Członkowie Czerwonej Gwardii podczas marszu w Szanghaju, 1967. (Źródło: Wikipedia.)
Jak komunizm zabija życzliwość
Rob Henderson
W 1974 roku Simon Leys opublikował książkę „Chinese Shadows” pod pseudonimem, aby chronić się przed promaoistowskimi intelektualistami. Opisał w niej sposoby myślenia, które dziś mają się znakomicie w Ameryce.
Komunizm zyskuje w Ameryce na popularności. Co więcej, jest otwarcie wychwalany.
Na nieco ponad miesiąc przed wyborami do Kongresu co najmniej ośmioro kandydatów otwarcie prezentujących socjalistyczne poglądy ma duże szanse na zdobycie mandatów. W sondażach zdecydowanie wyprzedzają swoich przeciwników w stanach od Nowego Jorku po Kolorado.
Uważacie, że socjalizm nie ma nic wspólnego z komunizmem? Zastanówcie się jeszcze raz. Niemal połowa członków kierownictwa Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA) określa siebie mianem komunistów. Jak informował tego lata Stu Smith: „Członkowie o komunistycznych przekonaniach politycznych mają obecnie znaczący wpływ na kierownictwo DSA”. W biuletynie z grudnia 2025 roku członkowie frakcji Red Star Caucus, działającej w ramach DSA, świętowali 132. rocznicę urodzin Mao Zedonga.
Wszystko to rodzi naturalne pytania: skąd bierze się ta rewolucyjna fascynacja? I dokąd nas zaprowadzi, skoro stopniowo przenika do kręgów sprawujących władzę?
Najlepszym przewodnikiem, który pomoże zrozumieć te kwestie, jest książka opublikowana ponad 50 lat temu pod pseudonimem. Autor obawiał się bowiem, co mogliby mu zrobić promaoistowscy intelektualiści, gdyby odkryli, kto ją napisał.
Simon Leys, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Pierre Ryckmans, był belgijsko-australijskim badaczem chińskiej sztuki i literatury. W 1974 roku opublikował książkę „Chinese Shadows”, będącą świadectwem kulturowego i politycznego spustoszenia, jakie zaobserwował w Chinach w latach następujących po rewolucji kulturalnej.
Książka pełna jest spostrzeżeń, które dziś wydają się niepokojąco aktualne. Jedno z nich, do którego jeszcze wrócę, jest najbardziej przejmującą rzeczą, jaką kiedykolwiek przeczytałem o tym, co terror polityczny robi z ludzką duszą. Niemal wszystkie te obserwacje opisują sposoby myślenia, które nie umarły wraz z Mao. Przeciwnie, są dziś obecne w Ameryce.
Zacznijmy od odrobiny historii.
Rewolucja kulturalna rozpoczęła się dlatego, że Mao Zedong chciał pozbyć się rywali w kierownictwie partii komunistycznej. Zwrócił się więc do radykalnych studentów, dając im przyzwolenie na atakowanie wszelkich autorytetów z wyjątkiem jego własnego.
Funkcjonariusze partyjni podżegali tych młodych bojowników, którzy napadali na domy „wrogów klasowych” i czynili z nich społecznych wyrzutków. Nastąpiły przemoc, grabieże, usankcjonowanie nienawiści oraz publiczne oskarżanie członków rodzin, przyjaciół, sąsiadów i współpracowników.
Kiedy rozmiary katastrofy stały się niemożliwe do ukrycia, Mao i przedstawiciele reżimu odcięli się od własnych bojowników, twierdząc, że za okrucieństwa odpowiadała „skrajna lewica”.
Brzmi znajomo?
Amerykanie byli świadkami łagodniejszej wersji tego zjawiska latem 2020 roku. Zamieszki i grabieże spowodowały wówczas straty szacowane na miliard do dwóch miliardów dolarów. W tym samym czasie wpływowi przedstawiciele świata polityki i mediów bagatelizowali zniszczenia.
Niektórzy czołowi politycy szybko zaczęli przekonywać, że za zniszczenia nie odpowiadali mieszkańcy ich własnych społeczności. Gubernator Minnesoty Tim Walz, późniejszy kandydat Demokratów na wiceprezydenta w 2024 roku, szacował, że 80 procent sprawców przybyło spoza stanu. Z kolei burmistrz Minneapolis Jacob Frey oświadczył, że „ludzie, którzy to robią, nie są mieszkańcami Minneapolis”.
Dokumentacja policyjna dotycząca zatrzymań wykazała coś przeciwnego.
Choć skala wydarzeń była inna, mechanizm pozostawał ten sam: najpierw pobłażanie, a następnie nieszczere odcinanie się od sprawców, kiedy szkody zostały już wyrządzone.
Na tym podobieństwa się nie kończą.
Leys pisał, że w XX wieku rządy komunistyczne często wybielały własną historię i swoich przywódców, niesłychanie oszczędnie posługując się prawdą.
Na przykład Mao wychował się w zamożnej rodzinie właścicieli ziemskich, ale przedstawiano go jako „przedstawiciela klasy robotniczej”. Natomiast wrogów reżimu, nawet tych, którzy dorastali w skrajnej nędzy, niezmiennie opisywano jako ludzi „wywodzących się z bogatych rodzin kapitalistycznych”.
I oto pojawia się Zohran Mamdani, syn profesora prestiżowego uniwersytetu należącego do Ligi Bluszczowej oraz wielokrotnie nagradzanej reżyserki. Prowadził kampanię wyborczą na burmistrza jako rzecznik nowojorskiej klasy robotniczej.
Ruch socjalistyczny, który za nim stoi, opiera się w mniejszym stopniu na robotnikach, a w większym na ludziach z wyższym wykształceniem.
W tych kręgach przynależność klasowa jest przede wszystkim kwestią politycznego kostiumu, który się przywdziewa, a nie obiektywnych warunków materialnych własnego życia. Propagandyści Mao doskonale to rozumieli. Podobnie jak zespół Mamdaniego odpowiedzialny za media społecznościowe.
Chociaż podobieństw między książką Leysa a współczesnością jest mnóstwo, jeden fragment szczególnie zasługuje na zapamiętanie.
Pochodzi z części, w której Leys zauważa, że komunizm przekształcił chińską kulturę – niegdyś gościnną, serdeczną i pełną ludzkiego ciepła – w kulturę chłodną, wysterylizowaną i wyobcowaną.
„Reżim maoistowski jedynie powtórzył doświadczenia sowieckie” – pisze Leys, przytaczając opis życia pod rządami Józefa Stalina autorstwa rosyjskiej pisarki Nadieżdy Mandelsztam:
„Niegdyś było wielu dobrych ludzi, a nawet ci niedobrzy udawali dobrych, ponieważ tak wypadało. […] Wszystko, co widzieliśmy w naszych czasach – wywłaszczenie kułaków, walka klasowa, nieustanne «demaskowanie» ludzi, doszukiwanie się ukrytych motywów każdego działania – nauczyło nas, że możemy być wszystkim, byle tylko nie być dobrymi”.
Innymi słowy, życzliwość trzeba pielęgnować, a dzieje się tak tylko wtedy, gdy istnieje na nią zapotrzebowanie. Reżim, który nagradza donosicielstwo, będzie produkował donosicieli.
Odrzućcie tę drobną i szybko przemijającą satysfakcję, jaką daje przyłączenie się do internetowej nagonki. Okażcie współczucie ofierze przemocy, nawet jeśli nie podzielacie jej przekonań.
Dlaczego życzliwość umiera pod rządami komunizmu?
W Chinach Mao pierwszym sygnałem było to, że sama życzliwość stała się podejrzana. Współczucie było dozwolone, ale wyłącznie wobec właściwych ludzi. Można było litować się nad biednym chłopem, pod warunkiem że nie posiadał żadnego majątku. Nie wolno było natomiast współczuć córce właściciela ziemskiego.
W 1942 roku marksistowski pisarz Wang Shih-wei skrytykował szczególne przywileje, z jakich korzystali przywódcy partyjni w Yan’anie. Zakończył swój esej przeprosinami za to, że tak wiele pisał o „uczuciach” i „ludzkim cieple”. Czy nie było to, zastanawiał się, przejawem jego „drobnomieszczańskiej sentymentalności”?
Pięć lat później został stracony.
Ten sam mechanizm występował w stalinowskim Związku Radzieckim.
W książce „The Status Game” brytyjski autor Will Storr opisuje ludzi wysyłanych do odbierania chłopom ziemi i dobytku w ramach przymusowej kolektywizacji.
Pouczano ich: „Wyrzućcie przez okno swój burżuazyjny humanitaryzm i postępujcie jak bolszewicy godni towarzysza Stalina”.
Jeden z tych ludzi, Lew Kopielew, poruszony krzykiem dzieci, karcił samego siebie za odczuwanie litości.
Jak pisze Storr: „Prestiż zdobywało się przez aktywne tłumienie naturalnego ludzkiego współczucia”.
Społeczeństwo, które gloryfikuje okrucieństwo, będzie miało go coraz więcej.
Dzisiaj mamy własną klasyfikację określającą, komu wolno współczuć.
Kiedy w grudniu 2024 roku Brian Thompson, dyrektor generalny UnitedHealthcare, został zastrzelony na chodniku na Manhattanie, 41 procent wyborców poniżej trzydziestego roku życia uznało to zabójstwo za dopuszczalne. Domniemany zabójca stał się dla nich bohaterem.
Kiedy we wrześniu ubiegłego roku zamordowano Charliego Kirka, wielu progresywistów spierało się o to, czy zasługiwał na żałobę.
Logika w obu przypadkach przypominała mechanizm opisany przez Leysa.
Najpierw ustalamy, kogo można uznać za ofiarę. Następnie decydujemy, kto zasługuje na współczucie. Jeśli ktoś należy do niewłaściwej kategorii, właściwą reakcją staje się okrucieństwo, a nie życzliwość.
Co Leys proponuje nam w zamian?
Pokładał nadzieję w zwykłych ludziach.
Opisuje na przykład spotkanie z młodym kustoszem muzealnym na zapleczu sklepu z dziełami sztuki. Kustosz rozwinął przed nim kilkanaście zakazanych obrazów. Od czasu do czasu zaglądali tam pracownicy sklepu, żeby obejrzeć malowidła, „jak gdyby świadomi, że uczestniczą w jakimś potajemnym rytuale”.
Leys pragnął, jak sam pisał, „podziękować im za to, że byli po prostu sobą” – ludźmi gotowymi zaryzykować karę dla samej przyjemności obcowania z pięknem.
Leys wymyślił nawet pewien test, który pozwalał mu sprawdzić, kto spośród otaczających go ludzi jest zdolny do samodzielnego myślenia.
Pytał, w którym miejscu Chin najbardziej chcieliby mieszkać.
Większość udzielała obowiązującej odpowiedzi: tam, gdzie mogliby najlepiej „służyć ludowi”.
Od czasu do czasu ktoś jednak odpowiadał, że w regionie słynącym z przyjemnego klimatu albo w konkretnym mieście, w którym mieszkali członkowie jego rodziny.
Leys zwracał uwagę na takich ludzi, ponieważ odważyli się przyznać, że kochają jakieś miejsce lub jakąś osobę z własnych, osobistych powodów.
Jak zauważył George Orwell w 1946 roku, troska o zwyczajne sprawy, niemające nic wspólnego z ideologią, może sprawić, że „pokojowa i przyzwoita przyszłość stanie się odrobinę bardziej prawdopodobna”.
Odrzućcie tę drobną i szybko przemijającą satysfakcję, jaką daje przyłączenie się do internetowej nagonki. Okażcie współczucie ofierze przemocy, nawet jeśli nie podzielacie jej przekonań. Dostrzegajcie ludzi, którzy nie dali się zniewolić ideologii, i zaprzyjaźniajcie się z nimi.
Wszystkie te postawy warto dziś przyjąć.
Leys nie bez powodu pisał pod pseudonimem.
Ówczesna zachodnia inteligencja, w znacznej mierze promaoistowska, była wściekła, że uczciwie opisywał swoje obserwacje dotyczące reżimu. Ostatecznie jego przeciwnicy wytropili go i ujawnili jego prawdziwą tożsamość.
Nie był zaskoczony.
Doszedł do wniosku, że zachodnie pochwały komunizmu były „abstrakcyjną projekcją ideału, utopią, która pozwala im potępiać wszystko, co złe na Zachodzie, bez konieczności podejmowania wysiłku samodzielnego myślenia”.
Członkowie DSA, którzy wznosili toasty z okazji 132. rocznicy urodzin Mao, nigdy nie mieszkali w kraju, którym rządził. Leys mieszkał.
Mao obiecywał usunąć reakcyjne siły uciskające masy. W rzeczywistości zniszczył muzea, biblioteki, intelektualistów, powieściopisarzy – a także samą życzliwość.
Leys ukrywał swoje nazwisko, aby móc powiedzieć prawdę o reżimie, który karał za uczciwość i życzliwość.
Każdy porządek społeczny kształtuje takie postawy, jakie nagradza.
Pytanie, które warto sobie zadać, brzmi: jakie postawy nagradzamy dzisiaj?
Link do oryginału:
The Free Press, 25 września 2026
Rob Henderson jest autorem bestsellerowej książki „Troubled: A Memoir of Family, Foster Care, and Social Class”. Uzyskał doktorat z psychologii na Uniwersytecie Cambridge i jest starszym pracownikiem naukowym Manhattan Institute.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



