Archive | 2026/10/29

Prawda o „dziennikarzach” z Gazy

Źródło zdjęcia: International Federation of Journalists:


Prawda o „dziennikarzach” z Gazy

Jonathan Sacerdoti


Przez dwa lata wmawiano nam, że Izrael prowadzi wojnę przeciwko dziennikarzom. Statystyki przytaczano na forum ONZ, cytowano w raportach organizacji praw człowieka i z pełną powagą powtarzali je prezenterzy, którym zależało na zademonstrowaniu własnej moralnej wyższości z bezpiecznych, odległych studiów telewizyjnych i podcastowych. Gaza, jak słyszeliśmy, stała się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi dla reporterów, a dominujące wyjaśnienie tego stanu rzeczy głosiło, że Izrael celowo ucisza prasę, bezlitośnie biorąc na cel tych odważnych ludzi, którzy po prostu służyli sprawie obiektywnej prawdy.

W tym tygodniu Siły Obronne Izraela (IDF) opublikowały dokumentację, którą nazwały Press Files („Aktami prasowymi”): nazwiska, fotografie i funkcje 170 osób zabitych podczas wojny, przedstawianych światu jako dziennikarze i pracownicy mediów, które jednocześnie były członkami organizacji terrorystycznych. 118 z nich należało do zbrojnego skrzydła Hamasu, 49 do Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, a pozostali do mniejszych ugrupowań. Siedemnastu z nich wdarło się na terytorium Izraela 7 października 2023 roku. Śmierć ponad 40 spośród tych osób spotkała się z oficjalnym potępieniem Izraela przez ONZ. Według IDF niektórzy pracowali dla Reutersa, CNN, BBC, AP, AFP, „Le Monde” i australijskiej ABC. Nigdy jednak nie powiedziano nam dokładnie, kim byli i dla kogo tak naprawdę pracowali.

Jeśli lista ta pojawia się tak późno, to dlatego, że jej sporządzenie wymagało czasu. Powstawała przez wiele miesięcy, w wyniku żmudnej analizy dokumentów i wykazów personalnych przejętych przez żołnierzy w Strefie Gazy, z których wiele zostało sporządzonych przez same organizacje terrorystyczne, a także innych materiałów wywiadowczych. W licznych przypadkach dowody pochodziły bezpośrednio od Hamasu i Islamskiego Dżihadu, które po cichu uznawały tych ludzi za własnych męczenników, gdy międzynarodowe oburzenie zdążyło już spełnić swoją rolę. Do tego czasu narracja była już utrwalona, a sprostowania nigdy nie docierały tak daleko jak oskarżenia. Mówienie prawdy wymaga czasu, bo wszystko trzeba sprawdzić. Rozpowszechnianie propagandy jest znacznie szybsze.

Anas al-Sharif był najbardziej rozpoznawalną twarzą Al-Dżaziry w północnej części Strefy Gazy. Kiedy zginął w sierpniu 2025 roku, jego śmierć potępiły ONZ, organizacje broniące wolności prasy oraz znaczna część zachodnich komentatorów. IDF opublikowały teraz dokumenty przejęte przez izraelskich żołnierzy w Gazie, w których figuruje on jako oficer szczebla kompanii w kompanii artyleryjskiej Brygady Północnej Gazy Hamasu, wraz z numerem identyfikacyjnym w strukturach wojskowych Hamasu. Hossam Shabat, którego pośmiertne przesłanie zaczynające się od słów „jeśli to czytacie” obiegło cały świat, figuruje w przejętych dokumentach Hamasu jako członek jednostki przeciwpancernej Batalionu Beit Hanoun. Ismail al-Ghoul, kolejny korespondent Al-Dżaziry opłakiwany jako męczennik wolnej prasy, jest wymieniony w przejętym wykazie personelu Brygady Gazy Hamasu. Hamza al-Dahdouh, syn szefa biura Al-Dżaziry w Gazie, którego śmierć skłoniła amerykańskiego sekretarza stanu do publicznego wyrażenia żalu, figuruje w przejętym dokumencie Islamskiego Dżihadu jako członek jego jednostki inżynierii elektronicznej.

Jest też Hassan Aslih, którego materiały ukazywały się za pośrednictwem AP i CNN. Obie redakcje ostatecznie określiły go jedynie jako freelancera i zerwały z nim współpracę w listopadzie 2023 roku. W przejętym wykazie Brygady Chan Junus Hamasu figuruje jako członek formacji wojskowej, a IDF twierdzą, że 7 października przedostał się na terytorium Izraela. Czy możliwe, że nie tylko relacjonował masakrę, lecz w rzeczywistości brał w niej udział, dysponując wcześniejszą wiedzą i odpowiednio się do niej przygotowawszy? Wygląda na to, że tak.

Ujawnione informacje pochodzą w znacznej mierze z dokumentacji samych organizacji terrorystycznych, zawierającej nazwy jednostek, batalionów i numery służbowe, przejętej w terenie i opublikowanej do wglądu dla każdego, kto zechce się z nią zapoznać. Nie wszystkie przedstawione przypadki są poparte dowodami o jednakowej sile i każdy zasługuje na dokładną analizę. Jednak prawidłowość, która się z nich wyłania, jest niezaprzeczalna. Nie oznacza to, że każdy dziennikarz zabity w Gazie był uczestnikiem walk. Niektórzy nimi nie byli, a każda z tych śmierci zasługuje na uczciwe zbadanie okoliczności, w jakich do niej doszło. Ale nawet to nie świadczy o celowym atakowaniu niewinnych pracowników prasy. Dobrzy ludzie również giną na wojnach, czasem z niewłaściwych powodów. Skala oszustwa powinna jednak zawstydzić każdą redakcję i instytucję, która powielała te liczby, nie zadając ani jednego pytania o to, kim byli ci ludzie. Tym bardziej powinno to dotyczyć tych, którzy bezkrytycznie publikowali ich „materiały dziennikarskie”.

To oszustwo od dawna stanowi element palestyńskiej strategii wojskowej. Hamas rozumie zachodnich odbiorców znacznie lepiej, niż oni rozumieją Hamas. Wie, że słowo „dziennikarz” niesie w naszej kulturze określony ładunek moralny. Wyobrażamy sobie odważnego reportera w kamizelce kuloodpornej, który mówi prawdę władzy prosto w oczy, ryzykując wszystko, aby świat mógł zobaczyć, co się dzieje. Wystarczy zatrzeć granicę między tym wyobrażeniem a człowiekiem, który za dnia nosi kamerę, a nocą karabin, albo kimś, kto wykorzystuje kamerę wideo zarówno do zbierania informacji wywiadowczych o ruchach izraelskich wojsk, jak i do rejestrowania materiałów informacyjnych, a otrzymujemy doskonałą tarczę. Każdy atak na taką osobę staje się atakiem na wolność prasy, a każde pytanie o jej powiązania jest potępiane jako oszczerstwo. Odbiorcy trzymają się swoich wygodnych wyobrażeń o wolnej prasie, a te wyobrażenia wykonują za Hamas jego robotę.

Ale w Gazie nigdy nie było wolnej prasy. Istniała tam prasa działająca pod rządami totalitarnego reżimu terrorystycznego, a teraz otrzymaliśmy wyjątkowo szczery opis tego, co to oznaczało, od jednej z jej najbardziej znanych postaci. Motaz Azaiza był na Zachodzie fetowany jako „głos Gazy”. Magazyn „Time” uznał go za jedną z najbardziej wpływowych osób na świecie. Odebrał Nagrodę Wolności w Caen podczas obchodów 80. rocznicy lądowania aliantów w Normandii i występował u boku celebrytów, wśród nich dziecięcej youtuberki Ms Rachel, która przedstawiła go jako swojego przyjaciela. W zeszłym miesiącu udzielił trzygodzinnego wywiadu po arabsku podcastowi „Taqarob”. Prawdopodobnie zakładał, że niewiele osób w anglojęzycznym świecie kiedykolwiek go usłyszy.

To, co powiedział, potwierdza niemal wszystko, o czego wymyślanie oskarżano Izrael. Opisał, jak dziennikarze w Gazie opuszczali kamery za każdym razem, gdy któryś z mieszkańców przeklinał Hamas. Powiedział, że nigdy nie widział, aby dziennikarz z Gazy opublikował taką krytykę. Opisał grupę na WhatsAppie o nazwie „Smart”, prowadzoną przez przedstawiciela Hamasu odpowiedzialnego za media, do której, jak twierdził, należeli wszyscy dziennikarze w Gazie. Oczywiście jako dziennikarz można należeć do najróżniejszych grup na WhatsAppie organizowanych przez terrorystów, działaczy politycznych czy inne podejrzane postacie, z którymi całkowicie się nie zgadzamy. Są to przydatne miejsca do zdobywania informacji. Sam w ramach swojej pracy codziennie przeglądam dziesiątki grup Hamasu i innych organizacji terrorystycznych na Telegramie i WhatsAppie. Jednak członkowie grupy „Smart” nie zachowywali się jak neutralni odbiorcy informacji. Organizowali kampanie przeciwko każdemu, kogo uznano za niewystarczająco lojalnego, w tym przeciwko samemu Azaizie. Opisał, jak dobierano i przedstawiano materiały, aby wywołać jak największy efekt. Jak powiedział, w każde Boże Narodzenie dziennikarze fotografowali Świętego Mikołaja wśród ruin lub w obozach dla uchodźców, ponieważ miało to „przyciągać uwagę”. Mówił o przyjaciołach wewnątrz Hamasu, do których mógł zadzwonić, aby zorganizować loty dronów lub uzyskać dostęp do określonych miejsc. Przyznał też, że 7 października sfilmował izraelskich zakładników bitych przez tłum i zdecydował się nie publikować tego nagrania. Powiedział również, że tamtego ranka przeszedł go dreszcz, gdy słuchał, jak Mohammed Deif ogłasza rozpoczęcie ataku. Kiedy wywiad został przetłumaczony i rozpowszechniony, Azaiza szybko pospieszył z wyjaśnieniami na Instagramie. Nagranie Ms Rachel z jego udziałem zniknęło. Żal, o ile w ogóle można o nim mówić, wydaje się dotyczyć raczej tego, kto usłyszał te słowa, niż samej ich treści.

Tego właśnie kontekstu brakuje niemal we wszystkich żądaniach, by Izrael „wpuścił dziennikarzy”. Piers Morgan uczynił z tego żądania niemal swój znak rozpoznawczy. „Nie traktujcie nas jak idiotów” – powiedział ambasadorowi Izraela. Innym razem zbył przedstawiane przez Izrael obawy dotyczące bezpieczeństwa słowami: „Proszę, nie jesteśmy głupi”. Zadawał to samo pytanie ambasadorom, ministrom, rabinom i prezydentowi Izraela. Problem nie polega na tym, że je zadaje. Polega na tym, że nigdy nie wydaje się słuchać odpowiedzi. Każdy gość wyjaśnia zagrożenia operacyjne, niebezpieczeństwo grożące reporterom oraz łatwość, z jaką Hamas inscenizuje wydarzenia na potrzeby mediów i steruje relacjami. Potem przychodzi kolejny gość i pada identyczne pytanie, jak gdyby nikt nigdy wcześniej na nie nie odpowiedział. Przypomina to raczej powtarzanie mantry niż próbę zrozumienia czegokolwiek.

Oto więc odpowiedź, raz jeszcze. Wiemy już, co się dzieje, gdy zachodni reporterzy pracują na terytorium kontrolowanym przez organizację terrorystyczną. Kiedy Izrael wskazał szpital w Bejrucie, w którym – jak twierdził – ukrywano zasoby Hezbollahu, Orla Guerin z BBC zwiedziła budynek, przypuszczalnie pod nadzorem Hezbollahu. Sfilmowała zwykłe oddziały szpitalne i przekazała zaprzeczenia kierownictwa szpitala, ale nie była w stanie zobaczyć dokładnie tego miejsca, które wskazał Izrael. Dlatego jej reportaż, niezależnie od najlepszych intencji, równie dobrze mógł być wycieczką z przewodnikiem przedstawioną jako niezależna weryfikacja. Gaza pod rządami Hamasu oferowałaby to samo, tylko na znacznie większą skalę: opiekunów nadzorujących reporterów, starannie dobieranych tłumaczy, miejsca, do których wolno wejść, tematy, których nie wolno poruszać, oraz lokalnych współpracowników dziennikarzy, którzy – jak jasno wynika z relacji Azaizy – odpowiadają przed reżimem w Gazie, a nie przed kierownictwem BBC w New Broadcasting House.

Dochodzi do tego zagrożenie fizyczne. Hamas i inne ugrupowania palestyńskie mają długą historię wykorzystywania dziennikarzy i cudzoziemców jako kart przetargowych. W 2006 roku korespondent Fox News Steve Centanni i operator kamery Olaf Wiig zostali porwani w Gazie i byli przetrzymywani przez niemal dwa tygodnie. Uwolniono ich dopiero po tym, jak zmuszono ich do złożenia przed kamerą oświadczeń o przejściu na islam. W 2007 roku Alan Johnston z BBC był przetrzymywany przez Armię Islamu przez 114 dni, a w pewnym momencie pokazano go na nagraniu wideo z pasem z materiałami wybuchowymi. 7 października cudzoziemcy, w tym ponad 30 tajskich robotników rolnych i nepalski student rolnictwa, zostali uprowadzeni do Gazy jako zakładnicy. Zachodni korespondent w mieście poprzecinanym tunelami to potencjalny zakładnik, którego porwanie jest tylko kwestią czasu. Przemieszczanie się reporterów i ich transmisje ujawniałyby pozycje wojskowe w czasie rzeczywistym. Ich obecność stałaby się kolejnym problemem dla IDF, które musiałyby zapewniać im ochronę, i kolejną okazją do wykorzystania przez Hamas. Pisałem już wcześniej, że ograniczenie dostępu jest trudnym wyborem strategicznym, dalekim od ideału, ale możliwym do wyjaśnienia względami, które nie mają w sobie niczego złowrogiego. Nic, co wydarzyło się od tamtej pory, nie zmieniło mojego poglądu. Wręcz przeciwnie, Press Files i własne słowa Azaizy tylko go umacniają.

Najpilniejszym pytaniem nigdy nie było to, co Izrael „ukrywa” w Gazie. Chodzi o to, co Hamas ukrywał za słowem „dziennikarz” i dlaczego tak wielu przedstawicieli naszych własnych mediów wykazywało tak niewielką ciekawość odpowiedzi. Wielu z tych mężczyzn opłakiwano na antenie, dziesiątki wymieniano w oświadczeniach ONZ, a wszystkich uwzględniano w zestawieniach liczbowych, które zachodnie media przytaczały jako dowód izraelskich zbrodni. Jak dotąd bardzo niewiele redakcji, które ich zatrudniały, czy prezenterów, którzy się na nich powoływali, zadało pytanie, jak to się stało, że mogli jednocześnie posiadać legitymacje prasowe i numery służbowe Hamasu. Dopóki tego nie zrobią, ich oburzenie z powodu zakazu wjazdu do Gazy brzmi pusto. Lekcja płynąca z Press Files nie polega na tym, że Izraelowi należy ślepo ufać – nie należy. Polega na tym, że w Gazie granica między reporterem a terrorystą była celowo zacierana. Ci przedstawiciele zachodnich mediów, którym odpowiadało niezadawanie pytań i niezgłębianie sprawy, raczej nie okażą się rozwiązaniem w miejscu, gdzie jedynie sceptycyzm i zawodowa rzetelność mogłyby choćby zacząć przebijać się przez zasłonę dezinformacji. A nawet one nie są w stanie sprostać najbardziej bezwzględnym terrorystom, gotowym za wszelką cenę uczynić broń ze wszystkiego, w tym z prasy.


Pierwotnie opublikowano w „The Spectator”. 

Link do oryginału:

Jonathan Sacerdoti
The truth about Gazan ‘journalists’
For two years we were told that Israel was waging a war on journalists. The statistics were recited at the UN, quoted in human rights reports, and repeated earnestly by presenters keen to prove their virtue from the safety of far-off studios and podcast sets. Gaza, we heard, had become the deadliest place on earth to be a reporter, and the dominant expl…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wszystkie prognozy dotyczące liczby ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy okazały się błędne

Palestyńczycy oglądają miejsce izraelskiego nalotu, w którym 6 września 2025 r. zniszczony został budynek mieszkalny w mieście Gaza. Fot. REUTERS/DAWOUD ABU ALKAS


Wszystkie prognozy dotyczące liczby ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy okazały się błędne

Micha Danzing


Pod koniec września kontrolowane przez Hamas Ministerstwo Zdrowia Strefy Gazy opublikowało raport dotyczący śmiertelności w 2025 roku. Był to pierwszy od początku wojny raport, który miał obejmować wszystkie zgony w Strefie Gazy.

Spośród 24 650 zgonów ministerstwo przypisało 17 286 „działaniom wojennym”, nie rozróżniając bojowników od cywilów, a 1584 – wypadkom. Niezależny analityk Eirik Schrøder-Bråtane obliczył, że pozostałe 5780 zgonów z przyczyn niezwiązanych z przemocą odpowiadało w przybliżeniu rocznej liczbie takich zgonów w Strefie Gazy przed wojną. Ministerstwo odnotowało również 50 227 urodzeń.

A był to rok 2025: rok, w którym Izrael wstrzymał dostawy pomocy na 11 tygodni po tym, jak Hamas odmówił przedłużenia rozejmu i uwolnienia kolejnych zakładników. Nastąpiło to po sześciotygodniowym zawieszeniu broni, podczas którego 25 200 ciężarówek dostarczyło niemal 450 000 ton pomocy. Izrael twierdził, że Hamas przejmował dostawy i sprzedawał je, aby finansować prowadzoną przez siebie wojnę. Według izraelskich danych do września łączna ilość pomocy dostarczonej podczas wojny przekroczyła dwa miliony ton.

Był to również rok, w którym przedstawiciele ONZ ostrzegali przed śmiercią tysięcy niemowląt, a IPC – wspierany przez ONZ system monitorowania zagrożenia głodem – ogłosił klęskę głodu w mieście Gaza.

Tymczasem dane samego ministerstwa nie pokazują niczego, co przypominałoby skalę masowej śmiertelności sugerowaną przez te ostrzeżenia: nie odnotowano gwałtownego wzrostu liczby zgonów z przyczyn niezwiązanych z przemocą, takich jak głód, choroby czy inne pośrednie skutki wojny.

Palestynka ucieka wraz ze swoimi trojaczkami z okolic szpitala Al-Szifa, kierując się na południe Strefy Gazy. Fot. REUTERS/Ramadan Abed

Andrew Fox, były oficer armii brytyjskiej i ekspert w Henry Jackson Society, argumentował w 2024 roku, że statystyki ofiar wojny w Strefie Gazy były sztucznie zawyżane poprzez uwzględnianie zgonów z przyczyn naturalnych. Teraz napisał, że zarzuty dotyczące klęski głodu i inne twierdzenia zostały „obalone przez własne dane Hamasu”. Dodał, że autorzy modeli prognostycznych, którzy przewidywali setki tysięcy zgonów, „powinni stracić pracę”.

Następnie dodał: „Nie stracą. Wszystko ujdzie im na sucho”.

To może być najpewniejsza prognoza, jaką ktokolwiek sformułował na temat tej wojny.

Od lat oskarżyciele Izraela z pełnym przekonaniem przewidują masowe zgony i równie stanowczo podają liczby ofiar rzekomych masakr. Nagłówki obiegają cały świat. Kiedy prognozy się nie sprawdzają albo podawane liczby okazują się drastycznie zawyżone, sprostowania niemal nie docierają do opinii publicznej.

20 maja 2025 roku szef operacji humanitarnych ONZ, Tom Fletcher, powiedział w BBC Radio 4, że 14 000 niemowląt w Strefie Gazy „umrze w ciągu najbliższych 48 godzin”, jeśli nie dotrze do nich pomoc. W ciągu doby ONZ wyjaśniła, że liczba ta odnosiła się w rzeczywistości do około 14 100 prognozowanych przypadków ciężkiego ostrego niedożywienia wśród dzieci poniżej piątego roku życia.

Nie zgonów. Nie niemowląt. Nie w ciągu 48 godzin.

Raport rzeczywiście wskazuje na pogorszenie sytuacji: śmiertelność niemowląt wyniosła 15,8 na 1000 żywych urodzeń, a śmiertelność dzieci poniżej piątego roku życia – 33,4 na 1000 żywych urodzeń. Oba wskaźniki były wyższe niż przed wojną. Jednak w roku, w którym ONZ wydawała swoje ostrzeżenia, wskaźnik śmiertelności niemowląt w Strefie Gazy był zbliżony do wskaźnika w Egipcie w czasie pokoju, wynoszącego 16,1, a oba wskaźniki śmiertelności w Gazie pozostawały poniżej średniej światowej. Gorzej – owszem. Masowa śmierć – nie.

W lutym 2024 roku naukowcy z London School of Hygiene and Tropical Medicine oraz Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa prognozowali nawet 85 750 dodatkowych zgonów w Strefie Gazy w ciągu sześciu miesięcy, zakładając najgorszy scenariusz eskalacji wojny i wybuchu epidemii. Media aktywistyczne publikowały nagłówki w rodzaju „Izrael może zabić kolejnych 85 000 mieszkańców Gazy w ciągu sześciu miesięcy”, a jeden z głównych autorów badania powiedział w amerykańskim programie informacyjnym Democracy Now!, że scenariusz eskalacji jest „właśnie tym, co obecnie dzieje się w Rafah”. Do przewidywanej epidemii nigdy nie doszło.

W niemal zapomnianej wojnie w Sudanie ta sama londyńska uczelnia ustaliła, że ofiary śmiertelne pozostawały poza oficjalnymi statystykami: w samym stanie Chartum w ciągu pierwszych 14 miesięcy odnotowano około 26 000 zgonów wskutek przemocy – więcej, niż organizacje monitorujące konflikt zarejestrowały w całym kraju – oraz ponad 61 000 zgonów ze wszystkich przyczyn.

W Strefie Gazy alarm znacznie wyprzedzał rzeczywistą liczbę zmarłych. W Sudanie liczba zmarłych znacznie przewyższała skalę alarmu.

W marcu 2024 roku IPC prognozował, że do końca maja w północnej części Strefy Gazy nastąpi klęska głodu, jeśli walki i poważne ograniczenia dostaw pomocy będą kontynuowane. Jednak w czerwcu własny Komitet ds. Przeglądu Klęski Głodu (Famine Review Committee) działający w ramach IPC uznał, że dostępne dowody nie wskazują na występowanie klęski głodu.

W sierpniu 2025 roku IPC ogłosił klęskę głodu w gubernatorstwie Gaza, mimo izraelskich zastrzeżeń wobec zastosowanej metodologii. Klęska głodu w Somalii w latach 2010–2012 pochłonęła według szacunków 258 000 istnień ludzkich, w tym 133 000 dzieci poniżej piątego roku życia. W szczytowym okresie umierało tam około 30 000 osób miesięcznie.

Motywacja do zawyżania liczb

Ministerstwo Zdrowia Strefy Gazy, będące częścią aparatu Hamasu i mające wszelkie powody, by zawyżać statystyki, zgłosiło 455 zgonów z powodu niedożywienia w ciągu niemal dwóch lat wojny – mniej, niż klęska głodu w Somalii pochłaniała w ciągu połowy dnia w swoim najtragiczniejszym okresie.

Według własnego progu IPC, wynoszącego dwa zgony dziennie na 10 000 mieszkańców, ogłoszona klęska głodu powinna była spowodować około 9000 zgonów. Tymczasem ministerstwo samego Hamasu odnotowało mniej niż 200 – w całej Strefie Gazy – czyli mniej, niż rejestruje się w Stanach Zjednoczonych w ciągu czterech dni.

W Rafah powtórzył się znajomy schemat. Zanim Izrael wkroczył do miasta w maju 2024 roku, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Autonomii Palestyńskiej ostrzegało, że atak doprowadzi do „unicestwienia około 1,5 miliona Palestyńczyków”. Ówczesny szef unijnej dyplomacji Josep Borrell drwił z pomysłu ewakuacji cywilów: „Dokąd? Na Księżyc?”. W ciągu trzech tygodni około miliona ludzi ewakuowało się z Rafah. Nie doszło do unicestwienia ludności ani do przeprosin.

Ten schemat jest starszy niż obecna wojna i zawsze działa tylko w jednym kierunku.

W kwietniu 2002 roku, podczas izraelskiej operacji w Dżaninie, negocjator Autonomii Palestyńskiej Saeb Erekat powiedział CNN, że izraelscy żołnierze zabili ponad 500 osób. Późniejszy raport samego sekretarza generalnego ONZ wykazał śmierć 52 Palestyńczyków, z których co najmniej połowę stanowili terroryści, oraz 23 izraelskich żołnierzy. Nie znalazł też potwierdzenia dla liczby 500 zabitych. Do tego czasu określenie „masakra w Dżaninie” zdążyło już wejść do światowego słownika.

Operacja „Płynny Ołów” przebiegała według tego samego schematu. Hamas początkowo przyznawał, że zginęło mniej niż 50 jego bojowników. Zdyskredytowany później raport Goldstone’a z 2009 roku powoływał się na zestawienie Palestyńskiego Centrum Praw Człowieka, które identyfikowało zaledwie 236 zabitych jako bojowników. Następnie, w listopadzie 2010 roku, minister spraw wewnętrznych Hamasu Fathi Hammad przyznał, że zginęło nawet 700 członków zbrojnego skrzydła Hamasu i jego sił bezpieczeństwa – liczba zbliżona do izraelskich szacunków wynoszących 709.

Za granicą niemal wszyscy zabici byli cywilami. U siebie byli męczennikami Hamasu.

17 października 2023 roku kontrolowane przez Hamas władze sanitarne natychmiast obarczyły Izrael odpowiedzialnością za eksplozję w szpitalu Al-Ahli i poinformowały o niemal 500 zabitych. Amerykańskie, brytyjskie, francuskie i kanadyjskie służby wywiadowcze uznały, że najbardziej prawdopodobną przyczyną był palestyński pocisk rakietowy, którego wystrzelenie zakończyło się upadkiem rakiety na szpitalny parking. Według amerykańskiego wywiadu liczba ofiar stanowiła jedynie ułamek tej podanej przez ministerstwo. „The New York Times” przyznał później, że jego pierwsze doniesienia w zbyt dużym stopniu opierały się na twierdzeniach Hamasu.

Progresywna lewica, która twierdzi, że kieruje się nauką, rzadko zadaje pytanie, dlaczego tak wiele katastroficznych prognoz i twierdzeń dotyczących Izraela okazuje się błędnych. Rosnąca frakcja populistycznej prawicy, tak zwana „woke Right” („przebudzona prawica”), powiela statystyki Hamasu i prognozy ONZ, które w odniesieniu do jakiegokolwiek innego tematu wyśmiałaby bez wahania.

Ta metoda działa, ponieważ twierdzenia i prognozy osiągają swój cel, zanim jeszcze można je zweryfikować. Postawić Izrael w stan oskarżenia. Naciskać na sankcje lub embargo na broń. Wywierać presję na Izrael, ale nie na tych, którzy przysięgli go zniszczyć. Zanim pojawią się dowody, szkody są już wyrządzone.

Tom Fletcher nadal kieruje biurem ONZ ds. humanitarnych. IPC nie wycofał swojej deklaracji o klęsce głodu z 2025 roku. Redakcje nadal eksponują prognozy w nagłówkach, a rozliczenia z rzeczywistymi danymi spychają na dalszy plan.

W większości dziedzin prognozy o tak doniosłych konsekwencjach doprowadziłyby przynajmniej do przeprowadzenia audytu. Kiedy jednak chodzi o Izrael, prowadzą jedynie do kolejnej nietrafionej prognozy.

Link do oryginału: https://www.jpost.com/opinion/article-910868

Jerusalem Post, 17 października 2026

Micha Danzing jest prawnikiem, byłym żołnierzem Sił Obronnych Izraela (IDF) oraz byłym funkcjonariuszem nowojorskiej policji (NYPD). Publikuje liczne teksty poświęcone Izraelowi, syjonizmowi, antysemityzmowi i historii Żydów. Zasiada w zarządzie organizacji Herut North America.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Who gets a veto over Israeli action against Hamas and Iran?


Who gets a veto over Israeli action against Hamas and Iran?

Jonathan S. Tobin


Contrary to Netanyahu’s detractors, opposition to forming a government that includes Arab anti-Zionist parties isn’t a question of racism but of rational national security concerns.

United Arab List (Ra’am) party chairman Mansour Abbas stands alongside fellow party members on stage following the release of exit poll results in the northern Israeli city of Sakhnin, on Israel’s general election night, Oct. 27, 2026. Photo by Michael Giladi/Flash90.

As the world awaited the official counting of the votes in Israel’s election for a new Knesset, one thing seemed clear: Neither the coalition led by Prime Minister Benjamin Netanyahu nor that of the “anyone-but-Bibi” alliance of parties arrayed against him appeared to have a path to a majority that would enable them to easily form a government.

Yet the results raise the question of whether a government could be formed by the anti-Netanyahu coalition combining its strength with that of the anti-Zionist Arab parties, which significantly increased their strength in this round of elections.

Will they keep their promise?

To do so would violate the pledges made by three of the main anti-Netanyahu parties led by former Israel Defense Forces chief of staff Gen. Gadi Eisenkot, former prime minister Naftali Bennett and former defense minister Avigdor Liberman, who all promised never to be part of such a coalition during the campaign.

Many on the Israeli left and elsewhere say those parties were bullied into making such a pledge by Netanyahu and their fear of being viewed as aligned with parties that oppose the existence of the Jewish state. Critics of Netanyahu and the Israeli right claim that attempts to exclude the Arab parties from government or even to speak of anyone winning a majority of the Zionist or Jewish vote, as the prime minister did in his election-night address to his supporters, is inherently racist.

That may sound reasonable to Americans, whose political parties have always been vaguely ideological, but not sectarian or representing ethnic or religious groups. And it is entirely true that the votes of Israeli Arabs count just as much as those of their Jewish fellow citizens, and that their representatives have the right to enter the Knesset. Contrary to the smears and blood libels hurled at Israel, it is not an “apartheid state” but a democracy.

And it is also true that a precedent was established by the ragtag, shaky coalition formed in June 2021 led by Bennett, when one of the Arab parties participated: Ra’am, led by Mansour Abbas.

So what factor, other than anti-Arab prejudice, would bar either of the two Zionist coalitions from forming some sort of pact with Abbas and Ra’am, and the larger Joint Arab List, to end the uncertainty and form a government?

The answer is obvious. And it has nothing to do with Jews being prejudiced against Arabs and/or Muslims.

Simply put, at a time of ongoing war against Iran and its terrorist proxies—Hamas in Gaza, Hezbollah in Lebanon and the Houthis in Yemen—the notion of giving parties ideologically opposed to the existence of the State of Israel an effective veto on security questions and the stability of Israel’s government is unimaginable. Or at least it would be, if those seriously considering such a deal prioritized the defeat of these forces, rather than merely being obsessed with ousting Netanyahu.

A half-truth

As Netanyahu noted with grim satisfaction in an address to his supporters on Tuesday night, the pre-election polls coming from media outlets hostile to him greatly underestimated the strength of his Likud Party and its allies. As the votes were counted, Likud did emerge as by far the largest of the parties. But his alliance of right-wing and religious parties was still short of winning an outright majority, which marked a change from the last election, when it did achieve that goal.

That allowed his foes to claim that Israelis had rejected the prime minister since a majority had voted for parties not aligned with him. That was a half-truth because it involved combining the votes of the anti-Netanyahu Zionist parties and those Arab and Islamic parties.

The idea that supporters of the United Arab List and the Ra’am Party on the one hand, and on the other, those backing Eisenkot, Bennett or Lieberman, are somehow aligned with each other is fictional. However, it does open up the possibility that although the anti-Netanyahu coalition seems to have gotten far fewer seats than the prime minister’s bloc, it could manage to form a government by allying itself with the Arab parties. 

United Arab List (Ra’am) party chairman Mansour Abbas stands alongside fellow party members on stage following the release of exit poll results in the northern Israeli city of Sakhnin, on Israel’s general election night, Oct. 27, 2026. Photo by Michael Giladi/Flash90.

What they stand for

It’s important to remember what these two Arab parties stand for.

Abbas’s United Arab List, better known by its Hebrew acronym Ra’am, came into being as the political wing of the Islamic Movement in Israel, an extension of the international Islamist and terrorist Muslim Brotherhood. It has broken off from that movement but still holds to its basic ideology while also claiming to favor a two-state solution with Israel. That’s a contradictory position that allows it to maintain its links to its old allies (whose factions have been banned for inciting and advocating violence) while attempting to represent Israeli Arabs—in particular, the Bedouin, who support it in large numbers.

Abbas got high marks from liberal Israelis and others who cheered his willingness to join with Netanyahu’s opponents in 2021. In return, for propping up the government led by Bennett (who was elected on a pledge to never sit with anti-Zionist parties or those of the Israeli left), he received much-needed funding for Arab communities.

The other Arab Party is the Joint List, a coalition of secular nationalist Arab parties that includes Hadash, the former Communist Party of Israel, and is led by academic Yousef Jabareen. It improved its showing in the last election in 2022 by reuniting with one of its former constituent members, the radical leftist Balad Party, which ran on its own four years ago and fell below the threshold of votes needed for entry to the Knesset.

This restored Joint List did far better than Ra’am this time. Its radicalism and full-throated opposition to Israel’s existence and Zionism is undiluted by any appeals to moderation. It appealed more to Arab voters, who on the whole do not seem to have rewarded Abbas for his past service in a Zionist-led government.

Abbas appeared to double down on posing as moderate in this election. Ra’am gave the second slot on its list to Yoav Segalovitz, a Jewish former Israeli law-enforcement officer and member of Knesset for the center-left Yesh Atid Party, who was essentially acting as a beard for his new Islamist friends. But this tactic didn’t garner many Jewish voters. By contrast, Arabs were inspired to turn out in large numbers by the prospect of electing radicals who would be their answer to Israeli right-wingers like Otzma Yehudit’s leader Itamar Ben-Gvir, the current national security minister. But for all the complaints heard in Israel and around the world about Ben-Gvir and his outrageous statements and behavior, the members of the Joint List, and to some extent, those affiliated with Ra’am, are far more radical and dangerous to Israel and its democracy than those on the Jewish right.

The Haredi analogy

Some on the Israeli left say the Arab parties ought to be no more out-of-bounds for participation in a government than the Haredi parties: the Mizrachi Shas and the Ashkenazi United Torah Judaism, which are not, at least in principle, Zionist.

But this argument is somewhat disingenuous.

It’s true that, strictly speaking, Shas and UTJ aren’t Zionist because the rabbis who act as their spiritual authorities don’t consider the current State of Israel to be the answer to the messianic hopes of Jews for the last 2,000 years. One can certainly criticize them for enabling a culture of avoidance of military service or even of participation in the economy for Haredi men. But they have not only worked with and participated in the government of Israel for decades; they also do not sympathize with or support Israel’s enemies. They illustrate the difference between non-Zionism and anti-Zionism. One is based on acquiescence to the need to cooperate with the Jewish state. The other is part of an effort to destroy it.

The two Arab parties have offered to provide their votes to Eisenkot and the Zionist left from outside the government to enable them to oust Netanyahu. But whether inside or outside the Cabinet, it would make Eisenkot and his colleagues utterly dependent on factions that could pull the plug on them at any moment.

That means they could rely on Jabardeen and Abbas to back their plan to topple Netanyahu and perhaps enact constitutionally dubious legislation to ensure that he would be barred from office in the future. Once that was accomplished, Eisenkot—or whoever it was that wound up forming such a minority government—would know that their tenure would end the moment they displeased these Islamist and Arab nationalist factions.

Giving insurance to Iran and its allies

That could effectively give Iran insurance that Israel would not strike (with or without the United States) its nuclear and ballistic-missile facilities, as well as other targets that aid its fomenting of international terrorism. That would likely also extend to any action to ensure that Hezbollah isn’t able to re-establish its ability to threaten northern Israel, which was largely eliminated by the current government’s victories won during the course of the war that ensued after the catastrophe of Oct. 7, 2023.

And it might also be exactly what Hamas needs to ensure that it can get away with its refusal to abide by the terms of the October 2025 ceasefire agreement with the United States, and both disarm and surrender governance of the approximate 30% of the Gaza Strip it still controls.

That is why the precedent of Mansour Abbas’s participation in the government led by Bennett and his colleague Yair Lapid from June 2021 to December 2022 isn’t a reason to try such a scheme again.

Israelis may have patted themselves on the back during those 18 months for demonstrating to the world anew that it was a democracy in which Arabs as well as Jews could govern. While that fact didn’t convince any of its critics to stop libeling it as an “apartheid state,” it also took place in a time when Israel wasn’t at war.

During the period before the Hamas-led Palestinian Arab orgy of mass murder, torture, rape and kidnapping that took place on Oct. 7, the entire Israeli military, intelligence and political establishments, including both Netanyahu and those who opposed him in the current election, were convinced that Hamas wasn’t really a threat. Few understood the gravity of their country’s security predicament as Iran put in place the forces that would launch a multi-front war on the Jewish state.

In the aftermath of that disaster and the costly war Israel was forced to fight against foes who amply demonstrated their genocidal intent, it’s all well and good to second-guess Netanyahu and blame him for it happening on his watch. But it is equally apparent that refraining from inviting into the cabinet parties that are against ensuring the elimination of the ability of Hamas, Hezbollah or Iran to again call into question Israel’s existence is not an irrational or bigoted perspective. It’s simply common sense.

And that is not even taking into account the argument that in the remaining two years of President Donald Trump’s second term, Israel has a unique window of opportunity to ensure its security. That window is likely to close once he leaves office and is replaced by either a Democrat or a Republican like Vice President JD Vance, who would, at best, be less interested in Israel’s strategic dilemmas and might be hostile to Jerusalem.

Even if we assume that Eisenkot would wish to follow in Netanyahu’s footsteps and form a partnership with Trump on these issues—an assumption that may be unfounded—the idea that an Israel governed by a coalition dependent on the goodwill of the Joint List, let alone Ra’am, could pursue such necessary policies is pure fantasy.

A theory of cooperation

In the past, some Zionist thinkers have written and spoken of the need for a Jewish state where Arabs would also be empowered as partners. In particular, Ze’ev Jabotinsky, one of the founding fathers of Zionism and Israel and the ideological North Star of the Israeli right, wrote of the need for shared governance and Arab participation, even mentioning the idea of Arabs serving as vice premier of the state when a Jew was prime minister.

This is cited by those who oppose Netanyahu as a justification for a government with Ra’am or the Joint List.

Still, his idea presupposed the achievement of the “Iron Wall” Jabotinsky had written of in his 1923 essay on the subject of securing Arab acquiescence to a Jewish state. Only when the Arab and Muslim world was ready to realize that the Jewish state that would become Israel (after his death in 1940) could not be defeated and was a permanent fact accepted by the Arabs could such a scheme work. The tragedy of Oct. 7—and the subsequent surge of antisemitism across the globe driven by anti-Zionist agitation and blood libels—demonstrates that the world is a long way away from a theoretical era of peace when Jabotinsky’s liberal vision could conceivably be accomplished.

From this perspective, the belief that Israel needs a government that secured its votes only from the Zionist parties that share a national consensus against repeating the mistakes of Oslo and the 2005 withdrawal from Gaza seems not merely reasonable but an imperative. To smear it as being racist is deeply wrong.

An Israeli government beholden to parties that oppose Israel and sympathize with its enemies is entirely possible and would be legal if attempted. Many of Israel’s past governing coalitions were formed because politicians broke promises to the Israeli people.

Yet the next government of Israel will have the responsibility to ensure that the victories achieved after Oct. 7 via the heroism of its soldiers, the support of its citizenry and the courage of its leader are not thrown away. A Zionist government for Israel is essential in wartime.

Regardless of whether voters favor Netanyahu’s continuance in office—or think that his ouster and giving Eisenkot a chance to lead Israel is the change their country needs—opposition to a minority government that relies on Arab nationalists, communists and Islamists is a rational course of action, not bigotry. Israelis and Americans who support the Jewish state should not be shamed or intimidated into failing to point this out.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com