitutes the united opposition, known as “United for Hungary” (Egységben Magyarországért, or EM). Agnes Heller, who survived the Holocaust as a teenager and died in 2019 at age 90, must be turning happily in her grave. She always believed that a united opposition against Fidesz was necessary, even if it meant an alliance with Jobbik.

Aside from Jobbik, the other members of the alliance are all left or left-leaning. The largest member is the DK (Democratic Coalition) party, split off from the Socialists, whose head is the former Socialist Prime Minister Ferenc Gyurcsány (2004-09). Then there is the Socialist Party (MSZP) itself, which is now smaller than Jobbik and is allied with a tiny party named Párbeszéd (Dialogue); Momentum, a largely urban, liberal party formed in 2018 that attracts many young people and intellectuals; and the Green party, LMP (the acronym stands for “Politics Can be Different”).

Excluded from the alliance, and not expected to receive enough votes to enter Parliament (a minimum of 5% of the total vote is required), are the ultra-right “Our Homeland” party and the surreally named “Hungarian Two-Tailed Dog Party” (MKKP), whose slogan is “Eternal Life, Free Beer, Reduced Taxes,” and whose absurdist humor has an actual following (about 2%), largely because of its anti-corruption stance critical of the Orbán regime. In a January 2022 poll, Fidesz (with its partner KDNP, a Christian Democratic party) stood at 38%, while the united opposition had 36%. In February the numbers shifted somewhat in Fidesz’s favor, 39% to 32% respectively. In both polls, 20% of respondents declared themselves undecided.

Clearly, then, the undecideds will decide the election. One clever move by the opposition alliance was to designate a prime minister candidate, Péter Márki-Zay, who it hopes will appeal to a large swath of voters, including the rural and small-town electorate that has consistently voted for Orbán. Although Fidesz has tried to paint Márki-Zay as a socialist and “Gyurcsány’s man” (the former prime minister is unpopular among many voters, who remember the corruption under his watch), it’s almost comical to think of the coalition candidate as a left-winger.

Unaffiliated with any party (he recently founded a movement he calls “Everybody’s Hungary Movement”), Márki-Zay, 49, is a Roman Catholic from a conservative family, the father of seven children, an electrical engineer, and a marketing specialist who also holds a doctorate in economic history from a Hungarian university; he spent five years in Canada and the United States, working for large corporations. Perhaps most importantly from the opposition’s perspective, he is not seen as a big-city intellectual, despite his years abroad and his fluency in several languages. He was born and raised in a small southern city on the Great Hungarian Plain, whose name is virtually unpronounceable by any but “true” Hungarians. The population of Hódmezővásárhely (Hoed-mezuh-vah-shar-hey) is approximately 45,000; compared to cities like Debrecen (population 200,000), Miskolc (165,000), or Szeged (162,000), not to mention Budapest (1.8 million), Hódmezővásárhely is practically an oversized village. Márki-Zay has been its mayor since 2017, when he was drafted to run in a by-election after the sitting mayor died, and was reelected in 2018. That has been his only political experience until now.

‘Let Hungary Belong to All of Us!’MARKIZAYPETER.HU

In his TV appearances, Márki-Zay comes across as forthright and well-spoken, an energetic and attractive candidate who affirms his love of Hungary even while proclaiming his solidarity with the European Union, which Orbán prides himself on defying (while simultaneously accepting its generous subsidies). Márki-Zay, along with the rest of the opposition coalition, regularly attacks the Orbán regime for its corruption and its infringement of democratic norms, both of which have been amply documented. Since the 2018 election, the governing party, with its two-thirds majority, has sought to take over the judiciary and the universities, in addition to completely quashing the free press. It has not fully succeeded until now, but has accomplished many of its goals toward what Orbán calls “illiberal democracy.” According to Márki-Zay, the “silent majority” in Hungary, to which he is appealing, is only silent because it is afraid.

According to Márki-Zay, Hungary’s ‘silent majority’ is only silent because it is afraid.

The opposition’s other strategy that may prove successful is its distribution of various parliamentary candidates from different parties according to the political preferences of each district. In the northeast, around the city of Debrecen, for example, an area known for its conservatism, many of the opposition candidates are from Jobbik, while in the areas around Budapest the candidates tend to be from Momentum or the DK. Whereas in earlier elections these parties would have split the opposition votes among themselves, the broad opposition coalition allows them to back each other, despite their real political differences. As a kind of coalition anthem, they have adopted Patti Smith’s “The People Have the Power,” which is often sung at rallies (in Hungarian, of course). Patti Smith, for her part, has sent them a video of encouragement.

Still, it would be a mistake to underestimate the campaigning power of Fidesz. Among its tried and true campaign methods is that of the “national consultation,” designed to mobilize voters around a perceived impending threat by asking them pointed questions that already contain an answer. In the run-up to the 2018 election, for example, voters were sent a questionnaire in the mail about the threat of migrants. A typical question ran as follows: “Are you in favor of Soros’ plan to flood Europe with African and Middle Eastern refugees, forcing sovereign nations to accept them and give them money? Answer Yes or No.”

This year, the subject has changed but the tactic remains the same. In the April 3 election, voters will be presented with a referendum (more consequential, and binding, than a mere national consultation) consisting of four questions on the subject of “child protection”: Question 1: Are you in favor of teaching minor children in educational institutions about sexual orientation, without their parents’ consent? Question 2: Are you in favor of popularizing sex change treatments for minor children? Question 3: Are you in favor of introducing minor children to unlimited sexual content in the media that will influence their development? Question 4: Are you in favor of presenting media content about sex change? Not to be outdone by the absurdity of the Fidesz questions, the Two-Tailed Dog Party has recommended that voters choose both YES and NO on each one.

‘Let’s Protect the Children!’ campaign poster from the Orbán government

In fact, the issue of “child protection” (from LGBTQ issues) was already exploited by the government last year, when it passed a law against sex education in schools, provoking an outcry and accusations of bigotry from the European Union. The law conflated nontraditional sexual orientation, specifically homosexuality, with pedophilia. But just as George Soros proved to be an effective scapegoat in 2018, with posters to match, so the scapegoating of LGBTQ people should prove effective this year. That at least appears to be the hope of the Orbán government, which has plastered huge posters all over the country showing a mother holding her little girl close to her chest. “Let’s Protect The Children!” runs the headline above the photo; below it is the message, “Let’s vote No on April 3.”

Perhaps the biggest unknown at the moment is how the war in Ukraine will affect voters, especially among the undecideds. On the one hand, Orbán’s longtime pro-Russia stance and his proclaimed admiration for Vladimir Putin—which he is now having to walk back—may turn voters toward the opposition coalition, whose members are loudly and unanimously affirming solidarity with Ukraine. (At a recent coalition campaign meeting, every candidate wore a blue and yellow ribbon.) Orbán, for his part, has to walk a tightrope, approving of sanctions against Russia as a member of the EU but also trying to reassure Fidesz’s base, to which he has been preaching a pro-Russia message for many years.

On the other hand, it’s possible that undecided voters will turn toward the party in power in April, on the grounds that it’s not safe to change horses in the middle of a major international crisis. Orbán is helped by the fact that the EU, which has caused Hungary trouble recently over regulatory infringements pertaining to human rights, is now too busy with the Ukraine crisis to pursue punitive actions against a member state—not to mention that Orbán may have exacted promises from the EU in exchange for his support of the union’s sanctions against Russia. At the very least, however, the united opposition can hope to prevent Fidesz from obtaining another supermajority, thus preventing any more “illiberal” changes to the constitution.

As readers have undoubtedly guessed by now, my own vote on Sunday is not undecided. I am grateful to have a chance to express my opinion as a newly documented citizen of my native country, where, despite its autocratic tendencies, elections have so far been free and fair. Even “illiberal democracy” in Hungary is better than the totalitarianism that prevailed until 1989. For one thing, it makes possible a hope for peaceful change.


Susan Rubin Suleiman is professor emerita at Harvard University and the author, most recently, of The Némirovsky Question: The Life, Death, and Legacy of a Jewish Writer in Twentieth-Century France.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘Diversity Is Definitely There’: Former Miss Iraq Sarah Idan Defends Israel Against ‘Apartheid’ Charge

‘Diversity Is Definitely There’: Former Miss Iraq Sarah Idan Defends Israel Against ‘Apartheid’ Charge

Shiryn Ghermezian


Former Miss Iraq Sarah Idan taking a selfie with students from Yeshiva College in Johannesburg, South Africa. Photo: Instagram.

Former Miss Iraq Sarah Idan dismissed claims that Israel is practicing “apartheid,” a charge frequently levied by anti-Zionist activists, while visiting South Africa this week.

Speaking with South African radio personality Bafana Modise, the human rights activist and former beauty queen spoke about her personal experience witnessing coexistence between Arabs and Jews in Israel.

“I didn’t see any apartheid [in Israel],” Idan said, noting that Israeli Arabs hold “high government positions,” including as members of Knesset and ambassadors to foreign countries. “Diversity is definitely there.”



Modise likewise criticized the claim, saying, “I’ve been there more than twice, I’ve never seen apartheid there.”

Idan also argued in the interview that the Israeli-Palestinian conflict is not comparable to the situation in apartheid-era South Africa.

“What amazes me is that the people use this term but what happened in South Africa was done by the government against its own people. What we have in Israel is a war between two nations,” she explained. “How can you use the word apartheid in Israel? They’re two different nations. They’re two different governments. How can you apply that term to the country? All Arabs who live in Israel have exactly the same rights as Israelis.”

Idan, the founder and CEO of the NGO Humanity Forward, is currently in South Africa to speak with students about human rights, freedom of speech, mental health, and women’s empowerment. She also focuses on the struggles women experience in Iraq, and how she and her family faced death threats and had to flee the country after she shared a photo with Miss Israel at the Miss Universe pageant in 2017. She elaborated on the ordeal in an op-ed last week for South Africa’s Mail & Guardian.

“From the way my family and I were treated, and by what I have learned since then, I have come to recognize that those calling most loudly for punitive action to be taken against Israel are not pro-peace nor are they even pro-Palestinian,” she argued.

Rather, they are “simply anti-Israel, and that so far as the relationship between Arabs and Israelis is concerned, this is deeply rooted in the antisemitic belief systems taught in Muslim countries and which are continually reinforced by biased media,” she wrote.

Idan said her experiences inspired her to promote “peace between Muslims and Jews, Arabs and Israelis, in the Middle East and beyond” through her NGO Humanity Forward. The Miss Universe experience “and what happened to me thereafter have shown me that negotiating peace for Israel and Palestine is not a betrayal of the Arab cause but a vital step to end conflict and suffering for both peoples,” she reflected.

Idan’s comments come as anti-Zionists activists stage Israel Apartheid Week demonstrations in South Africa, a campaign that seeks to rally support for boycotting the Jewish state. A mural unveiled at the University of Pretoria (Tuks) by the South African Union of Jewish Students (SAUJS), which promotes reconciliation through dialogue, was defaced on Tuesday with the slogan, “From the river to the sea, Palestine will be free.” The chant is often used to call for establishing a Palestinian state from the Jordan River to the Mediterranean Sea, in lieu of Israel.

The mural was painted by South African students as part of the “Heal Over Hate” campaign launched this year by SAUJS and StandWithUs.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Halacha, życie wcześniaków i proszek z koników polnych

Leonardo da Vinci, fragment Studium płodu w macicy.


Halacha, życie wcześniaków i proszek z koników polnych

KATARZYNA ANDERSZ


JAK POD WPŁYWEM ROZWOJU MEDYCYNY ZMIENIAŁA SIĘ INTERPRETACJA HALACHY? JAKIE WYZWANIE DLA RABINÓW BĘDĄ STANOWIĆ ZDOBYCZE TECHNOLOGICZNE XXI WIEKU? O SYTUACJACH, W KTÓRYCH ROZWÓJ NAUKI TRZEBA POGODZIĆ Z WIELOWIEKOWYM PRAWEM RELIGIJNYM, OPOWIADA RABIN ARI ZIVOTOFSKY, DOKTOR NEUROBIOLOGII W MULTIDYSCYPLINARNYM CENTRUM BADAŃ NAD MÓZGIEM IM. LESLIEGO I SUSAN GONDÓW NA UNIWERSYTECIE BAR-ILAN ORAZ WYKWALIFIKOWANY SZOCHET. 

Katarzyna Andersz: W niedalekiej przyszłości będzie możliwe wyhodowanie organów z tkanek zwierzęcych lub zbudowanie ich na bazie sztucznych materiałów. Zacznijmy jednak od tego, jak kwestię przeszczepów – osiągnięcie zaledwie ostatniego półwiecza – postrzega żydowskie prawo?

Ari Zivotofsky: Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to halachicznie problematyczny temat. Ważne jednak, aby w odniesieniu do wszystkich tego typu pytań pamiętać, że halacha bierze pod uwagę rozwój nauki. Innymi słowy rabini zawsze dążyli do tego, żeby kwestie religijne rozstrzygać w oparciu o współczesny stan wiedzy, a nie formułować stanowisko, przyjmując za punkt wyjścia przekonania z czasów starożytnych. 

Przykładem takiego podejścia jest kwestia ratowania wcześniaków. W Talmudzie czytamy, że dziecko, które urodziło się zarówno w dziewiątym, jak i w siódmym miesiącu ciąży, jest zdolne do życia. Natomiast dziecko, które urodziło się w ósmym miesiącu, nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Taki był stan wiedzy medycznej w czasie spisywania Talmudu i stąd zapis mówiący o tym, że jeśli dziecko urodzone w ósmym miesiącu nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, to w szabat nie można się nim zajmować – powinno się je traktować jak ciało zmarłego. Natomiast żeby ratować dziecko urodzone w siódmym miesiącu, można szabat złamać. Dziś oczywiście tak nie myślimy i nigdy nie pozwolilibyśmy takiemu ośmiomiesięcznemu wcześniakowi po prostu umrzeć. Nikt nie śmiałby powołać się na ten zapis. 

W czasach powstawania Talmudu o przeszczepach nie mogło być mowy. Jakie więc stanowisko wypracowali współcześni rabini?

Przeszczepy organów są cudowną metodą ocalenia czyjegoś życia lub poprawienia jego jakości – to powszechnie panujący pogląd. Natomiast ważne są kwestie szczegółowe. Oddanie własnej nerki czy szpiku to ogromna micwa. Większość organów pochodzi jednak od nieżyjących dawców i tu pojawia się problem traktowania zwłok – zgodnie z halachą powinny one przecież zostać jak najszybciej pochowane. Niemniej jednak rabini niemal jednogłośnie twierdzą, że jeśli chodzi o ratowanie innego życia, można poczekać i pobrać organ, niezależnie od tego, ile taka procedura zajmuje czasu. 

A pochowanie niekompletnych zwłok nie jest problemem? Ortodoksyjny judaizm sprzeciwia się przecież kremacji ze względu na zmartwychwstanie ciała w czasach mesjańskich.

Pytanie o to, co stanie się z osobą pozbawioną wątroby, w momencie gdy przyjdzie Mesjasz, jest domeną ludzi przesądnych, a nie rabinów. Skoro Bóg będzie w stanie odtworzyć ciało z pozostałych po nim kości, to poradzi sobie też z brakiem wątroby. Rabini uważają, że ludzkim problemem jest ocalenie życia, a kwestie boskie są poza naszym zasięgiem i nie należy się nimi przejmować. Taki przyjęto konsensus. Najbardziej sporną kwestią jest natomiast definicja granicy życia i śmierci. 

Dla lekarzy śmierć mózgu jest z reguły wystarczającym kryterium pozwalającym na pobranie narządów.

Naczelny rabinat Izraela uznał, że śmierć mózgu jest wystarczająca, aby pobrać organy, ale istnieją odłamy judaizmu, głównie ultraortodoksyjnego, które takiej definicji nie przyjmują – uważają, że pobranie organu od osoby, u której nie ustało krążenie, jest równoznaczne morderstwu. Z tego powodu niektórzy rabini uważają, że żaden Żyd nie powinien być dawcą serca i płuc, bo te narządy mogą być pobrane wyłącznie od osoby z nadal funkcjonującym układem krążenia.

Gdy będzie już możliwa hodowla organów na bazie zwierzęcych tkanek, jakie stanowisko przyjmie judaizm?

To w zasadzie mniej skomplikowana kwestia. Już dziś powszechnie wykorzystuje się na przykład zastawki serca pochodzące od świni, genetycznie podobnej do człowieka. Nie ma halachicznego zakazu używania zwierząt, także tych niekoszernych, dla ludzkich korzyści. Czy Żydzi nie mogą grać w futbol amerykański, bo piłka tradycyjnie zrobiona jest ze świńskiej skóry? Oczywiście, że mogą – niekoszernych zwierząt nie wolno jedynie jeść. Jeśli w przyszłości uda nam się dokonywać przeszczepów całych organów od zwierząt czy też budować narządy na bazie ich tkanek, będzie to fantastyczne rozwiązanie, ponieważ cały czas borykamy się z brakiem wystarczającej ilości dawców.

Postęp nauki przyniesie też najpewniej możliwość manipulowania genami, na przykład do stworzenia dziecka o określonym wyglądzie. Już teraz w przypadku implementacji in-vitro można wybrać zarodek, który zostanie przebadany pod kątem obecności konkretnego genu wywołującego ciężką chorobę. Judaizm uznaje takie działania za etyczne?

Tak, generalnie jest przychylnie nastawiony do tego typu procedur. W diagnostyce preimplantacyjnej chodzi o wybranie zarodka, który nie ma wadliwego genu przekazanego przez jednego z rodziców, a zatem o wyeliminowanie choroby. Niedawno natomiast Komisja Etyki przy izraelskim Ministerstwie Zdrowia debatowała nad inną sprawą. Padło pytanie, czy jeśli małżeństwo ma czwórkę zdrowych synów, ale chce, żeby z kolejnej ciąży urodziła się córka, może wybrać żeński zarodek? Nie ma tutaj mowy o niczym tak skomplikowanym jak – niemożliwa zresztą jeszcze – ingerencja w sekwencję DNA. Chodzi jedynie o wybór żeńskiego zarodka spośród kilku innych i jego implementację. Komisja miała tu wiele wątpliwości i w końcu uznała, że dopuszczenie takiego wyboru będzie jak otwarcie puszki Pandory. Pojawią się rodzice, którzy będą chcieli wybierać spośród zarodków takie, które mają określone cechy – gdzie wtedy postawić granicę? Zarówno izraelscy rabini, jak i wspomniana Komisja Etyki zgadzają się więc, że diagnostyka preimplantacyjna powinna służyć tylko eliminowaniu chorób genetycznych. Cała reszta przypadków spotyka się raczej z negatywną opinią, choć nie wiem dokładnie, jaki halachiczny zakaz miałby w tym przypadku zastosowanie. 

W zeszłym roku Chińczyk He Jiankui dokonał zmiany sekwencji DNA zarodków w taki sposób, że uzyskały one genetyczną odporność na wirusa HIV.

To była jak dotąd jedyna potwierdzona próba takiej ingerencji i spotkała się ona z ostracyzmem ze strony środowiska naukowego. Teoretycznie judaizm mógłby na taki proceder spoglądać z aprobatą. Póki co jednak nie ma przyzwolenia na tego typu praktyki, ponieważ istnieje obawa, że nie znamy wszystkich konsekwencji manipulacji genami. Nie wiemy na przykład, jak zamiana jednego genu wpływa na inne. Rabini zawsze starają się podążać za opiniami naukowców – jeśli oni twierdzą, że jest to procedura niebezpieczna lub nieprzewidywalna, nikt nie weźmie jej nawet pod uwagę. 

Poza tym nie widzi rabin innych przeszkód?

To, o czym teraz rozmawiamy, na razie przypomina bardziej science-fiction. Talmud i prawo żydowskie sprzeciwiają się zabobonom oraz praktykom, które nie znajdują swojego potwierdzenia w faktach. Chory może w Jom Kipur zaprzestać postu, jeśli niezbędne jest zażycie lekarstwa, jednak tylko w przypadku, gdy jego działanie jest udowodnione naukowo. Jeśli miałby wypić jakieś ziółka czy połknąć sproszkowane zwierzę, to nie tylko nie wolno mu tego zrobić w Jom Kipur, ale generalnie byłoby to uznane za jakiś rodzaj szamaństwa czy magii. Jeśli manipulacja sekwencją DNA okaże się skutecznym i bezpiecznym sposobem na ochronę przed różnymi chorobami, rabini będą skłonni patrzeć na taki proceder przychylnie. 

Skoro autorytety rabiniczne wydają swoje opinie na podstawie sprawdzonych naukowych danych, czemu nagle słyszymy o tak wielu przypadkach odry w społecznościach ultraortodoksyjnych? Skąd bierze się tam antyszczepionkowa ideologia?

Rzeczywiście, odra rozprzestrzenia się w takich społecznościach wyjątkowo szybko, ale to nie wina antyszczepionkowców. W prawie żydowskim, jakkolwiek interpretowanym, nie ma niczego, co poddawałoby kwestię szczepienia dzieci w wątpliwość. Moja żona jest pediatrą i ma wielu pacjentów z ultraortodoksyjnych rodzin. Według niej winna jest po prostu hierarchia zadań w tego typu społecznościach. Często rodzice mają tak wiele spraw na głowie, że bagatelizują szczepienia, odkładając je na bliżej nieokreśloną przyszłość. Poza tym rodziny ultraortodoksyjne żyją często w gorszych warunkach sanitarnych, w bardzo gęsto zaludnionych dzielnicach, a to także sprzyja rozprzestrzenianiu się choroby. Kiedy wysyła się tam mobilne ambulatorium szczepionkowe, okazuje się, że przychodzi do niego wiele osób, które na co dzień nie mają czasu zabrać dzieci do przychodni. 

W krajach katolickich, takich jak Polska, przy okazji debaty na temat diagnostyki preimplantacyjnej i w ogóle procedury in-vitro słyszy się, że marnowane są zarodki, które nie zostaną wybrane do zabiegu. 

Judaizm, w przeciwieństwie do katolicyzmu, nie postrzega zarodka jako pełnej formy życia, bo nie jest on w stanie przeżyć i rozwinąć się poza organizmem matki. Można powiedzieć, że nas interesuje przede wszystkim rezultat. Jeśli para chce mieć dziecko, to ważne, żeby jej w tym pomóc, na przykład poprzez procedurę sztucznej implementacji. 

Również płód nie jest postrzegany jako życie w pełni rozwinięte, stąd o wiele bardziej zniuansowane spojrzenie na aborcję. 

Czym jest w takim razie płód i w jakich sytuacjach rabini dopuszczają jego usunięcie?

PRENUMERATA
Od dziesiątek lat toczy się dyskusja na temat tego, o ile mniejsza jest wartość życia dziecka w łonie od życia matki. Płód jest potencjalnym życiem, zatem nie można go zabić, ale jednocześnie nie jest życiem w pełni rozwiniętym, dlatego ważniejsza jest matka. Pośrodku tych opinii pozostaje natomiast wielka szara strefa i pytanie o to, kiedy w takim razie można dokonać aborcji. Jeśli zagrożone jest życie lub zdrowie kobiety, nie ma żadnej granicy wieku płodu – można usunąć nawet ośmiomiesięczny, bo zawsze będzie on czymś mniej niż pełnym życiem. Tak uważał na przykład jeden z najważniejszych izraelskich rabinów XX wieku Eliezer Waldenberg. Z drugiej strony, jeśli życie płodu – przyjmując nawet, że jest to życie tylko potencjalne – jest zagrożone, można złamać szabat, żeby je ratować. Podobnie kobiecie w ciąży pozwala się nie pościć w Jom Kipur, bo podtrzymuje ona życie dziecka. 

Ponadto panuje zgoda co do tego, że zarodek młodszy niż czterdzieści dni ma jako potencjalne życie mniejszą wartość niż płód bardziej rozwinięty.

Czy judaizm wartościuje choroby płodu, które uzasadniają przerwanie ciąży? Są przecież takie wady, które dzięki rozwojowi medycyny dają dobre rokowania i stosunkowo dobrą jakość życia, na przykład zespół Downa.

Sądzę, że w takim przypadku większość rabinów byłaby przeciwna aborcji. Owszem, posiadanie dziecka z zespołem Downa utrudni funkcjonowanie rodziców, ale wciąż mówimy tu o dziecku, które ma potencjał rozwinąć się na tyle, żeby cieszyć się dobrą jakością życia przez wiele lat. Nie powinno mu się tego odbierać. 

Oprócz rozwoju technologii i medycyny nadchodzące dekady przyniosą również globalny kryzys ekologiczny, w związku z czym będziemy musieli zmienić nasze nawyki żywieniowe. Już teraz wiele firm z powodzeniem prowadzi na przykład prace nad mięsem produkowanym w laboratoryjnych warunkach.

Powiedziałaś „mięsem”, to znamienne. Od kilku lat rabini zastanawiają się, czym będzie ten produkt. Osher Weiss, rabin i posek z Jerozolimy, odnosząc się do owego „sztucznego mięsa”, powiedział, że skoro ono wygląda i smakuje jak mięso, a ponadto ludzie chcą, żeby było ono za mięso uznawane, to produkt ten nie jest niczym innym, jak właśnie mięsem. Komórka, z której zostało ono wyprodukowane, pochodzi od zwierzęcia, w związku z tym tak powinno się je traktować. 

Może być koszerne?

Sztuczne mięso – lub czyste mięso, jak się je często nazywa – może zostać stworzone na bazie komórki pochodzącej od krowy, kurczaka czy świni. Ale nawet jeśli ta komórka pochodziłaby od zwierzęcia koszernego, to i tak nie rozwiązuje to wszystkich problemów. Żeby wołowina była koszerna, krowa musi zostać zabita w odpowiedni sposób, zgodnie z zasadami szchity. Posłużę się brutalnym przykładem, żeby pokazać, na czym polega problem. Jeśli po prostu odciąłbym żywej krowie nogę, a potem chciał ją przyrządzić na grillu, to takie mięso nie byłoby koszerne. Co w takim razie, jeśli z krowy pobiorę zaledwie kilka komórek, które potem, mówiąc w dużym skrócie, przeistoczą się w sztuczne mięso? Ono także nie będzie koszerne, bo przed pobraniem tego mikroskopijnego kawałka tkanki krowa nie została ubita w odpowiedni sposób. Dozwolone byłoby na przykład pobranie komórek z jej mieszka włosowego, bo sierść nie jest jadalna, a zatem nie łamalibyśmy zakazu spożywania mięsa pochodzącego z niekoszernego uboju – to tylko hipoteza, bo niestety nie wiem, czy taki sposób pozyskania materiału pod hodowlę sztucznego mięsa w ogóle istnieje. Podobnie mogłoby być z komórkami macierzystymi pobranymi z krwi pępowinowej – one też nie są częścią jadalną.

Jestem jednak przekonany, że wszystkie te problemy są rozwiązywalne. Izrael przoduje w liczbie firm zajmujących się produkcją sztucznego mięsa, a w jednej z nich szefową laboratorium jest ortodoksyjna kobieta. 

Czy istnieje możliwość, żeby mięso pochodzące ze świńskiej komórki zostało uznane za koszerne? Na przykład jeśli byłaby to komórka pobrana z niejadalnej części świni?

Podejrzewam, że opinia większości rabinów byłaby negatywna. Dopóki jednak nie jest znany produkt i proces jego powstawania, trudno o wyrok. 

W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się też wiele firm, które jako rozwiązanie problemu głodu i braku białka pochodzącego z mięsa opracowują odżywcze suplementy na bazie owadów. Czy takie produkty są koszerne? 

Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, ale w Torze są wymienione koszerne owady, na przykład niektóre gatunki szarańczaków. W Izraelu jest nawet start-up zajmujący się wytwarzaniem białkowego proszku z konika polnego. Ma certyfikaty potwierdzające, że produkt jest koszerny i halal. W Stanach Zjednoczonych znam przynajmniej jedną firmę, która używa do produkcji swoich suplementów świerszczy, ale one nie są niestety koszerne. 

Konik polny uznawany jest za mięso?

Nie, należy do kategorii parwe, tak jak ryby.

A gdy w odległej przyszłości prawdziwe jedzenie zamienimy na pigułki, które będą zawierały wszystkie niezbędne wartości odżywcze, wpisze się to w żydowską tradycję i zastąpi świąteczne posiłki?

Jeśli myślimy o kolacji szabatowej, to ma ona być po prostu posiłkiem lepszym od pozostałych jedzonych w ciągu tygodnia. To, co takie stwierdzenie będzie oznaczać, jest kwestią kulturową. Żydzi w Polsce tradycyjnie podczas szabatu jadali inne rzeczy niż Żydzi w Jemenie. W Bagdadzie ryb z Tygrysu czy Eufratu było pod dostatkiem, ale może w Jerozolimie, oddalonej od morza, stanowiły one nie lada rarytas. To od nas będzie zależało zdefiniowanie świątecznego charakteru posiłku. 

Coraz więcej ludzi odchodzi obecnie od jedzenia mięsa, choć tradycyjnie to ono było – przynajmniej w naszej części Europy – kojarzone ze świątecznym posiłkiem.

Jeśli ktoś chce zostać wegetarianinem z powodu negatywnego wpływu, jaki na środowisko ma hodowla zwierząt i produkcja mięsa, to wpisuje się to w żydowską filozofię. Jeśli ktoś po prostu nie lubi mięsa, to też zrozumiałe. Natomiast jeśli ktoś decyduje się na dietę wegetariańską, bo myśli, że to niemoralne, żeby mordować zwierzęta dla swojego zysku, to mam z tym problem. Przez cztery tysiące lat żydowska filozofia mówiła, że zabijanie zwierząt jest dozwolone. Bardziej współcześni nam rabini, na przykład Awraham Kuk, zajmowali się co prawda problemem dobrostanu zwierząt, jednak ich poglądy były zachowawcze. Rabin Kuk, mimo że sam był wegetarianinem, uważał, że zbyt duży rozrost ruchu postulującego niejedzenie mięsa mógłby przyczynić się do tego, że przestaniemy interesować się dobrem ludzi. Ja uważam podobnie – nie powinniśmy zacierać granicy między nami a zwierzętami. W judaizmie wierzymy, że zwierzęta są na ziemi dla pożytku ludzi. Eksperymenty medyczne na zwierzętach są dozwolone, choć oczywiście trzeba dołożyć wszelkich starań, aby zminimalizować ich cierpienie. Być może rozwój nauki przyniesie rozwiązania, które pozwolą takie badania wyeliminować. Tak jak pojawienie się traktorów sprawiło, że nie musimy już wyzyskiwać koni do orania pól, powszechny dostęp do sztucznego mięsa może spowodować, że nie będziemy zabijać zwierząt na mięso. Póki co jednak ani w eksperymentach medycznych na zwierzętach, ani w jedzeniu mięsa judaizm nie widzi niczego nieetycznego. 

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Can archaeologists find the Ark of the Covenant? – book review

Can archaeologists find the Ark of the Covenant? – book review

HADASSAH FAUR


STEVEN SPIELBERG’S Ark of the Covenant from his iconic film ‘Indiana Jones and the Raiders of the Lost Ark,’ on display at Washington’s National Geographic Museum. / (photo credit: Mary Harrsch/Flickr)

“It was a city that was increasingly sprawling outside its Old City walls and a city that had a mixed and intermingling multi-faith population. A city with as many divisions within faiths as between them. A sacred city but by no means an entirely pious one,” writes Graham Addison about Jerusalem in the early 1900s, in his account of the Parker Expedition’s attempt to discover the Ark of the Covenant in Raiders of the Hidden Ark. 

It was in these strained, occasionally corrupt and constantly changing surroundings that a peculiar group covertly bribed its way into an expedition to uncover the Ark and let loose a vast chain of repercussions. While the expedition lasted only three years, Addison sheds light on its enduring legacy and the factors that brought the expedition to believe they would succeed in uncovering the 3,000-year-old holy relic. 

The last known location of the Ark of the Covenant was in the First Temple’s Holy of Holies. However, after the Temple’s destruction in 586 BCE, it disappeared.

Finnish scholar Valter Henrik Juvelius claimed to have decoded numeric ciphers in the Bible indicating that the Ark was hidden in the intersection of the water tunnels and canal that once carried blood from the sacrificial offering in the Temple.

Juvelius successfully convinced a number of British aristocrats, among them Montague Parker, to embark on an archaeological quest to locate the Ark. Many of them, Addison observes, were bored and “trying to make something of their lives.” For them, the expedition was “an exotic adventure to fill their time. It had elements of risk and danger. It was different.”

ark of the covenant (credit: Wikimedia Commons)

The expedition members were not archaeologists and did not bother to research previous digs in the area or to record their own excavations. What’s more, evidence indicates that they bribed Ottoman authorities to permit the excavations; the British ambassador to Constantinople wrote, “I suspect a good many people got fat over the business.”

Nevertheless, the expedition members proceeded to dig from what is now the City of David into ancient Jerusalem’s water tunnels and shafts, completely draining the Siloam Tunnel, diverting water from the Gihon Spring and other passages, and searching for a formerly submerged secret entrance. They found nothing, save some pottery, a piece of an Ionic column, old lamps, Roman projectiles and coins, and an ancient toilet. 

Although it was forbidden to dig within the Temple Mount, Parker eventually managed to bribe authorities to allow the expedition to do so.

The expedition members dug for nine nights before they were discovered, just as hostilities between religions in Jerusalem were on the high due to Passover, Easter, and the Muslim Nabi Musa celebrations. Havoc ensued, with local uproar, demonstrations and the arrest of Temple Mount guards and the expedition’s middleman; the remaining members fled Jerusalem.

THIS INCIDENT left an enduring mark on Jerusalem’s Muslim population, encouraging, as Addison describes it, “a sense of Palestinian identity, centered on Jerusalem and the Haram al-Sharif.” He suggests that the scandal helped bring Muslims together under a unified front to defend al-Haram al-Sharif in an “emerging sense of Palestinian nationalism.”

The Jewish population felt threatened by the Parker Expedition’s encroachment as well, at the time recruiting Baron de Rothschild to invest in parallel digs and ensure Jewish relics didn’t fall into Christian hands.

Seventy years later, Rabbi Shlomo Goren and Rabbi Yehuda Getz, the rabbi of the Western Wall, repeated the expedition’s stunt, digging beneath the Temple Mount secretly, until they, too, were discovered.

While the expedition may have provoked much outrage, it also provided a service to the local population, employing hundreds in the project and filtering the water in the Virgin’s Well and Siloam Pool, after having drained and cleaned the area. They even rebuilt steps to allow for better access to the spring. 

The tunnels the Parker Expedition dug out were meticulously mapped by Father Vincent, a French archaeologist and monk, and provided the pillars for future archaeological digs in the area for the next century.

Most notably, in 1995, Israeli archaeologists Ronny Reich and Eli Shukron continued digging in the same water tunnels and shafts, eventually opening them to the public in the City of David.

“That these visitors walk through the Siloam Tunnel and see the Warren Shaft system is a direct legacy of the work the Parker Expedition carried out,” Addison writes. 

The legacy of the expedition members themselves was perhaps less fortunate.

“Within a few years, three were dead, one was mad, two were bankrupt, one divorced and another deported,” Addison notes. As for Juvelius, he continued decrypting additional ciphers that never availed to any discoveries until the end of his life.

While the narrative of the Parker Expedition is in and of itself rather eccentric, Addison’s account does not fall short of further outlandish tales, Ark theories, anecdotes, and snippets from famous authors of the time referencing members or events relating to the expedition. 

Whether the Ark is hidden beneath Jerusalem is unknown. However, the belief that it has been concealed and preserved beneath the city for 3,000 years spurred an expedition so bizarre, it attracted the world’s attention and caused a ripple effect whose reverberations are still felt today. 


Raiders of the Hidden Ark
By Graham Addison
Edgcumbe Press
298 pages; $12.42


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com