Archive | July 2018

JEDWABNE I PAMIĘĆ NARODOWA

JEDWABNE I PAMIĘĆ NARODOWA

MICHAŁ OKOŃSKI


Dlaczego umownej „naszej stronie” sporu nie udało się przekonać rodaków, że elementem polskiego dziedzictwa są i Westerplatte, i Jedwabne?

Zniszczony pomnik upamiętniający ofiary mordu na Żydach – jego ogrodzenie stoi na obrysie dawnej stodoły, w której zostali spaleni. Jedwabne, 1 września 2011 r. / Fot. ARTUR RESZKO / PAP

Dr Jarosław Szarek oczywiście świetnie wie, co wydarzyło się 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem. Podobnie jak wie o tym człowiek, od którego zależał wybór krakowskiego historyka na prezesa IPN, Jarosław Kaczyński.

W wywiadzie dla blogerów Salonu24, w lutym 2008 r., szef PiS – choć Jana Tomasza Grossa nazwał człowiekiem owładniętym „antypolską manią” – mówił, że już w dzieciństwie słyszał o antyżydowskich zbrodniach z udziałem Polaków. Zresztą nie mieszajmy do tego autora „Sąsiadów”: niezależnie od badań historycznych dochodzenie w sprawie okoliczności śmierci żydowskich mieszkańców Jedwabnego prowadził w wolnej już Polsce pion śledczy IPN, a ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński decydował np. o ekshumacji ofiar. Niemcom w tej zbrodni przypisano sprawstwo sensu largo (w znaczeniu ogólnym), natomiast sprawcami sensu stricto byli polscy mieszkańcy miasteczka i okolic. To oni wyprowadzili Żydów na rynek, to oni upokarzali ich, bili, zabijali i grabili, to oni zamknęli ich w stodole Bronisława Śleszyńskiego i to oni ją podpalili. Rola Niemców ograniczała się w najlepszym razie do inspiracji, dania sygnału, że ludność żydowska jest wyjęta spod prawa, być może także do asystowania wydarzeniom; trudno jednak mówić – jak się wyraził dr Szarek – o działaniu pod niemieckim przymusem.

Wiadomo: zbrodni tej nie dokonano w imieniu polskiego państwa, a jej sprawcy – nie dość, że mordowali swoich współobywateli – przyczyniali się do realizacji nazistowskiego planu „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej. Oto dlaczego na podstawie wydanego w sierpniu 1944 r. dekretu o kolaboracji z okupantem część z nich stanęła przed sądem już w komunistycznej Polsce. Nie byli zresztą wyjątkiem: w wydanym przez IPN studium „Wokół Jedwabnego” mowa o sprawach sądowych dotyczących aktów przemocy wobec Żydów w 23 miejscowościach Łomżyńskiego i Białostocczyzny, m.in. Goniądza, Radziłowa (tam również ofiary pogromu spalono w stodole), Wąsosza i Wizny.

Odpowiedź na pytanie, co doprowadziło do zbrodni, jest oczywiście złożona – i nie sposób pominąć w niej prosowieckich zachowań części ludności żydowskiej w latach 1939-41. Ale, po pierwsze, podobnie nie sposób pominąć tego, co owe zachowania wywoływało – narastającego w latach 30. w II RP antysemityzmu oraz obecnego wówczas w nauczaniu Kościoła antyjudaizmu. Nie sposób też nie wspomnieć o wyjątkowo silnym wpływie endecji na Łomżyńskie i o tym, że wsparcie Kościoła dla akcji „unarodowienia handlu” było tam silniejsze niż w innych rejonach kraju. Nie sposób nie mówić o chęci rabunku żydowskiego mienia – ułatwionym przez moment „próżni władzy”, gdy Sowieci już uciekli, a kolejny okupant nie zaprowadził jeszcze nowych porządków. Po drugie i ważniejsze: wszystko to, choć może tłumaczyć motywy morderców, nie zmienia prostego faktu. Byli mordercami.

Osobną zupełnie kwestią jest, dlaczego dr. Szarka przerosło wypowiedzenie tych kilku prostych zdań. Dlaczego, mimo iż od ujawnienia zbrodni oraz wywołanej tym debaty o nieporównywalnej z niczym intensywności upłynęło kilkanaście lat, próba obrony tzw. dobrego imienia Polski (światowe reakcje z ostatnich dni pokazują, że mamy raczej do czynienia ze szkodzeniem dobremu imieniu) wciąż jest skutecznym paliwem politycznym i – jak widać również po słowach Andrzeja Dudy w debacie z Bronisławem Komorowskim – gwarancją kariery. Dlaczego umownej „naszej stronie” sporu nie udało się przekonać rodaków, że elementem polskiego dziedzictwa są i Westerplatte, i Jedwabne? Czas, w którym „tamta strona” próbuje przekonywać, że ziemia jest płaska, nie sprzyja oczywiście rachunkowi sumienia (np. za zaniedbania edukacyjne, ale też paternalizm i traktowanie oponentów jako „ciemnogrodu”), kiedyś jednak trzeba będzie pomyśleć także o nim. ©℗


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


German Jewry: A Bleak Future

German Jewry: A Bleak Future

Benjamin Weinthal


Demonstrators at the annual al-Quds day march in Berlin. (Photo: Montecruz Foto)

To understand the plight of Jews in Germany, it worth considering a few outbreaks of contemporary anti-Semitism and the largely indifferent response to Jew-hatred from mainstream society.

In early June, a Jewish teen named Jonathan was playing an Israeli song — “Tel Aviv,” sung by Omer Adam—in Berlin’s Bahnhof Zoo subway station. Three Arab Germans heard the words “Tel Aviv” and confronted Jonathan and his friends.

One of the Arab men told Jonathan—after confirming that he was Jewish via an interrogation: “Seventy years of murdering children! I don’t want to hear this Jew s*** here! This is our town, our turf. If I see you here again, I’ll slit your throat, you f***ing Jew.”

The German Arabs physically attacked Jonathan and his friends, with one of the men trying to push Jonathan onto the tracks. The assailants fled and the security guards at the station chose not to pursue them. The BILD newspaper published an article drawing attention to the “disgusting, brutal, anti-Semitic incident.”

The attack met for the most part with soggy indifference from Germany’s chattering classes.

Since 2015, Chancellor Angela Merkel’s government has admitted more than a million refugees and migrants from mainly Muslim-majority countries, where Muslims are steeped in hatred of Jews and of Israel.

A second telling example of the growing—or perhaps continued—indifference was the April attack by a Syrian refugee on Adam Armush, an Israeli Arab, because he dared wear a kippa (yarmulke) on a Berlin street.

The assault triggered headlines in the German and foreign media because there was video evidence of the attack. Der Spiegel’s influential columnist Jakob Augstein blamed the Israeli for having “come up with the idea to wear the kippa and use it as a provocation.” Augstein—who inherited significant ownership in the Spiegel news organization—has played a key role in mainstreaming media anti-Semitism. The Simon Wiesenthal Center ranked him ninth on its “2012 Top Ten Anti-Semitic/Anti-Israel Slurs” list for his bigoted statements.

Armush told the Deutsche Welle news outlet: “I am not Jewish, I am an Israeli and I grew up in Israel in an Arab family,” adding, “It was an experience for me to wear the skullcap and go out into the street yesterday.” He said he filmed the attack “for the police and for the German people and even the world to see how terrible it is these days as a Jew to go through Berlin streets.”

For observers of Jewish life in Germany, the anti-Semitic attack on Armush came as no surprise. In 2016, the spokesman for Hamburg’s nearly 2,500-member Jewish community, Daniel Killy, said a breakdown in security in the Federal Republic has created a highly dangerous situation for Jews.

“No, we are no longer safe here,” Killy told the tagesschau.de news outlet. Killy said the collapsing sense of state power, excesses of the extreme right-wing, the loss of political credibility, and “the terrible fear of naming Islamism as such” have all contributed to creating a climate of insecurity for Jews.

The response to the attack on Armush was a call for an anti-anti-Semitism protest. “Berlin wears the kippa” was the name of the feel-good rally on April 25 against Jew-hatred. It attracted some 2,000 people, according to press reports. The real number of attendees is believed to have been fewer than 1,500, in a city of 3.7 million. The demonstration took place under conditions that resembled those in a maximum-security prison.

A second protest against anti-Semitism in the largely Muslim neighborhood of Neukölln in Berlin had to be called off after a mere 20 minutes because of the anticipated violence of pro-Palestinian counter-demonstrators.

To put things in perspective, roughly 150,000 people marched in Berlin in 2015 against a planned free trade deal between the United States and Europe.

Germans frequently invoke the phrase “nip it in the bud” at Holocaust remembrance events when referring to anti-Semitism. Dead Jews trigger widespread commemoration events across the country, but the fight to stop anti-Semitism against living Jews limps—at best—on both legs. A detached observer might ask of modern Germany: Have we learned anything from the Holocaust?

The third example of the pernicious indifference to post-Holocaust anti-Semitism regards the annual al-Quds Day march in Berlin. Protesters took to the streets on June 9 in greater numbers than in previous years, to call for the destruction of the Jewish state, at the rally in the heart of the city’s bustling shopping district.

Police said that roughly 1,600 protesters turned out to urge the obliteration of Israel. The number of pro-Israel counter-protesters paled in comparison, totaling some several hundred. The commissioner from Berlin’s 10,000-member Jewish community responsible for combating anti-Semitism issued a public call for mobilization. Civil society, trade unions and the mainstream democratic parties ignored him.

Ayatollah Ruhollah Khomeini, the founder of the Islamic Republic of Iran, created al-Quds Day in 1979, as a worldwide demonstration designed to negate Israel’s existence. The al-Quds Day rally in Berlin attracts a motley assortment of Hezbollah and Popular Front for the Liberation of Palestine (PFLP) members, Iranian regime supporters, neo-Nazis, Islamists and run of the mill haters of the Jewish state.

There are 250 Hezbollah members in Berlin, according to the city’s domestic intelligence agency. Across the Federal Republic, a total of 950 Hezbollah operatives recruit members and raise funds for their lethally anti-Semitic activities. It is worth noting that Hezbollah operatives blew up an Israeli tour bus in Burgas, Bulgaria in 2012, killing 5 Israelis and their Bulgarian Muslim bus driver. A total of 32 Israelis were injured in the terrorist attack.

Chancellor Merkel has ignored requests from President Barak Obama, President Donald Trump, the U.S. Congress and presidential candidate Hillary Clinton to outlaw the entirety of the Lebanese terrorist organization in Germany. She refuses to fathom the dialectical interplay between Hezbollah-sponsored anti-Semitism in Germany and an acute increase in Jew-hatred in her country.

Germany, in sharp contrast to the the United States, the Arab League, the Netherlands and Canada, has classified only the Shi’ite Hezbollah’s so-called “military wing” as a terrorist organization.

The massive rise via migration in the number of Sunni-animated radicals also heightens the dangers for Germany’s Jews. According to statements from Germany’s interior ministry in April, the number of Salafists—members of hardcore Sunni extremist groups—in Germany has doubled since 2013. There are now 11,000 Salafists in the country—up from 5,500 in 2013, according to ministry records.

All of this helps to explain the entrenched—and rising—anti-Semitism in Germany. The stakes are high for the country’s small Jewish community of roughly 100,000.

Josef Schuster, the head of Germany’s Central Council of Jews, warned Jews, following the attack on Armush, “against showing themselves openly with a kippa in a big-city setting in Germany, and to wear a baseball cap or something else to cover their head instead.”

Jews cannot appear in public without hiding their identity. As a result, they have been increasingly turning inward, to avoid conflict with German society over anti-Semitism and Israel. Most of Germany’s pre-Holocaust Jewish population immersed itself in “hyper-acculturation,” to use the phrase of the Oxford University German studies professor, Ritchie Robertson. But, significant parts of the post-Holocaust community, which largely consists of Jews from the former Soviet Union, have engaged in hyper-isolation and a striking denial of the coming storm.

Wall Street Journal exposé from April 3 on anti-Semitism merely scratched the surface of what is unfolding in German schools. A Jewish boy named Solomon, the paper reported, was forced to change schools after fellow students threatened to kill him. According to the report, “Solomon’s parents, who until recently hosted a Syrian refugee, took no action until their son came home with bruises.”

His transfer to a new school “changed little.” The WSJ reported that “a teacher said Solomon should try to avoid provoking the Palestinian student who was his most violent tormentor.”

In the same month as the report on Solomon, the 15-year-old German-Jewish student Liam Rückert told the Berlin newspaper BZ that he planned to relocate to Israel to continue his education, due to rampant, Muslim-animated hatred of Jews in the Berlin public school system.

“I want to go to a boarding school like my brother in Israel. I already visited him and he is doing well there,” Rückert said. His mother, Billy, is from Israel and taught her sons Hebrew.

The lack of political will—and the impotence of German security forces—to rope in the tsunami of anti-Semitism could result in more cases of aliyah from the country.

As Jews find it increasingly difficult to live with dignity in Germany, we may see a revival of interest in the thinking of the great Zionist leader Ze’ev Jabotinsky (1880-1940), whose clarion call for aliyah as an existential necessity proved prescient. Jabotinsky, who was filled with pessimism about the future of Diaspora Jewry, would not have surprised by the fragmented and anxiety-filled state of German Jewry today.

The sexual assault and murder of the 14-year-old German-Jewish girl Susanna Feldman on the night of May 22 was allegedly committed by the Iraqi migrant Ali Bashar. German police claimed that there was no evidence that Feldman’s Jewish background played a role in the crime. Question marks are warranted over the police statement as well as regarding a stunning lack of robust German journalistic curiosity concerning anti-Semitic incidents.

And in Cologne, after a series of mass rapes and sustained sexual assaults against women during New Year’s 2015/2016 festivities, the authorities in the state of North Rhine-Westphalia, where the city is located, described the celebrations as “peaceful.”

The crimes of rape and sexual assault of women were not limited to Cologne during the New Year’s period and were committed by men largely from Afghanistan and Arab countries.

Germany’s woefully inadequate system for classifying anti-Semitic crimes is also cause for alarm. As anti-Semitism rises in the country, the authorities continue to classify Islamic-animated anti-Semitism as a “politically motivated right-wing extremist crime.” A telling example, cited in Die Welt, was an outbreak of Hezbollah-related anti-Semitism that was registered as right-wing extremism.

Supporters of the Hezbollah terrorist organization participated in an anti-Israel march during Operation Protective Edge in 2014. Twenty Hezbollah supporters yelled the Nazi slogan “Sieg Heil” (Hail Victory) at a group of pro-Israel activists in Berlin. The “Sieg Heil” call violates Germany’s anti-hate law and was designated as a far-right extremist crime.

The result is German whitewashing of the leading cause of lethal anti-Semitism in Europe: jihadi-based eliminatory anti-Semitism.

The Holocaust survivor Charlotte Knobloch, who is head of Munich’s Jewish community, said in 2017: “The Muslim associations have for decades not only done nothing [to combat anti-Semitism], rather they have allowed anti-Semitic hate preachers from Muslim countries to bring their anti-Jewish ideology into German mosques and into the heads of young Muslims.”

Germany’s tiny Jewish community—100,000 among a population of over 82 million in the Federal Republic—is in dire straits today and faces an increasingly precarious future. Chancellor Merkel and mainstream German society would do well to remember the words of the British historian Sir Ian Kershaw: “The road to Auschwitz was built by hate but paved with indifference.” Acute indifference is now the norm in Germany.


Benjamin Weinthal is a research fellow for the Foundation for Defense of Democracies.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Izraelskie więzienia są jak instytut naukowy

Izraelskie więzienia są jak instytut naukowy

   Malgorzata Koraszewska


Jordański dziennikarz, Yousef Alawnah, który sam był więźniem w izraelskim więzieniu, porównuje dostęp do książek w więzieniach arabskich i w więzieniu izraelskim. Mówi, że jest zawstydzony, bo w Izraelu miał dostęp do tysięcy książek po arabsku, mógł studiować, a więzienia w krajach arabskich są katowniami. Ten wywiad został przeprowadzony przez telewizję saudyjską 12 czerwca 2018.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Peereliada, czyli krótki kurs historii dla młodszych i zaawansowanych (cz.3)

Peereliada, czyli krótki kurs historii dla młodszych i zaawansowanych (cz.3)

Joanna Szczęsna
21 listopada 2001


do (cz. 1) / do (cz. 2)

J.Sz.: Towarzysz Gomułka nieustannie dostarczał Szpotowi tematu.

J.L.: Poświęconej milenijnym obchodom, a właściwie walce czerwonych z reakcyjnym klerem, opery “Targowica” Szpot, jak wielu swych dzieł, nigdy nie ukończył. Ale są tam niezapomniane fragmenty, jak oratorium Gnoma śpiewane przez więźniów pod batutą naczelnika:

Jan Lityński

“To nie ranne wstają zorze,
jeno wstał gospodarz nasz,
ponad ziemie, ponad morze
rzuca blaski jasna twarz!
Uroczysty, promienisty,
pewnie nowe ma pomysły,
pewnie miał proroczy sen,
jak podwyżkę zrobić cen.
Jaki rześki, jaki świeży
wstał z pościeli dziś nasz wódz!
Do KC prędziutko bieży,
by rządzenia podjąć trud”.

I najciekawszy wątek:

“I już niskie czoło marszczy,
by do pracy zmusić mózg.
Słychać odgłos sapki starczej,
słychać wody w mózgu plusk”.

W 1964 roku Gomułka miał niecałe 60 lat. Ale socjalizm to system starczy, gerontokracja. Mimo że dziś 59-letni polityk nie jest uważany za starego, w tamtych czasach system wydobywał ze swych przywódców ich starcze cechy. I tak w Marcu na starego Gomułkę parły młode partyjne kadry, które chciały wreszcie zmiany, żeby dorwać się do władzy.

Wtem genialny pomysł błyska:

“To śmiertelność jest zbyt niska.
Ach, od dawna tom już czuł!
Krzywa zgonów idzie w dół!”

J.Sz.: Te zmartwienia głowy państwa, te pomysły – jakbyśmy widzieli Gnoma, który się z tym zmaga.

“Teraz rzecz się prostą staje,
że zbyt wolno wymierają,
teraz mamy jasny cel:
więcej zgonów w PRL!”

I ten fantastyczny pomysł budowy krematorium na Tysiąclecie.

Mówiliśmy tu już o talencie profetycznym Szpota. Otóż w “Targowicy” pisze o nim tak, jakby go już nie było: “Czy w ogóle jest Gnom?/ Czy pozory to są,/ Czy to nie jest po prostu nasz wymysł?”. W pisanym przed strajkami 1976 roku wierszu rzuca: “Pod pomruk mas chcesz tańczyć tango Comparsita?/ jeżeli tańczyć już, to tylko karmaniolę”.

J.L.: Szpot odgadywał, wyprzedzał wypadki poprzez analizę rzeczywistości. Miał trafienia niekiedy zaskakujące dla niego samego, jak choćby “Gnomiadę”, którą pisać zaczął na miesiąc przed upadkiem Gnoma. I pamiętam, w listopadzie 1970 roku Szpot przychodził, opowiadał, cytował fragmenty “Gnomiady”. Pamiętam, że wszyscy naciskają tam na Gomułkę, by odszedł. On najpierw zgadza się odejść, a potem na posiedzeniu KC mówi: “Nie, nie, nie, nie odejdę”. I ten zamysł poematu zniszczył Grudzień, zniszczyła rzeczywistość.

J.Sz.: Ale pozostał olśniewający w swej prostocie początek: “W Konstancinie, na tarasie/ siedzi Gnom i uśmiecha się”.

J.L.: Niestety, “Gnomiada” się nie rozwija, Szpot jej nie skończył. Pozostał jednak niesamowity autobiograficzny wstęp, pierwszy liryczny kawałek Szpota, gdzie mickiewiczowską frazą przyznaje, że nawet on miał w Październiku jakieś nadzieje, chciał wierzyć w zmiany.

“Ach, prawda, można być Gęgaczem jeszcze,
lecz ja w tym gronie nie bardzo się mieszczę.
Gdybym był Gęgacz, Gęgacz, jak się patrzy,
z małpią zręcznością wdrapałbym się na krzyż,
ale pluszowy, bo to ważne przecie
wisieć na krzyżu, który cię nie gniecie”.

J.Sz.: Cały Szpot. Nie może znieść Gnoma, ale i opozycja go mierzi. Uważa, że idiotyzm systemu najłatwiej opisać przez Gnoma.

“Gnom – to jest właśnie temat moich dumań godny!
Gnom tupiący nogami, to znowu pogodny,
Gnom liczący wytrwale komy i procenty,
Gnom swą misją dziejową ogromnie przejęty,
Gnom – gospodarz wspaniały, Gnom – narodu ociec,
Gnom – mąż stanu, Gnom – mędrzec (…)”

J.L.: W pierwszej wersji wstępu do “Gnomiady” było: “Już mi kostucha wlazła do wątroby”. Potem zmienił na: “Wychlana wóda zżera mi wątrobę”. U Szpota wszystko rozgrywa się wokół wódki. On sam lubił mawiać: “Nalej sobie, wzmocnij się”.

Po upadku Gnoma Szpot był w złej formie, upijał się, robił awantury. Pojawiło się takie gęgackie gadanie, że Szpot mógł żyć tylko jako anty-Gnom. Ale kiedyś przyszedł do mnie i pokazał rękopis bez jednej poprawki. Niestety, maszynistka, której daliśmy “Carycę” do przepisania, zniszczyła go ze strachu.

J.Sz.: Patrz, a ja myślałam, że Szpot w ogóle nie zapisywał swoich tekstów, że on je układał w głowie.

J.L.: Potrafił tworzyć na poczekaniu. Któregoś dnia byliśmy w kawiarni ZLP i nagle usłyszałem:

“Gdzie dawniej Gaworskiego ucho
prężyło mężnie się jak drut,
dzisiaj ponuro, drętwo, głucho
i nie zagląda tu nawet Put”

…czyli Putrament. Trochę tej ulotnej twórczości Szpota przetrwało. Pamiętam, poszliśmy na proces poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Jego członkowie, złapani w autobusie bez biletu, zostali pobici przez kontrolerów. Przysłuchiwaliśmy się rozprawie, a następnego dnia Szpot zadzwonił do mnie i mówi: “Obudziłem się rano i odkryłem, że jest mi dobrze”. Po czym wyrecytował:

“Choć moc kłopotów mam na głowie,
choć życie moje jest bez celu,
szczęśliwy jednak jestem, bowiem
nie jestem sędzią w PRL-u”.

J.Sz.: A pamiętasz, jak była przyjmowana “Caryca”?

J.L.: Początkowo było wiele narzekania, że to nie to, że nie dorównuje wcześniejszym utworom. Później znalazła fanatycznych wielbicieli.

“Przed lustrem wdzięczy się Caryca,
własna uroda ją zachwyca.
To gęstych brwi unosi chaszcze,
to swych podbródków sześć pogłaszcze,
to delikatnym ruchem dłoni
poprawi bujnych włosów sploty,
to w głaz swych niezgłębionej toni
zatopi wzor pełen tęsknoty,
to znów rozchyli ust pąkowie
i ticho: “Kak krasiwa!” powie”.

Szpot po prostu musiał znaleźć postać godną opisu. Po Gnomie nie mógł przecież opisywać Sztygara, czyli Gierka, ani tych małych partyjnych kreatur i złodziei. Mała stabilizacja epoki gierkowskiej nie była ciekawa. To było przed KOR-em, gęgacze trochę się buntowali, ale jakoś współżyli z systemem, nie było czego opisywać. Dlatego Szpot przeszedł do centrali, wziął się za Breżniewa, dając przy okazji przenikliwy opis epoki detente.

“Bo nic nie wzrusza tak Zachodu,
jak szum frazesów o wolności.
Możesz pół świata zakuć w dyby,
strzelać w tył głowy, łamać kości,
ale bredź przy tym o ludzkości,
o Lepszym Jutrze, Wielkim Świcie,
a wyjdziesz na tym znakomicie!
Wot Gitler, kakoj to durak!
On się przechwalał zbrodnią swoją!
A mudriec to by zdiełał tak:
Nu czto, że gdzieś koncłagry stoją?
Nu czto, że dymią krematoria?
Taż w nich przetapia się historia,
niewoli topią się okowy,
powstaje sprawiedliwszy świat,
rodzi się typ człowieka nowy!”

J.Sz.: Ten nowy typ człowieka to przecież wypisz, wymaluj może być “Towarzysz Szmaciak”…

J.L.: Szmaciak to wynik lektury komunikatów KOR-u, “Biuletynu Informacyjnego” i “Trybuny Ludu”. To bodaj najważniejszy utwór Szpota. Pierwszy fragment powstał spontanicznie, tuż po wypadkach czerwcowych w 1976 roku w Radomiu.

J.Sz.: Początek poematu, który – jak mówisz – spłynął mu spod pióra, znakomicie wpada w ucho, więc zacytuję go “prawie z pamięci”:

“Straszny miał dzień towarzysz Szmaciak.
Ach, wprost odchodził od rozumu
kiedy uciekać musiał w gaciach
ścigany wyzwiskami tłumu.
Zewsząd sypały się kamienie,
boleśnie bijąc go w siedzenie.
Na szczęście było – jak już wiecie –
tajemne przejście w komitecie.
Jeszcze ze strachu nie ochłonął,
a za nim już komitet płonął i płonął w jego gabinecie
największy porno-zbiór w powiecie.

J.L.: Ciąg dalszy “Szmaciaka” rodził się już w bólach. I nawet przez chwilę wyglądało, że może podzieli los innych niedokończonych utworów. W “Szmaciaku” po raz pierwszy Szpot opisał całą historię od początku do końca. I to zarówno w planie społecznym: mamy tu historię PZPR, z analizą narodzin moczaryzmu, a też antysemityzmu wewnątrz partii. Jak i osobistym: czytamy więc o Szmaciakowym dzieciństwie, o tym, jak był szmalcownikiem, sutenerem, UB-ekiem, wreszcie sekretarzem powiatowym. Co też zresztą jest charakterystyczne dla Szpota, bo powiatów już wtedy nie było, ale on opisywał Polskę powiatową. PRL był dla niego rzeczywistością powiatową.

W “Szmaciaku” dał epicki, panoramiczny obraz przemian komunizmu poststalinowskiego. Widzimy tam dwa typy ludzkie: jeden to stary, zatwardziały komuch, który wypychany jest przez nową komunistyczną generację. I drugi – to jajogłowi. Zaś przewrót polega na tym, że wygrywa chamskie pokolenie. I Szpot opisuje w “Szmaciaku” tę przemianę, kiedy to starzy aparatczycy wypychani są przez młode pokolenie. Szpot sygnalizuje też pojawienie się generacji Kwaśniewskich.

Ciekawe, że taką samą obserwację znajdujemy u Aleksandra Wata w “Moim wieku”, tyle że dotyczy to lat 20. i 30. Komuniści z lat 20. to byli ideowcy z błyskiem w oku. W latach 30. natomiast są to już aparatczycy wykładający zimno swoje racje. Trzeba przy tym pamiętać, że Wat wykrywa tę mentalność wśród ludzi, którzy siedzą w więzieniu.

J.Sz.: W tym samym czasie co “Szmaciak” powstawała “Bania”.

J.L.: “Bania w Paryżu” to kolejny niedokończony utwór Szpota. Kiedy rzeczywistość nie podążała w tym kierunku, w którym przewidywał, on wtedy porzucał swoje dzieło. Nie z lenistwa czy twórczej niemocy. Rezygnacja była u niego świadomym zamysłem. Gdyby dokończył “Banię”, mógłby to być poemat na miarę ” Oniegina”, tyle że bez obcego Szpotowi sentymentalizmu.

“Bania” to reakcja na głupotę zachodniej lewicowości. Szpot pokazuje tu starcie polskiego lewicowego myślenia z zachodnim, które jest prokomunistyczne, podczas gdy polskie – anty.

J.Sz.: Bohaterem wprowadzającym do poematu jest Jan Józef Lipski, ps. Kaczynos, który jedzie do Paryża szukać sojuszników w walce o socjalizm z ludzką twarzą. Wygłasza tam referat o Marii Konopnickiej.

J.L.: Szpot był wyjątkowo niesprawiedliwy dla Jana Józefa, bo drażnił go jego sentymentalizm. Wbrew tej postaci, którą Szpot stworzył, Jan Józef był człowiekiem dowcipnym, z dystansem do wielu spraw, czego Szpot wyraźnie nie doceniał.

J.Sz.: Myślę, że najbardziej niesprawiedliwy był Szpot dla Andrzeja Mandaliana, dobrego poety i tłumacza, któremu powierzył “arię cichego poety”, dając do zrozumienia, że to pracownik resortu.

J.L.: Rzeczywiście, Mandalianowi wypomina się ten wiersz z czasów stalinowskich, w którym Dzierżyński rozmawia z Majorem i w którym “szósty rok już nie śpi bezpieka”. Potem rzeczywiście zachowywał się niezwykle przyzwoicie, tak że wypominano z kolei Szpotowi jego bezwzględność. W pierwszej wersji pisał o Mandalianie po nazwisku, potem to zmienił.

J.Sz.: Zmienił na gorzej.

J.L.: No nie wiem, Szpot zrobił ze Strzeleckiego Strzelczykowskiego, z Wilhelmiego Wilhelminiego i od razu mamy do czynienia z postacią literacką . Zauważ zresztą, że nie odmawia Mandalianowi talentu.

“Gdy pulomiot pluł w borach,
gdy się cień snuł po torach
i faszysta podnosił łeb świński,
gdy jesiennym wieczorem
z towarzyszem majorem
konferował towarzysz Dzierżyński”

J.Sz.: Bohaterów “Bani”, a jest ich legion, łączy osoba Madame Bonja prowadzącej bujne życie seksualne. Pamiętasz, że “Bania” ze swymi scenami erotycznymi wywoływała zażenowanie słuchaczy?

J.L.: No tak, ale Aleksander Fredro, do którego zresztą Szpot się odwołuje, też wywoływał zażenowanie u współczesnych. Szpot zawsze miał tendencję, żeby świntuszyć, opisywać ostre sceny seksualne.

J.Sz.: Muszę powiedzieć, że mnie akurat te różne obscena nie rażą, zwłaszcza jak są zabawne. Mój ulubiony kawałek o wizycie Bonja u psychoanalityka:

“Pytał, czy śnią jej się ołówki,
a jej się śniły zeppeliny!
Na jawie zaś nie symboliczny,
ale realny jej się marzył
phallus zupełnie gigantyczny,
jak u rosyjskich marynarzy,”
którzy nim ciągną parowozy,
gdy transport utrudniają mrozy”.

J.L.: W “Bani” rzeczywiście Szpot osiąga apogeum w świntuszeniu. Tam są pojedyncze sceny, fragmenty, których nie połączył z resztą poematu żadną treścią, żadną konferansjerką. A są to sceny erotyczne.

Janusz Szpotański

J.Sz.: We wstępie do “Bani w Paryżu” znalazły się wątki autobiograficzne. To był już drugi, liryczny wtręt u Szpota.

“Jak większości Polaków, marzeniem mym – Paryż.
Jakże chętnie bym prysnął kiedyś na wagary
nad Sekwanę! Lecz sroga socjalizmu szkoła
zawsze niewczesny zamiar udaremnić zdoła. (…)
– Chociaż wziął mnie tu w kraju Gnom na krótki łańcuch,
nie przeszkodzi fantazji mojej w dzikim tańcu.
Gdy mi z kraju nie dają wyjechać legalnie,
ja znajdę się w Paryżu, by tak rzec, mentalnie”.

J.Sz.: Kiedy w 1985 roku pierwszy raz wybierałam się do Paryża, Szpot opowiadał mi, gdzie można zjeść wspaniałe, tanie arabskie buły z mięsem. To była cudna epicka opowieść o tym, jak przeżyć za psi grosz, za 4 franki dziennie.

J.L.: Szpot był wielkim teoretykiem i praktykiem szkoły przeżycia za grosze. Przecież on w tym PRL-u nigdy nie miał stałych dochodów i utrzymywał się z jakichś dorywczych, nisko płatnych robótek.

Pamiętam, jak był oburzony na polskie pieniądze. Miał znakomitą historię pod tytułem “rozmienisz stówę – śmierć stówy”. Jeszcze góral jakoś się trzyma, ale jak go rozmienić na stówy, też widać koniec. Opowiadał, jakim był królem życia, kiedy w latach 50. miał 30 złotych. Ponieważ całe życie nie miał pieniędzy, więc musiał wymyślać, jak przeżyć za to, co ma.

J.Sz.: Na szczęście miał kilka zaprzyjaźnionych domów, gdzie bywał na obiadach i kolacjach. W pewnym okresie był to dom Twój i Twojej ówczesnej żony, Ani Dodziuk.

J.L.: Właśnie, jednym ze sposobów na przeżycie było pieczeniarzenie u przyjaciół. Szpot zwracał to oczywiście w dwójnasób i trójnasób, ponieważ obcowanie z nim było intelektualną ucztą. Szpot miał takich przyjaciół-wielbicieli zarówno w gęgu, jak i poza nim. No więc Lipscy, Matuszewscy, Marta Miklaszewska, późniejsza żona Jana Olszewskiego, dalej – Róża i Andrzej Platerowie, póki nie wyemigrowali, wpisując do papierów: “Żydzi pochodzenia polskiego”. Andrzej Plater tak o tym śpiewał:

“Siku siku, zgnijesz w nocniku bolszewiku
A ja z Żydami złoty interes będę miał.
To nie ohyda, że Plater podał się za Żyda
i miast z dziadami jedzie wojować z Arabami”.

W połowie lat 70. taką osobą ważną dla Szpota stał się Antoni Libera. Robili razem tłumaczenia, później pisali libretto do opery opartej na “Austerii” Juliana Stryjkowskiego, do której muzykę miał robić Penderecki. Antoni był najbliższym przyjacielem Szpota, jedynym bodaj, którego ten uważał za duchowego i intelektualnego partnera.

J.Sz.: Pamiętasz Szpota z czasu Okrągłego Stołu?

J.L.: Nie, za to doskonale pamiętam go z okresu karnawału 1980-1981. Był niesamowicie rozhecowany, a jednocześnie patrzył trzeźwo. Zaproszono go jako gościa na zjazd “Solidarności”. Kiedy zaprezentowano kandydatów na przewodniczącego, załamał się. “Jasiu – mówił – jesteśmy we władzy czterech bezmózgowców”. Bardzo go interesował Wałęsa. Nazywał go “Wąsy” i kiedy Wałęsa robił coś głupiego, mówił: “To największa kompromitacja wąsów w historii”. W podwójnym znaczeniu: wąsy jako Wałęsa, i wąsy jako wąsy.

J.Sz.: Widzę tu kawałek dedykowany Tobie: “Szmaciak w mundurze czyli wojna pcimska” – Jasiowi Lityńskiemu, żeby się nie nudził w ukryciu.

J.L.: Jeśli popatrzy się chrono-logicznie na utwory Szpota, to są one kolejnymi zamknięciami PRL-u. I za każdym razem jakiś Szmaciak wychodzi z nich zwycięsko. Jakiekolwiek by były meandry historii, Szmaciak zawsze jest górą. To taka fatalistyczna wersja dziejów PRL-u. Dedykowana mi wojna pcimska kończy się tym, że Szmaciak wraca na polityczną scenę. Szpot miał słuch absolutny, kiedy go czytam – słyszę na przykład wypowiedzi starych towarzyszy z trybuny sejmowej:

“Owszem, przegięto nieraz pałę,
ale zasługi tyż niemałe
w minionym mieli my okresie,
totyż wydaje słusznym mnie się,
aby nie tolerować dłużej
krytyki, która wrogom służy.
Że był niesłuszny kult jednostki,
wyciągniem z tego słuszne wnioski
i zmienim politykę rolną,
lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!”

W “Szmaciaku” jest jeszcze jeden genialny kawałek, który pasuje świetnie do naszej obecnej rzeczywistości. Myślę o “wielkiej teorii dojenia”:

“W systemie centralnego planu
prosta dojenia jest technika,
bez żadnych bowiem ograniczeń
można tu doić robotnika.
Nad tym, jak doi się centralnie
przez plany, normy, płace, ceny,
nie trzeba wcale się rozwodzić,
bo wszyscy to dokładnie wiemy.
Lecz w tym tkwi całej rzeczy sedno
doić dla góry to jest jedno,
a drugie: “No, kochani moi,
dla siebie trzeba tyż podoić!
Nie po to znieślim kult jednostki,
by bogaciły się jednostki,
zaś równość na tym się zasadza,
aby doiła wszelka władza!” (…)
Rurka jest głowa i zna życie,
wie, że by doić należycie,
trzeba się włączyć bez wahania
w centralny system planowania.
Jako tłocząco-ssącą pompę
widzą ten system jego oczy,
która jak gigantyczne serce
pompuje z dołu, z góry tłoczy.
Z dołu ssie pompa ludzką pracę
bardzo zachłannie, metodycznie,
by ją przerobić w swych komorach
na płace oraz inwestycje. (…)
Rurka od dawna snuł marzenia,
aby w centralną sieć dojenia,
gdzieś w plątaninie rur i rurek
malutki zamontować kurek. (…)
Lecz oto karta się odwraca:
do Pcimia go przyzywa Szmaciak.
Tu Rurka, mając w ręku wszystko:
kumpli, zaplecze, stanowisko –
plus swoje własne dobre chęci,
nareszcie w system kranik wkręcił”.

J.Sz.: Uważasz, że po napisaniu tego Szpot mógł złamać pióro?

J.L.: Uważam, że są w “Szmaciaku” kapitalne kawałki, które nie straciły nic na aktualności. Jak choćby ten:

“W tropieniu przestępstw gospodarczych
tak poniósł go szlachetny zapał,
że się dopiero opamiętał,
gdy się za własną rękę złapał”.

J.Sz.: Spotykałeś się ze Szpotem w ostatnich latach?

J.L.: Rzadko. Szpot zgorzkniał, choć ciągle był uroczy. Rozczarowała go nowa rzeczywistość, a najbardziej denerwowało go bratanie się z czerwonym. Coś było takiego w nim jak u Zbigniewa Herberta: tam gdzie zaczynała się polityka – polityczne układy, kompromisy, dogadywania się – tam zaczynało go mierzić. Dlatego stał się łatwym łupem prawicy. Jakiś czas temu “Życie” opublikowało rozmowę-rzekę z nim Cezarego Michalskiego i Macieja Nowickiego. Ci chłopcy chcieli wyłapać od niego jak najwięcej antykomunizmu. Ale Szpot w gruncie rzeczy nie był antykomunistą. Był antytezą komunizmu. Był jednym z jego najwybitniejszych analityków i opisywaczy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


STOP THE KOTEL TRAVESTY

STOP THE KOTEL TRAVESTY

JPOST EDITORIAL


The question is what will Netanyahu do now.

succot at the kotel 390 7. (photo credit: Marc Israel Sellem/The Jerusalem Post)

Benjamin Netanyahu has a number of responsibilities as Israel’s prime minister. His job requires him to protect the country and its citizens, to ensure Israel’s economic growth, and to safeguard its social wellbeing. He also should care about keeping Israel as the homeland for the Jewish people.

Last week, a decision was made to remove Culture and Sport Minister Miri Regev from her position as chairwoman of a ministerial committee for the holy places. We hope that this decision is a positive step – but that will depend on Netanyahu.

According to government regulations, authority over the committee now passes to Netanyahu. Regev announced on Thursday that she cannot remain head of the committee since her conscience does not let her approve a series of upgrades to an egalitarian prayer plaza at the Western Wall.

The question is what will Netanyahu do now. Last summer, he decided to cancel a previous cabinet decision under which the egalitarian plaza would be upgraded; a new entrance to the Kotel – to the known male and female sections as well as the egalitarian plaza – would be constructed; and a new committee, comprised of members of the Reform and Conservative movements, would be established to oversee it.

The decision came under the fierce opposition of ultra-Orthodox (haredi) members of his coalition.

Amid threats that the government would collapse, Netanyahu decided to renege on his previous promise and commitment to progressive Jewish movements throughout the Diaspora. He now has the opportunity to make things right.

The Kotel belongs to Jews everywhere, whether they are Orthodox, Reform, Conservative, Reconstructionist or simply Jewish. No one, not the rabbinate, Miri Regev or Benjamin Netanyahu, has ownership over the place that has been in the hearts and minds of Jews for millennia. If Israel wants to continue being the Jewish state – in other words, the homeland for all Jews – it has a responsibility to make Jews feel welcome. Part of that is affording them a place where they can pray and practice their religion the way they see fit.

Regev’s decision not to approve the upgrades is one of the greatest examples of political hypocrisy in recent Israeli history. In 2013, she publicly advocated to allow the Women of the Wall to pray at the Western Wall, and in 2016 she was one of the ministers who voted in support of the original Kotel deal.

Now in 2018, her conscience, as she claims, does not let her approve the plan.

We find it hard to believe that Regev’s conscience has changed. What we do believe is that Regev made cynical use of her position for political gain.

She understood that a decision to approve the plaza would be opposed by haredi parties, and might not sit well with some of the more traditional elements of her Likud Party base. As someone who will need to run in the Likud primaries ahead of the next election, Regev made a simple calculation: she preferred politics over Jewish unity.

As outgoing chairman of the Jewish Agency Natan Sharansky said on Thursday: “Minister Regev’s conscience is her own matter, but her public about-face regarding the need to set established prayer practices at the site is most regrettable.”

It is regrettable, but it is also indicative of a bigger problem with Israeli governments – the frequent decision to choose politics over propriety, and survival in the Knesset over Jewish unity and peoplehood.

This has got to stop. Real leaders don’t follow what their political base dictates; real leaders lead their people from one point to the next. They take risks – not just in the skies over Syria or the Gaza Strip, but also when it comes to the future of their coalition when they believe something is right.

Netanyahu now has a chance to make amends for his regretful decision last year to repeal the Kotel deal. As prime minister, it is his responsibility.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com