Archive | July 2017

Alternatywna rzeczywistość CNN

Alternatywna rzeczywistość CNN

Paula R. Stern
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Link do orginalnej omawianej w art. widomosci CNN (byc moze juz zmodyfikowanej)

CNN

Czytam nagłówki i próbuję zrozumieć. Wiem, co się stało. Słyszałam o tym. Widziałam zdjęcia. Wiem, co się stało. A potem patrzę na CNN i odejmuje mi mowę.

Wiem, co się stało. DZIESIĘĆ pocisków moździerzowych wystrzelono z Syrii na terytorium Izraela i Izrael odpowiedział.

Odpowiedział. To znaczy, że oni strzelali do nas, a my zidentyfikowaliśmy źródło ataku i ostrzelaliśmy je. Jak każdy normalny kraj, strzelaliśmy w odwecie. Odpowiedzieliśmy.

Ale CNN nie rozumie sekwencji wydarzeń w czasie; najwyraźniej nigdy nie zastanawiali się nad problemem kura czy jajo. Dziesięć moździerzowych pocisków nie liczy się. Zamiast tego CNN relacjonował ten incydent w swój klasyczny sposób. Najlepsze, co potrafili, to “Wzgórza Golan: Izrael uderza w armię syryjską”.

Naprawdę.

Naprawdę?

NAPRAWDĘ?

Naprawdę!

MY uderzyliśmy w NICH?

Okay, technicznie jest to prawda. Jeśli zignorujesz połowę faktów… jeśli zignorujesz WAŻNE fakty. Jeśli zignorujesz rozstrzygające fakty, ramy czasowe, kolejność, logikę, rzeczywistość. Istotnie uderzyliśmy w nich… PO TYM, JAK ONI UDERZYLI W NAS.

Kiedy byłam bardzo mała, moja siostra pobiegła do ojca i powiedziała mu, że ją uderzyłam. Może was to zaszokować, ale kiedy byłam mała byłam zadziorna, więc nie wahając się ojciec przyszedł i ukarał mnie. Cała we łzach tłumaczyłam, że siostra uderzyła mnie pierwsza.

Ojciec był trochę zdziwiony. Moja siostra nie sprawiała takich kłopotów jak ja i normalnie to ja podejmowałam działania. Zwrócił się do mojej siostry, która nie skłamała. Zamiast tego broniła się: „Tak, ale ona mi oddała uderzenie!”

Uderzyliśmy ich w odwecie! Nawet jako pięciolatka wiedziałam, że ten, kto uderza pierwszy, jest tym, który spowodował problem. Uderzyliśmy ich reagując na agresję!

Jeśli jesteś dziennikarzem z CNN i chcesz ignorować rzeczywistość, to tak, Izrael istotnie uderzył w stanowisko armii syryjskiej, ponieważ… ponieważ… OMG, ponieważ oni wystrzelili DZIESIĘĆ pocisków… wybuchowych pocisków, ze swojego kraju na nas.

Ale tak, w wynaturzonym świecie CNN Izrael uderzył w armię syryjską. I zgodnie z tą samą wypaczoną logiką (minus element antysemityzmu, złego dziennikarstwa i anty-izraelizmu, które dręczą CNN), the World Trade Center strącił dwa samoloty. Policja londyńska zabiła trzech mężczyzn po wypadku samochodowym i czegoś tam z nożem. W Manchesterze w wyniku koncertu była eksplozja urządzenia zapalającego.

Podczas maratonu w Bostonie ochrona strzeliła i zabiła jednego mężczyznę (który właśnie spowodował wybuch bomby, ale nie będziemy wdawać się w szczegóły) i zraniła drugiego. W Izraelu Palestyńczycy giną na lewo i prawo w atakach nożowniczych, bombowych, atakach siekierami i w taranowaniu samochodami, i tak, Izrael zaatakował armię syryjską.

Nie, nie w rzeczywistości. Tylko w wynaturzonej „rzeczywistości CNN.

Prawda w dowcipie o CNN i BBC

Stary dowcip, który krąży od dawna, wraca czasami i za każdym razem myślę, że choć jak najbardziej jest to dowcip, jednak dobrze pokazuje rzeczywistość. Tak właśnie Izraelczycy muszą żyć; wiecznie dowodząc, że nie oni zaczęli walkę – nie w 1948 r. i nie w tym tygodniu, kiedy ponad dziesięć pocisków moździerzowych spadło na terytorium Izraela (a CNN zareagowała nagłówkiem mówiącym, że nasza armia zaatakowała cele syryjskie).

Dowcip

Reporter CNN, reporter BBC i komandos izraelski zostali schwytani przez terrorystów w Iraku. Przywódca terrorystów powiedział im, że przyznaje im jedno ostatnie życzenie zanim obetną im głowy.

Reporter CNN Powiedział: “No cóż, jestem Amerykaninem, więc chciałbym zjeść ostatniego hamburgera z frytkami”. Przywódca skinął głową i podwładny poszedł, wrócił z hamburgerem i frytkami. Reporter zjadł i powiedział: “Okay, teraz jestem gotowy na śmierć”.

Reporter BBC powiedział: “Jestem dziennikarzem do samego końca. Chcę dostać mój magnetofon i opisać scenę tutaj i to, co się zaraz zdarzy. Może któregoś dnia ktoś to usłyszy i będzie wiedział, że pracowałem do końca”. Przywódca terrorystów polecił adiutantowi przekazanie magnetofonu i pozwolił na podyktowanie kilku komentarzy. Wtedy reporter powiedział: „Teraz mogę umierać wiedząc, że pozostałem sobie wierny do końca”.

Przywódca odwrócił się i powiedział: “A teraz, izraelski twardzielu, jakie jest twoje ostatnie życzenie?”

“Kopnij mnie w dupę” – powiedział żołnierz.

“Co? – zapytał terrorysta – Będziesz z nas szydził w twoją ostatnią godzinę?”

“Nie, nie żartuję. Chcę, żebyś kopnął mnie w dupę” – upierał się Izraelczyk. Więc przywódca rozwiązał go, wyciągnął na otwartą przestrzeń i kopnął go w tyłek.

Żołnierz poleciał na twarz, ale przetoczył się na bok, wyszarpnął 9 mm pistolet spod swojej kamizelki kuloodpornej i zastrzelił przywódcę. Wynikło zamieszanie, podczas którego dopadł swojego plecaka, wyciągnął automat i otworzył ogień do terrorystów. W mgnieniu oka terroryści albo byli martwi, albo uciekali.

Kiedy żołnierz rozwiązywał reporterów, zapytali go: “Dlaczego po prostu nie zastrzeliłeś ich na początku? Dlaczego poprosiłeś najpierw, żeby kopnęli cię w tyłek?”

“Co? – odpowiedział Izraelczyk – żebyście potem pisali, że jestem agresorem?”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Netanyahu reads from Bible to prove Hebron’s Tomb of Patriarchs is Jewish


Netanyahu reads from Bible to prove Hebron’s Tomb of Patriarchs is Jewish

Aryeh Savir


PM Netanyahu reads from the Bible during the Cabinet meeting. (Ohad Zweigenberg/POOL)

Netanyahu read from the Bible to demonstrate that UNESCO’s resolution on Hebron negated religion, history and the facts.

Prime Minister Benjamin Netanyahu read passages from the Bible during Sunday’s weekly Cabinet meeting as a refutation of Friday’s resolution passed by the United Nations Educational, Scientific and Cultural Organization (UNESCO) World Heritage Committee designating the Tomb of the Patriarchs and Hebron a Palestinian heritage site.

“I would like to read from Genesis 23:16-19: ‘And Abraham hearkened unto Ephron; and Abraham weighed to Ephron the silver, which he had named in the hearing of the children of Heth, four hundred shekels of silver, current money with the merchant…And after this, Abraham buried Sarah his wife in the cave of the field of Machpelah before Mamre–the same is Hebron–in the land of Canaan. And the field, and the cave that is therein, were made sure unto Abraham for a possession of a burying-place by the children of Heth,’” Netanyahu read.

“The connection between the Jewish People and Hebron and the Tomb of the Patriarchs is one of purchase and of history which may be without parallel in the history of peoples,” Netanyahu declared.

“Of course this did not prevent the UNESCO World Heritage Committee last Friday from passing yet another delusional resolution which determined that the Tomb of the Patriarchs, the same Cave of Machpelah, is a Palestinian heritage site,” the Israeli premier derided the resolution.

Netanyahu explained that in wake of this resolution, he has decided to cut an additional $1 million from Israel’s UN membership dues and transfer the funds to the establishment of “The Museum of the Heritage of the Jewish People in Kiryat Arba and Hebron.” The money will also serve additional heritage initiatives related to Hebron.

He tasked Minister of Jerusalem Affairs and Heritage Ze’ev Elkin with submitting a proper proposal on this matter.

“Against UNESCO’s denial, Israel will present to the world the historical truth and the Jewish People’s deep connection – of thousands of years – to Hebron just as we did with UNESCO’s other delusional decision regarding the absence of a connection to Jerusalem,” Netanyahu vowed.

After UNESCO previously passed Muslim-sponsored resolutions denying the Jewish connection to Jerusalem and the Old City, Israel reduced its UN dues.

“Therefore today I have instructed that procedures be completed for the construction of the Kedem Center for displaying the historical and archaeological findings for the City of David,” Netanyahu said of the new museum on the Jewish people’s ancient history in Jerusalem. “This will be an impressive structure with extensive displays. The entire world will see the truth and the first visitors whom I will invite there will be UNESCO and UN delegations.”

The UNESCO resolution characterized the site as facing danger, which directly contradicts facts on the ground.

This designation attempts to eliminate the Jewish people’s millennia-long connection to the sites, at which the founders of the Jewish religion are buried.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Mieszkam w samym środku historii

Mieszkam w samym środku historii

MICHAŁ BOJANOWSKI


Ewa Bohdanowicz w salonie mieszkania Hanny i Ludwika Hirszfeldów przy ul. Wittiga we Wrocławiu /fot. CHIDUSZ 2016

W 1945 roku, gdy rozpoczęła studia, dziekanem Wydziału Lekarskiego był Ludwik Hirszfeld, który podjął się organizacji powojennej wrocławskiej medycyny. Przez złe pochodzenie straciła stypendium i w ten sposób trafiła do pracy u Hanny Hirszfeldowej. Później, z tego samego powodu, wyrzucono ją z akademika i tak 63 lata temu wprowadziła się do domu Hirszfeldów, gdzie mieszka do dziś. Pediatra Ewa Bohdanowicz ma 94 lata i mówi, że mieszka w samym środku historii. I choć to dla niej ogromne szczęście, to swoich wspomnień nigdy nie chciała opisywać. Jest rzeczowa, konkretna, małomówna.

Dom przy Wittiga utrzymuje tak, jakby Hirszfeldowie nadal w nim mieszkali.

Ludwik i Hanna Hirszfeldowie, po dramacie wojennym i śmierci jedynego dziecka, pozostali bardzo żywotni, od razu chcieli działać. Zresztą w ich niezwykłej historii często przechodzili przez trudne doświadczenia i zawsze potrafili odnaleźć zapał do budowania życia na nowo. Niezależnie, czy chodziło o tworzenie najważniejszych instytucji medycznych w międzywojennej Polsce, powstrzymanie potężnej epidemii w Serbii w czasie pierwszej wojny światowej, próbę zaprowadzenia higieny w getcie warszawskim, czy też o wykłady dla domowników dworu Grabkowskich, w którym Hirszfeld ukrywał się z córką po opuszczeniu getta. Każdemu miejscu, w którym się znaleźli, poświęcali się w całości. Tak też stało się we Wrocławiu.
Do Warszawy nie chcieli wracać. Zostawili tam straszną przeszłość: wojnę, getto, utratę rodziny i przyjaciół, chorobę, która doprowadziła do śmierci jedynej córki. Wreszcie zagładę całego narodu, któremu, będąc w getcie, próbowali ulżyć. Z Ewą Bohdanowicz nigdy o tym jednak nie rozmawiali.

Na drugim roku odebrano jej stypendium. Przyszedł starosta, dobry człowiek, i przekazał, że taka jak ona, to mogła dostać stypendium przed wojną. Ale jednocześnie doradził, że jest wolny etat w laboratorium na pediatrii u Hirszfeldowej. Ktoś odchodził i zwalniało się miejsce. „Idź, pędź tam, załatw to szybko”. Biegła, ile sił, ale dobrą radę podsłuchał też kolega z roku, który widocznie miał sprawniejsze nogi. Na szczęście, zamiast do Profesor, poszedł do doktora Nowakowskiego, który był adiunktem na pediatrii. Nie bardzo przypadł mu do gustu, więc usłyszał, że etat jest już zajęty. I w pewnym sensie był, bo Ewa, mniej więcej w tym samym czasie, po długim wyczekiwaniu przed gabinetem, została przyjęta przez Hannę Hirszfeldową. Profesor serdecznie ją powitała, wprawiając w osłupienie – dziewczyna nie wierzyła, że w 1945 roku nadal istnieją tak bezinteresownie szlachetni ludzie. „Dobrze, kochaneczko, będziesz chodzić na wykłady do męża i pracować w laboratorium”. Dopiero później zapytała, czy coś potrafi.

Kilka lat wcześniej niemiecki lekarz, w Wadowicach podczas przyjęcia do pracy w laboratorium, zadał jej to samo pytanie. Z obawy przed wywiezieniem w głąb Rzeszy skłamała, że potrafi. Niemiec usiadł do mikroskopu, podyktował jej rozmaz krwi. Skończył, zobaczył pustką kartkę i zawołał: „Ach, to tak pani umie”. Ale szybko się nauczyła. Dopuszczano ją do zabiegów, mogła wszystkiemu przyglądać się z bliska. Kiedyś podmieniła próbki badań, żeby uratować znajomego od przymusowego poboru do armii. Przyłapana, usłyszała, że Oświęcim jest niedaleko. Ale ostatecznie było jej w wadowickim szpitalu dobrze i do obozu nikt jej nie wysłał. Po pracy spotykała przyjaciół – wśród nich Karola Wojtyłę.

Nie musiała więc kłamać Hirszfeldowej. Jak większość młodych studentów medycyny, chciała zostać chirurgiem. Chodziła z koleżankami do szpitala wojewódzkiego, gdzie pracował bardzo przystojny lekarz. Wszystkie się w nim podkochiwały, on jednak odprawił je, mówiąc, że się nie nadają. Wróciła wtedy myślami na pediatrię, choć jeszcze nie wiedziała, że temu właśnie poświęci życie. Profesor wkrótce włączyła ją do zespołu badającego dzieci z konfliktem serologicznym i dzięki temu pozostawała też w kontakcie z Ludwikiem Hirszfeldem.

Na drugim roku była zbyt źle urodzona, żeby otrzymywać stypendium. Na czwartym z tego samego powodu musiała wyprowadzić się z domu studenckiego. Zamieszkała najpierw z koleżanką na piętrze w willi przy Mickiewicza, gdzie mieszkał doktor Orski, profesor ginekologii. W piwnicy zaś pomieszkiwał inny kolega ze studiów, wszyscy razem uczyli się do egzaminów, cieszyli życiem i błogosławili dzień, w którym odebrano im miejsce w akademiku.

Dokładnie nie pamięta, czy ucieszyła się z propozycji Hirszfelda, gdy zaoferował, aby zamieszkała nad nimi. Zwalniało się małe mieszkanie, w którym zazwyczaj mieszkały jego asystentki. Miał wspaniałe sekretarki, jedna z nich, pół-Francuzka, bardzo inteligentna, uczyła wszystkich języka. Pewnego razu, gdy rozmawiał z ministrem zdrowia, wtargnęła, mówiąc, że przyszła baba i pyta, czy profesor życzy sobie śmietanę i ser. Zrobił się zupełnie siny, ale nic nie powiedział. Czasami zdarzało mu się złościć, ale nie trwało to długo.

Ewa Bohdanowicz zastanawia się chwilę i dochodzi do wniosku, że na pewno ucieszyła ją propozycja Hirszfelda z marca 1953 roku. Zamieszkała w samym środku historii, choć, jak się okazało, historia miała już długo nie potrwać.

Kuchnią rządziła Zosia. Profesorowie w ogóle nie potrafili gotować. Kiedyś Hirszfeldowa zaprosiła na kolację profesora Nowakowskiego i zarzekała się, że sama wszystko przygotuje. Podała kiełbasę smażoną na smalcu. Nikt się nie zorientował, wszyscy zjedli z apetytem. Dopiero gdy przyszła Zosia, uświadomiła ją, co zjedli. „Boże!” – zawołała – „To była pasta do butów!”. Zdenerwowała się, zadzwoniła do profesora Czyżewskiego, żeby płukał jej męża. Przyszedł. Zamknęli się w łazience we troje. Ryczeli ze śmiechu pół godziny, spuszczali wodę, ale o żadnym płukaniu nie było mowy. Profesorowie Czyżewscy mieszkali niedaleko. On chirurg, ona pediatra.

Dom przy Wittiga był zawsze pełen ludzi. Czasami przyjeżdżał jakiś ważny uczony z zagranicy, a w domu nie było nic do jedzenia. W ogóle się tym nie przejmowali. Ważne było spotkanie. Komuniści bardzo się z nim liczyli, pomagał więc każdemu według możliwości. Gdy Ewa musiała opuścić Wrocław, bo dostała nakaz pracy na wsi, wstawił się za nią. Albo gdy zakonnik z pobliskiego kościoła wpadł w tarapaty, jego kłopoty z prawem też udało mu się rozwiązać. Ksiądz jeszcze przez długie lata po jego śmierci odwiedzał Hirszfeldową, mówiąc, że lubi patrzeć w toń jej oczu.

czytaj dalej tu: Mieszkam w samym środku historii


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


I’m Glad the Dyke March Banned Jewish Stars

I’m Glad the Dyke March Banned Jewish Stars

BARI WEISS


Participants in the Dyke March in Chicago on Saturday. Credit Tyler LaRiviere/Chicagoist

This weekend, at a lesbian march in Chicago, three women carrying Jewish pride flags — rainbow flags embossed with a Star of David — were kicked out of the celebration on the grounds that their flags were a “trigger.” An organizer of the Dyke March told the Windy City Times that the fabric “made people feel unsafe” and that she and the other members of the Dyke March collective didn’t want anything “that can inadvertently or advertently express Zionism” at the event.

Laurel Grauer, one of the women who was ejected, said she’d been carrying that Jewish pride flag in the march, held on the Saturday before the city’s official Pride Parade, for more than a decade. It “celebrates my queer, Jewish identity,” she explained. This year, however, she lost track of the number of people who harassed her for carrying it.

I’m sorry for the women, like Ms. Grauer, who found themselves under genuine threat for carrying a colorful cloth falsely accused of being pernicious.

But I am also grateful.

Has there ever been a crisper expression of the consequences of “intersectionality” than a ban on Jewish lesbians from a Dyke March?

Intersectionality is the big idea of today’s progressive left. In theory, it’s the benign notion that every form of social oppression is linked to every other social oppression. This observation — coined in 1989 by Kimberlé Williams Crenshaw — sounds like just another way of rephrasing a slogan from a poster I had in college: My liberation is bound up with yours. That is, the fight for women’s rights is tied up with the fight for gay rights and civil rights and so forth. Who would dissent from the seductive notion of a global sisterhood?

Well, in practice, intersectionality functions as kind of caste system, in which people are judged according to how much their particular caste has suffered throughout history. Victimhood, in the intersectional way of seeing the world, is akin to sainthood; power and privilege are profane.

By that hierarchy, you might imagine that the Jewish people — enduring yet another wave of anti-Semitism here and abroad — should be registered as victims. Not quite.

Why? Largely because of Israel, the Jewish state, which today’s progressives see only as a vehicle for oppression of the Palestinians — no matter that Israel has repeatedly sought to meet Palestinian claims with peaceful compromise, and no matter that progressives hold no other country to the same standard. China may brutalize Buddhists in Tibet and Muslims in Xinjiang, while denying basic rights to the rest of its 1.3 billion citizens, but “woke” activists pushing intersectionality keep mum on all that.

One of the women who was asked to leave the Dyke March, Eleanor Shoshany Anderson, couldn’t understand why she was kicked out of an event that billed itself as intersectional. “The Dyke March is supposed to be intersectional,” she said. “I don’t know why my identity is excluded from that. I felt that, as a Jew, I am not welcome here.”

She isn’t. Because though intersectionality cloaks itself in the garb of humanism, it takes a Manichaean view of life in which there can only be oppressors and oppressed. To be a Jewish dyke, let alone one who deigns to support Israel, is a categorical impossibility, oppressor and oppressed in the same person.

That’s why the march organizers and their sympathizers are now trying to smear Ms. Grauer as some sort of right-wing provocateur. Their evidence: She works at an organization called A Wider Bridge, which connects the L.G.B.T.Q. Jewish community in America with the L.G.B.T.Q. community in Israel. The organizers are also making the spurious claim that the Jewish star is necessarily a symbol of Zionist oppression — a breathtaking claim to anyone who has ever seen a picture of a Jew forced to wear a yellow one under the Nazis.

No, the truth is that it was no more and no less than anti-Semitism. Just read Ms. Shoshany Anderson’s account of her experience, which she posted on Facebook after being kicked out of the march.

“I wanted to be in public as a gay Jew of Persian and German heritage. Nothing more, nothing less. So I made a shirt that said ‘Proud Jewish Dyke’ and hoisted a big Jewish Pride flag — a rainbow flag with a Star of David in the center, the centuries-old symbol of the Jewish people,” she wrote. “During the picnic in the park, organizers in their official t-shirts began whispering and pointing at me and soon, a delegation came over, announcing they’d been sent by the organizers. They told me my choices were to roll up my Jewish Pride flag or leave. The Star of David makes it look too much like the Israeli flag, they said, and it triggers people and makes them feel unsafe. This was their complaint.”

She tried to explain that the star is the “ubiquitous symbol of Judaism,” and that she simply wanted “to be Jewish in public.” Then, she “tried using their language,” explaining “this is my intersection. I’m supposed to be able to celebrate it here.”

It didn’t work. Ms. Shoshany Anderson left sobbing. “I was thrown out of Dyke March for being Jewish,” she said. Just so.

For progressive American Jews, intersectionality forces a choice: Which side of your identity do you keep, and which side do you discard and revile? Do you side with the oppressed or with the oppressor?

That kind of choice would have been familiar to previous generations of left-wing Jews, particularly those in Europe, who felt the tug between their ethnic heritage and their “internationalist” ideological sympathies. But this is the United States. Here, progressives are supposed to be comfortable with the idea of hyphenated identities and overlapping ethnic, sexual and political affinities. Since when did a politics that celebrates choice — and choices — devolve into a requirement of being forced to choose?

Jews on the left, particularly in recent years, have attempted to square this growing discomfort by becoming more anti-Israel. But if history has taught the Jews anything it’s that this kind of contortion never ends well.

It may be wrong to read too much into an ugly incident at a single march, but Jews should take what happened in Chicago as a lesson that they might not be as welcome among progressives as they might imagine. That’s a warning for which to be grateful, even as it is a reminder that anti-Semitism remains as much a problem on the far-left as it is on the alt-right.


Bari Weiss (@bariweiss) is a staff editor in The Times opinion section.

Follow The New York Times Opinion section on Facebook and Twitter (@NYTopinion), and sign up for the Opinion Today newsletter.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com