Archive | December 2021

Humanity’s missing link: 2-million-year-old bones shed light on human spine

Humanity’s missing link: 2-million-year-old bones shed light on human spine

JERUSALEM POST STAFF


The Australopithecus sediba is estimated to have lived nearly two million years ago and is thought to be a predecessor to the Homo genus, to which modern humans – Homo sapiens – belong.

Malapa Hominin 1 (MH1) left, Lucy (AL 288-1 (Centre), and Malapa Hominin 2 (MH2) right. Image compiled by Peter Schmid courtesy of Lee R. Berger, University of the Witwatersrand. /  (photo credit: Wikimedia Commons)

Modern humans have been evolving and developing the ability to walk upright for over two million years, new research into a fossilized spine of an early human ancestor has revealed.

A peer-reviewed study published by eLife and led by New York University paleoanthropologist Scott Williams looks to shed new light on the development of bipedalism – walking on two legs – through examining the near-complete fossilized lower back of a female Australopithecus sediba.

A. sediba is estimated to have lived nearly two million years ago and is thought to be a predecessor to the Homo genus, to which modern humans, Homo sapiens, belong – but this is contested by some who suggest it may be a sister species.

The first A. sediba fossil was discovered in 2008 at the Malapa Fossil Site near Johannesburg, South Africa, but the fragments were too incomplete to determine whether or not the species had been bipedal or quadrupedal. However, a more recently discovered fossil specimen from the same location, labeled MH2, has provided a more complete picture of this early human ancestor.

Human bipedalism is achieved through the forward curve of the lower section of the spine, enabling an upright posture. This differs from other ape species – chimpanzee, orangutan and gorilla – all of whom lack this curvature and walk on four limbs when not up in the trees.

The cranium of Malapa hominid 1 (MH1) from South Africa, named ”Karabo”. The combined fossil remains of this juvenile male is designated as the holotype for Australopithecus sediba. (credit: Wikimedia Commons)

The structure of the fossilized A. MH2 vertebrae suggests that the A. sediba would have walked comfortably on two legs, but other aspects of the species’ bone structure indicate that it would probably still have spent a significant amount of time climbing trees.

The knee and ankle bones of the A. sediba “demonstrate clear evidence for bipedal locomotion,” the study states, explaining that they possess human-like traits such as the ankle joint and the angle of the femur bone. Most importantly, the well-preserved MH2 spine indicates a clear curvature, more so than any other early human fossil, backing up the hypothesis that the species was well adapted to walking on two legs.

That is not to say that the species’ spine had fully evolved into the spine of a modern human, however. The study notes that although it is “somewhat human-like in overall shape, its costal processes [a section of the cervical vertebrae] are long and cranially oriented, unlike modern humans,” and that it is somewhere between the spine of the modern Homo sapien or extinct Homo neanderthalensis and the great apes.

The upper body of the A. sediba was still well-equipped for climbing, with powerful trunk musculature that would have been suited for climbing and traveling via treetops rather than on the ground. Its shoulder blade is most similar to that of an orangutan, and it has an elongated humerus bone much like non-human ape species.

What is notable, however, is that, as mentioned in a 2011 study, the hand features a relatively long thumb and short fingers, similar to modern humans, indicating the ability to create complex stone tools.

“The findings provide new insights into our evolutionary history – and ultimately our place in the natural world around us,” Williams said.
“Our lower back is prone to injury and pain associated with posture, pregnancy and exercise (or lack thereof),” he said. “Therefore, understanding how the lower back evolved may help us to learn how to prevent injuries and maintain a healthy back.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Udawał ocalonego z Holocaustu, zgłosił się po odszkodowanie. Chciał zostać milionerem, został ofiarą

Udawał ocalonego z Holocaustu, zgłosił się po odszkodowanie. Chciał zostać milionerem, został ofiarą

Paweł Smoleński


Fot. Shutterstock

Pierwsze, co zrobił, to wytatuował sobie na przedramieniu obozowy numer

Napisał (a może opisał?) tę historię ktoś, kto sam był tak niezwykły, że właśnie taka opowieść (prawdziwa? nieprawdziwa?) mogła wpaść mu pod pióro. Pewności nie ma tu żadnej, bowiem autor opowiadał o bohaterze zawile i przez mgłę, więc ówże bohater – kazał na siebie mówić Cziket; ani to imię, ani nazwisko – mógł być albo go nie było. No i co z tego, skoro o nim słyszałem.

Autor Cziketowej opowieści nazywał się Israel Segal i był przez trzy dekady jednym z najpopularniejszych izraelskich dziennikarzy. Zaś przy okazji, a może przede wszystkim – człowiekiem niezwykle odważnym, choć niektórzy powiadali, że upartym i trudnym. Lata temu rozmawialiśmy w kawiarni Tolaat Sfarim przy placu Icchaka Rabina w Tel Awiwie. Znałem go krótko, lecz kiedy odszedł, poczułem wielką stratę.

Urodził się u schyłku Brytyjskiego Mandatu w Palestynie w jerozolimskiej dzielnicy Sza’arei Hesed, niegdyś religijnej, a dzisiaj zasiedlanej przez ortodoksyjnych Żydów z anglojęzycznych diaspor. Jego rodzina przestrzegała zasad koszerności, w szabat chodziła do synagogi. Lecz pewnego dnia mama, która chciała być dobrą Żydówką, ale marzyła również o byciu dobrą Izraelką, przestała w domu mówić w jidysz, a synów zachęcała, by prócz Tory studiowali matematykę i filozofię oraz światową literaturę.

Nadto na barkach mamy – jak wielu kobiet z bardzo religijnych rodzin – spoczywał obowiązek pracy, gdy mąż i synowie studiowali w jesziwach. Bez podejrzliwych spojrzeń sąsiadów i natrętnych pytań najbliższych mogła wychodzić poza granice religijnych dzielnic. Odważyła się przysiadać w kawiarniach i czytać gazety oraz pożyczać książki w świeckich bibliotekach. Nawet z czasem przestała się ubierać jak ortodoksyjna Żydówka, choć nie wyglądała tak modnie jak panie z ulicy Jaffskiej lub Ben Jehudy. Israel wspominał, że jego rodzice powoli stawali się religijnymi syjonistami.

Tyle że w domu się nie przelewało, a ultraortodoksyjni sąsiedzi podpowiadali: zostawcie te świeckie brednie, wróćcie do Źródła. A i starszy brat Israela, Dan, wczesny nastolatek uwielbiający studia i atmosferę jerozolimskiej jesziwy, suszył rodzicom głowę. Złamali się. Ile w nowej postawie mamy było mimikry, ketmana à rebours? – Israel nigdy tego nie odkrył.

Podłączyć się pod krzywdę narodu

Historia zanotowana przez Segala idzie mniej więcej tak. Cziket, permanentnie doświadczany przez los brakiem kasy, umyślił sobie, jak zarobi duże pieniądze. Może nie do końca w sposób uczciwy, ale jednak historyczna krzywda narodu jest tak ogromna i wyjątkowa, naznacza traumą wszystkich Żydów, że może się pod nią podłączyć. Wszak uczył się w szkole o okropieństwach Zagłady, znał na pamięć nazwy obozów śmierci, wysłuchał w wieku wczesnodorosłym procesu Adolfa Eichmanna (w Izraelu nie było jeszcze telewizji), a ten otworzył usta Ocalonym, dotychczas kryjącym swoje przeżycia w najtajniejszych schowkach duszy.

Oto więc ów Izraelczyk postanowił, że naprawdę duże pieniądze zapłacą mu Niemcy, osobliwie zaś pewien koncern chemiczny, a może metalowy, który podczas wojny korzystał z katorżniczej pracy żydowskich niewolników. Strzał pewny i gwarantowany; Niemcy muszą płacić i płacą odszkodowania za Szoah. A że niekiedy nie przejawiają w tym zapału, mnożą przeszkody, grają na czas i szukają rozlicznych wymówek, jego opowieść jako Ocalonego musi być perfekcyjna.

Pierwsze, co zrobił, to wytatuował sobie na przedramieniu obozowy numer. Potem rozpoczął przygotowania, a te zajęły mu kilka lat i wymagały wielkiego wysiłku.

Zakazani Darwin i Nietzsche

Brat Israela, Dan, rozpoczął studia w jesziwie Poniewież w podtelawiwskim Bnei Brak, założonej drzewiej w litewskim miasteczku o takiej właśnie nazwie. Dla ortodoksyjnych Żydów Harvard, Oksford i Sorbona w jednym. Jeśli absolwentowi Poniewieża nie powiedzie się w dalszym życiu, to oczywisty znak, iż Bóg go po prostu nie lubi.

Wkrótce do Dana dołączył Israel, a obaj niezwykle bystrzy, pojętni i pracowici. Najwięksi rabini i mędrcy wróżyli im wielką karierę oraz polityczne wpływy, choć słowa „polityka” nie używali, bo nie przystoi to osobom duchownym. Z tej pary Israel, mimo że młodszy, uchodził za zdolniejszego.

Lecz Israel siłę i niezależność odziedziczył po mamie, a na dodatek podzielał jej miłość do książek. Podczas wakacji, świadom, że popełnia wielki grzech, chodził do świeckiej biblioteki. Bibliotekarka, starsza, nobliwa pani, szybko poznała się na ciekawskim chłopcu. Nie mogła przewidzieć, że podsuwane mu lektury dramatycznie zaważą na przyszłości Segala.

Pierwszą książką, po której coś kliknęło, był opasły tom O powstawaniu gatunków. Na stronie tytułowej widniało ogromne zdjęcie Darwina – brodaty, siwy, w kapeluszu i drucianych okularach, zupełnie jak ulubiony rabin Israela z jesziwy Poniewież. Tak wyglądający człowiek nie może głosić wyssanych z palca bzdur. Na dodatek kilka miesięcy wcześniej tenże rabin, Elizech Szach, szanowany za mądrość i przymioty moralne, polecił Segalowi, by przed frontem całej szkoły rozniósł w pył teorię ewolucji.

Israel przemielił na drobny mak bezbożne, puste i zawracające głowę teoryjki, iż człowiek pochodzi od małpy. Nie dość, że użył argumentów ze świętych ksiąg, to jeszcze potrafił zakpić i wyszydzić tak, że słuchacze pękali ze śmiechu. A tu nagle gość, którego idee znokautował, wygląda jak żydowski mędrzec. Chyba więc ulubiony rabin z Poniewieża nie jest aż tak bardzo ajajaj, skoro opowiadał, że teorie o małpie – matce ludzi wymyślił niejaki Freud, a nie Darwin. Skoro rebe myli nazwiska, to może nie jest wszystkowiedzący.

Ale wszystko mogłoby potoczyć się inaczej (wszak znamy ludzi, którzy tkwią przy raz uznanych poglądach), gdyby bibliotekarka nie podsunęła Segalowi Tako rzecze Zaratustra. Tam zaś – stoi jak wół – Fryderyk Nietzsche napisał, że Bóg umarł. Nie może być gorszej wiadomości.

Israel zemdlał, a kiedy oprzytomniał, zdjął chasydzki czarny kapelusz i kipę. Napisał do ulubionego rabina z Poniewieża, że odchodzi. Do domu już nie wrócił. Nie miał ubrania na zmianę, więc przechodnie mieli go, ubranego w czarne spodnie do kolan, białe pończochy, które szybko stały się szare, i przydługi chałat, lecz z gołą głową, za regularnego wariata, a co najmniej za pomylonego przebierańca.

Przygotowania do roli życia

Cziket postanowił być przebierańcem doskonałym. Sam numer na przedramieniu, skrupulatnie dopasowany do konkretnego kacetu oraz lat, które miał w nim spędzić, mógł wywieść w pole tylko naiwnych. Dlatego czytał literaturę obozową, relacje świadków i rozprawy historyków, pilnie chadzał na akademickie wykłady, by zdobyć wiedzę najdogłębniejszą, z najpierwszych lub najbardziej fachowych ust.

Ale wiedza to zdecydowanie za mało, by stworzyć perfekcyjną mistyfikację. Odwiedzał więc Cziket gabinety psychiatrów i psychologów, uczestniczył w grupowych sesjach, gdzie podglądał Ocalonych, uczył się ich reakcji na traumy, a nawet sposobu mówienia i chodzenia. Wiedział więc, kiedy powinien szlochać, a kiedy zastygnąć w niemym stuporze. Był już tak dobry jak wybitny aktor przygotowujący się do roli życia; gdyby kazano mu zagrać Hamleta, byłby najprawdziwszym Hamletem, gdyby przyszło mu grać króla Leara, sam król Lear uznałby, iż Cziket to oszalały władca.

Nastał więc czas, by wystąpić do niemieckiego koncernu o odszkodowanie. Niemcy, jak mieli w zwyczaju, zrazu odmówili. Cziket oskarżył ich przed izraelskim sądem. Niemcy, znowu wedle rutyny, najęli izraelskich adwokatów (w końcu obrońcą Iwana Demianiuka, oprawcy i mordercy z Sobiboru, był żydowski prawnik Joram Szeftel). Lecz sprawa była dla nich nie do wygrania.

Upadek i wzlot Israela

Ale wiedza to zdecydowanie za mało, by stworzyć perfekcyjną mistyfikację. Odwiedzał więc Cziket gabinety psychiatrów i psychologów, uczestniczył w grupowych sesjach, gdzie podglądał Ocalonych, uczył się ich reakcji na traumy, a nawet sposobu mówienia i chodzenia. Wiedział więc, kiedy powinien szlochać, a kiedy zastygnąć w niemym stuporze. Był już tak dobry jak wybitny aktor przygotowujący się do roli życia; gdyby kazano mu zagrać Hamleta, byłby najprawdziwszym Hamletem, gdyby przyszło mu grać króla Leara, sam król Lear uznałby, iż Cziket to oszalały władca.

Nastał więc czas, by wystąpić do niemieckiego koncernu o odszkodowanie. Niemcy, jak mieli w zwyczaju, zrazu odmówili. Cziket oskarżył ich przed izraelskim sądem. Niemcy, znowu wedle rutyny, najęli izraelskich adwokatów (w końcu obrońcą Iwana Demianiuka, oprawcy i mordercy z Sobiboru, był żydowski prawnik Joram Szeftel). Lecz sprawa była dla nich nie do wygrania.

Upadek i wzlot Israela

Tych, którzy płakali nad Deborah Feldman, ultraortodoksyjną Żydówką zrywającą ze społecznością, gdzie wyrosła, wyszła za mąż i urodziła, zachęcam, by pochylili się nad losem Israela. Przypadki Deborah, oddane w autobiograficznej książce przerobionej na nader popularny serial „Unorthodox”, choć przerażające, to małe miki w porównaniu z jego życiem. Jego brat Dan po ukończeniu Poniewieża został jednym z najbardziej wpływowych izraelskich rabinów, miał władzę jak wielu ministrów gabinetu razem wziętych. Israel nie mógł kontaktować się z rodziną. Odprawiono nad nim ceremonię żałobną, bo dla ultraortodoksyjnej społeczności po prostu umarł. Kiedy w szpitalu konał ojciec i błagał, by dopuszczono do niego ukochanego młodszego syna – który akurat siedział w szpitalnym korytarzu – starszy brat Dan oznajmił umierającemu, że nigdy nie miał syna Israela. A potem odmówił bratu uczestnictwa w pogrzebie.

Okazało się, że wedle wielu ultraortodoksów mocno przesadził. Kiedy więc umarła matka Israela, Dan nie stawiał przeszkód. Ale i tak pochówek był szokiem dla Segala. Opowiadał mi, że matka całe życie chciała, by żegnać ją po hebrajsku. Dan zarządził, że zrobią to w jidysz, bo święty język jest zarezerwowany dla wyższych spraw.

A i po świeckiej stronie nie było nic lepiej. Izrael, z gołą głową, ale w chałacie, robił za meszuge. Od swoich mógł liczyć tylko na potępienie. Świeccy na jego widok odwracali głowy, bo miał potargane włosy, był zarośnięty, śmierdział. Lecz co się dziwić, przez kilkadziesiąt miesięcy sypiał w parkach lub na pętlach autobusów, nie pracował, nie miał grosza i dojadał resztki w najpośledniejszych knajpach. A jeśli jakiś przechodzień przemógł obrzydzenie i odezwał się do Israela, Segal mógł go nie zrozumieć: hebrajski ulicy to inny język, niż nauczyła go matka.

Z niebytu wyciągnęło go wojsko; dowiedział się, że powinien służyć w armii, o czym w Poniewieżu nikt mu nie powiedział. Po wojsku był już tylko lot ku górze: reporter i prezenter w ogólnokrajowej rozgłośni Kol Israel, anchorman w telewizyjnym prime timie przepytujący premierów i prezydentów, wydawca najpopularniejszych programów, autorytet, również dla tych wątpiących w Stwórcę; młodzi chasydzi przysyłali mu anonimowe listy z pytaniem, jak żyć.

Aż umarł, zupełnie niepotrzebnie. Miał 64 lata.

Dusza Ocalonego

Kiedy więc doszło do procesu, ten ciągnął się kilka ładnych chwil. Cziket żył przekonaniem, iż wkrótce będzie bogaty. Ostatnia rozprawa miała być przypieczętowaniem sukcesu. Otwierają się drzwi i obrona wprowadza na salę jakiegoś człowieka. Starszy mężczyzna, zupełnie jak Cziket, przygięty traumą Holocaustu jak Cziket, mówiący i chodzący jak Cziket, na dodatek z takim samym numerem na przedramieniu. Izraelscy prawnicy niemieckiego koncernu siedzącego po uszy w Zagładzie znaleźli decydującego świadka. Cziket został z ręką w nocniku.

Ale czy aby naprawdę nic Cziketowi nie przybyło?

Po procesie wykwalifikowani psychiatrzy orzekli, że Cziket jest z punktu widzenia nauki Ocalonym, choć nim nie był. Przeżywał w snach obozowe koszmary, chował w domowych zakamarkach drobiny zeschłego chleba, żeby było na czarną godzinę, bał się mundurów, krzyków, dużych psów, szczególnie owczarków niemieckich. Można było sądzić go za próbę oszustwa, lecz specjaliści orzekli, że Cziket ma duszę, emocje i psychikę Ocalonego, mimo iż wszystko sobie wymyślił.

Israel nie zanotował, co dalej się z nim działo.

Przypowieść o Zagładzie

Odszedł w 2007 roku. Wcześniej cierpiał – jak opowiadano – na nieznaną chorobę, która zabija narządy wewnętrzne. Zawsze dużo palił – tytoń i zioło – i umiał popić, a bo co. Chyba lubił graniczne sytuacje, jeździł za szybko, więc kiedy dopadł go rozległy zawał, pędził Ayalonem, obwodnicą Tel Awiwu. Wyciągnięto go z wraku, nie miał prawa obudzić się z komy, a jednak wyszedł z intensywnej terapii do domu. Tyle że po miesiącu znów coś się stało i Israel odszedł. Jego brat Dan, potężny rabin i facet dojrzały, bo pod siedemdziesiątkę, ogłosił, że Israelowi nie należy się siedmiodniowa żałoba, którą wedle nakazów Prawa trzeba odprawić nad każdym zmarłym Żydem. I zdaje mi się, że niektórzy cieszyli się z jego śmierci.

Ale też wielu płakało. Doczekał się tłumnego pogrzebu, wspomnieniowych artykułów oraz pośmiertnych pochwał. Ma wciąż tysiące wyznawców, uznających każde jego słowo za nieomylną wskazówkę, by uczciwie iść przez życie. Ma też o czym rozmyślać, gdyż na poły autobiograficzna książka „Opiekun mojego brata” stała się bestsellerem i doczekała wielu nagród. Ortodoksi nigdy jej nie przeczytają, a jeśli tak – niektórzy zdejmą kipy z głowy. Dan wie o tym, więc musi się bać. Z pewnością nie opowiada swoim chasydom o sukcesach brata.

Cziket też trafił do książki. To opowieść zatytułowana „Pojedyncze pary” wydana dwa lata przed śmiercią. Czy jest tam tylko trochę Cziketa (jest wytatuowany numer), czy może więcej – trudno orzec. Tak samo jak nie wiemy, czy Cziket w ogóle był, a jeśli był, czy tak się nazywał.

Rozmawialiśmy o nim wiele lat temu, a ja wciąż mam w pamięci tę pogaduchę. I ciągle nie wiem, dlaczego Israel opisał jego historię. Być może wytłumaczenie jest najprostsze z możliwych: to opowieść tak efektowna, że nie można jej nie zapisać, i wszystko jedno, czy pochodzi z życia, czy ulęgła się w głowie autora. Albo – sprawnie skrojony thriller o kłamstwie doskonałym, które na końcu rozsypuje się w pył.

Ale też los Cziketa – wymyślony czy prawdziwy – może być przypowieścią o Zagładzie; doświadczałeś jej osobiście, nie doświadczałeś, dziedziczysz w genach po przodkach lub nie dziedziczysz, lecz jeśli jesteś Żydem, nawet kanciarzem z pozaeuropejskim rodowodem, takie jest po prostu twoje dziedzictwo.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Zamach na Johna F. Kennedy’ego. Po latach Amerykanie ujawnili polski wątek

Zamach na Johna F. Kennedy’ego. Po latach Amerykanie ujawnili polski wątek

Kamil Turecki


Administracja Joego Biedna ujawniła ponad 1,5 tys. stron akt w sprawie zabójstwa prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego 22 listopada 1963 r. w Teksasie. Wśród nich pojawił się raport o tajemniczym zgłoszeniu “polskiego szofera” ambasady ZSRR i to zaledwie dzień po zamachu.

John Connally, Nellie Connally, prezydent USA John F. Kennedy oraz Jacqueline Kennedy w Dallas. 22 listopada 1963 r. – The Legacy Collection / PAP

  • Mężczyzna twierdził, że posiada wiedzę o sowieckim spisku mającym na celu zabicie ówczesnego amerykańskiego przywódcy
  • Zagadkowy informator kontaktował się z hotelu w Canberze w Australii w pobliżu ambasady ZSRR. Chwalił się powiązaniami z radzieckim “establishmentem dyplomatycznym”
  • Choć Amerykanie traktowali anonimowe zgłoszenie jako niewiarygodne, a rozmówcę uważali za “cwaniaka”, szefostwo CIA nie bagatelizowało sprawy. “Jeśli zadzwoni ponownie, zróbcie wszystko, aby go zidentyfikować” – padł rozkaz
  • Nowo ujawnione akta podsyciły długoletnie teorie, że zamach na Kennedy’ego został zlecony przez Związek Radziecki, a wykonawca — były żołnierz piechoty morskiej Lee Harvey Oswald — był agentem KGB
  • Więcej takich historii przeczytasz na stronie głównej Onetu
Polak twierdził, że zna prawdę o sowieckim spisku

Serię rozmów z tajemniczym mężczyzną Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) zarejestrowała głównie między 9 sierpnia a 23 listopada 1963 r., ale zdaniem urzędników agencji pierwszy kontakt “polski kierowca” nawiązał już trzy lata przed zabójstwem prezydenta USA, a był nim intrygujący telefon do ambasadora Williama J. Sebalda, który stał na czele amerykańskiej placówki dyplomatycznej w Australii w latach 1957-1961.

“O godzinie 20:55 9 sierpnia 1960 r. strażnik zatelefonował do ambasadora Sebalda, by powiedzieć, że ma na linii człowieka, który odmówił podania nazwiska, ale chciałby porozmawiać” – czytamy w informacji wysłanej z Canberry (stolicy Australii – red.) do dyrektora CIA w 1963 r.

Gdy został połączony z ambasadorem, złowieszczo ostrzegał: “dwóch ludzi, których szukacie, jest już w Moskwie”. Z dokumentów wynika, że informatorowi chodziło o Williama Martina i Bernona Mitchella — dwóch pracowników Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA), którzy miesiąc później (1960 r.) uciekli do Związku Radzieckiego.

Według odtajnionych akt podczas anonimowej rozmowy telefonicznej – wykonanej z kolei na rok przed zamachem na Kennedy’ego – informator rzekomo powiedział, że “państwa żelaznej kurtyny” oferowały 100 tys. dolarów za zabójstwo prezydenta USA.

W szeregu dziwacznych komunikatów, które tajemniczy mężczyzna wysyłał przez kilka lat, twierdził, że jego szef “Kurdiukow” – ówczesny ambasador Związku Radzieckiego w Australii — odbywał “tajne konferencje w Moskwie”. Iwan Kurdiukow był wysokim rangą radzieckim dyplomatą stacjonującym w Canberze w latach 1959-1968, uwikłanym w jeszcze innym skandal, gdyż jeden z pracowników jego ambasady został zdemaskowany jako domniemany sowiecki szpieg podczas akcji podsłuchowej przeprowadzonej przez australijskie władze.

Informator, który odmawiał ujawnienia tożsamości, zadzwonił również do ambasady USA w australijskiej Canberze 23 listopada 1963 r., czyli dzień po śmierci Johna F. Kennedy’ego, twierdząc, że “posiada wiedzę o sowieckim spisku mającym na celu zamordowanie prezydenta”. Przyznał, że dzwoni “z naprzeciwka hotelu Kingston”. Według Amerykanów z CIA było jasne, że to zakodowane odniesienie do znajdującej się wówczas w pobliżu sowieckiej ambasady. Południowa część miasta znana była z sowieckiej aktywności w czasie zimnej wojny, a agencji australijskich służb specjalnych ASIO byli znani z tego, że bacznie obserwowali ambasadę z posterunku właśnie w hotelu Kingston.

Choć Amerykanie traktowali anonimowe zgłoszenie jako niewiarygodne, a rozmówcę uważali za “cwaniaka”, szefostwo CIA nie bagatelizowało sprawy. “Jeśli zadzwoni ponownie, zróbcie wszystko, aby go zidentyfikować” – padł rozkaz. Według służb był to „polski szofer” ambasady ZSRR w Australii. Ostatecznie jednak ustaliły one, że “polski kierowca” był prawdopodobnie przypisującym sobie inną tożsamość “szaleńcem”, bo w rejestrze ambasady ZSRR w Canberze nie widniało nazwisko żadnego polskiego pracownika.

Zamach na JFK. Zabójstwo prezydenta Kennedy’ego

Prezydent Stanów Zjednoczonych John Fitzgerald Kenndy zginął 22 listopada 1963 r. na Dealey Plaza w Dallas podczas przejazdu kabrioletem. Towarzyszyła mu także żona Jackie Kennedy. W wyniku zamachu ranny został gubernator Teksasu John Connally. Przewiezionego do szpitala przywódcę USA nie udało się uratować.

FBI i Komisja Warrena uznały, że to były żołnierz piechoty morskiej Lee Harvey Oswald zamordował Kennedy’ego, ale kontrowersje wokół zamachu pozostały. Dwa dni po zabiciu prezydenta, Harvey Oswald został zastrzelony przez Jacka Ruby’ego, właściciela klubu nocnego w Dallas.

Nowo ujawnione akta podsyciły istniejące od dawna teorie, że zabójstwo zostało zlecone przez Związek Radziecki, a Oswald był agentem KGB. Wszystko to działo się w okresie zimnej wojny i narastających napięć między Stanami Zjednoczonymi a państwami komunistycznymi na czele z ZSRR.

Archiwalia miały być opublikowane wcześniej, ale w październiku br. prezydent USA Joe Biden odłożył publikację materiałów, powołując się na względy bezpieczeństwa i spowolnienie spowodowane pandemią. Całe archiwum miało zostać udostępnione w 2017 r., ale ówczesny prezydent Donald Trump również upublicznił tylko część akt, uzasadniając to opinią przedstawicieli służb, którzy stwierdzili, że “niektóre informacje powinny pozostać niejawne ze względu na bezpieczeństwo narodowe, egzekwowanie prawa i sprawy zagraniczne”.


Źródła: “The Sydney Morning Herald“, “Daily Mail Online


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Y-Studs – Evolution of Jewish Music

Y-Studs – Evolution of Jewish Music

Y-Studs A Cappella


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Sprawiedliwi ratujący Żydów to nie jest portret narodu, nie działali w imieniu większości

Sprawiedliwi ratujący Żydów to nie jest portret narodu, nie działali w imieniu większości

Dorota Wodecka


Kadr z filmu ‘Naganiacz’ (Fot. Filmoteka Narodowa)

Pani chce, żebym powiedział, kto jest winien, kto był konformistą, a kto tchórzem. Ale to nie takie proste. Rozmowa z Tomaszem Żukowskim, historykiem literatury

.

DOROTA WODECKA: Książkę „Pod presją” czytam jako pana kontynuację „Wielkiego retuszu”.

TOMASZ ŻUKOWSKI: „Retusz” był o tym, jak ukrywamy przed samymi sobą, że Polacy zabijali Żydów, a w „Pod presją” pokazuję mechanizmy i konsekwencje odbierania głosu ludziom, którzy mogliby o tym opowiedzieć. Ale już nie mam siły pisać o Zagładzie, odkąd urodziła mi się córka. Jak czytam, co się tutaj działo, to aż brzuch boli. Chciałbym się zająć czymś bardziej do życia.

Pana najnowszą książkę szczególnie uważnie przeczytają prawnicy z Reduty Dobrego Imienia lub Instytutu do Walki z Antypolonizmem – Verba Veritatis.

– Dajmy spokój. Jeśli Reduta Dobrego Imienia jest jakkolwiek interesująca, to nie jako bicz na naukowców, tylko jako symptom tego, że mamy poważny problem z historią Zagłady. W wierszu „Biedny chrześcijanin patrzy na getto” Miłosz pisze o strażniku-krecie, który drąży tunel w pokładach martwych ciał. „Boję się, tak się boję strażnika-kreta” – mówi „biedny chrześcijanin”. – „Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu/ I policzy mnie między pomocników śmierci/ Nieobrzezanych”.

To w nas siedzi strażnik-kret, indywidualnie i w zbiorowości. I kiedy widzimy, jak z szafy wypadają trupy, to zaraz podnosi się krzyk, że ci straszni Żydzi oczerniają Polskę albo naukowcy nie mają pojęcia o swojej pracy.

„Oczernianie Polski” tradycję ma bez mała stuletnią. W 1918 roku po fali pogromów na terenie Rzeczypospolitej protestowały organizacje żydowskie w Ameryce.

– I uznano, że wyciągają niedopuszczalne wnioski. Zakaz „pochopnego uogólniania” to leitmotiv polskich dyskusji o Zagładzie. Już w czasie wojny uzupełniono go oskarżeniem: Polacy cierpieli tak samo albo bardziej, pomagali Żydom, a ci niewdzięcznicy szkalują niewinny naród polski. My ich ratujemy, a oni – jak pisała Zofia Kossak-Szczucka – „nienawidzą nas (…) więcej niż Niemców” i „czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście”. „W upartym milczeniu międzynarodowego żydostwa, w zabiegach propagandy niemieckiej usiłującej już teraz zrzucić odium za rzeź Żydów na Litwinów… i Polaków, wyczuwamy planowanie wrogiej dla nas akcji”. Dobrze to znamy, prawda? Nie ma związku z rzeczywistością, ale działa.

Tuż po pogromie kieleckim w „Tygodniku Powszechnym” ukazał się redakcyjny komentarz, w którym potępiono przemoc, ale równocześnie napisano tak: „Fakty nietolerancji i sporadyczne rozruchy były w Polsce wyjątkami i nigdy nie ogarnęły szerszych kręgów społeczeństwa, tradycja ta przetrwała do dziś”. I wniosek: „Nie wolno wobec tego dopuszczać się zbyt pochopnego i dowolnego generalizowania”. Ta notatka dowodzi, że już wtedy mieliśmy ogromny problem ze zrozumieniem, co się właściwie dzieje na naszych oczach. Nie mówiąc o krzywdach wyrządzonych Żydom w czasie wojny i o roli w tym Polaków. Nieprzepracowanie tego odbiło się czkawką w 2018 roku, kiedy przy okazji nowelizacji ustawy o IPN okazało się, że antysemickie argumenty znów pojawiły się w przestrzeni publicznej.

Nowelizacja nakładała karę grzywny lub trzech lat więzienia za przypisywanie „Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za popełnienie przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie”.

– Państwo rozstrzygnęło, jak ma wyglądać opowieść o wojnie, bez względu na archiwa, dowody i świadków polskiej agresji wobec Żydów. Bo prawo stanowi, że mówienie o „odpowiedzialności lub współodpowiedzialności” przeczy faktom. Ta ustawa to konsekwencja praktyk z połowy lat 40.

Trzeba się nieźle napracować, żeby nie widzieć słonia w pokoju, bo przecież ta notatka z „Tygodnika” w głowie się nie mieści. A jednak: zakreśliliśmy granice tego, co wolno powiedzieć. Wymuszaliśmy milczenie, wywieraliśmy i wywieramy presję na uczestników kultury.

Stawia pan tezę, że polska kultura przegląda się w nieprawdziwym wizerunku, który sama wytwarza, a świadkowie tylko służą jego uwiarygodnieniu. Jakie wypracowaliśmy sposoby, by zakłamywać naszą tożsamość?

– Jest ich wiele. Zacznijmy od presji wywieranej na tych, którzy mówią o swoim doświadczeniu Zagłady, i nie potrzeba do tego prokuratora. Tę gęstą atmosferę i związany z nią terror doskonale pokazał Tadeusz Słobodzianek w „Naszej klasie”. Pamięta pani scenę, kiedy lokalna społeczność przygotowuje uratowaną z pogromu Rachelkę do chrztu i do małżeństwa?

.
Dziewczyna zostaje poddana rytuałom, które służą przyjęciu jej do grupy.

– To pozór. Trzeba by je raczej nazwać rytuałami podporządkowania. Otoczenie daje jej do zrozumienia, że obcy zawsze pozostanie obcym i nie wolno mu mówić o przemocy, której ciągle doświadcza. W każdej z prób musi udawać, że nic się nie stało, nie istnieje żadna presja, a więc musi wytwarzać i podsuwać większości jej pochlebny i wyretuszowany obraz – taki, który usuwa z pola widzenia fakt dyskryminacji oraz faktyczne działania grupy dominującej.

Zygmunt z „Naszej klasy” wypowiada tę zasadę niemal wprost, w formie zawoalowanej groźby: „Chodźcie teraz wszyscy, zaśpiewamy dla panny młodej, która, tak się składa, jest sierotą, naszą pieśń weselną sierocą! Żeby zawsze wiedziała i pamiętała, że my wszystko pamiętamy!”. Ta krótka wypowiedź zawiera piętrowe aluzje.

Jakie?

– Rachelka ma pamiętać, że jest sierotą, czyli nie ma nikogo, kto mógłby jej bronić, i zdana jest na łaskę polskich sąsiadów. Ma także pamiętać, jak zginęli jej najbliżsi i kto ich zabił. Ma wiedzieć, że dla otoczenia pozostanie Żydówką i – co najważniejsze – ma zdawać sobie sprawę, że będzie zawsze na cenzurowanym.

Najbardziej wyrazistym rytuałem podporządkowania jest wręczanie prezentów weselnych. Rachelka dostaje rzeczy zrabowane z żydowskich domów, ale nie wolno jej powiedzieć, że pamięta, do kogo należały. Może tylko powtarzać „piękny” – nawet gdy przynoszą jej własny obrus. Heniek (jeden z morderców): „Ode mnie taca. Srebrna”. Dora (już jako duch): „Czyja?”. Abram (też duch): „Moja”. Jakub Kac (zbity): „Boże”. Menachem (żywy, obserwuje wesele z ukrycia): „Kurwa!”. Władek (pan młody): „Dzięki”. Marianna: „Piękny”. Nic dodać, nic ująć.

Po wojnie Rachelka, a właściwie już Marianna, świadczy w sądzie w obronie morderców. Słobodzianek jest wyjątkowo przenikliwy, chwyta istotę polskiej przemocy wobec Żydów.

Ktoś powie, że to fikcja literacka.

– To opowiem historię z realu. W marcu 1968 roku trudno było być w Polsce Żydem. Ze względu na Moczara, ale przede wszystkim na tak zwaną milczącą większość. Polscy Żydzi próbowali się jakoś ratować i zachowywali się jak Rachelka-Marianna. Powstawało wtedy wiele tekstów, jak Polacy ratowali Żydów. Szymon Datner napisał „Las Sprawiedliwych”, a w „Polityce” drukowano artykuły ówczesnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego, który najwyraźniej pisał o Sprawiedliwych, żeby ratować ŻIH.

Ukazało się też wspomnienie Hanny Krall „Gra o moje życie”. Powiedziałbym, że jego właściwym autorem jest Moczar do spółki z polskim społeczeństwem i że pisarka miała nóż na gardle. Nie ma żadnego znaczenia, czy fakty tam opisane są prawdziwe, czy nie…

Prawdziwe, bo reporterka kilkakrotnie wspominała tych, którzy uratowali ją i jej matkę…

– Dobrze, ale to historia wyretuszowana na potrzeby polskiego czytelnika. Nie wypływa z niej nic, co mąci dobre samopoczucie tym, którzy organizowali największą po Holocauście akcję prześladowczą wymierzoną w Żydów. Władysław Bartoszewski umieścił ten tekst w drugim wydaniu „Ten jest z ojczyzny mojej” z roku 1969, czyli w tomie do dziś uważanym za kanoniczny zbiór źródeł. Czytamy to i budujemy sobie obraz zachowań Polaków w czasie II wojny światowej. Tekst jest również w czwartym wydaniu z 2013 roku, jak gdyby nigdy nic, bez żadnego komentarza.

Przeglądamy się w portrecie, który sami sobie namalowaliśmy, i ten wzór się powtarza w wielu wariantach. Żydzi służą nam w nim do tego, by uwiarygodnić nasz autoportret, tak czy owak, wykreowany przez nas. Nie chcemy widzieć pałki, która wisiała nad tymi, którzy tego rodzaju teksty pisali, a pałka jest warunkiem sine qua non całego procederu.

Pan chyba nie ma do nich pretensji?

– Pretensji?! Do Hanny Krall?! To my jesteśmy tu problemem, a nie ona! Presja, z którą mają do czynienia polscy Żydzi, kiedy próbują powiedzieć, co ich spotkało, jest tak duża, że tylko jakiś Herkules mógłby się jej przeciwstawić.

Trzeba zrozumieć, że scena wesela z „Naszej klasy” – powiedzmy w skrócie – to gra, którą prowadzimy sami ze sobą o własny obraz. Musimy pilnować polskich Żydów i siebie nawzajem, żeby nikt nie wspominał o słoniu w pokoju, bo inaczej autoportret nam się rozleci. Tyle że pamięć o przemocy jest w polskiej kulturze i w nas. Nie da się jej usunąć. Strażnik-kret z wiersza Miłosza to jest to, co wiemy i czego jednocześnie nie chcemy o sobie wiedzieć.

Jak jeszcze siebie zakłamujemy?

– Stanisław Żemiński z Łukowa wspominał: „W Trzebieszowie w poniedziałek jakaś straż obywatelska, miejscowi chłopi wartujący w nocy przed napadami bandyckimi, dostali rozkaz wyłapania wszystkich miejscowych Żydów i odstawienia ich do Łukowa. Otoczono całą wieś i rozpoczęło się polowanie. Wywlekano Żydów, łapano ich na polach, po łąkach. Jeszcze strzały grzmią, a już nasze hieny czatują, co ukraść się da po Żydach”. W czasie wojny i potem wielokrotnie nazywano ten proceder „polowaniem na Żydów”. W pracach historycznych i wspomnieniach odnajdujemy ten sam wzór w nieskończonych wariantach.

W 1963 roku Ewa i Czesław Petelscy nakręcili „Naganiacza”, film, który pokazuje, co się zapisało w naszej nieświadomości. Michał, uczestnik powstania warszawskiego, ukrywa się w majątku ziemskim na przełomie lat 1944 i 1945. Spotyka przypadkiem grupę węgierskich Żydów, którzy po ucieczce z transportu próbują dotrwać do końca wojny. Chce im pomóc i umieszcza ich w stogach siana w pobliżu zabudowań dworskich. Przyjeżdżają tam na polowanie niemieccy oficerowie i dygnitarze. Leśniczy prowadzi ich gdzie indziej, ale pierwszy zając wyskakuje z krzaków tuż przy stogach, w których ukrywają się Żydzi. Naganiacze ruszają. Żydzi myślą, że to polowanie na nich, wyskakują, nagonka ich zgarnia i giną. Po lekturze świadectw trudno mieć wątpliwości, na co patrzymy. Ale to film o nieudanej próbie pomocy, a nie o przemocy.

Nie rozumiem.

– Z masakry ratuje się tylko jedna dziewczyna. Kiedy przyjechali Niemcy, była u Michała, który ukrył ją w piwniczce obok domu. Widziała, jak rusza nagonka, i była przekonana, że to Michał wydał jej towarzyszy. Słowem – ona zobaczyła to, co się rzeczywiście działo.

Kiedy Michał wraca, krzyczy po węgiersku, że jest mordercą, ale jej kwestie nie są tłumaczone, więc nie rozumiemy, co mówi. Przewraca ją, przygniata i zatyka jej usta. To wygląda jak podporządkowujący gwałt. Dziewczyna zapada się w siebie, odmawia kontaktu, a on snuje plany na wspólną przyszłość i prosi: „Powiedz, chociaż nie rozumiesz, powiedz, że to przecież nie ja! No powiedz, że wiesz, że to nie ja… No spojrzyj chociaż…”.

Krytycy rozwodzili się nad tym tragicznym nieporozumieniem. Ona go niesłusznie oskarża, a on nie może jej wytłumaczyć, że jest niewinny, bo nie mówi po węgiersku. Tylko że akcja rozgrywa się pod Węgrowem, ci Żydzi to Węgrzy z Węgrowa, sąsiedzi. Mówią do nas, ale my nie rozumiemy, bo nie chcemy rozumieć. W ogóle film Petelskich to seria freudowskich pomyłek. Najciekawsze jest to, że Michał nie mógł prowadzić z uratowaną Żydówką żadnych rozmów. Na początku dowiadujemy się, że było 16 uciekinierów, a po polowaniu niemiecki oficer oznajmia, że zabili 16. A więc zginęli wszyscy. Rozmawiamy z postaciami, które żyją tylko w naszej wyobraźni? To jest robota strażnika-kreta!

Ale w filmie zabijają Niemcy.

– Tak, tylko że to jest opowieść o współdziałaniu. W opowiadaniu Romana Bratnego, które było podstawą scenariusza, pada stwierdzenie: „Polowanie trwało do wieczora. Strzeliliśmy przeszło siedemdziesiąt zajęcy i jednego lisa. Strzeliliśmy , bo przecież stanowimy zespół: naganiacze i myśliwi”. W filmie ten sam wątek pojawia się w przemówieniu niemieckiego oficera, ale co ważniejsze, Petelscy pokazali współdziałanie nagonki i myśliwych. Michał patrzy i działa. Jest świadkiem nie tylko śmierci Żydów, ale i własnego działania, tego że jest częścią nagonki.

„To nie my, to Niemcy” – jest prawdziwe i nieprawdziwe. Dlaczego nieprawdziwe?

– Calek Perechodnik – człowiek, który jak mało kto rozumiał polską kulturę – napisał o tym bardzo brutalnie: „Wolno rabować, kraść, zabijać ludzi i to zupełnie bezkarnie. Wznoszą – mowa o Polakach – ręce ku niebu, dziękując za tę łaskę, że dożyli takich dobrych czasów, i każdy z hasłem na ustach teraz albo nigdy zabiera się do roboty. W naiwności ducha uważają, że kara ich za to nigdy nie spotka, wszak jest, znajduje się redaktor odpowiedzialny . Niemcy, w razie czego wszystko i tak pójdzie na karb Niemców”.

Tu nie chodzi o przywłaszczanie tego, co zostało po zamordowanych, ale o sprawczość – o działanie, które miało zasadniczy wpływ na los polskich Żydów. Perechodnik widział to tak: „W każdym mieście, kiedy odbywała się akcja, całe getto bywało otoczone przez motłoch, który urządzał formalne polowanie na Żydów – według wszelkich prawideł sztuki myśliwskiej, z naganiaczami lub bez. Ilu Żydów w ten sposób zginęło? Niezliczona ilość, bo w najlepszym wypadku zabierali Żydom pieniądze i nie doprowadzali do żandarmerii, ale przecież to i tak było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Co ma zrobić Żyd bez pieniędzy? Co najwyżej samemu dojść do żandarma i poprosić o kulę”. Polskie otoczenie zamyka drogi ucieczki i naziści mogą zrobić swoje. Kiedy mówimy „to nie my, to Niemcy”, zasłaniamy ten proceder i stwarzamy sytuację, w której nie możemy go ani dostrzec, ani przemyśleć.

Dlaczego pan uważa, że opowieść o polskich Sprawiedliwych jest również presją i szantażem wobec ocalałych?

– Bo robi z polskich Żydów, którzy chcieliby powiedzieć o polskiej przemocy, niewdzięczników szkalujących Polskę.

Wrócę do „Tygodnika Powszechnego”. Po pogromie kieleckim Stefania Skwarczyńska pisała: „Słowo o prawdzie staje się obowiązkiem. Ale czyim? Myślę, że nie tych, którzy wtedy w każdej sekundzie dawali swoje życie za brata swojego. Ale że jest to obowiązkiem tego brata. (…) Powiedzcie sobie – chodzi o Żydów – tak, jak myśmy sobie niegdyś powiedzieli wobec wam grożącego nieszczęścia: tak trzeba. Oddajcie nam w momencie odwagi cywilnej dług zaciągnięty u naszej odwagi żołnierskiej niebacznej na ryzyko śmierci”. Proszę zwrócić uwagę: Sprawiedliwi pojawiają się, kiedy nasila się antysemityzm i wybucha przemoc wobec Żydów – po powojennych pogromach, w Marcu ’68. I kiedy mówi się o Sprawiedliwych, nie chodzi o ofiary, ale o obraz narodu polskiego.

Po dwóch tygodniach wydrukowano list Laury Kauffman, Żydówki spod Kielc, która była wstrząśnięta zarówno pogromem, jak i krzywdą, która spotkała Polaków, bo przecież nie wolno ich o nic oskarżać. Proszę popatrzeć, jak to działa: kiedy pojawiają się Sprawiedliwi, polskich Żydów wywołuje się do tablicy. Mają dziękować i wyrażać żal, że inni Żydzi szkalują Polskę. Skoro szkalują, sami wyłączają się ze wspólnoty.

Cały mechanizm sprawia, że Żyd w Polsce czuje się, jakby zaciągnął dług, którego nie da się spłacić. Będzie bez końca przepraszał i dziękował, dziękował i przepraszał. Opowieść o Sprawiedliwych jest rodzajem podwójnego nelsona, zakładanego każdemu, kto chciałby mówić rzeczy, których Reduta Dobrego Imienia nie chce słuchać.

No tak, tylko, że opowieści o nich są niekłamanym świadectwem.

– Sprawiedliwych było niewielu i działali przeciw obowiązującym normom, przeciw własnym wspólnotom lokalnym. To byli ludzie, którzy powiedzieli „nie” otoczeniu. Byli autonomiczni i tego można się od nich uczyć. Pomniki Sprawiedliwych i wydawnictwa im poświęcone to zbiorowe portrety – wmurowane w ścianę tabliczki z nazwiskami w Łodzi, Kielcach i Toruniu, portrety z biografiami w albumie „Polacy ratujący Żydów w czasie Zagłady”. Musimy zrozumieć, że to nie jest portret narodu i że oni nie działali w imieniu większości.

Co czują ci, którzy są zmuszani do milczenia albo do składania nieprawdziwych świadectw?

– Warto zrobić eksperyment myślowy i zastanowić się, co bym czuł/czuła na miejscu Laury Kauffman. I co ona mogła myśleć o nas – polskim społeczeństwie?

Nieprzyjemnie?

Co najmniej.

– Ale zdrowo. Zawsze dobrze spojrzeć prawdzie w oczy. I nie po to, żeby się wstydzić, ale żeby powiedzieć: to jest nie w porządku, trzeba to zmienić. Jak Franek Kalina z „Pokłosia”: „Dosyć świństwa w naszej rodzinie do końca świata. Amen!”. Uwielbiam tę kwestię.

W swojej książce zajmuje się pan życzeniowymi fantazjami na temat relacji polsko-żydowskich.

– Muszę tu przywołać skądinąd mądrych i uczciwych ludzi. W tekście „Polak-katolik i katolik-Polak. Nakaz ewangeliczny, interes narodowy i solidarność obywatelska wobec zagłady getta warszawskiego” Jan Błoński przytacza wspomnienie pewnego pamiętnikarza: „Ale gdy hasło Bij Żyda! przybrało formy niemalże pogromów (…), kler zobaczył, że ludność przeholowała w zapale. Kler zaczął mitygować, ale ludzie nauczeni politykowania nie słuchają zakazów, biją, rozwydrzenie. Biją starców i dzieci – ja, choć jestem antysemitą, to tego nie pochwalam”.

Zaskakujące są wnioski, które Błoński wyciąga z powyższego fragmentu. Otóż „nie można mieć wątpliwości, co ten antysemita będzie myśleć kilka lat później, kiedy zobaczy przy robocie nazistów… Działało w nim to samo, co w przestraszonym klerze, to samo, co w ratującej wrogów Kossak-Szczuckiej: nakaz ewangeliczny, tkwiący w chrześcijańskiej tradycji narodu”. No dobrze, ale co robili w czasie okupacji ci, których pamiętnikarz przed chwilą opisał? I czy oni nie należeli do „narodu” ani nie byli dziedzicami jego „chrześcijańskiej tradycji”? W końcu sam pamiętnikarz nie ruszył nawet palcem, żeby cokolwiek zmienić. Przemoc szalała w najlepsze, tłum bił, a on zaledwie nieśmiało zaznaczał swój dystans.

Sytuacja jak z wieszcza: „Rzeczywistość się pomału / W świat przemienia ideału / W sen ze srebra i kryształu / Daj mi teraz marzyć, daj!”. To się dzieje na naszych oczach! Błoński zasłania przemoc czarnym papierem, a my po prostu odwracamy głowę i dalej zajmujemy się tylko tym, co nam odpowiada.

Pod koniec lat 80. Błoński opublikował głośny artykuł „Biedni Polacy patrza na getto” równolegle z tekstem Grossa „Ten jest z ojczyzny mojej…, ale go nie lubię”. Tekst Błońskiego stał się tekstem kanonicznym, zaś tekst Grossa znalazł się na marginesie. Dlaczego?

– Wielu historyków kultury twierdzi, że wtedy nie mogliśmy inaczej widzieć tej sprawy, bo nie mieliśmy dostatecznej wiedzy. Nieprawda – wszystko było już opisane. Czytaliśmy „Medaliony” Nałkowskiej, „Wielki Tydzień” Andrzejewskiego. Jest świetna, choć mało znana lewicowa publicystyka po pogromie kieleckim. Ale wybraliśmy tekst Błońskiego, bo dzięki niemu mogliśmy stracić dostęp do wiedzy, po którą skądinąd wystarczyło tylko sięgnąć. Czy to jasne?

Niestety.

– Woleliśmy okulary, przez które nic nie widać, zamiast założyć na nos takie, które pozwolą coś zobaczyć.

Z Arantxą Calderón Puertą analizowaliśmy te dwa teksty równolegle. Gross analizował sytuację Żydów wśród Polaków za okupacji odwołując się do konkretnych świadectw, uwzględniając kontekst społeczny i cenzurę opowieści. Natomiast Błoński pytał o winę narodu i nie bardzo potrafił wyjść poza mity. W efekcie doszedł do wniosku, że wina Polaków polegała na „obojętności”, i zapewniał, że „Bóg tę rękę zatrzymał”, co niestety nie jest prawdą.

„Biedni Polacy…” Błońskiego wprowadzili do kultury koncepcję „obojętnego świadka”, która co najmniej na dwadzieścia lat zdominowała nasze spojrzenie na Zagładę. Wyobrażaliśmy sobie, że polscy sąsiedzi patrzyli na eksterminację Żydów, jak się patrzy na wypadek zza biało-czerwonej taśmy, którą policja zagradza miejsce zdarzenia. Bez związku z tym, co się stało, i bez wpływu na sytuację. Dzięki temu znikała z pola widzenia przestrzeń, gdzie dochodziło do spotkań i gdzie de facto ważył się los wielu polskich Żydów. Tam właśnie odbywało się polowanie z nagonką.

Jan Borowicz, badacz kultury i psychoanalityk, w książce „Pamięć perwersyjna” twierdzi, że na przemoc nie sposób patrzyć obojętnie. Interesuje go przyjemność oglądania cudzego nieszczęścia, a także usytuowanie polskiego świadka między silnym, sprawczym katem a ofiarami eksterminacji. Okazuje się, że kłębi się tu od niechcianych emocji, z którymi nie umiemy sobie poradzić. Do przyjemności nie sposób się przyznać, bo cała kultura ją potępia, trudno też zaakceptować fascynację zbrodniarzami. Do tego dochodzi zazdrość o pierwszeństwo w cierpieniu i oczywiście wstyd.

Problem w tym, że wszystkie te emocje ciągle powracają. Nie umiemy zobaczyć w Żydach ludzi takich jak my i ich opłakać.

Dlaczego po 1989 roku nie wypłynął temat win Polaków wobec żydowskich sąsiadów?

– Kiedy Gross napisał „Ten jest z ojczyzny mojej…, ale go nie lubię”, Aleksander Smolar poprosił o opinię Jana Józefa Lipskiego, Jacka Kuronia i Władysława Bartoszewskiego. Nie zostawili na Grossie suchej nitki. Wydawałoby się, że najlepsi ludzie, jakich wtedy można było zapytać o zdanie, a zareagowali stereotypowo, bo mieli głowy wypełnione tym, co się wtedy mówiło i myślało. Kiedyś były modne kawały o blondynkach. Wszyscy się śmiali z blondynek i nie było siły, żeby ludzi przekonać, że robią coś nie tak.

Od lat czterdziestych jako społeczeństwo pracowaliśmy nad tym, żeby nie wiedzieć, co się stało z polskimi Żydami i jaki był w tym nasz udział. Badałem recepcję „Medalionów” Nałkowskiej. Z dzisiejszej perspektywy to książka o Zagładzie, aż w oczy kłuje. Ale nikt albo prawie nikt się o tym nie zająknął, a tymi nielicznymi, co próbowali, zajęły się myszy w bibliotekach.

Były momenty, kiedy wydawało się, że coś się zmienia. W latach czterdziestych i – co wielu pewnie zaskoczy – także w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych ukazało się sporo tekstów, które czytane dzisiaj pozostają żywe i trafione. Ale je zdyskwalifikowano, uznano za ideologiczne. Po roku 1956 wyretuszowany obraz tylko się umacniał, aż do Błońskiego, któremu udało się wywołać pierwszą po latach – bardzo ograniczoną niestety – dyskusję. I pani się dziwi, że nikt o tym nie pisał?

Tak, mimo wszystko się dziwię. A pan jak to widzi?

– Pani chce, żebym powiedział, kto jest winien, kto był konformistą, a kto tchórzem. Ale to nie takie proste. Trzydzieści lat temu czytaliśmy źródła i co widzieliśmy? Margines społeczny, który, jak wiadomo, znajdzie się w każdym społeczeństwie i ma zwyczaj źle się zachowywać, oraz zdrową większość narodu, która zachowywała się poprawnie lub co najwyżej była obojętna. Takie mieliśmy narzędzia. Jakieś dwadzieścia lat temu zajmowałem się obrazem Zagłady u Różewicza. Wiedziałem, że jego matka ukrywała się w czasie wojny. I co? I nic. Nie potrafiłem nic z tą informacją zrobić. Dopiero niedawno udało mi się zrozumieć, o co chodzi. Piszę o tym w ostatnim rozdziale „Pod presją”.

Żeby zobaczyć coś nowego, trzeba zmienić narzędzia, a to do tego konieczna jest masa krytyczna. Iluś ludzi musi uznać, że warto zadawać sobie pewnego rodzaju pytania. Dlatego tak ważne jest dla mnie, że teraz rozmawiamy i że wiele osób przeczyta naszą rozmowę.

Zamiast pytać, dlaczego uczeni w latach osiemdziesiątych nie pisali o polskiej przemocy wobec Żydów, zapytajmy lepiej, jaką pracę sami mamy do wykonania. Bo jest kilka tematów, które moim zdaniem koniecznie trzeba przegadać, a mam wrażenie, że to nawet w „Wyborczej” nie przejdzie. Na przykład kwestia antysemityzmu naszych elit. Tych liberalnych.

Dlaczego polska kultura nie wypracowała mechanizmów budowania tożsamości na krytycznym odniesieniu do tego, co się stało?

– Bo mamy pobożny stosunek do autorytetów. Ludzie są dziwnie zrośnięci z ojcami, takimi przez wielkie O. Jak już uznamy czyjąś wielkość, to zaczynamy jej bronić w jakiś kompulsywny, neurotyczny sposób. Jakby nasz autorytet – oprócz tego, co mu zawdzięczamy i co uznajemy za własne – nie mógł mieć żadnych wad, mylić się albo powiedzieć coś głupiego. Ludzie nerwowo reagują, gdy słyszą, że z ich przodkami było coś nie tak. Może pora się oddzielić. W końcu autorytety pozostają autorytetami tylko dlatego, że chcemy od nich coś wziąć.

Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, co robiły poprzednie pokolenia. Nasza odpowiedzialność polega na tym, żeby dowiedzieć się, co się w Polsce działo oraz dzieje, zrozumieć, ocenić i – jeżeli trzeba – próbować zmienić świat, w którym sami żyjemy.

Wiele lat temu w Warszawie pojawiły się plakaty z napisem: „Batory pod Pskowem. Bądź dumny ze swego dziedzictwa”. Razem z Zosią Wóycicką jeździliśmy wtedy po mieście i dopisywaliśmy: „Pani Walewska”, a potem już tylko „w” zamiast „dz” i wychodziło: „Bądź dumny ze swego dziewictwa”.

Duszno nam było z tym Batorym. Może i innym zrobi się duszno.


Dr hab Tomasz Żukowski, historyk literaturyDr hab Tomasz Żukowski, historyk literatury Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Dr hab Tomasz Żukowski – historyk literatury, pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN, zajmuje się problemami dyskursu publicznego w Polsce, funkcjami obrazów Żyda i ich rolą w definiowaniu polskiej tożsamości oraz narracjami o PRL-u i komunizmie po roku ’89. Autor książki „Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów” 

'Pod presją. Co mówią o Zagładzie ci, którym odbieramy głos', Tomasz Żukowski, Wielka LiteraKsiążka Tomasza Żukowskiego „Pod presją. Co mówią o Zagładzie ci, którym odbieramy głos” ukazuje się nakładem wydawnictwa Wielka Litera


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com