Kościół Praw Człowieka


Kościół Praw Człowieka

Elder of Ziyon


Instytucje, które osądzają wszystkich innych, same nie podlegają kontroli.


Od lat analizuję i krytykuję raporty oraz oświadczenia organizacji praw człowieka, takich jak Amnesty International i Human Rights Watch, znajdując w nich zarówno błędy, jak i dowody wyraźnej stronniczości. Jeden motyw powraca nieustannie: organizacje, które twierdzą, że walczą z bezkarnością możnych tego świata, same działają bezkarnie – popełnianie błędów czy instytucjonalna stronniczość nie pociągają za sobą żadnych realnych konsekwencji.

Przeczytałem transkrypcję wywiadu, jaki Quillette przeprowadził z Danielle Haas, byłą pracownicą HRW. Haas spędziła w Human Rights Watch niemal czternaście lat, z czego trzynaście jako starsza redaktorka. Redagowała sztandarowy World Report, nadzorując trwający sześć miesięcy proces, w który zaangażowane były setki pracowników i który obejmował około stu rozdziałów poświęconych poszczególnym krajom. Ma więc prawdopodobnie ogląd tego, co dzieje się wewnątrz HRW, jak mało kto.

Haas potwierdza, że samo HRW działa bezkarnie:

„Widzimy ogromną lukę w zakresie odpowiedzialności. […] Nie ma natomiast – dosłownie żadnej – kontroli ich publikacji, deklarowanych metod badawczych ani samej pracy: właśnie tego wszystkiego, na czym opiera się ich miękka siła…”

W artykule dla Sapir wyraziła się jeszcze dosadniej:

„Zbyt długo organizacje praw człowieka otrzymywały carte blanche, by pełnić rolę społecznych strażników, choć wcześniej nie musiały nawet dowieść, że nadają się do szczekania. Nieprzejrzyste, niewybieralne i w znacznej mierze przed nikim nieodpowiedzialne, powinny wreszcie zejść ze swoich moralnych wyżyn i własnym postępowaniem dowieść, że przestrzegają zasad odpowiedzialności i przejrzystości, których wymagają od innych.”

Brzmi znajomo. W taki sposób przez niemal całą swoją historię funkcjonował Kościół katolicki. Mógł postępować właściwie tak, jak chciał, bez rzeczywistego nadzoru; jeszcze kilka dekad temu mediom nawet nie przychodziło do głowy, by krytycznie przyglądać się Kościołowi.

Religia jest ważna. Prawa człowieka są ważne. Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucje zaczynają utożsamiać same siebie z wartościami, które miały reprezentować. Atak na Kościół uznawano za atak na religię; atak na Amnesty czy HRW nadal traktowany jest jak atak na same prawa człowieka. Kiedy instytucja zostaje powołana do realizacji jakiegoś moralnego celu, często traci zdolność odróżniania własnego postępowania od tego celu.

Co ciekawe, właśnie organizacje powołane do realizacji szczytnych celów moralnych najbardziej potrzebują kontroli.

Gazety mają redaktorów, publikują sprostowania i mają konkurentów, którzy tylko czekają, by ujawnić ich błędy. Organizacje praw człowieka tego nie mają. Korporacje muszą odpowiadać przed klientami i akcjonariuszami. Instytucje finansowe podlegają obowiązkom regulacyjnym dotyczącym przejrzystości oraz zewnętrznym audytom. Tymczasem Amnesty i HRW mają darczyńców, ale nie ciąży na nich obowiązek ujawniania im swoich metod działania. Kościół nie ma zewnętrznej instancji kontrolującej jego politykę i sposób jej realizacji. Mówią nam, że możemy im zaufać, bo potrafią kontrolować się same. (Wydaje się, że dotyczy to również wielu organizacji międzynarodowych i ponadnarodowych).

Instytucje, które mówią światu, co jest słuszne i moralne, nie mają mechanizmu gwarantującego ich własną moralność. Co więcej, ich autorytet moralny sam staje się substytutem zabezpieczeń, które w normalnych warunkach sprawiają, że władzy można ufać. To ogromna władza sprawowana bez żadnego nadzoru. I, jak na ironię, jest to dokładnie to, o co organizacje pozarządowe tak często oskarżają rządy i armie – o bezkarne działanie bez niezależnego mechanizmu zdolnego wykrywać błędy i nadużycia.

Możemy zobaczyć, jak to działa, przyglądając się przypadkom, kiedy organizacje te są krytykowane przez podmioty zewnętrzne. NGO Monitor od dwóch dekad publikuje niezwykle szczegółowe analizy krytyczne dotyczące Human Rights Watch i Amnesty International. Niektóre mają charakter ideologiczny, inne są przesadzone; sam NGO Monitor również popełniał błędy. Jednak wiele jego zarzutów dotyczy konkretnych faktów i każdy, kto ma przeglądarkę internetową, może sprawdzić ich prawdziwość. Organizacja publikowała analizy najważniejszych raportów NGO, linijka po linijce, obejmujące setki twierdzeń, które można po prostu porównać z przywoływanymi źródłami.

We wcześniejszych latach Human Rights Watch rzeczywiście – przynajmniej w pewnym stopniu – odpowiadał na krytykę NGO Monitor. Niektóre odpowiedzi miały charakter lekceważący. W 2009 roku HRW opisał NGO Monitor jako organizację, która „nie prowadzi żadnych badań terenowych i potępia każdego, kto krytykuje Izrael”. To krytyka organizacji, a nie jej badań.

O ile jednak mogę stwierdzić, od około dziesięciu lat HRW ignoruje szczegółową krytykę swoich raportów publikowaną przez NGO Monitor.

Amnesty zachowuje się podobnie. Odpowiadając na krytykę swoich działań dotyczących Gazy, przedstawiciel Amnesty skarżył się, że NGO Monitor od dawna próbuje „dyskredytować” raporty dotyczące praw człowieka w Izraelu i na terytoriach palestyńskich.

Organizacje te nie pytają: „Czy ta krytyka jest prawdziwa?”. Mówią: „Nie uważamy krytyków za wystarczająco godnych, żeby im odpowiadać”.

Mam z tym osobiste doświadczenia.

Podczas wojny w Gazie w 2014 roku i po jej zakończeniu przez wiele miesięcy badałem tożsamość Palestyńczyków, których śmierć odnotowano podczas walk. Przeglądałem palestyńskie źródła informacyjne, strony organizacji zbrojnych, konta w mediach społecznościowych, nekrologi i inne materiały, identyfikując osoby przedstawiane jako cywile, choć istniały dowody łączące je z ugrupowaniami zbrojnymi.

Jako anonimowy bloger w ogromnym stopniu polegam na przejrzystości. Pokazuję, jak doszedłem do swoich wniosków, podaję linki do źródeł i każdy może sprawdzić moje ustalenia. Nikt nie musi mi wierzyć na słowo. Jeśli twierdziłem, że osoba sklasyfikowana przez Amnesty jako cywil została przez palestyńską organizację zbrojną zidentyfikowana jako bojownik, każdy mógł sprawdzić, czy źródło rzeczywiście tak mówiło.

Kiedy jeden z czytelników przedstawił Amnesty część moich ustaleń, organizacja nie wykazała, że moje dowody są błędne. Odpowiedziała: „Nie uznalibyśmy Elder of Ziyon za wiarygodne źródło”.

Tyle że to nie ja byłem źródłem. Źródłami były Hamas, Islamski Dżihad, a w niektórych przypadkach organizacje, które samo Amnesty uważało za wiarygodne, takie jak B’Tselem. Ja jedynie na te źródła wskazywałem.

Jeśli wrogo nastawiony krytyk mówi, że przywołane przez ciebie źródło przeczy twojemu raportowi, pytanie nie brzmi, czy krytyk ma właściwe poglądy polityczne, należy do odpowiednich organizacji albo wykazał dostateczne oddanie sprawie praw człowieka. Pytanie brzmi: czy źródło rzeczywiście przeczy twojemu raportowi?

W istocie wrodzy krytycy mogą być cenniejsi niż przychylni. Mają ogromną motywację, żeby znaleźć błędy, które umkną twoim kolegom i ideologicznym sojusznikom. Jeśli zależy ci na rzetelności, powinieneś krytykę przyjmować i na nią odpowiadać, a nie ją odrzucać. Ale HRW i Amnesty tak nie działają.

Dobrze, załóżmy więc, że NGO Monitor i ja jesteśmy tak beznadziejnie syjonistyczni, iż nasze opinie w ogóle się nie liczą. A co, jeśli krytyka pochodzi z wewnątrz?

Robert Bernstein założył Human Rights Watch i przez dwadzieścia lat stał na jego czele. W 2009 roku działalność organizacji dotycząca Bliskiego Wschodu zaniepokoiła go na tyle, że przedstawił swoje obawy zarządowi HRW. Zarząd jednogłośnie je odrzucił.

Bernstein wystąpił więc publicznie na łamach New York Timesa. HRW odpowiedział natychmiast i stanowczo, oświadczając, że „w pełni podtrzymuje” wyniki swojej pracy.

Podobnie Danielle Haas zaczęła zgłaszać zastrzeżenia z samego wnętrza instytucji. Zanim odeszła z HRW, próbowała korzystać z wewnętrznych kanałów. Kiedy w końcu wystąpiła publicznie, odpowiedź HRW sprowadzała się zasadniczo do stwierdzenia, że organizacja podtrzymuje przekonanie o rzetelności swojej pracy.

Krytykiem przestawał więc być NGO Monitor, a stawał się nim najpierw założyciel HRW, a potem jedna z najbardziej doświadczonych redaktorek organizacji. Reakcja instytucji właściwie się nie zmieniła.

Amnesty dostarcza jeszcze bardziej niezwykłego przykładu. Po opublikowaniu przez Amnesty International w 2024 roku raportu oskarżającego Izrael o ludobójstwo izraelska sekcja Amnesty publicznie zgłosiła sprzeciw. Co istotne, nie twierdziła, że Izrael nie dopuścił się niczego złego. Stwierdziła, że istnieją dowody straszliwych zbrodni, potencjalnie obejmujących zbrodnie przeciwko ludzkości i czystki etniczne, ale że teza o ludobójstwie nie została dostatecznie udowodniona.

Jej zastrzeżenie metodologiczne było dokładnie tym rodzajem uwagi, który poważna instytucja badawcza powinna przyjąć z zadowoleniem. Amnesty Israel argumentowała, że alternatywne wyjaśnienie działań Izraela powinno zostać przeanalizowane przez autentycznego „adwokata diabła”, najlepiej osobę spoza zespołu badawczego – właśnie po to, by zabezpieczyć się przed wybiórczym dobieraniem dowodów i samooszukiwaniem.

Odpowiedzią Amnesty International było zawieszenie Amnesty Israel na dwa lata.

Międzynarodowe kierownictwo organizacji zarzuciło Amnesty Israel, że usiłowała „publicznie podważyć wiarygodność badań i stanowisk Amnesty dotyczących praw człowieka” oraz że jej krytyka była „głęboko szkodliwa dla misji Amnesty w dziedzinie praw człowieka”, zagrażając „wiarygodności, integralności i spójności operacyjnej” organizacji.

Amnesty nie odpowiedziała publicznie, punkt po punkcie, na szczegółowe argumenty metodologiczne Amnesty Israel. Zamiast tego ukarała oddział, który je przedstawił. Po prostu skorzystała ze swojej bezkarności.

Na własnej stronie poświęconej wolności słowa Amnesty pisze:

„Twój głos ma znaczenie. Masz prawo mówić, co myślisz, dzielić się informacjami i domagać się lepszego świata. Masz również prawo zgadzać się lub nie zgadzać z tymi, którzy sprawują władzę, oraz wyrażać swoje poglądy podczas pokojowych protestów.

Korzystanie z tych praw – bez strachu i bezprawnej ingerencji – ma zasadnicze znaczenie dla życia w otwartym i sprawiedliwym społeczeństwie, w którym ludzie mają dostęp do wymiaru sprawiedliwości i mogą korzystać ze swoich praw człowieka.”

Amnesty Israel zrobiła dokładnie to, czego Amnesty domaga się od wszystkich innych. I została za to ukarana przez „tych, którzy sprawują władzę”.

Nic z tego nie jest nieuniknione.

W 2009 roku Instytut Praw Człowieka International Bar Association oraz Instytut Raoula Wallenberga opracowały Lund-London Guidelines on International Human Rights Fact-Finding Visits and Reports – Wytyczne Lund-Londyn dotyczące międzynarodowych misji badawczych i raportów w sprawie praw człowieka. Powód ich stworzenia jest znamienny. Raporty organizacji pozarządowych są rutynowo traktowane przez sądy, rządy i inne instytucje jako materiał dowodowy, choć nie istniał żaden uzgodniony międzynarodowy standard określający, w jaki sposób taki materiał powinien być tworzony.

Wytyczne wymagają, by prowadzący dochodzenia byli bezstronni i byli postrzegani jako bezstronni. Zakres zleconego badania nie powinien zawierać z góry założonych wniosków. Badacze powinni dysponować odpowiednią wiedzą fachową. Raporty powinny być obiektywne i należycie udokumentowane. Istotne zarzuty powinny znajdować niezależne potwierdzenie. Dowody przeczące przyjętej tezie oraz odpowiedzi oskarżonych powinny być traktowane poważnie. Droga prowadząca od dowodów do wniosków powinna być przejrzysta.

Jeśli zatem HRW i Amnesty są przekonane o rzetelności swoich metod, dlaczego nie miałyby publicznie poprzeć tak ważnego międzynarodowego standardu? Być może z niektórymi jego elementami się nie zgadzają – na przykład z ujawnianiem nazwisk badaczy, jeśli mogłoby to narazić ich na niebezpieczeństwo – ale można takie wyjątki wyraźnie opisać, przestrzegając całej reszty standardu. Dlaczego więc dwie najważniejsze organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka nie stosują wytycznych Lund-Londyn?

Publiczne zobowiązanie się do przestrzegania zewnętrznego standardu stworzyłoby coś, czego tym organizacjom wyraźnie brakuje: punkt odniesienia, nad którym nie sprawują kontroli. Ludzie z zewnątrz mogliby porównywać ich działalność ze standardami opracowanymi przez kogoś innego niż Amnesty czy HRW.

Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłyby prawdziwie niezależne audyty, w których zewnętrzni eksperci otrzymywaliby wystarczający dostęp do materiałów, by ustalić, czy opublikowane wnioski rzeczywiście wynikają z dowodów.

Zamiast tego organizacje te posługują się własnymi, nieprzejrzystymi metodami i mówią światu: „Zaufajcie nam. Wykonujemy Bardzo Ważną Pracę, więc nie zadawajcie pytań”.

Tak właśnie Kościół tradycyjnie traktował swoich krytyków. Nie ufamy firmom farmaceutycznym ani bankom tylko dlatego, że zapewniają nas o własnej uczciwości – dlaczego więc mielibyśmy na słowo wierzyć tym, którzy pouczają wszystkich innych, jak powinni postępować?

HRW twierdzi, że jest bezstronny. Dlaczego więc zatrudnił Omara Shakira, który zanim został dyrektorem Human Rights Watch ds. Izraela i Palestyny, był otwartym zwolennikiem BDS? HRW bronił zarówno jego, jak i jego rzekomej bezstronności, ale nie o to chodzi. Jak pokazują wytyczne Lund-Londyn, organizacje, którym naprawdę zależy na bezstronności, powinny unikać nawet jej pozornej utraty.

Jeśli organizacjom tym rzeczywiście zależy na obiektywizmie, dlaczego ktoś miałby przez całą karierę badać ten sam kraj i ten sam konflikt? Dlaczego nie przenosić badaczy co kilka lat między regionami? Ktoś, kto spędził trzy lata na badaniu Izraela, powinien następne trzy poświęcić Wenezueli, Sudanowi czy Chinom. Oprócz zmniejszenia ryzyka ideologicznego uwikłania dałoby to badaczom coś, czego organizacje praw człowieka rozpaczliwie potrzebują: perspektywę. Ktoś, kto przez dziesięć lat wpatruje się w grzechy jednego kraju, może łatwo stracić z oczu to, jak gdzie indziej wyglądają zwykłe ludzkie zachowania, zwykła wojna, zwykła niekompetencja władz i zwykłe naruszenia prawa. Widzenie tunelowe nie jest wiedzą ekspercką.

Być może najważniejszym spostrzeżeniem Danielle Haas jest to, że organizacje praw człowieka są jednocześnie instytucjami badawczymi i organizacjami aktywistycznymi. Te dwie funkcje ciągną je w przeciwnych kierunkach poznawczych.

Badacz pyta: Co się wydarzyło? Aktywista pyta: Jak skłonić ludzi do działania?

Badania mogą zakończyć się niepewnością. Aktywizm nie może: potrzebuje przesłania. Dział komunikacji potrzebuje nagłówka. Media społecznościowe potrzebują oburzenia. Zbieranie funduszy potrzebuje zaangażowania.

Haas zwraca uwagę, że raport HRW o „izraelskim apartheidzie” zawierał pewne niuanse dotyczące tego, gdzie dokładnie miałby on występować, stwierdzając, że Izrael nie praktykuje apartheidu w granicach Zielonej Linii. Tymczasem zespół HRW odpowiedzialny za media społecznościowe nie pozostawia miejsca na żadne niuanse, używając hashtagu „#IsraelApartheid”. To samo dotyczy oskarżenia Amnesty o „ludobójstwo”. W samym raporcie organizacja przyznaje, że rozszerza metodę stosowaną przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości przy ustalaniu zamiaru – elementu kluczowego dla definicji ludobójstwa – mimo to zdecydowała się zatytułować raport w taki sposób i bez żadnych zastrzeżeń nieustannie używać w mediach społecznościowych słowa „ludobójstwo”. Jeśli jednym ze znaków rozpoznawczych organizacji ma być rzetelność, media społecznościowe i chwytliwe hasła z pewnością jej nie ułatwiają. Co więcej, jeśli badania okazują się wadliwe (a tak było w tym przypadku), organizacja, której zależy na prawdzie, powinna je skorygować. Jeśli jednak zdążyła już związać ich wnioski z całą kampanią aktywistyczną, wycofanie się staje się niemal niemożliwe bez narażenia się na śmieszność.

Nie wymaga to korupcji. Nie wymaga nawet świadomej nieuczciwości. Wystarczą zwykli ludzie pracujący wewnątrz instytucji przekonanej o moralnej słuszności swojej misji.

I tak wracamy do Kościoła.

Lekcja płynąca ze skandali Kościoła katolickiego nie polegała na tym, że religia jest zła. Polegała na tym, że autorytet moralny nie może zastąpić odpowiedzialności. Co więcej, im większym autorytetem moralnym dysponuje instytucja, tym bardziej niebezpieczne staje się jej przekonanie, że własna cnota może zastąpić zewnętrzną kontrolę.

Organizacje praw człowieka potrzebują takiej samej architektury pokory.

Potrzebują znacznie większej przejrzystości w kwestii tego, jak powstają raporty i w jaki sposób dobierane są dowody. Potrzebują rzeczywistej zdolności do korygowania samych siebie: nie tylko prostowania bezpiecznych błędów faktograficznych, lecz także mechanizmów pozwalających ponownie rozważać fundamentalne wnioski. Potrzebują refleksyjnej etyki – stosowania wobec samych siebie tych samych standardów odpowiedzialności, których wymagają od rządów. Potrzebują pokory poznawczej i jawnego rozpatrywania konkurencyjnych hipotez. Potrzebują dialogu z poważnymi krytykami, również tymi wrogo nastawionymi – odpowiadania na dowody zamiast klasyfikowania oskarżycieli. Przede wszystkim zaś potrzebują niezależnego nadzoru dysponującego wystarczającą władzą, by uniemożliwić ignorowanie niewygodnych ustaleń.

Są to elementy tego, co nazywam „etoszkieletem” (ethoskeleton): strukturą, która nie pozwala, by przekonanie o własnej moralności przekształciło się w samodzielne wystawianie sobie świadectwa moralności.

Największym zagrożeniem dla instytucji moralnej nie musi być to, że jej członkowie przestaną wierzyć w jej zasady. Być może większym zagrożeniem jest to, że uwierzą w nie tak głęboko, iż przestaną odróżniać te zasady od samych siebie.

Prawa człowieka są zbyt ważne, by powierzać je organizacjom, które odpowiadają przede wszystkim przed samymi sobą.

Kościół Praw Człowieka ma swoje przykazania. Ma swoich misjonarzy. Ma śledczych i sędziów. Ma ogromną władzę i pieniądze. Wskazuje grzechy i od wszystkich innych domaga się skruchy.

Najbardziej ze wszystkiego brakuje mu konfesjonału.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com