Archive | April 2022

Jerusalem elite enjoyed wine with touches of vanilla in Kingdom of Judah

Jerusalem elite enjoyed wine with touches of vanilla in Kingdom of Judah

JUDITH SUDILOVSKY


Researchers were recently surprised to discover organic residues of the exotic, expensive (even until today) spice on wine jars unearthed during excavations in the City of David.

4. Collection of wine jars after the restoration process / (photo credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

Modern-day wine lovers are not the only ones who enjoy a few vanilla notes in their luxury wines.

Researchers from Tel Aviv University and the Antiquities Authority (IAA) were recently surprised to discover organic residues of the exotic, expensive (even until today) spice on wine jars unearthed during excavations in the City of David National Park, located in Jerusalem’s Silwan neighborhood.

They say the discovery indicates that the wine was enriched with vanilla, and “fantastically” illustrates which luxury products arrived to Jerusalem, possibly from India and is environs, thanks to its strategic location along the international trade route.

The process of “oaking” – the aging of wines in barrels made from oak – which has been around since Roman times imparts an understated vanilla note to wine due to the vanillin chemical compound found in oak. However, the Israeli researchers say their analysis of the residue found three different molecules, which together indicate a fingerprint from vanilla itself, leaving no doubt of the origins of the residue.

Their study, recently published in the scientific journal Plos One, describes the results of chemical tests that identified the remnants of these molecules, which have been preserved in the tiny spaces on the side of the pottery vessels.

.

“Vanilla markers are an unusual find, especially in light of the fire that occurred in the buildings where the jars were found,” said Ayala Amir, a doctoral student in the Department of Archeology and Ancient Near Eastern Cultures at Tel Aviv University. “The results of the analysis of the organic residues allow me to say with confidence that the jars contained wine and that it was seasoned with vanilla.”

IAA director Eli Eskozido noted that new scientific tools continue to contribute information to the archaeological studies of the past.

The discovery of vanilla is apparently related to an international trade route that crossed the Negev during the seventh century BCE, initially under the auspices of the Assyrian Empire and later likely under their heirs, the Egyptians, and possibly even the Babylonians, according to the researchers.

The wine jars, dating to the days of King Zedekiah – the end of the glory days of the Kingdom of Judah – were discovered inside storage rooms of buildings in two different archaeological excavations in the City of David. The two buildings unearthed in the excavations were destroyed during the Babylonian obliteration of Jerusalem in 586 BCE. The jars were discovered smashed inside the rooms, under a collapsed building.

One excavation, conducted by the IAA, is located on the eastern slopes of the City of David hill. Another excavation, under the joint management of the IAA and Tel Aviv University, was conducted in the Givati ​​Parking Lot, west of the hill.

The study examined eight jars from both buildings, and clear evidence was found in all of them for wine storage, according to the IAA.

The finds, including the vanilla used in the wine, indicate that the elites connected to the administrative seat of the Kingdom of Judah living in the neighborhoods of the area were enjoying the good life, according to Dr. Yiftah Shalev.

 Collection of wine jars after the restoration process (credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)Collection of wine jars after the restoration process (credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

Shalev’s excavation, together with Prof. Yuval Gadot in the Givati Parking Lot, revealed a set of more than 15 jars in a ground floor easternmost room that might have been a wine cellar in an impressive two-story building. The archaeologists believe the building might have served as a bureau of senior officials in the kingdom.

Other vessels for storing liquids, including a very large one, were also found in the room that was so crowded that researchers said it would have been very hard for people to move around inside it.

“These finds tell us that the residents of Jerusalem in the late seventh century BCE in this area were people of means, with money, who were connected to international trade and the South Arabia trade,” Shalev said. “They could allow themselves the prestigious things of life that were available then, and were connected to the trends of the day. I don’t know what the wine tasted like then, but it certainly was considered high quality at the time.”

Social events and ceremonies that included drinking wine were also common then in many other cultures in Greece and Eastern empires. It is mentioned numerous times in the Bible, such as in Psalms 104:15, where God is blessed as the creator of “wine, which cheers man’s heart,” and in Amos 6:1-7, as the Prophet Amos rebukes “the complacent in Zion… You lie on beds adorned with ivory and lounge on your couches… You drink wine by the bowlful.”

Seal impressions in the shape of a rosette appear on the handles of some of the jars, indicating that they and their contents were part of the royal administration of the Kingdom of Judah, the researchers said, and that the number of jars and impressions on them point to the economic importance of wine, and the drinking culture, as a tool for expressing status and power.

“These jars were part of the taxation system common throughout Judea in the seventh century BCE,” said Shalev.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Europa kocha Palestyńczyków i udaje, że nie wie dlaczego

Dalal Mughrabi – wzór osobowy dla palestyńskich dzieci, odpowiedzialna za zamordowanie 38 pasażerów autobusu, w tym trzynaściorga dzieci. (Źródło zdjęcia: MEMRI)


Europa kocha Palestyńczyków i udaje, że nie wie dlaczego

Andrzej Koraszewski


Komisja Eurpejska zablokowała drobnych 200 milionów euro przeznaczone dla utrzymanka, czyli nazywanego „prezydentem” dyktatora Autonomii Palestyńskiej. Utrzymanek utrzymuje się na swojej pozycji dożywotniego prezydenta Palestyńczyków dzięki łaskawemu wsparciu Europy i Ameryki, ale również Izraela, wszyscy bowiem są głęboko przekonani, że utrzymanek dobrze podtrzymuje mit o dążeniu Palestyńczyków do pokoju, do rozwiązania w postaci dwóch państw i (oczywiście) do dobrobytu samych Palestyńczyków. 

W to ostatnie najmniej wierzą sami Palestyńczycy, więc nie ma mowy o żadnych wyborach, bo na wygranie takich wyborów Abbas nie ma najmniejszych szans. Europa i Ameryka doskonale to rozumieją i nie mają pretensji do utrzymanka, że się przy władzy utrzymuje bez takich dziwactw jak wybory.

Może nie wszystko w Ameryce i Europie o Autonomii wiedzą, ale znają sondaże i orientują się, że w wolnych wyborach nie tylko Abbas musiałby przegrać, ale jego miejsce zająłby człowiek, który prawdopodobnie odmówiłby udawania, że chce pokoju z Izraelem i rozwiązania w postaci dwóch państw, a bez takiego udawania trudno Palestyńczykom okazywać miłość i udzielać wsparcie. Mahmoud Abbas wzorem swojego poprzednika, Arafata, odrzucił wszystkie propozycje pokoju, jednak od czasu do czasu zapewnia, że myśli o tej sprawie, a winni, że myśli tak rzadko, są oczywiście Żydzi i Europa całym sercem zgadza się z tym wnioskiem, bo przecie logiczny.   

Komisja Europejska wstrzymała głupie 200 milionów euro z powodu kłopotliwych raportów na temat gloryfikujących terror podręczników szkolnych. Wraca ta sprawa na tapetę od lat i wypada coś zrobić, żeby nie mówili, że Europa nic się nie robi. Zapadła zatem decyzja z pełną świadomością, że jak się zabierze tu, to da się gdzie indziej i utrzymankowi nie ubędzie. Niestety na inteligencję członków nie można liczyć, nie wszyscy rozumieją, jak działają mechanizmy wsparcia, i piętnastu minstrów spraw zagranicznych skierowało do Olivéra Várhelyiego, unijnego komisarza ds. wspierania i rozszerzania wsparcia, pismo z wyrazami głębokiego zaniepokojenia zamrożeniem  datku z powodu głupich obaw o zachęcanie w podręcznikach dzieci i młodzieży do terroru.           

Jak się dowiadujemy ze strony Honest Reporting, pismo podpisane przez ministrów spraw zagranicznych Irlandii, Belgii, Cypru, Estonii, Finlandii, Francji, Grecji, Łotwy, Litwy, Luksemburga, Malty, Polski, Portugalii, Hiszpanii i Szwecji, stwierdza:

Pragniemy ponownie wyrazić nasze zaniepokojenie ciągłym opóźnieniem w wypłacie pomocy UE dla Palestyny na rok 2021 z powodu wniosków Komisji, aby uzależnić finansowanie od reformy sektora edukacji […]

Wprowadzenie warunków w czasie, gdy Autonomia Palestyńska jest już zaangażowana w ambitny program reformy edukacji, grozi osłabieniem, a nawet odwróceniem dotychczasowych postępów i może zaszkodzić naszemu toczącemu się dialogowi z Palestyńczykami w tej sprawie i w innych. Ponadto konieczne jest, abyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy, aby wzmocnić umiarkowane głosy w stosunku do bardziej radykalnych”.

Spróbujmy to przełożyć na bardziej zrozumiały język. Ministrowie informują, że doskonale wiedzą, iż utrzymanek zajmuje się kształceniem młodego pokolenia Palestyńczyków do terroru, ale jest na tyle umiarkowany i dobrze wychowany, że nie mówi tego po angielsku, więc nie powinniśmy wysyłać sygnałów, że wiemy, co mówi po arabsku, bo to robi bardzo złe wrażenie. Współczujemy Palestyńczykom, że im Izraelczycy przeszkadzają w zabijaniu Żydów, ale przecież nie mówimy tego głośno.

Co może być złego w nauczaniu palestyńskich dzieci religii? Dlaczego mamy karać pokój miłującego Abbasa za to, że w palestyńskich szkołach finansowanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych naucza się, że najpiękniejszym celem w życiu jest śmierć w trakcie zabijania niewiernych, że Izrael jest „szatański” i ukradł Palestyńczykom ich starożytną historę, że Żydzi są podstępni i nigdy nie wolno im wierzyć, że ci, którzy przeprowadzają ataki terrorystyczne, są największymi bohaterami?

Czy to ma być powód, dla którego, my, Europejczycy, mamy wyrzekać się naszej tradycji i odmawiać sobie współczucia i szczodrości dla Palestyńczyków? Czasami słyszymy podstępne i nieuczciwe pytania, którym Palestyńczykom współczujemy. Oczekuje się od nas współczucia dla jakichś Palestyńczyków, którzy rzekomo giną pod bombami Assada, albo dla tych, którzy podobno nie mają żadnych praw w Libanie, albo dla tych, którzy mają ograniczone prawa w Jordanii, może jeszcze każą nam się przejmować tym, że są obozy dla „palestyńskich uchodźców” na terytoriach palestyńskich w Gazie oraz w Judeii i Samarii? To są skandaliczne wykręty ludzi, którzy próbują odwracać uwagę od tego, co dla nas, Europejczyków, jest najważniejsze.

I co z tego, że przesyłane utrzymankowi pieniądze są systematycznie rozkradane? Spełniają przecież swój najważniejszy cel. Rozkwit palestyńskiej gopspodarki, dobrobyt palestyńskiego społeczeństwa spowodowałby wyłącznie rozleniwienie, osłabienie walki prowadzonej przez Organizację Wyzwolenia Palestyny (jak również Hamas i Palestyński Dżihad).          

Europa kocha wyłącznie tych Palestyńczyków, którzy deklarują, że będą walczyć o „wolną Palestynę” jak długo chociaż jeden Żyd kala swoimi stopami Ziemię Świętą. (A to przecież zgadza się z długą tradycją Watykanu, Aten, Brukseli, Paryża, Madrytu i Warszawy.) Wielu zaprotestuje twierdząc uparcie, że współczującymi Europejczykami kieruje dobre serce i obrona praw człowieka, poczucie sprawiedliwości i dążenie do pokoju.

No cóż, jak każdy mogę być w błędzie, a moja opinia może być krzywdząca. Niesłusznie mogę kojarzyć tę miłość do Palestyńczyków (ale tylko do tych umiarkowanych jak Abbas, i skrzywdzonych jak Hamas, Palestyńczyków) z historią Kościoła katolickiego, z historią cerkwii prawosławnej, z historią kościołów protestanckich, z tym gdzie powstały Protokoły mędrców Syjonu i gdzie napisano Mein Kampf, może niesłusznie kojarzę zapał ministra Zbigniewa Raua do podpisania tego listu z protestem z faktem, że w komunistycznej Polsce były obozy treningowe dla bandytów Arafata, a po uwolnieniu się od komunizmu kolejne rządy wszystkich kolorów nadal z zapałem popierały wszystkie antysemickie rezolucje ONZ. Teraz przecież robiliśmy to i robimy nadal, żeby być dobrymi Europejczykami. (Pewnie dlatego nie zauważa tych praktyk prasa rządowa, opozycyjna i ta, udająca rzetelne dziennikarstwo. Pewnie dlatego tak popieramy pielęgowanie europejskich tradycji przez USA.) Politycy i dziennikarze uczciwie wierzą, że chcą pokoju i rozwiązania w postaci dwóch państw. W trosce o swoją uczciwą wiarę odmawiają informowania, co znajduje się w palestyńskich podręcznikach, w trosce o swoją wiarę odmawiają informowania o aresztowaniach palestyńskich zwolenników pokoju z Izraelem, w trosce o swoją wiarę odmawiają informowania o niebotycznej korupcji w Gazie i na obszarach Autonomii Palestyńskiej, nędza Palestyńczyków jest oczywiście winą Żydów, bo jakżeby inaczej. Przecież żadne państwo na świecie nie dostało takiej ilości pomocy zagranicznej jak Palestyńczycy.

A może częścią wyjaśnienia jest ten list piętnastu europejskich ministrów?


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Arthur Szyk’s Haggadah and the Jews of Lviv

Arthur Szyk’s Haggadah and the Jews of Lviv

Irvin Ungar


An image from “Family at the Seder,” from the 1935 Haggadah by artist Arthur Szyk (b. 1894, Lodz, Poland—d. 1951, New Canaan, Connecticut). Photo: courtesy Irvin Ungar

This Passover, we are sickened by the degradation, oppression, and murder of Ukrainian civilians at the hand of a hardened, modern pharaoh, as we witness a new exodus of those seeking refuge. We are commanded, then, to enforce the directive of the Haggadah narrative “Let all who are hungry, come and eat,” by feeding the needs of our fellow human beings and being sensitive to their plight.

Arthur Szyk’s Haggadah art of the 1930s speaks directly to the Jews of Lwów (now Lviv, Ukraine, a.k.a. Lemberg), providing a measure of affection and inspiration, awareness and vigilance, in another time of need.

Family at the Seder. Image: “The Haggadah,” Arthur Szyk, 1935.

At the top center of the above image lies the emblem/coat of arms of the Polish city of Lwów. Additionally, on the fluttering ribbon, Szyk inscribed the Latin words Semper Fidelis, meaning “Always Faithful.”

Why did Szyk include this coat of arms in his Haggadah, both to the Jews of Lwów and its local government, at a time when Hitler had come to power in neighboring Germany? The answer: Jews from that city had formed a cooperative to support the artist’s work, and he reciprocated with recognition and appreciation.

The Lwow medallion: Szyk draws iconic images on his chest as a proud Jew and Pole for the cooperative seal. Image: Lwów Medallion, Arthur Szyk, 1933.

Out of this consortium — following a 1936 visit by Szyk to the Lwów home of Herman Horowitz, in which he showed the Haggadah drawings to a group of his fellow citizens — the Beaconsfield Press in London was established for the sole purpose of publishing “The Haggadah.” These Lwów Jews would enable the Lodzer Jew, Arthur Szyk, to declare through his visual Haggadah commentary a heroism in the face of evil during their own day.

The Great Halleil: One of Szyk’s many heroic warriors featured in his Haggadah. Image: “The Haggadah,” Arthur Szyk, 1935.

In honor of one of the easternmost cities in Poland (now a western city of Ukraine), Szyk even considered calling his masterwork The Lemberger Haggadah, in honor of its former name, as witnessed in an unpublished dedication page.

The Yiddish and Polish text there reads: “Wanting to pay tribute to my ancestral homeland, the residence of my forefathers, I dedicate with great devotion and affection this particular Haggadah. And in honor of the notables of the city of Lemberg, who were stimulated by my work, I am calling this book The Lemberger Haggadah.” 

Dedication to the Jews of Lwów page. Image: Arthur Szyk, 1936. Unpublished.

Eventually, two other dedication pages were chosen to be included in the 1940 First Edition, published in London. One was dedicated in English to King George VI, with Szyk identifying himself as an “Illuminator of Poland. A second was dedicated in French, beginning with the words, “I am but a Jew praying in art…” and signed by Szyk as “Imagier d’Israel” — painter of Israel. Still, Szyk never forgot the Jews of Lwów and its city, combining both his Polish and Jewish identities, with the placement of its coat of arms at the beginning of his Haggadah.

While he had numerous, shifting identities during his lifetime, one thing remained the same: Arthur Szyk’s unwavering loyalty and commitment to pursue freedom and justice wherever and whatever the place-name, while enabling us through the spirit of his Haggadah to inspire, uplift and support our brothers and sisters in every age.


Irvin Ungar, a former pulpit rabbi and antiquarian bookseller, has devoted the past quarter-century to scholarship on Arthur Szyk. He has curated and consulted for numerous Szyk museum exhibitions and is the author of “Arthur Szyk: Soldier in Art,” the co-producer of the documentary film, “Soldier in Art: Arthur Szyk,” and the creator and publisher of the luxury limited edition of The Szyk Haggadah. He has also served as the curator of The Arthur Szyk Society in Burlingame, California.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Rosyjskojęzyczni Ukraińcy wolą kaleczyć ukraiński, niż mówić po rosyjsku jak sprawcy zbrodni w Buczy

Na zdjęciu na dole od lewej: Justyna Czerwińska, Ewa Winiarska, Maria Puzyna, drugi rząd: Agata Wróbel i Maniucha Bikont, u góry Tetiana Sopiłka (materiały zespołu)


Rosyjskojęzyczni Ukraińcy wolą kaleczyć ukraiński, niż mówić po rosyjsku jak sprawcy zbrodni w Buczy

Mirosław Maciorowski


Moi znajomi ze Wschodu opowiadają mi, że tamtejsi rosyjskojęzyczni mieszkańcy próbują teraz mówić łamanym ukraińskim. I nie robią tego dlatego, że uznali, iż nie wypada mówić dziś po rosyjsku, ale dlatego, że tak po prostu chcą.

Dziczka – zespół wokalny wykonujący ukraińskie tradycyjne pieśni obrzędowe, liryczne i religijne powstał w 2006 r. z inicjatywy Tetiany Sopiłki. Dziczka (wg. słownika języka polskiego słowo to oznacza zarówno młode drzewo, jak i dziki pęd) w swoich interpretacjach starych ukraińskich pieśni stara się zachować oryginalne brzmienie lokalnych dialektów, a także sposób wykonania.

Rozmowa z Tetianą Sopiłką

Mirosław Maciorowski: O czym śpiewa Dziczka? O Ukrainie? A może, jakby powiedział Putin – o Małorosji?

Tetiana Sopiłka*: Na pewno nie o Rosji, ale nie jestem pewna, czy tylko o Ukrainie. Dziczka śpiewa o uczuciach, chyba rzeczywiście ukraińskich. Choć tak się zastanawiam, czy uczucia w ogóle są narodowe? Czy pewnych spraw Polacy, Ukraińcy i inne nacje nie odczuwają tak samo albo bardzo podobnie?

Jakie to uczucia?

– To nie są pieśni o zabitych czy o koszmarach, jakie widzimy teraz w doniesieniach z Ukrainy. Śpiewamy wprawdzie o wojnie, ale o żadnej konkretnej. Pieśni wykonywane przez Dziczkę pochodzą często z czasów carskiej Rosji. Emocje towarzyszące wojnom są zawsze podobne i absolutnie uniwersalne. Śpiewamy o tym, co przeżywa matka, która oddała syna do wojska, albo dziecko, które straciło rodziców, czy narzeczona, której chłopak nie wrócił. Ale śpiewamy też o powrocie z wojny, na przykład o spotkaniu żony z mężem – on wrócił, ale wojna tak go zmieniła, że kobieta nie może go poznać. Spodziewała się mężczyzny, którego pożegnała, a stoi przed nią jakby inny człowiek.

Tetiana Sopiłka, etnomuzykolożka, wokalistka, założycielka zespołu Dziczka wykonującego tradycyjną muzykę ukraińskąTetiana Sopiłka, etnomuzykolożka, wokalistka, założycielka zespołu Dziczka wykonującego tradycyjną muzykę ukraińską Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Są pieśni bardzo poruszające, na przykład o umierającym Kozaku, którego jedynym bliskim w obliczu śmierci jest koń, więc to do niego kieruje swoje ostatnie słowa. Koń ma je przekazać jego rodzinie – coś jakby testament. Ta pieśń zawsze wywołuje wielkie emocje. Kiedy przed laty jeździłam po Ukrainie i zbierałam archaiczne pieśni i nagrywałam ich wykonania, wiejskie kobiety często przerywały śpiew, głos grzązł im w gardłach. To świadczyło o ich ogromnej empatii, ale zapewne również o jakimś osobistym doświadczeniu.

Nam podczas koncertów również ten nastrój często się udziela, kiedy wykonujemy taki repertuar. Szczególnie teraz, gdy wszystko z tych pieśni nagle stało się tak bardzo realne.\

Dziczka – „Boże daj że” / „Боже дай же”

Można powiedzieć, że wyszukując te pieśni, zbierała pani dowody na istnienie narodu ukraińskiego, którego istnienie kwestionuje Putin?

– Chyba rzeczywiście tak to można nazwać. To wprawdzie pieśni o uniwersalnym przekazie, ale jednak mające związek z miejscem, w którym powstały, czyli z Ukrainą.

Gdzie pani szukała tych pieśni?

– W całej Ukrainie, ale najbardziej skupiłam się na obszarze Połtawszczyzny – to już Zadnieprze, ale jeszcze nie wschód kraju, raczej centrum. Swoje badania terenowe prowadziłam tam od początku lat 90. Jeździłam tam sama albo w dwu-trzyosobowych zespołach. Oczywiście nie samochodem, bo go nie mieliśmy, często autostopem, a czasem pieszo, z mapą w ręku. Szliśmy od wioski do wioski po kilkanaście, a czasem nawet ponad dwadzieścia kilometrów.

Tetiana Sopiłka w latach 90. w czasie badań terenowych nagrywa pieśniarki ze wsi Kriaczkiwka na PołtawszczyźnieTetiana Sopiłka w latach 90. w czasie badań terenowych nagrywa pieśniarki ze wsi Kriaczkiwka na Połtawszczyźnie fot. archiwum Tetiany Sopiłki

Na wsiach zaczynaliśmy zwykle od poczty albo sklepu, bo ich pracownicy zawsze dużo wiedzą. Zatrzymywaliśmy też napotkanych mieszkańców, pytaliśmy, czy ktoś w wiosce śpiewa albo czy może słyszeli o kimś takim w sąsiedniej wiosce. Te pieśni często wykonywane są na weselach, więc pytaliśmy też o ludzi, którzy na nich bywają. Szukaliśmy głównie ludzi starszych.

To oczywiście nie było tak, że przychodziliśmy i mówiliśmy: „Dzień dobry, proszę nam coś zaśpiewać”. Najpierw trzeba było pogadać o życiu, zdobyć zaufanie. Czasem nawiązanie relacji wymagało czasu, ale w końcu ludzie opowiadali nam o miejscowych zwyczajach i śpiewali. My te pieśni nagrywaliśmy na magnetofony i robiliśmy notatki, a po powrocie do Kijowa wszystko trzeba było opracować pod względem muzycznym i faktograficznym. Połtawszczyznę wybrałam ze względu na piękny wielogłos, jaki tam się stosuje. W całym tym regionie sporo ludzi śpiewało, ale żeby wyłowić prawdziwe perełki, trzeba było mieć szczęście. Ja miałam, na przykład spotkałam fenomenalny zespół ze wsi Kriaczkiwka, o którym w naszych kręgach wiedzą dziś wszyscy. Osobiście miałam szczęście odkryć znane dziś zespoły pochodzące z takich wsi jak Wepryk czy Bobriwnyk, które udało mi się nagrać i wydać na płytach. Tworzyli je wybitni śpiewacy, którzy wykonywali znakomity repertuar.

Po ukraińsku, a nie po rosyjsku?

– Oczywiście. Są wyjątki, ale jeśli pieśń przywędrowała spoza Ukrainy, wykonawcy zawsze o tym informują.

Pytam o to, bo przeciętny Polak uważa, że większość ludzi na Zadnieprzu mówi po rosyjsku, więc są Rosjanami.

– Nie jestem pewna, co myślą o tym Polacy. Może obowiązuje taki szablon w myśleniu, ale to nieprawda.

Dziczka – „Pąć”

A jaka jest prawda?

– Ukraina oczywiście nie jest jednolita pod względem etnograficznym i kulturowym, ale mówienie, że istnieje wyłącznie podział na zachód i bardzo od niego odmienny wschód, jest nieprecyzyjne. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę tylko sam wschód, to jego północna i południowa część również znacznie się od siebie różnią – zwyczajami, strojami, folklorem po prostu.

Generalnie na zachodzie i w północnej części mamy głównie ludność autochtoniczną, czyli taką, która mieszka tam od wieków i mało się zmieniła – tak jest na przykład na Polesiu i w Karpatach. Natomiast wschód i południowa część na przestrzeni dziejów zostały poddane intensywnym procesom migracyjnym i na Zadnieprzu – w Zaporożu, Donbasie czy w okolicach Charkowa – ludność mocno się wymieszała. Przybywali tam Rosjanie, ale również Ukraińcy z różnych regionów, także z zachodu. Każdy przynosił kawałek swojej kultury. Język rosyjski rzeczywiście słyszymy na wschodzie, ale – wyraźnie to podkreślę – niemal wyłącznie w dużych miastach. To spuścizna po czasach carskich i sowieckich, gdy Rosjanie napływali tam wraz z rozwojem przemysłu.

Ale gdy tylko wyjedzie się za opłotki tych miast, to język rosyjski natychmiast znika, a pojawia się ukraiński.

Na wsiach raczej nikt po rosyjsku nie mówi i przede wszystkim folklor jest ukraiński. Tego nie da się podważyć. Tak jest też na terenach okupowanych dziś przez Rosję, na przykład w obu samozwańczych republikach – Ługańskiej i Donieckiej, o które toczą się walki.

Jeśli spojrzelibyśmy na zdjęcia pokazujące mieszkańców wsi z tych terenów, to będą oni ubrani w tradycyjne stroje ukraińskie, zupełnie inne niż rosyjskie.

Czym się one różnią?

– Kluczowymi elementami. Stroje ukraińskie oczywiście w każdym regionie mają swoją specyfikę, ale istnieją pewne cechy wspólne. Charakterystyczna jest na przykład kersetka, rodzaj bezrękawnika przechodzącego w spódnicę. Kersetki nie ma w stroju rosyjskim – w Rosji wieśniaczka nosi na przykład sarafan, suknię bez rękawów długą po kostki. W Ukrainie i w Rosji są też całkiem inne kroje koszul i wzory haftów.

Lata 90., Tetiana Sopiłka z Akademii Muzycznej w Kijowie nagrywa zespół pieśniarek ze wsi Bobriwnyk na PołtawszczyźnieLata 90., Tetiana Sopiłka z Akademii Muzycznej w Kijowie nagrywa zespół pieśniarek ze wsi Bobriwnyk na Połtawszczyźnie fot. archiwum Tetiany Sopiłki

Różnice słychać także w muzyce. W Akademii Muzycznej w Kijowie zajmowaliśmy się m.in. stworzeniem atlasu charakterystycznych zjawisk występujących w archaicznych pieśniach. Nasze badania wykazały, że choć teksty i melodie oczywiście się w nich zmieniają, to od stuleci niezmienna jest tzw. formuła rytmiczna. Rytmika naszych pieśni jest inna niż rosyjska. Ich pieśni oparte są na zupełnie odmiennych podstawach – inny jest wielogłos, melodia, rytmika, po prostu powstały w zupełnie innej kulturze, a nie mówimy tu o XX czy XXI w. To sięga stuleci wstecz i także dowodzi, że stanowimy całkowicie odrębny naród.

A popularna u nas pieśń „Hej sokoły” jest ukraińska? W Wikipedii można przeczytać, że skomponował ją Polak Maciej Kamieński. Ale słyszałem, że autorem pierwowzoru może być ktoś inny.

– Prawdopodobnie pochodzi z Ukrainy. Ta melodia jest u nas znana jeszcze z początku XVIII w., ma wersję z prawie identycznym tekstem. Ale popularniejsze są warianty z tekstem „Jichaw Kozak za Dunaj”, przypuszczalnie autorstwa Semena Kłymowskiego, o rozłące Kozaka z ukochaną dziewczyną. Albo „Ty ż mene pidmanuła” – jej tekst to dialog chłopaka z dziewczyną, która umawia się z nim na kolejne dni tygodnia, ale nie przychodzi.

Ta melodia jest zresztą znana w całej Europie, bo Beethoven wykorzystał ten temat w dwóch swoich utworach, zresztą nie tylko on, także wielu innych kompozytorów.

Dziczka – „Szo u ‘Rusalymi” / „Шо й у ‘Русалимі”

A czym się różni folklor na wschodzie i zachodzie Ukrainy?

– Mogę mówić o muzyce, bo nią się naukowo zajmuję. Na wschodzie pieśni mają charakter bardziej indywidualny, wręcz osobisty, co widać na przykład w rozbudowanych solowych zaśpiewach, których nie ma w takim stopniu na zachodzie. Na Zadnieprzu występuje specyficzny rodzaj wielogłosu, w którym każdy musi się jakby osobno wypowiedzieć, choć przez chwilę być na pierwszym planie, co moim zdaniem oddaje też trochę mentalność miejscowych. Natomiast na zachodzie, na przykład na Polesiu, śpiewa się raczej na zasadzie „wszyscy razem”, to są wykonania bardziej gromadne, w dobrym znaczeniu tego słowa.

Ukraina jest więc różna, jej zwyczaje i pieśni są nieco odmienne w zależności od regionu, ale na pewno pokrewne. Ukraińcy różnią się też od Rosjan pod względem mentalności.

Jak się różnią?

– Nie da się tego opisać bez uproszczeń, ale na przykładzie tekstów niektórych pieśni można powiedzieć, że charakter Rosjanina to z jednej strony podległość i pokora, ale też elementy agresji, zaś Ukraińca – głównie potrzeba wolności i bunt w walce o nią. Historia naszego narodu to w dużej mierze ciąg buntów, zarówno w czasach, gdy nasze ziemie znajdowały się w granicach Rzeczypospolitej, jak i w czasach rosyjskich czy sowieckich. Moim zdaniem to, co dziś obserwujemy w Ukrainie i Rosji, również jest na to dowodem. Tam dominuje podporządkowanie władzy, a my walczymy o wolność. Mamy ją wpisaną w geny. Kozacy to przecież byli jeźdźcy na stepie, ludzie wolni. To jest mocno wryte w ukraińską świadomość zbiorową.

Mogę jeszcze przytoczyć popularną opowieść ludową, która obrazuje różnice kulturowe między Rosją i Ukrainą, a dotyczy roli kobiet.

Bardzo proszę.

– Ukraiński dialog małżeński. On do niej: – Słuchaj, kobieto, jak wracam z pracy i mam czapkę przesuniętą do tyłu, na potylicę, to znak, że jestem w dobrym humorze. Możesz wtedy zajmować się swoimi sprawami, nie będzie mi to przeszkadzać. Ale jak mam czapkę naciągniętą na czoło, aż po brwi, to znak, że jestem w złym humorze. Wtedy masz podać obiad, kieliszek wódki i zniknąć mi z oczu.

Zespół Dziczka podczas koncertu pieśni pasyjnych w Muzeum Etnograficznym w Warszawie 8 kwietnia 2022 rZespół Dziczka podczas koncertu pieśni pasyjnych w Muzeum Etnograficznym w Warszawie 8 kwietnia 2022 r Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Ona na to: – Wiesz co, jak ty wracasz do domu i ja się uśmiecham, trzymam ręce na bokach, to znaczy, że będzie wszystko dobrze. Ale jak mam ręce splecione na piersiach, to mnie już w ogóle nie obchodzi, jak ty masz założoną czapkę.

To pokazuje, że ona się go nie boi, nie da sobą rządzić i sama decyduje o tym, jak się będzie zachowywać. Ta anegdota pochodzi ze wschodu, ale dotyczy całej Ukrainy. Kobieta na naszej wsi ma po prostu inną pozycję niż kobieta na wsi rosyjskiej. Tam w utrwalonej patriarchalnej tradycji nie może się stawiać i nie ma nic do powiedzenia. Często jest bita, pomiata się nią, a jej rola sprowadzona została do pracy i usługiwania mężowi. W pieśniach, które śpiewa nasz zespół, opowiadamy niekiedy dramatyczne historie z udziałem kobiet, ale po pierwsze, zawsze one się w nich bronią, walczą ze złem, a po drugie, same o sobie decydują.

Co ciekawe, na terenach, które badałam, cały repertuar pieśni męskich wywodzących się ze środowiska kozackiego czy czumackiego [czumak – chłop przewożący towary na wozach] przeszedł do repertuaru kobiecego. Pieśniarki naśladują nawet ich manierę i śpiewają tak jak mężczyźni. A więc kobieta w Ukrainie potrafi wszystko!

Folklor folklorem, ale muszę zapytać o historię, bo mam wrażenie, że Ukraińcy z zachodu odwołują się do zupełnie innych wydarzeń niż ci ze wschodu. Na zachodzie – w obwodzie tarnopolskim czy lwowskim – silna jest tradycja nacjonalistyczna. Kultywuje się tu pamięć o Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), a Stepanowi Banderze stawia się pomniki. Wykorzystuje to oczywiście rosyjska propaganda, nazywając wszystkich Ukraińców „banderowcami”. Z kolei na wschodzie UPA się potępia. Miejscowi odwołują się tam chyba raczej do tradycji drugiej wojny, zwanej w ZSRR Wielką Wojną Ojczyźnianą. W szeregach Armii Czerwonej zginęły przecież miliony Ukraińców.

– Nie da się tego w tak prosty sposób opisać. Stosunek do UPA i Bandery rzeczywiście nie jest jednolity, w Kijowie na przykład dochodziło na tym tle do ostrych debat i sporów.

Pytanie brzmi, czy Ukraińcy dobrze poznali swoją historię? Mam wrażenie, że jeszcze nie.

Jakiś obraz kreowały u nas media, nie chcę powiedzieć, że niewiarygodny, ale oceny wydarzeń były tak skrajnie różne, bo często wpływali na nie politycy, że naprawdę trzeba było się zastanowić, którym tropem iść. Sama mam wiele pytań o naszą historię, na które nie zdołałam sobie jeszcze odpowiedzieć.

Ale gdy zapyta pani Polaka o UPA i Banderę, to natychmiast przywoła rok 1943 i rzeź na Wołyniu.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Jednak każdy naród ma swoją prawdę i patrzy na historię z własnego punktu widzenia. Moim dzieciom staram się wytłumaczyć, dlaczego ludzie czasem odmiennie oceniają jakieś wydarzenie, że często zależy to od kontekstu. Dla wielu Ukraińców UPA była po prostu armią partyzancką, która walczyła z Sowietami o niepodległą Ukrainę. Jest ona składnikiem naszej tradycji i nie da się jej wymazać z ukraińskiej historii. Partyzanci UPA swoje postępowanie pojmowali jako walkę o wolność i przyszłe państwo. Inną sprawą jest to, jakich metod w tej walce używali. Niestety, były drastyczne, mordowanie ludzi zawsze jest godne potępienia i nie można go usprawiedliwiać. Nasze dzieje nie są czarno-białe. Myślę, że Ukraińcy potrzebują jeszcze czasu, by wszystko dokładnie przemyśleć i ocenić.

A czy rosyjskojęzyczna ludność na wschodzie Ukrainy uwierzyła w propagandę Putina, że mieszka w kraju banderowców i faszystów?

– Absolutnie nie. Tam rzeczywiście ani UPA, ani Bandera nie mają wielu zwolenników, ale to nie znaczy, że mieszkający tam ludzie są prorosyjscy. Najlepszym dowodem na to, że nie są, jest fakt, że tak dzielnie walczą o pozostanie swoich miast w Ukrainie, a Rosjan traktują jak najeźdźców i okupantów.

Nie jestem prorokiem, nie wiem, co się wydarzy, ale moim zdaniem wojna spowodowała, że ostatecznie uświadomili sobie przynależność do narodu ukraińskiego. Nawet ci, którzy wcześniej się wahali.

Mam kontakty ze znajomymi na wschodzie i wiem, że niektórzy rosyjskojęzyczni mieszkańcy próbują dziś nawet mówić łamanym ukraińskim.

I nie robią tego dlatego, że uznali, iż nie wypada mówić teraz po rosyjsku, ale dlatego, że tak po prostu chcą. Nie chcą być identyfikowani ze sprawcami zbrodni w Buczy, Hostomlu czy Mariupolu.

Można więc powiedzieć, że nikomu nie udało się zrobić więcej dla ukrainizacji Ukrainy niż Putinowi.

Jest pani Ukrainką, która mieszka w Polsce, ale nie urodziła się pani w Ukrainie?

– Pochodzę z Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, która wtedy była republiką radziecką. Moja mama wyjechała tam z Ukrainy na studia, po ukończeniu których musiała jeszcze jakiś czas zostać w Mołdawii i tam pracować – takie były przepisy. Wcześniej poznała tatę, pobrali się i żeby ona nie była tam sama, to on do niej pojechał i tam podjął pracę. Dlatego tam się urodziłam. Rodzice do tej pory mieszkają w Kiszyniowie, ja skończyłam tam liceum. Miałam 18 lat, gdy rozpadł się Związek Radziecki. W owych niespokojnych czasach nie do końca było jasne, co stanie się z przedstawicielami różnych narodowości, którzy mieszkali w Mołdawii. Mnóstwo ludzi zdecydowało się wtedy opuścić ten kraj, i ja też. Pojechałam na studia do Kijowa i już zostałam w Ukrainie.

Do Polski trafiłam dzięki muzyce. Jeszcze na studiach współpracowałam z polską fundacją Muzyka Kresów, dzięki której przyjechałam do Polski jako instruktorka śpiewu w Letniej Szkole Muzyki Tradycyjnej. Poznałam w niej przyszłego męża, Polaka, i tu zostałam.

Przed nami Wielkanoc. Katolicy obchodzą ją w tym roku 17 kwietnia, prawosławni – tydzień później. Jakie tradycyjne dania świąteczne pojawiają się wtedy na ukraińskich stołach?

– Kuchnie w regionach Ukrainy różnią się, ale są dania wspólne. Jednym z nich jest paska, zdobiony chleb drożdżowy, często na słodko. Kiedyś na ukraińskich wsiach robiło się paski ogromnych rozmiarów, teraz niekoniecznie, ale to obowiązkowy element na wielkanocnym stole. Paska jest elementem święconki, rodzina dzieli się nią przy stole.

W drugim wariancie paskę robi się z białego twarogu. Wtłacza się go w formę, by uzyskał specyficzny kształt przypominający piramidę, co ma symbolizować górę Golgotę. Do tego podajemy różne mięsa i wędliny, no ale przede wszystkim jajka w różnej postaci – to najważniejszy element wielkanocnego stołu w Ukrainie.

Tak jak w Polsce.

– Tak, podobnie. Nasze świąteczne kuchnie mają wiele wspólnego. Zresztą tak naprawdę Ukraińcy i Polacy tak bardzo się między sobą nie różnią.


Rozmawiał Mirosław Maciorowski

* Tetiana Sopiłka – etnomuzykolożka, wokalistka i konsultantka muzyczna, założycielka zespołu Dziczka –wykonującego tradycyjną muzykę ukraińską. Ukończyła Akademię Muzyczną w Kijowie, śpiewała w legendarnym w Ukrainie zespole Drewo założonym w 1979 r. W latach 90. jeździła po wsiach, głównie zadnieprzańskich, wyszukując i dokumentując oryginalne, archaiczne pieśni i obrzędy ukraińskie. Mieszka w Polsce, robi oprawy muzyczne do spektakli i filmów. Współpracowała m.in. z Wojciechem Waglewskim, Tadeuszem Słobodziankiem i Iwanem Wyrypajewem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A Different Ball Game

A Different Ball Game

ZEV ELEFF


Ryan Turell COURTESY JOE BEDNARSH AND ADENA STEVENS

Jewish athletes have long made all-or-nothing decisions about playing on holy days. An Orthodox basketball star’s proposed compromise could change that.

.

Yeshiva University basketball star Ryan Turell announced this month that he will enter the NBA draft in June. A Division III standout, Turell was, in his final season, college basketball’s leading scorer across all NCAA divisions. If selected, the 6-foot-7 shooting guard will be the NBA’s first Orthodox Jewish player. One major obstacle to playing professional sports for Orthodox Jews is how to negotiate Shabbat observance. Turell told ESPN that, if drafted, he “plans on playing on Shabbat and walking to the gym.” Turell will not interrupt Shabbat by driving in a car or flying on an airplane.

In the past, celebrated Jewish athletes who were not necessarily observant took a strict stand by sitting out of competition altogether on Judaism’s holiest days. Now, as the discussion has turned from the expectations of major Jewish sports figures to the specific needs of Orthodox Jewish athletes, the issue has shifted from once-a-year Yom Kippur observance to weekly Shabbat practice.

Turell’s intention to play basketball on Shabbat is emblematic of a reorientation in American Jewish life. In the past, American Jews comfortably compartmentalized their dual identities, sometimes compelled to choose one over the other. The new emphasis focuses on a coalescence into a single identity, to find a compromise that allows Jewish athletes to embrace both sides of themselves. It suggests that America’s Jews ought to eliminate barriers, within reason, to demonstrate the agreement between their faith and American life.

The best-known encounters between sports and religious observance center on Yom Kippur. In 1934, when his team was trying to capture the pennant, Detroit Tigers first baseman Hank Greenberg sat out on Yom Kippur. The slugger had long since abandoned strict Jewish observance but fans, rabbis, and his parents had cajoled the future Hall of Famer to take the day off, and Greenberg relented to the pressure. It likely helped that the Tigers had several more wins than the Yankees and had the pennant locked up.

Hall of Famer Sandy Koufax is the other larger-than-life example of Yom Kippur observance. In 1965, the Los Angeles Dodgers pitcher swapped starts with fellow star pitcher Don Drysdale to open the World Series. Drysdale was a worthy replacement, and the switch still gave Koufax three opportunities to pitch in a seven-game series against the Minnesota Twins. Drysdale and Koufax lost the first two games. But Koufax rebounded and held the Twins scoreless in his two subsequent starts. The Dodgers won the World Series and Koufax was named Most Valuable Player.

The pressure on Koufax to sit out on the holy day was self-imposed; even though he was not Orthodox, Koufax understood that Yom Kippur is Judaism’s most sacred annual occasion. “I’m Jewish,” Koufax explained to a Los Angeles rabbi. “I’m a role model.” It was for him an all-or-nothing decision, an effort to compartmentalize his relationship to American sports and his Jewish identity.

Greenberg and Koufax sat out on Yom Kippur to publicly demonstrate that they held onto two distinct identities. American baseball conflicted with Yom Kippur, so Greenberg and Koufax had to choose one over the other.

Their reluctance to find a middle ground highlighted both identities even though one was surrendered for the other. They have remained a symbol of what Jews in the United States do on their holy days. They do not compromise. They withdraw from the public scene. They sit.

Hank Greenberg / WIKIPEDIA

This all-or-nothing approach that Greenberg and Koufax made famous has persisted. But the Orthodox stance on observing Shabbat—something neither Greenberg nor Koufax did—has expanded the number of potential calendar conflicts 50-fold. It’s one thing to sit out one or two games in your career; it’s quite another to navigate weekly religious observance.

It’s an issue that came to public light more than 50 years ago, in a 1971 episode of The Bill Cosby Show on TV called “The Saturday Game,” which centered on an Orthodox baseball player wrestling with whether to play on Shabbat. (Cosby, as the coach, advises the young athlete to sit out the Saturday contest.) It became a real-life issue more recently: In 1999, the University of Maryland offered Tamir Goodman, the so-called “Jewish Jordan,” an athletic scholarship to play for the basketball team. Back then, the Terrapins were a top-tier program and would win the NCAA championship in 2002. The school had tried to accommodate Goodman’s religious practices by removing as many Saturday games as possible from their schedule but could not make it work. Instead, Goodman accepted an offer from nearby Towson University, which allowed him to play basketball six days a week and stay off the court on Saturdays.

Other examples grabbed headlines. In February 2001, the Illinois High School Association told Ida Crown Jewish Academy that it would not reschedule the regional final playoff game should the 22-1 Aces defeat their opponents in the basketball tournament’s semifinal round. The championship was slated for Friday evening, directly after sunset, the onset of Shabbat. In the end, Holy Trinity defeated Ida Crown and the scheduling conflict became a nonissue. However, it is telling that during the commotion the school did not weigh a middle-ground option: Ida Crown’s principal did not suggest staying at a nearby hotel and walking to the gym, even though that would have obviated the major hurdles for Shabbat observance. (While there is rabbinic debate over the extent to which sports themselves are proscribed on Shabbat, there is no debate among the Orthodox over the traditional prohibitions against “work,” which includes the use of electricity and driving.)

On some occasions, Orthodox Jews have pulled political and legal levers to ensure that their programs do not conflict with Shabbat observance. These examples represent the other side of the all-or-nothing perspective on Shabbat competition: urging others to rearrange the schedule to permit Orthodox Jews’ full participation.

Extracurricular debate teams have also entered this political arena. In 2005, the heads of Teaneck, New Jersey’s Torah Academy of Bergen County protested that the National High School Mock Trial Championship in Charlotte, North Carolina, would not accommodate its students’ Shabbat needs.

The school successfully lobbied its case, with support from the New Jersey and North Carolina bar associations. But four years later, the same championship told Maimonides School in Brookline, Massachusetts, that it could not avoid scheduling debates on Shabbat; organizers, furious that the bar associations had intervened, would not make accommodations. The Maimonides students protested: “Shabbat is not at all voluntary and not something you can compromise on,” explained co-captain Leah Sarna. The students’ parents enlisted noted civil rights attorneys Nathan and Alyza Lewin, who petitioned the U.S. Justice Department to issue a letter to the competition administrators that since their agency received federal funds, forcing debaters to compete on Shabbat was discriminatory on the basis of religion. The letter applied the needed pressure to convince state judicial leaders to intervene.

In 2012, the Houston-based Robert M. Beren Academy basketball team challenged the Texas private school athletic league to change a semifinal match from Saturday to Friday. The organizers initially denied the request. The school made it clear to The New York Times that there was no room to compromise: “The sacred mission [of Shabbat observance] will trump excellence in the secular world.” An 11th-hour legal challenge by the Lewins compelled the league to change its mind, based on a precedent by the league to accommodate a Seventh Day Adventist school. Being on the winning side reconfirmed the Houston school’s all-or-nothing position. “The experience gave us the opportunity to show how much we care about religion,” said a team member. “The way you make something special is to sacrifice something that is much greater for it.”

Turell’s decision, then, to find a way to compromise and compete on Shabbat reverses a longstanding trend. Of course, the financial stakes for Turell, even if he must settle for a semi-pro basketball career, are significantly higher than any of the episodes rehearsed above. The heightened perspective of Shabbat as an occasion to “unplug” rather than fully withdraw from public attention offers room to find a workaround.

Yet, there’s more to this than money and sparkplugs: more than ever, the desire of Jews (and Orthodox Jews, in particular) to prove to themselves and others that their faith and culture are fully compatible with American norms. One of the more effective ways to demonstrate this is through symbolic exemplars whose actions are more visible than the rank and file.

Turell is one of two recent examples. In 2021, Jacob Steinmetz, a graduate of an Orthodox high school in Long Island, told reporters after being selected by the Arizona Diamondbacks in the third round of the Major League Baseball draft that he intends to pitch on Shabbat. Steinmetz intends to stay close to the ballpark so he can remain “unplugged” and walk rather than drive on Saturdays. His plan anticipated Turell’s.

Steinmetz’s father is Elliot Steinmetz, the current coach of Yeshiva University’s men’s basketball team.

Journalists contrast Steinmetz’s decision with the stance adopted by another Orthodox Jew selected in the same baseball draft. Elie Kligman, a Las Vegas native, was chosen by the Washington Nationals but opted instead to attend Wake Forest University. Kligman has repeated on several occasions that he will not pitch on Shabbat. Still, the distinction has not raised questions about Steinmetz’s Shabbat observance, nor has it halted the Jewish press from feting his athletic accomplishments.

Turell’s very public collegiate career has placed him in the spotlight. Fans have watched him on the bleachers and through live telecasts. They know Turell dunks with power and shoots with extraordinary range. His sudden rise to basketball stardom has collapsed several unfair stereotypes about Jews and sports.

By finding a way to honor his religious traditions while also remaining a fully participating member of his team, Turell has also compelled American Jews to reconsider the worthwhileness of maintaining two distinct identities. In the past, Jews had celebrated the right to choose one identity over the other, or fought so they didn’t have to compromise. Now, perhaps with a workaround, they figure, being “American” and “Jewish” can be one and the same.


Zev Eleff is president of Gratz College and professor of American Jewish history.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com