Archives

Israeli Ambassador: I Will Personally Deliver Falafel to Cincinnati Bengals If They Win Super Bowl

Israeli Ambassador: I Will Personally Deliver Falafel to Cincinnati Bengals If They Win Super Bowl

Shiryn Ghermezian


Yakov Hammer (top left, center) Israeli Ambassador Asaf Zamir and Bengals long snapper Clark Harris during a recent Zoom call. Photo: Consulate General of Israel in New York.

Israel’s consul general in New York pledged to personally deliver falafel to the Cincinnati Bengals if the NFL team wins Super Bowl LVI on Sunday against the Los Angeles Rams.

Asaf Zamir also invited the team’s long snapper, Clark Harris, to visit Israel after hearing of his act of kindness to 27-year-old Yakov Hammer, an Israeli fan who lives in Netanya.

“We saw this story and were so happy about the amazing gesture Clark and [his wife] Jessica extended to Yakov,” the ambassador said during a Zoom call with Harris and Hammer on Monday. “So I want to formally and cordially invite Clark and Jessica to Israel as guests of the State of Israel, to see our wonderful country and I hope you love it as much as Yakov loves the Bengals.”

Zamir — who is also the consul general of Israel in Ohio, Pennsylvania, New Jersey, and Delaware — added, “Since we represent Ohio as part of the consulate territory, we have a very strong vested interest for the Bengals to win. So if the Bengals end up winning the Super Bowl, I’m going to get in my car and drive over to Cincinnati with falafel for all the team. It’s gonna be the best falafel you’ve ever had.”

On Jan. 20, ABC 6 News in Columbus, Ohio, drew attention during their broadcast to three “die-heart” Bengals fans from around the world, including Hammer. He fell in love with the team after living in Ohio for a year and has not missed watching a single Bengals game live since 2015, even while serving in the Israel Defense Forces.

Hammer’s devotion to the team caught Harris’ attention and resulted in the 15-year NFL veteran giving the Israeli physics and engineering student two free tickets to the AFC Championship game on Jan. 30 in Kansas City, Ohio, as reported by the local station WLWT News 5. Hammer and his friend then flew from Tel Aviv to Kansas City and watched the Bengals make a 27-24 overtime victory, which qualified them for Super Bowl LVI.

During the Zoom call, Hammer thanked Harris for giving him tickets to the game.

“I can’t even express in words how grateful I am for what you guys did,” he said. “It’s always been my dream to go to a Bengals game … and to see [the Bengals] win at such an amazing moment. I had no doubt that you guys were going to win that game, and I knew it would be worth making that long trip. And it was a hell of a game.”

Harris, in turn, expressed gratitude at being invited to visit Israel, saying on the Zoom call, “This is awesome. I give out tickets every week and I never expect anything in return. But something like this — it’s incredible. I never knew my wife wanted to go to Israel, and once this happened I found out this is a lifelong dream of hers. So I started doing a little bit of research and getting excited myself.”

His wife added, “I’m just really grateful and excited, and it’s been really cool to see how this story has been unfolding.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


75 lat temu komuniści sfałszowali wybory. Dlaczego ludzie przyczepiali sobie trójkę do ubrań?

75 lat temu komuniści sfałszowali wybory. Dlaczego ludzie przyczepiali sobie trójkę do ubrań?

Adam Leszczyński


Jawne głosowanie we wsi Bąków koło Łowicza. Wyborcy przychodzili do lokali z przyczepionymi numerami (Fot. Stanisław Urbanowicz / PAP)
.

Żeby w wyborach do Sejmu z 19 stycznia 1947 r. pokonać cieszące się większym poparciem Polskie Stronnictwo Ludowe, komuniści zastosowali wszelkie możliwe środki: terror, propagandę i oszustwa na masową skalę. Rozmowa z prof. Andrzejem Paczkowskim.
.

Według oficjalnych wyników wybory do Sejmu przeprowadzone 19 stycznia 1947 r. wygrał z ponad 80-procentowym poparciem (dało to 394 miejsca w 444-osobowym Sejmie) Blok Demokratyczny, który tworzyła komunistyczna Polska Partia Robotnicza (PPR) oraz satelickie – Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Stronnictwo Ludowe (SL) i Stronnictwo Demokratyczne (SD).

Jedyne ugrupowanie opozycyjne i prawdopodobny faktyczny zwycięzca – Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL) Stanisława Mikołajczyka – wywalczył jedynie 28 miejsc (10,3 proc. poparcia). Wybory do Sejmu okazały się jednym z najważniejszych kroków do zaprowadzenia w Polsce brutalnej dyktatury na wzór stalinowski.

Adam Leszczyński: Dlaczego komuniści sfałszowali wybory do Sejmu w 1947 r.?

Prof. Andrzej Paczkowski*: Musieli, bo obawiali się – słusznie – że je przegrają. Nie ma oczywiście sondaży z tamtych czasów, ale opierając się na wynikach Referendum Ludowego z 30 czerwca 1946 r. [patrz ramka pod tekstem], można stwierdzić, że komuniści byli w mniejszości. Z wyborów z 1947 r. nie mamy tego rodzaju danych, a poza wynikami ogłoszonymi oficjalnie znamy jedynie obliczenia mężów zaufania z PSL, którzy byli jednak tylko w blisko 20 proc. obwodów (1,3 tys. na 6 tys.), i to takich, w których ludowcy byli silni. Wynikało z nich, że ich lista uzyskała średnio 69 proc. głosów. Władze zdawały sobie z tego sprawę, jednak nie było im na rękę całkowite zlikwidowanie PSL przed wyborami, wystarczało dać mu tak mało głosów, by nie odegrało żadnej roli w Sejmie.

Po co tyle zachodu? Nie można było po prostu nie przeprowadzać wyborów?

– Mocarstwa zobowiązały w Jałcie Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej do przeprowadzenia demokratycznych wyborów „tak szybko, jak to będzie możliwe”. W innych krajach, które były w podobnej sytuacji, wybory odbyły się nawet wcześniej: na Węgrzech w listopadzie 1945 r., w Czechosłowacji i w Bułgarii w 1946 r., w Jugosławii pod koniec 1945 r., tyle że tam już pod dyktando komunistów Josipa Broza-Tity, dzięki czemu uzyskano wyniki charakterystyczne dla państw dyktatorskich – frekwencja 94 proc., na jedną listę 96 proc. głosów.

Referendum 1946Referendum 1946 Archiwum Narodowe w Krakowie

Referendum Ludowe było uważane za wybieg w celu odłożenia wyborów. Komuniści potraktowali je też jako próbę rozeznania terenu, ustalenia stopnia poparcia dla władzy i regionów, w których Blok Demokratyczny ma większe wpływy. Okazało się np., że na terenach poniemieckich referendum wypadło dla władzy lepiej niż na ziemiach dawnych.

Zrozumiałe: ludzie bali się powrotu Niemców, więc głosowali, jak chciała władza.

– Nie tylko z tego powodu. Społeczeństwo było tam zatomizowane, zróżnicowane pod względem pochodzenia geograficznego, jeszcze nieokrzepłe. Znając już wyniki referendum, podzielono Polskę na obszary: „silnie zagrożone”, „średnio zagrożone”, „słabo zagrożone” oraz „spokojne”, i w zależności od tego stosowano odmienne środki. Kampania wyborcza zaczęła się de facto już latem 1946 r., ale rozpętała się w listopadzie. Wysłano w teren grupy ochronno-propagandowe, w których uczestniczyło około 160 tys. osób, blisko połowę stanowili żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego, które cieszyło się autorytetem. Grupy te organizowały wiece, spotkania, rozlepiały plakaty, starały się np. doprowadzić do „samorozwiązywania się” kół PSL, no i zdobywały informacje o tym, co się dzieje w terenie.

Działaczy PSL nawet mordowano.

– Skrytobójczo, w niektórych powiatach działały „szwadrony śmierci”. Zastraszano w ten sposób nie tylko działaczy PSL, ale też inne grupy społeczne. Ponadto wsadzano masowo do więzień.

Przed samymi wyborami nastąpiła fala prewencyjnych aresztów – na kilka czy kilkanaście dni zamknięto zapewne kilkadziesiąt tysięcy aktywistów lokalnych, ale też 149 kandydatów z list PSL.

Władze zastosowały również serię prawnych wybiegów. Przepisy np. dawały podstawę do odbierania prawa głosu podejrzanym o kolaborację z Niemcami czy „niegodne zachowanie” w czasie okupacji. Przy odrobinie wysiłku prawie każdego można było o to oskarżyć, a jeśli zarzut się nie potwierdził, i tak było już po wyborach.

Ilu wyborców pozbawiono prawa głosu?

– Ponad 409 tys., z różnych powodów, nieliczni zapewne rzeczywiście kolaborowali. Wiele osób dopiero przy urnie się dowiadywało, że są skreślone z listy wyborczej. W 10 z 52 okręgów unieważniono listy PSL pod różnymi pretekstami – np. dlatego, że kiedy je zgłaszano, podpisane zostały przez osoby, które utraciły prawo głosu. Oznaczało to, że około 5 mln Polaków nie mogło głosować na PSL, bo w ich komisjach nie było listy tej partii. Stosowano też techniczne kruczki, żeby utrudnić głosowanie na ludowców, np. lista Bloku Demokratycznego miała w całej Polsce numer 3, natomiast PSL w okręgach dostawało różne numery, żeby utrudnić scentralizowany kolportaż materiałów wyborczych i mieszać ludziom w głowach. „Gazeta Ludowa” – dziennik PSL – drukowała te numery, ale i tak zamieszanie było ogromne. Kampania propagandowa miała bezprecedensową skalę, a jej głównym wykonawcą były Ministerstwo Informacji i Propagandy oraz Główny Zarząd Polityczny WP.

Władze dążyły do tego, aby głosowano jawnie i zbiorowo: człowiek wchodził do komisji, pokazywał trójkę, wkładał do koperty i dawał przewodniczącemu komisji, a on wrzucał do urny.

W niektórych lokalach stały dwie kolejki – ta dla głosujących jawnie i zbiorowo posuwała się szybko, w drugiej, dla głosujących niejawnie, stało się dwie-trzy godziny.

Przygotowano też matematyczną instrukcję, jak fałszować wyniki. Być może była dla większości wykonawców trudna, ale jakoś dali sobie radę.

Styczeń 1947 r. Ulicą Piotrkowską w Łodzi jadą samochody agitujące za głosowaniem na Blok Demokratyczny, lewicową koalicję kontrolowaną przez komunistówStyczeń 1947 r. Ulicą Piotrkowską w Łodzi jadą samochody agitujące za głosowaniem na Blok Demokratyczny, lewicową koalicję kontrolowaną przez komunistów FOT. KAROL SZCZECINSKI

Związek Radziecki przysłał swoich fachowców?

– Przyjechała ekipa płk. Arona Pałkina z NKWD, który zarządzał też fałszowaniem referendum, ale chyba nie miała wiele do roboty. Zjawiła się na wszelki wypadek. Liczyli i fałszowali lokalsi.

W tej rozległej i sprawnie przeprowadzonej operacji zdarzały się jednak komplikacje. Np. gdy w Lublinie Mikołajczyk – w ramach czasu wyborczego – przemawiał przez radio i wyłączono uliczne głośniki, doszło do zamieszek. Po raz pierwszy użyto armatek wodnych (a raczej sikawek strażackich), kilkanaście osób – głównie licealistów – wywieziono za miasto i rzucono w śnieg.

Komuniści zdawali sobie sprawę, jak są niepopularni?

– W referendum ponieśli porażkę, choć dysponowali wszystkimi instrumentami propagandowymi i mogli wywierać nacisk poprzez organizacje społeczne, których już sporo kontrolowali (np. związki zawodowe). W rozmowie ze Stalinem premier Edward Osóbka-Morawski mówił, że sama kampania – nawet ostra – nie wystarczy i konieczne będzie fałszowanie.

Postarano się o właściwy skład komisji wyborczych.

Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego zwerbowały 23 tys. członków komisji obwodowych (48 proc.), ale np. w województwie szczecińskim – ponad 80 proc.

Zwerbowano też 1,1 tys. wójtów, 6 tys. sołtysów, a nawet 347 duchownych katolickich. Także kandydatów na posłów, którzy musieli złożyć – przechowywane w MBP – oświadczenia o rezygnacji z mandatu poselskiego. Stosowano najróżniejsze metody – od brutalnego zastraszania do łagodnego wymuszania. Po wsiach chodziły trójki Bloku, które nieraz przy udziale księdza czy sołtysa naciskały, aby ludzie jechali jawnie głosować na listę nr 3. Podobnie w miastach, gdzie działały komitety obywatelskie, np. w kamienicy czy na ulicy.

Blok Demokratyczny zdominowali komuniści z PPR?

– Byli największą siłą i kontrolowali pozostałe partie. Niektóre, jak SD czy SL, bardziej, a inne, jak PPS, mniej. Chociaż w tym czasie i tę partię zaczynali opanowywać, m.in. przez podstawionych działaczy jak Tadeusz Ćwik, komunista oddelegowany po wojnie do PPS, oraz konformistycznie nastawionych działaczy takich jak Józef Cyrankiewicz.

Natomiast w PSL po referendum zorganizowano przy pomocy UB secesję, a nowo powstała partia – PSL „Nowe Wyzwolenie” – zgłosiła listę i weszła do Sejmu. Pieniądze na kampanię dostawała z potężnego (ponad 600 mln zł) funduszu dyspozycyjnego premiera Osóbki, z którego korzystały też inne partie Bloku, ale nie PSL, choć Mikołajczyk był wciąż jeszcze wicepremierem.

Na co właściwie liczył Mikołajczyk?

– Nie wiem, czy zimą 1947 r. na coś jeszcze liczył poza tym, że przegra z honorem. Przylatując do Polski, zakładał, że poprą go alianci zachodni, że wybory będą demokratyczne, że będzie miał możliwości działania. Ponieważ już w 1945 r. PSL zmonopolizowało legalną opozycję – bo Stronnictwo Pracy zostało unieruchomione przez część prorządowych działaczy – Mikołajczyk liczył na to, że zdobędzie większość, a przynajmniej bardzo dużo głosów.

Wybory 1947Wybory 1947 Archiwum Narodowe w Krakowie

Antykomunistyczne organizacje partyzanckie bojkotowały wybory?

– W większości tak. To był już okres, gdy nie było jednolitych, scentralizowanych struktur, oddziały działały na własną rękę. „Wyklęci” słusznie uważali, że wybory będą sfałszowane. Natomiast podziemie polityczne zajęło stanowisko neutralne lub popierało Mikołajczyka. Np. Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” uznało, że wybory są elementem walki politycznej, którą należy prowadzić. Wprawdzie wymuszenie uznania sfałszowanych wyników referendum rozwiało nadzieje wielu, że taka walka ma sens, a PSL przeżywało kryzys, ale trudno było nagle wycofać się czy skapitulować.

A co myślała o wyborach emigracja?

– Przede wszystkim nie nawoływała do zbrojnego oporu. Dowództwo Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie uważało, że konspiracja powinna mieć charakter polityczny i wywiadowczy, a nie zbrojny. Oddziaływanie emigracji na społeczeństwo było jednak ograniczone przez brak odpowiednich środków komunikacji. Warto pamiętać, że w rzeczywistości wielu przyjmowało do wiadomości, że Polska znalazła się w bloku sowieckim: w latach 1946-47 ponad 100 tys. żołnierzy PSZ wróciło do kraju, wiedząc z grubsza, co się w nim dzieje. Decyzje niektórych do dziś zastanawiają, np. gen. Stanisława Tatara, w czasie wojny wysokiego oficera sztabu Komendy Głównej Armii Krajowej, a potem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Początkowo był on promikołajczykowski, ale po 1947 r. oddał złoto Funduszu Obrony Narodowej władzom w Warszawie, przyjechał do Polski i dostał order od Bolesława Bieruta. W 1949 r., kiedy już stalinizm zaczął się na dobre, komuniści wsadzili go jednak do więzienia.

Naprawdę wierzył, że się z nimi dogada?

– Miał wynegocjowane jakieś stanowisko, chciał założyć fundację im. gen. Stefana Grota-Roweckiego, dom opieki nad sierotami po akowcach. Wyobrażał sobie, że tak będzie funkcjonował.

Styczeń 1947 r., apogeum kampanii wyborczej w Łodzi. Na samochodach jadących Piotrkowską można było przeczytać, że 'każdy uczciwy obywatel' głosuje tylko na listę nr 3, czyli kontrolowany przez komunistów Blok DemokratycznyStyczeń 1947 r., apogeum kampanii wyborczej w Łodzi. Na samochodach jadących Piotrkowską można było przeczytać, że ‘każdy uczciwy obywatel’ głosuje tylko na listę nr 3, czyli kontrolowany przez komunistów Blok Demokratyczny Fot. Stanisław Urbanowicz / PAP

Fala powrotów skończyła się w 1948 r. Wrócili przede wszystkim zwykli żołnierze, a emigracyjne elity zostały na Zachodzie. Na emigracji większość środowisk sprzeciwiała się udziałowi w wyborach. Przecież napiętnowano samą decyzję Mikołajczyka o powrocie do kraju i wejściu do rządu: „Mikołaj Mikołajewicz Mikołajczyk”, „kawaler jałtański” – takie epitety krążyły.

Jak wyglądała kampania komunistów?

– Mieli ułatwione zadanie, bo „Gazeta Ludowa”, organ PSL, nie dość, że była cenzurowana, to jeszcze ograniczono jej przydział papieru. Dochodziło też do ataków na lokale PSL. Wykorzystywano przemówienie amerykańskiego sekretarza stanu Jamesa Francisa Byrnesa z września 1946 r., które zostało zinterpretowane w taki sposób, że Stany Zjednoczone nie godzą się na polskie granice zachodnie, i bojówki PPR zdemolowały siedzibę władz PSL.

Ale Blok miał też kampanię pozytywną?

– Komuniści przekonywali, że odbudowują kraj, przeprowadzili reformę rolną, nacjonalizację przemysłu, zagospodarowują Ziemie Odzyskane. PSL miało trochę inne poglądy na te reformy, uważało, że trzeba tworzyć większe gospodarstwa, a nie dwu-trzyhektarowe, sprzeciwiało się własności państwowej w rolnictwie, ale generalny kierunek reform akceptowało. Większość z nich znalazła się zresztą także w programie Polskiego Państwa Podziemnego z 1943 r.

A jak zachowywał się Kościół?

– We wrześniu 1946 r. Konferencja Episkopatu przyjęła orędzie wzywające do udziału w wyborach i głosowania na osoby i listy, które „nie sprzeciwiają się katolickiej nauce”, ale prymas August Hlond nie zgodził się na stworzenie stronnictwa katolickiego.

W czasie wyborów księża zachowywali się raczej pasywnie.

Później Kościół zgłosił postulaty konstytucyjne, ale już po wyborach, i komuniści mogli je całkowicie zlekceważyć.

Odezwa Bloku Demokratycznego 'Do Narodu Polskiego'Odezwa Bloku Demokratycznego ‘Do Narodu Polskiego’ Fot. Laski Diffusion

Trzeba pamiętać, że w styczniu 1947 r. wybierano Sejm Ustawodawczy, który miał uchwalić konstytucję, co zajęło mu aż pięć lat, i Polska była jednym z ostatnich państw bloku, które ją uchwaliło. Byliśmy w stosunku do innych spóźnieni, nawet zjednoczenie ruchu robotniczego, czyli wchłonięcie partii socjalistycznych przez komunistyczne, w Polsce odbyło się jako ostatnie – dopiero w grudniu 1948 r.

Może u nas było po prostu najtrudniej.

– Zapewne. To był jednak duży kraj, jednolity etnicznie i wyznaniowo. Na Węgrzech katolicy i kalwini, w Czechosłowacji – Słowacy i Czesi. A u nas po Holocauście i wyrzuceniu Niemców prawie sami Polacy, 24 mln, największy kraj w regionie, kluczowy strategicznie – „drzwi do Niemiec”. W dodatku jego mieszkańcy mieli rozbudzone poczucie osobności i wyjątkowości – Grunwald, Cecora, Wiedeń, chwała oręża, powstania narodowe… Dlatego komuniści tak chętnie wykorzystywali wojsko.

Po ogłoszeniu wyników PSL wiedziało, że to koniec?

– Ludowcy składali protesty, ale je odrzucono. Mocarstwa zachodnie wyraziły dezaprobatę, obaj anglosascy ambasadorzy zbojkotowali inaugurację Sejmu, ale instrumentów skutecznego protestu nie miano. Sankcje nie były jeszcze w modzie.

Jedynie amerykański ambasador Bliss Lane zachował się honorowo: złożył dymisję, uznawszy, że brał udział w oszukiwaniu Polaków, podtrzymując przekonanie, że Ameryka im pomoże.

PSL próbowało działać w Sejmie, miało kilka dobrych przemówień. Stefan Korboński, ostatni delegat rządu na kraj, poseł PSL, proponował, żeby rozwiązać partię, bo uważał, że jej dni są policzone, a bezpieczeństwo działaczy zagrożone. Nadchodziły mocne sygnały: w sierpniu w Bułgarii został aresztowany i prawie natychmiast powieszony lider ludowców Nikoła Petkow, w Rumunii dożywocie dostał przywódca partii chłopskiej Iuliu Maniu. Ich partie zostały rozwiązane albo zglajchszaltowane. Zaczęła rządzić brutalna siła. Stawało się oczywiste, że także w Polsce nastąpi rozprawa z opozycją, PSL weszło właściwie w fazę samolikwidacji, rozwiązywały się całe koła, działacze przenosili się do SL.

20 października 1947 r. Brytyjczycy wywieźli Mikołajczyka z Warszawy. Władze wiedziały o tej akcji?

– Nie ma na to dowodów, ale krążyły takie pogłoski – według mnie świadomie rozpuszczane przez UB. Bo jeśli bezpieka chciała uchodzić za wszechmocną i wszechpotężną, to nie miała prawa o tym nie wiedzieć. Mikołajczyk czuł się zagrożony, a Winston Churchill w 1945 r., przed jego powrotem do Polski, obiecał, że będzie go chronił.

Nie wykluczam, że bezpieka mogła coś wiedzieć o przygotowaniach, ale prawdopodobieństwo jest niewielkie. Komuniści mogli też dojść do wniosku, że wyjazd Mikołajczyka opłaca się bardziej niż robienie mu pokazowego procesu, kreowanie na heroiczną ofiarę. Ale przecież w Bułgarii czy Rumunii tracono przywódców opozycji i mało kto się za nimi ujął.


*Prof. Andrzej Paczkowski – historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, były członek Rady IPN, autor m.in.: „Pół wieku dziejów Polski 1939-1989″ (1998), „Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty (zarys biografii politycznej)” (1991), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999)

***

REFERENDUM LUDOWE

W Referendum Ludowym przeprowadzonym 30 czerwca 1946 r. obywatele odpowiadali na trzy pytania: 1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu? 2. Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej? 3. Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic Polski na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?

Według oficjalnych wyników zdecydowana większość obywateli na wszystkie pytania odpowiedziała „tak” (do czego nawoływał Blok Demokratyczny). Jednak według ustaleń dokonanych na podstawie dokumentacji z tzw. archiwum Bieruta większość głosujących na dwa pierwsze pytania odpowiedziała „nie” – odpowiednio 71,3 i 58 proc. Jedynie w przypadku trzeciego 66,9 proc. głosowało na „tak”.


Wywiad opublikowany 16 stycznia 2017 r.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Portugal Opens Inquiry Into Roman Abramovich’s Citizenship

Portugal Opens Inquiry Into Roman Abramovich’s Citizenship

Reuters and Algemeiner Staff


Soccer Football – Champions League Final – Manchester City v Chelsea – Estadio do Dragao, Porto, Portugal – May 29, 2021 Chelsea manager Thomas Tuchel celebrates with owner Roman Abramovich after winning the Champions League Pool via REUTERS/Michael Steele

The Portuguese authority responsible for nationality matters has opened an internal inquiry into the granting of citizenship to billionaire Chelsea Football Club owner Roman Abramovich, the government said on Thursday.

Russian-born businessman Abramovich was granted Portuguese citizenship in April 2021 based on a law offering naturalization to descendants of Sephardic Jews who were expelled from the Iberian peninsula during the medieval Inquisition.

There is little known history of Sephardic Jews in Russia, although Abramovich is a common surname of Ashkenazi Jewish origin.

The inquiry by the Institute of Registries and Notary (IRN), which provides nationality and passport services, comes amid criticism from some activists, commentators and politicians who say the law must be reviewed as they believe it is being used by oligarchs to get a foothold in the EU.

“Everything indicates that behind a well-intentioned law a passport mafia has been set up,” Joao Batalha, anti-corruption activist and founder of the Portuguese branch of Transparency Internacional, wrote on Twitter.

The justice ministry said the inquiry — first reported by radio station Renascença and later confirmed by Reuters — was a standard process.

“It is a normal procedure adopted whenever there are situations or news that refer to any possible irregularity in the procedure carried out,” it said in a statement sent to Reuters.

“The IRN only intends to establish, without any room for doubt, whether … there was any kind of irregularity,” it added.

A spokeswoman for Abramovich said he and his staff “welcome any review as it will only demonstrate the citizenship was obtained in accordance with the rules.”

Thousands of Israeli Jews have been granted Portuguese citizenship since the law was passed in 2015. The number of such applications has risen in Portugal since a similar citizenship offer to Sephardic Jews by Spain ended in 2019.

Applicants’ genealogies are vetted by experts at one of Portugal’s Jewish centers, Lisbon or Porto. The Porto centre was responsible for Abramovich’s process.

Abramovich, who made his fortune in Russia’s oil industry, has donated money to projects honouring the legacy of Portuguese Sephardic Jews in the German city of Hamburg, according to the Jewish Community of Porto’s information portal Mazal.

In a blog post, the Porto centre said Abramovich’s process had the stamp of approval from some of the “most prestigious international Jewish institutions.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Co wiemy o wariancie koronawirusa omikron z Afryki? 5 pytań

Co wiemy o wariancie koronawirusa omikron z Afryki? 5 pytań

Piotr Cieśliński


Pacjenci chorzy na COVID-19 w szpitalu w Pretorii w RPA. (Fot. Jerome Delay / AP Photo)

Coraz więcej krajów wstrzymuje loty z południa Afryki, gdzie pojawił się i rozprzestrzenia nowy, groźny wariant koronawirusa SARS-CoV-2. Ale wiadomo, że zarazek wydostał się z Afryki i jest już m.in. w Europie. Światowa Organizacja Zdrowia oznaczyła go grecką literą omikron i wpisała na listę wariantów niepokojących, gdzie dołączył do wariantów alfa, beta, gamma i delta.

1. Gdzie i kiedy wykryto omikron?

Pierwsza potwierdzona infekcja wariantem omikron została wykryta w wymazie pobranym 9 listopada 2021 r. w południowej Afryce. Nowy wariant został zgłoszony do WHO 24 listopada. Dotychczas wykryto go w Republice Południowej Afryki (w bardzo wielu próbkach, co oznacza, że już jest rozpowszechniony w tym kraju), Botswanie (u czterech osób, które testowały się przed planowaną podróżą), Hongkongu (u podróżnego z RPA), w Izraelu (u osoby, która przyleciała z Malawi) i w Belgii (u osoby wracającej z Egiptu).

2. Dlaczego omikron niepokoi naukowców?

Ma niespotykaną wcześniej liczbę mutacji – zwłaszcza w kluczowym fragmencie genomu, który koduje białko szczytowe. Z tego białka zbudowane są charakterystyczne “kolce” na powierzchni koronawirusa. Za jego pomocą koronawirus przyczepia się i wnika do komórek gospodarza.

Wariant omikron (wcześniej oznaczany B.1.1.529) ma w tym białku aż 32 mutacje, które odróżniają go od oryginalnego wirusa z Wuhanu. W tym aż 10 z tych mutacji skupione są w domenie RBD, kluczowym obszarze białka szczytowego, który wiąże się z receptorem ACE2 na powierzchni komórek. Da porównania: wariant beta ma trzy, a wariant delta – dwie mutacje w tym regionie.

Trzy z tych mutacji są w obrębie tzw. miejsca S1/S2 białka szczytowego, które musi być rozcięte przez enzym furynę, aby wirus mógł wniknąć do komórki. Cięcie to jest kluczowe dla zainfekowania komórki, a mutacje – czego obawiają się badacze – mogą uczynić ten proces bardziej efektywnym.

Na poniższym rysunku przedstawione są wszystkie wykryte mutacje wariantu B1.1.529 koronawirusa we fragmencie kodującym białko szczytowe (barwa zielona) oraz domenę RBD (czerwona): **************************************

Mutacje wariantu koronawirusa B1.1.529 we fragmencie kodującym białko szczytoweMutacje wariantu koronawirusa B1.1.529 we fragmencie kodującym białko szczytowe RPA/Centre for Epidemic Response & innovation

Wszystkie wykryte mutacje mogą z jednej strony zwiększać zakaźność koronawirusa (ułatwiać mu wnikanie do komórek gospodarza), z drugiej – mogą osłabiać poszczepienną ochronę (potwierdzeniem tego może być to, że omikronem zakażali się także zaszczepieni).

Z tego powodu Światowa Organizacja Zdrowia wpisała  B1.1.529 na listę wariantów niepokojących.

3. Czy wariant omikron jest bardziej zakaźny od delty?

Nie mamy jeszcze pewności, ale w ostatnich dniach stanowi zdecydowaną większość identyfikowanych (sekwencjonowanych) zakażeń w RPA. Naukowcy sądzą, że to ten wariant stoi za skokiem zakażeń, jaki nastąpił w ostatnich dwóch tygodniach w prowincji Gauteng, najbardziej uprzemysłowionym regionie kraju. Wcześniej dominował tam wariant delta, jak na całym świecie. Omikron go teraz wypiera, co może oznaczać, że jest bardziej zakaźny.

Nie ma w tej chwili jednak jeszcze żadnych badań, które by szacowały jego zakaźność albo zjadliwość (niewykluczone bowiem, że niektóre z jego mutacji zaostrzają przebieg choroby).

Poniższy wykres pokazuje, które warianty dominowały w kolejnych falach zakażeń w RPA.W ostatnich dniach wariant omikron (B.1.1.529) zaczyna zastępować wariant delta, co oznacza, że rozchodzi się znacznie szybciej:

Kolejne fale zakażeń w RPA i wywołujące je warianty koronawirusaKolejne fale zakażeń w RPA i wywołujące je warianty koronawirusa Centre for Epidemic Response & innovation/RPA

4. Czy obecne szczepionki skutecznie chronią przed wariantem omikron?

Nie mamy takiej pewności. Południowoafrykańscy naukowcy mówią, że niektóre mutacje wariantu omikron upodabniają go do wariantów lambda i beta, które nieco obniżają efektywność szczepionek.

Najbardziej skuteczne obecnie szczepionki mRNA działają w ten sposób, że skłaniają komórki organizmu do produkcji białka szczytowego, dzięki czemu przygotowują układ odpornościowy do odparcia prawdziwego ataku. Nasz organizm uczy się bowiem wytwarzać przeciwciała, które “przylepiają się” do kluczowych miejsc białka szczytowego i w ten sposób blokują lub utrudniają działanie wirusa.

Jeśli jednak białko szczytowe nowego wariantu zbyt mocno się różni od tego, które zostało zakodowane w mRNA szczepionki, to układ odpornościowy może mieć kłopot z rozpoznaniem zarazka, a przeciwciała – z jego neutralizacją. Z podobnych powodów omikron może także ponownie zakażać tych, którzy już przechorowali COVID-19 i nabyli odporność w naturalny sposób.

“Wstępne dowody sugerują zwiększone ryzyko reinfekcji tym wariantem w porównaniu z innymi niepokojącymi wariantami” – stwierdza WHO w swoim piątkowym komunikacie.

Dr David Nabarro z WHO mówił w BBC, że szybko się nie dowiemy, czy nowy wariant także “ucieka” szczepionkom. – To może nam zająć tygodnie – mówił.

5. Skąd się wzięło tak dużo mutacji w tym wariancie?

Nigdy się pewnie tego nie dowiemy. Jedno jest pewne: koronawirusy mutują za każdym razem, gdy się namnażają w komórkach. To przypadkowe zmiany, wynikające z błędów w replikacji. Większość z tych mutacji nie daje zarazkowi żadnej korzyści, ale im dłużej wirus się namnaża, tym większa szansa, że jedna z kolejnych mutacji da mu jakąś przewagę. Dlatego im dłużej trwa pandemia i zarazek rozchodzi się po świecie, tym większe ryzyko pojawienia się groźnych wariantów.

W dodatku w wielu krajach kuleje akcja szczepień, która mogłaby postawić tamę pandemii. W RPA w pełni zaszczepione jest ledwie 24 proc. populacji.

Nowy wariant jest o tyle wyjątkowy, że liczbą i gęstością mutacji znacznie odbiega od poprzedników. “To duży skok w ewolucji SARS-CoV-2” – twierdzą badacze. Jedna z hipotez mówi, że taka przyspieszona ewolucja mogła nastąpić w organizmie jednego z pacjentów o osłabionej odporności, np. chorującego na HIV, których na południu Afryki jest wyjątkowo dużo. W takim organizmie wirus mógł się namnażać i zmieniać wyjątkowo długo bez przeszkód ze strony układu odpornościowego.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Mam 99 lat i muszę opowiedzieć, jak ja, żydowska dziewczyna, weszłam do hitlerowskiej kwatery głównej w Paryżu

Mam 99 lat i muszę opowiedzieć, jak ja, żydowska dziewczyna, weszłam do hitlerowskiej kwatery głównej w Paryżu

Ewa Winnicka


Fot. Archiwum prywatne / Selma van de Perre wkrótce po przybyciu do Londynu, 1945 r.

Podróżowałam po całej okupowanej Holandii rozwożąc podziemne gazety, pieniądze, fałszywe dokumenty plany przerzutu ludzi. Najbardziej bałam się zasnąć.

Z SELMĄ VAN DE PERRE, HOLENDERSKĄ DZIENNIKARKĄ ŻYDOWSKIEGO POCHODZENIA, ROZMAWIA EWA WINNICKA

Pani ojciec sam zgłosił się na wyjazd do – jak mu powiedziano – obozu pracy…

– Niemcy przekonywali, że jeśli głowa rodziny się zgłosi, żona i dzieci nie zostaną wywiezione. Ale zamiast do obozu pracy ojciec trafił do obozu przejściowego i do Auschwitz. Mama i siostra ukrywały się u holenderskiej rodziny, ale wydał je mąż gospodyni. Deportowano je do obozu przejściowego, a potem do Sobiboru i natychmiast zgładzono…

Kiedy kończy się żałoba po rodzinie, która zginęła w taki sposób?

– Nigdy. Moja żałoba się nie skończyła. Mam 99 lat i odkąd poznałam prawdę o losie ojca, mamy, młodszej siostry, kuzynostwa i dalszej rodziny, każdego dnia, gdy się budzę i kiedy idę spać, myślę o nich, o ostatnich godzinach ich życia, i o tym, czy mogli się uratować. Całe dekady zmagałam się z bezsennością. Zaraz po wojnie było najgorzej, miałam problemy z żołądkiem, zaczynałam płakać nagle, w środku dnia, w środku rozmowy….

Czy leczyło się wtedy taką traumę u lekarzy?

– W 1945 roku mieszkałam już w Londynie, zaczęłam pracę w BBC, w Bush House w centrum miasta. Zajmowałam się transkrypcją i tłumaczeniem wiadomości w holenderskiej sekcji tego radia. Zapisałam się do London School of Economics, kilka kroków od redakcji. Koleżanka ze studiów, Angielka, zobaczyła, co się ze mną dzieje, i powiedziała, że powinnam pójść do lekarza, który był związany z uczelnią. Umówiłam się z nim i to była porażka.

Dlaczego?

– Opowiedziałam mu moją historię. Że całe lata żyłam z cudzą tożsamością, że straciłam rodzinę w obozie zagłady. A on zaczął dopytywać o rodzaj mojej relacji z ojcem, czy była szczególna.

Nie wiedziałam, o co mu chodzi, dopóki ktoś mi nie powiedział, że jest zafascynowany Freudem. Po sześciu spotkaniach dałam sobie spokój.

Rozmowy ze starszym z moich braci też nie pomogły mi. Przeżył wojnę w Wielkiej Brytanii, w holenderskim wojsku, które było częścią armii brytyjskiej. Tłumaczył, że nasza sytuacja nie jest szczególna. Ludzie tracą rodziców, mówił, tak się dzieje.

Wtedy krzyczałam: tracą, ale nie w tak bestialski sposób! Ale potem zrozumiałam, że mężczyźni nie mogli sobie pozwolić na słabość i okazywanie uczuć. Tak byli wychowani, tego nauczyła ich wojna.

Myślę, że uratowała mnie praca i małżeństwo. Wyszłam za mąż w 1947 roku, za Holendra mieszkającego w Anglii. Mąż też był dziennikarzem, a przy tym oazą spokoju i cierpliwości.

Do Londynu wyemigrowało wielu ocalonych z Zagłady. Nie szukała pani grupy wsparcia?

– Mieszkałam w zachodnim Londynie, dojeżdżałam do centrum do pracy. Żydowska społeczność osiedliła się przede wszystkim w północnej części miasta, daleko. Wokół mnie nie było nikogo z podobnym doświadczeniem. Albo nikt o tym nie rozmawiał.

Jak wyglądało życie pani rodziny w Amsterdamie przed 1939 rokiem?

– Byliśmy kochającą się mieszczańską rodziną. Tata był aktorem, prezenterem i śpiewakiem, występował w rewiach. Mama zajmowała się domem. Mieliśmy kłopoty, jak wszyscy. Były momenty, kiedy brakowało nam pieniędzy, ale byliśmy ze sobą związani, moi rodzice byli szanowanymi i lubianymi ludźmi. Zdarzało się, że ojciec, artystyczna dusza, przychodził do domu pijany. Ale był do szaleństwa zakochany w mojej mamie i nigdy jej nie zdradził.

Byliście religijną rodziną żydowską?

– Nie, nie chodziliśmy do synagogi. Oczywiście wiedzieliśmy, że jesteśmy Żydami, ale nie miało to dla nas większego znaczenia. Mówiliśmy po holendersku, choć pamiętam, że moi bracia próbowali uczyć się języka jidysz. Moimi przyjaciółkami były chrześcijanki, bywałam u nich na kolacjach wigilijnych, lubiłam to. Tata był bardzo postępowy. Pamiętam, że kiedyś siedzieliśmy przy stole i jeden z moich dwóch starszych braci polecił mi przynieść szklankę wody. Tata zabronił mi wstawać. Powiedział, że nie jestem służącą brata, że sam może sobie przynieść tę wodę.

Doświadczyła pani antysemityzmu?

– Nie. Może raz, kiedy byłam dzieckiem. Mieszkaliśmy wtedy pod Amsterdamem, nad samym morzem. Bawiłam się z chłopcem, synem sprzedawcy lodów, z pochodzenia Włochem. Mieliśmy po kilka lat, udawaliśmy ojca i matkę. Następnego dnia chłopiec przyszedł na plażę i powiedział, że to niemożliwe, żebyśmy byli ojcem i matką w zabawie. Spytałam dlaczego, powiedział, że tata zabronił mu. „Selma jest żydówką, my katolikami, to niemożliwe”. To był ten jeden raz. Aż do wybuchu wojny.

Byliśmy nią zaskoczeni.

Zaskoczeni?

– Wiem, że to naiwne, ale bardzo wiele osób było przekonanych, że Holandia utrzyma neutralność, tak jak utrzymała ją w czasie pierwszej wojny światowej.

Selma van de Perre w szpitalu z nowo narodzonym synem Joceline.Selma van de Perre w szpitalu z nowo narodzonym synem Joceline. Fot. Archiwum prywatne

Żadnych wiadomości z Niemiec i wschodniej Europy?

– Gazety nas uspokajały. Nie odczuwałam grozy, moi rodzice też długo nie. Po 1936 roku do Holandii zaczęli przyjeżdżać żydowscy emigranci z Niemiec. Opowiadali przygnębiające historie. Nie dopuszczaliśmy ich do siebie. Mój 24-letni brat i jego kolega pojechali nawet do Austrii już po tym, gdy została anektowana przez Hitlera w marcu 1938 roku. Obywatelom Holandii płacono wtedy nawet, żeby się żenili z młodymi Żydówkami z Austrii. Holenderski paszport miał je chronić. David został papierowym mężem i dostał 200 guldenów. To była bardzo duża suma. Były potem formalne problemy z rozwodem, ale jego „żona” przeżyła Holocaust.

Ja jeszcze w 1939 roku byłam na wycieczce szkolnej w Wielkiej Brytanii. Te historie pokazują, jak lekkomyślnie podchodziliśmy do tego, co dzieje się w Europie.

Pierwszy moment grozy nastąpił w 1939 roku?

– Dopiero w 1940, kiedy wojska niemieckie wkroczyły do Holandii i po czterech dniach Holandia skapitulowała. Martwiliśmy się o moich braci, których nie było w kraju – nie wiedzieliśmy, co się z nimi dzieje. Po wojnie odnaleźliśmy się. David, który służył w wojsku, razem ze swoją brygadą wycofał się do Belgii, a potem do Londynu, gdzie pracował w biurze dywizji medycznej. Młodszy, Louis, pracował w marynarce handlowej.

Któregoś dnia w 1941 roku tata zebrał nas przy stole i powiedział, że musimy kupić sobie opaski z gwiazdą Dawida.

Zaczęłam się buntować, że nie chcę żadnej opaski, ale tata powtórzył, że muszę i że nie ma wyboru, bo takie jest rozporządzenie władz. Wtedy zrozumiałam, że jesteśmy naznaczeni.

Potem zaczęły się kolejne restrykcje; nakazano nam oddać odbiorniki radiowe, wycofano ze szkół żydowskich uczniów, a nauczycieli żydowskiego pochodzenia zwolniono z pracy. Przestałam chodzić do liceum i zaczęłam szukać zatrudnienia, co nie było łatwe, bo Żydzi mogli pracować tylko u żydowskich pracodawców. Znajdowałam dorywcze prace, które traciłam, kiedy okazywało się, że właściciel został deportowany.

Następnie zakazano Aryjczykom składania wizyt w żydowskich domach i odwrotnie.

Straciła pani swoje chrześcijańskie koleżanki?

– Kiedy zaczął obowiązywać zakaz, mój tata powiedział: „Nie przejmuj się, twoja Greet nie przestanie do ciebie przychodzić”. I miał rację: moja najlepsza przyjaciółka przekradała się do mnie po kryjomu. Kiedy odebrano nam radioodbiornik, sąsiedzi z góry przeciągnęli antenę, żebyśmy mogli słuchać BBC. Ale trwało to krótko, było zbyt niebezpieczne.

W kolejnych miesiącach zabroniono nam korzystania z transportu publicznego, teatru, kina… Potem rozciągnięto drut kolczasty wokół żydowskiej dzielnicy w Amsterdamie. Na końcu kazano oddać kosztowności i pieniądze do banku, który przejęli Niemcy.

Aż w 1942 roku zaczęły się wywózki, mówiono, że do obozów pracy. Ale czy myśmy się domyślali, czym to się skończy? Wtedy jeszcze nie, wciąż nie było żadnych wieści z Europy Wschodniej…

Czy holenderskie gazety nie informowały o prześladowaniach ludności, zwłaszcza Żydów, na wschodzie Europy?

– Przecież zostały przejęte przez Niemców i publikowały niemiecką propagandę.

Kto w nich pracował, ci sami przedwojenni holenderscy dziennikarze?

– W dużej mierze tak. Musieli podpisać lojalkę, żeby nie stracić pracy.

I podpisywali: jedni dlatego, że musieli utrzymać rodziny, a drudzy, bo sympatyzowali z Niemcami. Podobał im się nowy porządek.

Mieliśmy bardzo miłego sąsiada, podwoził przed wojną moją siostrę do szkoły, przyjaźniliśmy się. Wstąpił do policji, bo potrzebował pracy, ale wciąż był dla nas miły. Nie potrafię go potępić.

Po wojnie wiele osób było sądzonych za współpracę, ale też mnóstwo osób wstąpiło do ruchu oporu. Groziła im wywózka do obozów. Zaczęły ukazywać się podziemne gazety „De Waarheid” i „De Vonk”. Nawoływały do sprzeciwu wobec prześladowania Żydów. Miały na początku swoje sukcesy, w lutym 1941 doszło do strajku przeciw prześladowaniom. Stanął port, kolej, tramwaje, od maszyn odeszli robotnicy. Strajk stłumiono, ale to był ważny gest.

Czy wiedzieliście, co to są za obozy, do których wywożą Żydów?

– Państwo holenderskie było dobrze zorganizowane. Mieliśmy duże zaufanie do obowiązującego porządku i do instytucji. Plotki ze wschodu krążyły, ale wydawały się nieprawdopodobne. Dlatego kiedy ogłaszano kolejne listy Żydów, którzy mają się zgłaszać z walizką w celu wyjazdu do obozu pracy – ludzie się zgłaszali. Nie chcieli robić zamieszania, nie chcieli szkodzić rodzinom. Liczyli, że obóz pracy to nie tragedia, być może jakaś pomyłka, a zresztą wojna wkrótce się skończy i wszystko będzie w porządku.

Zresztą pierwsze relacje nie były przerażające. Zwłaszcza tych, którzy trafili do obozu przejściowego Westerbork w Holandii. Wie pani, że ten obóz został założony w 1939 roku w celach humanitarnych? Tam trafiali żydowscy uchodźcy z Niemiec. Taka ironia losu.

Pisze pani w swojej książce, że warunki tam były hotelowe, uznawano zażalenia więźniów, którzy nie dostali zapowiedzianych paczek żywnościowych. Hitlerowcy dochowywali jakichś standardów.

– Ale tylko dlatego, że przetrzymywano tam nie tylko Żydów. I by uśpić czujność, by osadzeni się nie buntowali. Prawie 107 tysięcy holenderskich Żydów trafiło stamtąd do Oświęcimia, Sobiboru i innych obozów śmierci.

Tata trafił do Westerbork w 1942 roku. Sam się zgłosił, poszedł z walizką na policję. To był 2 października 1942 roku. Chyba wtedy zrozumieliśmy, że trzeba się ukrywać. Mama z moją młodszą siostrą zapłaciły za kryjówkę u aryjskiej rodziny. Wyjechały do Eindhoven. Beze mnie, bo ta rodzina miała tylko dwa wolne miejsca. Miałam 20 lat i zostałam sama w Amsterdamie. Ojca już nie zobaczyłam. Zginął. Mamę i siostrę zdążyłam jeszcze odwiedzić cztery razy. W czerwcu 1943 roku zostały aresztowane.

To wtedy zdecydowała się pani zmienić tożsamość?

– Tułałam się po znajomych i rodzinie, zmieniałam prace, które coraz trudniej było dostać. Z rodzinnego domu trafiłam do rodziny koleżanki. Spałam z nimi w jednym pokoju. Zdziwiło mnie, że śpią w bieliźnie, nie noszą piżam. Odebrałam to jako rzecz poniżej standardu. Moi rodzice, niezależnie od tego, w jakiej sytuacji finansowej byliśmy, zawsze dbali o pewien poziom życia. To, że zwracałam wtedy uwagę na brak piżamy, świadczy, że tkwiłam jeszcze w innym świecie. Swoją drogą ta rodzina wykorzystała zapasy węgla na opał, które zgromadził tata, i kazała mi się po kilkunastu dniach wyprowadzić. Poszłam wtedy do wujka, którego syn został już wywieziony, spytałam, czy mogę u niego zostać. Zgodził się. Spałam w łóżku kuzyna, jeszcze nie wiedziałam, jaki los go spotkał. Ale wkrótce żona wujka, Aryjka, też uznała, że moja obecność jest dla rodziny groźna. Wujka w tym czasie wezwano na sterylizację, to było standardowe postępowanie wobec mieszanych małżeństw. Musiałam szukać znowu nowego lokum.

Kiedy została pani Wilhelminą Buter?

– Kiedy wyniosłam się z domu, zrozumiałam, że muszę zapomnieć o tym, kim jestem. Miałam dobry wygląd, rozjaśniłam włosy. Kilka miesięcy później poznałam ludzi z ruchu oporu. Najważniejszy był doktor Wim Storm. Pracował w szpitalu, znajdował kryjówki Żydom i innym poszukiwanym, przerzucał zagrożonych do Francji. Znalazł dla mnie pokój w Lejdzie i wkrótce zostałam jego kurierką. Prawdziwa Wilhelmina była amerykańską studentką, która wynajmowała pokój przede mną. Wiedziałam, że wróciła do Ameryki przed wojną, ja miałam jej dokumenty, podrobione oczywiście.

Ocaleni z Zagłady, którzy ukrywali się po aryjskiej stronie w Warszawie, opowiadali, że najtrudniej było chodzić po ulicach z podniesionym czołem, bez strachu w oczach. Ten strach zdradzał i gubił.

– Zgadzam się. Ja tego wszystkiego musiałam się nauczyć. Nie mogłam siedzieć w kryjówce: trzeba było odbierać kartki na żywność, chodzić do garkuchni, do urzędu. Poruszać się pewnym krokiem, nie myśleć o niebezpieczeństwie. Żeby zacierać ślady, Wilhelmina Buter zmieniła się wkrótce w Margaretę van der Kuit. Z nowymi dokumentami.

Czy pani znajomi w ruchu oporu wiedzieli, że jest pani Żydówką?

– Tylko ci, którzy znali mnie sprzed wojny. Dwie, trzy osoby. Dowódca zdecydował, żeby nie mówić innym. Bardzo wielu Żydów działało w ruchu oporu pod aryjskimi pseudonimami. Na wszelki wypadek.

Jakie były pani zadania jako kurierki?

– Podróżowałam po całej Holandii rozwożąc podziemne gazety, książki, pieniądze i dokumenty, fałszywe dowody tożsamości, plany przerzutu ludzi. Te czynności stały się dla mnie rutyną. Zaskakujące było właściwie to, że przeważnie nie dbałam o własne bezpieczeństwo. Chciałam za wszelką cenę pomóc – to była silna motywacja. Poza tym nie da się żyć w ciągłym strachu.

Wyjeżdżałam też do Belgii i Francji. Miejscowi chłopi przeprowadzali mnie przez granicę, Raz mój przełożony, Bob, wysłał mnie do Paryża. Miałam dostarczyć kopertę do jakiegoś niemieckiego ważnego urzędu i odebrać stamtąd dokumenty. Paraliżował mnie strach, ale zaczęłam flirtować ze strażnikami pod tym budynkiem, trzepotałam rzęsami i wpuścili mnie do środka. Człowiek, który był kontaktem i też ryzykował, zniósł kopertę. Kiedy wyszłam z tego budynku, biegłam, ale kolana się pode mną uginały. Kiedy umówiony chłop przeprowadzał mnie przez granicę francusko-belgijską, kiedy jechałam tramwajem, kiedy kilometrami szłam do Holandii, brzuch mnie bolał ze strachu. Ale udało się. Żydowska dziewczyna weszła do hitlerowskiej kwatery głównej w Paryżu.

Aresztowano nas, mnie, Boba i jeszcze kilka osób, dopiero w czerwcu 1944 roku. Okazało się, że Niemcy śledzili mojego przełożonego, ktoś musiał na niego donieść.

Pamiętam, że miła strażniczka w areszcie w Utrechcie poradziła mi podrzeć i spuścić w ubikacji wszystkie, nawet nieważne notatki. Potem zawieziono mnie do obozu przejściowego w Vught, potem do Ravensbrück. Ta miła strażniczka z Utrechtu też tam trafiła, jako więźniarka. Okazało się, że pomogła komuś uciec z więzienia. Straciła tam życie.

Co pani pamięta z czasu aresztowania?

– Że bałam się zasnąć, żeby nie zacząć mówić przez sen i nie zdradzić mojej prawdziwej tożsamości. Niemcy wiele obiecywali za donoszenie na współwięźniów. Ale areszt i obóz przejściowy w Vught, w którym przecież wiele osób umarło, to było sanatorium w porównaniu z Ravensbrück.

A jakie były pierwsze dni w obozie?

– Psy ubrane w szare okrycia z odznakami SS. Opowieści współwięźniarek o tym, że kobietom po porodzie odbiera się noworodki, topi je lub wrzuca do bunkra, by umarły. Starsze dzieci się truje lub chowa żywcem.

Okropne historie. Kiedy prowadzono nas do baraków, wstrząsnęło mną to, że przy obozie, w domu z ogródkiem, mieszka komendant z rodziną i prowadzi normalne życie. A w obozie działało krematorium i kobieta, która była chora lub miała więcej niż 52 lata, była skazana na śmierć. W porównaniu z obozem w Vught strażniczki w Ravensbrück, Niemki, były wobec nas znacznie bardziej okrutne. Niektóre były sadystkami.

Kim były, zanim podjęły się pracy w obozie?

– Nie rekrutowano ich ze względu na skłonność do okrucieństwa, to były zwykłe kobiety: urzędniczki, gospodynie domowe, robotnice. W bardzo patriarchalnych Niemczech praca w obozie dawała władzę i one z niej korzystały. Jestem pewna, że to mogło się zdarzyć nie tylko w Niemczech, mogło się zdarzyć wszędzie. Wystarczyło przyzwolenie.

Czytałam o polskich więźniarkach, które po wojnie pomogły Johannie Langefeld, nadzorczyni, uniknąć więzienia, obroniły ją. Zupełnie nie mogę zrozumieć, jak mogły być wdzięczne tej osobie.

Zapewne traktowała je w Ravensbrück lepiej niż inne strażniczki, to wystarczyło. Spotkała pani Langefeld osobiście?

– Tylko raz. Podobnie jak inne więźniarki pracowałam w fabryce Siemensa, wtedy na nocną zmianę. Byłam chora, wygłodzona, miałam dyfteryt, ale wizyta u lekarza oznaczała transport do Auschwitz.

Miałam ludzkiego szefa zmiany, który być może nie wiedział, jak żyjemy w obozie. Zobaczył, że zaraz zemdleję, i pozwolił mi się położyć na łóżku polowym w biurze. Niestety moja nieobecność natychmiast została zauważona w baraku. Przyszła strażniczka, a potem Langefeld, wywlokły mnie z fabryki. Byłam pewna, że stracę życie. Wstawił się za mną szef zmiany. Powiedział, że jestem mu potrzebna. Uważam, że Langefeld mnie oszczędziła, bo incydent, że więźniarka zawieruszyła się w fabryce, mógł wpłynąć źle na jej karierę. Więc go zatuszowała.

Choć nikt w obozie nie odkrył, że jestem Żydówką, liczyłam się ze śmiercią w każdej chwili. Kiedy kilka tygodni później przyjechali Szwedzi z Czerwonego Krzyża, żeby nam powiedzieć, że Niemcy nie mają już nad nami władzy i że wojna prawie skończona, myślałam, że przyjechali nas zastrzelić.

Kiedy się pani dowiedziała, że rodzina nie żyje?

– Kiedy opuściłyśmy obóz i zamknęły się za nami bramy Ravensbrück, ja i moje holenderskie współwięźniarki obiecałyśmy sobie, że zaczniemy nowe życie, nie będziemy opowiadać o potwornościach, które przeżyłyśmy. Z Niemiec popłynęliśmy do Szwecji, ludzie traktowali nas z szacunkiem, współczuli nam, dokarmiali i ubierali. Dziewczyny zaczęły umawiać się z miejscowymi chłopakami.

Ale trudno było o beztroskę bez wiedzy, czy moi rodzice żyją i gdzie są.

Wieści dotarły do mnie, kiedy byłam już w Londynie, wiele miesięcy po wyzwoleniu, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Pojechałam do mojego brata Davida, który tam spędził wojnę, i postanowiłam zostać. Dostałam pismo z informacją, że ojciec został deportowany do Auschwitz i zamordowany. Kolejne, że mama z siostrą zginęły w Sobiborze 2 lipca 1943 roku. Do tego czasu miałam nadzieję: mój ojciec miał wielką wolę życia, mama i siostra były łagodnymi, dobrymi osobami, siostra miała 15 lat. Wciąż liczyłam na to, że się odnajdą. Potem zadręczałam się myślami: jakie były ich ostatnie godziny?

Kiedy odważyła się pani wrócić do swojego własnego imienia?

– Kiedy szwedzki Czerwony Krzyż spisywał nasze dane. Mogłam już powiedzieć: „Mam na imię Selma, jestem Żydówką”.

Rozmawiamy w pani domu w Londynie, ale wczoraj wróciła pani z Amsterdamu. Razem z ekipą filmową odwiedziliście wszystkie pani okupacyjne kryjówki.

– I więzienie, do którego trafiłam. W budynku mieści się teraz szkoła brytyjska, w dawnych celach urządzono klasy, siedzą w nich chłopcy w mundurkach, bardzo eleganccy. Ale po dwóch dniach chodzenia jestem bardzo zmęczona. W przyszłym roku skończę sto lat.

Swój pamiętnik z czasów okupacji napisała pani i wydała w wieku 97 lat. Dlaczego dopiero teraz?

– Mieszkam w Anglii od 1945 roku, mój syn ma 67 lat i czuje się Anglikiem, to jest już mój kraj. Ale wciąż czuję, że niewiele osób zna prawdę o tym, czego doświadczali Żydzi w Holandii, i o ich uczestnictwie ruchu oporu. Media brytyjskie zajmują się bitwą o Anglię, może trochę Francją.

Muszę zdążyć im tę historię opowiedzieć.

Była pani w Oświęcimiu lub Sobiborze?

– Nigdy. To są groby mojej rodziny, nie przeżyłabym tej wizyty.

'Mam na imię Selma. Wspomnienia ocalonej z Ravensbruck'. Selma van de Perre
‘Mam na imię Selma. Wspomnienia ocalonej z Ravensbruck’. Selma van de Perre wyd. Wielka Litera


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com