
Ideologia ukryta za palestyńską flagą
Chico Muya
Dlaczego wojna tocząca się na Bliskim Wschodzie, w regionie, którego wielu ludzi jeszcze do niedawna nie potrafiło nawet wskazać na mapie, stała się, jak się wydaje, najważniejszym konfliktem w historii ludzkości?
Protest za protestem. Nasi politycy nieustannie o tym mówią. Organizacje pozarządowe uczyniły z tej sprawy jeden z głównych celów swojej działalności. Studenci coraz częściej oceniają kandydatów politycznych na podstawie tego, jak bardzo są „propalestyńscy”, co mogliśmy zaobserwować w Nowym Jorku w przypadku Zohrana Mamdaniego i innych. A wszystkiemu temu towarzyszy rosnąca fala ludzi, którzy zdają się przekonani, że Ameryka, a szerzej cały Zachód, uosabiają prawdziwe zło tego świata.
Ale na tym się nie kończy.
Dlaczego można dostrzec wyraźny związek między tymi, którzy usprawiedliwiają przemoc podczas zamieszek we Francji, tymi, którzy chcą położyć kres kapitalizmowi i zdemontować cywilizację zachodnią w znanej nam postaci, a tymi, którzy opowiadają się za sprawą palestyńską? Dlaczego tak wielu spośród tych ludzi uważa się również za ofiary opresyjnego systemu albo upiera się, że masowa migracja nie stanowi żadnego poważnego zagrożenia dla naszych społeczeństw?
Listę można by ciągnąć dalej, ale tak zwany ruch propalestyński odniósł szczególny sukces w przenikaniu do ośrodków wpływów i władzy.
Nazywają siebie „antysyjonistami”, choć dla niektórych oznacza to sprzeciw wobec samego istnienia jedynego żydowskiego państwa na świecie. Wielu z nich to również antykapitaliści, marksiści i działacze na rzecz otwartych granic, którzy uważają zachodnie instytucje za z natury opresyjne. Istnieje również skrajna prawica, która zgodnie z teorią podkowy dochodzi do podobnych wniosków, choć podąża ku nim zupełnie inną drogą ideologiczną.
Co wyjaśnia tę zbieżność?
Uważam, że działa tu coś głębszego, coś, co wykracza poza znane nam podziały na lewicę i prawicę. Jest to konflikt wizji świata, a jego zrozumienie pomaga wyjaśnić jeden z najważniejszych podziałów ideologicznych we współczesnych społeczeństwach.
Zacznijmy jednak od ruchu „Wolna Palestyna”, ponieważ stał się on jednym z najbardziej widocznych przejawów tego konfliktu.
Groza kryjąca się pod fasadą
Ruch propalestyński należy rozpoznać jako to, czym moim zdaniem ostatecznie jest: wywrotowy, antyzachodni ruch ideologiczny, z silnym komponentem islamistycznym, który grozi demoralizacją i destabilizacją naszych społeczeństw.
Coraz wyraźniej dostrzegam, że znaczna część tego ruchu traktuje sprawę palestyńską jak szatę, w którą się przyodziewa. Dobroć okazywana na pokaz skrywa coś znacznie bardziej złowrogiego. Pod tą szatą kryją się nienawiść, resentyment i pragnienie zniszczenia.
Nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności niż możliwość zaprzestania pisania o tym ruchu raz na zawsze. Jednak prawdziwa groza tego przypominającego sektę zjawiska pod hasłem „Wolna Palestyna” polega na tym, że nie chce ono pozostać w sferze geopolityki. Przeniknęło do naszych instytucji, do polityki i coraz bardziej do naszego codziennego życia. I podobnie jak wielu innych mam już tego serdecznie dość.
Geopolityka bywa skomplikowana, pełna szarych stref i trudnych wyborów. Jednak to rzeczywistość musi pozostać naszym drogowskazem. Istnieją chłodne kalkulacje, których czasami trzeba dokonać, a przynajmniej uznać ich konieczność, niezależnie od tego, jak bardzo mogą być niewygodne.
Problem z tym ruchem polega na tym, że nie tylko ignoruje rzeczywistość, lecz także wyciąga swoje lepkie języki kameleona ku niemal każdej kwestii społecznej. To widok wynaturzony i odrażający, zwłaszcza gdy uda się zajrzeć pod fasadę i odkryć groteskową ideologię, która się pod nią czai.
Pozwólcie, że wyjaśnię, co mam na myśli.
Jakiś czas temu oglądałem na Netfliksie fantastyczny serial grozy. Niełatwo mnie przestraszyć. W gruncie rzeczy całkiem lubię dreszczyk emocji. Była jednak pewna scena, która naprawdę nadal budzi we mnie obrzydzenie . Nawet teraz, kiedy o niej myślę, przechodzą mnie ciarki.
Oglądałem to dawno temu, więc wybaczcie, jeśli niektóre szczegóły nieco ubarwiłem. Po prostu tak to zapamiętałem.
Mała dziewczynka znajduje na terenie rodzinnej posesji kilka kociąt. Wygląda na to, że porzuciła je matka. Kierowana dobrocią serca wkłada je do pudełka, przynosi do domu i podekscytowana pokazuje rodzicom, z entuzjazmem oznajmiając, że się nimi zaopiekuje. Będzie ich nową mamą.
Niestety w kolejnych dniach kocięta zaczynają umierać, jedno po drugim, na coś, co przypomina grypę.
Zrozpaczona dziewczynka wraz z ojcem przygotowuje się do pochowania ostatniego kociaka w prowizorycznej trumience. To jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią, a ojciec, co zrozumiałe, martwi się, jak córka sobie z tym poradzi.
I wtedy, jakimś cudem, kociak zaczyna się poruszać.
Pojawia się nadzieja. Temu niewinnemu maleństwu jakimś sposobem udało się pokonać śmierć. Twarz dziewczynki rozpromienia się. Ojciec odczuwa ulgę. Pochylają się bliżej, obserwując poruszający się pyszczek kociaka i spodziewając się usłyszeć jego cichutkie miauknięcie.
Ale nie rozlega się żaden dźwięk.
Zamiast tego z pyszczka kociaka zaczyna wypełzać ogromny owad.
Dziewczynka krzyczy i ucieka.
Pamiętam, jak odruchowo cofnąłem się z obrzydzenia. Kontrast między tym, czego się spodziewałem, a tym, co zobaczyłem, był tak groteskowy, że scena ta na długo zapadła mi w pamięć.
I właśnie tak postrzegam ruch propalestyński.
Na pierwszy rzut oka można by sobie wyobrażać, że jest on jedynie przedsięwzięciem humanitarnym. Wielu ludzi o dobrych intencjach przypomina tę małą dziewczynkę. Naprawdę im zależy. Widzą obrazy cierpienia w Gazie, a współczucie skłania ich do działania. Mogą wiedzieć bardzo niewiele o rzeczywistej sytuacji na miejscu, ale ich troska o ludzkie życie jest szczera.
I właśnie dlatego ten ruch jest tak skuteczny.
Wykorzystuje ludzką dobroć, by usprawiedliwiać i propagować najróżniejsze destrukcyjne światopoglądy.
Uczynienie Izraela czarnym charakterem
Ostrzem włóczni jest nienawiść wobec Izraela.
Dlatego aktywiści zdeterminowani, by przedstawiać Izrael jako państwo wyjątkowo złe, tak szeroko posługują się określeniami takimi jak „ludobójstwo” w opisie tej wojny. Dlatego też walka Izraela z islamistycznym terrorem jest tak często przedstawiana jako nic więcej niż barbarzyńska i nieuzasadniona kampania przemocy.
Cel jest prosty: obsadzić Izrael w roli głównego czarnego charakteru tej opowieści.
Nieważne, że 7 października Hamas sam filmował, jak dopuszcza się aktów niewyobrażalnego okrucieństwa wobec niewinnych Izraelczyków. Nieważne, że Hamas konsekwentnie wyrażał swoje ludobójcze zamiary wobec Izraela i szerzej wobec Żydów, ani że jego przywódcy otwarcie deklarowali zamiar wielokrotnego powtarzania ataków na wzór tych z 7 października.
Hamas opierał się żądaniom porzucenia celu, jakim jest zniszczenie Izraela. Jego terroryści walczyli w cywilnych ubraniach i działali wśród ludności cywilnej, wykorzystując ją jako żywe tarcze. Taktyka ta komplikuje sytuację na polu walki i zaciemnia międzynarodowy obraz wojny. Śmierć cywilów i zniszczenia stają się następnie amunicją dla niezliczonych głosów zdeterminowanych, by potępiać jedyne żydowskie państwo na świecie.
Można zauważyć, że wielu najgłośniejszych krytyków Izraela, omawiając wojnę, ledwie wspomina o Hamasie. W istocie Hamas niemal całkowicie znika z ich analiz.
Można by pomyśleć, że Izrael walczy z cywilami dla czystej przyjemności.
Wyobraźcie sobie zawodnika MMA walczącego z niewidzialnym przeciwnikiem. W oczach widzów ten widoczny zawodnik sprawiałby wrażenie kompletnie obłąkanego: tarzałby się po podłodze, wyprowadzał ciosy pięściami i kopnięcia, warczał i przeklinał, atakując coś, czego nikt poza nim nie widzi.
Właśnie tak się dzieje, kiedy usuwa się Hamas z obrazu tej wojny.
Izrael zaczyna wyglądać jak państwo atakujące bez żadnego widocznego powodu, a każde działanie militarne staje się dowodem jego rzekomego barbarzyństwa.
To absurd.
W ten sposób tak wiele fałszywych twierdzeń i zniekształceń dotyczących wojny zyskało pozory wiarygodności. Dochodzi do tego plaga wzajemnego, zapętlonego cytowania źródeł, w ramach którego wątpliwe, a czasem wręcz jawnie fałszywe informacje są powtarzane przez organizacje pozarządowe, instytucje międzynarodowe, gazety i komentatorów politycznych, aż zaczynają przypominać utrwalony konsensus.
Pisałem już wcześniej o tym zjawisku: o tym, jak „prawda” może zacząć być ustalana na podstawie konsensusu, a nie dowodów. Zrozumienie działania tej machiny jest niezwykle ważne.
Ale wszystko to prowadzi nas z powrotem do szerszego pytania.
Co ich łączy?
Dlaczego tak wielu najbardziej zaciekłych krytyków Izraela podziela również podobne poglądy antyzachodnie?
Dlaczego niektórzy z tych, którzy opowiadają się za sprawą palestyńską, jednocześnie bronią przemocy obserwowanej podczas zamieszek studenckich we Francji albo ją usprawiedliwiają? Dlaczego palestyńska flaga pojawia się na demonstracjach, które rzekomo dotyczą zupełnie innych spraw wewnętrznych?
Dlaczego socjalistyczni i lewicowi przywódcy, tacy jak Pedro Sánchez w Hiszpanii i Lula w Brazylii, są tak konsekwentnie wrogo nastawieni do Izraela? Dlaczego takie postacie jak Mamdani oraz wpływowe środowiska Partii Demokratycznej przyjęły tak wrogie stanowisko?
Sam Mamdani groził aresztowaniem Benjamina Netanjahu, nazywając go „zbrodniarzem wojennym”, a jednocześnie zwrócił na siebie uwagę, odwiedzając w szpitalu przestępcę zamiast jego ofiary – zaatakowanego funkcjonariusza policji.
Dostrzegam tu pewien schemat występujący w działaniach części lewicy. Jej przedstawiciele spieszą okazywać współczucie przestępcom, podczas gdy ludzie, którzy ucierpieli z ich rąk, schodzą na dalszy plan.
Kiedy ciężko pracujący ludzie widzą, jak podczas zamieszek we Francji rabuje się i niszczy ich firmy, los ich źródeł utrzymania nie wzbudza większego zainteresowania tych, którzy tak chętnie tłumaczą rzekome krzywdy uczestników zamieszek. Tymczasem działania policji przeciwko sprawcom zniszczeń stają się przedmiotem natychmiastowego moralnego oburzenia.
Kiedy cudzoziemcy popełniają przestępstwa, część mediów spieszy z wyjaśnianiem okoliczności ich życia, nawet gdy niepowodzenia integracji stają się coraz trudniejsze do zignorowania.
Istnieje pewien szczególny odruch ideologiczny, który każe raczej kierować oskarżycielski palec w stronę krajów na tyle hojnych, by przyjmować przybyszów, niż uznać odpowiedzialność tych, którzy odmawiają integracji. To ten sam odruch, który nie pozwala zmierzyć się z zagrożeniami wynikającymi z ideologii islamskiej, nawet gdy ich konsekwencje są widoczne dla wszystkich.
Mogłoby się wydawać, że są to całkowicie odrębne kwestie: Izrael, kapitalizm, imigracja, wymiar sprawiedliwości w sprawach karnych, niepokoje społeczne i islam.
Nie wierzę jednak, że ich ideologiczne nakładanie się na siebie jest przypadkowe.
Istnieją ramy pojęciowe, które pomagają wyjaśnić, dlaczego te pozornie niezwiązane ze sobą stanowiska tak często okazują się zbieżne.
Zawdzięczamy je Thomasowi Sowellowi.
Konflikt wizji
W swojej książce The Conflict of Visions („Konflikt wizji”) Sowell opisuje dwa odmienne sposoby rozumienia natury ludzkiej i organizacji społeczeństwa: wizję ograniczoną i wizję nieograniczoną.
Wizja ograniczona wychodzi od uznania, że ludzie są istotami niedoskonałymi. Nie jesteśmy z natury doskonałymi stworzeniami, które tylko czekają na wyzwolenie z opresyjnych systemów. Mamy sprzeczne interesy, słabości, ambicje, uprzedzenia i ograniczenia.
Dlatego ludzie potrzebują bodźców skłaniających ich do działania, instytucji porządkujących ich zachowania oraz zabezpieczeń powstrzymujących ich najgorsze impulsy.
Weźmy kapitalizm.
Na wolnym rynku, jeśli stworzysz coś, czego ludzie pragną, możesz stać się niezwykle bogaty. Pomyślmy o iPhonie albo ogólniej o telefonach komórkowych. Urządzenia te zmieniły świat i uratowały niezliczone ludzkie życia. A jednak ich rozwój nie był przede wszystkim rezultatem jakiegoś wielkiego projektu humanitarnego. Powstały w systemie, w którym ludzie i przedsiębiorstwa mieli motywację do wprowadzania innowacji, konkurowania i tworzenia produktów, za które inni byli gotowi dobrowolnie płacić.
W rezultacie społeczeństwo korzysta z ambicji jednostek, nawet jeśli jednostki te kierują się własnym interesem.
Konkurencja skłania przedsiębiorstwa do opracowywania lepszych produktów, leków i technologii. Ludzie są nagradzani za wytwarzanie czegoś wartościowego, podczas gdy ci, którzy nie potrafią zaspokoić potrzeb konsumentów, ryzykują przegraną z konkurentami.
Jednocześnie prawo wyznacza granice. Jeśli je łamiesz, ponosisz konsekwencje. Kultura i tradycja również odgrywają ważną rolę w organizowaniu społeczeństwa i kształtowaniu ludzkich zachowań.
Ci, którzy instynktownie skłaniają się ku wizji ograniczonej, rozumieją, że żaden sposób urządzenia ludzkich spraw nigdy nie będzie doskonały. Dostrzegają jednak również, że w ostatecznym rozrachunku instytucje zbudowane wokół bodźców, odpowiedzialności i ograniczeń władzy mogą przynosić nadzwyczajne rezultaty.
Rozważmy amerykańską konstytucję.
Dlaczego ustanawia podział władz? Dlaczego przewiduje mechanizmy wzajemnej kontroli i równowagi?
Ponieważ ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych rozumieli, że ludzie są niedoskonali. Wiedzieli, że władza może deprawować, że ambicje będą się ścierać i że żadnej jednostce ani instytucji nie można powierzyć nieograniczonej władzy. Rozwiązaniem nie było znalezienie doskonałych władców, lecz stworzenie systemu zdolnego powściągać tych niedoskonałych.
Takie rozumowanie rozciąga się również na wojnę i stosunki międzynarodowe.
Wizja ograniczona uznaje, że dopóki istnieją ludzie, konflikt pozostanie możliwy. Jednym ze sposobów zmniejszenia prawdopodobieństwa wojny jest zatem odstraszanie: zapewnienie, by potencjalni agresorzy rozumieli, że atak spowoduje niewyobrażalne koszty.
Zawsze trzeba dokonywać trudnych wyborów między konkurującymi wartościami i celami. Każda decyzja niesie konsekwencje, a każda próba rozwiązania jednego problemu grozi stworzeniem kolejnego.
To prowadzi nas do wizji nieograniczonej.
Wizja nieograniczona wychodzi od zupełnie innego rozumienia natury ludzkiej. Uznaje ludzi za istoty z gruntu dobre, a odpowiedzialnością za ich zepsucie obarcza społeczeństwo i jego instytucje.
Jak często parafrazuje się słowa Jeana-Jacques’a Rousseau: „Natura uczyniła człowieka szczęśliwym i dobrym, lecz społeczeństwo go deprawuje i czyni nieszczęśliwym”.
W tych ramach myślowych głównym problemem nie są niedoskonałości ludzkiej natury, lecz systemy, które uniemożliwiają ludziom urzeczywistnienie ich rzekomo lepszego „ja”.
Usuńcie te systemy ucisku, a lepsze społeczeństwo stanie się możliwe.
Tradycje i oczekiwania kulturowe są postrzegane jako formy zniewolenia, które uniemożliwiają ludziom bycie sobą. Postacie historyczne ocenia się według współczesnych standardów moralnych, zamiast uwzględniać okoliczności, w jakich żyły, i potępia jako złe lub zacofane za to, że nie sprostały dzisiejszym oczekiwaniom.
Sama wojna może być traktowana jako zło, które ludzkość powinna potrafić wyeliminować dzięki wzajemnemu zrozumieniu, nawet wtedy, gdy siła jest używana w słusznej sprawie.
U podstaw tego światopoglądu leży przekonanie, że dostatecznie oświecone jednostki mogą poprowadzić ludzkość ku lepszemu, a być może nawet doskonałemu stanowi. Społeczeństwo można przeprojektować od podstaw pod kierownictwem tych, którzy wierzą, że posiadają wiedzę i moralną jasność niezbędne do realizacji tego zadania.
Oczywiście te sprzeczne wizje nie zawsze są czarno-białe. Mogą się nakładać, a czasem łączyć w dziwny i sprzeczny sposób. Większość ludzi nosi w sobie elementy obu, nawet jeśli instynktownie silniej skłania się ku jednej z nich.
W obrębie każdej wizji istnieją również skrajności. W niektórych przypadkach zwolennicy wizji nieograniczonej zaczynają uważać przemoc za całkowicie dopuszczalną, zwłaszcza gdy jest wymierzona w tych, których postrzegają jako przeszkodę na drodze do nadejścia idealnego społeczeństwa.
A to sprowadza nas z powrotem do sprawy palestyńskiej.
Ideologia ukryta pod flagą
Ten konflikt wizji pomaga wyjaśnić, dlaczego tak wiele pozornie niezwiązanych ze sobą ideologii skupiło się wokół jednej sprawy.
Ruch propalestyński w naturalny sposób przyciąga ludzi skłaniających się ku wizji nieograniczonej: tych, którzy wierzą, że istniejący system jest fundamentalnie niesprawiedliwy i musi zostać zburzony, a następnie odbudowany w postaci czegoś rzekomo lepszego.
Dlatego poparcie dla Palestyny tak często wykracza daleko poza geopolityczne realia konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Dlatego marksiści, radykalni lewicowcy i ruchy sprzeciwiające się zachodniemu kapitalizmowi uczynili Palestynę tak centralnym elementem swojej tożsamości politycznej.
Dla tych aktywistów sprawa palestyńska stała się sztandarem, pod którym mogą się zjednoczyć.
Ponieważ w ich oczach Izrael oznacza znacznie więcej niż państwo. Stał się ucieleśnieniem zachodniego ucisku, rasizmu, kapitalizmu i cywilizacji judeochrześcijańskiej, do której odnoszą się z tak wielką wrogością.
Ale to prowadzi nas do jednego z najdziwniejszych aspektów tego ruchu.
Sojuszu radykalnej lewicy z islamem.
Sojusz, który nie powinien istnieć
Ludzie często dziwią się, że ruchy islamistyczne potrafią znaleźć wspólny język z lewicą. W końcu liberalne wartości, których obronę deklaruje lewica, praktycznie nie istnieją w społeczeństwach rządzonych według rygorystycznych interpretacji prawa islamskiego. Homoseksualizm jest potępiany i karany. Kobiety sprowadza się do roli obywateli drugiej kategorii. Nawet odejście od islamu może pociągać za sobą poważne konsekwencje, w tym prześladowania i śmierć.
Nie chodzi o to, że lewica jest całkowicie nieświadoma tych realiów. Chodzi o to, że wielu uczestników tych ruchów uważa obszary porozumienia za znacznie ważniejsze od dzielących ich różnic.
Sprzeciw wobec Izraela i zachodniego porządku politycznego znajduje się w samym centrum nieograniczonej wizji świata znacznej części radykalnej lewicy. Wielu jej przedstawicieli uważa, że problemy nękające Bliski Wschód są zasadniczo konsekwencją zachodniego imperializmu i ingerencji. Ludzie żyjący w tych systemach są, zgodnie z tym światopoglądem, ofiarami tych samych sił ucisku, które należy zdemontować również we własnych krajach.
To małżeństwo z rozsądku.
Islamiści podchodzą jednak do tego sojuszu z innej perspektywy. Współpraca z tymi, którzy dążą do demontażu istniejącego porządku zachodniego, daje im możliwość uchylenia drzwi i wejścia do środka. Na Zachodzie mogą posługiwać się językiem wyzwolenia, oporu wobec ucisku i sprzeciwu wobec Izraela. Taki przekaz służy ich celom, nawet jeśli ich ostateczna wizja społeczeństwa ma niewiele wspólnego z wizją ich lewicowych sojuszników.
I nie byłby to bynajmniej pierwszy przypadek powstania takiego sojuszu.
Wystarczy cofnąć się do rewolucji irańskiej z 1979 roku.
Chomeini i jego islamistyczni zwolennicy znaleźli wspólny język z radykalną lewicą i ruchami komunistycznymi dzięki sprzeciwowi wobec szacha i wpływów zachodnich. Chomeini mówił o sprawiedliwości, wyzwoleniu i walce z imperializmem, posługując się językiem przemawiającym do tych, którzy wierzyli, że istniejący porządek polityczny należy obalić. Nawet wybitni zachodni intelektualiści z entuzjazmem patrzyli na rewolucję, wierząc, że usunięcie sprzymierzonego z Zachodem szacha może zapoczątkować powstanie lepszego społeczeństwa.
Islamiści i lewicowcy wspólnie przyczynili się do obalenia tego samego rządu, mimo że mieli zasadniczo odmienne wyobrażenia o tym, co powinno go zastąpić.
Ale utopia nigdy nie nadeszła.
Zamiast tego Iran stał się autorytarną republiką islamską, która cofnęła istotne swobody społeczne, narzuciła rządy religijne i uczyniła wrogość wobec Izraela i Zachodu centralnym elementem swojej rewolucyjnej tożsamości. Wielu spośród tych samych lewicowców, którzy pomogli obalić szacha, zostało następnie uwięzionych, straconych lub zmuszonych do emigracji.
Pomogli zniszczyć system, który uważali za opresyjny, tylko po to, by zastąpić go jednym z najbardziej represyjnych reżimów na świecie. Miliony Irańczyków miały ostatecznie uciec ze swojego kraju, podczas gdy ci, którzy pozostali, musieli żyć w systemie, którego konsekwencje do dziś prześladują Iran i zagrażają szerszemu światu.
Dlatego uważam islamistyczny element ruchu propalestyńskiego za tak niebezpieczny, nawet jeśli jego najbardziej widoczne oblicze wydaje się lewicowe i humanitarne.
Niebezpieczeństwo to występuje na wielu poziomach.
Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem jest sama wizja nieograniczona: ideologia zdeterminowana, by przebudować społeczeństwo, zdemontować instytucje i tradycje, które podtrzymywały cywilizację zachodnią, oraz dążyć do utopii, która zawsze zdaje się wymagać zniszczenia czegoś, co już istnieje.
Ale pod tym kryje się kolejne niebezpieczeństwo. Islam, rozumiany nie tylko jako prywatna wiara religijna, lecz jako system prawa, władzy politycznej i organizacji społecznej, ma własną wizję świata. I nie jest to liberalna utopia, którą wyobrażają sobie jego lewicowi sojusznicy.
Ci, którzy przyjmują wizję nieograniczoną, mogą sami doprowadzić do demontażu zabezpieczeń chroniących ich przed autorytarnymi zastosowaniami tej ideologii. Kultura, tradycja, religia, tożsamość narodowa i ugruntowane instytucje są odrzucane w pogoni za rzekomo lepszym światem, bez większego zastanowienia nad tym, co mogłoby zająć ich miejsce.
I to sprowadza mnie z powrotem do małego kociaka.
Ruch propalestyński przedstawia się jako coś niewinnego, coś zasługującego na nasze współczucie. Zachęca nas, byśmy odłożyli na bok zdolność krytycznego myślenia, przymknęli oczy na niewygodne realia i pozwolili, by samym naszym osądem kierowało wyłącznie współczucie.
Ale byłby to poważny błąd.
Ponieważ prędzej czy później pyszczek kociaka zacznie się poruszać.
Nie wydobędzie się z niego żaden dźwięk.
A kiedy społeczeństwo pochyli się bliżej, spodziewając się usłyszeć cichy pisk niewinnego stworzenia, z jego pyszczka wyłoni się ogromny, groteskowy owad, który pożera wszystko na swojej drodze.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


