Prawda o „dziennikarzach” z Gazy

Źródło zdjęcia: International Federation of Journalists:


Prawda o „dziennikarzach” z Gazy

Jonathan Sacerdoti


Przez dwa lata wmawiano nam, że Izrael prowadzi wojnę przeciwko dziennikarzom. Statystyki przytaczano na forum ONZ, cytowano w raportach organizacji praw człowieka i z pełną powagą powtarzali je prezenterzy, którym zależało na zademonstrowaniu własnej moralnej wyższości z bezpiecznych, odległych studiów telewizyjnych i podcastowych. Gaza, jak słyszeliśmy, stała się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi dla reporterów, a dominujące wyjaśnienie tego stanu rzeczy głosiło, że Izrael celowo ucisza prasę, bezlitośnie biorąc na cel tych odważnych ludzi, którzy po prostu służyli sprawie obiektywnej prawdy.

W tym tygodniu Siły Obronne Izraela (IDF) opublikowały dokumentację, którą nazwały Press Files („Aktami prasowymi”): nazwiska, fotografie i funkcje 170 osób zabitych podczas wojny, przedstawianych światu jako dziennikarze i pracownicy mediów, które jednocześnie były członkami organizacji terrorystycznych. 118 z nich należało do zbrojnego skrzydła Hamasu, 49 do Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, a pozostali do mniejszych ugrupowań. Siedemnastu z nich wdarło się na terytorium Izraela 7 października 2023 roku. Śmierć ponad 40 spośród tych osób spotkała się z oficjalnym potępieniem Izraela przez ONZ. Według IDF niektórzy pracowali dla Reutersa, CNN, BBC, AP, AFP, „Le Monde” i australijskiej ABC. Nigdy jednak nie powiedziano nam dokładnie, kim byli i dla kogo tak naprawdę pracowali.

Jeśli lista ta pojawia się tak późno, to dlatego, że jej sporządzenie wymagało czasu. Powstawała przez wiele miesięcy, w wyniku żmudnej analizy dokumentów i wykazów personalnych przejętych przez żołnierzy w Strefie Gazy, z których wiele zostało sporządzonych przez same organizacje terrorystyczne, a także innych materiałów wywiadowczych. W licznych przypadkach dowody pochodziły bezpośrednio od Hamasu i Islamskiego Dżihadu, które po cichu uznawały tych ludzi za własnych męczenników, gdy międzynarodowe oburzenie zdążyło już spełnić swoją rolę. Do tego czasu narracja była już utrwalona, a sprostowania nigdy nie docierały tak daleko jak oskarżenia. Mówienie prawdy wymaga czasu, bo wszystko trzeba sprawdzić. Rozpowszechnianie propagandy jest znacznie szybsze.

Anas al-Sharif był najbardziej rozpoznawalną twarzą Al-Dżaziry w północnej części Strefy Gazy. Kiedy zginął w sierpniu 2025 roku, jego śmierć potępiły ONZ, organizacje broniące wolności prasy oraz znaczna część zachodnich komentatorów. IDF opublikowały teraz dokumenty przejęte przez izraelskich żołnierzy w Gazie, w których figuruje on jako oficer szczebla kompanii w kompanii artyleryjskiej Brygady Północnej Gazy Hamasu, wraz z numerem identyfikacyjnym w strukturach wojskowych Hamasu. Hossam Shabat, którego pośmiertne przesłanie zaczynające się od słów „jeśli to czytacie” obiegło cały świat, figuruje w przejętych dokumentach Hamasu jako członek jednostki przeciwpancernej Batalionu Beit Hanoun. Ismail al-Ghoul, kolejny korespondent Al-Dżaziry opłakiwany jako męczennik wolnej prasy, jest wymieniony w przejętym wykazie personelu Brygady Gazy Hamasu. Hamza al-Dahdouh, syn szefa biura Al-Dżaziry w Gazie, którego śmierć skłoniła amerykańskiego sekretarza stanu do publicznego wyrażenia żalu, figuruje w przejętym dokumencie Islamskiego Dżihadu jako członek jego jednostki inżynierii elektronicznej.

Jest też Hassan Aslih, którego materiały ukazywały się za pośrednictwem AP i CNN. Obie redakcje ostatecznie określiły go jedynie jako freelancera i zerwały z nim współpracę w listopadzie 2023 roku. W przejętym wykazie Brygady Chan Junus Hamasu figuruje jako członek formacji wojskowej, a IDF twierdzą, że 7 października przedostał się na terytorium Izraela. Czy możliwe, że nie tylko relacjonował masakrę, lecz w rzeczywistości brał w niej udział, dysponując wcześniejszą wiedzą i odpowiednio się do niej przygotowawszy? Wygląda na to, że tak.

Ujawnione informacje pochodzą w znacznej mierze z dokumentacji samych organizacji terrorystycznych, zawierającej nazwy jednostek, batalionów i numery służbowe, przejętej w terenie i opublikowanej do wglądu dla każdego, kto zechce się z nią zapoznać. Nie wszystkie przedstawione przypadki są poparte dowodami o jednakowej sile i każdy zasługuje na dokładną analizę. Jednak prawidłowość, która się z nich wyłania, jest niezaprzeczalna. Nie oznacza to, że każdy dziennikarz zabity w Gazie był uczestnikiem walk. Niektórzy nimi nie byli, a każda z tych śmierci zasługuje na uczciwe zbadanie okoliczności, w jakich do niej doszło. Ale nawet to nie świadczy o celowym atakowaniu niewinnych pracowników prasy. Dobrzy ludzie również giną na wojnach, czasem z niewłaściwych powodów. Skala oszustwa powinna jednak zawstydzić każdą redakcję i instytucję, która powielała te liczby, nie zadając ani jednego pytania o to, kim byli ci ludzie. Tym bardziej powinno to dotyczyć tych, którzy bezkrytycznie publikowali ich „materiały dziennikarskie”.

To oszustwo od dawna stanowi element palestyńskiej strategii wojskowej. Hamas rozumie zachodnich odbiorców znacznie lepiej, niż oni rozumieją Hamas. Wie, że słowo „dziennikarz” niesie w naszej kulturze określony ładunek moralny. Wyobrażamy sobie odważnego reportera w kamizelce kuloodpornej, który mówi prawdę władzy prosto w oczy, ryzykując wszystko, aby świat mógł zobaczyć, co się dzieje. Wystarczy zatrzeć granicę między tym wyobrażeniem a człowiekiem, który za dnia nosi kamerę, a nocą karabin, albo kimś, kto wykorzystuje kamerę wideo zarówno do zbierania informacji wywiadowczych o ruchach izraelskich wojsk, jak i do rejestrowania materiałów informacyjnych, a otrzymujemy doskonałą tarczę. Każdy atak na taką osobę staje się atakiem na wolność prasy, a każde pytanie o jej powiązania jest potępiane jako oszczerstwo. Odbiorcy trzymają się swoich wygodnych wyobrażeń o wolnej prasie, a te wyobrażenia wykonują za Hamas jego robotę.

Ale w Gazie nigdy nie było wolnej prasy. Istniała tam prasa działająca pod rządami totalitarnego reżimu terrorystycznego, a teraz otrzymaliśmy wyjątkowo szczery opis tego, co to oznaczało, od jednej z jej najbardziej znanych postaci. Motaz Azaiza był na Zachodzie fetowany jako „głos Gazy”. Magazyn „Time” uznał go za jedną z najbardziej wpływowych osób na świecie. Odebrał Nagrodę Wolności w Caen podczas obchodów 80. rocznicy lądowania aliantów w Normandii i występował u boku celebrytów, wśród nich dziecięcej youtuberki Ms Rachel, która przedstawiła go jako swojego przyjaciela. W zeszłym miesiącu udzielił trzygodzinnego wywiadu po arabsku podcastowi „Taqarob”. Prawdopodobnie zakładał, że niewiele osób w anglojęzycznym świecie kiedykolwiek go usłyszy.

To, co powiedział, potwierdza niemal wszystko, o czego wymyślanie oskarżano Izrael. Opisał, jak dziennikarze w Gazie opuszczali kamery za każdym razem, gdy któryś z mieszkańców przeklinał Hamas. Powiedział, że nigdy nie widział, aby dziennikarz z Gazy opublikował taką krytykę. Opisał grupę na WhatsAppie o nazwie „Smart”, prowadzoną przez przedstawiciela Hamasu odpowiedzialnego za media, do której, jak twierdził, należeli wszyscy dziennikarze w Gazie. Oczywiście jako dziennikarz można należeć do najróżniejszych grup na WhatsAppie organizowanych przez terrorystów, działaczy politycznych czy inne podejrzane postacie, z którymi całkowicie się nie zgadzamy. Są to przydatne miejsca do zdobywania informacji. Sam w ramach swojej pracy codziennie przeglądam dziesiątki grup Hamasu i innych organizacji terrorystycznych na Telegramie i WhatsAppie. Jednak członkowie grupy „Smart” nie zachowywali się jak neutralni odbiorcy informacji. Organizowali kampanie przeciwko każdemu, kogo uznano za niewystarczająco lojalnego, w tym przeciwko samemu Azaizie. Opisał, jak dobierano i przedstawiano materiały, aby wywołać jak największy efekt. Jak powiedział, w każde Boże Narodzenie dziennikarze fotografowali Świętego Mikołaja wśród ruin lub w obozach dla uchodźców, ponieważ miało to „przyciągać uwagę”. Mówił o przyjaciołach wewnątrz Hamasu, do których mógł zadzwonić, aby zorganizować loty dronów lub uzyskać dostęp do określonych miejsc. Przyznał też, że 7 października sfilmował izraelskich zakładników bitych przez tłum i zdecydował się nie publikować tego nagrania. Powiedział również, że tamtego ranka przeszedł go dreszcz, gdy słuchał, jak Mohammed Deif ogłasza rozpoczęcie ataku. Kiedy wywiad został przetłumaczony i rozpowszechniony, Azaiza szybko pospieszył z wyjaśnieniami na Instagramie. Nagranie Ms Rachel z jego udziałem zniknęło. Żal, o ile w ogóle można o nim mówić, wydaje się dotyczyć raczej tego, kto usłyszał te słowa, niż samej ich treści.

Tego właśnie kontekstu brakuje niemal we wszystkich żądaniach, by Izrael „wpuścił dziennikarzy”. Piers Morgan uczynił z tego żądania niemal swój znak rozpoznawczy. „Nie traktujcie nas jak idiotów” – powiedział ambasadorowi Izraela. Innym razem zbył przedstawiane przez Izrael obawy dotyczące bezpieczeństwa słowami: „Proszę, nie jesteśmy głupi”. Zadawał to samo pytanie ambasadorom, ministrom, rabinom i prezydentowi Izraela. Problem nie polega na tym, że je zadaje. Polega na tym, że nigdy nie wydaje się słuchać odpowiedzi. Każdy gość wyjaśnia zagrożenia operacyjne, niebezpieczeństwo grożące reporterom oraz łatwość, z jaką Hamas inscenizuje wydarzenia na potrzeby mediów i steruje relacjami. Potem przychodzi kolejny gość i pada identyczne pytanie, jak gdyby nikt nigdy wcześniej na nie nie odpowiedział. Przypomina to raczej powtarzanie mantry niż próbę zrozumienia czegokolwiek.

Oto więc odpowiedź, raz jeszcze. Wiemy już, co się dzieje, gdy zachodni reporterzy pracują na terytorium kontrolowanym przez organizację terrorystyczną. Kiedy Izrael wskazał szpital w Bejrucie, w którym – jak twierdził – ukrywano zasoby Hezbollahu, Orla Guerin z BBC zwiedziła budynek, przypuszczalnie pod nadzorem Hezbollahu. Sfilmowała zwykłe oddziały szpitalne i przekazała zaprzeczenia kierownictwa szpitala, ale nie była w stanie zobaczyć dokładnie tego miejsca, które wskazał Izrael. Dlatego jej reportaż, niezależnie od najlepszych intencji, równie dobrze mógł być wycieczką z przewodnikiem przedstawioną jako niezależna weryfikacja. Gaza pod rządami Hamasu oferowałaby to samo, tylko na znacznie większą skalę: opiekunów nadzorujących reporterów, starannie dobieranych tłumaczy, miejsca, do których wolno wejść, tematy, których nie wolno poruszać, oraz lokalnych współpracowników dziennikarzy, którzy – jak jasno wynika z relacji Azaizy – odpowiadają przed reżimem w Gazie, a nie przed kierownictwem BBC w New Broadcasting House.

Dochodzi do tego zagrożenie fizyczne. Hamas i inne ugrupowania palestyńskie mają długą historię wykorzystywania dziennikarzy i cudzoziemców jako kart przetargowych. W 2006 roku korespondent Fox News Steve Centanni i operator kamery Olaf Wiig zostali porwani w Gazie i byli przetrzymywani przez niemal dwa tygodnie. Uwolniono ich dopiero po tym, jak zmuszono ich do złożenia przed kamerą oświadczeń o przejściu na islam. W 2007 roku Alan Johnston z BBC był przetrzymywany przez Armię Islamu przez 114 dni, a w pewnym momencie pokazano go na nagraniu wideo z pasem z materiałami wybuchowymi. 7 października cudzoziemcy, w tym ponad 30 tajskich robotników rolnych i nepalski student rolnictwa, zostali uprowadzeni do Gazy jako zakładnicy. Zachodni korespondent w mieście poprzecinanym tunelami to potencjalny zakładnik, którego porwanie jest tylko kwestią czasu. Przemieszczanie się reporterów i ich transmisje ujawniałyby pozycje wojskowe w czasie rzeczywistym. Ich obecność stałaby się kolejnym problemem dla IDF, które musiałyby zapewniać im ochronę, i kolejną okazją do wykorzystania przez Hamas. Pisałem już wcześniej, że ograniczenie dostępu jest trudnym wyborem strategicznym, dalekim od ideału, ale możliwym do wyjaśnienia względami, które nie mają w sobie niczego złowrogiego. Nic, co wydarzyło się od tamtej pory, nie zmieniło mojego poglądu. Wręcz przeciwnie, Press Files i własne słowa Azaizy tylko go umacniają.

Najpilniejszym pytaniem nigdy nie było to, co Izrael „ukrywa” w Gazie. Chodzi o to, co Hamas ukrywał za słowem „dziennikarz” i dlaczego tak wielu przedstawicieli naszych własnych mediów wykazywało tak niewielką ciekawość odpowiedzi. Wielu z tych mężczyzn opłakiwano na antenie, dziesiątki wymieniano w oświadczeniach ONZ, a wszystkich uwzględniano w zestawieniach liczbowych, które zachodnie media przytaczały jako dowód izraelskich zbrodni. Jak dotąd bardzo niewiele redakcji, które ich zatrudniały, czy prezenterów, którzy się na nich powoływali, zadało pytanie, jak to się stało, że mogli jednocześnie posiadać legitymacje prasowe i numery służbowe Hamasu. Dopóki tego nie zrobią, ich oburzenie z powodu zakazu wjazdu do Gazy brzmi pusto. Lekcja płynąca z Press Files nie polega na tym, że Izraelowi należy ślepo ufać – nie należy. Polega na tym, że w Gazie granica między reporterem a terrorystą była celowo zacierana. Ci przedstawiciele zachodnich mediów, którym odpowiadało niezadawanie pytań i niezgłębianie sprawy, raczej nie okażą się rozwiązaniem w miejscu, gdzie jedynie sceptycyzm i zawodowa rzetelność mogłyby choćby zacząć przebijać się przez zasłonę dezinformacji. A nawet one nie są w stanie sprostać najbardziej bezwzględnym terrorystom, gotowym za wszelką cenę uczynić broń ze wszystkiego, w tym z prasy.


Pierwotnie opublikowano w „The Spectator”. 

Link do oryginału:

Jonathan Sacerdoti
The truth about Gazan ‘journalists’
For two years we were told that Israel was waging a war on journalists. The statistics were recited at the UN, quoted in human rights reports, and repeated earnestly by presenters keen to prove their virtue from the safety of far-off studios and podcast sets. Gaza, we heard, had become the deadliest place on earth to be a reporter, and the dominant expl…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com