Archive | September 2017

2 Hamas fighters die in separate Gaza tunnel collapses

2 Hamas fighters die in separate Gaza tunnel collapses

FP and TOI STAFF


Terror group confirms deaths of two members of its armed wing overnight; security source says incidents took place in Gaza City, Khan Younis

Screenshot from an Iranian TV report purporting to show a new Hamas tunnel that reaches into Israeli territory, June 28, 2015. (Screenshot/Al-Alam)

Two Hamas fighters died in separate tunnel collapses in the Gaza Strip overnight, the Palestinian terror organization, which controls the territory, said on Friday.
Khalil al-Dimyati, 32, and Yusef Abu Abed, 22, were killed after two “resistance tunnels” collapsed, Hamas said, referring to tunnels used for military purposes.

It did not give details of the locations or causes of the collapses, but confirmed the two men were members of Hamas’s armed wing.
A security source said one collapse was in Gaza City, while the other was near the city of Khan Yunis.

Hamas has run Gaza for a decade and fought three wars with Israel.

Hamas has built a network of tunnels inside Gaza, as well as some under the Israeli border.

During the last round of conflict in 2014, the terror group carried out several deadly attacks on Israeli soldiers using its cross-border network.

Other tunnels are used for smuggling from Egypt, although many have been destroyed by the Egyptian authorities in recent years.

Several dozen Hamas members have died in tunnel collapses in the past year.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Warszawa Władysława Szpilmana

Warszawa.Wyborcza.plWarszawa Władysława Szpilmana

Jerzy S. Majewski


Władysław Szpilman, / http://theycutthepower.com/t-shirts/wladyslaw-szpilman-t-shirt#jp-carousel-2877

Zielna, Sienna, Śliska, Żelazna, Leszno, Karmelicka, Nowolipie. To świat, w którym przyszło żyć Władysławowi Szpilmanowi w latach 1940-43.

Był to świat śmierci i braku nadziei ograniczony ceglanym murem wokół getta. Władysław Szpilman grał w lokalach getta zamienionych na sale koncertowe, a tuż obok – na chodnikach, przed wejściami do kawiarni Sztuka czy Nowoczesnej – umierali ludzie. Pianista uniknął losu swoich współbraci. Zdołał uciec i ukryć się w dzielnicy aryjskiej, gdzie w ukryciu doczekał wyzwolenia Warszawy. Przedstawiamy miejsca w getcie, w których mieszkał, pracował i w których bywał.

W gmachu radia – Zielna 25 i 27

(dziś stoi tu nowa hala targowa na placu Defilad)

W maju 1929 Polskie Radio ulokowało się w kamienicy przy Zielnej 27. Z czasem zaczęło też wynajmować pomieszczenia w ogromnej siedzibie Związku Pracowników Handlowych i Biurowych przy Zielnej 27. W budynkach mieściły się studia nagrań. Tutaj też do września 1939 r. pracował Władysław Szpilman. “23 września grałem po raz ostatni przed mikrofonami radia. W drzwiach spotkałem prezydenta Starzyńskiego. Był niedbale ubrany, nieogolony, a na jego twarzy rysował się wyraz śmiertelnego zmęczenia. Tego dnia miałem grać Chopina. Bomby spadały co chwilę w bezpośredniej bliskości studia, okoliczne zaś domy stały w płomieniach” – wspominał.

W mieszkaniu na Śliskiej

(dziś znajduje się tu park przed Pałacem Kultury – od ul. Świętokrzyskiej)

Władysław Szpilman mieszkał z rodzicami w kamienicy przy Śliskiej. Przed wrześniem 1939 r. mieszkanie znajdowało się w centrum miasta. Zaledwie kilka minut drogi od Marszałkowskiej. Było też blisko gmachu radia na Zielnej. Po utworzeniu dzielnicy żydowskiej w 1940 r. dom na Śliskiej znalazł się w granicach małego getta. Rodzina Szpilmana opuściła mieszkanie latem 1942 r., gdy małe getto zostało zlikwidowane.

Nowolipki 10

Zimne i gorące zakąski, ogrzana sala. W kawiarni Nowoczesnej grywała orkiestra Artura Golda. Tu Szpilman zaczął karierę wojennego pianisty.”Tam przychodzili ci bogaci, obwieszeni złotem, błyszczący od brylantów, i tam jaskrawo uszminkowane damy przy zastawionych łakociami stołach, w rytm strzelających korków od szampana oferowały swe usługi spekulantom wojennym. W Nowoczesnej nikt nie poświęcał mojej muzyce uwagi. Im głośniej grałem, tym głośniej rozmawiano. Jeden gość poprosił mnie przez kelnera, bym na krótko przerwał grę, gdyż nie pozwalała mu sprawdzić czystości dźwięku odkupionych właśnie od kogoś złotych dwudziestodolarówek”. Sprzed witryny Nowoczesnej odpędzano umierających na chodniku żebraków.

Kawiarnia Nowoczesna na Siennej 16

(dziś jest tu parking przed Pałacem Kultury od północy)

Była to kawiarnia Tatiany Epstein. Usługiwały w niej panie z najlepszego towarzystwa.

Szpilman przeniósł się tu z Nowoczesnej. Atmosfera była inna. W kawiarni bywała inteligencja. Ludzie przychodzili, by słuchać muzyki, zaś Szpilman utrwalał tu swą pozycję cenionego muzyka. Tutaj m.in. poznał Janusza Korczaka i znakomitego malarza Romana Kramsztyka. “Kramsztyk, pracował nad wspaniałym cyklem grafik, przedstawiającym życie w obrębie murów getta, nie przeczuwając, że później zostanie zamordowany i że duża część tych rysunków zaginie”.

Kawiarnia Sztuka – Leszno 2

(dziś jest tu jezdnia ulicy Andersa przy al. “Solidarności”)

Spośród wszystkich lokali getta kawiarnia Sztuka wyróżniała się poziomem artystycznym, był to też największy lokal w getcie. Miał nawet ogródek. Ludzie zamknięci za murami tu mieli dostęp do wielkiej sztuki. To tu działał kabaret literacki stworzony przez poetę Władysława Szlengla i śpiewały Wiera Gran i Marysia Ajzensztadt (Eisenstadt), która zdaniem Szpilmana stałaby się bardzo sławna i znana milionom ludzi, gdyby nie została zamordowana przez Niemców. Szpilman grał tu m.in. w duecie z Andrzejem Goldfederem, odnosząc wielki sukces. Szpilman z Goldfederem planowali koncert w Sztuce jeszcze 25 lipca 1942 r. Nie doszło do niego, gdyż Niemcy prowadzili już wielką akcję wywożenia mieszkańców getta do obozów zagłady.

Ulica Karmelicka

Szpilman, grając w Sztuce czy Pod Fontanną, codziennie przemierzał drogę ze Śliskiej w małym getcie przez most nad Chłodną, Żelazną i Leszno. Gdy pracował w Nowoczesnej na Nowolipiu w głąb dużego getta szedł Karmelicką.

“Nieocieranie się o przechodniów było tu niemożliwe. Gęsta masa ludzka nie szła, lecz parła i przeciskała się do przodu. Codziennie jeździły tędy więzienne auta. Przewoziły więźniów Pawiaka. Gdy skręcały w Karmelicką, tak zatłoczoną, że ludzie nie mogli się ukryć w bramach domów, Niemcy wychylali się z aut i bili na oślep tłum pałkami. Nie byłoby to groźne, gdyby były to normalne pałki gumowe, do tych jednakże, których używali, przyczepione były gwoździe i żyletki.”

Umschlagplatz

(Dziś stoi tu osiedle mieszkaniowe Stawki)

Dla większości Żydów z warszawskiego getta było to miejsce, skąd w bydlęcych wagonach wyruszali w swą ostatnią podróż do obozów zagłady. Szpilman na Umschlagplatzu znalazł się wraz z rodziną 16 sierpnia 1942 r. Zdołał uciec z rampy kolejowej. Tutaj też widział, jak w wagonach znikają jego rodzice, brat i siostra.

GDZIE UKRYWAŁ SIĘ SZPILMAN?

W odróżnieniu od budynków na terenie dzielnicy żydowskiej wszystkie miejsca, w których pianista ukrywał się po ucieczce z getta, przetrwały do dziś.

Noakowskiego 10

(13-27 luty 1943 r.)

Pierwszy dom, w którym Szpilman zamieszkał po ucieczce z getta 13 lutego 1943 r. Ukrywał się tu w dwóch mieszkaniach – w atelier kompozytora Piotra Perkowskiego, a potem w mieszkaniu inż. Gębczyńskiego.

Puławska 83

(27 luty-12 sierpnia 1943 r.)

Tu mieszkał w nieużywanej kawalerce dyrygenta Czesława Lewickiego.

12 sierpnia 1943 r. został odkryty przez sąsiadów, którzy chcieli wydać go Niemcom.

Al. Niepodległości 227-233

(21 sierpnia 1943 r.-12 sierpnia 1944 r., 30 sierpnia-ok.16 listopada 1944 r.)

Tu Szpilman spędził ponad rok w pustym mieszkaniu Heleny Lewickiej. W kryjówce doczekał wybuchu Powstania Warszawskiego. Odmówił zejścia do piwnicy z innymi. To go prawdopodobnie uratowało. W sierpniu Niemcy spalili budynek.

Gmach MON, al. Niepodległości 218

(13 sierpnia-30 sierpnia 1944 r.)

13 sierpnia Szpilmanowi udało się wślizgnąć do budynku. Spędził tu kilka dni, śpiąc w składnicy złomu.

Dom przy al. Niepodległości 217

(ok.16 listopada 1944 r.-17 stycznia 1945 r.)

Zajęty przez żołnierzy niemieckich. Tu spotkał oficera niemieckiego, który mu pomógł, tutaj też doczekał wyzwolenia Warszawy.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


When Islamic ‘occupation of Europe’ becomes a reality

When Islamic ‘occupation of Europe’ becomes a reality

Noah Klieger


Op-ed: If Western European countries fail to wake up soon, they may find out within several decades—or maybe even by the end of the century—that the Muslims have become a majority in the population. The jihadists’ terror attacks in the continent are just the beginning.

Allow me to paraphrase a statement made by the late Elie Wiesel. While it’s true, he said, that not all the Germans murdered Jews—all the victims were Jewish. While it’s true that not all the Muslims are jihadists or terrorists, all (or at least an overwhelming majority of) the victims of the killing sprees across Europe are Christians (the Jews have not been a target so far, but rather a “by product”—random victims).

In the Middle East, terror organizations have been fighting each other—and Israel—for years, but this is only the situation in our region. What is the goal of the different jihadist organizations—the Islamic State, al-Qaeda and their likes—concerning Europe? To return to a situation that existed in the not-so-distant past in a number of countries in Europe, following the Ottoman Empire’s occupation expeditions. In other words, their declared aspiration is an Islamization of Europe and an elimination of “the heretics.”

Scene of recent terror attack in Barcelona. There is no, and never will be,
justification for terrorism—and to hell with political
correctness (Photo: AFP)

But Islam doesn’t necessarily need murderous terror attacks to take over the continent. Any intelligent person understands that if Western European countries fail to wake up soon, they may find out within several decades—or maybe even by the end of the century—that the Muslims have become a majority in the population. Not only is the natural growth among Muslims much higher (some say 10 times higher) than the natural growth of any other group in the population, but huge waves of immigration from Islamic countries in Africa and the Middle East keep flooding the continent. If this immigration continues, the portend of “an occupation of Europe” will turn into a reality.

Let’s take Britain, for example. Islam is today the second biggest religion in the country, every third child who is born there is given the name “Muhammad” in its different variations, and the Muslim communities in its main cities are only growing. Some of them have Muslim quarters that are essentially run as autonomies.

Many of the millions of Muslims living in the kingdom are second- and third-generation immigrants from countries that used to live under the rule of the “Empire” and whose residents automatically received a British citizenship. For example, the parents of Sadiq Khan, London’s Muslim mayor, arrived in Britain from Pakistan in the 1960s. Khan is an example of a successful integration, but he is not the exception that proves the rule. By the way, in a survey conducted about a year ago only 44 percent of London’s residents described themselves as “white British.”

Statements, protest marches or attempts to engage in a dialogue with imams will do no good when it comes to terror. The only thing that will work in this case are drastic measures making it possible to thwart attacks before they take place, even if they involve a violation of what the West refers to as “human rights.” Instead of “neutralizing” terrorists and prosecuting them after they carry out an attack, doing everything—and at all costs—to prevent the execution of a terror attack.

Hundreds of British Muslims who fought on behalf of ISIS in Syria and Iraq have returned to Britain recently. They are “ticking bombs” in their country. As someone who has been closely following the situation in Europe for years, I have often encountered explanations from different “experts” trying to find “extenuating circumstances” for the “internal” terrorists’ motives—from “cultural maladjustment” through “integration problems” to different mental difficulties. They have apparently failed to comprehend that there is no, and never will be, justification for terrorism—and to hell with political correctness.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The world is about to see the truth about Jerusalem

The world is about to see the truth about Jerusalem

 



It seems that the more the world tries to deny the Jewish connection to Jerusalem, the more discoveries are found that prove the world wrong.

In this video, seals were excavated from the late FIRST TEMPLE period!!

You can’t make this stuff up – see it for yourself!

How many more discoveries need to be made before the world sees the truth?

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Sarcia Skarpeciara, Blond Jadźka, Kulawa Dwojra i inne dziewczyny z dzielnicy


Sarcia Skarpeciara, Blond Jadźka, Kulawa Dwojra i inne dziewczyny z dzielnicy

Piotr Nazaruk



„Płeć? Żeńska. Już niejednokrotnie w mem życiu żałowałam tego” – tymi słowami 20-letnia wówczas „pani Zosia”, wychowawczyni w Ochronce Żydowskiej w Krakowie rozpoczęła swoją historię, nadesłaną w 1934 roku na konkurs autobiografii żydowskiej młodzieży. Życie kobiet w przedwojennej Polsce nie było usłane różami, a w mieście tak biednym jak Lublin więcej niż szczęścia było w nim łez i goryczy. Wśród Żydów, szczególnie tych tradycyjnych, ciężar utrzymania całej rodziny spoczywał często na barkach Żydówek. Ile te barki mogły unieść, nie uniósłby żaden ze sławnych przed wojną tragarzy. Ale i one z czasem słabły, a coraz to nowe razy i nędza nierzadko popychały je do ostateczności.

Zniszczone i połamane fotografie przedstawiające anonimowe kobiety. Z kolekcji szklanych negatywów z Rynku 4

Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?

Gorzką historię pewnej Sarci Skarpeciary z Bychawskiej wiosną 1928 roku opisała gazeta „Lubliner Tugblat”. Kiedy Sarci zmarła matka, a ojciec wyjechał do Warszawy, gdzie najął się do służby u zastępcy rabina, ona – dziewczątko pewnie trzynasto, góra czternastoletnie – przyuczyła się robienia skarpet. Całymi dniami plotła skarpety i pończochy, by ze swojej skromnej pensyjki utrzymać siebie i dwie młodsze siostrzyczki. Z czasem zaczęła doskwierać jej jednak samotność i właśnie wtedy w jej życiu pojawił się niejaki P–N. Nie miał żadnego fachu i każda praca była mu obcą. Twierdził, że robotnik jest nikim i skazany jest na życie w nędzy, więc nigdy nie zamierzał pracować. Przekonanie to wyniósł z domu i to nie byle jakiego. Pochodził bowiem z „wyższych sfer”, był może wnukiem albo prawnukiem jakiegoś rabina, może krewnym rzezaka albo po prostu synem gorliwego chasyda. Tak czy inaczej zawrócił dziewczynie w głowie. Dlaczego miałby nie być moim chłopcem? – myślała sobie Sarcia – Pochodzi przecież ze szlachetnej rodziny, a szlachetne serce – jak stale powtarzała jej matka – jest cenniejsze od szlachetnych kamieni. Dziewczyna wzięła go do siebie, żywiła go, łożyła na jego utrzymanie i dawała mu kieszonkowe. „Małego księcia” trzeba było przecież ubrać, wysłać czasem do kina czy teatru i zapewnić wszystko inne, czego potrzeba chłopcu – jak sądziła – w jej wieku. Sąsiedzi z Bychawskiej plotkowali co prawda, że „chłopiec” wygląda raczej na wyrośniętego „chłopa”, ale serce zakochanej dziewczyny pozostawało głuche na tego rodzaju uwagi.

Minęło 8 lat. On doskonalił się w szlachetności, a ona dalej niestrudzenie plotła skarpety. Któregoś dnia chłopak oświadczył, że dość już się ze sobą nachodzili i czas pomyśleć w końcu o ślubie. Ją co prawda od dawna uwierało już to długie narzeczeństwo, ale wstydziła się przyznać, że chciałaby wyjść za mąż. Dziewczyna wyłożyła kilkaset ciężko zarobionych i z trudem zaoszczędzonych złotych. Kilkaset – odkładanych latami z pensji służącego – przysłał jej ojciec i tym sposobem młody „szlachcic” dostał do kieszeni całkiem pokaźną sumkę, za którą miał wszystko zorganizować. Ale kiedy niedoszły pan młody zaczął prowadzać się z taką ilością gotówki, poczuł się doprawdy jak nie byle kto. Doszedł do wniosku, że jest coś na rzeczy w tym, co mówi jego mądra i szlachetna mama, że czas już zerwać z tą pokojówczyną, córką służącego i nędzarką. Jest wszak złotym, szlachetnym młodzieńcem, a takiego towaru jak on szuka się ze świecą! Niby dlaczego – powtarzał w głowie słowa mamy – ma wydać całe to „jego” bogactwo na pierwszą lepszą, w dodatku byle skarpeciarę? Powinna raczej dziękować Bogu, że wytrzymywał z nią przez ostatnie 8 lat.

W lutym 1928 roku szlachetny P–N w tajemnicy przed Sarcią zaręczył się w Kurowie. Uzyskał nareszcie porządną narzeczoną i jeszcze porządniejszy posag (nie jakiś kilkusetzłotowy bilon), a do tego pokój z kuchnią u teściów, wikt i opierunek i co tylko trzeba na kilka lat z góry. Za pieniądze od Sarci kupił narzeczonej z Kurowa złoty łańcuszek, drogi pierścionek z kolorowym oczkiem i inne prezenty, na które zasługiwała porządna dziewczyna. Jego mama, która miała nie tylko głowę na karku, ale i żyłkę do interesu, poradziła „chłopcu”, by pod różnymi pretekstami dalej wyciągał od Sarci pieniądze, a jeśli „skarpeciarzyna” się o nie kiedykolwiek upomni, odda jej nawet z procentem po ślubie. Rzecz jasna w Kurowie.

Intryga w końcu wyszła na jaw. Kiedy uboga Sarcia dowiedziała się, co chłopak zrobił z jej pieniędzmi i sercem, chwyciła butelkę stężonego kwasu octowego – wówczas taniego i łatwo dostępnego eliksiru samobójczyń. Historia potoczyłaby się inaczej, gdyby nie młodsza siostra, która w ostatniej chwili powstrzymała ją przed wypiciem esencji. Kiedy Sarcia się uspokoiła i przemyślała wszystko, postanowiła, zamiast pogrążać się w rozpaczy, dochodzić sprawiedliwości. Następnego dnia jej młodsza siostra przypadkiem spotkała na ulicy niedoszłego szwagra i zażądała natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Nieźleś urządził swoją pannę – zawołała – szkoda tylko, że za pieniądze mojej siostry! Mogłeś za nie kupować prezenty i jechać do Kurowa na zaręczyny, to z posagu możesz oddać siostrze dług. Po chwili pojawiła się również Sarcia, która rzuciła pod jego adresem kilka naprawdę gorzkich obelg. Szlachetnemu P–N bardzo nie w smak były te zaczepki, zawołał więc na pomoc swoją siostrę, która pięścią dała dziewczynom do zrozumienia, że takich chłopców bezkarnie się nie obraża. Obie wróciły do domu z podbitymi oczami, a artykuł, o który poprosili redakcję „Lubliner Tugblat” sąsiedzi z Bychawskiej, ukoił może część urażonej dumy, ale na pewno nie złamane serce.

Prawo pożądania

Zaledwie kilka miesięcy później prasa żyła historią innej dziewczyny. W lipcu 1928 roku w Warszawie gruchnęła wiadomość, że zwolniono z aresztu kilku handlarzy kobiet, za których poręczyła niejaka Blond Jadźka. Wśród aresztowanych a następnie zwolnionych byli Chaim Brudas, Abram Marczyk (herszt szajki, szerzej znany jako Tokarz), Mojsze Aszer (Mojsze Tof) i jego brat Lejzor Aszer (Szczapa), wszyscy na stałe mieszkający w Argentynie. Ostatni z nich miał być „koszernym” mężczyzną Blond Jadźki, który wyratował ją od nierządu i uwolnił od warszawskiego alfonsa Chaima Sapirsztajna, czyli Wysokiego Hermana. Cała ta historia była zdaje się zmyślona lub przekręcona i służyła wyłącznie uwolnieniu bandytów, z którymi dziewczyna była w jakiś niezdrowy sposób związana. Stołeczny „Unzer Express” donosił, że Blond Jadźka była w Warszawie znaną osobistością. Zimą jej „główna stacja” znajdowała się przy ulicy Bielańskiej, a latem obsługiwała linię Otwock-Falenica-Warszawa, gdzie po zawarciu stosownych znajomości osiągała przychody za sprawą swojego ciała. Dziewczyna, jak pisała gazeta, była rodem z Lublina. Jej ojciec miał być bogatym kupcem manufakturowym i chasydem, brat rabinem a szwagier szojchetem. Mimo że ojciec trzymał ją krótko, dziewczyna w końcu uciekła. Jeszcze w Lublinie poznała alfonsa, który podawał się za porządnego obywatela Buenos Aires, pragnącego poznać dziewczynę, pójść z nią pod chupę i wrócić do Argentyny. Blond Jadźka uwierzyła, ukradła ojcu biżuterię i uciekła z narzeczonym do Warszawy. Po trzech miodowych miesiącach mężczyzna zaczął ją bić i wysyłać na ulicę, a od oprawcy uwolnił ją właśnie Szczapa.

Dziennikarze „Lubliner Tugblat” podpytali w mieście o Blond Jadźkę, a jej historia – mimo że mniej spektakularna – okazała się w rzeczywistości jeszcze smutniejsza. Pochodziła z ortodoksyjnej lubelskiej rodziny, ale nie było tam ani rabina, ani szojcheta. Jej ojciec, noszący się tradycyjnie w długiej brodzie i kapocie, nie był żadnym bogaczem i nie handlował wyrobami manufakturowymi, ale czym popadło. Biżuterii mu nie ukradła, bo niczego takiego w ich domu nie było. Mieszkali przy ulicy Bramowej, a Jadźka – wysoka dziewczyna o blond włosach i czarnych, połyskujących oczach – od dzieciństwa wymykała się i włóczyła z okolicznymi prostytutkami. Już jako ulicznicę spotkać ją można było najczęściej pod jej własnym domem. Powieki malowała na modne kolory, włosy upinała nowocześnie do góry, a klientów zapraszała do domu publicznego, mieszczącego się w kamienicy jej ojca. Ponieważ była ładna i młoda, z jej usług korzystali najprzystojniejsi mieszczanie. Bywała w ich domach, biurach, jeździła z nimi na Sławinek albo po hotelach… Kiedy i w jakich okolicznościach wpadła w sidła szajki handlarzy kobiet, co tak naprawdę łączyło ją ze Szczapą i Wysokim Hermanem, nie wiadomo. Czy to właśnie Szczapa nie był przypadkiem tym, który zwabił ją do Warszawy, a sprawa z Hermanem nie była od początku do końca zmyślona? „W Lublinie – konstatowali dziennikarze »Tugblatu« – Jadźka pełniła rolę 2-złotowej dziewczyny, ale w Warszawie została prawdziwą gwiazdą”.

Prostytucja wśród ubogich kobiet była przed wojną ogromnym problemem. Praktycznie wszystkie boczne uliczki lubelskiego Starego Miasta pełne były dziewczyn, które z braku innych perspektyw zostawały ulicznicami. Pracy nie było, za szkołę trzeba było słono płacić, rodzice często zostawiali dzieci samym sobie, klientów natomiast nie brakowało i pieniądze z prostytucji były na wyciągnięcie ręki. Dalsze losy Blond Jadźki pozostają nieznane, ale banda, z którą się związała należała w owych czasach do jednej z najlepiej zorganizowanych i najgroźniejszych szajek handlarzy żywym towarem. Wspomniany Abram Tokarz pojawił się w Warszawie z zawrotną sumą 80 tysięcy dolarów, za które miał organizować przemyt kobiet do Argentyny na masową skalę. On i jego wspólnicy pod pozorem małżeństwa wywozili młode dziewczyny za ocean, ale zamiast do lepszego życia trafiały do spelun i domów publicznych.

Przerwane objęcia

W 1938 roku lubelska prasa opisała inną historię…

czytaj dalej tu: Sarcia Skarpeciara, Blond Jadźka….


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com