Widmo krąży po Ameryce

(Źródło ilustracji: OpenAI)


Widmo krąży po Ameryce

Amir Taheri


„Widmo krąży po Ameryce – widmo komunizmu!”

Jeszcze do niedawna takie przerobienie pierwszych słów Manifestu komunistycznego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa mogłoby brzmieć jak cierpki żart. Dziś jednak mamy w Stanach Zjednoczonych polityków, którzy określają się na przemian jako członkowie Demokratycznych Socjalistów Ameryki albo po prostu jako komuniści.

Podbudowani wyborem Zohrana Mamdaniego na burmistrza Nowego Jorku oraz nominacją Abdula El-Sayeda jako kandydata w nadchodzących wyborach na mandat senatorski z Michigan, otwarcie mówią o przejęciu kontroli nad Partią Demokratyczną i przekształceniu jej w narzędzie służące stworzeniu w USA „egalitarnego” systemu. Jedna z ich gwiazd, członkini Izby Reprezentantów USA Alexandria Ocasio-Cortez, zaczęła nawet rzucać sugestie dotyczące możliwego startu w wyborach prezydenckich w 2028 roku.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy Partia Demokratyczna, opierająca się na koalicji mniejszości etnicznych, religijnych i kulturowych, wykonuje gwałtowny zwrot w lewo. W 1972 roku partia nominowała George’a McGoverna na prezydenta z programem inspirowanym europejskimi partiami socjaldemokratycznymi. W tamtych czasach to jednak skandynawska socjaldemokracja była wychwalana jako idealna forma rządów.

Choć komunizm nigdy nie stał się znaczącą siłą w Stanach Zjednoczonych, często czaił się w tle niczym widmo stworzone przez Marksa.

Można argumentować, że historia komunizmu w Ameryce sięga jeszcze wcześniejszych czasów.

W swojej dziewiętnastowiecznej teorii „społeczeństwa pierwotnego” amerykański etnograf Lewis Henry Morgan pisał o konfederacjach tworzonych przez plemiona rdzennych mieszkańców na obszarach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i Kanady.

W Konfederacji Irokezów istniał pieniądz, ziemią uprawną zarządzały wspólnoty klanowe, żywność była dzielona, a stosowano zasadę zbliżoną do „od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb”.

Benjamin Franklin podziwiał jedność Konfederacji Irokezów i w 1754 roku zaproponował, by trzynaście kolonii stworzyło coś podobnego.

Po druzgocącej klęsce europejskich rewolucji 1848 roku wielu przywódców komunistycznych, wśród nich Friedrich Adolf Sorge, szukało schronienia w Stanach Zjednoczonych, uciekając przed europejską policją. Choć niektórzy z czasem przeistoczyli się w kapitalistów, nadali lokalnej polityce lewicowy ton, który jest w niej obecny do dziś.

Mimo to komunizm nigdy nie stał się znaczącą siłą w amerykańskiej polityce.

Niektórzy historycy sugerują, że wynikało to z sukcesu Ameryki w przedstawianiu komunizmu jako zagrożenia militarnego, zagrożenia dla bezpieczeństwa, a nawet zagrożenia egzystencjalnego – czego przykładem było polowanie na czarownice spod znaku „czerwonych pod łóżkiem” w latach 50. – zamiast jako konkurencyjnej wizji świata. Paradoksalnie więc ZSRR samym swoim istnieniem pomógł Stanom Zjednoczonym uniknąć komunizmu.

Choć do niedawna słowo „komunizm” pozostawało tabu, niektórzy amerykańscy politycy posługiwali się zamiast niego zakamuflowanymi określeniami, takimi jak „społeczny” i „kolektywny”.

Przenieśmy się w czasie: retoryka prezydenta Johna Kennedy’ego spod znaku „nie pytaj”, być może inspirowana Czerwoną książeczką Mao Zedonga, przedstawiała jednostkę jako kogoś, kto powinien zrobić coś dla państwa, zamiast pytać, co państwo robi dla niego.

Hasło wyborcze prezydenta Billa Clintona „Gospodarka, głupcze!” było odgrzaniem przekonania Marksa, że gospodarka stanowi bazę społeczeństwa, zaś polityka – jego nadbudowę.

W swojej liczącej 780 stron autobiografii prezydent Barack Obama wychwala „ducha wspólnoty, coś, czego wszyscy pragniemy, poczucie więzi, które przezwycięża dzielące nas różnice”.

Dodaje: „«Państwo regulacyjne», na które konserwatyści tak zaciekle narzekali, sprawiło, że życie w Ameryce stało się znacznie lepsze”. Niektórzy mogliby porównać to do deklaracji Benita Mussoliniego na temat wielkiego korporacjonistycznego państwa, które redystrybuuje owoce narodowego wysiłku.

Ewangelia amerykańskich neokomunistów pełna jest sprzeczności. Chcą pozbawić policję finansowania i praktycznie zlikwidować siły zbrojne, podczas gdy wszystkie dotychczasowe systemy komunistyczne robiły coś dokładnie przeciwnego, tworząc państwa policyjne wspierane przez potężne machiny wojskowe.

Amerykańscy neokomuniści mówią o kolektywnej własności ziemi, podczas gdy rząd federalny jest właścicielem niemal 30 procent całego terytorium kraju. Dodajmy do tego grunty należące do 50 stanów, a już otrzymujemy kolektywną własność podobną do tej istniejącej w Konfederacji Irokezów.

Mówią również o kolektywnej własności „środków produkcji i wymiany”. Tymczasem owe „środki” należą do 58 procent Amerykanów posiadających akcje, którzy raczej nie będą zachwyceni perspektywą wywłaszczenia w imię „kolektywnej kontroli”.

Nie wspominając już o niezliczonych Amerykanach będących właścicielami małych i średnich przedsiębiorstw.

Cea Weaver, odpowiedzialna u Mamdaniego za politykę mieszkaniową, proponuje zamrożenie czynszów oraz utworzenie „potężnych bloków najemców” – co ma być receptą na pogłębianie się kryzysu mieszkaniowego tego wielkiego miasta. Kto w takiej sytuacji chciałby inwestować w budowę mieszkań na taki wynajem?

Internacjonalistyczny profil neokomunistów sprowadza się do bezwarunkowego poparcia dla Hamasu, sympatii wobec chomeinistycznego reżimu w Teheranie oraz systematycznego sprzeciwu wobec projekcji siły przez Stany Zjednoczone, niezależnie od kontekstu.

Różne formy kryptokomunizmu były obecne w wielu wyborach w USA. Tegoroczne jesienne wybory do Kongresu mogą być pierwszymi, w których kryptokomuniści zrzucą maski. I to jest dobra wiadomość. Swoje nadzieje opierają oni na przepowiedni Marksa dotyczącej „prawa historii”, zgodnie z którym komunizm pierwotny, po przejściu przez feudalizm, kapitalizm i imperializm, prowadzi do komunizmu rozwiniętego.

Ale nie mówcie tego głośno: żadne prawo historii nie istnieje – istnieją jedynie tendencje, okoliczności, zbiegi okoliczności, przypadki oraz łut szczęścia lub pech.


Amir Taheri był w latach 1972–1979 redaktorem naczelnym irańskiego dziennika Kayhan. Wydał jedenaście książek, a od 1987 roku jest felietonistą Asharq Al-Awsat. Pełni również funkcję przewodniczącego Gatestone Europe.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com