Archive | July 2017

Autorytet i władza [Parsza Pinchas]

Autorytet i władza [Parsza Pinchas]

RABIN JONATHAN SACKS

Tłumaczenie: Wioleta Urbańska


Polski Sejm. Fot. Wikipedia

PINCHAS – 15 LIPCA 2017/ 21 TAMUZ 5777

Mojżesz, wiedząc, że zbliża się dzień jego śmierci, zwrócił się do Boga i poprosił go o naznaczenie swojego następcy: „I rzekł Mojżesz do Wiekuistego, i powiedział: »Niechaj ustanowi Wiekuisty, Bóg duchów wszelkiego ciała, nad zborem tym – męża, któryby wychodził przed nimi, i któryby wchodził przed nimi; któryby ich wywodził i któryby ich przywodził; a niechaj nie zostanie zbór Wiekuistego jako owce, które nie mają pasterza!«” (Be-midbar 27:15-17).

Gest ten pokazał dalekowzroczność Mojżesza, jak również jego postawę, w której własne ja nie było tym, co liczy się najbardziej. Jak pisze Raszi: „Po tym rozpoznasz sprawiedliwego – kiedy ma opuścić ten świat, na bok odsuwa swoje potrzeby, a ponad nie stawia wspólne sprawy społeczności”. Wielcy przywódcy myślą o przyszłości w odległej perspektywie, zastanawiają się nad kwestią dziedziczenia, pragną podtrzymania ciągłości. Takie właśnie zachowanie cechowało Mojżesza. Bóg powiedział mu, aby naznaczył Jozuego – męża obdarzonego duchem – oraz dał mu dokładne wytyczne dotyczące tego, jak powinno wyglądać przekazanie władzy:

„Weź sobie Jehoszuę, syna Nuna, męża obdarzonego duchem, a połóż rękę twoję nań. I postaw go przed oblicze Eleazara, kapłana, i przed oblicze całego zboru, a ustanów go przed oczyma ich. I złożysz nań część godności twojej, aby słuchał go cały zbór synów Israela […] według orzeczenia jego im wychodzić, i według orzeczenia jego im wchodzić” (Be-midbar 27:18-21).

Powyższy fragment opisuje trzy czynności. Po pierwsze Mojżesz ma położyć dłoń na Jozuego, po drugie postawić go przed Eleazarem i całym zgromadzeniem, aby na koniec przekazać mu „część swojej godności” [me-hodecha]. Co jest wyjątkowego w tym trójstopniowym procesie? Czego dowiadujemy się z tego fragmentu o naturze przywództwa w judaizmie?

Jeden z midraszy w fascynujący sposób opisuje czynności, które wykonał Mojżesz. „Połóż rękę twoję nań” – to jak odpalanie jednej świecy od drugiej. „I złożysz nań część godności swojej” – przypomina z kolei przelewanie z jednego naczynia do drugiego (Be-midbar Raba 21:15). Te enigmatyczne słowa kryją w sobie podstawową prawdę o naturze przywództwa.

W traktacie „O duchu praw” z 1748 roku Monteskiusz – jeden z największych filozofów politycznych okresu oświecenia – opisał swoją teorię dotyczącą podziału władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Kierował się przy tym troską o wolność w sytuacji, kiedy cała władza skupiona byłaby w jednym miejscu:

„Wolność prosperuje nie dlatego, że ludzie mają naturalne prawa, lub dlatego, że buntują się, kiedy przywódcy uciskają ich zbyt mocno. Wolność rozwija się, ponieważ władza jest rozdzielona i zorganizowana tak, że ktokolwiek próbuje jej nadużywać, napotyka prawne ograniczenia”.

Monteskiusz nie inspirował się Biblią, jednak w Księdze Izajasza odnajdziemy wers, który opisuje uderzająco podobną koncepcję:

„Gdyż Wiekuisty sędzią naszym, Wiekuisty prawodawcą naszym, Wiekuisty królem naszym – On dopomoże nam” (Księga Izajasza 33:22).

Podobną ideę odnajdziemy również w Księdze Dwarim w rozdziałach 17-18, w których opisane są różne role przywódcze w starożytnym Izraelu: królewska, kapłańska i prorocza. Później mędrcy mówili o trzech koronach: koronie Tory, koronie kapłaństwa i koronie królewskiej. Stuart Cohen, w książce „The Three Crowns” zauważa, że pojęcie, które wyłania się z tekstu biblijnego, to nie „demokracja w odniesieniu do systemu politycznego, a zupełnie odrębna myśl dotycząca podziału władzy na najwyższych stanowiskach. Zarówno Biblia, jak i wczesna literatura rabiniczna, nie pochwalają systemu rządów, w którym pojedyncza osoba lub grupa mają monopol na sprawowanie władzy”.

Trzystopniowy proces, poprzez który Jozue miał być wprowadzony do odegrania swojej roli, powiązany jest więc z trzema rodzajami przywództwa. Szczególnie widoczne jest to w opisie drugiej czynności, którą miał wykonać Mojżesz („I postaw go przed oblicze Eleazara, kapłana, i przed oblicze całego zboru, a ustanów go przed oczyma ich”), bo sam nie był kapłanem. Jego następca musiał zostać formalnie uznany przez przedstawiciela kapłaństwa – arcykapłana Eleazara.

Władza jest często utożsamiana z autorytetem: ten, kto ma władzę, ma też autorytet i na odwrót. W rzeczywistości jednak należy rozróżnić te dwa pojęcia. Jeśli mam pełnię władzy i podzielę się nią z dziewięcioma innymi osobami, pozostaje mi jedynie jedna dziesiąta wpływów, jakie miałem wcześniej. Jeśli jednak mam autorytet i decyduję podzielić się nim z dziewięcioma innymi osobami, mój autorytet nie maleje, lecz rośnie. W ten sposób, zamiast jednej osoby, autorytet może mieć w społeczności aż dziesięć. Władza działa, kiedy się nią dzielimy, autorytet zaś, kiedy rozszerzamy go na innych.

Mojżesz sprawował dwie funkcje. Pierwszą z nich była ta, która czyniła go kimś w rodzaju władcy. Podejmował kluczowe decyzje dotyczące swego ludu: w jaki sposób powinien być zorganizowany, jaką drogą powinien podążać podczas wędrówki przez pustynię, kiedy i z kim walczyć. Był także największym z proroków. Przemawiał słowami Boga.

Królowie mieli władzę. Rządzili, podejmowali militarne, ekonomiczne i polityczne decyzje. Za ich znieważenie groziła kara śmierci. Prorok natomiast nie miał władzy. Nie dowodził żadną armią, nie miał narzędzi służących do tego, aby egzekwować od innych zachowania, które uważał za słuszne. Miał jednak znaczący autorytet. Dziś z trudem możemy sobie przypomnieć imiona większości królów Izraela i Judy, jednak słowa proroków nadal nas inspirują siłą reprezentowanych wizji i ideałów. Parafrazując słowa Kierkegaarda: „gdy umiera król, kończy się jego panowanie; władza proroka zaczyna się w momencie jego śmierci”.

PRENUMERATA
Mojżesz miał przekazać Jozuemu, jako swojemu następcy, zarówno funkcję króla, jak i proroka. „Połóż rękę twoję nań” oznacza: przekaż mu funkcję proroka – pośrednika, który słowa Boga przekazuje ludowi Izraela. Do dzisiaj używamy tego samego słowa – smicha (nałożenie rąk) – aby opisać sposób, w jaki rabin dokonuje ordynacji swoich uczniów. „I złożysz nań część godności twojej” [me-hodecha] odnosi się do pierwszej funkcji, jaką pełnił Mojżesz. Oznacza to: oddaj Jozuemu władzę, którą masz jako król. Teraz możemy w pełni zrozumieć midrasz. Autorytet jest jak świeca odpalana od innej świecy. Dzielenie autorytetu z drugą osobą nie oznacza zmniejszenia go, wręcz przeciwnie – umacnia go. Płomień nie maleje, kiedy odpalamy od niego kolejną świecę. Sprawia, że zostajemy z większą ilością światła.

Przekazywanie władzy jest natomiast jak przelewanie z jednego naczynia do drugiego. Im więcej władzy oddasz, tym mniej będziesz jej miał. Władza Mojżesza zakończyła się wraz z jego śmiercią, jednak jego autorytet oddziałuje do dziś.

Judaizm ma ambiwalentny stosunek do władzy. Z jednej strony jest ona konieczna. Jak twierdził Hanina bar Hama, zastępca arcykapłana, bez niej „ludzie by się nawzajem pożarli” (Pirkej Awot 3:2). Judaizm od dawna wyznaje maksymę, którą sformułował John Acton, mówiącą o tym, że władza deprawuje, natomiast władza absolutna deprawuje absolutnie. Autorytet – relacja pomiędzy prorokiem i ludem, nauczycielem i uczniem – jest inny. Jest to gra o sumie niezerowej – nikt nie przegrywa. Zarówno nauczyciel, jak i uczeń zyskują. Obydwaj się umacniają.

Mojżesz przekazał Jozuemu swoją władzę i autorytet. Jego władza miała znaczenie ze względu na polityczne i militarne zadania, jakie przed nim stały. Jednak to autorytet uczynił z Jozuego jedną z najznamienitszych postaci w naszej tradycji. Autorytet jest trwalszy niż władza.

©CHIDUSZ 2017


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The Iranians are at the borders

The Iranians are at the borders

AVI ISSACHAROFF


In this Wednesday, Aug. 16, 2006 file photo, a Hezbollah fighter, who refused to be identified, uses binoculars to scan for Israeli forces’ positions, in the outskirts of the southern village of Aitaroun, close to the town of Bint Jbeil. (AP Photo / Mohammed Zaatari, File)

Eleven years have gone by since the outbreak of the Second Lebanon War, which began with the kidnapping of two Israeli soldiers, Ehud Goldwasser and Eldad Regev. It ended 34 days later with a trumpet blast from Hezbollah, which had lost approximately 700 of its troops.

But those losses were a small thing in light of the deaths of 164 Israelis, which constituted part of “the God-given victory” — at least according to the enormous billboards that were placed throughout Lebanon to establish the narrative that many people there, and throughout the Middle East, believed.

Those were the glory days of Hezbollah leader Hassan Nasrallah, who portrayed himself as having faced down the strongest army in the region, striking the State of Israel. Nasrallah was the most admired Arab leader at the time, both within Lebanon and outside, and among Sunnis and Shi’ites alike.

He remains one of the most prominent leaders in the Middle East, but his status among the various Arab countries has declined drastically. Many people, including in Lebanon (except for his Shi’ite supporters), see Nasrallah as a puppet of Iran, rushing to obey the orders of his masters in Tehran. The Arab television networks that were so quick to embrace him following his “victory” over the Israelis, now excoriate him and accuse him and his associates of nothing less than crimes against humanity.

Nasrallah is the main reason for Hezbollah’s participation in the Syrian civil war. While there are quite a few benefits to this, there are disadvantages as well.

After the Islamic State terror group’s defeat in Iraq and the American military’s admission that it is operating in Raqqa, IS’s capital in Syria, Nasrallah has become a critically important part of the victors’ camp, and as such, he gets a share of the spoils.

Hezbollah leader Hassan Nasrallah addresses supporters in Beirut, Lebanon, on November 3, 2014. (AFP/STR)

Although Hezbollah and Syrian President Bashar Assad’s army have retaken large parts of Syria (with help from the Russians), the former is in no hurry to bring its troops back to Lebanon. This has broad significance. Hezbollah’s transitory military positions throughout Syria have become temporary, and the temporary outposts are in the process of becoming permanent, with soldiers’ barracks, prefabricated structures, and everything that indicates an established position or a transition to a permanent presence on the ground.

Nasrallah and his organization are turning Syria into Hezbollah’s backyard as part of Iran’s campaign to create a Shi’ite crescent between Tehran and the Mediterranean Sea. For Israel, this means that Hezbollah, together with Iran, will be able to set up a local Shi’ite army in Syria or on the Syrian Golan Heights — an army that will operate against Israeli targets without making Lebanon pay the price.

Even as decision-makers in Israel proclaim a policy that “Lebanon will pay” for any escalation by Hezbollah, the organization itself could try to draw the fire away from Lebanon and use Syria as the preparation ground for its terror attacks, allowing Hezbollah to have it both ways. The advantages do not end there, though: Hezbollah will have access to, and acquire ownership of, advanced weapons and intelligence formerly in the possession of the Syrian army. It will gain technological equipment, weapons that “violate the balance of power,” and pretty much everything else.

Still, belonging to the winning camp carries with it a heavy, and even a very heavy, price. This has to do not only with the loss of public popularity, but also with the fact that its public, the Shi’ites, must pay so dearly in blood for the saving of Assad. The number of fallen Hezbollah troops is estimated at 1,800 to 2,000. A Syrian journalist published photographs this week of two Lebanese teenagers, about 15 years old, who were killed in battle in Syria as they fought in Hezbollah’s ranks. Approximately 6,000 Hezbollah troops have been wounded.

Fighters of the Shiite Hezbollah terror group attend the funeral of a comrade who died in combat in Syria in the southern Lebanese town of Kfar Hatta on March 18, 2017. (AFP Photo/Mahmoud Zayyat)

read more: The Iranians are at the borders


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Mieli być przyszłością Izraela

Mieli być przyszłością Izraela

KATARZYNA ANDERSZ, MICHAŁ BOJANOWSKI


Kadr z filmu “Children of the Sun”

RODZINY SPOTYKAŁY SIĘ O DOKŁADNIE WYZNACZONYCH PORACH W CIĄGU TYGODNIA. NIEKTÓRE DZIECI WOŁAŁY: „MAMO, TATO!”, NIEKTÓRE ZWRACAŁY SIĘ DO RODZICÓW PO IMIENIU, INNE DO TEJ PORY MÓWIĄ O NICH „BIOLOGICZNI RODZICE”. DO DZIŚ WIELE EMOCJI WZBUDZA TRADYCYJNY, KIBUCOWY SYSTEM WYCHOWANIA, W KTÓRYM DZIECI I DOROŚLI MIESZKALI OSOBNO. O TYM, JAK ŻYŁO SIĘ W KIBUCU OPOWIADA JAEL NEEMAN, AUTORKA WYDANEJ KILKA LAT TEMU W JĘZYKU POLSKIM KSIĄŻKI „BYLIŚMY PRZYSZŁOŚCIĄ”, ORAZ RAN TAL, TWÓRCA PORUSZAJĄCEGO DOKUMENTU „CHILDREN OF THE SUN”.

„Żyliśmy we wszechświatach równoległych, my w społeczności dziecięcej, rodzice wśród starszych.

Przemieszczaliśmy się w masie jak klucze ptaków, jak stada zebr, zawsze w dwóch dużych grupach. Na codzienne spotkania o siedemnastej trzydzieści my, dzieci, szłyśmy wszystkie razem, odprowadzając się nawzajem pod drzwi domu rodziców biologicznych, a po upływie godziny i pięćdziesięciu minut, o dziewiętnastej dwadzieścia, wracałyśmy tą samą ścieżką do domu dzieci, odprowadzane przez rodziców.

My jedliśmy kolację w domu dzieci, oni w stołówce. Przedtem, tuż po naszym urodzeniu, matki zawiozły nas ze szpitala prosto do domu niemowląt, gdzie czekała już na nas opiekunka. Potem przychodziły nas karmić, zawsze razem, w tych samych godzinach. Karmiły jedna przy drugiej. Synchronizacja miała zagwarantować, że żadne dziecko nie dostanie więcej. Ni mniej, ni więcej. Także na układanie nas do snu rodzice przychodzili grupkami. Wolno im było spędzić z nami kwadrans. Nie każdy przychodził, ponieważ większość z nas miała jeszcze rodzeństwo, a we wszystkich domach kładło się dzieci spać o tej samej porze, poza tym wielu rodziców zajętych było budową kibucu i pracą w komisjach”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

Michał Bojanowski: Wychowywałeś swoje dzieci inaczej?

Ran Tal: Dom, który stworzyłem ze swoją żoną, był zupełnie inny od tego, w którym dorastałem. Normalna mieszczańska rodzina z Tel Awiwu.

Lepszy niż ten w kibucu?

RT: Jak każdy rodzic zastanawiałem się, jak wychowywać dzieci. Każde pokolenie robi to, w co wierzy, że jest najlepsze dla ich dzieci, a mimo to po świecie chodzi wielu nieszczęśliwych ludzi. Twórcy kibuców uwierzyli, że mogą stworzyć szczęśliwych i produktywnych obywateli. Nie sposób to osiągnąć w taki sposób, choć nie dziwi mnie, że kogoś ta idea mogła pociągać.

Wierzyłeś, że wychowujesz swoje dzieci we właściwy sposób?

RT: Nie ma czegoś takiego jak właściwy sposób, a jednak czuję, że to, jak ja zostałem wychowany, nie było właściwe. Jeśli rodzina wspiera cię emocjonalnie, daje podstawy do tego, żebyś był gotowy do funkcjonowania w świecie, prawdopodobnie będziesz w miarę szczęśliwym człowiekiem, choć i to nie zawsze działa. Mam nadzieję, że dałem swoim dzieciom dobre podstawy – wsparcie, miłość, zrozumienie.

Tego brakowało wam najbardziej w kibucu?

Yael Neeman: Czasami, kiedy patrzyłam na to, jak jacyś rodzice opiekują się swoim chorym dzieckiem, robiło mi się przykro.

„Tylko raz widzieliśmy węgierską dziewczynkę w naszym wieku. Była to kuzynka Idit, która niespodziewanie przyjechała latem w odwiedziny. Nosiła białą haftowaną bluzkę, dokładnie taką jak te, które przysyłano nam w paczkach z zagranicy. Wyjmowaliśmy je z kartonów i od razu zanosiliśmy do magazynu ubrań, by stały się galowym strojem należącym do wszystkich dzieci i wróciły do nas, gdy przyjdzie nasza kolej, żeby raz do roku pojechać z rodziną biologiczną do kibucowego mieszkania przy ulicy Szejnkina w Tel Awiwie”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

Nie mogło to być szczęśliwe dzieciństwo.

YN: Nie mam dzieci, ale i ja, i moi znajomi wychowani w kibucu dostrzegamy tutaj paradoks. Mieliśmy bardzo szczęśliwe dzieciństwo, ale żadne z nas nie chciałoby wychowywać swoich dzieci w kibucu. Jaki w tym sens?

Dlatego wszyscy wyjechaliście.

YN: Oprócz jednego mojego brata, który został. Jednak kibuc teraz nie przypomina miejsca, w którym dorastaliśmy. Dzieci mieszkają z rodzicami. Opuściliśmy kibuc, ale przestał on w międzyczasie istnieć.

„To właśnie odchodzenie młodzieży, a nie kwestia wspólnego nocowania, spowodowało rozłam w kibucach. Rodzice załamywali się, nie mogąc pomóc.”

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

Dlaczego w swojej książce posługujesz się zwrotem „rodzina biologiczna”, „biologiczni rodzice”?

YN: W kibucu nie znajdziesz na drzwiach tabliczki: „tu mieszka taka a taka rodzina”. Rodzin nie ma. Są rodzice – osobno, i dzieci – także osobno. Zależało mi na tym, żeby to podkreślić.

Zwracaliście się do rodziców po imieniu?

RT: Nie, zwracałem się do nich mamo i tato. Kibuce należały do różnych ruchów, były tam różne zwyczaje. U nas mówiło się po staremu.

Po skończeniu szóstej klasy przenoszono was do innej szkoły i do domu wracaliście tylko na weekendy. Piszesz, że nawet nie miałaś potrzeby odwiedzać swoich rodziców, nie tęskniłaś za nimi. To normalne w pewnym wieku, ale chyba nie w tak młodym?

YN: Od wczesnego dzieciństwa byliśmy bardziej samodzielni i niezależni.

„Teraz w naszych pokojach panował nieład, żadne ubranie nie trafiało do szafy. Przez okrągły rok chodziliśmy wyłącznie w kapciach, jedliśmy tosty opiekane na krajowych piecykach naftowych marki Fireside.

Kiedyś jedna z opiekunek powiedziała:

– Dość, to zaczyna być niebezpieczne!

Wylała dwadzieścia wiader wody na podłogę w pokoju mojego brata Jaira, starszego ode mnie o pięć lat, i zostawiła go z trzema współlokatorami, żeby to posprzątali.

– Teraz nie macie wyjścia! – wrzeszczała. – To was nauczy porządku!

Mój brat z kolegami udali się jednak do warsztatu mechanicznego, gdzie przez bite dwanaście godzin konstruowali system drewnianych mostów. Następnie zamontowali go nad lustrem wody. Łączył ich pokój na końcu korytarza z klasą, przechodził wysoko nad betonowym placykiem między budynkiem mieszkalnym a lekcyjnym i nad rozległym trawnikiem. Wieczorami schodziliśmy się wszyscy podziwiać tę imponującą konstrukcję podświetloną kolorowo przez inny zespół z ich grupy, złożony z matematyczno-fizycznych geniuszów. Kiedy po tygodniu woda wyparowała, mosty zdemontowano, a drewno wzięliśmy na ognisko”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

Kadr z filmu “Children of the Sun”

czytaj dalej tu: Mieli być przyszłością Izraela


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Anti-Semitism Is Creeping Into Progressivism

Anti-Semitism Is Creeping Into Progressivism

Jonathan A. Greenblatt


Getty Images

Organizers of a gay pride parade in Chicago ejected three people carrying pride flags emblazoned with a Jewish Star of David. Subsequent bizarre statements attempting to rationalize their action, claiming that Zionism is “an inherently white supremacist ideology” only exacerbated the sense that the organizers were deaf to the concerns of the Jewish community and engaged in anti-Semitism — denying Jews the same rights that were extended to other participants, basically to celebrate their identities as Jewish queer women.

While this incident could be dismissed as one fringe group in one city, the fact is that it does represent a wider school of thought that is fueling a trend of creeping anti-Semitism among some segments of the political left.

Over the past year, we have seen other examples that have raised eyebrows as intersectional intolerance has sprung up among the progressive community. Similar stories to the one in Chicago were reported at the Celebrate Israel Parade in New York City earlier this month.

Last summer, a plank in the platform of the Movement for Black Lives bizarrely accused Israel of genocide.

Linda Sarsour, a leader of the women’s rights movement, has lambasted Zionism as incompatible with feminism and advocates for the exclusion of pro-Israel Jews from activist groups. And some in the anti-Israel movement have accused Israel of “pink-washing,” claiming that Israel and its supporters celebrate freedoms enjoyed by the LGBTQ community in Israel to divert attention from Israel’s treatment of the Palestinians.

For an organization like the Anti-Defamation League, which was founded both to combat anti-Semitism and protect the Jewish people but also to secure justice and fair treatment to all Americans, these manifestations are upsetting. Frustration with particular Israeli policies does not excuse an irrational hatred of Jewish people who support its existence. But this occurs all too frequently, which provides an opportunity to make clear certain moral and practical distinctions.

For starters, the agenda of the civil rights community is the agenda of ADL. We are committed to this work because it is core to our mission.

For example, we do not agree with every tenet in the Black Lives Matter platform. We were outraged by the baseless accusations made against Israel in the M4BL platform released last summer. However, we find common cause with many in the BLM movement around the quest to achieve educational equity, end the school-to-prison pipeline and stop the use of excessive force and the killing of unarmed African Americans by some in law enforcement.

In the case of the Muslim community, we work to combat discriminatory laws such as the Muslim Ban, to call out Islamophobia whenever it happens, such as the recent use of scare tactics to stoke fear that Sharia law is taking over this country and to promote greater understanding of their faith through intergroup work.

And regarding the LGBTQ community, we were proud to stand against discrimination of HIV/AIDS patients decades ago and, more recently, to champion marriage equality. We continue to fight housing and workplace discrimination targeting people based on who they love or how they self-identify their gender. And while great progress has been made in recent years, we continue to resist efforts to turn back the clock under the guise of religious freedom.
On the other hand, when hatred comes from individuals in those very communities or organizations for whom we advocate, we are duty bound to raise our voice. In recent times, anger over specific policies of the Israeli government has been used by some activists to excuse broad anti-Semitism directed at members of the Jewish community. In some cases, we have seen painful rhetoric unfold on college campuses or outright exclusion of self-identified Jews from progressive circles simply because of their faith. All of it is inexcusable.

At ADL, we work with various communities not only because it is the moral thing to do but also because our freedoms are bound to theirs. That said, even as we fight alongside other groups on issues of mutual concern, we should not sacrifice our principles, and we will forcefully denounce those who would slander our community and resort to stereotypes.This does not mean we need absolute ideological alignment with every prospective partner. But it does mean that we need to draw lines in a clear manner — and demand that our allies observe those fundamental values that we also seek to live by: equality, fairness and respect for all.


Greenblatt is CEO and National Director of the Anti-Defamation League


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com