Archives

Columbia president: Past two weeks ‘among the most difficult’ in school’s history

Columbia president: Past two weeks ‘among the most difficult’ in school’s history

UPDATE DESK


In a video released after the NYPD cleared protesters out of an academic building on campus, Minouche Shafik said students “have paid an especially high price.”
.

Minouche Shafik, president of Columbia University, in a video the university released on May 3, 2024. Source: YouTube/Columbia University.

The past two weeks are among “the most difficult in Columbia’s history,” the university’s president Minouche Shafik said in a video released on Friday evening.

“The turmoil and tension, division and disruption have impacted the entire community. You, our students, have paid an especially high price,” the Columbia University president said. “You lost your final days in the classroom and residence halls. For those of you who are seniors, you’re finishing college the way you started: online.”

Columbia should be welcoming to and safe for everyone “no matter where you stand on any issue,” Shafik said. 

“We tried very hard to resolve the issue of the encampment through dialogue. Many people who gathered there were largely peaceful and cared deeply about the humanitarian crisis in Gaza,” she said. “Academic leaders talked with students for eight days and nights.”

“The university made a sincere and good offer, but it was not accepted,” she added.

.

When protesters occupied the university’s Hamilton Hall, that “crossed a new line” and was a “violent act that put our students at risk, as well as putting the protesters at risk,” according to Shafik.

“I walked through the building and saw the damage which was distressing,” she said. “But despite all that has happened, I have confidence.”

“Every one of us has a role to play in bringing back the values of truth and civil discourse that polarization has severely damaged,” she said.

The Columbia president said that she was born in the Middle East and grew up in a Muslim family “with many Jewish and Christian friends.”

“I spent two decades working in international organizations with people from every nationality and religion in the world,” she said. “Where if you can’t bridge divides and see the other side’s point of view, you can’t get anything done.”

“The issues that are challenging us—Palestinian-Israeli conflict, antisemitism and anti-Arab and anti-Muslim bias—have existed for a long time, and Columbia, despite being a remarkable institution, cannot solve them single-handedly,” she said.

Shafik’s video drew extensive criticism on social media from both the left and the right, including many calls for her resignation.

“I suppose Shafik met the food demands of the protesters by delivering this word salad,” wrote David May, research manager and a senior research analyst at the Foundation for Defense of Democracies.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Co widzą ci, którzy nie widzą?

Co widzą ci, którzy nie widzą?

Andrzej Koraszewski


Kadr z filmu “Kabaret”

Czasami pytam młodych ludzi, czy widzieli film „Kabaret”. Wśród urodzonych w tym stuleciu, z tych, których o to pytałem, nikt nie słyszał o tym filmie. Kiedy wszedł na ekrany w 1972 roku, był niezwykle popularny. Fenomenalna gra Lizy Minnelli i Michaela Yorka była częściej tematem dyskusji, niż fakt, że była to (i nadal jest) najwspanialsza prezentacja atmosfery Berlina w momencie, w którym nazizm stawał się religią niemieckiego narodu. Film jest dostępny za niewielką opłatą, można go również kupić na DVD. Oglądanie go dziś robi piorunujące wrażenie. Ponad pół wieku temu ten film opowiadał o odległej historii, dziś opowiada o świecie, w którym żyjemy.

Dekadencja i rozpad znanego świata, zachwyt barbarzyństwem, oportunizm tych, którzy powinni widzieć, ale woleli odwracać oczy, beznadzieja protestu wobec wzbierającej fali, obecność zła w morzu zabawy. Drobne i z pozoru mało znaczące incydenty zaczynają się zlewać w nową, odrażającą  rzeczywistość.

Ayaan Hirsi Ali pisze o incydencie, który miał miejsce w Londynie 13 kwietnia 2024r. Nagrana na wideo scena przedstawia mężczyznę w centrum Londynu, w pobliżu propalestyńskiego marszu. Mężczyzna jest w garniturze, ma na głowie małą jarmułkę. Brytyjski policjant ostrzega go:

„Jesteś otwarcie Żydem, to jest marsz propalestyński, o nic cię nie oskarżam, ale obawiam się reakcji na twoją obecność.”

Ayaan Hirsi Ali, była muzułmanka, która uciekła z Afryki w poszukiwaniu wolności, jest przerażona. W londyńskiej metropolii człowiek jest zagrożony, ponieważ nie ukrywa tego, że jest Żydem. Autorka pisze o ludobójczych hasłach wielotysięcznych tłumów w mieście, które jest kolebką europejskiego parlamentaryzmu. Do tych haseł na ulicach Paryża, Barcelony, Madrytu, Berlina czy Amsterdamu zdążyliśmy się już przyzwyczaić.        

„Prawdziwym szokiem wywołanym tym nagraniem z 13 kwietnia nie jest jednak tylko zagrożenie islamistyczną przemocą na tle antysemickim. Do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Prawdziwym szokiem jest to, że brytyjski funkcjonariusz policji, przedstawiciel państwa, zdaje się sugerować, że bycie ‘całkiem otwarcie Żydem’ jest dziś nie do zaakceptowania na ulicach dużego zachodniego miasta.”

Policjant prawdopodobnie kierował się troską o bezpieczeństwo mężczyzny, którego łatwo rozpoznać jako Żyda, pewnie bał się również o własne bezpieczeństwo, gdyby musiał interweniować i chronić obywatela przed rozbestwionym tłumem. Zapewne nie jest antysemitą ani sympatykiem Hamasu.   

Mężczyzna na tym nagraniu to Gideon Falter, dyrektor naczelny Kampanii Przeciw Antysemityzmowi. Czy jego zachowanie było prowokacyjne, czy chciał pokazać, że sama jego obecność ujawni jednoznacznie antysemickie postawy i poglądy demonstrującego tłumu? Możemy uznać to zachowanie za odważne, nierozważne lub niepotrzebnie prowokacyjne. Ayaan Hirsi Ali przypomina, że pokojowe protesty są legalne, a współczucie dla postronnych i niewinnych ofiar wojny jest zrozumiałe. Równocześnie trudno o wątpliwości, brytyjska policja doskonale wie, że ci demonstranci są gotowi do przemocy, że wyrażają solidarność z ludobójczymi działaniami, może nawet policjanci wiedzą co oznacza skandowanie okrzyku: Khaybar, Khaybar, ya yahud!

W wielu miastach europejskich od wielu lat pojawiły się całe dzielnice, do których policja obawia się wchodzić. Utrata zdolności utrzymania porządku i prawa przesuwa się krok po kroku coraz dalej. Stopniowo zanika neutralna przestrzeń publiczna. 

„Nie możemy udawać, że nie ma różnicy pomiędzy pokojowymi protestami a tymi, którym towarzyszy groźba islamskiej przemocy” – pisze ta była muzułmanka, która lepiej niż inni zna przesłanie islamu i jego radykalnych organizacji.

Islamizm to świat, w którym minaret góruje nad wszystkim. To powiewające poły burki otulającej kobiety niczym inwazyjna winorośl w niegdyś kwitnącym ogrodzie. To zgromadzenie na placu krzyczy, że „to jest teraz nasza przestrzeń”. To adhan rzucany głośno na chrześcijanina, żyda – lub świeckiego! W tej, czy innej części miasta. Aż pewnego dnia w mieście nie ma już żadnej niemuzułmańskiej części. Chrześcijanie w Stambule i Żydzi z Bagdadu przekonali się o tym na własnej skórze. Modlę się, aby zamożni agnostycy Mayfair i Chelsea nigdy tego nie doczekali.

Ayaan Hirsi Ali zastanawia się nad pytaniem, czy brytyjskie państwo nauczy się odróżniać pokojowe (niezależnie uzasadnione, czy nieuzasadnione) protesty od marszów ogłaszających podbój. Apeluje o powrót do agory, na której panuje poszanowanie prawa i godności wszystkich istot ludzkich. Przypomina, że bez tego nasz świat będzie coraz bardziej podatny na wrogie przejęcie.

Czytając ten tekst miałem wrażenie, że autorka świadomie wybrała ton łagodnej perswazji w nadziei, że coś dotrze wreszcie do tych, którzy widzą i odmawiają wiary w to, co widzą, lub jeszcze gorzej, świadomie wspierają to wrogie przejęcie.

Urodzona w Somalii Ayaan Hirsi Ali przyjechała jako młoda kobieta do Holandii, zrobiła tam studia, została posłanką  do holenderskiego parlamentu i musiała uciekać dalej przed byłymi współwyznawcami i ich zachodnimi sojusznikami. Dziś mieszka w Stanach Zjednoczonych. Uniwersytety odwołują zaplanowane z nią spotkania, media głównego nurtu unikają jej jak zarazy. Jej książki mówią o grozie wojującego islamu, głoszą pochwałę zachodniej wolności i grzeszą poparciem dla Izraela. Dla takich ludzi nie ma miejsca na scenie, w publicznym dyskursie, w dobrym tonie jest udawanie, że oni nie istnieją.                  

W Stanach Zjednoczonych, gdzie dziś mieszka, najlepsze uniwersytety są wylęgarnią osobliwie uplasowanej empatii z wolna przechodzącej w otwarte poparcie ludobójczych ruchów dążących do tego, co Ayaan Hirsi Ali nazywa wrogim przejęciem. 

Młodzi ludzie demonstrują na rzecz „Palestyny”. Co wiedzą, a czego nie wiedzą? Wiedzą, że nie lubią „syjonistów” i wykrzykują, że „syjoniści” mają wracać do Polski. Atakują każdego, kto ma jakiekolwiek symbole związane z judaizmem lub z żydowskim państwem, odmawiają jakiejkolwiek dyskusji i blokują wszelkie próby ich organizowania. Pilnują, żeby opanowana przez nich przestrzeń publiczna była wolna od Żydów.     

Próbując to obejrzeć  i zrozumieć reporterka The Free Press, Olivia Reingold postanowiła zmieszać się z tłumem „protestującej” młodzieży.  Zajęcia zignorowane, studenci rozbijają obóz na trawniku przed biblioteką Columbia University. Jedni robią bransoletki przyjaźni, inni malują hasła na kawałkach tektury. Olivia zatrzymuje się przed tabliczką z napisem „Paint Ur Nails 4 Palestine” (pomaluj swoje paznokcie dla Palestyny). Właścicielka namiotu demonstruje swoje czerwone paznokcie u nóg. Młodzieniec z książką Frantza Fanona, który dziesiątki lat temu wzywał do mordowania białych, jest radośnie witany przez swoją wybrankę. Agitatorka z megafonem budzi umiarkowane zainteresowanie. Dominują kefije znad których wystają fioletowe i marchewkowe czupryny. Zabawa w pełni. „Każdy ma swoją rolę w rewolucji” – mówi studentka stroniąca od tradycyjnych zaimków osobowych.      

Olivia pstryka zdjęcie większego namiotu, pod którym umieści podpis:

„W rozległym mieście namiotowym znajduje się punkt pierwszej pomocy, namiot doradczy, ‘Biblioteka Ludowa Wyzwolonej Nauki’, kącik artystyczny, kącik dla mediów i ‘pralnia’ do suszenia ubrań po deszczu. Przed namiotem na gobelinie rozłożone są olejki i nalewki.”

Witamy w „obozie Solidarności z Gazą”. Jest tu namiot doradczy, centrum pisania, kącik sztuki. Są stoiska ze zdrową żywnością, organicznymi tamponami, gry planszowe i znaczki „Wspólnoty dumnych”.  

W drugim dniu protestu student przedstawiający się jako „W” wyjaśnił dziennikarzom, że  studenci uniwersytetu przeciwstawiają się „brutalnemu tworowi syjonistycznych osadników” w Izraelu.

„Ludobójstwo – pisze Olivia Reingold  – to słowo, które nieustannie pojawia się wśród studentów. Widać tu bezgraniczny gniew na Izrael, nie widać żadnych pretensji do Hamasu, grupy terrorystycznej, która 7 października 2023 r. zamordowała 1200 osób i nadal przetrzymuje 129 zakładników. Nie ma wzmianki o 500 000 Syryjczyków zamordowanych przez prezydenta kraju Baszara al-Assada. Ani jedna osoba nie wyraziła oburzenia z powodu Ujgurów w Chinach, którym grozi rzeczywiste ludobójstwo i zsyłka do obozów pracy tylko dlatego, że są muzułmanami.”

Zdjęcie Olivia Reingold
Zdjęcie Olivia Reingold

Wcześniej organizatorzy z Yale i Columbia opublikowali przewodnik, zatwierdzony przez organizację „Studentów na rzecz Sprawiedliwości w Palestynie”. Ma ciekawy tytuł: First We Take Columbia (najpierw bierzemy Columbię). Przewodnik nawiązuje do studenckich protestów podczas wojny w Wietnamie, ostrzega przed infiltrującymi ruch agitatorami „okupacji”.   

To wszystko jest świetnie zorganizowane. Chociaż nie wygląda na to, żeby policja interesowała się specjalnie, kto to organizuje i skąd płyną instrukcje oraz pieniądze. Dla obserwującej te harce reporterki interesujące są zachowania uczestników.

Ci, którzy chcą dyskutować, to „syjoniści, którzy weszli do obozu”. Zarządca określający się jako „rzecznik”, natychmiast poleca „wypchnięcie ich”. Młodzi ludzie tworzą ludzki łańcuch, wypierając intruzów.    

Reporterka zauważa również sprzęt z napisem „People’s Forum” – to nazwa organizacji finansowanej przez multimilionera powiązanego z chińskim rządem.

Olivia Reingold przez osiem dni obserwowała ten studencki protest. Jej obszerny reportaż kończy się sceną, podczas której jej rozmowę ze studentką, która specjalnie przyjechała na gościnne występy z Wielkiej Brytanii, przerywa dziennikarz z Japonii. Dziennikarz pyta, dlaczego nikt w tym obozie nie potępia Hamasu. Mówi, że należałoby to powiedzieć. Jeden ze stojących obok studentów wykrzykuje z gniewem, że „Powiedziano”. Japoński dziennikarz doskonale wie, że to kłamstwo i głośno zaprzecza.

Studenci milkną, patrzą w ziemię, dziennikarz dziękuje za rozmowę i odchodzi.

Kiedy już go nie ma, jeden ze studentów idzie „z kimś o nim porozmawiać”. „To było dziwne” – mówi, strzepując brud z dżinsów. „Organizatorzy muszą o nim wiedzieć”.

Domyślam się, że wśród tych tysięcy ludzi porwanych przez nową religię będą jednostki, które odkryją, że ich oszukano. Zastanawiam się, jak można zwiększyć liczbę tych, którzy zrozumieją co widzą, w czym uczestniczą i co popierają. Sprawa jest niemal beznadziejna. W odległym od tamtego zamieszania kraju wysłałem list do organizacji, która zajmuje się zwalczaniem rasizmu i która opublikowała nagrodzone zdjęcie Palestynki ze zwłokami owiniętego w całun dziecka. Nagrodzony fotograf z Gazy jest zatrudniony przez agencję Reutersa, ale przegląd jego wpisów na koncie X i w Instagramie nie pozostawia żadnych wątpliwości, dokumentuje „zbrodnie Izraela” zgodnie z instrukcjami Hamasu. Organizacja zajmująca się dokumentowaniem rasizmu wiernie powtarza informacje Ministerstwa Zdrowia Hamasu, komentujący to czytelnicy poprawnie odbierają przekaz. Pod wpisem wylew nienawiści do Żydów. Nie pytam, czy znają Kartę Hamasu, nie powtarzam pytania japońskiego dziennikarza. Przesyłam im zestaw zdjęć bojowników Huti, bojowników Hezbollahu, dzieci szkolonych przez Hezbollah oraz to zdjęcie, które „walczący z rasizmem” sami zamieścili.  Pytam, czy są świadomi tego, co robią.

Organizacja dokumentująca rasizm pozostawia moje pytanie bez odpowiedzi.

Film „Kabaret” zaczyna się od sceny, w której młody Amerykanin, który postanowił podszlifować swój język niemiecki, przyjeżdża do Berlina i puka do drzwi mieszkania, w którym wynajął pokój. Otwiera młoda kobieta i przez uchyloną szparę pokazuje pomalowane na czarno paznokcie. Śmieje się, upewnia się, czy jej gość jest zaszokowany.

Film kończy pieśń „Przyszłość należy do mnie”. Nowa religia jest już religią powszechną. Młodość zdobyła agorę, przestrzeń publiczna jest już całkowicie opanowana.            

.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Korespondencja Tadeusza Różewicza

Tadeusz Różewicz, 2003, fot. Krzysztof Wojciechowski / Forum


Korespondencja Tadeusza Różewicza

Stanisław Obirek


Stanisław Obirek / Foto: Tomasz Leśniowski 

Dziesięć lat temu 24 kwietnia 2014 roku odszedł Tadeusz Różewicz. Dziesiąta różnica jego śmierci to dobra okazja by wrócić do jego korespondencji, która stopniowo jest udostępniana miłośnikom jego poezji. Jest jej dopełnieniem i jednocześnie komentarzem. Rocznicowo pozwalam sobie na krótką relację z tej lektury. Niektóre tomy cytuję, inne tylko wzmiankuję, ale zapewniam, że listy Różewicza to zupełnie osobny rozdział w historii najnowszej literatury polskiej. Warto go bliżej poznać, choćby po to, by nie do końca ufać jego interpretatorom, którzy w większości wypadków nie poznali się na jego wielkości. Czytając listy poznajemy przede wszystkim niezwykle wrażliwego człowieka i humanistę, dla którego słowo było nazywaniem rzeczy takimi jakim są. Bez upiększeń, ale też bez złudzeń.

Lektura kolejno wydawanych tomów korespondencji Tadeusza Różewicza z przyjaciółmi, to najważniejsze książki jakie przeczytałem w ostatnich latach. Stanowią wnikliwy wgląd w najgłębsze pokłady powojennej kultury polskiej i zwierciadło jej mielizn. Są też swoistym zapisem moralnej wrażliwości bodajże najwybitniejszego poety polskiego i to nie tylko XX wieku. Jako pierwszy ukazał się w 2019 roku tom „Korespondencji” z Tadeusza Różewicza z Henrykiem Voglerem[1]. Dokładniej rzecz ujmując to korespondencja również żon obu artystów Wiesławy i Romy w opracowaniu Anny Romaniuk. Osiem lat później pojawił się znaczniej obszerniejszy tom listów i pocztówek jakie Tadeusz Różewicz wraz z żoną wysyłał do Jerzego i Zofii Nowosielskich, które mają również charakter świadectwa epoki. Poniżej przywołam fragmenty tej korespondencji. Uważna ich lektura[2] przywodziła mi na myśl wielokrotnie fragment z Listu siódmego Platona, w którym filozof powiada: „Żaden rozumny człowiek nie poważy się nigdy zamknąć w niej [mowie] tego, co pojął umysłem, i skazać do tego jeszcze stężenie, któremu ulega cokolwiek się utrwala w znakach pisanego słowa”. A działo się to z prostego powodu. Ile razy zaczynali (dotyczy to zarówno Tadeusza Różewicza jak i Jerzego Nowosielskiego) pisać o czymś ważnym i istotnym, to zaraz przychodziła, jak mantra, fraza – „ale to nie temat na list”, „jak się zobaczymy, o wszystkim opowiem”. Skazani jesteśmy na domysły jak te domówienia i uzupełnienia listów wyglądały w bezpośrednich spotkaniach. Tak się składa, że kilka razy w życiu spotkałem zarówno Jerzego Nowosielskiego jak i Tadeusza Różewicza. Wydaje mi się, że ich bezpośrednie rozmowy wyglądały podobnie – sprawy najważniejsze pozostały niewypowiedziane. A może tak jest w życiu każdego z nas? Nie potrafię o Korespondencji pisać inaczej, jak tylko przywołując właśnie te napomknienia o potrzebie spotkania i rozmówienia się. Zaznaczę przy tym datę i miejsce listu czy kartki. Da to przynajmniej wrażenie przemieszczania się w czasie i przestrzeni wraz z nadawcą i adresatem. Choć przecież nie do końca, bo w kartkach wysyłanych z podróży wspomnianych napomknień o potrzebie rozmówienia się brak. Przy czym dla uniknięcia nużących powtórzeń będę się posługiwał inicjałami TR i JN (oraz WTR jeśli do listu dopisywała się żona Różewicza Wiesława lub ZJN, jeśli list pisała żona Nowosielskiego Zofia). Jak się przekonamy listów sygnowanych przez TR będzie znacznie więcej, i to TR będzie się niepokoił brakiem odpowiedzi i nalegał na reakcję. Ale nie zawsze, a w latach późniejszych te role jakby się odwracają. Przejdźmy więc do napomknień.

Wymowny jest tu zwłaszcza list Różewicza pisany wiosną 1964 roku z Gliwic, w którym aż trzykrotnie wspomina o potrzebie bezpośredniego spotkania. Najpierw pisze: „chciałbym z tobą bardzo o tym porozmawiać (obszernie)”. By za chwilę dodać: „Koniecznie musimy zrobić jakieś ‘seminarium’ i omówić te sprawy, które nas trapią. W zakończeniu tego samego listu dodaje: „nasze sprawy są w zawieszeniu i możemy je omówić przy najbliższym spotkaniu”. Trzy lata później, 17 maja 1967 r. z Gliwic, TR donosi: „O sobie nie piszę, bo to temat nieciekawy (nie do listu… może)”. A w kartce pisanej z wakacji w Skopje 22 sierpnia dodaje: „jak się zobaczymy, to ‘wszystko’ opowiem”. Nie sądzę, by to wzgląd na cenzurę decydował o tym „odkładaniu wszystkiego” do „spotkania w cztery oczy”. Decydujące było przekonanie o niemożności przekazania na kartce papieru tego, co skrywa serce.

5 lutego z Gliwic 1968 przesyła Nowosielskim niedokończoną sztukę – „Przesyłam Wam, bo chciałbym z Wami o tym porozmawiać jak będę w Krakowie”. Trzy dni później dosyła „zakończenie”, by pod koniec miesiąca „porozmawiać o całości”. Z kolei 8 sierpnia z Wysowej pisze do Różewicza JN, żałując – „szkoda, że Cię tu nie ma”. To nie jest tylko zdawkowa formuła – brak przyjaciela nawet w uroczym uzdrowisku jest dojmujący. W październiku, już z Wrocławia, pisząc o trudnościach związanych z pisaniem wiersza TR dodaje: ”Muszę kiedyś dłużej pomówić z Tobą o wierszach, o tym jak Ty sobie teraz wyobrażasz wiersz, który może przeczytać dorosły człowiek”. 29 kwietnia 1969 TR pisze z Wrocławia do JN, zapowiadając wizytę w maju, kiedy to „pomówimy o wszystkim”, kończy list w sposób następujący: „Kończę Jurku, choć chciałbym Ci jeszcze dużo dopisać, ale porozmawiamy”. W sierpniu z Wrocławia TR wysłał aż trzy listy (8, 13-14, 26), a w kartce wysłanej 28 dodaje: „Jerzy, mój Drogi, brak mi już bardzo rozmowy z Tobą”. Przejmująca jest ta potrzeba kontaktu z przyjaciółmi.

Przesyłając życzenia wielkanocne 6 kwietnia 1971 TR zwraca się do przyjaciela: „Mam nadzieję, Jurku, że będę mógł z Tobą porozmawiać – co mi jest do życia czasem konieczne”. Poeta dodaje, jedną z częściej powtarzanych próśb: „W związku z tym polecam Ci wstrzymać się od napojów podniecających aż do końca kwietnia”. 18 marca 1973 roku (to drugi z trzech wysłanych w tym miesiącu listów do JN), po dość krytycznych uwagach na temat filmu Wesele Wajdy, a właściwie zarzucając przyjacielowi, że dał się wciągnąć „w ogólnonarodowe ględzenie” „dalszy ciąg obiecuje sobie przy osobistym spotkaniu”.

Jeden z nielicznych, naprawdę długich listów JN napisał 22 listopada 1974 z Krakowa. To mógł być list kończący przyjaźń. Malarz zrywa umowę z Wydawnictwem Literackim na wykonanie obwoluty do Białego małżeństwa. Lektura tekstu sztuki okazała się, jak JN się wyraża – „katastrofą” – obszernie wyjaśnia Różewiczowi powody dla których, nie mógł dotrzymać umowy. List kończy pojednawczo: „Może uda nam się dobrze i ważnie porozmawiać”. TR odpowiada 28 listopada, a więc zapewne zaraz po otrzymaniu listu: „Jurku, jak będziemy u Was, to porozmawiamy”. I dodaje: „Jurku, teraz nie będę (w liście) poruszał tych problemów dot. Białego małżeństwa, jak się spotkamy, to będziemy mieli czas porozmawiać”. To musiała być niezwykle ciekawa rozmowa! Czy kiedyś dowiemy się o czym przyjaciele rozmawiali? Jesteśmy skazani na domysły. Następne lata korespondencji dobitnie świadczą o tym, że różnica zdań nie przeszkodziła przyjaźni.

W 1976 TR dwukrotnie wyraża potrzebę dłuższej rozmowy. 3 września z Wrocławia wysyła kartkę do ZJN, jakby się usprawiedliwiając „wprawdzie Was widziałem, ale mi mało” i dodaje: „Jak przyjadę następnym razem, to będę siedział u Was tydzień – i będziemy gadać od rana do nocy”. A 8 grudnia już tylko do JN dzieli się potrzebą dłuższej rozmowy na temat stosunku do uprawianej przez obu sztuki: „Napisałem 1 dłuższy wiersz (może o śmierci Pier Paola Passoliniego), ale ciągle jeszcze wstydzę się pisać ‘wiersze’ … czy ty czasem wstydzisz się, ze malujesz ‘obrazy’? Musimy o tym pogadać”. No właśnie, jak to jest? Czy poeci się czasem wstydzą swoich wierszy, a malarze obrazów?

W liście pisanym 4 kwietnia 1977 z Wrocławia do ZJN intrygujący dopisek, już po podpisaniu listu przez Tadeusza (i Wiesławę), a więc jakby od niechcenia dodany: „Jurku, czas przepływa coraz szybciej i ja ciągle o tym myślę, że nie doprowadziliśmy naszych rozmów (nie do końca, ale do połowy). Czasem myślę, żebyśmy gdzieś razem pojechali na 3-4 dni (na takie ‘rekolekcje’), pamiętasz, kiedyś byliśmy w Lanckoronie – wprawdzie Ty uciekłeś na drugi albo trzeci dzień (z nudów?). Wydaje mi się, że nie powiedzieliśmy sobie rzeczy najważniejszych. Ciągle wierzę, że inny człowiek może pomóc (może to jest wiara słabeuszów) – wzajemnie ślepy kulawemu)”. Poeta ma 56 lat, malarz 53. Czy udało im się porozmawiać o tym, co najważniejsze? Chyba nie, bo w roku następnym TR dwukrotnie nawiązuje do tej konieczności porozmawiania. 30 lipca wysyła kartkę z Wrocławia z naglącą prośbą: „Drogi Jurku, chciałbym już zaraz teraz z Tobą porozmawiać – potrzeba ‘duszy’ (…). Nie wiem jak Ty, ale ja czasem odczuwam b. dotkliwie brak przyjaciół”. W liście wysłanym z Wrocławia 21 grudnia ta potrzeba jest jeszcze wyraźniej ukonkretniona: „Mało mi kartek świątecznych, dziś od rana potrzebna mi jest rozmowa z Tobą, twoja żywa obecność. A jest to, jak zwykle u mnie, potrzeba fizyczna, zmysłowa – a nie duchowa, mistyczna… człowiek jest mi potrzebny do życia z duszą, ciałem, myślami, a nawet łupieżem na kołnierzu… zaraz, tak jak kawałek chleba i szklanka herbaty”.

Lata osiemdziesiąte stają się bardziej lakoniczne. 27 sierpnia TR wysyła kartkę do ZJN z Warszawy w przededniu wyjazdu do Grecji. Upewnia się tylko, że niebawem się spotkają: „Zobaczymy się w październiku, prawda? A tak by się chciało pogadać! Spróbuję jeszcze zadzwonić”. W kartce z 10 grudnia 1980 jest mowa o niewysłanym liście, który wylądował w papierach, a powód niewysłania może być wyjawiony tylko w osobistym spotkaniu: „pewnie się uśmiejecie ze mnie i z mojego ‘rozdarcia’… ale to będę Wam mógł tylko opowiedzieć osobiście, jak będę u Was”. W kartce wysłanej 19 października 1981 z Wrocławia TR pisze do JN: „Brak mi – dłuższej rozmowy z Tobą”, napomyka o trudnościach „warsztatowych”, ale i ich wyjaśnienie „muszę odłożyć do osobistego spotkania z Tobą”. Jednak nim do niego dojdzie TR, świadom trudności jakie w pisaniu listów ma JN, prosi o „napisanie jak żyjesz”. Tym razem prośba nie pozostała bez echa, 8 listopada z Krakowa JN kreśli bodajże najdłuższy list do TR. To zupełnie niezwykły dokument (s. 297-300) samoświadomości malarskiej Nowosielskiego i bezradności wobec manipulowania (zwłaszcza w kościołach) jego sztuką. List kończy „niecierpliwe oczekiwanie aż się odezwiesz”. Wysłana przez TR 8 czerwca 1982 z dworca w Częstochowie kartka, to zapis podróży do krainy dzieciństwa, ale i o tym lepiej porozmawiać: „powrót do krainy wakacji sprzed 50 lat – w Dolinę Warty. Dało mi to dużo do myślenia. Jak będę u Was to (trochę) opowiem”. Zastanawiające to „trochę”, czyżby i rozmowa nie dawała gwarancji powiedzenia wszystkiego?

Pozostały jeszcze dwie wzmianki o potrzebie rozmowy w korespondencji z 1995 i 1998, co ciekawe to kartki i listy wysyłane przez JN lub JZN. Najpierw spod Krynicy 18 wrześnie 1995 wysyła kartkę JN do WTR i w zakończeniu pisze: „Bardzo chciałbym Ciebie zobaczyć. Mam wiele więcej do powiedzenia, niż ta karteczka może zamieścić”. 25 października ZJN kończą list połączony z życzeniami imieninowymi: „W pierwszej połowie listopada siedzimy w domu – jak masz ochotę, przyjedź, bo jest o czym pomówić”. W 1998 roku w liście JN wyraża najpierw ochotę „napisania dłuższego listu”, a kończy w nastroju minorowym: „Pora już będzie umierać, ale przedtem chciałbym 1-2 rozmówki z Tobą odbyć”. I w ostatnim liście z 16 czerwca JN dziękując za przesłanie książki zawsze fragment. Recykling skarży się, że nie jest w stanie jej solidnie przeczytać, no i że: „Trzeba by pogadać”. Bo przecież rozmowa jest o wiele istotniejsza… Dlatego najbardziej ciekawi mnie rozmowa, w której obszerniej Tadeusz Różewicz z Jerzym Nowosielskim rozmawiali o sprawach, o których Korespondencja zaledwie napomyka. Wiem, że ta ciekawość nie będzie nigdy zaspokojona, ale to wcale nie zmniejsza potrzeby. Wprost przeciwnie – ją wzmaga.

Opublikowany dziesięć lat później tom korespondencji z Ryszardem Przybylskim ma zupełnie inny charakter, bardziej „polonistyczny”. Przybylski jest przede wszystkim krytykiem literackim i literaturoznawcą, który chce dogłębnie zrozumieć tekst. Właśnie dlatego zwraca się do Poety z prośbą o wyjaśnienie nie do końca jasnych znaczeń. Jednak dość szybko tonacja korespondencji się zmienia i staje się przede wszystkim zapisem przyjaźni i potrzeby głębokiego zrozumienia już nie tylko tekstu, lecz także życia w ogóle. Z opasłego tomu Listy i rozmowy 1965‒2014 wybieram tylko kilka fragmentów, w których właśnie ten wymiar ich relacji jest obecny[3]. „Dziękuję Panu za to, co Pan do mnie w tych listach napisał – i proszę nie wspominajmy już więcej osoby T. Różewicza”. Jak się wydaje, te słowa prośby wyznaczyły istotną granicę w ich wzajemnych kontaktach.

Nie oznacza to oczywiście, że w miarę pogłębiania się znajomości i rozwijania się prawdziwej przyjaźni nie pojawią się inne zwierzenia, a nawet wyznania, jak chociażby to z 15 stycznia 1989 roku: „A ja chciałem przywrócić ludziom – zimnym i martwym – trochę ciepła, spustoszyłem się przy tej pracy i wyziębiłem sam do dna – i to było wszystko… próbowałem się uśmiechnąć do ludzi, do świata po roku (1939) – (1945)… i jeszcze później, 68, 80… I jak ja mogę pisać dalej. A przecież się nie myliłem. Jestem uparty”.

Następnie padają ważkie słowa o Bogu i diable, o Jezusie jako Bogu-Człowieku. Cały ten wywód Różewicz kończy pytaniem: „Jestem straszenie smutny, a jeszcze próbuję się uśmiechać, na samym dnie, więc może jeszcze nie wszystko stracone, jak myślisz?”. Od lat 90. pojawia się coraz więcej w twórczości Tadeusza Różewicza pytań metafizycznych, a nawet pytań o miejsce wiary w życiu. Pod koniec 1995 roku, przesyłając przyjacielowi życzenia noworoczne, Różewicz załącza taką oto refleksję o sobie: „ale ja nie wadzę się ani nie kłócę z Bogiem, nie jestem też ateistą… nie mogę wadzić się z pustką, ale próbowałem przez całe życie… odzyskiwać Boga… ale to księga… a ja księgi nigdy nie napiszę”. To właśnie w tych latach miałem okazję poznać Poetę.

No i ostatni i najbardziej obszerny z tomów korespondencji Tadeusza Różewicza jaki ukazał się w opracowaniu Krystyny Czerni ujrzał światło dzienne w 2023 roku zawiera 400 listów i kartek z lat 1946-2011[4]. Wydawczyni tak określa ten tom: „Korespondencja z Porębskim to świadectwo prawdziwej przyjaźni intelektualnej: dyskusje o teorii sztuki, naukowych nowinkach, artystyczne prognozy. Obaj umawiają się regularnie na ‘seminaria’ czy – jak to nazywa poeta – prywatne ‘sympozjony’. Trwająca przez 65 lat korespondencja jest kapitalnym zapisem naszej współczesności – kroniką życia kulturalnego drugiej połowy XX wieku, nie tylko w Polsce.”

I już na zakończenie chciałbym przywołać komentarz Krystyny Czerni już nie tylko do opracowanych przez nią trzech tomów korespondencji (z Nowosielskimi, Przybylskim i Porębskimi), ale również do łączących tych czterech przyjaciół więzów przyjaźni: „Jako asystentka profesora Porębskiego i biograf Jerzego Nowosielskiego, mogłam obserwować relacje tej czwórki przyjaciół z bliska. Krążąc między nimi, jeżdżąc jako posłaniec, przekazując wzajemne pozdrowienia, niekiedy jakieś książki, papiery – czułam się wyróżniona, niezasłużenie dopuszczona do konfidencji. Patrzyłam na ich przyjaźń z zachwytem, podziwem i wzruszeniem. Czterech gigantów pióra i myśli, lecz równocześnie ludzi kruchych, wątpiących i poranionych. Ich wspólna, długa droga przez życie, twórcze upadki i wzloty, wzajemna ciekawość i przywiązanie, lojalność i bezwarunkowe wsparcie w troskach, cierpieniu i chorobie. Prawdziwy cud przyjaźni, która urosła do jednej z najwyższych wartości w życiu, mającej wymiar – jak miłość małżeńska – sakramentalny. Wierność na dobre i na złe, wzajemne prowadzenie się do zbawienia”[5]. Pozostaje oczekiwanie na dalsze tomu listów (w opracowaniu korespondencja w malarzem Jerzym Tchórzewskim) i smakowanie tego co już jest do naszej dyspozycji.

  1. Korespondencja. Wiesława i Tadeusz Różewiczowie, Romana i Henryk Voglerowie, zebrała, z rękopisów odczytała i przypisami opatrzyła Anna Romaniuk, Wrocław, Wydawnictwo Warstwy 2019.
  2. Tadeusz Różewicz, Zofia i Jerzy Nowosielscy, Korespondencja, wstęp i opracowanie Krystyna Czerni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009. ↑
  3. Ryszard Przybylski, Tadeusz Różewicz, Listy i rozmowy 1965‒2014, wyd. Krystyna Czerni, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2019.
  4. Pisanie jest tylko dodatkiem. Korespondencja 1946–2011. Wiesława i Tadeusz Różewiczowie, Anna i Mieczysław Porębscy, wyd. Krystyna Czerni, Wrocław, Wydawnictwo Warstwy 2023.
  5. Krystyna Czerni, Tadeusz Różewicz w drodze do Emaus, Teologia Polityczna, 4.10.2021 (w: https://teologiapolityczna.pl/krystyna-czerni-tadeusz-rozewicz-w-drodze-do-emaus-1 dostęp 2304.2024)

Stanisław Obirek – (ur. 21 sierpnia 1956 w Tomaszowie Lubelskim) – teolog,
historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Prawdziwa śmierć w kognitywnej wojnie

Prawdziwa śmierć w kognitywnej wojnie

Andrzej Koraszewski


Bardzo rozgniewało mnie pytanie pewnego europejskiego korespondenta następnego dnia po Twoim powrocie do Rosji. ‘Dlaczego wrócił? Wszyscy wiedzieliśmy, że zostanie aresztowany na lotnisku – czy on nie rozumie takich prostych rzeczy?’ Moja odpowiedź była dość niegrzeczna: „To ty czegoś nie rozumiesz. Jeśli myślisz, że jego celem jest przetrwanie – masz rację. Ale jego prawdziwą troską jest los jego narodu i mówi mu: ‘Ja się nie boję i wy też nie powinniście się bać’.”

To słowa Natana Szaranskiego w liście do Aleksieja Nawalnego z 3 kwietnia 2023r.

Nawalny miał zaledwie rok, kiedy Szaranski (jeszcze jako Анатолий Борисович Щаранский) w wieku 29 lat po raz pierwszy stanął przed sądem pod zarzutem zdrady i szpiegostwa na rzecz USA. Spędził w więzieniu 9 lat, a po dziesięcioleciach Aleksiej Nawalny więziony był w tych samych zakładach karnych, co on. W więzieniu Nawalny wymusił za pośrednictwem swoich prawników dostęp do książki Szaranskiego Nie bój się zła. Szaranski był więźniem Breżniewa, a potem Andropowa, Nawalny był więźniem Putina.        

Redakcja The Free Press publikuje (włącznie z faksimile listów w rosyjskim oryginale) ich korespondencję, którą rozpoczyna Nawalny:

„Szanowny Panie Natanie,
Tu Aleksiej Nawalny. Pozdrawiam z Obwodu Włodzimierskiego, chociaż nie jestem pewien, czy zachował Pan z niego ciepłe wspomnienia.
Jestem w kolonii karnej IK-6  ‘Melechowo’, ale z władimirskiego więzienia piszą, że przygotowują dla mnie celę. Zatem znajdę się w tym samym ośrodku, w którym Pan również był.”

Aleksiej Nawalny pisze, że właśnie przeczytał książkę Szaranskiego i że pisze ten list w celi karnej, gdzie spędził już 128 dni. Pisze, że śmiał się, kiedy czytał zdanie: „Zostałem ukarany serią 15 dni w izolatce, a potem jako przestępcę, który złamał regulamin więzienia, wysłano mnie do celi karnej na 6 miesięcy”. Okazuje się, że nie zmienił się ani system, ani sposób jego funkcjonowania.

Autor listu dziękuje Szaranskiemu za książkę, która mu bardzo pomogła, pisze, że czytając o 400 dniach spędzonych w izolatce na zmniejszonych racjach żywności, można zrozumieć, że są ludzie, którzy płacą znacznie wyższą cenę za swoje przekonania. 

„Najważniejsze jest wyciągnięcie właściwych wniosków, aby ten stan kłamstw i obłudy nie wszedł w nowy cykl. We wstępie do wydania z 1991 r. pisze Pan, że dysydenci w więzieniach wypuścili ‘wirusa wolności’ 
i ważne jest, aby zapobiec wynalezieniu przez KGB szczepionki przeciwko niemu. Niestety, wymyślili ją. Ale w obecnej sytuacji to nie oni są winni, ale my, którzy naiwnie myśleliśmy, że nie ma już powrotu do starych nawyków. I dla dobra sprawy, tutaj można trochę sfałszować wybory, tam trochę wpłynąć na sądy, a tu trochę zdusić prasę.” 

Nawalny wyraża nadzieję, że wirus wolności nie da się już zatrzymać, że dziś to już nie dziesiątki czy setki, ale tysiące, a nawet setki tysięcy ludzi ma odwagę domagania się wolności. Wyraża nadzieję, że ludzie nie dadzą się złamać.

List został zapewne przesłany elektronicznie, bo odpowiedź Szaranskiego nosi tę samą datę. Też jest pisana ręcznie, na pięciu stronach. Szaranski pisze, że list Nawalnego był dla niego szokiem, że poruszył go fakt, iż był pisany w celi karnej.

„Szanowny Panie Aleksieju,
Przeżyłem swego rodzaju szok, kiedy otrzymałem list od Ciebie. Już sama myśl, że wiadomość przyszła bezpośrednio z izolatki, gdzie spędziłeś już 128 dni, podnieca w sposób, w jaki ekscytowałby się starzec otrzymujący list ze swojej ‘alma mater’, uniwersytetu, na którym spędził wiele lat swojej młodości.”

Szaranski pisze, że odpowiada jak autor piszący do czytelnika, którego podziwia.  

„Kiedy pisałem książkę >Nie bój się zła< zaraz po moim zwolnieniu w lutym 1986 r., prawie wszyscy moi przyjaciele i towarzysze broni byli albo więzieni w gułagu, albo nadal walczyli. Wyobrażałem sobie tę książkę nie tyle jako pamiętnik, ale raczej swego rodzaju podręcznik lub poradnik, jak zachować się w konfrontacji z KGB. Ale zanim opublikowano ją po rosyjsku, ZSRR już się rozpadał. Dlatego z biegiem lat książkę coraz częściej interpretowano jak powieść historyczną o mrocznym średniowieczu. A teraz… ‘Sen idioty się spełnił!’”

Dalej Szaranski porzuca sztywny styl i pisze:

„Aleksiej, nie jesteś tylko dysydentem – jesteś dysydentem ‘z klasą’! Moje przerażenie z powodu twojego otrucia zmieniło się w zdumienie i radość, kiedy rozpocząłeś własne niezależne śledztwo.”

[…]

„W więzieniu odkryłem, że oprócz prawa powszechnego ciążenia cząstek istnieje również prawo powszechnego ciążenia dusz. Pozostając wolnym człowiekiem w więzieniu, Ty, Aleksiej, wpływasz na dusze milionów ludzi na całym świecie.”

Te słowa, dziś, po tragicznej śmierci Aleksieja Nawalnego, skłaniają do pytań, na które nie ma odpowiedzi. Czy Putin pozbywając się śmiertelnego wroga stworzył potężnie odziaływującą legendę, czy zgoła przeciwnie, zgasił płomień świecy, która płonęła zbyt jasnym światłem?   

11 kwietnia 2023r. Nawalny odpowiedział krótkim, pisanym najwyraźniej w pospiechu listem. Dziękował za odpowiedź, pisał o ukrywaniu łez przed współwięźniami. Donosił, że w piątek wypuścili go z izolatki, a od poniedziałku ma odsiedzieć w karnej celi kolejne 15 dni. Pisał z kpiną: „A przecież gdzie indziej spędzić Wielki Tydzień, jeśli nie w izolatce!”

Szaranski odpowiedział pisząc o cenie wolności za kratami. Nie krył swojego podziwu i szacunku dla Nawalnego, dodając: ”Sądząc po czasie spędzonym w karnej celi, wkrótce pobijesz wszystkie moje rekordy. Mam nadzieję, że Ci się to nie uda.”

Korespondencja urywa się 17 kwietnia 2023 r., prawdopodobnie władze więzienne postanowiły położyć temu kres.   

Kiedy w marcu 2021 roku „wspaniała” organizacja Amnesty International postanowiła odebrać Aleksiejowi Nawalnemu status więźnia sumienia, przypomniałem sobie historię początków walki o ludzi więzionych za słowa. Tę nazwę ukuł brytyjski adwokat Peter Benenson. Napisany przez niego w 1961 roku artykuł o zapomnianych więźniach gnijących w więzieniach za krytykę tyranów, za swoje wyznanie, czy tylko pochodzenie, będący ludźmi, którzy nigdy nie stosowali przemocy, ani nie wzywali do stosowania przemocy, poruszył kilka osób i skłonił je do założenia organizacji broniącej więźniów sumienia.             

Kiedy w kilka lat później biurokraci światowej dyplomacji wpadli na pomysł Porozumień Helsińskich (które potem nazwali Wielką Kartą Pokoju), różni zachodni dysydenci, a przede wszystkim ludzie tacy, jak założyciele Human Rights Watch, Robert Bernstein, Jen Laber i Aryeh Neier postanowili wykorzystać pustosłowie tzw. „trzeciego koszyka” jako narzędzie walki o więźniów sumienia w radzieckim bloku. W 2016 roku Natan Szaranski opisywał jak te działania zmobilizowały dysydentów w ZSRR. Fakt, że na Zachodzie znaleźli się ludzie oczekujący na dokumentację prześladowań dysydentów w ZSRR, skłonił ludzi w Moskwie do założenia „Grupy Helsińskiej”. To już był rok 1976 i Natan Szaranski był jednym z jej członków.

„Jeśli chcemy pamiętać o lekcji, jaką daje nam czterdziesta rocznica utworzenia Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, nie powinniśmy popadać w zachwyt z powodu porozumień obiecujących pokój z dyktaturami bez żądania zmian. Jeśli nie będziemy upominać się o dysydentów, z którymi dzielimy nasze wartości, wkrótce tak samo jak oni znajdziemy się na łasce ich prześladowców.” – pisał z okazji 40 rocznicy utworzenia tej grupy.   

Odebranie Nawalnemu statusu więźnia sumienia przez Amnesty International wywołało lawinę krytyk i kierująca dziś tą organizacją banda łajdaków doszła do wniosku, że koszty są zbyt wysokie i „po głębokim namyśle” przywróciła mu status więźnia sumienia.

Czym jednak kierowali się dygnitarze AI odbierając Nawalnemu status więźnia sumienia? Cóż, tym samym, czym kierują się przy pichceniu swoich raportów na temat Izraela –  dyskretnym ale intratnym sojuszem z tyranami. W 2021 roku rosyjskie farmy trolli pracowały pełną parą, żeby oczernić Aleksieja Nawalnego w oczach mieszkańców Zachodu. Amnesty International poszła za głosem „opinii publicznej”.

W polskim piśmiennictwie rzadko spotyka się określenie „wojna kognitywna”, czyli wojna o serca i umysły szerokiej publiczności. Dysydenci, którzy tak często zostają więźniami sumienia, płyną pod prąd, walczą o wolność ryzykując osobistą wolność i jeśli są gigantami takimi jak Natan Szaranski czy Aleksiej Nawalny, pozostają wolni nawet za kratami. Dla tyranów są najgroźniejszymi przeciwnikami. Nie wiemy, czy Aleksiej Nawalny został zabity, czy tylko zadręczony, Putin nigdy nie zdołał odebrać mu wolności. Nie wiemy jednak, ilu tą śmiercią odstraszył, ani jak wielu dalej pójdzie drogą Aleksieja Nawalnego.


Andrzej Koraszewski – Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny. Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii. Facebook


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


What they really mean when they cry ‘Islamophobia’

What they really mean when they cry ‘Islamophobia’

JONATHAN S. TOBIN


The debate over a Biden nominee affiliated with a center that promotes hate for Israel shows that allegations of anti-Muslim prejudice are attempts to cover up antisemitism.

.
Adeel Mangi. Source: Senate Judiciary Committee/X.

Islamophobia struck again in the U.S. Senate’s Judiciary Committee this week. Or so we’re supposed to believe. During the confirmation hearings for Adeel Mangi, a nominee to the Third Circuit of the U.S. Court of Appeals—one of the courts one rung below the U.S. Supreme Court—Senate Republicans brought up a jarring entry on his otherwise glittering résumé that some people think should not be discussed.

Mangi, a Harvard Law School graduate, is a partner at a large and influential Manhattan law firm. He’s also a supporter of a laundry list of liberal causes that endear him to Democrats. That makes him a natural choice for the lifetime appointment to one of the nation’s most important courts by President Joe Biden. But Sens. Josh Hawley (R-Mo.), Ted Cruz (R-Texas) and Tom Cotton (R-Ark.) thought his role as a former member of the advisory board of Rutgers University’s Center for Race, Security and Rights was a red flag.

But as far as committee chair Dick Durban (D-Ill.) was concerned, the GOP’s questions about Mangi were impermissible, even in the context of a confirmation hearing grilling. He said that they were evidence of prejudice since Mangi is a Muslim-American and that the Newark, N.J.-based think tank he was associated with says its goal is promoting, “the civil and human rights of America’s diverse Muslim, Arab and South Asian communities.” Sen. Corey Booker (D-N.J.), compared the quizzing of Mangi to the McCarthyism of the 1950s.

They weren’t alone in making this claim. The Star-Ledger in Newark, N.J., editorialized that the senators who asked Mangi—who, if confirmed, would become the highest-ranking Muslim-American judge in American history—about his ties to the center had created an “ugly spectacle” during which they asked “irrelevant, salacious questions about Israel, Hamas—even whether he celebrated 9-11.”

This point of view was seconded by letters read into the record from the Anti-Defamation League and the American Jewish Committee, organizations that also bashed Republican senators for badgering Mangi “with endless questions that appear to have been motivated by bias towards his religion.” The liberal groups—always eager these days to lend a hand to their political allies on the left and to virtue signal their belief in interfaith amity—were quick to rise to the defense of the well-connected Mangi and to consider any questions about his affiliations or beliefs to be out of bounds.

After the contentious hearing, the committee approved the nomination by an 11-10 party-line vote. It will now go to the Senate, where it’s likely that a similar narrow partisan vote will put Mangi on the Third Circuit.

But there’s more to this controversy than the usual bitter partisanship that characterizes the efforts of Republicans and Democrats to pack the federal courts with judges who conform to their ideological preferences whenever the White House and the Senate are controlled by the same party. Whether or not Mangi is confirmed is of lesser importance than the principle that Democrats are trying to lay down in this controversy.

That’s because once people understand what the Rutgers Center for Race, Security and Rights is doing, it’s easy to see that questioning those who support it, as Mangi did until he resigned in advance of his confirmation hearings, isn’t Islamophobia. It’s an entirely necessary and reasonable examination of a state-supported institution that is a prime example of how academia has become a hotbed of antisemitism and Israel-bashing, both indoctrinating students in hate and making the lives of Jews on college campuses intolerable.

An anti-Israel hotbed

The center is a cesspool of anti-Israel propaganda helmed by a radical Rutgers Law School professor Sahar Aziz, an avowed opponent of Israel’s existence. It has a record of programs aimed at delegitimizing the Jewish state and the rights of the Jewish people, as well as promoting Islamist radicals. Just one among a number of egregious incidents involved the center holding a 9/11 anniversary event to provide a platform for supporters of the Palestinian Islamic Jihad terrorist group.

You don’t have to do a deep dive into its history to see exactly what kind of an organization it is. A glance at the center’s website provides a quick understanding of its “educational” mission. Who do they think is the real problem in American foreign policy? That would be the activities of the “Israel Lobby and its Zionist supporters to shame and silence critics of Israeli ethnic cleansing and apartheid.” It says that to label these smears of Israel and Jews (“Zionists”) as antisemitic is “Islamophobic.”

If there were any doubts about the point of its goals and practices, they were erased in recent months when it helped sponsor events at Rutgers in conjunction with the blatantly antisemitic Students for Justice in Palestine (SJP) at which a speaker denied the Hamas atrocities of Oct. 7. This was part of a pattern of events that had created a dangerous atmosphere for Jewish students who were being harassed on the Newark campus, leading to protests from local Jewish groups to demand that Rutgers suspend its SJP chapter. The student group has since been reinstated, though is on probation.

As far as Mangi was concerned, this was all news to him. He told the senators that he was unaware of the 9/11 event, and deplored Hamas and the terrorist attacks in Israel on Oct. 7. He claimed that his affiliation with the center was minimal but his denials don’t pass the smell test. He acknowledged that he joined the board at the request of Aziz. And his law firm is one of the center’s financial sponsors.

At the very least, Mangi’s affiliation with an institution that is part of a movement whose avowed purpose is opposing Israel—and has repeatedly hosted people affiliated with terrorist movements and their supporters—is worth questioning. Mort Klein, national president of the Zionist Organization of America, wasn’t wrong when he wrote: “If a nominee for a top judicial post asserted that he was merely a Ku Klux Klan advisory board member, and merely advised on the KKK’s ‘academic research,’ his nomination would be flatly rejected.”

But that’s the thing about people who are connected with groups or institutions that traffic in hate for Israel and Jews. In the current environment in which the political left has embraced woke ideology that treats Israel and Jews as “white” oppressors, places like the Rutgers Center can masquerade as advocates for human rights when their goals are actually to strip Jews of their humanity and rights—and ultimately destroy their homeland. Anyone who dares to bring this up, however, is quickly labeled as an Islamophobe. Most political liberals, including groups like the ADL that are supposed to be defending Jews against hate, are so afraid of being accused of racism and so enamored of the concept of interfaith alliances that they are ready to excuse ties to such hate groups.

You would think that the events of the last 100 days following the Oct. 7 Hamas pogroms in Israel and the surge in worldwide antisemitism, especially on college campuses, that have arisen since then would have made affiliations with a place like the Rutgers Center politically radioactive. Yet rather than making them more sensitive to the cost of turning a blind eye to groups that are part of this terrible plague of Jew-hatred, the Mangi nomination shows us that it’s still business as usual for Democratic politicians and liberal Jewish organizations.

The myth of Islamophobia

In the last 20 years, terrorism apologists like the Council of American-Islamic Relations (CAIR) have prospered despite their ties to violent radicals and vicious attacks on Israel and Jews. They’ve done so by pretending to be a civil-rights group and promulgating a myth about a post-9/11 backlash against Muslims in the United States for which there has never been any empirical evidence. FBI statistics have consistently shown that religious-based hate crimes against Muslims have never been numerous and are dwarfed by those against Jews, which continue to be the largest in that category. Still, that mythical backlash has become widely accepted by the mainstream media and liberal groups, which have bought into the idea that Islamophobia is not only rampant in the United States but somehow comparable to antisemitism.

Jewish groups like the ADL and AJC that rushed to the defense of someone like Mangi are giving the lie to their claims to be defending Jews against the hatred that’s become so obvious since Oct. 7. The ZOA and others, like StopAntisemitism and the Coalition for Jewish Values, that opposed his nomination were right to do so.

All hatred based on religion is to be deplored. The Mangi nomination battle, however, shows that most of what is labeled Islamophobia are attempts to call out antisemitism from Muslims. While American Muslims as a group should not be wrongly labeled as promoters of Jew-hatred, the agencies that purport to speak for them—namely, CAIR and institutions that claim to be defending their rights, like the center at Rutgers—are integral to the movement that has mainstreamed antisemitism, sending its supporters into the streets and onto campuses to spread hate against Jews. The lesson here is that in the current political context, crying “Islamophobia” is just a way to make us discount that antisemitism, as well as to shut up those trying to draw attention to a problem that can no longer be ignored.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him: @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com