Archive | 2026/10/14

Klątwa pożytecznego idioty

Zack Polanski – wzorowy użyteczny idiota. (Zrzut z ekranu)


Klątwa pożytecznego idioty

Leo Pearlman


Pożyteczny idiota jest jedną z najbardziej trwałych postaci w historii. Pojawia się w każdym pokoleniu, w każdej ideologii i w każdym ruchu politycznym. Nie definiuje go to, w co wierzy, lecz to, do czego można go wykorzystać. Byłby jedną z wielkich komicznych postaci historii, gdyby nie był tak niebezpieczny.

Pożyteczny idiota rzadko jest głupi. Przeciwnie, wielu z nich to ludzie inteligentni, elokwentni i często świetnie wykształceni. Można ich znaleźć na uniwersytetach, w zarządach firm, partiach politycznych, organizacjach aktywistycznych i instytucjach medialnych. Tym, co ich wyróżnia, nie jest brak inteligencji, lecz brak ciekawości – albo, mówiąc dokładniej, lęk przed ciekawością.

Pożyteczny idiota boi się informacji, które mogłyby skomplikować jego obraz świata. Unika rozmów podważających jego założenia, szukając raczej potwierdzenia niż zrozumienia, pewności zamiast prawdy.

Dla poprzednich pokoleń edukacja była często procesem odkrywania, jak wiele się nie wie. Dziś dla wielu stała się procesem uczenia się, jakie poglądy można bezpiecznie wyznawać. Pierwsze kształtuje ludzi myślących samodzielnie, drugie – naśladowców.

Pożyteczny idiota nie boi się, że może nie mieć racji. Boi się odkrycia, że jego przeciwnicy mogą nie być całkowicie w błędzie. Bo takie odkrycie zagraża czemuś znacznie ważniejszemu niż argumentacja – zagraża przynależności. A właśnie przynależność leży w samym sercu tego zjawiska.

Pożyteczny idiota chce być akceptowany, potrzebuje należeć do „tych dobrych”, łaknie aprobaty tłumu. A przede wszystkim pragnie pewności. Chce świata schludnie podzielonego na dobrych i złych, ciemiężycieli i uciskanych, ofiary i złoczyńców.

Rzeczywistość rzadko jest tak prosta, ale pożyteczny idiota nie może sobie pozwolić na złożoność. Złożoność wymaga myślenia, myślenie rodzi wątpliwości, wątpliwości zagrażają przynależności, a przynależność coraz częściej jest walutą współczesnego aktywizmu.

I właśnie tutaj zaczyna się manipulacja, ponieważ pożyteczny idiota nie tylko się myli – jest wykorzystywany. Na tym polega cała rzecz, bo jego wartość nie tkwi w mądrości, wiedzy czy osądzie, lecz w zdolności do dostarczania legitymizacji.

Jeśli chcesz atakować Żydów, znajdź Żyda. Jeśli chcesz atakować kobiety, znajdź kobietę. Jeśli chcesz atakować prawa gejów, znajdź gejowskiego aktywistę. Jeśli chcesz atakować demokrację, znajdź demokratę.

Pożyteczny idiota staje się żywą tarczą, certyfikatem autentyczności, przepustką.

„Jak to może być antysemityzm? Przecież razem z nami maszerują Żydzi”.

„Jak to może być mizoginia? Przecież kobieta się z nami zgadza i stoi po naszej stronie”.

„Jak to może być homofobia? Przecież on stoi na naszym czele”.

Sama sprzeczność staje się produktem. Zjawisko to stało się tak powszechne, że niemal przestało zwracać uwagę. Zwrot „Jako Żyd…” stał się wręcz osobnym gatunkiem dyskursu politycznego.

Rzadko chodzi tu o fachową wiedzę. Chodzi o rozgrzeszenie. Taka osoba nie znajduje się tam dlatego, że rozumie problem lepiej niż wszyscy inni. Jest tam po to, by pozwolić wszystkim pozostałym przestać myśleć – albo, w wielu przypadkach, w ogóle nie zaczynać.

Pożyteczny idiota bierze to za akceptację. Ale to nie jest akceptacja. Akceptacja oznacza, że jesteś ceniony za to, kim jesteś. Użyteczność oznacza, że jesteś ceniony za to, co możesz zrobić dla kogoś innego.

Pierwsze jest bezwarunkowe. Drugie ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Ujawnił go. A właściwie ujawnił ich miliony. To, co nastąpiło po masakrze, było jednym z najbardziej niezwykłych politycznych przegrupowań we współczesnej historii Zachodu.

Powstała burza doskonała: część progresywnej lewicy zaczęła maszerować ramię w ramię z ruchami islamistycznymi.

Organizacje walczące o prawa kobiet miały trudności z potępieniem zorganizowanych gwałtów i przemocy seksualnej wobec izraelskich kobiet.

Organizacje LGBTQ entuzjastycznie sprzymierzały się ze sprawami, których ideologie polityczne uznawałyby homoseksualizm za przestępstwo i karały homoseksualistów śmiercią przez powieszenie.

Obrońcy praw człowieka zaczęli bronić organizacji otwarcie odrzucających wiele praw, których sami rzekomo bronią.

Sprzeczność była oczywista, a jednak miliony ludzi zdawały się jej nie dostrzegać – albo nie chciały jej dostrzec. Bo kiedy przynależność staje się ważniejsza niż prawda, rzeczywistość staje się negocjowalna.

Pożyteczny idiota przestaje pytać: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”. Zamiast tego pyta: „Co pomyśli o mnie moje plemię, jeśli zacznę ich kwestionować?”.

Ta jedna zmiana wyjaśnia wiele ze współczesnego aktywizmu. Pożyteczny idiota ocenia ruchy według tego, jak współczująco brzmią, nigdy zaś według tego, co się dzieje, kiedy zdobywają władzę.

I tu dochodzimy do brytyjskiego polityka z Partii Zielonych, Zacka Polanskiego.

Gdyby komuś powierzono zadanie skonstruowania w laboratorium idealnego pożytecznego idioty, rezultat mógłby wyglądać uderzająco podobnie.

Gej, Żyd i progresywny polityk, entuzjastycznie uczestniczący w koalicjach politycznych, w których znajdują się ludzie celebrujący 7 października, broniący Hamasu lub sprzymierzający się z ruchami zasadniczo wrogimi zarówno żydowskiemu samostanowieniu, jak i równouprawnieniu osób LGBT.

Ironia jest niemal zbyt doskonała. Żyd i homoseksualista prowadzący kampanię u boku ludzi, których ideologiczni pobratymcy mieliby niewiele cierpliwości zarówno dla jego żydowskości, jak i homoseksualności.

A jednak właśnie ta sprzeczność czyni go tak wartościowym. Jego żydowskość, seksualność i poglądy polityczne zapewniają legitymizację. Jest użyteczny nie pomimo tych cech, lecz właśnie dzięki nim.

Pożyteczny idiota jest zawsze cenniejszy, kiedy można go pokazać palcem. „Widzicie? To przecież nie może być antysemityzm”. „Widzicie? To przecież nie może być homofobia”. „Widzicie? Jeden z nich się z nami zgadza”.

Jest jeszcze jedna cecha pożytecznego idioty, której poświęca się znacznie mniej uwagi:

Jego użyteczność często rośnie, kiedy cierpi. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że jest częścią ruchu. W rzeczywistości często jest surowcem, którym ruch się żywi.

Jego aresztowanie staje się okrzykiem mobilizującym zwolenników. Jego zawieszenie – apelem o datki. Jego zwolnienie z pracy – dowodem prześladowania. Jego uwięzienie – narzędziem rekrutacji. Ruch pochłania jego ofiarę i przetwarza ją w energię. Jednostka płaci cenę, organizacja inkasuje dywidendę.

Skuteczny aktywista jest użyteczny. Ofiara jest bezcenna.

Dlatego tak wiele ruchów z większym entuzjazmem celebruje swoich męczenników niż własne sukcesy. Uwięziony aktywista, wyrzucony student, aresztowany demonstrant, napiętnowany wykładowca. Ich cierpienie staje się kapitałem politycznym, ich ofiara – strategią marketingową.

Pożyteczny idiota bierze ten proces za solidarność. Często jest to po prostu eksploatacja. Jego poświęcenie nie jest niefortunnym skutkiem ubocznym działalności ruchu – jest jednym z jego najcenniejszych aktywów. A ponieważ nauczono go, że cierpienie jest dowodem zaangażowania, staje się jeszcze bardziej lojalny. Im więcej traci, tym bardziej jest przekonany. Im więcej poświęca, tym bardziej czuje się sprawiedliwy. Im surowiej jest karany, tym większą ma pewność, że stoi po właściwej stronie historii.

Ruch rozumie to instynktownie. Pożyteczny idiota – rzadko.

I tu dochodzimy do publicysty „Guardiana”, Owena Jonesa.

Jego doświadczenie po wizycie na Buttmitzvah, queerowej żydowskiej imprezie klubowej w Londynie, było drobną, lecz doskonałą ilustracją szerszego zjawiska.

Przez lata Jones prezentował nienaganne antysyjonistyczne referencje. Przejął odpowiedni język, popierał właściwe sprawy i z niesłabnącą obsesją atakował zatwierdzone cele. A jednak wystarczyło, że pojawił się na żydowskiej imprezie, by niektórzy zwrócili się przeciwko niemu.

Jego reakcja była znamienna: zdziwienie, rozczarowanie, poczucie zdrady. Oczywiście nie powinien był być zaskoczony. Pożyteczny idiota często dopiero za późno odkrywa, że tłum, który mu klaskał, nigdy naprawdę go nie akceptował. Po prostu uważał go za użytecznego.

Lekcja, którą Owen odebrał w miniaturze, jest tą samą lekcją, której historia raz po raz udziela w pełnej skali. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że lojalność zostanie w końcu odwzajemniona. Historia sugeruje coś innego. Bo pożyteczny idiota nigdy nie jest partnerem. Jest narzędziem. Dziś jest przydatny do atakowania kogoś innego. Jutro staje się zbędny i sam znów staje się celem.

Historia już spotykała pożytecznego idiotę.

Spotkała go w zachodnich intelektualistach gloryfikujących Stalina, podczas gdy miliony ludzi znikały w gułagach. Spotkała go w świeckich rewolucjonistach maszerujących u boku islamistów w Teheranie, przekonanych, że wspólnie budują tę samą przyszłość. Spotkała go w idealistycznych studentach rewolucji kulturalnej Mao, którzy z entuzjazmem burzyli stary świat, zanim rewolucja zwróciła uwagę na nich samych.

Flagi były inne, hasła były inne, rezultat – uderzająco podobny. Pożyteczny idiota zawsze jest przekonany, że pomaga budować lepszy świat. Tragedia polega na tym, że rzadko zatrzymuje się, by zapytać, jaki świat zamierzają zbudować ludzie, których wzmacnia, kiedy już zwyciężą.

I dlatego Dearborn ma znaczenie.

Przez lata wielu ludzi na progresywnej lewicy przekonywało samych siebie, że wszystkie grupy mniejszościowe w naturalny sposób podzielają te same wartości i aspiracje. Potem pojawiły się kwestie dotyczące seksualności, edukacji, religii i wolności słowa. Nagle grupy, które wcześniej maszerowały razem, odkryły, że wyobrażają sobie zupełnie inne społeczeństwa.

Koalicja działała doskonale, dopóki miała charakter symboliczny. Stało się znacznie trudniej, kiedy wkroczyła polityczna rzeczywistość.

Dearborn nie jest wyjątkiem. Jest zapowiedzią kierunku, w którym zmierzają wydarzenia. Tak właśnie wygląda zderzenie haseł z władzą, kiedy sojusz zbudowany wyłącznie na wspólnym sprzeciwie zostaje zmuszony do odpowiedzi na znacznie trudniejsze pytanie:

Co właściwie próbujecie zbudować?

To pytanie dotrze również do Wielkiej Brytanii, ponieważ istnieje zasadnicza różnica między wspólnym występowaniem przeciwko czemuś a zgodą co do tego, co powinno owo coś zastąpić.

Pożyteczny idiota nigdy nie rozumie tej różnicy. Zakłada, że wszyscy podzielają jego wartości, że wszyscy chcą tej samej przyszłości, że lojalność zostanie w końcu nagrodzona. Zamiast tego odkrywa, że użyteczność ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Obnażył go. Pokazał, jak wielu ludzi tak rozpaczliwie pragnie przynależeć, że przestało zadawać najważniejsze ze wszystkich pytań politycznych: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”.

Ujawnił pokolenie gotowe oceniać ruchy według tego, jak współczująco brzmią, zamiast według tego, jakie społeczeństwa chcą zbudować. Pokolenie gotowe usprawiedliwiać mizoginię, homofobię, autorytaryzm i przemoc, pod warunkiem że zostaną opakowane we właściwe hasła.

Niektórzy w końcu dostrzegą tę sprzeczność. Wielu nie dostrzeże jej nigdy. Historia podpowiada, że kiedy wreszcie ją dostrzegają, często jest już za późno. Bo pożyteczny idiota rzadko jest ostatnią ofiarą sił, które sam wzmacnia. Jest po prostu pierwszą.

Wolności, które pomaga podkopywać, prawdy, które pomaga tłumić, i instytucje, które pomaga osłabiać, nie znikają wraz z nim. Stają się dziedzictwem następnego pokolenia. I właśnie na tym polega prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie na krzywdzie, którą pożyteczny idiota wyrządza samemu sobie, lecz na szkodach, które pozwala wyrządzić innym, kiedy już pomoże im dotrzeć tam, dokąd chcieli dojść.

7 października powinien był być ostrzeżeniem. Zamiast tego dla wielu stał się sprawdzianem. Sprawdzianem tego, czy przynależność liczy się bardziej niż prawda, czy hasła są ważniejsze od rzeczywistości, czy akceptacja jest ważniejsza od zasad. Zbyt wielu tego sprawdzianu nie zdało.

Tragedia nie polega na tym, że pewnego dnia mogą odkryć, iż byli wykorzystywani. Tragedia polega na tym, że kiedy to odkryją, cenę będą już płacić ludzie daleko wykraczający poza ich własne grono.

Historii nigdy nie kształtowali wyłącznie fanatycy. Znacznie częściej kształtowali ją zwyczajni ludzie, którzy wmówili sobie, że zadawanie trudnych pytań jest mniej ważne niż akceptacja tłumu.

Pożyteczny idiota rzadko jest celem podróży. Jest mostem.

Tragedia polega na tym, że nasze społeczeństwo przechodzi po tym moście razem z nim.


Link do oryginału: https://www.israelnationalnews.com/news/428694?utm_source=substack&utm_medium=email

Israel National News, 16 czerwca 2026

Leo Pearlman jest londyńskim producentem oraz otwarcie i dumnie deklarującym się syjonistą. Jego film o masakrze na festiwalu muzycznym Nova 7 października, We Will Dance Again, zdobył w 2025 roku nagrodę Emmy podczas 46. dorocznej gali News & Documentary Emmy Awards w kategorii „Outstanding Current Affairs Documentary”.



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Historyczka: W Niemczech długo dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności za zbrodnie

Okupacja niemiecka podczas II wojny światowej – egzekucja Polaków. Fot. PAP/PAI/Reprodukcja


Historyczka: W Niemczech długo dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności za zbrodnie

Józef Krzyk


– W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności. Zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS – mówi w rozmowie z PAP dr Joanna Nikel z Instytutu Pileckiego w Warszawie.

Archiwum Instytutu Pileckiego otrzymało dotąd niepublikowane i nieznane wspomnienia niemieckiego urzędnika, który podczas II wojny światowej pracował w administracji cywilnej Generalnego Gubernatorstwa. Materiał jest obecnie opracowywane przez dr Joanną Nikel. Rezultatem badań będzie artykuł naukowy, który najprawdopodobniej na początku przyszłego roku zostanie opublikowany w recenzowanym czasopiśmie naukowym.

PAP: Jak to się stało, że wspomnienia urzędnika niemieckiego z czasów okupacji niemieckiej trafiły do Instytutu Pileckiego?

Dr Joanna Nikel: To ogromna zasługa dyrekcji naszego Instytutu, przede wszystkim stojącej na czele berlińskiego oddziału IP Hanny Radziejowskiej i jej zespołu. To dzięki ich pracy Instytut Pileckiego w Berlinie zdobył taką renomę, że osoba, która w swoich rodzinnych archiwach znalazła dotyczące II wojny światowej wspomnienia swojego przodka, postanowiła je przekazać właśnie nam, a nie innej placówce.

PAP: Co wiadomo o autorze wspomnień?

J.N.: Osoba, która przekazała nam jego wspomnienia, zastrzegła że nie możemy ujawnić nazwiska. Urodził się w 1914 roku w Dolnej Saksonii i pochodził z rodziny o bardzo bogatym kapitale kulturowym. Jego ojciec był dyplomowanym kupcem i ekonomistą, pracował m.in. w Chinach, gdzie autor interesujących nas wspomnień spędził dzieciństwo, a następnie wrócił do Niemiec, skończył studia i zrobił doktorat. Miał pewne problemy kardiologiczne, a chcąc uniknąć poboru do wojska w 1943 roku postarał się o posadę urzędnika w Generalnym Gubernatorstwie. W ten sposób na kilka miesięcy trafił do Radomia, a w czerwcu 1944 r. został wysłany na front, w następstwie czego finalnie trafił do francuskiej niewoli.

Udało się ustalić, że po wojnie przeszedł proces denazyfikacji i został całkowicie oczyszczony, nie było przeciwko nim prowadzone żadne śledztwo, nie miał żadnych zarzutów.

PAP: Swoich wrażeń z pobytu w okupowanej przez Niemcy Polsce nie spisywał na bieżąco. Zrobił to dopiero po wojnie. Co w tych wspomnieniach jest najciekawsze? Jak one świadczą o ich autorze?

J.N.: Najbardziej uderzające jest właśnie to, czego w tych wspomnieniach brakuje: mimo że autor zetknął się z biedą Polaków, przemocą i wiedzą o Zagładzie, doświadczenia te nie prowadzą go do zakwestionowania systemu, którego sam był częścią. Znacznie chętniej obserwuje innych Niemców – urzędników, policjantów czy żołnierzy Wehrmachtu – i opisuje ich zachowania, nadużycia oraz krytyczne uwagi pod adresem Hansa Franka. Do takich powojennych deklaracji trzeba jednak podchodzić ostrożnie: krytyka nieżyjącego już Franka nie wiązała się wówczas z żadnym ryzykiem.

Bardzo dobrze znał też realia okupacyjnej codzienności. Wiedział, co oznacza kupowanie „na lewo” i że niemieccy urzędnicy mogą dzięki czarnemu rynkowi zdobyć właściwie wszystko – i sam z tych możliwości korzystał. Właśnie ta zwyczajność jest w jego relacji szczególnie znacząca: pokazuje, jak łatwo przemoc, przywilej i eksploatacja stawały się elementami normalnego życia okupanta.

PAP: Był zagorzałym nazistą?

J.N.: Trudno to zweryfikować tylko na podstawie treści jego wspomnień, choć wybrzmiewa z nich narodowosocjalistyczny światopogląd. Z przeprowadzonych kwerend archiwalnych udało się ustalić że w 1933 roku wstąpił do SS, a był również członkiem NSDAP.

Oczywiście, wśród członków tych formacji zdarzały się osoby które przystępowały tam kierując się koniunkturalizmem. Dotyczyło to jednak głównie tych, którzy sięgali po partyjną legitymację i zakładali czarny mundur wtedy gdy wiązało się to z udziałem w pewnych profitach.

W NSDAP w szczytowym momencie było aż 8,5 mln Niemców. Jedni byli zagorzałymi wyznawcami hitleryzmu, a inni tylko liczyli na awans.

PAP: Jaki obraz polskiej rzeczywistości okupacyjnej wyłania się z tych wspomnień?

J.N.: Pewnym utrudnieniem jest to, że nie pojawia się w nich żadna data. Z treści wynika jednak, że autor pojawił się w okupowanym Radomiu już po zakończeniu Akcji Reinhardt – czyli deportacji Żydów do obozów zagłady. Informacje te potwierdziły dalsze kwerendy archiwalne. Nie brał więc bezpośredniego udziału w holokauście, ale zdawał sobie sprawę z tego, co zaszło. Kompletnie pijani żołnierze jadący na przepustkę opowiedzieli mu z detalami o mordowaniu Żydów na Białorusi, ale skłoniło go to tylko do myśli o tym, co się stanie z Niemcami po wojnie.

Od tego, co się działo z Żydami i Polakami, bardziej jednak zajmowała go sytuacja Niemców. Od pewnego momentu dostrzegał już, że III Rzesza wojnę przegrywa. Widział odwrót Wehrmachtu i był świadkiem pogarszających się nastrojów, ale też coraz bardziej bezwzględnej grabieży. Wielu Niemców wokół niego wychodziło z założenia, że trzeba się szybko wzbogacić. Na porządku dziennym były korupcja i pijaństwo.

PAP: A autor wspomnień był tylko świadkiem, czy może też brał w tym udział?

J.N.: Był częścią tego systemu. Wspominał chociażby o olbrzymim bagażu, z jakim wyjeżdżał na święta do rodziny, z produktami spożywczymi, które nie były wtedy powszechnie dostępne. Nie widać w tych zapiskach jednak refleksji, który by świadczyła że miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Wychodził z założenia, że ponoszącym koszty wojny Niemcom coś się należy, że to oni są ofiarami i trzeba ulżyć rodzinom w bombardowanej przez wroga Rzeszy.

A jednocześnie widział ogromną degradację materialną i zubożenie ludności polskiej. Przyglądał się głodującym dzieciom, ale nie ma w tych zapiskach żadnej konstatacji, która byłaby dowodem jego świadomości, że to Niemcy są odpowiedzialni za tę sytuację. Był zaledwie urzędnikiem niższego szczebla, ale i tak znajdował się w sytuacji uprzywilejowanej. Przynajmniej w porównaniu do tego, z czym musiała się wtedy mierzyć większość żyjących pod okupacją niemiecką Polaków.

PAP: Na czym polega wartość tych wspomnień? 

J.N.: Są one cennym źródłem pokazującym mentalność i światopogląd Niemców na terenie okupowanej przez III Rzeszę Polski. Jeśli potraktować te wspomnienia jako próbę powojennego rachunku sumienia, jest to dokument przygnębiający właśnie przez brak głębszej refleksji nad własnym miejscem w systemie okupacyjnym. Pod tym względem autor nie był jednak wyjątkiem. W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności: zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS i policji, znacznie rzadziej pytając o udział zwykłych urzędników, prawników, przedsiębiorców czy funkcjonariuszy administracji.

Także historiografia długo znacznie lepiej znała struktury niemieckiego aparatu okupacyjnego niż ludzi, którzy wprawiali je w ruch. Potrafimy opisać instytucje, kompetencje i mechanizmy terroru, ale zejście z poziomu Hansa Franka czy najwyższych dowódców SS do poziomu konkretnych urzędników, starostów, policjantów i funkcjonariuszy odpowiedzialnych za konkretne decyzje pozostaje znacznie trudniejsze.

PAP: Czy to zaniedbanie historyków?

J.N.: Nie postrzegałabym tego jako zaniedbania polskiej historiografii. Po 1945 r. prawda historyczna i możliwość dochodzenia odpowiedzialności zostały w znacznej mierze zakładnikami nowego podziału politycznego Europy. Polska znalazła się w bloku sowieckim, podczas gdy ogromna część byłych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu państwowego żyła w RFN. Przez dziesięciolecia nie istniały warunki do normalnej współpracy archiwalnej, badawczej i prawnej między oboma państwami. Z kolei NRD budowała swoją legitymizację na micie państwa antyfaszystowskiego, co również nie sprzyjało całościowemu rozliczeniu niemieckiego społeczeństwa z nazistowską przeszłością.

Polscy badacze wykonywali w tym czasie fundamentalną pracę dokumentacyjną: ustalali skalę zbrodni, identyfikowali ofiary, miejsca egzekucji i struktury aparatu okupacyjnego. Znacznie trudniejsze było natomiast przeprowadzenie tego, co dziś nazwalibyśmy badaniem sprawców – połączenie konkretnej zbrodni lub decyzji z biografią konkretnego człowieka, jego wojenną działalnością, a następnie powojenną karierą. Dokumentacja potrzebna do takiej rekonstrukcji pozostawała rozproszona po obu stronach żelaznej kurtyny. Dlatego jednym z ważnych zadań współczesnych badań jest dziś przywrócenie zbrodniom i polityce okupacyjnej ich personalnego wymiaru: za strukturami, rozporządzeniami i statystykami stali przecież konkretni ludzie, podejmujący konkretne decyzje. (PAP)


Dr Joanna Nikel jest badaczką historii Niemiec i totalitaryzmów XX wieku, ekspertką Instytutu Pileckiego w zakresie Täterforschung (badań nad sprawcami).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Two-Thirds of Lebanese Shias Want Hezbollah Disarmed as Survey Finds Openness to Peace With Israel


Two-Thirds of Lebanese Shias Want Hezbollah Disarmed as Survey Finds Openness to Peace With Israel

Ailin Vilches Arguello


Lebanese Hezbollah fighters take part in cross-border raids, part of a large-scale military exercise, in Aaramta bordering Israel on May 21, 2023, ahead of the anniversary of Israel’s withdrawal from southern Lebanon in 2000. Photo: Fadel Itani/NurPhoto via Reuters Connect

A new Lebanese opinion poll points to mounting pressure on Hezbollah to relinquish its weapons, even among its traditional Shia base of support, with a clear majority of respondents backing state control of the Iran-backed terrorist group’s arsenal and nearly two-thirds supporting some form of agreement with Israel.

The latest data comes as Hezbollah, a Shia Islamist group which for decades has exerted significant influence across Lebanon, continues to refuse to disarm despite the US, Israeli, and Lebanese governments all demanding disarmament to move forward with a broader ceasefire and potential peace deal.

According to the poll conducted by the Statistics Lebanon Institute, a Lebanese public opinion research organization, among the country’s Shia community, 66.4 percent of respondents support transferring Hezbollah’s weapons to the state, compared with 29.6 percent who believe the Shia terrorist organization and Iran’s chief regional proxy should retain its arsenal.

Among the survey’s key findings, 63.3 percent of respondents expressed support for some form of agreement with Israel, whether through direct negotiations, mediation, or a comprehensive regional deal.

The newly released survey, which was conducted nationwide in September among 800 Lebanese citizens of the Shiite community aged 18 and over, also found that 71.1 percent of respondents believe the Lebanese government should have sole authority over matters of war and peace, while just 5.9 percent support giving Hezbollah’s leadership a greater role in the country’s future.

Even more striking, 78.5 percent of respondents expressed confidence in the Lebanese Army, with 51.1 percent identifying it as the institution most capable of ensuring long-term security, compared with just 16.5 percent who gave Hezbollah that distinction.

The survey also found that 67.4 percent of respondents believe Hezbollah failed to achieve any or all of its objectives, with the war with Israel exacting a devastating toll, while 42.1 percent expressed disappointment, anger, or concern over the terrorist organization’s leadership and its conduct.

However, criticism of Hezbollah does not mean that the group has lost all public support: 37.1 percent of respondents said they have a great deal of trust in it, while another 22.4 percent expressed some trust, compared with 38.5 percent who reported varying levels of distrust.

Among respondents, 34 percent favor limiting Hezbollah to a political party in the future and 9.4 percent support a political and social role, while 10 percent wanted the group to retain its political and military activities and 10.6 percent back keeping its armed wing outside state control.

The results came months after a separate poll, conducted by the research firm Information International and published in May by Lebanese broadcaster Al-Jadeed, similarly found growing support for disarming Hezbollah and increased openness to a peace agreement with Israel. According to the earlier findings, Lebanese Shia were more resistant to such steps, indicating a potential shift among the portion of the population that historically has made up the core of Hezbollah’s domestic support.

Earlier this year, Israel and Lebanon agreed to a US-backed ceasefire framework to disarm Hezbollah, gradually withdraw Israeli forces from southern Lebanon, and deploy the Lebanese Armed Forces in their place, starting in designated pilot areas as part of broader efforts to restore state authority and stabilize the border.

However, implementation has largely stalled, with Israel maintaining troops in a security zone extending roughly 10 kilometers into southern Lebanon to protect its northern communities, prevent further terrorist attacks, and dismantle Hezbollah’s terrorist infrastructure in the area.

Hezbollah, like the Iranian regime, openly seeks Israel’s destruction. The internationally designated terrorist group began attacking Israel in early March, days after the joint US-Israeli military campaign began against Iran.

Israel and Lebanon do not have formal diplomatic relations and have technically remained in a state of war since 1948, despite recently engaging in US-brokered talks. However, the current Lebanese government has formally declared Hezbollah’s military operations illegal and indicated a willingness to making peace with the Jewish state.

Israeli officials have repeatedly warned that the Lebanese government has failed to fulfill its commitments under the framework to disarm Hezbollah, raising the possibility of a renewed large-scale military campaign against the terrorist group that could extend into additional areas.

Multiple media reports have suggested that Israel could even impose an air, land, and sea blockade on Lebanon as tensions mount over Hezbollah’s refusal to disarm and the group’s potential involvement in an escalating regional conflict.

Several rounds of negotiations have yet to yield tangible progress, with discussions reportedly including the possible deployment of military personnel from Italy, Switzerland, and Jordan to help oversee the removal of Hezbollah’s weapons

The Iranian proxy has accused Lebanese President Joseph Aoun and Prime Minister Nawaf Salam of betraying the “resistance” and collaborating with Israel amid ongoing direct bilateral negotiations, branding them “traitors” aligned with foreign interests.

Last week, European Union foreign policy chief Kaja Kallas called for extending the mandate of the United Nations Interim Force in Lebanon (UNIFIL) beyond its scheduled expiration at the end of the year, warning that southern Lebanon could face a security vacuum if no alternative international arrangement is ready in time.

Critics have lambasted UNIFIL for allowing Hezbollah to build up its weapons arsenal and wield significant political and military influence across Lebanon with little pushback. Israeli officials have long reported of Hezbollah fighters using UN peacekeepers as “human shields,” placing weapons and other assets near UN sites.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com